3
Gdy Lucy jechała przez wieś swoim fordem fiestą, nuciła piosenkę razem z radiem.
Wiedziała, że powinna być w dużo gorszym nastroju, niż dzisiaj była. W końcu nie miała za bardzo czym się pochwalić w kwestii swojego rozwoju zawodowego. A były kochanek okazał się żonatym oszustem. Rodzice byli wściekli, że jej "romans" znalazł się na pierwszych stronach gazet, a paparazzi koczowali na trawniku pod ich domem.
Jednak pomimo tak ponurego położenia Lucy czuła się szczęśliwsza niż przez cały poprzedni tydzień. Spędzenie nocy z dala od domu, nieopodal szpitala, oznaczało, że nie musiała znosić milczenia rodziców podczas niezręcznej kolacji i mogła się wreszcie trochę zrelaksować. Wujek Frank prawdopodobnie zostanie wypisany ze szpitala w ciągu kilku najbliższych dni. Poczuła ulgę, że to nic poważnego, choć wujek wróci do domu w ortezie stabilizującej złamaną stopę. W związku z tym urazem będzie potrzebował pomocy podczas chodzenia. Lucy cieszyła się, że będzie miała czas pomóc mu w powrocie do zdrowia.
Im dalej wjeżdżała w głąb wsi, tym bardziej jej humor się poprawiał. Była połowa czerwca i do samochodu wpadało przez okno świeże, ciepłe powietrze. Kiedy skończyła się piosenka w radiu, Lucy usłyszała śpiew ptaków.
Podróż zawsze wywoływała uśmiech na jej twarzy. W każde wakacje rodzice pracowali i nie chcieli, żeby się im plątała pod nogami, więc wywozili ją do ciotki i wujka w Cranbridge. Lato zawsze było szczególnie wyjątkowym czasem. Pamiętała wiosłowanie w rzece płynącej przez środek wioski. Lody cieknące jej po palcach. Zapach domowej kuchni i ciast wyjętych z pieca. Uściski cioci Jane. Wygłupy i śmiechy z wujkiem.
A co najważniejsze, znajdowała się z dala od nieustannej krytyki rodziców dotyczącej jej nie dość satysfakcjonujących wyników w nauce. To było właśnie miejsce, w którym mogła się wreszcie zrelaksować i dobrze bawić. Mimo wszystko zawsze się starała zachować pogodę ducha. Była wdzięczna za bogactwo rodziców, które zapewniało jej bezpieczne i beztroskie dorastanie, jednak powodowało też, że uczucia były spychane na dalszy plan. Ale ciocia z wujkiem przez te wszystkie lata jej to wynagradzali.
Kiedy wreszcie dojechała na miejsce, zaparkowała samochód obok domu wujka Franka, po czym wysiadła, rozglądając się i uśmiechając na znajomy widok.
Wieś Cranbridge wyglądała tak samo pięknie jak zawsze. Z domkami z cegły w kolorze piasku stojącymi wzdłuż brzegu rzeki i wyglądającymi zza nich zielonymi wzgórzami rozciągającymi się wokół całej miejscowości. Zamiast głównej drogi środkiem wioski płynęła szeroka i płytka rzeka. Nad nią rozpościerały się trzy stare mosty łączące oba brzegi.
Słońce świeciło wysoko na błękitnym niebie i odbijało się w lśniącej rzece. Ogrody przed rzędem domków obok miejsca, w którym stała, pełne były kolorowych kwiatów, tańczących motyli i brzęczących pszczół.
Sprawdziła godzinę na swoim zegarku i zadecydowała, że pocztą wujka Franka i zapasowymi rzeczami dla niego zajmie się już po spotkaniu z redaktorem naczelnym gazety. Nie chciała się spóźnić, mimo że wciąż nie była pewna, po co właściwie tam idzie i czym mogłaby się pochwalić.
