Wanda ucieszyła się na widok stojącej w drzwiach sąsiadki.
- Wejdź, proszę - zachęciła.
- Oj, chyba przyszłam nie w porę - powiedziała Maria, gdy dostrzegła ubrudzone mąką dłonie gospodyni.
- Ależ skąd! Właśnie lepię pierogi, ale to w rozmowie przecież nie przeszkadza. - Wanda wytarła ręce w kraciasty fartuch. - Zaraz zrobię herbatę i pogawędzimy. Zdejmij płaszcz i się rozgość.
Zakrzątnęła się przy kuchni. Wyjęła filiżanki, bo wiedziała, że przyjaciółka nie przepada za kubkami. Właściwie rozumiała to i choć przez lata pracy nauczyła się, że nieważne naczynie, lecz to, żeby w ogóle był czas się napić, to w głębi duszy też ceniła sobie to poczucie luksusu, jakie dawała porcelana.
Kiedy odwróciła się w stronę stołu, z zaskoczeniem stwierdziła, że Maria stoi przy stolnicy z wałkiem w ręku.
- A co ty myślałaś? - Sąsiadka uśmiechnęła się, widząc zdziwione spojrzenie Wandy. - Że będę tu robiła za damę, gdy ty będziesz lepiła pierogi?
- Daj spokój, Mario! Poradzę sobie.
- Nie wątpię, ale czy nie przyjemniej będzie razem popracować? Naprawdę chętnie ci pomogę.
- Skoro tak mówisz - skapitulowała Wanda. - Właściwie to we dwie szybciej skończymy i potem usiądziemy przy czystym stole. Bo teraz nie najlepiej wygląda. - Krytycznym spojrzeniem obrzuciła ubrudzony mąką blat.
- Wandziu, mnie kuchenny nieład nie dziwi. Przecież wiesz, że lubię pogotować. No, bierzmy się do roboty.
Po chwili zgodnie i szybko, jak przystało na wytrawne gospodynie, nabierały łyżeczką farsz i sprawnie zwijały cienko rozwałkowane okrągłe kawałki ciasta. Zgrabne pierogi szybko zapełniały przygotowane dla nich miejsce.
- I jak tam, Wandziu? Jak się dzisiaj czujesz? - zagadnęła Maria.
- Na zdrowie to ja nie narzekam, przecież wiesz - odparła wymijająco lekarka.
- Przecież wiesz, że ja nie o to pytam. - Sąsiadka nie dała się nabrać na takie wykręty. - Wiem, że Diany nie ma, bo wpadła do nas rano jak po ogień, zabrała mydła Joasi i pojechała, więc pomyślałam, że pod jej nieobecność będziemy mogły swobodniej porozmawiać.
Wanda odłożyła kolejny pieróg i spojrzała na rozmówczynię.
- Chciałabym powiedzieć coś pozytywnego, ale jakoś nie mogę - westchnęła. - Ale też niby nie mam się do czego przyczepić. Diana pracuje, chyba nawet ciężej niż wcześniej, widać, że ma coraz więcej zamówień, zjada wszystko, co jej podam, ale...
- Ale? - Maria spojrzała pytająco.
- Po prostu czuję, że nie jest taka jak dotąd - odparła Wanda po krótkim namyśle. - Jako lekarz nie pochwalam diagnoz opartych na emocjach, ale... Mario, z nią dzieje się coś niedobrego.
Sąsiadka pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Doskonale wiem, o czym mówisz. To matczyna intuicja.
Lekarka zmieszała się i pospiesznie sięgnęła po następną porcję ciasta.
- Tak, wiem przecież, że nie jesteś matką Diany - ciągnęła Maria. - Ale mówiąc o matczynej intuicji, miałam na myśli niezwykle silną więź, która możliwa jest tylko względem osoby bardzo bliskiej, najbliższej. Jestem pewna, że między tobą a Dianą właśnie taka jest. I wtedy nie trzeba badań czy diagnoz, bo czuje się każdą, nawet prawie nieuchwytną zmianę. To serce podpowiada, a ono się nie myli.
Wanda spojrzała na przyjaciółkę z wdzięcznością.
- Dziękuję, że tak mówisz - powiedziała cicho, wzruszona jej słowami.
Maria na moment przerwała pracę i zmarszczyła czoło.
- Uważasz, że Diana tak bardzo przeżywa ten pożar?
- Wygląda na to, że tak - odparła lekarka. - Chociaż nic na ten temat nie mówi.
- A pytałaś?
- Wiele razy próbowałam zagadnąć, ale zmienia temat. Nie chcę naciskać, bo boję się, że jeszcze bardziej zamknie się w sobie. Zresztą co ja ci będę tłumaczyć. Sama doskonale wiesz, jak to jest.
