Winter. Saga Księżycowa. Tom 4 - Marissa Meyer

-
Proszę czekać

Spis treści

KSIĘGA PIERWSZA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

KSIĘGA DRUGA

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

KSIĘGA TRZECIA

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

KSIĘGA CZWARTA

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

KSIĘGA PIĄTA

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

89

90

91

92

93

94

95

96

97

Podziękowania

Kilka słów od tłumaczki, czyli przewodnik po nazwach własnych

1

Winter czuła, że jej palce u nóg zmieniły się w kostki lodu. Były zimne jak przestrzeń kosmiczna. Zimne jak ciemna strona Księżyca. Zimne jak...

– Kamery monitoringu nagrały go, gdy wchodził do podziemi kliniki w Centralnej Artemisji o godzinie 23:00 U.T.C...

Taumaturg Aimery Park przemawiał rytmicznie spokojnym, miarowym głosem, jakby śpiewał balladę. Łatwo było zgubić się w tym, co mówił, i pozwolić, by wszystkie słowa plątały się i zlewały w jedno. Winter podkurczyła palce w butach na cienkiej podeszwie. Obawiała się, że jeśli zrobi się jeszcze zimniej, to w końcu jej odpadną.

– ...próbował wydostać jedną ze skorupek, przetrzymywanych obecnie w...

Odpadną. Jeden po drugim.

– ...zapisy wskazują, że skorupka jest synem oskarżonego, złapanym dwudziestego dziewiątego lipca ubiegłego roku. Obecnie ma piętnaście miesięcy.

Winter schowała dłonie w fałdy sukni. Znowu drżały jej palce. W ostatnich dniach Winter drżała bez przerwy. Zacisnęła pięści, by powstrzymać dreszcze, i mocniej oparła stopy o twardą podłogę. Starała się skupić na sali tronowej, zanim ta się rozwieje.

Sala tronowa znajdowała się w centralnej wieży pałacu i rozciągał się z niej najbardziej uderzający widok w całym mieście. Ze swojego miejsca Winter mogła dostrzec jezioro Artemisia. W jego tafli odbijał się biały pałac i miasto, które sięgało aż do krawędzi ogromnej, przezroczystej kopuły chroniącej ich wszystkich przed obiektami na zewnątrz – albo przed ich brakiem. Sama sala tronowa sięgała poza ściany wieży; gdy ktoś przekroczył krawędź pokrytej mozaiką podłogi, stawał na przejrzystej, szklanej platformie. Zupełnie jakby stał w powietrzu i miał zaraz spaść w otchłań jeziora kraterowego poniżej.

Po lewej stronie Winter dostrzegła paznokcie macochy, wbijające się w poręcze tronu – imponującego siedziska wyrzeźbionego z białego kamienia. Na ogół macocha była spokojna podczas podobnych obrad i słuchała rozpraw, nie okazując nawet cienia emocji. Winter przywykła do tego, że Levana gładzi wypolerowany kamień opuszkami palców, a nie próbuje go zmiażdżyć. Ale odkąd Levana i jej świta wrócili z Ziemi, napięcie było bardzo wysokie. Od paru miesięcy macocha Winter wpadała we wściekłość nawet częściej niż zwykle.

Było tak odkąd ten księżycowy zbieg – ten cyborg – uciekł ze swojego ziemskiego więzienia.

Odkąd wybuchła wojna między Ziemią i Księżycem.

Odkąd narzeczony królowej został porwany, a wraz z nim Levanie skradziono szansę na zostanie cesarzową.

Błękitna planeta wisiała nad horyzontem, przecięta równo na pół. Na Księżycu minęła nieco ponad połowa długiej nocy, a miasto Artemisja lśniło bladoniebieskimi latarniami i kryształowymi oknami, których odbicia tańczyły po powierzchni jeziora.

Winter tęskniła za Słońcem i jego ciepłem. Tutejsze sztuczne dni nie mogły się z nim równać.

– Skąd dowiedział się o skorupkach? – zapytała królowa Levana. – Dlaczego nie uwierzył, że jego syn został zabity po urodzeniu?

Wokół sali, w czterech rzędach, siedziały rodziny. Dwór królowej. Księżycowa szlachta, której Jej Wysokość przyznała ten zaszczyt za to, że kolejne ich pokolenia dochowywały jej wierności, a także za niezwykły talent do wykorzystywania księżycowego daru lub za to, że mieli szczęście urodzić się jako obywatele Artemisji.

Nagle zobaczyła tego mężczyznę, klęczącego u boku taumaturga Parka. Nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.

Trzymał ręce złożone w błagalnym geście. Winter żałowała, że nie może mu powiedzieć, że to nic nie da. Całe jego błagania nie zdadzą się na nic. Pomyślała, że świadomość, że nie możesz zrobić nic, by uniknąć śmierci, niosłaby ze sobą pociechę. Ci, którzy trafiali przed oblicze królowej, zaakceptowawszy już swój los, wyraźnie lepiej go znosili.

Spojrzała na własne dłonie, nadal zaciśnięte na fałdach zwiewnej, białej spódnicy. Miała oszronione palce. W pewnym sensie sprawiało to, że były piękne. Mieniły się, były lśniące i zimne, takie zimne...

– Twoja królowa zadała ci pytanie – powiedział Aimery.

Winter wzdrygnęła się, jakby to na nią krzyczał.

Skupić się. Musi postarać się skupić.

Podniosła głowę i wzięła głęboki wdech.

Odkąd Aimery zastąpił Sybil Mirę na stanowisku głównego taumaturga królowej, ubierał się na biało. Złote hafty na jego płaszczu migotały, gdy okrążał jeńca.

– Przykro mi, Wasza Wysokość – powiedział mężczyzna. – Moja rodzina i ja służyliśmy ci od pokoleń. Jestem dozorcą w tamtej klinice medycznej i słyszałem plotki... To nie była moja sprawa, więc nigdy się nimi nie przejmowałem, nie słuchałem ich. Ale... kiedy urodził się mój syn i okazało się, że jest skorupką... – Jęknął. – To mój syn.

– Czy nie przeszło ci przez myśl – powiedziała Levana głośnym, ostrym tonem – że mogą być powody, dla których twoja królowa postanowiła trzymać twojego syna i wszystkie inne pozbawione daru księżycowe dzieci z dala od naszych obywateli? Że trzymaniu ich tam, gdzie je trzymamy, może przyświecać cel, który służy dobru wszystkich naszych ludzi?

Mężczyzna przełknął ślinę tak mocno, że Winter zobaczyła, jak porusza się jego jabłko Adama.

– Wiem, moja królowo. Wiem, że używasz ich krwi do... eksperymentów. Ale... ale masz ich tak wiele, a on jest tylko dzieckiem, i...

– Nie chodzi tylko o to, że jego krew jest cenna z perspektywy naszych politycznych sojuszy, choć nie mogę oczekiwać, że zrozumie to dozorca z zewnętrznych sektorów. Twój syn jest skorupką, a jego rodzaj dowiódł już, że jest niebezpieczny i niegodny zaufania. Przypomnij sobie zabójstwo króla Marroka i królowej Jannali osiemnaście lat temu. Chciałeś wystawić nasze społeczeństwo na takie zagrożenie?

Oczy mężczyzny rozszerzyły się z przerażenia.

– Zagrożenie, moja królowo? To niemowlę. – Przerwał. Nie wyglądał na buntownika, ale widać było, że jego brak wyrzutów sumienia wkrótce doprowadzi Levanę do furii. – A reszta z nich, w tych zbiornikach... tak wiele dzieci... Niewinnych dzieci.

W pokoju powiało chłodem.

Mężczyzna wiedział za dużo. Skorupki były zabijane od czasów rządów siostry Levany, królowej Channary, odkąd skorupka wkradła się do pałacu i zabiła ich rodziców. Nikt nie byłby zadowolony, wiedząc, że jego dzieci wcale nie zabijano, tylko trzymano je w zamknięciu jako małe fabryki produkujące płytki krwi.

Winter zamrugała, wyobrażając sobie własne ciało jako zakład produkcji płytek krwi.

Opuściła wzrok. Lód sięgał teraz aż do jej nadgarstków.

To na pewno nie byłoby korzystne dla systemów maszyn, które transportowały krew.

– Czy oskarżony ma rodzinę? – zapytała królowa.

Aimery skinął głową.

– Dokumenty wskazują, że ma córkę w wieku dziewięciu lat. Ma też dwie siostry i siostrzeńca. Wszyscy mieszkają w sektorze GM-12.

– Nie ma żony?

– Umarła pięć miesięcy temu po zatruciu regolitem.

Więzień obserwował królową. Widać było, że ogarnia go coraz większa desperacja.

Wśród dworzan zapanowało poruszenie, ich barwne ubrania zaszeleściły. Ta rozprawa trwała już zbyt długo. Zaczynali się nudzić.

Levana opadła na oparcie tronu.

– Niniejszym zostajesz uznany winnym zarzucanego ci naruszenia dóbr i próby kradzieży własności Korony. Ta zbrodnia karana jest natychmiastową śmiercią.

Mężczyzna zadrżał, ale z jego twarzy nie zniknął wyraz błagania. Zawsze mijało parę sekund, nim skazańcy zrozumieli taki wyrok.

– Członkowie twojej rodziny otrzymają publicznie po dwanaście batów, co przypomni twojemu sektorowi, że nie toleruję kwestionowania moich decyzji.

Mężczyźnie opadła szczęka.

– Twoja córka zostanie przekazana w prezencie jednej z rodzin na dworze. Tam nauczą ją posłuszeństwa i pokory, których, jak można przypuszczać, nie nauczyła się pod twoją opieką.

– Nie, błagam! Pozwólcie jej zostać z ciotkami. Nie zrobiła nic złego!

– Aimery, możesz kontynuować.

– Błagam!

– Twoja królowa przemówiła – powiedział taumaturg Aimery. – Jej decyzja jest ostateczna.

Aimery wyciągnął obsydianowy nóż z szerokiego rękawa swojej szaty i podał go skazańcowi rękojeścią do przodu. Oczy więźnia rozszerzyły się w panice.

W sali zrobiło się jeszcze zimniej. Oddech Winter krystalizował się w powietrzu. Przycisnęła mocno ramiona do ciała.

Więzień chwycił za rękojeść noża. Ręka nawet mu nie zadrżała, ale resztą jego ciała wstrząsały dreszcze.

– Proszę. Moja mała dziewczynka... ona ma tylko mnie. Błagam. Moja królowo. Wasza Wysokość!

Wzniósł ostrze do własnego gardła.

I wtedy Winter odwróciła wzrok. Zawsze w takich chwilach odwracała wzrok. Obserwowała własne palce, jak wbijały się w suknię i drapały materiał, aż zaczynała czuć ukłucia na udach. Patrzyła, jak lód wspina się wyżej po jej nadgarstkach, w kierunku łokci. Tam, gdzie pokrywał ją lód, jej ciało drętwiało.

Wyobraziła sobie, jak rzuca się na królową ze skutymi lodem pięściami. Wyobraziła sobie, jak jej ręce rozpadają się na tysiąc lodowych odłamków.

Lód sięgał już jej ramion. I szyi.

Nawet przez skrzypienie i trzeszczenie lodu usłyszała dźwięk noża wbijającego się w ciało. Szmer krwi i stłumiony odgłos krztuszenia. Zimno skradło jej klatkę piersiową. Zacisnęła powieki, przypominając sobie, że powinna zachować spokój i oddychać. Usłyszała w głowie spokojny głos Jacina, który ściskał ją dłońmi za ramiona. To nie dzieje się naprawdę, księżniczko. To tylko iluzja.

Na ogół to pomagało – te wspomnienia o tym, jak pomagał jej otrząsnąć się z paniki. Ale tym razem wydawało jej się, że tylko przyspieszają działanie lodu. Obejmował jej żebra. Wgryzał się w żołądek. Zamrażał jej serce.

Zamarzała na wylot.

Słuchaj mojego głosu.

Jacina tu nie było.

Zostań ze mną.

To wszystko jest tylko w twojej głowie.

Usłyszała ciężkie kroki strażników, którzy zbliżyli się do ciała. Odgłos zwłok przesuwanych w stronę szklanej półki. Pchnięcie i odległy plusk poniżej.

Dwór królowej zaklaskał cicho i uprzejmie.

Winter słyszała, jak odpadają jej palce u stóp. Jeden. Po. Drugim.

– Bardzo dobrze – powiedziała królowa Levana. – Taumaturgu Tavalerze, dopilnuj, aby reszta wyroku została wykonana.

Lód sięgał jej teraz do gardła i wspinał się po szczęce. Łzy zamarzały jej w kanalikach. Ślina zbijała się w kryształki na języku.

Podniosła głowę, gdy służący zaczął zmywać z kafelków krew. Aimery napotkał jej spojrzenie, wycierając nóż ściereczką. Uśmiechnął się zjadliwie.

– Obawiam się, że księżniczka jest zbyt wrażliwa na takie rozprawy.

Zgromadzona na widowni szlachta zachichotała – obrzydzenie, jakie procesy sądowe wywoływały w Winter, stanowiły źródło radości dla większości dworzan Levany.

Królowa odwróciła się, ale Winter nie potrafiła podnieść głowy. Była dziewczyną całą z lodu i szkła. Jej zęby były kruche, a płuca kruszyły się z łatwością.

– Tak – potwierdziła Levana. – Często zapominam, że w ogóle tu jest. Jesteś prawie tak bezużyteczna jak szmaciana lalka, nieprawdaż, Winter?