Kierując się w dół rzeki, spostrzegła, że pub The Black Swan był tak samo odrapany i zaniedbany jak zawsze. Jednak wszystko wskazywało na to, że po drugiej stronie rzeki, na Riverside Lane, od jej ostatniej wizyty tutaj zaszły zmiany.
Wzdłuż trawiastego brzegu i szerokiej ścieżki stały tam cztery wolnostojące budynki. Kiedyś wszystkie były sklepami. Były w tym samym kolorze, miały krzywe kominy i łupkowe dachy. Chociaż dwa ostatnie budynki wciąż były zaniedbane, tak samo jak pub, a do tego miały okna zabite deskami, to pierwsze dwa wyglądały zupełnie inaczej, niż je zapamiętała.
Przeszła przez wąski kamienny most, wciąż wpatrując się ze zdziwieniem w Cranbridge Stores. Wcześniej sklep był przytłaczający i ciemny, teraz wydawał się całkowicie odmieniony. Na odnowionej werandzie powiewały na delikatnym wietrze trójkątne chorągiewki. Na ławkach stojących pod ogromnymi oknami wykuszowymi leżały miękkie, pastelowe poduszki. Okna były udekorowane letnimi produktami. Świeże kwiaty w wiaderkach stały na schodach, a ich ceny były zapisane na malutkich tabliczkach.
Obok sklepu stał opuszczony budynek, który kiedyś był pasmanterią. W głowie Lucy aż roiło się od wspomnień związanych z pomieszczeniami nad sklepem, gdzie przez wiele lat mieszkali wujek Frank i ciocia Jane. Sklep nadal wydawał się pusty, jednak wyglądało na to, że przeszedł metamorfozę, choć nie tak spektakularną jak Cranbridge Stores. To również był lokal z ogromnymi oknami wystawowymi po obu stronach drzwi wejściowych. Jednak bez werandy i kwiatów wyglądał jakoś goło. Mały szyld na oknie informował, że to redakcja gazety "The Cranbridge Times". Widać było, że ktoś próbował pomalować ramy okienne, jednak niezbyt skutecznie.
Pomimo że była to tylko mała, lokalna gazeta, Lucy była pod wrażeniem artykułu, który w niej przeczytała. Gołym okiem było widać, że to jakaś kopalnia talentów. Poza tym wujek zwykle miał nosa do ludzi, dlatego wchodząc do środka, była naprawdę pełna dobrych przeczuć.
- "Cranbridge Times", w czym mogę pomóc? - powiedziała do słuchawki telefonu młoda i ładna recepcjonistka. - O, cześć Bernie. Jak się masz?
Lucy rozejrzała się po biurze. Wyglądało na to, że farby nie wystarczyło, by odnowić wnętrze. Ze zdumieniem stwierdziła, że w środku panuje kompletny bałagan. Półki, na których niegdyś znajdowały się guziki i tasiemki stanowiące asortyment sklepu pasmanteryjnego, były zagracone bezładnymi stosami papierów, teczek, segregatorów i książek. Było też kilka biurek, na których leżały wcale nie mniejsze sterty papierów. Największym szokiem było jednak to, że pomimo dużej przestrzeni nie było tutaj żadnych pracowników z wyjątkiem młodej recepcjonistki.
Dziewczyna wreszcie zakończyła rozmowę i przywitała Lucy z uśmiechem.
- Witam. W czym mogę pomóc? - zapytała.
- Jestem umówiona z Tomem Addisonem - odpowiedziała Lucy. - Na rozmowę kwalifikacyjną.
- Zaraz wróci do biura. Po prostu wejdź do tamtego pokoju na końcu. To jego gabinet. Na pewno go nie przegapisz. To ten najbardziej zabałaganiony.
- Dobrze. Dziękuję - odrzekła Lucy, zastanawiając się, czy to możliwe, żeby w jakimś pomieszczeniu panował jeszcze większy bałagan.
Minęła puste biurka. Od momentu kiedy recepcjonistka skończyła rozmawiać przez telefon, zrobiło się tu naprawdę cicho. Gdzie się podziali inni pracownicy? Czy byli aż tak pochłonięci kolejnym tematem? Wiedziała, że to tylko lokalna gazeta, ale spodziewała się czegoś więcej.
