Wira z Powstania. Wspomnienia - George Szlachetko, Danuta "Wira" Szlachetko

-
Proszę czekać

Rozdział drugiW okupowanej Warszawie

Mieszkaliśmy w Laskach blisko dwa lata i Niemcy prawie nas nie niepokoili. Chociaż udawało się nam jakoś żyć, mama zaczęła rozmyślać o naszej przyszłości. Kiedy Hitler wypowiedział układ ze Stalinem i zaatakował Związek Radziecki, wydawało się, że cała uwaga Niemiec przesuwa się na wschód. W mamie obudziła się nadzieja, że uda się nam choć w części przywrócić wcześniejsze życie i latem 1941 roku, kiedy zbliżały się moje dwunaste urodziny, uznała, że powinnyśmy wrócić do Warszawy.

W wyniku nalotów z września 1939 roku zniszczonych zostało ponad 10 procent warszawskich budynków. Prawie cały dom przy Nowym Świecie 57, wraz z naszym mieszkaniem, zmienił się w kupę gruzów. Część leżąca w głębi również była mocno uszkodzona, ale jeszcze stała, a kilka pomieszczeń na parterze, choć z trudem, ale nadawało się do zamieszkania. Budynek zamieszkany przed wojną przez setki ludzi był niemal opuszczony. Mamie udało się porozumieć z właścicielami, którzy zgodzili się, byśmy wprowadziły się do jednopokojowego mieszkania na niskim parterze, w trzecim podwórzu. Zabrałyśmy się więc za urządzanie "domu". Spałyśmy w owej jedynej izbie, ale miałyśmy też kuchenkę i toaletę, choć łazienki nie było. Odcięto dopływ prądu, więc kiedy robiło się ciemno, zapalałyśmy świece. Na podwórze można było wejść bezpośrednio od strony ulicy Świętokrzyskiej, po gruzach budynku, a także - jak dawniej - od Nowego Światu.

Przez całą okupację oprócz nas w domu mieszkała tylko jedna rodzina, państwo Kamińscy z czwórką dzieci. Pan Kamiński był dozorcą, w imieniu właścicieli troszczył się o to, co pozostało z budynku. Przed wojną ich nie znałyśmy, ale teraz zdążyłyśmy poznać całkiem dobrze. Kiedy przez wielką bramę weszło się do naszej części budynku, trzeba było zejść kilka schodków obok otwartego szybu windy. Gdy było ciemno, musiałyśmy trzymać się ściany, bo poręcze schodów zostały zniszczone. Pewnego wieczoru, kiedy mamy nie było w domu, kłóciłyśmy się czy też zaśmiewałyśmy się, zbliżając się do szybu. Musiałam Henię popchnąć, bo wpadła do środka i zleciała całe piętro, na stos gruzów. Krzyczałam, ale nie odpowiadała. Wpadłam w panikę, bałam się, że nie żyje. Przedarłam się do mieszkania Kamińskich, szukając pomocy. Kiedy wróciliśmy, z dołu dochodziły niewyraźne jęki - Henia odzyskała przytomność. Pan Kamiński jakoś zdołał do niej zejść: była potłuczona i oszołomiona, ale na szczęście nie odniosła poważniejszych obrażeń. Czułam się winna i martwiałam ze strachu na myśl o tym, co powie mama, jak wróci, ale Henia pocieszała mnie i powtarzała, że to nie przeze mnie.

Na ostatni rok podstawówki wróciłam do szkoły przy Kruczej. Niewiele pamiętam z tego okresu, tylko tyle, że dobrze się tam czułam i poznałam Danusię Chmielewską, z którą blisko się zaprzyjaźniłam. Danusia mieszkała niedaleko nas, przy ulicy Chmielnej. Jej rodzice bardzo mnie polubili, a jej mama była szczęśliwa, że Danusia - jedynaczka - znalazła bratnią duszę. Wkrótce stało się to jeszcze ważniejsze, gdyż zmarł ojciec Danusi. Spędzałam u nich dużo czasu, a jej mama częstowała mnie, czym mogła.

Pamiętam, że parę razy poszłyśmy na wagary z kilkoma koleżankami. Włóczyłyśmy się wzdłuż Agrykoli, odwiedzałyśmy niedalekie Łazienki i bawiłyśmy się przy Ogrodzie Botanicznym. W szkole szybko wykryto naszą nieobecność i zażądano usprawiedliwienia. Utrzymywałam, że źle się czułam, ale na próżno: kazano mi przyjść z mamą. Sztywniałam ze strachu na samą myśl o tym i odwlekałam, ile mogłam, wymyślając inne kłamstwa. W końcu nie miałam już wyjścia, bo szkoła nie odpuszczała. Uprosiłam koleżankę, by poszła ze mną, kiedy miałam wręczyć mamie wezwanie do szkoły, w nadziei, że to mi trochę pomoże. Nie pamiętam, czy była to Danusia, czy ktoś inny. Plan się nie powiódł. Przy koleżance mama była spokojna, ale kiedy zostałyśmy same, wygarnęła, co myśli, strofowała mnie też za to, że nie miałam odwagi, żeby powiedzieć jej prawdę w cztery oczy. W naszym domu nie podnosiło się głosu, nie biło się dzieci. Usłyszałam, że mam własny rozum, że powinnam wiedzieć, jak należy się zachowywać i że jeśli to się kiedykolwiek powtórzy, mogę zapomnieć o pobłażaniu. Kiedy mama coś powiedziała, nie było mowy, żeby jej nie posłuchać, a za wagary ukarała mnie wieloma dodatkowymi godzinami nad podręcznikami.

Chociaż miałam tylko dwanaście lat, nie mogłam nie zauważyć ograniczeń, jakie pojawiły się w codziennym życiu pod niemiecką okupacją. Jedzenia było mało. Wprowadzono godzinę policyjną, by po zmroku Polacy nie przebywali na ulicach. W lecie obowiązywała od 21 czy 22, a zimą od 19. Na drzwiach do lokali i na środkach transportu pojawiły się tabliczki "Nur für Deutsche", "Tylko dla Niemców", i nie wolno nam było wsiadać do niektórych wagonów w tramwajach czy pociągach. Wydzielono części miasta, w których mogli mieszkać wyłącznie Niemcy i gdzie miały siedzibę ich urzędy, tak jak wokół niesławnej alei Szucha, gdzie było gestapo. Niemieccy żołnierze zatrzymywali, kogo tylko chcieli. Zawsze czułam się niepewnie, idąc ulicą, a mama napominała, byśmy trzymały się z Henią z dala od zatłoczonych miejsc. Szybko też dowiedziałam się o getcie, do którego przesiedlono Żydów.

W 1939 roku Polska była skupiskiem największej w Europie społeczności żydowskiej, liczącej około 3,5 miliona osób, co w przybliżeniu stanowiło 10 procent mieszkańców kraju. W Warszawie mieszkało szczególnie wielu Żydów, blisko 400 tysięcy, stanowili jedną trzecią ludności stolicy.

Kiedy miałam jakieś cztery lata, mieszkaliśmy w dzielnicy żydowskiej, choć nie pamiętam dokładnie gdzie. Zostały mi tylko zamglone wspomnienia żydowskich ceremonii, podczas Świąt Szałasów wślizgiwałam się na podwórko, by podglądać modlących się w namiotach, czyli kuczkach. Po przeprowadzce na Nowy Świat miałam niewielką styczność z Żydami, bo chyba nieliczni zamieszkiwali tę okolicę. W latach poprzedzających wybuch wojny słyszałam kilkakrotnie o Polakach, którzy dopuścili się napaści na Żydów, o czym informowała prasa. Nie rozumiałam wówczas, czemu dochodziło do takich zdarzeń, ale miałam wrażenie, że dotyczyły tylko biedniejszych, nie tak eleganckich części miasta. Mając dziewięć lat, wierzyłam, że wszyscy mieszkańcy Warszawy dobrze żyją z innymi. Ani w domu, ani w szkole nigdy nie zetknęłam się z różnicowaniem na Polaków i Żydów. Jednak mój brak kontaktów z żydowskimi dziećmi świadczy o tym, że nasze społeczności nie były zintegrowane. Potwierdza to wynik spisu z 1931 roku, kiedy tylko 12 procent żydowskiej ludności Polski wymieniło polski jako swój pierwszy język. Pozostali podawali jidysz, niewielu - hebrajski.

Już na początku niemieckiej okupacji, w 1940 roku, wszystkim Żydom nakazano przeprowadzkę do części Warszawy położonej wokół zamieszkanego głównie przez Żydów Muranowa. Ludność polską stamtąd wysiedlono, a teren stał się gettem. W listopadzie 1940 roku getto zamknięto, odcinając je od świata zewnętrznego i otaczając murem. Tak wyglądała sytuacja, kiedy w lipcu 1941 roku wróciłyśmy do Warszawy. W tym czasie słyszałam, że do Warszawy zwożono też Żydów spoza stolicy.