Świadkowie zaśmiali się ponownie, tym razem głośniej, jakby królowa właśnie dała im przyzwolenie na naśmiewanie się z młodej księżniczki. Ale Winter nie mogła odpowiedzieć, nie na słowa królowej, nie na ten śmiech. Skupiła się na taumaturgu, próbując ukryć panikę.

– Och, nie, wcale nie jest bezużyteczna – powiedział Aimery. Winter wpatrywała się w niego i zobaczyła, jak na jego szyi pojawia się cienka, czerwona linia, która otwiera się jak rana i spływa bulgocącą krwią. – Najpiękniejsza dziewczyna na całym Księżycu? Pewnego dnia uszczęśliwi któregoś z dworzan jako szczęśliwa małżonka, jak sądzę.

– Najpiękniejsza dziewczyna, Aimery? – Lekki ton głosu Levany prawie zamaskował warknięcie.

Aimery ukłonił się zamaszyście.

– Zaledwie najpiękniejsza, moja królowo. Ale żaden śmiertelnik nie może się równać z twoją doskonałością.

Dworzanie szybko przytaknęli, podsuwając setki komplementów naraz, choć Winter wciąż czuła, że niejeden szlachcic nie spuszczał z niej pożądliwego spojrzenia.

Aimery postąpił o krok w stronę tronu, a jego odcięta głowa przechyliła się i spadła, uderzyła o marmur i toczyła się, toczyła, toczyła, aż zatrzymała się przy zamarzniętych stopach Winter.

Wciąż malował się na niej uśmiech.

Winter jęknęła, ale ten dźwięk utonął wśród lodu skuwającego jej gardło.

To wszystko jest tylko w twojej głowie.

– Cisza – zarządziła Levana, kiedy już nacieszyła się ich zachwytami. – Czy skończyliśmy?

W końcu lód sięgnął jej oczu i Winter nie miała wyboru – musiała zacisnąć powieki, by oddzielić się od bezgłowego wizerunku Aimery'ego i pogrążyć się w chłodzie i ciemności.

Umrze tutaj bez słowa skargi. Zostanie pochowana pod tą lawiną braku życia. Nigdy więcej nie będzie musiała być świadkiem kolejnego morderstwa.

– Jeszcze jeden więzień czeka na proces, moja królowo. – Głos Aimery'ego odbił się echem wśród pustki w głowie Winter. – Sir Jacin Clay, królewski strażnik i pilot, wyznaczony jako obrońca taumaturgiczki Sybil Miry.

Winter zachłysnęła się, czując, jak lód pęka, a milion ostrych, połyskliwych odłamków eksploduje w sali tronowej i rozsypuje się po podłodze. Nikt ich nie usłyszał. Nikt ich nie zauważył.

Aimery, z głową na swoim miejscu, znowu ją obserwował, jakby czekał na jej reakcję. Po chwili z lekkim uśmieszkiem odwrócił się z powrotem do królowej.

– Och, tak – powiedziała Levana. – Wprowadźcie go.

2

Drzwi do sali tronowej otworzyły się i oto stał w nich on, uwięziony między dwoma strażnikami, z rękami związanymi za plecami. Jego blond włosy były pozlepiane i splątane, niektóre kosmyki przykleiły mu się do twarzy. Wyglądało na to, że minęło sporo czasu, odkąd ostatnio wziął prysznic, ale Winter nie zauważyła żadnych śladów przemocy.

Jej żołądek się wywrócił. Całe ciepło, które wyssał z niej lód, wracało szybko pod powierzchnię jej skóry.

Zostań ze mną, księżniczko. Słuchaj mojego głosu, księżniczko.

Zaprowadzono go na środek sali. Jego twarz niczego nie wyrażała. Winter wbiła paznokcie w dłonie.

Jacin nie spojrzał na nią. Ani razu.

– Jacinie Clayu – zaczął Aimery. – Zostałeś oskarżony o zdradę Korony z powodu niezapewnienia ochrony taumaturgiczce Mirze i niepojmanie znanej księżycowej uciekinierki, mimo że spędziłeś w towarzystwie rzeczonej uciekinierki prawie dwa tygodnie. Jesteś zdrajcą Księżyca i naszej królowej. Jest to przestępstwo karane śmiercią. Co masz do powiedzenia na swoją obronę?

Serce Winter waliło o żebra niczym bęben. Zwróciła błagalne spojrzenie na macochę, ale Levana w ogóle nie zwracała na nią uwagi.

– Przyznaję się do wszystkich zarzucanych mi przestępstw – powiedział Jacin, na powrót zwracając uwagę Winter – za wyjątkiem oskarżenia o zdradę.

Paznokcie Levany zabębniły o oparcie tronu.

– Wyjaśnij to.

Jacin stał prosto i dumnie, jakby miał na sobie mundur, jakby był na służbie, a nie stał przed sądem.

– Jak już powiedziałem wcześniej, nie pojmałem uciekinierki, gdy przebywałem w jej towarzystwie, ponieważ próbowałem ją przekonać, że jestem godny zaufania, aby zebrać informacje dla mojej królowej.

– Ach tak, szpiegowałeś ją i jej towarzyszy – odparła Levana. – Pamiętam tę wymówkę, którą posłużyłeś się, gdy cię schwytano. Pamiętam też, że nie miałeś dla mnie żadnych istotnych informacji, tylko same kłamstwa.

– Nie kłamstwa, moja królowo, choć przyznam, że nie doceniłem cyborga i jej umiejętności. Ukrywała je przede mną.

– To by było na tyle w kwestii zdobycia jej zaufania. – W głosie królowej zabrzmiała drwina.

– Wiedza o umiejętnościach cyborga nie była jedyną informacją, której poszukiwałem, moja królowo.

– Proponuję, byś przestał bawić się słowami. Moja cierpliwość dla ciebie już się kończy.

Serce Winter zamarło. Tylko nie Jacin. Nie mogła tu siedzieć i patrzeć, jak zabijają Jacina.

Postanowiła, że będzie negocjować jego ocalenie, choć ten plan miał niewątpliwą wadę. Co mogłaby położyć na szali? Nic poza własnym życiem, a tego Levana nie zaakceptuje.

Mogłaby wpaść w szał. W histerię. W tym momencie nie byłoby to wcale dalekie od prawdy, a mogłoby na jakiś czas odwrócić ich uwagę. Ale w ten sposób tylko opóźniłaby to, co nieuniknione.

Wielokrotnie w swoim życiu czuła się bezradna, ale nigdy aż tak.

W takim razie mogła zrobić tylko jedną rzecz. Rzuci się własnym ciałem przed ostrze.

Och, jakże Jacinowi się to nie spodoba.

Nieświadomy nowo podjętej decyzji Winter, Jacin pochylił głowę z szacunkiem.

– Podczas mojego pobytu u Linh Cinder zdobyłem informacje o urządzeniu, które może znieść działanie księżycowego daru, gdy podłączy się je do układu nerwowego danej osoby.

To wywołało szmer zainteresowania wśród dworzan. Wyprostowali się i pochylili do przodu.

– Niemożliwe – stwierdziła Levana.

– Linh Cinder miała dowody na jego skuteczność. Jak się dowiedziałem, to urządzenie chroniło bioelektryczność Ziemian przed zewnętrznym wpływem. Z kolei zamontowane u Księżycowego pozbawiłoby go możliwości korzystania z daru. Linh Cinder miała zainstalowane to urządzenie, gdy przybyła na bal Wspólnoty. Dopiero po tym, jak je zniszczono, mogła używać swojego daru... co widziałaś na własne oczy, moja królowo.

W jego słowach rozbrzmiała bezczelność. Levana zacisnęła pięści, aż zbielały jej knykcie.

– Ile tych hipotetycznych urządzeń istnieje?

– O ile mi wiadomo, jedynie to zniszczone urządzenie, które zamontowano wcześniej u cyborga. Ale sądzę, że nadal istnieją patenty lub projekty. Twórcą tego urządzenia był przybrany ojciec Linh Cinder.

Królowa poluźniła uścisk.

– To intrygująca informacja, Sir Clayu. Ale świadczy raczej o twojej desperackiej próbie ocalenia się, a nie o prawdziwej niewinności.

Jacin wzruszył nonszalancko ramionami.

– Jeśli o mojej lojalności nie świadczy sposób, w jaki radziłem sobie z wrogiem, zdobywając te informacje i ostrzegając taumaturgiczkę Mirę o spisku mającym na celu porwanie cesarza Kaito, to nie wiem, jakie inne dowody mógłbym ci przedstawić, moja królowo.

– Tak, tak, ta anonimowa wskazówka na temat planów Linh Cinder, którą otrzymała Sybil. – Levana westchnęła. – Uważam, że to niezwykle wygodne, że nikt inny nie widział tego koma, który, jak twierdzisz, wysłałeś Sybil... prócz niej samej, a ona, jak wiemy, nie żyje.

Po raz pierwszy wydawało się, że Jacin stracił zimną krew pod gniewnym spojrzeniem królowej. Nadal nie patrzył na Winter.

Królowa odwróciła się do Jerrika Solisa, kapitana jej straży. Podobnie jak wielu strażników królowej, Jerrico sprawiał, że Winter czuła się nieswojo; często nawiedzały ją wizje, w których jego pomarańczoworude włosy stawały w płomieniach, a jego ciało płonęło, aż nie zostawało z niego nic prócz tlącego się węgla.

– Towarzyszyłeś Sybil, gdy tego dnia zaatakowała statek wroga, ale mówiłeś, że Sybil nie wspominała o otrzymaniu takiego koma. Czy masz coś do dodania?

Jerrico zrobił krok do przodu. Wrócił z ich wyprawy na Ziemię ze sporą ilością siniaków, które powoli zaczęły już znikać.

– Moja królowo, taumaturgiczka Mira wydawała się pewna, że znajdziemy Linh Cinder na tym dachu, ale nie wspominała o tym, że otrzymała jakieś informacje z zewnątrz, anonimowe czy też nie. Kiedy statek wylądował, taumaturgiczka Mira sama nakazała aresztowanie Jacina Claya.

Brwi Jacina drgnęły.

– Pewnie nadal miała mi za złe, że ją postrzeliłem. – Przerwał, po czym kontynuował: – Na swoją obronę dodam, że zrobiłem to, będąc pod kontrolą Linh Cinder.

– Wygląda na to, że masz sporo do powiedzenia w swojej obronie – stwierdziła Levana.

Jacin nie odpowiedział. Był najspokojniejszym więźniem, jakiego Winter kiedykolwiek widziała – on, który lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, jakie straszne rzeczy działy się na tej podłodze, dokładnie w miejscu, w którym stał. Levana powinna być rozwścieczona jego zuchwałością, ale wydawała się jedynie zamyślona.

– Czy mogę zabrać głos, moja królowo?

Tłum zaszemrał i Winter potrzebowała chwili, by zrozumieć, kto się odezwał. To był strażnik. Jedna z niemych ozdób pałacu. Rozpoznała go, ale nie znała jego imienia.

Levana spojrzała na niego gniewnie, a Winter wyobrażała sobie, jak królowa kalkuluje, czy powinna udzielić pozwolenia, czy raczej ukarać mężczyznę za odezwanie się. W końcu powiedziała:

– Jak się nazywasz i dlaczego odważasz się przerwać tę rozprawę?

Strażnik wystąpił naprzód, wpatrując się w ścianę, jak zawsze.

– Nazywam się Liam Kinney, moja królowo. Brałem udział w akcji odzyskania ciała taumaturgiczki Miry.

Rzucił pytające spojrzenie w stronę Jerrika, który potwierdził skinieniem głowy.

– Kontynuuj – powiedziała Levana.

– Gdy ją znaleźliśmy, pani Mira była w posiadaniu ekraportu. Choć został zniszczony w czasie upadku, został dodany do materiałów dowodowych w sprawie jej zabójstwa. Zastanawiam się, czy ktokolwiek spróbował odzyskać wspomniany kom.

Levana przeniosła uwagę na Aimery'ego, którego twarz zmieniła się w maskę, którą Winter potrafiła rozpoznać. Im przyjaźniej wyglądał, tym bardziej był zirytowany.

– W istocie, udało nam się uzyskać dostęp do ostatnich wiadomości. Właśnie miałem przedstawić to jako dowód.

Było to kłamstwo, które dało Winter nadzieję. Aimery był doświadczonym kłamcą, zwłaszcza gdy służyło to jego interesom. I nienawidził Jacina. Nie ujawniłby niczego, co mogłoby pomóc Jacinowi.

Nadzieja. Słaba, wątła, żałosna nadzieja.

Aimery skinął w stronę drzwi, przez które wsunął się sługa. Niósł na tacy roztrzaskany ekraport i węzeł holograficzny.

– To jest ekraport, o którym wspomniał Sir Kinney. Nasze dochodzenie potwierdziło, że tego dnia wysłano do Sybil Miry anonimowy komunikat.

Służący włączył hologram i na środku pokoju zamigotał hologram. Jacin zbladł za nim niczym widmo. Hologram wyświetlał prosty komunikat tekstowy.

Linh Cinder planuje porwać cesarza.

Ucieczka planowana jest z dachu północnej wieży o zachodzie słońca.

Tak dużo istotnych szczegółów w tak nielicznych słowach. To było dokładnie w stylu Jacina.

Levana odczytała tekst, mrużąc oczy.

– Dziękuję ci, Sir Kinneyu, za zwrócenie naszej uwagi na tę sprawę. – Co znaczyło, że nie dziękuje Aimery'emu.