Tak, Maria pamiętała, jak kilka miesięcy wcześniej patrzyła na smutną córkę i targały nią te same emocje, co teraz Wandą.
- Rozmawiałam z Joasią - poinformowała lekarkę. - Ona też uważa, że Diana zachowuje się inaczej niż wcześniej. Ale przed nią także nie chce się otworzyć.
- Sama widzisz. - Wanda bezradnie rozłożyła ręce oprószone mąką i westchnęła cicho. - A przecież niedawno mówiła w odniesieniu do twojej Joasi, że nie można dusić w sobie problemów i że zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże. To co? Teraz zapomniała, że ma wokół siebie przyjaciół? Że ma mnie... - Seniorce załamał się głos.
Maria posłała jej pełne troski spojrzenie.
- Nie bierz tego do siebie, Wandziu - powiedziała ciepło. - Diana na pewno wie, że jesteś gotowa jej pomóc. I z pewnością docenia twoją troskę.
- A cóż ja takiego robię! - Emerytowana lekarka pociągnęła nosem. - Że obiad ugotuję? Albo napar jej na noc przygotuję?
- To bardzo wiele - zapewniła Maria. - Drobne gesty znaczą często więcej niż tysiące słów i niosą ogromne wsparcie. Nie umniejszaj swojej roli. Widać Diana teraz tyle jest w stanie przyjąć. Może potrzeba jej jeszcze trochę czasu?
- Może... - Wanda nie wyglądała na przekonaną.
- A jak z tym odszkodowaniem? - Maria postanowiła nieco zmienić temat, żeby oderwać myśli sąsiadki od niewesołych emocji.
- Niestety, nadal nic nie wiadomo.
- Przecież mówiłaś, że nieruchomość była ubezpieczona.
- Tak, Diana o to zadbała - potwierdziła Wanda. - Tylko prawdę mówiąc, wartość tej stodoły była niewielka. Sama wiesz, drewniana, stara. Nie ma znaczenia, że to było miejsce pracy. Dla firmy ubezpieczeniowej liczy się wyłącznie wymierna wartość.
- Rozumiem. - Maria pokiwała głową. - Ale coś tam zawsze wypłacą.
- Nie wiadomo. Ostatnio przysłali pismo, że czekają na zakończenie śledztwa przez policję. Bo mają już opinię straży pożarnej, że to było podpalenie.
- I to coś zmienia? Spaliła się, i już.
- Też tak myślałam, ale okazuje się, że jeżeli policja nie znajdzie sprawcy, to ubezpieczyciel może wymigiwać się od wypłaty. Że niby Diana sama mogła podpalić, bo chciała wyłudzić pieniądze.
- Żartujesz?! - Maria nie mogła uwierzyć.
- Ani mi to w głowie. - Wanda uśmiechnęła się smutno. - Jak znam życie, to właśnie tak to się skończy.
- Chyba się nie poddacie? Trzeba będzie pisać jakieś odwołanie, a w ostateczności iść do sądu - zasugerowała sąsiadka.
- Diana od razu powiedziała, że nic nie będzie z tym robić. Że nie ma ochoty na takie batalie i że są ważniejsze sprawy niż kupa spalonych desek.
- Jak to "ważniejsze sprawy"? Jakie?
- Nie wiem. Nie powiedziała, a ja nie wypytywałam. Choć nie ukrywam, że właśnie to najbardziej mnie martwi.
- Myślisz, że gryzie ją coś innego niż ten pożar - domyśliła się Maria.
- Tak właśnie uważam.
- Co to może być? - zafrasowała się sąsiadka. - Przecież nie wydarzyło się nic szczególnego w ostatnim czasie. Wydaje mi się nawet, że wszystko było w najlepszym porządku. Piękne święta, zabawa sylwestrowa, później te ich walentynki u Krzysztofa - wyliczała, analizując skrupulatnie ostatnie miesiące.
- A jednak coś musiało się stać - obstawała przy swoim Wanda. - Nie rozumiem tylko, dlaczego Diana nie chce mi o tym powiedzieć...
- W końcu powie - pocieszała ją przyjaciółka.
- Tak, trzeba mieć nadzieję. A na razie zająć się czymś, bo przez te rozmyślania spać nie mogę - wyznała Kowalowa.
- To może też powinnaś pić zioła od Grety? - zaproponowała Maria.
- Diana bardziej ich potrzebuje, a zostało mi już niewiele.
- Poprosisz, to Greta z pewnością ci przyniesie.
- Nie pojawiła się jeszcze od tamtej nocy. - Wanda podniosła wzrok znad stolnicy. - I to też mnie martwi.
Seniorki w milczeniu zajęły się lepieniem pierogów. Bo cóż można było jeszcze powiedzieć? Sytuacja nie była wesoła, a najgorsze, że żadna z nich nie miała pomysłu, jak to zmienić.