Początkowo nie zastanawiałam się zbytnio nad istnieniem getta i nigdy nie przyszło mi do głowy, by iść popatrzeć na mur. Z nauczycielami o getcie się nie rozmawiało, a mama ledwie napomknęła coś na ten temat, raz czy dwa. Podejrzewam, że więcej rozmawiała o tym z Henią. W szkole dzieci czasami coś opowiadały o getcie i dzieliły się strzępkami informacji. Słyszałam historie o strasznym traktowaniu Żydów i o potwornym głodzie panującym w getcie. Koleżanki ze szkoły mówiły o dzieciach wymykających się po jedzenie i o ludziach, którzy szmuglowali żywność. Od czasu do czasu obijały mi się o uszy opowieści o Żydach ukrywających się poza gettem.

Moja matka szmuglerka

Przed wojną niewiele matek pracowało, ale ponieważ tylu mężczyzn trafiło do niewoli, a inni walczyli gdzieś daleko lub zaginęli, kobiety musiały wziąć na siebie utrzymanie domu i rodziny. Chociaż w niektórych sklepach były towary, nie miałyśmy pieniędzy. Od czasu do czasu mogłyśmy przywieźć trochę owoców i warzyw z ogrodu w Laskach. Mama pozwalała nam wybierać co drobniejsze owoce, resztę sprzedawała, ale i tak jedzenia zawsze brakowało. Jak wielu innych, mama szybko znalazła ryzykowne zajęcie - szmuglerkę. Co kilka tygodni wstawała wcześnie rano, jechała na wieś i wracała przeważnie już dobrze po północy, czyli po godzinie policyjnej. Pożyczała pieniądze od znajomych i od sklepikarzy. Z tych wypraw przywoziła jajka, masło i śmietanę, mięso, kiełbasę, czasem kurczaka czy słoninę. Słonina była przysmakiem. Smażyłyśmy na niej cebulę albo rozsmarowywałyśmy na chlebie, smakowała lepiej i była tańsza niż masło. Mama zwykle jeździła na wieś do tej samej rodziny. Wiedzieli, kiedy się jej spodziewać, i szykowali wyroby, żeby mogła je zabrać. Po krótkim odpoczynku w gospodarstwie, gdy już coś zjadła i napiła się herbaty, jedzenie pakowano w tobołek. Przywiązywała go sobie na plecach i ruszała w długą drogę powrotną do Warszawy, z nadzieją, że nie wpadnie w ręce Niemców.

Większość produktów sprzedawałyśmy zaprzyjaźnionym sklepikarzom z okolic ulicy Ordynackiej i znajomym, niewiele zatrzymując dla siebie. Często zanosiłam towar do sklepów. Wydawało mi się, że Henia robiła to znacznie rzadziej, co było przedmiotem nieustających kłótni między nami. Byłam przekonana, że Henia wychodzi na tym dużo lepiej niż ja, zwłaszcza kiedy dostała nowy płaszcz. Mama zamówiła go u jednego z naszych kuzynów, który był krawcem, a mnie przypadło jej stare okrycie. Mama oczywiście tłumaczyła, że Henia nie ma po kim donaszać ubrań, ale to nie umniejszyło mojej zazdrości ani poczucia, że jestem gorsza od siostry.

Byłam przekonana, że wyprawy po szmugiel nie są niczym trudnym i z dziecięcą naiwnością spytałam mamę, czy mogę kiedyś z nią pojechać na wieś. Co dziwne, zgodziła się. Może zakładała, że we dwie zdołamy przywieźć więcej, a może chciała mi pokazać, jakie ryzyko z tym się łączy. Wyruszyłyśmy wcześnie rano pociągiem z dworca Warszawa Główna. Jechałyśmy na wschód, po drodze zatrzymując się na wielu stacjach. Podróż trwała około czterech godzin. Potem musiałyśmy jeszcze godzinę czy dwie iść, zanim dotarłyśmy do celu. Wielu innych robiło to samo. Spakowałyśmy żywność, odsapnęłyśmy chwilę i wróciłyśmy na dworzec. Pociąg, którym miałyśmy wracać do domu, był tak zatłoczony, że nawet nie bardzo było gdzie stanąć. Z przerażeniem patrzyłam, jak niemieccy żołnierze przeszukują wagony. Na szczęście nie weszli do naszego. Wreszcie, dobrze po północy, dojechałyśmy do Warszawy, gdzie od 22.00 obowiązywała godzina policyjna. Strażnicy kolejowi nie wydawali się zbytnio nią przejmować, obawiali się natomiast niemieckich patroli, co noc terroryzujących miasto. Do domu miałyśmy kilometr, to była pełna napięcia droga. Przemykałyśmy się bocznymi uliczkami i zaułkami i poczułam wielką ulgę, kiedy dotarłyśmy do domu. Mama z pewnością zauważyła, jak bardzo byłam poruszona, bo później już nie zabierała mnie ze sobą. Ja też nigdy więcej o to nie poprosiłam. Od tamtej pory rozumiałam, przez co przechodzi.

Choć oficjalnie szmugiel był zabroniony, Niemcy jakoś go tolerowali. Tylko w ten sposób Warszawa mogła się wyżywić. Jednak nigdy nie było wiadomo, czy i kiedy przymkną oczy. Zdarzały się okresy nasilenia represji i prześladowań i wtedy Niemcy często urządzali obławy na dworcach. Na pierwszą wieść o rewizji ludzie przekazywali informację dalej, zostawali tam, gdzie byli, lub szukali innego sposobu dotarcia do pociągu. Niemcy łapali też szmuglerów na ulicach. Na ulicy trudniej było się ukryć, a i tak każdy pasażer pociągu zmierzał do miasta. Okupanci robili, co chcieli: mogli zatrzymać i zrewidować każdego, wymierzyć karę lub po prostu zabrać to, na co przyszła im ochota.

Kilkakrotnie złapali i mamę. Pamiętam zwłaszcza jeden raz, kiedy wróciła wstrząśnięta i zapłakana, bo Niemcy skonfiskowali jej cały towar, ale przynajmniej puścili ją wolno. Po jakimś czasie otrząsnęła się i wróciła do szmuglowania, zaciągając nowe pożyczki u przyjaciół i sklepikarzy. Pomocna okazała się zwłaszcza jedna para. Byli właścicielami sklepu, a ponieważ nie mieli dzieci, zapałali szczególną sympatią do mnie i Heni i często dawali nam coś do jedzenia. Ostatni raz widziałam ich w czasie powstania. Mama przemycała żywność do samego wybuchu powstania, nie zważając na narastające zagrożenie i coraz cięższe kary wymierzane przez Niemców, areszt, wywózkę albo coś gorszego.

Podziemna edukacja

Przed wybuchem wojny siedmioletnie dzieci zaczynały naukę w szkole podstawowej, którą opuszczały, mając lat dwanaście, potem były cztery lata gimnazjum, a następnie dwa lata liceum. Później część z nich podejmowała studia. Niemcy to zmienili, usiłowali przekształcić Polaków w naród ciemnych niewolników. Polacy mieli kończyć edukację na szkole podstawowej, w szkołach nie uczono już matematyki, nauk przyrodniczych czy historii. Szkoły oferowały tylko nauczanie na poziomie podstawowym i szkolenie zawodowe.

Latem 1942 roku skończyłam podstawówkę i trafiłam do gimnazjum przy Bagateli, która przed wojną kształciła dziewczęta pragnące zająć się nauczaniem. Jak wiele matek, i moja kiedyś chciała, żebym została lekarką, ale czasy się zmieniły. Henia chodziła do liceum przy Królewskiej, które niegdyś było szkołą handlu międzynarodowego. W lecie, jakiś miesiąc przed rozpoczęciem roku szkolnego, Niemcy pozamykali kolejne szkoły, w tym i tę, do której miałam uczęszczać, więc zostałam bez przydziału.

To był nerwowy okres i dla mnie, i dla mamy. Szukała mi miejsca wszędzie, ale bez skutku, bo tak wiele dzieci usiłowało znaleźć jakąkolwiek szkołę. Moja zdesperowana mama zwróciła się o pomoc do księdza Jana Paszyny i Sodalicji Mariańskiej. Jak wiele innych polskich organizacji, Sodalicję objął niemiecki zakaz działalności i stowarzyszenie zeszło do podziemia.

Kościół katolicki przez blisko tysiąc lat pełnił w Polsce znaczącą rolę religijną, kulturową i polityczną. Niemcy widzieli w nim symbol tożsamości narodowej i już w pierwszych latach okupacji dążyli do wyeliminowania instytucji z nim związanych. Kościoły w całym kraju zamykano, duchownych aresztowano i wysyłano do obozów koncentracyjnych. Podczas wojny wymordowano niemal jedną piątą polskich księży i zakonnic, większość z nich zginęła w ciągu pierwszych dwóch lat okupacji.