Strażnik Kinney skłonił się i wrócił na swoje miejsce. Jego nieodgadnione spojrzenie spoczęło na chwilę na Winter, po czym na powrót wpatrzył się w ścianę.

Levana kontynuowała:

– Przypuszczam, Sir Clayu, że powiesz mi teraz, że to był kom, który wysłałeś.

– Owszem.

– Czy masz jeszcze coś do dodania, zanim ogłoszę mój werdykt?

– Nic, moja królowo.

Levana oparła się wygodniej. W sali zapadła cisza; wszyscy oczekiwali na decyzję królowej.

– Jak sądzę, moja pasierbica życzyłaby sobie, żebym cię oszczędziła.

Jacin nie zareagował, ale Winter skrzywiła się, słysząc wyniosłość w głosie macochy.

– Proszę, macocho – wyszeptała, a słowa z trudem spadały z jej spierzchniętego języka. – To przecież Jacin. On nie jest naszym wrogiem.

– Twoim pewnie nie – powiedziała Levana. – Ale ty jesteś tylko głupią, naiwną dziewczyną.

– Wcale nie. Jestem fabryką produkującą krew i krwinki, a moja maszyneria powoli zamarza...

Dworzanie wybuchnęli śmiechem i Winter wycofała się. Nawet wargi Levany drgnęły, choć pod jej rozbawieniem kryła się irytacja.

– Podjęłam decyzję – oznajmiła, a jej donośny głos sprawił, że zapadła cisza. – Postanowiłam pozwolić więźniowi żyć.

Winter wyrwał się okrzyk ulgi. Przycisnęła dłoń do ust, ale było już za późno, by stłumić dźwięk.

Wśród zgromadzonych rozległy się kolejne chichoty.

– Masz jeszcze jakieś uwagi, księżniczko? – wycedziła Levana przez zęby.

Winter opanowała emocje na tyle, na ile potrafiła.

– Nie, moja królowo. Twoje decyzje są zawsze mądre i ostateczne, moja królowo.

– Jeszcze nie skończyłam. – Głos królowej stwardniał, gdy zwróciła się z powrotem do Jacina. – Twoja nieudolność zabicia lub pojmania Linh Cinder nie ujdzie ci płazem, ponieważ twoja niekompetencja doprowadziła do porwania mojego narzeczonego. Za tę zbrodnię skazuję cię na trzydzieści batów, które wymierzysz sobie własnoręcznie na głównym podwyższeniu, po czym odbędziesz czterdzieści godzin pokuty. Twój wyrok zostanie wykonany jutro o świcie.

Winter wzdrygnęła się, ale ta kara nie mogła pozbawić jej uczucia trzepoczącej ulgi w żołądku. On nie umrze. Nie była wcale dziewczyną z lodu i szkła, tylko dziewczyną ze słonecznego blasku i gwiezdnego pyłu, bo Jacin nie umrze.

– I, Winter...

Dziewczyna z powrotem skupiła uwagę na macosze, która przyglądała się jej z pogardą.

– Jeśli spróbujesz przynieść mu jedzenie, to każę uciąć mu język jako zapłatę za twoją dobroć.

Winter skuliła się na swoim krześle. Drobny promyk słońca zgasł w jej wnętrzu.

– Tak jest, moja królowo.

3

Winter obudziła się na wiele godzin przed tym, jak światło rozświetliło sztuczne niebo kopuły. Prawie nie spała. Nie poszła oglądać, jak Jacin wymierza sobie karę, bo wiedziała, że gdyby ją zobaczył, powstrzymywałby się od okrzyków bólu. Nie chciałaby mu tego zrobić. Niech krzyczy. I tak był silniejszy niż ktokolwiek z nich.

Posłusznie skubała marynowane mięso i sery, które przyniesiono jej na śniadanie. Pozwoliła, by służące wykąpały ją i ubrały w jasnoróżowy jedwab. Wytrzymała całą sesję z Mistrzem Germanem, taumaturgiem trzeciego stopnia i jej wieloletnim nauczycielem. Udawała, że próbuje używać swojego daru i przepraszała, kiedy robiła to zbyt mocno albo kiedy była za słaba. Nie wyglądał, jakby mu to przeszkadzało. W każdym razie spędzał większość spotkań, wpatrując się w nią z opadniętą szczęką, choć Winter nie wiedziała, czy choć raz zdołała naprawdę go zauroczyć.

Sztuczny dzień nadszedł i minął; jedna ze służących przyniosła jej kubek ciepłego mleka z cynamonem, poprawiła jej łóżko i wreszcie Winter została sama.

Jej serce waliło w oczekiwaniu.

Wślizgnęła się w lekkie, lniane spodnie i luźną bluzkę, naciągnęła na nie nocną szatę, by wyglądać, jakby miała pod spodem piżamę. Myślała o tym przez cały dzień; plan kształtował się w jej umyśle niczym maleńkie, łączące się ze sobą kawałki układanki. Jej świadoma determinacja dławiła wszelkie halucynacje.

Zmierzwiła włosy, by wyglądała, jakby obudziła się z głębokiego snu, zgasiła światła i wspięła się na łóżko. Uderzyła czołem w zwisający żyrandol, wzdrygnęła się i zrobiła krok w tył, łapiąc równowagę na grubym materacu.

Winter przygotowała się, nabierając powietrza pełnego planów.

Policzyła do trzech.

I wrzasnęła.

Wrzeszczała, jakby skrytobójca wbijał jej nóż w brzuch.

Wrzeszczała, jakby tysiąc ptaków rozdziobywało jej ciało.

Wrzeszczała, jakby pałac stanął w ogniu wokół niej.

Strażnik, który pełnił wartę przy jej drzwiach, wpadł do środka z bronią w ręku. Winter nadal krzyczała. Potykając się o poduszki, oparła się plecami o zagłówek i wbiła palce we włosy.

– Księżniczko! O co chodzi? Co się stało? – Omiótł spojrzeniem pogrążony w mroku pokój w poszukiwaniu intruza lub zagrożenia.

Sięgnęła ręką za siebie i wbiła paznokcie w tapetę, drąc ją na strzępy. Teraz było jej łatwiej uwierzyć we własne przerażenie. Wokół niej pojawiały się widma i mordercy.

– Księżniczko! – Do pokoju wpadł kolejny strażnik. Zapalił światło i Winter skuliła się przed blaskiem. – Co się dzieje?

– Nie wiem. – Pierwszy strażnik przeszedł przez pokój i wyjrzał przez okno, odchylając zasłony.

– Potwór! – wrzasnęła Winter, podkreślając to słowo szlochem. – Obudziłam się, a on stał nad moim łóżkiem. To był jeden z... jeden z żołnierzy królowej!

Strażnicy wymienili spojrzenia i wiadomość, którą sobie przekazali, była jasna nawet dla Winter.

Nic się nie dzieje. Po prostu jest wariatką.

– Wasza Wysokość... – zaczął drugi strażnik, podczas gdy trzeci pojawił się w progu.

Dobrze. Z zasady tylko trzech strażników pilnowało tego korytarza, który prowadził od jej sypialni do głównych schodów.

– Poszedł tamtędy! – Winter wskazała na swoją garderobę, osłaniając się drugą ręką. – Proszę! Proszę, nie pozwólcie mu uciec. Proszę, znajdźcie go!

– Co się stało? – zapytał nowo przybyły strażnik.

– Ona myśli, że widziała jednego ze zmutowanych żołnierzy – mruknął drugi strażnik.

– Był tu! – wrzasnęła, czując, jak słowa rozrywają jej gardło. – Dlaczego mnie nie chronicie? Dlaczego tak stoicie? Idźcie go znaleźć!

Pierwszy ze strażników wyglądał na zirytowanego, jakby ta farsa przerwała mu coś ciekawszego niż stanie na korytarzu i patrzenie w ścianę. Schował broń, ale oświadczył z mocą:

– Oczywiście, księżniczko. Znajdziemy tego intruza i zadbamy o twoje bezpieczeństwo.

Skinął na drugiego strażnika i obaj ruszyli w stronę garderoby.

Winter przyczaiła się na łóżku i zwróciła się do trzeciego strażnika.

– Musisz iść z nimi – nalegała słabym, drżącym głosem. – To był potwór... ogromny... z przerażającymi kłami i pazurami, które rozerwą ich na strzępy. Nie pokonają go sami, a jeśli polegną... – Jej słowa zmieniły się w pełne przerażenia zawodzenie. – Przyjdzie tu po mnie i nie będzie nikogo, kto zdołałby go powstrzymać. Nikt mnie nie uratuje! – Szarpała się za włosy, a jej ciałem wstrząsały drgawki.

– Dobrze już, dobrze. Oczywiście, Wasza Wysokość. Poczekaj tu i... postaraj się uspokoić.

Ruszył za towarzyszami. Wydawał się zadowolony z faktu, że może zostawić szaloną księżniczkę samą.

Gdy tylko zniknął, Winter wyskoczyła z łóżka i ściągnęła koszulę nocną, którą cisnęła na krzesło.

– W garderobie nikogo nie ma! – zawołał jeden ze strażników.

– Szukajcie dalej! – odkrzyknęła. – Wiem, że tam jest!

Chwyciła prosty kapelusz i buty, które przygotowała wcześniej przy drzwiach, po czym wybiegła.

W przeciwieństwie do jej osobistych strażników, którzy wypytywaliby ją bez końca, a potem uparli się, by eskortować ją w drodze do miasta, ludzie, którzy pilnowali wież na zewnątrz, prawie się nie przejęli, gdy poprosiła o otwarcie bramy. Bez strażników i pięknych sukni, z potarganymi włosami i ukrytą twarzą, mogła uchodzić za jedną ze służek.

Gdy tylko znalazła się za bramą, ruszyła biegiem.

Po wykafelkowanych ulicach miasta kręcili się arystokraci w pięknych szatach, śmiejąc się i flirtując. Światło wylewało się z otwartych drzwi, muzyka płynęła nad parapetami, wszędzie unosił się zapach jedzenia. Rozlegał się brzęk kieliszków, a w spowitych mrokiem uliczkach całowały się i wzdychały cieniste postacie.

Miasto zawsze tak wyglądało. Frywolność i rozkosze. Białe miasto Artemisja – ich prywatny, mały raj pod ochronną kopułą szkła.

W centrum tego wszystkiego znajdowało się podwyższenie – okrągła platforma, na której wystawiano przedstawienia i prowadzono licytacje. Często przyciągała rodziny z okolicznych rezydencji, oferując noc hulanek przy widowiskach pełnych iluzji i sprośnego humoru.

Publiczne upokorzenia i kary często znajdowały się na afiszu.

Winter dyszała ciężko, jednocześnie oszołomiona i zawstydzona własnym sukcesem, gdy podest pojawił się przed jej oczami. Dostrzegła go; tęsknota przepełniająca jej wnętrze sprawiła, że zmiękły jej kolana. Musiała zwolnić, by złapać oddech.

Siedział zwrócony tyłem do ogromnego zegara słonecznego, który znajdował się na środku podwyższenia – instrumentu równie bezużytecznego, co fascynującego w te długie noce. Nagie ramiona miał związane sznurami, brodę opierał na piersi, a blade włosy zasłaniały mu twarz. Winter zbliżyła się i ujrzała ślady biczowania, przecinające jego klatkę piersiową i brzuch, pokryte zaschniętą krwią. Na plecach miał ich jeszcze więcej. Dłonie pokrywały mu pęcherze od ściskania bicza. Levana nazwała to własnoręcznie wymierzoną karą, ale wszyscy wiedzieli, że Jacina będzie wtedy kontrolował taumaturg. Nie było w tym nic własnoręcznego.

Winter słyszała, że Aimery zgłosił się na ochotnika do tego zadania. Musiał napawać się każdą raną.

Jacin podniósł głowę, gdy dotarła do krawędzi podestu. Ich spojrzenia spotkały się; Winter patrzyła na mężczyznę, który został pobity i związany, którego wyśmiewano i dręczono przez cały dzień, i przez chwilę była pewna, że zdołali go złamać. Kolejna z zepsutych zabawek królowej.

Ale wtedy jeden kącik jego ust uniósł się, a uśmiech ogarnął jego uderzająco niebieskie oczy – tak jasny i przyjazny jak wschodzące słońce.

– Cześć, Kłopociku – powiedział, opierając się o zegar słoneczny.

Po tych słowach całe przerażenie z ostatnich tygodni zniknęło. Był żywy. Był w domu. I nadal był Jacinem. Wdrapała się na podest.

– Masz pojęcie, jak się martwiłam? – zapytała, podchodząc bliżej. – Nie wiedziałam, czy żyjesz, czy jesteś zakładnikiem, czy może zostałeś pożarty przez któregoś z żołnierzy królowej. To, że nie wiedziałam, doprowadzało mnie do szaleństwa.

Spojrzał na nią, unosząc brew.

Odpowiedziała mu spojrzeniem spode łba.

– Nie komentuj tego.

– Gdzieżbym śmiał.

Rozprostował ramiona na tyle, na ile pozwalały mu więzy. Jego rany otworzyły się od wysiłku, a twarz wykrzywił mu grymas bólu, ale tylko na chwilę.

Winter udała, że tego nie widzi, i usiadła przed nim ze skrzyżowanymi nogami, przyglądając się jego obrażeniom. Chciała go dotknąć. Przerażało ją to. Przynajmniej to się nie zmieniło.

– Czy to bardzo boli?