Dotarła do drzwi, na których ktoś przylepił karteczkę z napisem "Redaktor Naczelny". Zajrzała do środka i od razu stwierdziła, że recepcjonistka miała rację. Były tam całe stosy dokumentów, puste opakowania po chipsach i puszki po coli, a także mnóstwo gazet i notatek. Gdziekolwiek wcześniej pracowała, jej biurko zawsze było skrupulatnie uporządkowane. Jak można w czymś takim funkcjonować?
Dźwięk kroków spowodował, że natychmiast się odwróciła.
- Witam - powiedział, wchodząc do pokoju, wysoki mężczyzna o szerokich ramionach.
Prawdopodobnie Tom Addison. Był po trzydziestce. Miał ciemne, falowane włosy. Wyglądał, jakby dostał od życia w kość, podobnie jak sfilcowana zielona koszulka, którą miał na sobie. Bardzo różnił się od wizerunku eleganckiego mężczyzny, jakiego Lucy spodziewała się tutaj spotkać po przeczytaniu jego artykułu.
Rzucił na zagracone biurko jeszcze jakieś dokumenty i spojrzał na nią. Przeszył ją jakiś dreszcz, gdy ich oczy się spotkały. Jego płonęły błękitem. Niespodziewanym błękitem.
- Jesteś wcześniej, niż się spodziewałem - powiedział ze śmiechem.
Zerknęła na zegarek. Była ponad kwadrans przed czasem, ale bardzo jej zależało, żeby zdążyć do szpitala w godzinach odwiedzin.
- Zacznę od tego, że nie ma konieczności, żebyś zdejmowała górę - kontynuował.
Popatrzyła na niego zszokowana. Może się przesłyszała.
- Górę...? - wykrztusiła.
- Czułbym się niekomfortowo - wypalił, przeczesując dłonią swoje potargane włosy. - Nie uważam, aby to było stosowne.
Lucy wreszcie odzyskała mowę.
- Zgadzam się, że to absolutnie niestosowne. Nie wiem, jakiego rodzaju działalność pan tutaj prowadzi, ale nie mam w zwyczaju się rozbierać, żeby dostać pracę! - zripostowała, wciąż zszokowana. - Może pan wierzyć lub nie, ale nie potrzebuję ani pieniędzy, ani pracy aż tak bardzo!
- Pracy? - zapytał, gapiąc się na nią. - Nie jesteś tą kobietą po nieudanej operacji plastycznej?
Zarumieniła się z zażenowania.
- Nie! Jestem Lucy Conway. Siostrzenica Franka. Przyszłam tutaj na rozmowę w sprawie pracy.
- To dzisiaj? Racja. Rozumiem - wymamrotał i wyszczerzył zęby w uśmiechu, który nieco rozjaśnił jego, trzeba przyznać, przystojną twarz. - Bardzo przepraszam za tamto. Straciłem poczucie czasu. Od miesięcy nęka mnie tamta kobieta i już się wystraszyłem, że będę miał sprawę o molestowanie seksualne.
Lucy nadal jeszcze próbowała się uspokoić, gdy on poszedł za swoje biurko, usiadł, położył zniszczone conversy na blacie i odchylił się na krześle. Zauważyła, że nogawki jego dżinsów były postrzępione na dole.
- Usiądź, proszę - powiedział, wskazując pobliskie krzesło, na którym piętrzyła się sterta jakichś papierów. - Możesz to zrzucić na podłogę.
To miejsce było pogrążone w kompletnym chaosie - pomyślała Lucy, gdy przesuwała dokumenty. Aż ją ręce świerzbiły, żeby tutaj posprzątać. Tylko od czego należałoby zacząć?
W końcu usiadła. Spostrzegła, że Tom się jej przyglądał.
- Co z Frankiem? - zapytał.