Ksiądz Jan uczył w mojej podstawówce, ale prowadził też zajęcia w prywatnym gimnazjum Haliny Gepnerówny. Obiecał wstawić się za mną u dyrektorki. Aby uniknąć zamknięcia, szkoła przestawiła się na kształcenie modystek. Sztuka tworzenia kapeluszy była na tyle nieszkodliwa, że mogła ujść uwagi nieprzyjaznych oczu. Mama martwiła się, że nawet jeśli przyjmą mnie do szkoły, nie będzie nas stać na czesne. Jak zawsze zdecydowana działać, znalazła rozwiązanie. Dyrektorka powiadomiła ojca Jana, że w szkole nie ma już miejsc, ale zostawiła nam iskierkę nadziei. Powiedziała, że jeśli przez cały rok będę się uczyła w domu i zdam egzaminy końcowe, to przyjmie mnie do następnej klasy. Biorąc pod uwagę naszą sytuację i wstawiennictwo księdza Paszyny, dyrektorka zgodziła się obniżyć mi opłaty do połowy. Jednocześnie, aby pomóc mi w domowej nauce, zaproponowała wsparcie. Jej najbystrzejsza uczennica, Krysia Biernacka, była w ostatniej klasie gimnazjum i chętnie zgodziła się mi pomagać. Mieszkała wraz z mamą bardzo blisko, przy Czackiego, było im ciężko i potrzebowały pieniędzy.

Codziennie po szkole Krysia przychodziła do mnie, sprawdzała moje prace domowe i zadawała mi materiał na następny dzień. Uczyłyśmy się wszystkich, teraz zakazanych, przedmiotów. Bardzo polubiłam Krysię i podziwiałam ją. Była blisko cztery lata starsza ode mnie, miała ogromną wiedzę i dobrze się przy niej czułam. Ładna, pełna życia, zawsze wspaniale wyglądała. Często nosiła piękne długie spódnico-spodnie, bardzo wówczas modne. Jako że nasze mieszkanie składało się tylko z jednego pokoju, mama i Henia starały się nie przeszkadzać, kiedy Krysia mnie uczyła.

Wyjątkowo chętnie oddawałam się studiowaniu historii Polski. Wzruszała mnie bohaterska walka i liczne zrywy wymierzone w obcych najeźdźców. Powstanie styczniowe z 1863 roku było dla mnie źródłem wyjątkowej dumy i inspiracji. Wielu Polaków oddało życie w walce, wielu zostało zesłanych w głąb Rosji. Niektórym udało się zbiec za granicę, głównie do Francji i Wielkiej Brytanii. Słuchałam o tym, jaką cześć oddawano bohaterom tego powstania. Z dumą nosili mundur, ludzie kłaniali się im na ulicy. Byłam taka dumna z ich poświęceń. Łatwo dostrzegałam silny związek między przeszłością a sytuacją, w jakiej znalazła się Polska, i to w dużym stopniu wpłynęło na mój sposób myślenia i poczucie tożsamości.

Krysia zaczęła mnie uczyć, kiedy skończyłam trzynaście lat. Wiedziałam, że mama z trudem zdobywa pieniądze na moją edukację, więc przykładałam się do nauki, żeby zdać egzaminy końcowe. Ten rok z Krysią był okresem przebudzenia, zaczęłam dorastać.

Kiedy poznałyśmy się lepiej i zaczęłyśmy sobie ufać, Krysia coraz bardziej otwarcie opowiadała mi o swoim życiu i o tym, co się dzieje z okupowaną przez Niemców Polską. Mówiła, że w pierwszych dniach okupacji jej starszego brata zaaresztowało gestapo i przesłuchiwało go przez dwa tygodnie. Przewieziono go na Pawiak, a potem do Auschwitz, gdzie po miesiącu zmarł. Przepełniony żałobą ojciec Krysi dostał ataku serca. Wtedy jej brat bliźniak opuścił dom i dołączył do ruchu oporu. Nigdy więcej go nie zobaczyła.

Czas płynął. Chyba w styczniu 1943 roku, kiedy w domu nie było ani mamy, ani Heni, Krysia wyznała mi, że należy do podziemnego harcerstwa, do Szarych Szeregów. Mówiła, że Szare Szeregi są związane z Armią Krajową, że razem działają w konspiracji przeciwko niemieckim okupantom. Krysia przybrała pseudonim "Kali". Byłam ogromnie podekscytowana, bo podczas nauki historii dowiedziałam się o harcerzach walczących przeciwko bolszewikom w 1920 roku i o roli, jaką harcerze odegrali, broniąc Polski w 1939. Mój podziw budziła zwłaszcza postawa harcerzy, którzy podczas obrony Grodna, uzbrojeni w butelki z benzyną, dzielnie atakowali sowieckie czołgi.

Przez ten rok nauki w domu dowiedziałam się dużo o historii mego kraju, o tym, jak systematycznie usiłowano nas unicestwić, i o tym, jak młodzi Polacy nie poddawali się i walczyli.

Polska, niegdyś silny i dumny kraj, w XVI i XVII wieku była jednym z największych i najliczniejszych narodów Europy. Po najazdach i rozbiorach, kiedy ziemie podzielono między Imperium Rosyjskie, Prusy i Austrię, w 1795 roku Polska utraciła suwerenność i na 123 lata przestała istnieć jako państwo, aż do 1918 roku. Podczas zaborów tożsamość narodowa przetrwała dzięki kulturze. Dochodziło do sporadycznych powstań, jak powstanie listopadowe w 1830 roku i powstanie styczniowe w 1863. Po pierwszej wojnie światowej, w której zaborcy Polski ponieśli klęskę, państwo się odrodziło - powstała II Rzeczpospolita, co potwierdził traktat wersalski z 1919 roku, a pozycję kraju umocniła przegrana Armii Czerwonej w bitwie warszawskiej z 1920 roku, co pozwoliło zatrzymać rozprzestrzenianie się komunizmu w Europie.

Dwudziestolecie międzywojenne było okresem szczęścia dla tych Polaków, którzy pamiętali, jak się żyło pod zaborami i pod obcą dominacją. Za czasów sanacji i wielonarodowościowego, pluralistycznego rządu marszałka Piłsudskiego mieszkańcy masowo włączali się w działania nakierowane na odbudowę polskiej niepodległości.

Kiedy wybuchła druga wojna światowa, wszystkie organa państwa polskiego zeszły do podziemia, tworząc Państwo Podziemne. Uformowała się podziemna armia, późniejsza Armia Krajowa. AK stała się częścią politycznego i prawnego systemu Państwa Podziemnego, współpracując z koalicyjnym rządem na uchodźstwie. Powstał on we Francji po najeździe na Polskę, a gdy Francja skapitulowała, przeniósł się do Londynu.

AK zwalczała wrogów metodami walki podziemnej. Stała się jednym z największych ruchów oporu w Europie. W połowie 1944 roku liczyła około 350 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy, a dodać należy jeszcze i tych, którzy wspomagali działalność Podziemia. Kobiety stanowiły około 10 procent członków AK. Harcerze od razu dołączyli do konspiracji i utworzyli równoległą, tajną organizację, współpracującą z AK. Przybrali nazwę Szare Szeregi, nawiązującą do koloru mundurów, jakie nosili przed wojną. Stali się organizacją paramilitarną. Organizacja składała się z trzech grup. Drużyny Zawiszy zrzeszały najmłodszych, chłopców w wieku dwunastu-czternastu lat. Ich zadaniem było przygotowywanie zawiszaków do służby pomocniczej na wypadek zbrojnego powstania. Bojowe Szkoły dla harcerzy piętnasto-, siedemnastoletnich były drużynami małego sabotażu. Grupy Szturmowe, dla chłopców mających ponad osiemnaście lat, szkoliły w sabotażu i "wielkiej dywersji" oraz walce zbrojnej. Niewielkie grupki dziewcząt dołączono do dwóch ostatnich sekcji. W maju 1944 roku Szare Szeregi liczyły ponad 8300 członków.

Osobno funkcjonowała organizacja harcerek, nosząca nazwę Związek Koniczyn. Działały jako łączniczki i sanitariuszki, wspierały poczynania harcerzy. W 1944 roku do Związku Koniczyn należało około pięciu tysięcy dziewcząt.

Dowiadywałam się od Krysi, jak okupant usiłował wykorzenić polskość w całym kraju. Najeźdźcy zajęli zachodnią część Polski i przesiedlano tam wielu Niemców. Z kolei Polaków z obszarów okupowanych przez Sowietów na wschodzie zsyłano na Syberię. To, co zostało, zmieniono w administrowane przez Niemców Generalne Gubernatorstwo, które zajmowało mniej więcej jedną czwartą terytorium przedwojennej Polski. Było jasne, że Niemcy chcą zmieść Polskę z powierzchni ziemi, wchłonąć nasz kraj, aby stał się częścią niemieckiej Lebensraum, przestrzeni życiowej.

Krysia opowiadała mi o potwornościach, jakich dopuszczali się Niemcy, i o tym, z jakim odwetem spotykali się ze strony Podziemia. Mówiła, że wśród młodzieży Warszawy aż wrzało, każdy chciał walczyć, była to kwestia honoru.