– Lepsze to niż tkwić na dnie jeziora. – Uśmiechnął się krzywo spękanymi ustami. – Jutro wieczorem przeniosą mnie do zbiornika hibernacyjnego. Pół dnia i będę jak nowy. – Zmrużył oczy. – Zakładam, że nie przyszłaś tu, by przynieść mi jedzenie. Wolałbym zachować język tam, gdzie mam go teraz, dziękuję bardzo.

– Nie przyniosłam jedzenia. Tylko przyjazną twarz.

– Przyjazną. – Zmierzył ją wzrokiem, nadal uśmiechając się spokojnie. – To mało powiedziane.

Pochyliła głowę i odwróciła się, by ukryć trzy blizny przecinające jej prawy policzek. Przez całe lata wierzyła, że ludzie wpatrują się w nią dlatego, że te blizny budzą w nich obrzydzenie. Niespodziewany błąd w ich doskonałym świecie. Ale wtedy pokojówka uświadomiła jej, że nie są zniesmaczeni, tylko zachwyceni. Powiedziała, że te blizny sprawiły, że Winter wydawała się interesująca i, co dziwne, jeszcze piękniejsza. Piękna. Było to słowo, które Winter słyszała przez całe życie. Piękne dziecko, piękna dziewczynka, piękna młoda dama, taka piękna, zbyt piękna... A spojrzenia, które towarzyszyły temu słowu, zawsze sprawiały, że chciała przywdziać woal tak jak macocha i ukryć się przed szeptami patrzących.

Jacin był jedynym człowiekiem, który potrafił sprawić, że czuła się piękna bez wrażenia, że to coś złego. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek użył tego słowa albo prawił jej jakieś komplementy, jeśli o to chodzi. Krył to za beztroskimi żartami, które sprawiały, że jej serce biło mocniej.

– Nie drażnij się ze mną – powiedziała, zirytowana tym, jak na nią patrzył... jak zawsze na nią patrzył.

– Nie drażniłem się – odparł z całkowitą nonszalancją.

W odpowiedzi Winter nachyliła się i uderzyła go w ramię.

Wzdrygnął się, a ona wciągnęła powietrze, nagle przypominając sobie o jego ranach. Ale Jacin zachichotał tylko ciepło.

– To nie jest uczciwa walka, księżniczko.

Powstrzymała przeprosiny, które rosły jej w gardle.

– Najwyższy czas, żebym zdobyła jakąś przewagę.

Jacin rozejrzał się po ulicy.

– Gdzie jest twój strażnik?

– Został w tyle. Szuka potwora w mojej szafie.

Jego słoneczny uśmiech ustąpił miejsca rozdrażnieniu.

– Księżniczko, nie możesz wychodzić sama. Gdyby coś ci się stało...

– Kto miałby mnie skrzywdzić, tu, w mieście? Każdy wie, kim jestem.

– Wystarczy jeden idiota, zbyt przyzwyczajony do tego, że zawsze dostaje, czego chce, i zbyt pijany, by się kontrolować.

Zaczerwieniła się i zacisnęła zęby.

Jacin zmarszczył brwi, natychmiast żałując swoich słów.

– Księżniczko...

– Będę biegła całą drogę do pałacu. Nic mi nie będzie.

Westchnął, a ona zaczęła sobie wyrzucać, że nie przyniosła jakiejś maści leczniczej na jego rany. Levana nie mówiła nic o lekach. Patrzyła na niego, jak siedział związany i bezbronny – i półnagi, nawet jeśli była to poraniona półnagość – i widok ten sprawiał, że jej palce drgały w dziwny sposób.

– Chciałam być z tobą sam na sam – wyznała, wpatrując się w jego twarz. – Nigdy nie mamy okazji, żeby być sami.

– Bycie sam na sam z młodym mężczyzną o podejrzanych intencjach nie przystoi siedemnastoletniej księżniczce.

Zaśmiała się.

– A co z młodym mężczyzną, który był jej najlepszym przyjacielem, jeszcze zanim nauczyła się chodzić?

Potrząsnął głową.

– Tacy są najgorsi.

Parsknęła śmiechem – prawdziwym śmiechem, który znów rozświetlił twarz Jacina.

Ale nastrój był słodko-gorzki. Prawda była taka, że Jacin dotykał jej tylko wtedy, gdy pomagał jej pokonać halucynacje. W innych sytuacjach nie dotykał jej od lat – odkąd skończyła czternaście lat, a on szesnaście, kiedy to z dość żenującym skutkiem próbowała nauczyć go Walca Zaćmienia.

Teraz sprzedałaby choćby Drogę Mleczną, żeby tylko jego intencje były mniej honorowe.

Jej uśmiech nieco przygasł.

– Tęskniłam za tobą – powiedziała.

Opuścił wzrok i poruszył się, próbując znaleźć nieco wygodniejszą pozycję na zegarze słonecznym. Zaciskał zęby, żeby nie zobaczyła, jak bardzo boli go każdy, nawet najmniejszy ruch.

– Jak twoja głowa? – zapytał.

– Wizje przychodzą i odchodzą – odparła. – Ale nie wydaje mi się, żeby się pogorszyło.

– Miałaś dziś jakąś?

Zaczęła skubać małą, źle utkaną nitkę, wystającą z jej lnianych spodni.

– Nie, nie od wczorajszej rozprawy. Zamieniłam się w dziewczynę z lodu, a Aimery stracił głowę. Dosłownie.

– Nie miałbym nic przeciwko, gdyby ta ostatnia wizja się sprawdziła.

Spróbowała go uciszyć.

– Naprawdę. Nie podoba mi się, jak on na ciebie patrzy.

Winter obejrzała się przez ramię, ale dziedziniec wokół podestu był pusty. Tylko odległy szum muzyki i śmiechów przypominał jej, że znajdowali się w środku metropolii.

– Wróciłeś na Księżyc – przypomniała mu. – Musisz uważać na to, co mówisz.

– Pouczasz mnie w sprawie tego, jak zachowywać pozory?

– Jacinie...

– Na tym placu są trzy kamery. Dwie na latarniach za tobą, jedna na dębie za zegarem słonecznym. Żadna z nich nie rejestruje dźwięku. Chyba że zaczęła zatrudniać teraz ludzi, którzy czytają z ruchu warg?

Winter spojrzała na niego nerwowo.

– Jak możesz być tego taki pewny?

– Nadzór był jedną ze specjalności Sybil.

– Niemniej królowa mogła cię wczoraj zabić. Musisz być ostrożny.

– Wiem, księżniczko. Nie zamierzam wrócić do sali tronowej inaczej niż jako lojalny strażnik.

Hałas nad ich głowami zwrócił uwagę Winter. Za kopułą niknęły światła tuzina statków kosmicznych, które przemierzały upstrzone gwiazdami niebo. Kierowały się w stronę Ziemi.

– Żołnierze – mruknął Jacin. Winter nie potrafiła ocenić, czy było to pytanie, czy stwierdzenie faktu. – Jak przebiegają działania wojenne?

– Nikt mi nic nie mówi. Ale Jej Wysokość wydaje się zadowolona z naszych zwycięstw... Choć wciąż się wścieka o zaginionego cesarza i odwołany ślub.

– Nie odwołany. Tylko opóźniony.

– Spróbuj jej to powiedzieć.

Jęknął.

Winter pochyliła się ku niemu, opierając się na łokciach i podpierając podbródek na dłoniach.

– Czy ten cyborg naprawdę ma urządzenie, o którym mówiłeś? Które może sprawić, że nie da się manipulować ludźmi?

W oczach Jacina rozbłysło światełko, jakby przypomniała mu o czymś ważnym, ale kiedy próbował pochylić się ku niej, powstrzymały go więzy. Skrzywił się i zaklął pod nosem.

Winter przysunęła się bliżej, by zmniejszyć dzielący ich dystans.

– To nie wszystko – powiedział. – Podobno to urządzenie może uniemożliwić Księżycowym korzystanie z ich daru.

– Tak, wspominałeś o tym w sali tronowej.

Wbił w nią spojrzenie.

– I może chronić ich umysły. Powiedziała, że to sprawia, że nie...

Że nie wariują.

Nie musiał mówić tego na głos, nie teraz, gdy jego twarz wyrażała tak wielką nadzieję, jakby nagle rozwiązał największy problem świata. Jego myśl zawisła między nimi.

Takie urządzenie mogłoby ją uleczyć.

Winter zwinęła palce w pięści i ułożyła je wygodniej pod brodą.

– Mówiłeś, że nie ma więcej takich urządzeń.

– Nie. Ale jeśli zdołalibyśmy znaleźć gdzieś plany tego wynalazku... Sam fakt, że to możliwe...

– Królowa zrobi wszystko, by nie powstały kolejne.

Jego twarz pociemniała.

– Wiem, ale musiałem jej coś zaoferować. Gdyby tylko Sybil mnie nie aresztowała, niewdzięczna wiedźma... – Winter uśmiechnęła się na te słowa, a gdy Jacin to zauważył, jego irytacja opadła. – Nieważne. Teraz, gdy wiem, że to możliwe, znajdę sposób, by to zrobić.

– Wizje nie są takie złe, gdy jesteś obok. Teraz będzie lepiej, skoro już wróciłeś.

Zacisnął szczękę.

– Przykro mi, że musiałem wyjechać. Pożałowałem tego, jak tylko zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem. To stało się tak szybko, a potem nie mogłem do ciebie wrócić. Ja po prostu... porzuciłem cię tutaj. Z nią. Z nimi.

– Nie porzuciłeś mnie. Wzięli cię do niewoli. Nie miałeś wyboru.

Jacin odwrócił wzrok.

Winter wyprostowała się.

– Nie manipulowali tobą?

– Nie przez cały czas – wyszeptał, jakby wyznawał jej sekret. – Postanowiłem stanąć po ich stronie, gdy wraz z Sybil weszliśmy na jej statek.

Na jego obliczu malowało się poczucie winy. To był tak niezwykły u niego wyraz twarzy, że Winter nie była pewna, czy dobrze go interpretowała.

– A potem ich zdradziłem. – Uderzył głową o zegar słoneczny, mocniej niż to było konieczne. – Jestem takim idiotą. Powinnaś mnie nienawidzić.

– Może i jesteś idiotą, ale zapewniam cię, że takim całkiem uroczym.

Potrząsnął głową.

– Jesteś jedyną osobą w całej galaktyce, która kiedykolwiek mogłaby mnie nazwać uroczym.

– Jestem jedyną osobą w całej galaktyce, która jest wystarczająco szalona, by w to uwierzyć. A teraz powiedz mi, co takiego zrobiłeś, że powinnam zacząć cię nienawidzić.

Z trudem przełknął ślinę.

– Ten cyborg, którego szuka Jej Wysokość...

– Linh Cinder.

– Tak. Cóż, myślałem, że jest po prostu jakąś szaloną dziewczyną, która wybrała się w misję samobójczą, rozumiesz? Doszedłem do wniosku, że zabije nas wszystkich tymi swoimi urojeniami dotyczącymi porwania cesarza i obalenia królowej... Gdy się jej słuchało, każdy by tak pomyślał. Więc uznałem, że raczej zaryzykuję i wrócę do ciebie, jeśli będę mógł. Niech sama się zabije.

– Ale Linh Cinder naprawdę porwała cesarza. I uciekła.

– Wiem. – Podniósł wzrok na Winter. – Sybil wzięła w niewolę jedną z jej przyjaciółek, dziewczynę imieniem Scarlet. Nie sądzę, żebyś...

Winter rozpromieniła się.

– Ależ tak. Królowa dała mi ją jako zwierzątko. Trzyma ją w menażerii. Bardzo ją lubię. – Zmarszczyła czoło. – Chociaż nie wiem, czy ona zdecydowała się mnie polubić, czy też nie.

Wzdrygnął się przez jakiś niespodziewany ból i spędził chwilę, próbując wygodniej się ułożyć.

– Czy możesz przekazać jej wiadomość ode mnie?

– Oczywiście.

– Musisz być ostrożna. Nie powiem ci, jeśli nie dasz rady zachować dyskrecji... dla własnego dobra.

– Zachowam dyskrecję.

Jacin spojrzał na nią sceptycznie.

– Zachowam. Będę skryta niczym szpieg. Tak skryta jak ty. – Winter przysunęła się jeszcze bliżej.

Ściszył głos, jakby nagle nie był już pewien, czy te kamery nie rejestrują dźwięku.

– Powiedz jej, że po nią przyjdą.

Winter zagapiła się na niego.

– Przyjdą... przyjdą tutaj?

Przytaknął ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy.

– Myślę, że mogą mieć szansę.

Winter zmarszczyła brwi. Wyciągnęła rękę i wsunęła Jacinowi za uszy kosmyki jego poklejonych potem i brudem włosów. Napiął się, czując jej dotyk, ale się nie odsunął.

– Jacinie Clayu, mówisz zagadkami.

– Linh Cinder. – Jego głos był teraz cichy jak westchnienie, więc Winter pochyliła się jeszcze bardziej, by go usłyszeć. Pasmo jej włosów spadło na jego ramię. Oblizał wargi. – Ona... to Selene.

Czuła, jak każdy mięsień w jej ciele się napina. Cofnęła się.

– Gdyby Jej Wysokość usłyszała, co powiedziałeś...

– Nie powiem nikomu. Ale tobie musiałem powiedzieć. – Zmrużył oczy ze współczuciem. – Wiem, że ją kochałaś.

Serce Winter waliło.

– Moja Selene?

– Tak. Ale... Przykro mi, księżniczko. Nie sądzę, by cię pamiętała.

Winter zamrugała, pozwalając, by marzenia wypełniły ją na jedną mglistą chwilę. Selene, żywa. Jej kuzynka, jej przyjaciółka. Żywa.