- Jest dużo lepiej, dziękuję - odpowiedziała. - Ma nadzieje, że jutro go wypiszą do domu. Dziś po południu jadę do niego do szpitala.
Tom pokiwał głową.
- To dobrze, dobrze - odparł. Jednak wydawał się nieco rozkojarzony. - Przepraszam, czy my się już wcześniej spotkaliśmy?
Lucy potrząsnęła głową.
- Nie sądzę.
W ciągu ostatniego roku dużo rzadziej odwiedzała Cranbridge, ponieważ rodzice wywierali na nią presję, żeby przedkładała pracę nad wszystko inne. A kiedy już czasem udało się jej odwiedzić wujka Franka, to praktycznie nie wychodziła z jego domu.
Zmarszczył czoło.
- A jednak twoja twarz wydaje mi się jakaś znajoma.
Lucy zaczęła się kręcić niezręcznie na krześle, mając nadzieję, że redaktor nie zorientuje się, z kim ma do czynienia. Jednak, ku jej przerażeniu, na biurku pomiędzy nimi leżało najnowsze wydanie brukowca, na którego pierwszej stronie widniało jej nieszczęsne zdjęcie.
Spojrzała szybko na Toma, który jednak już zdążył podążyć za jej wzrokiem i patrzył na tę samą gazetę. Potem zerknął z niedowierzaniem na Lucy.
- To ty? - zapytał.
Wzruszyła ramionami tak bardzo niedbale, jak tylko potrafiła.
- To ja - odparła, lekko się uśmiechając. - Niestety w tym tygodniu jestem osobą z pierwszych stron gazet.
Tom wciąż świdrował ją swoimi błękitnymi oczami.
- I masz nadzieję, że na resztę tygodnia zapadniesz się pod ziemię, co? - odezwał się wreszcie.
Westchnęła.
- Dla jasności: nie wiedziałam, że wciąż jest żonaty - zaczęła. - A tak poza tym okazał się absolutną świnią i żałuję, że kiedykolwiek na niego spojrzałam.
- Dobrze. Rozumiem. - Tom odchrząknął. - I chciałabyś pracować tutaj, w "The Cranbridge Timesie"?
- Nie. Niezupełnie - odpowiedziała. Uznała, że szczerość będzie najlepsza.
Tom roześmiał się, jeszcze bardziej zdumiony.
- Nie chcesz pracy? - dopytywał.
- Cóż... Tak, chcę. Potrzebuję pieniędzy na życie, a w tej chwili jestem bez pracy. Mam nadzieję, że to tylko przejściowa sytuacja - wyjaśniła. - Po prostu zamierzam zostać u wujka do czasu, aż stanie na nogi.
- Rozumiem - odpowiedział Tom i głośno wypuścił powietrze. Wyglądał na zakłopotanego. - To dlaczego właściwie się spotykamy?
- Myślę, że wujek Frank po prostu próbuje mi pomóc - oznajmiła, uśmiechając się. - Jestem naprawdę pracowita, jednak nie posiadam żadnego doświadczenia w pracy w gazecie. W firmie rodziców zajmowałam się kwestiami administracyjnymi. Tak naprawdę to nie posiadam żadnych umiejętności, o których warto byłoby wspominać.
Po tym wyznaniu Tom uniósł brwi.
- Czy zawsze tak się zachowujesz na rozmowach kwalifikacyjnych? - zapytał, a na jego ustach igrał uśmieszek. - Opowiadasz potencjalnemu pracodawcy, jak bardzo nie nadajesz się do pracy, o którą się ubiegasz?
Roześmiała się.
- Nie mam pojęcia o rozmowach kwalifikacyjnych, zawsze pracowałam tylko u swoich rodziców. Posłuchaj... Doceniam, że znalazłeś czas, żeby się ze mną spotkać. Ale niestety nie mam do zaoferowania nic, co mogłoby się tutaj przydać. W sumie najlepsze, co mogłabym tu zrobić, to trochę posprzątać. Ale to wszystko.