Coraz więcej słyszałam też o prześladowaniu Żydów. W ciągu następnych miesięcy, jakie spędziłam z Krysią, zaczęłam coraz lepiej rozumieć, co się dzieje. Uważniej słuchałam prowadzonych przez dorosłych rozmów o strasznych warunkach życia w getcie i szalejących tam chorobach. Docierały do mnie informacje o dzieciach, które wyczołgiwały się z getta przez dziury w murze, by zdobyć pożywienie, a następnie wpadały w łapy Niemców, którzy zabijali je na miejscu. Czasem pytałam mamę o getto i trochę mi wyjaśniała. Zwykle kończyła, zaklinając nas na wszystko, abyśmy były z Henią ostrożne, uważały, dokąd się wybieramy i co robimy. Kilkakrotnie napomykała o Polakach ukrywających Żydów - jeśli ich na tym przyłapano, rozstrzeliwano wszystkich, całe rodziny tych, którzy udzielili schronienia.

Pomaganie Żydom w Polsce łączyło się z większym zagrożeniem niż w innych krajach. W Generalnym Gubernatorstwie oficjalnym dekretem ustanowiono karę śmierci za wszelkie formy niesienia pomocy; kara obejmowała zarówno tego, kto pomagał, jak i jego bliskich. Pomocą było już zwykłe podzielenie się jedzeniem, a co dopiero udzielenie schronienia czy ukrywanie Żydów.

Pojawiły się pogłoski, że zaczęto wywozić Żydów z getta. Rozmawiałam o tym z Krysią, a ona powtarzała opinie niektórych swoich kolegów z konspiracji. Mówiła, że biorąc pod uwagę, co Niemcy robili z Polską, przetrzymywanie Żydów w gettach nie miało sensu i że Niemcy z pewnością mieli w stosunku do nich inne plany. Prowadziło to nieuchronnie do wniosku, że niezależnie od tego, jaki los czekał Żydów, my będziemy następni. Stopniowo zaczynało to do mnie docierać, choć wówczas jeszcze nie miałam pojęcia, co się naprawdę działo.

Przedwojenna niechęć między Polakami a Żydami nie była dla mnie oczywistością podczas okupacji. Wydawało mi się, że wszelkie różnice zostały zapomniane, i dostrzegałam tylko współczucie, z jakim mieszkańcy Warszawy odnosili się do zamkniętych w getcie. Z mojej perspektywy nie było widać podziału na "my" i "oni", gdyż wszystko, co miało nadejść, w równym stopniu dotyczyło nas wszystkich.

Pod koniec 1942 roku Krysia zaczęła mi mówić, że Żydów wywożą do obozów koncentracyjnych. Wtedy już wiedzieliśmy, czym są obozy takie jak Auschwitz. Od 1940 roku przetrzymywano tam polskich więźniów politycznych. Trafić tam mógł każdy, kto przeciwstawił się lub choćby mógł się przeciwstawić okupacji niemieckiej. Od 1941 roku było wiadomo, że Polacy są tam mordowani, w Auschwitz zginął też brat Krysi. Krążyły posępne spekulacje na temat losu Żydów i pogłoski, że są wywożeni do obozów śmierci.

Prasa konspiracyjna informowała o deportacjach Żydów, pisano, że jest to jedna z najstraszniejszych zbrodni niemieckich. W sierpniu 1942 roku, kiedy trwały deportacje, polski kurier Jan Kozielewski, pod pseudonimem "Jan Karski", został dwukrotnie wprowadzony do warszawskiego getta przez działaczy żydowskiej konspiracji, by zgromadzić informacje. AK śledziło także pociągi wywożące Żydów z getta do Treblinki, obozu śmierci oddalonego o sto kilometrów na północny wschód od Warszawy, i do obozów w Bełżcu oraz Sobiborze. Prowadziło to do przerażającej konkluzji: Żydzi są skazani na zagładę i masowo mordowani w obozach.

Karski przedostał się do Wielkiej Brytanii, przewożąc raporty i inne materiały na mikrofilmach. Złożył meldunek członkom polskiego rządu na uchodźstwie i spotkał się z Anthonym Edenem, brytyjskim ministrem spraw zagranicznych. Na podstawie przekazanych przez Karskiego informacji polski rząd na uchodźstwie w grudniu 1942 roku sporządził jeden z pierwszych i bardzo szczegółowy raport dotyczący traktowania Żydów zatytułowany "Masowa eksterminacja Żydów w okupowanej przez Niemcy Polsce", adresowany do ONZ. Z Wielkiej Brytanii Karski pojechał do USA, gdzie spotkał się z prezydentem FranklinemD. Rooseveltem. O tym, co widział i słyszał, opowiedział również licznym przedstawicielom amerykańskich elit politycznych oraz dziennikarzom. Na doniesienia Karskiego o tragedii Żydów w Polsce Felix Frankfurter, żydowskiego pochodzenia sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, zareagował: "Nie mówię, że pan kłamie, mówię, że panu nie wierzę". To typowa reakcja, z jaką Karski spotykał się na Zachodzie.

Relacja polskiego rządu dotycząca sytuacji Żydów w Europie kilka miesięcy później została uzupełniona informacją Witolda Pileckiego z AK. W 1940 roku Pilecki na ochotnika dołączył do pojmanych podczas wrześniowej łapanki i trafił do obozu Auschwitz, gdzie zbierał informacje i organizował ruch oporu. Po ucieczce w kwietniu 1943 roku Pilecki sporządził szczegółowy raport opisujący straszliwe warunki obozowe, których sam doświadczył, nieludzkie traktowanie sowieckich jeńców wojennych i początki masowej eksterminacji ludności żydowskiej w Auschwitz-Birkenau. Był to pierwszy raport, w którym szczegółowo informowano o komorach gazowych i skali codziennych mordów. Informacje Pileckiego przekazano Brytyjczykom za pośrednictwem polskiego rządu na uchodźstwie, ale nie wywołały one żadnej reakcji.

Z czasem dowiedziałam się też o Żegocie. Kiedy rozpoczęły się deportacje z Warszawy, okazało się, że niezbędna jest dobrze zorganizowana i finansowana organizacja niosąca pomoc Żydom. W grudniu 1942 roku polski rząd na uchodźstwie ogłosił powstanie Rady Pomocy Żydom, która przyjęła nazwę Żegota. Powołali ją Polacy działający w konspiracji, a wspierały zarówno Polskie Państwo Podziemne, jak i żydowscy konspiratorzy, działający pod auspicjami rządu na uchodźstwie. Organizacja szybko utworzyła rozległą sieć kontaktów i ratowała Żydów, czy to w getcie, czy to ukrywających się poza gettem. Oprócz dostarczania żywności i zapewniania opieki medycznej oraz pieniędzy Żegota przygotowywała fałszywe dokumenty dla wielu osób, które dzięki temu uniknęły pojmania. Z całej okupowanej Europy tylko w Polsce powstała organizacja nastawiona wyłącznie na niesienie pomocy Żydom.

W marcu 1943 roku usłyszeliśmy o wielkiej operacji przeprowadzonej przez AK, która przeszła do historii jako akcja pod Arsenałem. Miała na celu uwolnienie harcmistrza Szarych Szeregów, żołnierza AK, Janka Bytnara "Rudego". Przeprowadziły ją Szare Szeregi. Zwieńczony sukcesem atak przypuszczono, gdy więźniów transportowano po przesłuchaniu na gestapo przy alei Szucha do więzienia na Pawiaku1.

Od razu ogarnęło mnie poczucie obowiązku i pragnienie, by stać się częścią owej podziemnej armii. Wszyscy wiedzieli, że po takiej akcji nastąpią surowe represje, ale przyszłam na świat w kraju, w którym honor i patriotyzm znaczyły najwięcej. Zaczynałam rozumieć, że indywidualne ryzyko jest ceną, jaką trzeba zapłacić, by ratować ojczyznę.

"Rudy" kilka dni później zmarł w wyniku obrażeń doznanych podczas tortur przed akcją. Jego przyjaciel "Alek" zmarł tego samego dnia w następstwie ran odniesionych podczas akcji. Dwaj esesmani odpowiedzialni za torturowanie "Rudego" w więzieniu, Schulz i Langer, dwa miesiące później zostali zastrzeleni przez Szare Szeregi.

Wkrótce Aleksander Kamiński z Szarych Szeregów napisał książkę o ich działalności, skupiając się zwłaszcza na działalności Szarych Szeregów i akcji pod Arsenałem. Książka Kamienie na szaniec nagłośniła działalność Szarych Szeregów i stała się narzędziem podziemnej propagandy. Później pomagałam ukrywać egzemplarze książki, zanim skierowano je do dystrybucji - to część mojej konspiracyjnej działalności.