Schowała głowę w ramiona, odrzucając nadzieję.

– Nie. Ona nie żyje. Byłam tam, Jacinie. Widziałam, co zostało po pożarze.

– Nie widziałaś jej.

– Znaleźli...

– Zwęglone ciało. Wiem.

– Stos popiołów w kształcie dziewczynki.

– To były tylko popioły. Posłuchaj, ja też w to nie wierzyłem, ale teraz już tak. – Kącik jego ust powędrował w górę, jakby poczuł dumę. – To nasza zaginiona księżniczka. I właśnie wraca do domu.

Ktoś odchrząknął za plecami Winter. Jej własny szkielet niemal wyskoczył z jej ciała. Obróciła się szybko, przewracając się na łokieć.

Jej osobisty strażnik stał obok podniesienia, patrząc na nią groźnie.

– O! – Serce trzepotało jej jak tysiąc zaskoczonych ptaszków, ale Winter przywołała na twarz pełen ulgi uśmiech. – Złapaliście potwora?

Strażnik nie odpowiedział jej uśmiechem, nawet się nie zaczerwienił, co było typową reakcją, gdy Winter rzucała komuś to konkretne spojrzenie. Zamiast tego jego prawa brew zaczęła drgać.

– Wasza Wysokość. Przyszedłem, by odprowadzić cię z powrotem do pałacu.

Winter wyprostowała się i założyła ręce na piersi.

– Oczywiście. To takie miłe, że się o mnie martwiłeś. – Zerknęła na Jacina, który obserwował strażnika nieufnie. Nic zaskakującego. Na każdego patrzył nieufnie. – Obawiam się, że jutrzejszy dzień będzie dla ciebie jeszcze trudniejszy, Sir Clayu. Spróbuj o mnie pomyśleć, gdy będziesz mógł.

– Spróbować, księżniczko? – Uśmiechnął się do niej. – Nie wydaje mi się, żebym zdołał myśleć o czymkolwiek innym.

4

Cinder leżała na ziemi, wpatrując się w potężny silnik Rampiona z jego przewodami i obracając moduł podtrzymywania życia. Plany układów, które pobrała kilka tygodni temu, nałożyły się na jej wizję – ta cyborgiczna sztuczka przydawała się niezliczoną ilość razy, kiedy pracowała jako mechanik w Nowym Pekinie. Rozszerzyła plan, przybliżając widok cylindra długości jej ramienia. Był schowany pod ścianą maszynowni. Z obu jego stron wystawały kłęby przewodów.

– To w tym musi być problem – mruknęła, wyłączając plan.

Przesunęła się pod obracającym się modułem, zbierając ramionami koty kurzu, i usiadła. Było wystarczająco dużo miejsca, by mogła wcisnąć się pomiędzy labirynt przewodów, cewek, rurek i kabli.

Wstrzymując oddech, zbliżyła ucho do cylindra. Poczuła lodowaty chłód metalu na skórze.

Czekała. Słuchała. Podkręciła głośność swoich czujników dźwięku.

Usłyszała jedynie, jak otwierają się drzwi do maszynowni.

Obejrzawszy się, dostrzegła w żółtawym świetle wpadającym z korytarza szare spodnie wojskowego munduru. To mógł być ktokolwiek z załogi statku, ale te lśniące, czarne, eleganckie buty...

– Halo? – powiedział Kai.

Jej serce waliło – waliło za każdym razem.

– Tu, z tyłu.

Kai zamknął drzwi i przykucnął na drugim końcu pokoju, otoczony tłokami i wirującymi wentylatorami.

– Co robisz?

– Sprawdzam filtry tlenu. Jeszcze minutkę.

Z powrotem przycisnęła ucho do cylindra. Jest – słaby stukot, jakby w środku obijał się mały kamyk.

– Aha.

Wyjęła z kieszeni klucz i zaczęła poluzowywać nakrętki po obu stronach cylindra. Gdy go odkręciła, na statku zapanowała niesamowita cisza, jakby nagle ustało buczenie, którego wcześniej się nie zauważało.

Kai uniósł brwi.

Cinder zajrzała w głąb cylindra, po czym wsunęła do środka palce i wyciągnęła z niego skomplikowany filtr. Został wykonany z drobnych kanalików i szczelin, pokrytych cienką, szarą błoną.

– Nic dziwnego, że przy starcie tak trzęsło.

– Nie wydaje mi się, żebyś potrzebowała pomocy?

– Nie. Chyba że chcesz mi znaleźć miotłę.

– Miotłę?

Cinder uniosła filtr i uderzyła jednym jego końcem o rury nad głową. Chmura pyłu eksplodowała wokół niej, pokrywając jej włosy i ramiona. Cinder schowała nos w zgięcie łokcia i, krztusząc się, dalej waliła filtrem, aż wyrzuciła z niego największe kawałki osadu.

– Ach. Miotła. Może znajdę jakąś w kuchni? To znaczy, w kambuzie.

Cinder zamrugała, by strząsnąć z rzęs kurz, i uśmiechnęła się do niego. Zwykle był taki pewny siebie, że chwile, w których akurat ogarniało go zdenerwowanie, sprawiały, że wszystkie jej wnętrzności się wywracały. A ostatnio często się denerwował. Gdy tylko Kai obudził się na pokładzie Rampiona, stało się jasne, że znalazł się o dwanaście tysięcy kilometrów od swojego żywiołu, ale w ostatnich tygodniach dobrze się przystosowywał. Nauczył się terminologii, bez skargi jadł konserwowane i liofilizowane posiłki, wymienił swoje wyszukane, ślubne ubrania na standardowy wojskowy mundur, który nosili tu wszyscy. Upierał się, by pomagać, gdy tylko było to możliwe; nawet przygotował kilka pozbawionych smaku posiłków, choć jak zauważyła Iko, był ich cesarskim gościem, więc to oni powinni czekać na jego życzenia. Thorne zaśmiał się jednak, więc cała ta sugestia sprawiła, że Kai poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie.

Choć Cinder nie potrafiła sobie wyobrazić, że mógłby abdykować i spędzić resztę życia na licznych podróżach kosmicznych i przygodach, był uroczy w swoich staraniach, by dopasować się do reszty.

– Żartowałam – powiedziała. – Maszynownie mają prawo być brudne.

Przyjrzała się filtrowi raz jeszcze i uznawszy, że jego stan jest zadowalający, wkręciła go z powrotem do cylindra i zamontowała na właściwym miejscu. Brzęczenie rozległo się znowu, ale stukot przypominający obijający się kamyk już się nie pojawił.

Cinder wypełzła spod modułu i plątaniny przewodów – najpierw pojawiły się jej stopy, potem reszta ciała. Wciąż przykucnięty Kai spojrzał na nią z góry i uśmiechnął się.

– Iko ma rację. Naprawdę nie potrafisz się nie ubrudzić przez dłużej niż pięć minut.

– To jest wpisane w ten zawód. – Usiadła, strzepując kłaczki kurzu z ramion.

Kai strzepnął kilka większych kawałków z jej włosów.

– Gdzie się tego nauczyłaś, tak w ogóle?

– Czego? Tego? Każdy by potrafił wyczyścić filtr tlenu.

– Uwierz mi, że nie każdy. – Oparł łokcie o kolana i zaczął wędrować spojrzeniem po maszynowni. – Wiesz, co to wszystko robi?

Podążyła za jego spojrzeniem – wszystkie kable, wszystkie kolektory, wszystkie cewki zapłonowe – i wzruszyła ramionami.

– Prawie. Nie wiem nic tylko o tej dużej, obracającej się rzeczy w rogu. Nie potrafię jej rozgryźć. Ale to nie może być nic ważnego, prawda?

Kai przewrócił oczami.

Cinder chwyciła się rury i podniosła się na nogi, po czym wepchnęła klucz z powrotem do kieszeni.

– Nigdzie się tego nie nauczyłam. Po prostu patrzę na różne rzeczy i rozpracowuję ich działanie. Kiedy już wiesz, jak coś działa, wiesz też, jak to naprawić.

Próbowała wytrząsnąć z włosów resztę kurzu, ale wydawało się, że jego zasoby są nieograniczone.

– Och, więc po prostu patrzysz na coś i rozpracowujesz, jak to działa – powtórzył Kai z kamienną twarzą, stając tuż obok. – I to wszystko?

Cinder poprawiła kucyk i wzruszyła ramionami, nagle zakłopotana.

– To tylko mechanika.

Kai objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.

– Nie, to imponujące – powiedział i potarł policzek Cinder kciukiem, by coś z niego zetrzeć. – Nie mówiąc już o tym, że niepokojąco atrakcyjne – powiedział, po czym nakrył jej usta swoimi.

Cinder zesztywniała na moment, zanim poddała się pocałunkowi. Natłok uczuć był za każdym razem taki sam: łączył się ze zdziwieniem i falą zawrotów głowy. To był ich siedemnasty pocałunek (interfejs w jej mózgu prowadził listę, wbrew jej woli) i zastanawiała się, czy kiedykolwiek przywyknie do tego uczucia. Uczucia bycia pożądaną – po tym, jak spędziła całe życie, wierząc, że nikt nigdy nie zobaczy w niej nic poza dziwacznym eksperymentem naukowym.

A już na pewno, że nie ujrzy tego żaden chłopak.

A już na pewno nie Kai, który był mądry, honorowy i dobry, i mógłby mieć każdą dziewczynę, jakiej zapragnął. Każdą dziewczynę.

Westchnęła, zapadając się w jego objęcia. Kai chwycił rurę nad głową i przycisnął Cinder do głównej konsoli komputera. Nie stawiała oporu. Chociaż jej organizm nie pozwalał jej się rumienić, czuła nieznane ciepło, które zalewało każdy cal jej ciała, kiedy on znajdował się tak blisko. Każde zakończenie nerwowe strzelało iskrami i wibrowało, a ona wiedziała, że mógłby pocałować ją jeszcze siedemnaście tysięcy razy, a ona nigdy nie będzie miała tego dosyć.

Objęła go za szyję, przyciskając jego ciało do siebie. Ciepło jego piersi przeniknęło przez jej ubrania. Czuła, że tak właśnie powinno być. Że jest idealnie.

Ale potem pojawiało się uczucie, które zawsze czaiło się w jej świadomości, gotowe, by przysłonić jej szczęście. Wiedza, że to nie może trwać wiecznie.

Nie dopóki Kai był zaręczony z Levaną.

Wściekła na to, że ta myśl pojawiła się niczym intruz, pocałowała Kaia jeszcze mocniej, choć jej umysł nadal się buntował. Nawet jeśli im się uda i Cinder zdoła odzyskać swój tron, wszyscy będą oczekiwać, że zostanie na Księżycu jako ich nowa królowa. Nie była w tej kwestii ekspertem, ale domyślała się, że utrzymywanie relacji na dwóch różnych planetach może być problematyczne...

Ekhm, na planecie i księżycu.

A zresztą, nieważne.

Chodziło o to, że między nią a Kaiem będzie 384 000 kilometrów przestrzeni kosmicznej, a to jest bardzo dużo przestrzeni, i...

Kai uśmiechnął się, przerywając pocałunek.

– Coś nie tak? – wymruczał tuż przy jej ustach.

Cinder z powrotem oparła się o niego. Miał teraz nieco dłuższe włosy, wręcz rozczochrane. Jako książę zawsze miał niemal perfekcyjną fryzurę. Ale potem został cesarzem. Tygodnie, które minęły od jego koronacji, spędził na próbach powstrzymania wojny, ścigania poszukiwanego zbiega i unikania zawarcia małżeństwa, a także przetrwania własnego porwania. W tej sytuacji strzyżenie stało się luksusem, bez którego musiał sobie poradzić.

Zawahała się, po czym zapytała:

– Myślałeś kiedyś o przyszłości?

Na jego oblicze powróciła rozwaga.

– Oczywiście, że tak.

– A... czy ja byłam w tej przyszłości?

Spojrzał na nią ciepło. Puścił rurę, której się trzymał, i wsunął jej za ucho kosmyk włosów.

– To zależy od tego, czy akurat myślę o tej dobrej przyszłości, czy o tej złej.

Cinder wtuliła głowę w jego szyję.

– Przynajmniej w jednej z nich jestem.

– To się uda – powiedział Kai do jej włosów. – Zwyciężymy.

Kiwnęła głową, zadowolona, że nie może widzieć jej twarzy.

Pokonanie Levany i objęcie tronu na Księżycu było tylko początkiem galaktyki zmartwień. Tak bardzo chciałaby zostać tu, gdzie jest, w kokonie swojego statku kosmicznego, razem z nim – byliby bezpieczni i sami... Ale to było przeciwieństwo tego, co faktycznie miało się stać. Gdy obalą Levanę, Kai wróci do roli cesarza Wschodniej Wspólnoty i pewnego dnia będzie potrzebował cesarzowej.

Jej krew dawała jej prawo do władania Księżycem i mogła żywić nadzieję, że Księżycowi poprą kogokolwiek, kto nie jest Levaną, nawet nieudolną politycznie nastolatkę, która w 36,28% składa się z cybernetycznych materiałów produkcyjnych. Ale widziała uprzedzenia ludzi we Wspólnocie. Coś jej mówiło, że nie zaakceptowaliby takiej władczyni.

Nie miała nawet pewności, czy chciałaby być cesarzową. Dopiero przyzwyczajała się do myśli o byciu księżniczką.

– Nie wszystko naraz – wyszeptała, próbując uspokoić kłębiące się myśli.