Byłam zdecydowana dołączyć do konspiratorów: to był dla mnie krok absolutnie oczywisty. Podobało mi się wszystko, o czym mówiła Krysia. Wiedziałam, że trzeba coś zrobić, i desperacko pragnęłam służyć Polsce i przyczynić się do uwolnienia jej spod władzy okupanta. Dręczyło mnie jedno pytanie: "Jak ktoś obcy może przyjść do naszego domu i mówić, co mamy robić?". Dla mnie było to niedopuszczalne. Kiedy Niemiec mijał nas na ulicy, mieliśmy się kulić, unikając uderzenia. Niektórzy uważali, że łatwiej chodzić z pochyloną głową, zgadzając się na panującą sytuację i mając nadzieję, że w końcu coś się zmieni. Inni powstrzymywali się od jakiejkolwiek działalności, jako jedyne dzieci, których obowiązkiem była opieka nad rodzicami. Inni po prostu nie mieli możliwości, by dołączyć do konspiratorów. Jednak dla wielu bierne podporządkowanie nie było wyjściem, skoro otwierała się możliwość działania. Podobnie jak wielu młodych mieszkańców Warszawy, zaliczałam się do tej kategorii. Zdawałam sobie sprawę z czyhających niebezpieczeństw, ale musiałam włączyć się w działania konspiracji. Nie myślałam o tym, że może mi się przydarzyć coś złego.

Getto płonie

Nastał czwarty rok okupacji. Straszny rok. Żywo pamiętam kwiecień 1943 roku. Zbliżały się święta Wielkanocy, bardzo je lubiłam. 19 kwietnia malowałam pisanki, szykując święconkę. Kochałam tę tradycję. Niespodziewanie zjawił się jeden z naszych znajomych, krzycząc, że getto płonie. Postanowiliśmy sprawdzić, co się dzieje. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam getto. Pośpieszyliśmy tam razem z innymi, szybko zauważyłam wznoszący się ku niebu dym. Po dwudziestu minutach staliśmy jakieś trzysta metrów od wysokiego na trzy metry muru otaczającego getto. Uzbrojeni wartownicy nie pozwalali się do niego zbliżyć. Byłam przerażona. Słyszałam wystrzały i czułam, że za murem dzieje się coś niezwykłego.

Staliśmy w tłumie. Ludzie wymieniali się informacjami. Ktoś opowiadał, że gdy Niemcy postanowili deportować ostatnich mieszkańców getta2, zdecydowana na wszystko grupa młodych uznała, że musi zostać i walczyć aż do końca. Stałam tam i słuchałam, i czułam coraz większy żal i współczucie dla tych, którzy pozostali w getcie. Zastanawiałam się, czy mają jakiekolwiek szanse na ratunek.

Przypomniałam sobie, jak Krysia wielokrotnie rozmawiała ze mną o powstaniu. Czy powinnyśmy je zapoczątkować? Zastanawiałam się, czy byłoby tak jak w getcie. Stałam tam i czułam narastającą nienawiść do Niemców i tego wszystkiego, co nam wyrządzali. Po cichu modliłam się za bojowników z getta i cały dzień o nich myślałam. Getto płonęło i walczyło przez trzy, może cztery dni, a potem wszystko ucichło3.

Nie dziwiłam się, że Żydzi stawiają opór, wiedziałam, że konspiracja i AK są gotowe do walki. Wiedziałam też, że AK jest w kontakcie z podziemiem żydowskim i robi, co może, by pomagać, więc wyglądało na to, że stanowią część tej samej grupy konspiratorów. Powoli zaczynałam rozumieć, że skoro Żydzi tak zaciekle opierają się deportacji, wbrew wszelkim przeciwieństwom, to pogłoski o pociągach do obozów śmierci muszą być prawdziwe.

Walki te przeszły do historii jako powstanie w getcie warszawskim. Był to ostatni akt heroicznego oporu, jaki stawiło kilkuset źle uzbrojonych bojowników, zanim Niemcy wywieźli ostatnich pozostałych w getcie Żydów, 65 tysięcy. Bojownicy woleli śmierć niż bierną zgodę na wyroki losu. Stanęli do walki, wyposażeni w znikomą ilość broni, przeszmuglowaną do getta, także przez AK. AK przypuściła też dywersyjne ataki na Niemców, by stworzyć drogi ucieczki4.

Ostatni żyjący przywódca powstania w getcie, Marek Edelman z Żydowskiej Organizacji Bojowej, spisał osobisty raport z życia w getcie i powstania. Stwierdza, że po stronie niemieckiej było około trzystu ofiar5. Przeżyło niewielu żydowskich bojowników, sam Edelman zdołał uciec i dołączył do polskiego ruchu oporu.

W czasie powstania w getcie zginęło 13 tysięcy Żydów. Niemcy realizowali politykę spalonej ziemi, wypalając i burząc dom po domu. Kiedy skończyły się walki i wywieziono ostatnich Żydów, w getcie zapanowała śmiertelna cisza.

Zdesperowany Szmul Zygielbojm, przywódca Bundu i członek polskiego rządu na uchodźstwie, popełnił samobójstwo. Stało się to w maju 1943 roku w Londynie. Jego śmierć była aktem sprzeciwu wobec bezczynności świata, braku reakcji na eksterminację ludności żydowskiej. Zygielbojm zostawił list, w którym pisał:

"Nie mogę żyć, gdy resztki narodu żydowskiego w Polsce, którego jestem przedstawicielem, są likwidowane. Moi towarzysze w getcie warszawskim polegli z bronią w ręku w ostatnim bohaterskim boju. Nie było mi sądzonym zginąć tak jak oni, razem z nimi. Ale należę do nich i do ich grobów masowych. Śmiercią swoją pragnę wyrazić najsilniejszy protest przeciw bierności, z którą świat przygląda się i dopuszcza do zagłady ludu żydowskiego".

Powstanie w getcie dla kilku pokoleń Żydów stało się symbolem żydowskiego ducha sprzeciwu.

Po powstaniu Niemcy przeszukiwali ruiny w getcie. Słyszałam, że potem na szaber ruszyli Polacy, zabierający resztki pozostałe w gruzach. Po latach pogłoski o owym szabrownictwie wywoływały antagonizmy między Polakami a Żydami.

Mnie deportacje Żydów i pogłoski dotyczące ich zagłady utwierdzały w przekonaniu, że nieszczęsny los czeka całą Warszawę. Już wcześniej, przed wybuchem powstania w getcie, zaangażowałam się w działalność ruchu oporu, ale wydarzenia 1943 roku umocniły mnie w przekonaniu o słuszności tego działania. Uznałam, że skoro zamknięci w getcie Żydzi potrafili walczyć, potrafimy i my. Prawdę o skali mordów dokonywanych przez nazistowskich Niemców na Żydach z całej Europy poznałam dopiero dużo później.

Wstęp

Moja matka Danuta Szlachetko (z domu Banaszek) w 1929 roku zjawiła się na świecie, który wkrótce miał się rozpaść. Wielkie miasto, jakim była Warszawa, znalazło się w centrum prawdopodobnie największego w dziejach starcia ideologii: faszystowskie Niemcy wkroczą od zachodu, a bolszewicki Związek Radziecki od wschodu.

Pierwsze bomby spadły, kiedy Danuta miała dziesięć lat, potem rozpoczęła się trwająca pięć lat okupacja niemiecka. Do końca okupacji bestialsko wymordowana została blisko połowa mieszkańców stolicy.

Ta książka opowiada prawdziwą historię życia mojej matki. Zaczyna się w chwili, gdy dziewczynka dorasta pod okupacją niemiecką. Była zbyt młoda, żeby rozumieć wielką politykę, ale zarazem wystarczająco dojrzała, by zdawać sobie sprawę, że jej kraj i jej miasto przygniata siła, która chce pozbawić je życia. Nie mogła patrzeć na to obojętnie, postanowiła dołączyć do podziemnego ruchu oporu. Całe miasto zapłaci potworną cenę za okazanie niezłomnego ducha sprzeciwu. Kulminacyjnym momentem będzie powstanie warszawskie, z całą pewnością największy i najbardziej tragiczny zryw ze wszystkich, do jakich doszło w okupowanych przez Niemcy państwach w czasie drugiej wojny światowej. Podczas sześćdziesięciu trzech dni, które nastąpiły po 1 sierpnia 1944 roku, ulice spływały krwią, krew plamiła ściany domów dogorywającej Warszawy.

Wzięta do niewoli jako jedna z pierwszych w dziejach kobiet jeńców wojennych, Danuta mogła jedynie rozmyślać nad brutalnością człowieka i krzywdami, jakich doznała. Z niemieckiego obozu jenieckiego wyzwolili ją żołnierze jej własnej armii. Nie miała jednak możliwości powrotu do życia, jakie wiodła przed wybuchem wojny. Polska nie była wolna, a narzucony przez Sowietów rząd wyraźnie wrogim okiem patrzył na tych, którzy zaryzykowali wszystko, by ratować Polskę.

Przyjaźń połączyła matkę z polskim oficerem i wspólnie rozpoczęli nowe życie w Wielkiej Brytanii. Ta książka rzuca światło na to, dlaczego i w jakich okolicznościach pierwsza powojenna generacja polskich imigrantów przybyła do Wielkiej Brytanii. Przyjeżdżali ciężko poznaczeni bliznami tragicznych doświadczeń, poturbowani, lecz nie złamani. Przybywali bez niczego, a w dodatku szkalowani przez sowiecką propagandę w niektórych brytyjskich gazetach. Mozolnie starali się odbudować życie, wchodzili w miejscowe środowisko, zakładali nowe rodziny. Początkowo nieufni wobec przyjezdnych Brytyjczycy z czasem zaakceptowali owych ciężko pracujących i przestrzegających prawa Polaków, a nawet zaczęli ich obdarzać szacunkiem. Dzieci staną się już pełnoprawnymi członkami brytyjskiego społeczeństwa, choć nigdy nie zapomną o swych korzeniach.

Postanowiłem napisać tę książkę w pierwszej osobie, ponieważ jest w całości oparta na setkach godzin rozmów z moją matką. O powstaniu warszawskim napisano wiele książek, lecz ta jest opowieścią bardzo osobistą. Mama nie mogła być świadoma wielu wydarzeń tworzących wówczas kontekst międzynarodowy. Starałem się pisać, w pełni odwołując się do doświadczeń matki, jej myśli i emocji. Skupiłem się na prawdzie i wierności szczegółom, nie dokonywałem upiększeń.

We wspomnieniach mamy, obejmujących siedemdziesiąt lat, z pewnością są luki. Starałem się je wypełnić - przy jej pomocy - najlepiej, jak potrafiłem. Tam, gdzie uznałem za interesujące dla czytelnika, uzupełniłem je również o kontekst historyczny, oparty na moich własnych poszukiwaniach. Podsumowując, muszę powiedzieć, że jestem zdumiony tym, jak żywo mama zapamiętała tamte czasy; pewne wydarzenia i emocje pozostały w jej pamięci tak świeże, jakby miały miejsce wczoraj.

To nie jest historia ofiary, lecz niezwyciężonego ducha człowieczeństwa całego pokolenia Polaków bohaterów, widzianego oczyma jednej kobiety. Chciałbym, aby ta książka stała się hołdem dla mojej mamy, kobiety pełnej niezwykłej odwagi, siły i miłości.

Jak bym się zachował na jej miejscu?

George (mama zawsze mówiła na mnie "Jurek") Szlachetko, Ealing, Londyn, październik 2015

Rozdział pierwszyKrótkie dzieciństwo

Grzebałyśmy w ziemi dziecinną łopatką.

- Już wystarczająco głęboko? - chichotałam.

Moja siostra nachyliła się, by ułożyć w ziemi delikatne korzenie, włosy opadały jej na twarz, kiedy starała się zapewnić roślince najlepszy start w życie. Zrobiłam to samo. Uklepałyśmy ziemię dookoła i podziwiałyśmy nasze bliźniacze sadzonki. Potem, jak na prawdziwe siostry przystało, zaczęłyśmy się kłócić, który dąbek urośnie wyżej i będzie mocniejszy. Los za nas rozstrzygnął. Mój wyrósł wysoki, lecz krzywy, a drzewko Heni zmarniało i uschło.

Ja, czyli Danuta, urodziłam się 16 lipca 1929 roku w Warszawie. Były to czasy dumy, gdy Polska rozkoszowała się wolnością, świeżo odzyskaną po ponad wieku obcych rządów. Ta wolność trwać miała zbyt krótko. Podczas mego niedługiego dzieciństwa nie mogłam wiedzieć, że w ciągu kilku lat zginie połowa z blisko półtora miliona mieszkańców mego ukochanego miasta, że wielu z nich zostanie okrutnie zamordowanych.

Mieszkałam z mamą, Marią Banaszek, i moją starszą siostrą Henią. Mama wcześniej urodziła jeszcze Jasię, która zmarła w niemowlęctwie na szkarlatynę. Rodzice rozstali się, kiedy miałam jakieś sześć lat, ale mimo to miałam cudowne dzieciństwo.

Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu na parterze, w pudełkowatym budynku, do którego szło się przez trzy obszerne podwórza połączone łukowatymi bramami. Dom liczył kilkuset mieszkańców i podwórka zawsze tętniły życiem. Główna brama wychodziła na elegancką ulicę, Nowy Świat numer 57.

Nowy Świat, który znajduje się w samym centrum Warszawy, jest częścią historycznego Traktu Królewskiego. Półtora kilometra na północ jest Zamek Królewski i Starówka. W takiej samej odległości na południe rozciągają się Łazienki, największy i najwspanialszy park Warszawy. Przy wejściu do Łazienek stoi Belweder, pałac, który był niegdyś rezydencją prezydenta, a niżej, pośrodku jeziora, wznosi się majestatyczny pałac Na Wodzie.

Na Nowym Świecie było dużo drogich sklepów, a między nimi - piękne kawiarnie. Zawsze lubiłam słodycze i uwielbiałam przechodzić obok słynnej cukierni Bliklego, gdzie w witrynie wystawiano najcudowniejsze ciasta. Po drodze mijałam ulicznych sprzedawców, oferujących apetycznie wyglądające rurki z kremem. Marzyłam, że kiedyś będę mogła kupić sobie jedną. Miałam przyjaciółkę, której krewna pracowała w pobliskiej ciastkarni przy Alejach Jerozolimskich i niekiedy dawała nam resztki ciastek, co stanowiło rzadką, lecz wspaniałą ucztę.

Jedną z najczęściej gotowanych zup był wtedy kwaśny barszcz czerwony, lecz ja najbardziej lubiłam kartoflankę, którą bardzo wcześnie obie z Henią nauczyłyśmy się robić. Uwielbiałam też pierogi - z mięsem, serem czy kapustą. Często zbierałyśmy jagody i robiłyśmy zupę owocową z makaronem, była przepyszna. Wyprawy do lasu, na grzyby, też zawsze dawały nam dużo radości. Przyrządzałyśmy grzyby na maśle, dodawałyśmy śmietanki - fantastyczne danie. Zbieranie grzybów to niełatwa sztuka, wymaga umiejętności, których, niestety, nie posiadam.

Warszawę nazywano wówczas Paryżem Wschodu. Imponujące budynki ze zdobnymi fasadami nawiązywały do różnych stylów architektury europejskiej. Kochałam długie, szerokie aleje przecinające miasto, zawsze pełne ruchu. Do mojego pokoju dochodziło także turkotanie kół dorożek. Rykszarze wściekle dzwonili, torując drogę trzyosobowym kabinom, które popychali przed sobą. Samochodów było niewiele. Fascynowały mnie tramwaje. Nocami często leżałam, wsłuchując się w dźwięczne "din-din" dobiegające z pobliskiego przystanku.

Chodziłam do szkoły podstawowej przy ulicy Kruczej, jakieś dziesięć minut spacerem z domu. Nikt w tamtym czasie nie odprowadzał małych dzieci do szkoły. Po lekcjach często zostawałam w świetlicy, gdzie odrabialiśmy lekcje i mieliśmy różne dodatkowe zajęcia.

Moje życie było pełne drobnych przyjemności. Na Gwiazdkę szykowaliśmy zabawki i kleiliśmy ozdoby choinkowe z papieru, w ogóle większość zabawek była ręcznej roboty. Na Wielkanoc malowaliśmy wydmuszki i szliśmy ze święconką do kościoła. Pamiętam, z jakim podnieceniem wybieraliśmy towary na rynku. Tradycyjnie kupowaliśmy żywego karpia na targu przy placu Za Żelazną Bramą. Przy innych wyjątkowych okazjach kupowaliśmy kaczkę, gęś czy kurczaka. Właściciel straganu na miejscu ukręcał ptakowi łeb, a dzieciom kazano patrzeć w drugą stronę.

Byłyśmy sobie bardzo bliskie, mama, siostra i ja. Mama była opoką rodziny, a to, jak podchodziła do życia, wywarło na mnie trwałe piętno. Jako kobieta silna i zdecydowana, zawsze wiedziała, czego chce. Nade wszystko ceniła uczciwość i pracowitość. Była dobra, kochająca, umiała słuchać. Wychowała nas tak, byśmy szanowały innych i im pomagały. Jednak potrafiła być twarda i choć byłyśmy tak do siebie przywiązane, jej surowy charakter sprawiał, że w pewnym sensie bałam się jej.

Henia była prawie cztery lata starsza ode mnie. Bardzo się różniłyśmy, także wyglądem. Henia uwielbiała dzieci i ludzi wokół siebie, okazywała mamie dużo troskliwości, znacznie więcej niż ja. Miała spokojne usposobienie, była wyrozumiała, godna zaufania, wrażliwa. Poważniejsza ode mnie i bardziej zamknięta w sobie. Taka dobra uczennica, która potrafi prowadzić ciekawą rozmowę, podczas gdy ja byłam jeszcze głupiutka. Regularnie kłóciłyśmy się o drobiazgi, ale otaczała mnie opieką i mogłam w pełni na niej polegać. Henia była naprawdę wspaniałą osobą, bardzo dobrze się dogadywałyśmy i ogromnie ją kochałam.