Kai pocałował ją w skroń (jej mózg nie uznał tego za numer osiemnaście na liście), po czym się cofnął.

– Jak idą twoje treningi?

– Dobrze. – Wyplątała się z jego ramion i rozejrzała po maszynowni. – Och, hej, skoro już tu jesteś, może mógłbyś mi z tym pomóc? – Ominęła go i otworzyła panel w ścianie, odsłaniając wiązkę poplątanych kabli.

– To się nazywa subtelna zmiana tematu.

– Nie zmieniam tematu – odparła, choć nie mogła powstrzymać chrząknięcia, które temu przeczyło. – Zmieniam przewody elektryczne domyślnych ustawień orbitalnych, żeby systemy statku działały sprawniej, kiedy będziemy dryfować. Te statki towarowe są przeznaczone do częstych lądowań i startów, a nie do ciągłego...

– Cinder.

Wydęła usta i odłączyła kilka kabli.

– Treningi idą dobrze – powtórzyła. – Możesz mi podać te cążki do cięcia drutu z podłogi?

Kai rozejrzał się po podłodze, wybrał dwa narzędzia i podniósł je.

– To te w lewej ręce – powiedziała. Podał jej. – Potyczki z Wilkiem stały się dużo łatwiejsze. Ale trudno powiedzieć, czy to dlatego, że jestem coraz silniejsza, czy dlatego, że on... No, wiesz.

Nie znalazła na to słów. Wilk stał się cieniem dawnego siebie, odkąd porwano Scarlet. Jedyną rzeczą, dzięki której jeszcze się trzymał, była determinacja, by dotrzeć na Księżyc i uratować ją tak szybko, jak to możliwe.

– Tak czy inaczej – kontynuowała – sądzę, że nauczył mnie tyle na temat mojego księżycowego daru, ile było w jego mocy. Od teraz muszę improwizować. – Przyjrzała się plątaninie kabli, porównując je z diagramem, który wyświetlił się na jej wyświetlaczu siatkówkowym. – Jakby to nie była dotąd moja główna metoda. – Zmarszczyła brwi i wykonała kilka cięć. – Masz, potrzymaj te kable i pilnuj, żeby się nie stykały.

Kai oparł się o nią lekko i chwycił wskazane przewody.

– A co się stanie, jeśli się zetkną?

– Och, pewnie nic, ale jest niewielkie ryzyko, że doprowadzi to do samozniszczenia statku.

Wyciągnęła dwa świeżo odcięte kable i zaczęła splatać je w nową sekwencję.

Kai prawie nie oddychał, dopóki nie zabrała mu z dłoni jednego z niebezpiecznych przewodów.

– Dlaczego nie ćwiczysz na mnie? – zapytał.

– Czego nie ćwiczę?

– Wiesz. Tej twojej manipulacji umysłem.

Zamarła z obcążkami zawieszonymi nad niebieskim kablem.

– Bo nie.

– Dlaczego?

– Powiedziałam, że nigdy nie będę tobą manipulować, i trzymam się tego.

– To nie manipulacja, skoro wiem, że to robisz... – Zawahał się. – W każdym razie, nie sądzę. Może moglibyśmy używać jakiegoś hasła, żebym wiedział, kiedy mnie kontrolujesz. Na przykład... jak to się nazywa?

– Obcążki do kabli?

– Na przykład obcążki do kabli.

– Nie.

– To coś innego.

– Nie ćwiczę na tobie. – Wsunęła obcęgi do kieszeni, skończyła łączyć pozostałe kable i uwolniła Kaia od jego brzemienia. – Dobra, zobaczmy, jak to zadziała.

– Cinder, nie mam nic lepszego do roboty. Dosłownie, nic lepszego. Czas, który spędziłem na tym statku, udowodnił mi, że nie mam żadnych użytecznych zdolności. Nie potrafię gotować. Nie umiem niczego naprawić. Nie potrafię pomóc Cress z monitoringiem. Nie wiem nic o broni, o walkach, o... Zasadniczo jestem tylko dobrym mówcą, a to przydaje się tylko w polityce.

– Nie zapominajmy o twojej zdolności do sprawiania, że każda dziewczyna rozpływa się, gdy tylko się uśmiechniesz.

Kai potrzebował chwili, żeby jej komentarz przebił się przez jego frustrację, ale w końcu rozpromienił się i uśmiechnął.

– A, tak – powiedziała, zatrzaskując pokrywę panelu. – O tym właśnie mówiłam.

– Mówiłem poważnie, Cinder. Chcę być użyteczny. Chcę pomóc.

Odwróciła się do niego. Zmarszczyła brwi. Zastanowiła się.

– Obcążki do kabli – powiedziała.

Zesztywniał, po jego twarzy przesunął się cień zwątpienia. Ale potem podniósł głowę. Ufał jej.

Jak najdelikatniej trąciła wolę Kaia, zmuszając go, by wyciągnął rękę i wyjął z jej tylnej kieszeni klucz. Nie było to trudniejsze niż kontrolowanie własnych, cyborgicznych kończyn. Wystarczyłaby jedna myśl i mogłaby mu kazać zrobić cokolwiek.

Kai zamrugał, patrząc na narzędzie.

– Nie było tak źle.

– Och, Kai...

Zerknął na nią, a potem znowu na klucz; jego ręka, znowu poza jego kontrolą, uniosła narzędzie do poziomu oczu, a palce obracały klucz – nad jednym palcem, pod drugim. Najpierw wolno, potem szybciej, aż lśniący metal rozmył się niczym gadżet w magicznej sztuczce.

Kai wpatrywał się w to z fascynacją, ale Cinder dostrzegała też jego dyskomfort.

– Zawsze się zastanawiałem, jak to robisz.

– Kai.

Spojrzał na nią. Klucz nadal tańczył między jego palcami.

Wzruszyła ramionami.

– To zbyt proste. Mogłabym to robić, wspinając się na górę, albo... rozwiązując skomplikowane równanie matematyczne.

Zmrużył oczy.

– Przecież ty masz kalkulator w głowie.

Roześmiała się i uwolniła dłoń Kaia. Odskoczył, gdy klucz spadł z hukiem na podłogę. Uświadomił sobie, że znów ma kontrolę nad własnym ciałem, i pochylił się, by go podnieść.

– Nie ma o czym mówić – stwierdziła Cinder. – Z Wilkiem mam jakieś wyzwanie, wymaga ode mnie trochę skupienia, ale z Ziemianami...

– W porządku, rozumiem. Ale co mogę robić? Czuję się taki bezużyteczny, snując się po tym statku. Dokoła toczy się wojna, ty przygotowujesz plany, a ja tylko czekam.

Skrzywiła się, słysząc frustrację w jego głowie. Kai był odpowiedzialny za miliony ludzi i Cinder wiedziała, że czuł się, jakby ich porzucił, nawet jeśli nie miał wyboru. Bo ona nie dała mu wyboru.

Był dla niej miły. Od pierwszej kłótni, która wybuchła po tym, gdy obudził się na pokładzie Rampiona, starał się nie obwiniać jej za własne frustracje. Ale to była jej wina. On o tym wiedział, ona o tym wiedziała, i czasami mogło się wydawać, że tańczą jakiś skomplikowany taniec, do którego Cinder nie znała kroków. Oboje unikali mówienia o tej oczywistej prawdzie, żeby nie zakłócić wspólnego gruntu, który odkryli. Tego aż-nazbyt-niepewnego szczęścia, które znaleźli.

– Jedyna szansa, żebyśmy odnieśli sukces – zaczęła – to to, że uda ci się przekonać Levanę, by zorganizowała ślub na Księżycu. Na razie możesz się zastanawiać nad tym, jak to osiągnąć. – Pochyliła się ku niemu i pocałowała go delikatnie. (Osiemnaście.) – Na szczęście jesteś świetnym mówcą.

5

Scarlet przycisnęła się całym ciałem do stalowych prętów, próbując uchwycić gałąź, która zwisała tuż za klatką. Blisko... tak blisko. Pręt wbijał się jej w policzek. Pomachała palcami, muskając liść, i poczuła pod palcami korę... tak!

Zacisnęła dłoń na gałęzi. Cofnęła się w głąb klatki, przyciągając gałąź bliżej. Wysunęła drugą rękę za kraty i urwała trzy pokryte listkami gałązki, a potem ułamała kawałek głównej gałęzi i puściła resztę. Gałąź odskoczyła w górę i obsypała ją garściami małych, nieznanych jej orzechów.

Scarlet wzdrygnęła się i odczekała, aż drzewo przestanie się trząść, po czym wywróciła kaptur swojej czerwonej bluzy na lewą stronę i wytrząsnęła z niego orzechy, które ją zaatakowały. Trochę przypominały orzechy laskowe. Gdyby znalazła sposób na rozłupanie ich, mogłyby być niezłą przekąską na później.

Nagle jej uwagę przykuło delikatne skrobanie. Rozejrzała się po ścieżce biegnącej przez menażerię, spojrzała na białego wilka, który stał na tylnych łapach i wpatrywał się w kraty swojego więzienia.

Scarlet spędziła sporo czasu na marzeniu o tym, żeby Ryu przeskoczył nad tymi prętami. Jego zagroda sięgała mu mniej więcej do pasa, więc powinien pokonać ją bez problemu. Wtedy Scarlet mogłaby pogładzić jego futro i podrapać go za uszami. Cóż to by był za luksus, nawiązać z nim bliższy kontakt. Zawsze lubiła zwierzęta na farmie – przynajmniej dopóki nie nadchodził czas, żeby je zarżnąć i ugotować z nich jakąś smakowitą potrawkę – ale nigdy nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ceniła sobie ich bezpośrednią sympatię, dopóki jej samej nie sprowadzono do roli zwierzęcia.

Niestety Ryu nie uciekłby ze swojego więzienia szybciej niż Scarlet. Księżniczka Winter twierdziła, że wszczepiono mu między łopatki czip, który boleśnie raził go prądem za każdym razem, gdy próbował przeskoczyć barierkę. Biedne stworzenie już dawno nauczyło się akceptować swoją siedzibę.

Scarlet wątpiła jednak, czy ona kiedykolwiek zaakceptuje swoją.

– To tyle – powiedziała, chwytając swój z trudem zdobyty skarb: trzy małe gałązki i jedną grubszą, pękniętą. Uniosła je, by wilk mógł je zobaczyć. Szczeknął i zatańczył radośnie wzdłuż ściany ogrodzenia. – Nie sięgnę po kolejne. Muszą ci na trochę wystarczyć.

Ryu zastrzygł uszami.

Scarlet podniosła się na kolana – to była najbliższa stojącej pozycja, jaką mogła osiągnąć w swojej klatce – przytrzymała się pręta nad głową, wycelowała i rzuciła jedną z mniejszych gałązek.

Ryu ruszył i złapał patyk w powietrzu. W parę sekund wrócił z nim do swojego stosu patyków i upuścił go na wierzch. Zadowolony przysiadł i wywiesił język.

– Dobra robota, Ryu. Cóż za pokaz powściągliwości. – Scarlet westchnęła i podniosła kolejny kij.

Ryu poderwał się akurat wtedy, gdy dziewczyna usłyszała kroki. Przysiadła na piętach, nagle spięta, ale poczuła ulgę, dostrzegając między łodygami egzotycznych kwiatów i opadającymi pnączami lejącą, kremową suknię. Chwilę później zza załomu ścieżki wyszła księżniczka z koszem w ręku.

– Witajcie, przyjaciele – powiedziała księżniczka Winter.

Ryu upuścił najnowszy patyk na stos i usiadł, wypinając pierś, jakby okazywał jej należny szacunek.

– Lizus. – Scarlet się skrzywiła.

Winter pochyliła głowę w stronę Scarlet. Kręcone, czarne włosy opadły jej na policzek, przysłaniając blizny.

– Co tam dziś dla mnie masz? – zapytała Scarlet. – Urojenia z mamrotaniem i obłęd na przystawkę? Czy może to jeden z twoich dobrych dni?

Księżniczka wyszczerzyła zęby w uśmiechu i usiadła przed klatką Scarlet, nie zwracając uwagi na to, że pokryta ziemią i odłamkami kamieni ścieżka z pewnością pobrudzi jej suknię.

– To jeden z moich najlepszych dni – powiedziała, kładąc koszyk na kolanach – i dlatego przyniosłam ci smakołyki, a na przystawkę... wiadomość.

– Och, nie mów! Przenoszą mnie do większej klatki? Och, proszę, powiedz, że tym razem będzie taka z prawdziwą toaletą. I może jeszcze z takim fantazyjnym, automatycznym karmnikiem, jak dla ptaków?

Chociaż słowa Scarlet były podszyte sarkazmem, tak naprawdę większa klatka z porządną instalacją kanalizacyjną ogromnie poprawiłaby jej sytuację. W obecnej nie mogła wstać, więc jej mięśnie z dnia na dzień stawały się coraz słabsze, no i byłoby bosko, gdyby nie musiała polegać na strażnikach, którzy dwa razy dziennie eskortowali ją uprzejmie do sąsiedniego pomieszczenia, w którym mogła załatwić swoje potrzeby przy korycie.

Korycie.

Winter, jak zwykle odporna na zjadliwy ton Scarlet, pochyliła się ku niej z tajemniczym uśmiechem.

– Jacin wrócił.

Scarlet zmarszczyła czoło; to stwierdzenie obudziło w niej mnóstwo sprzecznych emocji. Wiedziała, że Winter darzyła tego całego Jacina szczenięcą miłością, ale jedyny kontakt, jaki miała z nim Scarlet, miał miejsce wtedy, gdy akurat służył taumaturgiczce i atakował jej przyjaciół.