Ojciec odszedł, kiedy miałam sześć lat, chyba było to rozstanie za obopólną zgodą. Rodzice poznali się gdzieś na wsi, skąd oboje pochodzili. Potem ojciec zaciągnął się do wojska. Mam tylko jedno żywe wspomnienie z nim związane. Chciał ukarać Henię za nieposłuszeństwo, przełożył ją sobie przez kolano, żeby wymierzyć jej klapsa, ale kiedy opuszczał rękę, Henia zgięła nogę i trafił w podeszwę jej buta. Zdjęty bólem, zrzucił ją na podłogę. Wyglądało to zabawnie i miałam ochotę się roześmiać, ale powstrzymałam się, bo ojciec był wściekły. Jednak po tym incydencie już nigdy nie próbował dać Heni lania.

Chyba najbardziej zapamiętałam kilka szczęśliwych tygodni wakacji, które spędziłyśmy z ojcem na wsi, już po rozstaniu rodziców. Oczywiście zawsze pragnęłam, by rodzice byli razem, ale choć mieszkali osobno, przynajmniej żyli w zgodzie. Nigdy nie wzięli rozwodu. Myślę, że ojciec był dobrym człowiekiem, jednak prawdopodobnie pod względem charakteru zupełnie różnym od matki.

Moja rodzina była bardzo religijna i regularnie chodziłyśmy do pobliskiego kościoła Świętego Krzyża. Stanowiło to ważny element naszego życia i chętnie włączałyśmy się w działalność świetnie działających kółek i stowarzyszeń przykościelnych. Jednym z nich była Sodalicja Mariańska, prowadzona przez mojego katechetę ze szkoły, zaprzyjaźnionego z naszą rodziną ojca Jana Paszynę. Spędzałyśmy z Henią dużo czasu na spotkaniach Sodalicji w kościele i często jeździłyśmy na organizowane przez księdza wycieczki.

Mama, której panieńskie nazwisko brzmiało Lipińska, pochodziła z dużej rodziny z Sierakowa, wsi oddalonej niespełna osiem kilometrów od Warszawy, gdzie dziadkowie gospodarowali na roli. Miała trzech braci i cztery siostry. Najmłodszy z rodzeństwa był Franek, zaledwie kilka lat starszy ode mnie, więc obie z Henią traktowałyśmy go bardziej jak brata niż wujka. Dziadek zmarł, zanim się urodziłam. Na łożu śmierci podzielił gospodarkę równo między wszystkie dzieci. Czwórka została na roli w Sierakowie, pozostali sprzedali spadek i wyprowadzili się. Janek, najstarszy, i jego żona Alinka kupili mieszkanie w Warszawie, na Starówce. Później dołączył do nich Franek wraz z moją owdowiałą babcią. Zgodnie z polską tradycją posłuszeństwa wobec starszych, Alinka słuchała się babci, która zresztą uwielbiała synową. Nasza ciotka Janka poślubiła policjanta i została panią Dybowską. W tamtych czasach policjantów szanowano i dobrze opłacano. Mąż Janki został skierowany na posterunek w zamieszkanym głównie przez Żydów Kałuszynie, jakieś 60 kilometrów od Warszawy. Dostał tam duże mieszkanie. Wciąż pamiętam, jak dziarsko wyglądał w mundurze. Janka przeznaczyła większość spadku na wyposażenie i zagospodarowanie się w nowym miejscu. Kilka lat później pojawi się w naszym życiu w bardzo smutnych okolicznościach.

Moja mama sprzedała ziemię, którą odziedziczyła w Sierakowie, i jakieś trzy kilometry dalej, w Laskach, kupiła działkę graniczącą ze znanym Towarzystwem Opieki nad Ociemniałymi. Przy pomocy przyjaciół zbudowała tam dom, a jako osoba zaradna wiele prac wykonała własnym sumptem. Ozdobiła kafle pieca, pomalowała ściany i skupiła się na przygotowaniu letniska dla nas wszystkich.

W budynku były cztery mieszkania, z których jedno podczas dwóch miesięcy wakacji zajmowała nasza rodzina. Drugie wynajęła zaprzyjaźniona z nami wdowa, którą traktowałyśmy jak ciotkę. Dwa pozostałe były wynajmowane, czy to na wakacje, czy dla gości Towarzystwa.

Z Laskami wiąże się wiele moich szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa, kąpiele w stawie za domem, zabawy z dziećmi sąsiadów. Kiedy miałam dwanaście lat, poznałam tam moją pierwszą dziecięcą sympatię, Januszka. W niedzielę chodziliśmy na mszę do małej, wiejskiej kapliczki z bali wzniesionej na terenie Towarzystwa. Często organizowano tam procesje, szczególnie piękne na Wielkanoc, kiedy dziewczynki rozrzucały kwiatki.

Nasza działka w Laskach zajmowała około trzech tysięcy metrów kwadratowych. Mama zasadziła tam sto drzewek owocowych, założyła ogród warzywny, dzięki czemu mieliśmy pod dostatkiem jedzenia. Było dużo jabłek, gruszek, śliwek, czereśni, porzeczek, malin i truskawek, a do tego dwa drzewa, które dawały wspaniałe orzechy. Pewnego dnia postanowiłyśmy z Henią zasadzić dąbczaki koło domu i doglądałyśmy ich, sprawdzając, czyj rośnie większy i mocniejszy...

Kochałam spacery z Lasek do rodziny w Sierakowie. Trzykilometrowa ścieżka prowadziła przez piękną Puszczę Kampinoską, zaczynającą się tuż za progiem. Pamiętam zapach lasu, drzew i liści, miękki mech pod stopami i śpiewanie ptaków. Wuj Józek i jego żona Genia zawsze ciepło nas przyjmowali, częstując świeżym ciemnym chlebem domowego wypieku z masłem i maślanką, które uwielbiałam. Kiedy zjeżdżała się rodzina, zwykle zostawałyśmy tam na noc, w gronie kuzynów, wujków i ciotek, dołączały też do nas miejscowe dzieciaki; dobrze pamiętam te wizyty w Sierakowie. Wieczorami rozpalaliśmy ognisko na polu, piekliśmy ziemniaki i popijaliśmy maślanką. Potem wśród wybuchów śmiechu skakaliśmy przez ogień, często któryś z chłopców nie skoczył wystarczająco wysoko i zapalały mu się spodnie albo któraś z dziewcząt osmaliła sobie spódnicę. Zapach trawy z łąk, płomienie i radosna atmosfera dziecięcej zabawy - te wspomnienia zostały mi na resztę życia.

Las bywał też przerażający. Henia i ja wracałyśmy kiedyś z Sierakowa, było późne popołudnie, źle skręciłyśmy i zgubiłyśmy się. Każde drzewo i każda przecinka wyglądały tak samo. Wydawało się nam, że błądzimy całe wieki, słońce zaszło, ogarnęła nas smolista ciemność. Każda gałąź chciała nas pochwycić, każdy odgłos budził strach. Siostra starała się dodawać mi otuchy, a ja płakałam. W końcu usłyszałyśmy szczekanie psa. Henia poprowadziła mnie w tamtym kierunku i ku naszej wielkiej uldze wyszłyśmy z puszczy w Izabelinie. Byłyśmy daleko od domu, ale przynajmniej znałyśmy drogę.

Mama była blisko ze swym bratem Józkiem i jego żoną. Genia bardzo mamę lubiła i często wpadała, by zasięgnąć jej rady, posłuchać najnowszych wieści i poplotkować o życiu w Warszawie. Zawsze, kiedy odwiedzali nas w Laskach, przywozili jedzenie z własnego gospodarstwa, a mama obdarowywała ich owocami z naszego sadu.

Uważam, że miałam zwyczajne dzieciństwo, spokojne i szczęśliwe. Nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Słyszałam, jak dorośli rozmawiają o dziwnych sprawach, mówią, że Niemcom nie można ufać i że zanosi się na wojnę. Jako dziewięciolatka nie miałam pojęcia, co to wszystko może znaczyć i nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji. Mama wyglądała na zmartwioną i uznała, że powinnyśmy zrobić zapasy żywności. Przygotowałyśmy dużo przetworów, weki i soki, z własnych owoców i warzyw. Wykopałyśmy głębokie doły i rozmieściłyśmy cenne słoiki w wielu miejscach wokoło domu, na wypadek, gdybyśmy potrzebowały ich w przyszłości. Żadna z nas nie wiedziała, jak straszna okaże się owa przyszłość, która skończy moje dzieciństwo i w ciągu jednej nocy zniszczy wszystko, co znałam.