Przekonała samą siebie, że Jacin już nie żyje, bo alternatywą było tylko to, że zabił Wilka i Cinder, czego nie potrafiła zaakceptować.

– No i? – ponagliła księżniczkę.

Oczy Winter błyszczały. Czasami Scarlet wydawało się, że zdołała już uodpornić własne serce na nieskazitelną urodę tej dziewczyny – na jej gęste włosy, ciepłą, śniadą skórę, złote oczy i różane usta. Ale wtedy księżniczka znowu posyłała jej to spojrzenie i serce Scarlet podskakiwało, a ona sama zastanawiała się, jak to możliwe, że to nie było działanie księżycowego daru.

Winter ściszyła głos do konspiracyjnego szeptu.

– Twoi przyjaciele żyją.

To proste zdanie sprawiło, że świat Scarlet zawirował. Przez chwilę znalazła się w stanie zawieszenia, nieufna, niechętna, by w ogóle mieć nadzieję.

– Jesteś pewna?

– Jestem pewna. Powiedział, że nawet kapitan i ta dziewczyna z satelity mają się dobrze.

Scarlet opadła na kolana, niczym marionetka, której przecięto sznurki.

– Och, dzięki gwiazdom!

Żyli. Po prawie miesiącu tkwienia w zdeterminowanym uporze, Scarlet wreszcie miała powód do nadziei. To było tak nagłe, tak niespodziewane, że kręciło jej się w głowie z ekscytacji.

– Powiedział też, żeby ci przekazać – ciągnęła Winter – że Wilk bardzo za tobą tęskni. Cóż, dokładnie to Jacin powiedział, że Wilk doprowadza wszystkich do obłędu swoim żałosnym jęczeniem na twój temat. To słodkie, nie sądzisz?

W środku Scarlet coś pękło. Nie płakała ani razu, odkąd przybyła na Księżyc – nie licząc łez bólu i maligny, gdy ją torturowano, psychicznie i fizycznie. Ale teraz cały strach, cała panika i całe przerażenie wezbrały w jej wnętrzu i nie mogła ich powstrzymać, nie mogła choćby myśleć, targana atakami szlochu i łez.

Żyli. Wszyscy żyli.

Wiedziała, że Cinder nadal jest wolna – plotki o tym, że zdołała włamać się do pałacu w Nowym Pekinie i porwać cesarza, dotarły nawet do menażerii. Gdy Scarlet usłyszała te plotki, jeszcze przez wiele dni czuła satysfakcję, mimo że nie miała nic wspólnego z napadem.

Ale nikt nie wspominał o wspólnikach Cinder. Ani słowa o Wilku, Thornie czy o dziewczynie z satelity, którą próbowali uratować.

Otarła nos i odsunęła z twarzy przetłuszczone włosy. Winter patrzyła na ten pokaz emocji tak, jak ktoś mógłby patrzeć, jak motyl wychodzi z kokonu.

– Dziękuję – powiedziała Scarlet, a kolejny szloch zginął w czknięciu. – Dziękuję, że mi powiedziałaś.

– Oczywiście, że powiedziałam. Jesteś moją przyjaciółką.

Scarlet potarła oczy dłonią i, po raz pierwszy, nie zaprzeczyła.

– A teraz czas na smakołyki.

– Nie jestem głodna. – To było kłamstwo, ale denerwowało ją, że musi korzystać z dobroczynności Winter.

– Ale to kwaśne cukierki jabłkowe. Księżycowy przysmak, który...

– Najbardziej lubisz, tak, wiem. Ale nie jestem...

– Myślę, że powinnaś je zjeść. – Wyraz twarzy księżniczki był jednocześnie niewinny i sugestywny, w ten jej szczególny sposób. – Myślę, że dzięki nim poczujesz się lepiej – ciągnęła, przesuwając pudełko między prętami.

Odczekała, aż Scarlet je wzięła, po czym wstała i przeszła ścieżką do Ryu. Przykucnęła, by kochająco podrapać go za uszami, po czym pochyliła się nad barierką i zaczęła zbierać jego stos patyków.

Scarlet podniosła pokrywkę pudełka, odsłaniając czerwone cukierki, przypominające kulki do gry ułożone na wacie cukrowej. Winter przynosiła jej wiele smakołyków, odkąd trafiła do menażerii; większość z nich okazywała się środkami przeciwbólowymi. Chociaż ból związany z palcem, który odcięto Scarlet w czasie przesłuchania z królową, stał się już tylko odległym wspomnieniem, cukierki nadal się przydawały na bóle i niewygody życia w tak ciasnej klatce.

Ale gdy wyjęła z pudełka cukierek, zauważyła pod nim coś niespodziewanego. Ręcznie pisaną wiadomość.

Cierpliwości, przyjaciółko. Idą po ciebie.

Szybko zatrzasnęła pudełko, zanim kamery monitoringu za jej ramieniem zdołały zarejestrować notatkę, i wcisnęła cukierek do ust. Serce jej waliło. Zacisnęła powieki. Prawie nie czuła, jak pęka twarda otoczka cukierka, prawie nie czuła słodko-kwaśnej lepkości jego wnętrza.

– To, co powiedziałaś na przesłuchaniu – powiedziała Winter, wróciwszy z naręczem patyków i kładąc je tak, żeby Scarlet mogła po nie sięgnąć. – Nie zrozumiałam tego wtedy, ale teraz już rozumiem.

Scarlet przełknęła zbyt szybko. Cukierek przesunął się z trudem, odłamki otoczki podrażniły jej gardło. Zakaszlała, żałując, że księżniczka nie przyniosła jej też trochę wody.

– Na jaki temat? Odpowiadałam pod sporym przymusem, jak może pamiętasz.

– Na temat Linh Cinder.

Och. Na temat Linh Cinder, która była zaginioną księżniczką Selene. Prawdziwą królową Księżyca.

– Co w związku z tym? – zapytała, zjeżając się podejrzliwie.

Czy Jacin wspomniał coś o planach Cinder dotyczących odzyskania tronu? Po czyjej był stronie, skoro spędził z jej przyjaciółmi kilka tygodni, a teraz wrócił do Levany?

Winter zastanawiała się nad jej pytaniem przez dłuższą chwilę.

– Jaka ona jest?

Scarlet dłubała językiem w zębach i rozmyślała. Jaka była Cinder? Nie znała jej aż tak długo. Była genialnym mechanikiem. Wydawała się honorowa, odważna i zdeterminowana, by zrobić to, co trzeba było zrobić, ale... Scarlet podejrzewała, że Cinder nie zawsze była tak pewna siebie, jak próbowała to okazać.

Poza tym była zakochana w cesarzu Kaiu tak bardzo, jak Winter w Jacinie, choć Cinder dużo bardziej starała się udawać, że jest inaczej.

Ale Scarlet nie sądziła, by Winter pytała o to.

– Nie jest taka jak Levana, jeśli nad tym się zastanawiasz.

Winter odetchnęła, jakby opuścił ją lęk.

Ryu zaskomlał i odwrócił się brzuchem do góry, domagając się ich uwagi.

Winter złapała patyk ze stosu i rzuciła. Wilk poderwał się z powrotem na łapy i pobiegł za nim.

– Ten twój wilczy przyjaciel – zaczęła Winter. – To jeden z tych od królowej?

– Już nie – wyrzuciła z siebie Scarlet.

Wilk już nigdy nie będzie należał do królowej. Nie, jeśli tylko ona mogła coś na to poradzić.

– Ale był, a teraz ją zdradził. – Głos księżniczki stał się rozmarzony. Wpatrywała się w przestrzeń, nawet wtedy, gdy Ryu wrócił i upuścił patyk przy kratach swojej zagrody, rozpoczynając nowy stosik. – Z tego, co mi wiadomo na temat żołnierzy, to w ogóle nie powinno być możliwe. Przynajmniej nie wtedy, gdy kontroluje ich taumaturg.

Scarlet rozpięła bluzę, czując, że nagle zrobiło się jej ciepło. Bluza była brudna, przepocona i pokryta krwią, ale nosząc ją, czuła więź z Ziemią, farmą i swoją babcią. Przypominała jej, że jest człowiekiem, nawet jeśli trzymano ją w klatce.

– Taumaturg Wilka nie żyje – oznajmiła – ale Wilk walczył z nim nawet wtedy, gdy ten jeszcze żył.

– Pewnie zrobili jakiś błąd, kiedy ulepszali mu system nerwowy.

– To nie był błąd. – Scarlet uśmiechnęła się. – Wiem, oni myślą, że są tacy sprytni, dając żołnierzom instynkty dzikich wilków. Instynkty, które każą im polować i zabijać. Ale spójrz na Ryu. – Wilk położył się i obgryzał patyk. – Jego instynkty sprowadzają się do chęci zabawy i kochania. Gdyby miał partnerkę i młode, to instynktownie chroniłby je za wszelką cenę. – Scarlet nawijała sobie na palec sznurek od bluzy. – Tak właśnie postępował Wilk. Chronił mnie.

Chwyciła kolejny kij ze stosu za klatką. Ryu zaczął się ekscytować, ale Scarlet tylko przejechała palcami po łuszczącej się korze.

– Obawiam się, że już nigdy go nie zobaczę.

Winter przełożyła rękę przez kraty i pogładziła palcami włosy Scarlet. Dziewczyna zesztywniała, ale się nie cofnęła. Kontakt, jakikolwiek kontakt, był tu darem.

– Nie martw się – powiedziała Winter. – Królowa nie zabije cię tak długo, jak długo jesteś moim zwierzątkiem. Będziesz miała jeszcze szansę, żeby powiedzieć swojemu Wilkowi, że go kochasz.

Scarlet spojrzała na nią ze złością.

– Nie jestem twoim zwierzątkiem, tak jak Wilk nie jest już zwierzątkiem Levany. – Tym razem się cofnęła, a Winter opuściła dłoń na jej kolana. – I to nie jest tak, że go kocham. To po prostu...

Scarlet zawahała się, a Winter znowu przechyliła głowę i przyjrzała się jej z przenikliwą ciekawością. To było irytujące – wiedzieć, że ktoś, kto ciągle narzekał, że mury zamku znowu krwawią, robi ci psychoanalizę.

– Nie mam nikogo poza Wilkiem – wyjaśniła.

Bez przekonania rzuciła kij nad ścieżką. Wylądował w zasięgu łapy Ryu, który nie ruszył się i tylko patrzył na niego, jakby nie był wart jego wysiłku. Ramiona dziewczyny opadły.

– Potrzebuję go tak bardzo, jak on potrzebuje mnie. Ale to jeszcze nie znaczy, że to miłość.

Winter opuściła rzęsy.

– Tak się składa, moja droga przyjaciółko, że podejrzewam, że to dokładnie znaczy, że to miłość.

6

Te dwie wiadomości zawierają oświadczenie kelnerki, Émilie Monfort – powiedziała Cress, przesuwając palcami po ekranecie w ładowni, przeciągając w górę zdjęcie blondwłosej dziewczyny, rozmawiającej z ekipą prasową. – Twierdzi, że nadzoruje Farmy i Ogrody Benoit pod nieobecność Scarlet. Tu komentuje, że ta praca staje się dla niej za ciężka, i żartuje, że jeśli ktoś z rodziny Benoit wkrótce nie wróci, to może niedługo będzie musiała zacząć wystawiać kurczęta na licytację. – Cress zawahała się. – A może to nie był żart. Nie jestem pewna. Aha, a tu mówi o Thornie i Cinder, którzy przyszli na farmę i głupio ją wystraszyli.

Zerknęła przez ramię, by sprawdzić, czy Wilk nadal jej słucha. Oczy miał wlepione w ekran, a twarz pozbawioną wyrazu; był cichy i ponury jak zwykle. Kiedy się nie odezwał, odchrząknęła i kliknęła nową zakładkę.

– Jeśli chodzi o finanse, Michelle Benoit była właścicielką gruntów, a wyciągi bankowe pokazują, że podatki od nieruchomości i działalności gospodarczej są nadal automatycznie odciągane z konta. Ustawię przelewy tak, żeby szły też na wynajem androidów roboczych. Przegapiła zapłatę w ubiegłym miesiącu, ale ureguluję to teraz, a sądzę, że Benoit była wystarczająco lojalną klientką, żeby pojedyncza opóźniona płatność nie przeszkodziła w realizacji prac. – Powiększyła ziarnistą fotografię. – To zdjęcie satelitarne pochodzi sprzed trzydziestu sześciu godzin. Pokazuje pełną ekipę androidów i dwóch ludzkich brygadzistów, którzy pracują na polu. – Wzruszyła ramionami i zwróciła twarz do Wilka. – Rachunki są opłacane, zwierzęta zadbane, a uprawy odpowiednio zarządzane. Wszyscy kontrahenci oczekujący regularnych dostaw pewnie irytują się nieobecnością Scarlet, ale na razie nie dzieje się nic gorszego. Szacuję, że może to tak samowystarczalnie działać przez... cóż, kolejne dwa czy trzy miesiące.

Wilk nawet nie oderwał zbolałego spojrzenia od ekranu.

– Ona kocha tę farmę.

– I będzie tam na nią czekać, gdy ją odbijemy. – Cress postarała się, żeby jej głos zabrzmiał jak najbardziej optymistycznie.