Pierwsze bomby

Krótko po mych dziesiątych urodzinach, 1 września 1939 roku, wybuchła wojna. Niemcy zaatakowały Polskę, a ich wojska ruszyły na Warszawę. Zaczęło się bombardowanie miasta. 7 września stolica była oblężona, a polskie oddziały walczyły o życie. Pamiętam płynące z megafonów przemówienie prezydenta Starzyńskiego, nawołującego ludność do solidarności i prowadzenia walki aż do końca. Zapanował głód, skończyły się zapasy żywności, odcięto drogi zaopatrzenia. Pewnego dnia szłyśmy z Henią Traktem Królewskim, kiedy ujrzałyśmy wielką kolejkę ludzi czekających przed jadłodajnią dla ubogich przy kościele Świętego Krzyża. Postanowiłyśmy stanąć w ogonku. Kiedy wróciłyśmy do domu i opowiedziałyśmy mamie, rozzłościła się na nas, mówiąc, że jeszcze nie potrzebujemy takiego wsparcia, że są inni, bardziej potrzebujący i żebyśmy nigdy więcej nie korzystały z darmowych posiłków. Myślę, że kryła się w tym duma, ale nie ośmieliłyśmy się sprzeciwić mamie.

Jakieś dwa tygodnie później nastroje w mieście pogorszyły się, bo dotarły do nas wieści, że radziecka Armia Czerwona wkroczyła do Polski od wschodu. W głosie mówiącej o tym mamy słyszałam szok. Hitler i Stalin zawarli tajny pakt o podziale Polski. Stalin podeptał polsko-radziecki pakt o nieagresji z 1932 roku - dostaliśmy cios w plecy. Wydawało się, że wszystko stracone, mocarstwa miażdżą Polskę.

25 września, osiemnaście dni od rozpoczęcia oblężenia Warszawy, nastąpił nieprzerwany atak z powietrza. Bomby spadały na nas bezustannie, w dzień i w nocy. Przebywanie w mieszkaniu stało się zbyt niebezpieczne, a w naszym domu nie było odpowiedniej piwnicy, więc musiałyśmy poszukać lepszego schronienia. Na zewnątrz panował chaos. Wszędzie dookoła wybuchały pożary, budynki waliły się w gruzy, ludzie biegali w panice. Szukałyśmy miejsca, w którym mogłybyśmy schować się przed zasypującymi nas bombami. Byłam tak przerażona, że nie odważyłam się patrzeć w niebo. Jakimś cudem dołączyłyśmy do najstarszego brata mamy, Janka, jego żony, Alinki, i ich córeczki. Kiedy zrobiło się ciemno, wciąż szukaliśmy bezpiecznego miejsca. Alinka niosła malutką Elżbietę w beciku. W zamieszaniu becik się rozwiązywał i Elżbieta kilka razy upadła na ziemię. Na szczęście nic się jej nie stało. Opuszczałyśmy dom w panice i nie wzięłyśmy jedzenia. Trafiłyśmy na sklep, do którego ludzie już zdążyli się włamać, i ktoś podał nam wielki słój kiszonych ogórków. Wspaniały smak tych ogórków nadal mam w ustach. Jakoś udało się nam nie pogubić i w końcu wszyscy razem znaleźliśmy schronienie w jednej z owych wielkich bram, typowych dla warszawskich domów. Usiłowałyśmy złapać tam choć chwilę snu pośród bezustannie spadających bomb.

Później nastąpiło kilka spokojniejszych dni, aż w końcu zapadła cisza. Czekaliśmy, nie wiedząc, czego się spodziewać. I potem, stojąc wśród ruin, zobaczyliśmy wkraczające wojska niemieckie. Żołnierze triumfalnie maszerowali, w rzędach po sześciu, ubrani w nieskazitelne, szarozielone mundury. Gdy dumnie kroczyli warszawskimi alejami, rozbrzmiewały pieśni zwycięstwa. Szlochaliśmy. Byliśmy jak przerażone myszki, a oni - jak wygłodzone, sprężyste koty, szykujące się do uczty.

Oblężenie Warszawy trwało dwadzieścia dni, podczas których miasto stało się jedyną polską wysepką na niemieckim morzu. Ostatecznie, przy krwawych, ciężkich stratach po obu stronach, nasi obrońcy skapitulowali. Nie mogli dłużej utrzymać pozycji, a ofiary wśród ludności cywilnej były zbyt liczne. Nie mieliśmy siły, by dłużej się bronić.

Prawdopodobnie mając nadzieję na zjednanie nas, niemieccy żołnierze początkowo zachowywali się miło i uprzejmie, ale mieliśmy świadomość, że to nie potrwa długo. Szybko dla okupanta stało się jasne, że Polacy nigdy nie zgodzą się na niewolę i zniemczenie. Zaczęła się trwająca ponad pięć lat brutalna okupacja, podczas której Niemcy sięgali po wszelkie środki, by unicestwić polską tożsamość narodową.

Po bombardowaniu wróciłyśmy na Nowy Świat. Nasz dom leżał w gruzach. Gdybyśmy zostały tam dłużej, zginęłybyśmy. Przez następnych kilka dni nocowałyśmy w piwnicach, szukając czegokolwiek do jedzenia. Życie wśród ruin, w brudzie, bez żywności było nie do zniesienia, więc po paru dniach mama zdecydowała, że jedziemy do Lasek. Janek i Alinka postanowili zostać w Warszawie z babcią i Frankiem. Z ojcem straciłyśmy kontakt. Zakładałam, że on również został w Warszawie, ale dopiero po latach dowiedziałam się, jaki los go spotkał.

Kiedy dotarłyśmy do Lasek, zobaczyłyśmy, że cały teren zmieniono w okopy. Od razu zdałyśmy sobie sprawę, że ten obszar był pierwszą linią obrony polskiego wojska. Z domu zniknęło wszystko, z meblami włącznie. Na szczęście odkryłyśmy, że nasze zakopane zapasy jedzenia pozostały nietknięte, choć okopy zaczynały się zaledwie kilka metrów dalej. Dzięki temu zdołałyśmy przetrwać ową surową zimę 1939/1940 roku, kiedy wymarzła połowa naszych drzewek owocowych.

Nie mając mebli, początkowo spałyśmy na podłodze. Z czasem, dzięki przemyślności mamy, zgromadziłyśmy jakieś sprzęty. Drewniane skrzynki posłużyły za stół i krzesła, wuj Józek pomógł nam zrobić łóżko.

Po kilku miesiącach dołączyła do nas siostra mamy, ciocia Janka, z dwójką dzieci i teściową. W pobliżu Kałuszyna spotkały się oddziały niemieckie i rosyjskie, sojusznicy w napaści na Polskę. W mieście toczyły się wyjątkowo ciężkie walki, straty były ogromne. Z mieszkania i dobytku Janki pozostały tylko zgliszcza. Janka, która straciła kontakt z mężem, dowiedziała się, że trafił do sowieckiej niewoli. Minie pięćdziesiąt lat, zanim poznamy jego los: nazwisko Feliks Dybowski w 1991 roku pojawi się na liście Polaków zamordowanych w Katyniu.

Pod koniec lata 1940 roku Henia i ja zaczęłyśmy naukę w miejscowej szkole, razem z dziećmi Janki, Krysią i Jurkiem. Do szkoły mieliśmy trzy kilometry, pokonywane na piechotę, codziennie, w obie strony. Krysia była kilka lat ode mnie młodsza i miała niepokorną naturę, więc dzieciaki przezwały ją "diabeł Dybowska". Janka z rodziną zostali u nas przez kilka miesięcy, zanim wydzierżawili pobliski sklep, dokąd przeniosła się cała rodzina. Kiedy sklep zaczął źle prosperować, znów wrócili do naszego domu, a Janka mieszkała tam do końca życia.

Czasami odwiedzaliśmy rodzinę w Sierakowie, podążając wydeptaną ścieżką przez Kampinos. Tkwiłam w błogiej nieświadomości, nie wiedząc, że w czasie naszego pobytu w Laskach w puszczy działa się mroczna historia. Przez pierwsze dwa lata okupacji Niemcy potajemnie rozstrzelali tam ponad dwa tysiące warszawskich profesorów, nauczycieli, księży, polityków i innych inteligentów, którzy - jak się obawiali okupanci - mogliby stanąć na czele ruchu oporu. Miejscem egzekucji były Palmiry, na obrzeżach lasu. Ciała grzebano w nieoznakowanych mogiłach, ledwo przykrytych ziemią, w którą bezładnie wtykano sadzonki sosen, a to wszystko zaledwie kilka kilometrów od naszego rodzinnego domu.

Z czasem puszcza stała się schronieniem ukrywających się przed Niemcami polskich partyzantów. Wynurzali się z lasu, by przypuścić atak na najeźdźcę lub zdobyć jedzenie, i na powrót znikali. Wielu z nich prawie całą wojnę spędziło w tej głuszy. Liczni odegrali istotną rolę podczas powstania warszawskiego. Pod osłoną nocy siostry z Towarzystwa w Laskach dostarczały im pożywienia i opatrywały rany. Początkowo na partyzantów polowali Niemcy, potem - Rosjanie.