Chciała jeszcze dodać, że Scarlet nic się nie stanie, że każdego dnia są bliżej jej ocalenia, ale ugryzła się w język. Tak często powtarzali to ostatnio, że słowa zaczęły tracić znaczenie, nawet dla niej.

Tak naprawdę żadne z nich nie miało pojęcia, czy Scarlet nadal żyje ani w jakim stanie ją znajdą. Wilk był tego świadom równie dobrze jak każdy.

– Jest jeszcze coś, co mam sprawdzić?

Wykonał ruch, jakby chciał potrząsnąć głową, ale się zatrzymał. Jego oczy błyszczały ciekawością, gdy na nią spojrzał.

Cress przełknęła ślinę. Co prawda przyzwyczaiła się do Wilka w czasie ich wspólnej podróży na statku, ale nadal trochę ją przerażał.

– Możesz znaleźć jakieś informacje o ludziach na Księżycu?

Opuściła ramiona przepraszająco.

– Gdybym mogła znaleźć cokolwiek na jej temat, już bym...

– Nie chodzi o Scarlet – powiedział. Jego głos zabrzmiał chropawo, gdy wymawiał jej imię. – Zastanawiałem się, co dzieje się z moimi rodzicami.

Zamrugała. Rodzicami? Nigdy nie wyobrażała sobie Wilka z rodzicami. Sam pomysł, że ten potężny mężczyzna kiedyś był bezbronnym dzieckiem, brzmiał absurdalnie. Tak naprawdę nie potrafiła sobie wyobrazić żadnego z żołnierzy królowej jako dziecka mającego rodziców, którzy je kochali. Ale oczywiście musieli ich mieć – kiedyś.

– Och. Jasne – wyjąkała.

Wygładziła dół znoszonej, bawełnianej sukienki, którą zabrała ze sobą z satelity. Miała wrażenie, że miało to miejsce wieki temu. Przez jeden dzień nosiła mundur wojskowy, który znalazła w swojej kwaterze, ale całe życie spędzone na bosaka i w prostych sukienkach sprawiało, że wszystkie ubrania wydawały jej się ciężkie i niezgrabne. Poza tym wszystkie spodnie były dla niej za długie.

– Myślisz, że mógłbyś się z nimi spotkać? Kiedy już będziemy na Księżycu?

– To nie jest żaden priorytet – powiedział tonem generała, ale na jego twarzy odbiło się więcej emocji niż w głosie. – Ale nie miałbym nic przeciwko, żeby się dowiedzieć, czy nadal żyją. Może kiedyś mógłbym ich jeszcze zobaczyć. – Zacisnął szczękę. – Miałem dwanaście lat, gdy mnie od nich zabrali. Pewnie sądzą, że ja już jestem martwy. Albo że jestem potworem.

To stwierdzenie odbiło się echem w jej wnętrzu i sprawiło, że czuła wibracje w piersi. Przez szesnaście lat jej ojciec też sądził, że jego córka nie żyje, a jej powiedziano, że rodzice dobrowolnie oddali ją na księżycowe dzieciobójstwo skorupek. Ledwie na chwilę znów zjednoczyła się z ojcem, nim umarł na litumozę w pałacowych laboratoriach Nowego Pekinu. Próbowała opłakiwać jego śmierć, ale najbardziej opłakiwała samą ideę posiadania ojca i utratę czasu, który powinni mieć, by się poznać.

Wciąż myślała o nim jako o doktorze Erlandzie, dziwnym, zrzędliwym, starym mężczyźnie, który rozpoczął nabór cyborgów we Wschodniej Wspólnocie. Który zajmował się nielegalnym handlem skorupkami w Afryce.

Był też człowiekiem, który pomógł Cinder uciec z więzienia.

Zrobił tyle rzeczy – niektórych dobrych, niektórych potwornych. A wszystko dlatego, jak wyjaśniła jej Cinder, że był zdeterminowany, by zakończyć rządy Levany.

Po to, by pomścić swoją córkę. By pomścić ją.

– Cress?

Podskoczyła.

– Przepraszam. Ja nie... Nie mogę dostać się stąd do baz danych na Księżycu. Ale gdy już tam będziemy...

– Nieważne. To nie ma znaczenia. – Wilk oparł się o ścianę kokpitu i wbił palce w rozczochrane włosy. Wyglądał, jakby zaraz miał się załamać, co było jego normalnym wyglądem w ostatnich dniach. – To Scarlet jest tu priorytetem. Jedynym priorytetem.

Cress zastanowiła się, czy powinna wspomnieć, że obalenie Levany i ukoronowanie Cinder jako królowej również były dość istotnymi kwestiami, ale zabrakło jej odwagi.

– Wspominałeś Cinder o swoich rodzicach?

Podniósł głowę.

– Po co?

– Sama nie wiem. Wspominała, że nie ma żadnych sojuszników na Księżycu... Dobrze byłoby zdobyć parę kontaktów. Może mogliby nam pomóc?

W jego spojrzeniu pojawił się mrok świadczący o zamyśleniu i irytacji.

– To by ich naraziło na niebezpieczeństwo.

– Myślę, że Cinder może planować narażenie wielu ludzi na niebezpieczeństwo. – Cress przygryzła dolną wargę, po czym westchnęła. – Chcesz coś jeszcze?

– Żeby czas zaczął płynąć szybciej.

Cress oklapła.

– Myślałam raczej o... jedzeniu czy czymś takim. Kiedy ostatnio jadłeś?

Wilk zgarbił się tak, że prawie dotykał ramionami uszu, a poczucie winy malujące się na jego twarzy wystarczyło jej za odpowiedź. Słyszała pogłoski o jego nienasyconym apetycie i wysokooktanowym metabolizmie, który ciągle go napędzał i trzymał w ruchu. Nie widziała nic, co by o tym świadczyło, odkąd przybyła na statek, i wiedziała, że Cinder się o niego martwiła. Ożywiał się tylko wtedy, gdy omawiali strategie rewolucyjne Cinder – prostował i zaciskał pięści jak wojownik, którym podobno był.

– W porządku. Zrobię ci kanapkę. – Cress wstała, zebrała w sobie odwagę i przywołała swój najbardziej rozkazujący ton, po czym przemówiła, opierając dłoń na biodrze: – A ty ją zjesz. I to bez dyskusji. Musisz zachować siły, jeśli chcesz być przydatny dla nas... I dla Scarlet.

Wilk skwitował jej nowo odkryty zdrowy rozsądek uniesieniem brwi.

Cress się zarumieniła.

– Albo... przynajmniej zjedz jakieś owoce z puszki czy coś.

Jego twarz złagodniała.

– Kanapka brzmi nieźle. Z... pomidorem, jeśli jakieś jeszcze zostały. Proszę.

– Oczywiście.

Wzięła głęboki wdech, chwyciła ekraport i skierowała się do kambuza.

– Cress?

Zatrzymała się i odwróciła, ale Wilk wpatrywał się w podłogę ze skrzyżowanymi ramionami. Wyglądał tak niezgrabnie, jak ona zwykle się czuła.

– Dziękuję.

Poczuła, jak w jej sercu rośnie współczucie dla niego. Na końcu języka pojawiły się jej słowa pocieszenia – Wszystko z nią w porządku. Scarlet nic nie będzieale nie pozwoliła im się wydostać.

– Nie ma za co – odparła i wyszła na korytarz.

Prawie dotarła do kambuza, gdy usłyszała, że woła ją Thorne. Zatrzymała się, cofnęła do ostatnich drzwi, nieco uchylonych, i otworzyła je. Kajuta kapitana była największa ze wszystkich pomieszczeń dla załogi i jako jedyna nie miała piętrowych koi. Choć Cress wielokrotnie była już w środku, by pomóc Thorne'owi z aplikacją kropli, które doktor Erland przygotował, by naprawić jego uszkodzony nerw wzrokowy, nigdy nie zabawiła tam długo. Nawet gdy drzwi były szeroko otwarte, pokój wydawał jej się zbyt intymny, zbyt osobisty. Na ścianie wisiała ogromna mapa Ziemi, pełna odręcznych notatek Thorne'a i znaczników wskazujących miejsca, w których był, a także takich, do których chciał się udać, zaś na kapitańskim biurku leżały rozrzucone modele kilkunastu różnych statków kosmicznych, włącznie z doskonale widocznym modelem Rampiona 214. Łóżko nigdy nie było pościelone.

Gdy pierwszy raz znalazła się w tym pokoju, zapytała Thorne'a o mapę i jak urzeczona słuchała, gdy opowiadał o rzeczach, które widział, od starożytnych ruin po tętniące życiem metropolie, od lasów tropikalnych po plaże pełne białego piasku. Jego opisy napełniały Cress tęsknotą. Była szczęśliwa tutaj, na statku – miała więcej przestrzeni niż na swoim starym satelicie, a relacje, które nawiązywała z resztą załogi, zaczynały przypominać przyjaźń. Ale nadal widziała tak niewiele miejsc na Ziemi, a na samą myśl, że mogłaby zobaczyć te rzeczy, stojąc u boku Thorne'a, z dłonią w jego dłoni... Ta fantazja za każdym razem sprawiała, że przyspieszał jej puls.

Thorne siedział na środku podłogi, trzymając ekraport na długość ramienia.

– Wołałeś mnie? – zapytała.

Na jego twarzy pojawił się szelmowski, pełen zachwytu uśmiech.

– Cress! Wydawało mi się, że słyszę twoje kroki. Podejdź tu. – Zrobił taki ruch ramieniem, jakby spodziewał się, że sprowadzi ją samym ruchem powietrza.

Kiedy znalazła się obok niego, Thorne pomacał ręką dokoła, aż znalazł jej nadgarstek i pociągnął ją na dół.

– Wreszcie działa – stwierdził, znowu podnosząc ekraport wolną dłonią.

Cress zamrugała, patrząc na mały ekranik. Leciał jakiś serial netowy, ale dźwięk był wyciszony.

– A był zepsuty?

– Nie, lekarstwo. Działa. Widzę. – Puścił jej nadgarstek i machnął palcem w kierunku ekranu. – Takie niebieskawe światełko. I światła w suficie. – Odchylił głowę do tyłu i szeroko otworzył oczy. Źrenice miał rozszerzone, jakby starały się zebrać jak najwięcej informacji. – Są bardziej żółte niż ekran. Ale to wszystko. Jasność i ciemność. Niewyraźne cienie.

– To cudownie!

Choć doktor Erland wierzył, że wzrok Thorne'a zacznie się poprawiać po mniej więcej tygodniu, przez ten czas nic się nie wydarzyło. Teraz mijały już prawie dwa tygodnie, odkąd roztwór się skończył. Cress wiedziała, że oczekiwanie wystawiło na próbę nawet nieugięty optymizm Thorne'a.

– Wiem. – Zacisnął powieki i znowu pochylił głowę. – Tylko że trochę mnie od tego boli głowa.

– Nie powinieneś przesadzać. Możesz je nadwyrężyć.

Przytaknął i przykrył oczy dłonią.

– Może powinienem znowu nosić opaskę. Póki nie zacznę widzieć wyraźniej.

– Jest tutaj.

Cress wstała i znalazła opaskę i pustą fiolkę po kroplach do oczu między modelami statków. Kiedy się odwróciła, Thorne patrzył na nią, albo przez nią, ze zmarszczonym czołem. Zastygła bez ruchu.

Minęło dużo czasu, odkąd na nią patrzył, a wtedy akurat walczyli o życie. To było na długo przed tym, jak obciął jej włosy. Czasem zastanawiała się, czy pamiętał, jak w ogóle wyglądała, i co sobie pomyśli, kiedy znów ją zobaczy... w zasadzie po raz pierwszy.

– Widzę twój cień, mniej więcej – stwierdził, podnosząc głowę. – Coś w rodzaju rozmytej sylwetki.

Cress przełknęła ślinę i włożyła mu w dłoń opaskę.

– Daj sobie czas – poradziła, udając, że wcale nie przeraża jej myśl o tym, że się jej przygląda, widząc każde niewypowiedziane wyznanie na jej twarzy. – Z notatek doktora wynika, że twój nerw wzrokowy będzie dochodził do siebie przez wiele tygodni.

– Miejmy nadzieję, że teraz zacznie się naprawiać szybciej. Nie podoba mi się oglądanie tylko plam i cieni. – Skręcił opaskę w dłoniach. – Pewnego dnia chciałbym po prostu otworzyć oczy i cię zobaczyć.

Poczuła, jak jej policzki zaczynają płonąć, ale nim zdążyła w pełni zrozumieć głębię tego stwierdzenia, Thorne zaśmiał się i podrapał się w ucho.

– To znaczy, zobaczyć kogokolwiek, oczywiście.

Zdusiła mimowolny uśmiech, przeklinając samą siebie, że znów pozwoliła sobie na nadzieję, po raz tysięczny, podczas gdy Thorne jasno dawał jej do zrozumienia, że widzi w niej jedynie dobrego przyjaciela i lojalnego członka swojej załogi. Ani razu nie próbował jej pocałować, ani razu od czasu bitwy na dachu pałacu. Czasem myślała, że z nią flirtuje, ale wtedy zaczynał flirtować z Cinder albo Iko i przypominała sobie, że okazjonalny dotyk czy uśmiech nie znaczył dla niego tyle co dla niej.

– Jasne – odparła, cofając się do drzwi. – To jasne, że chcesz wszystkich zobaczyć.

Stłumiła westchnienie, zdając sobie sprawę, że będzie musiała oduczyć się patrzenia na niego co chwilę, jak robiła to dotąd. W przeciwnym razie nie zdoła ukryć przed nim faktu, że wciąż jest w nim beznadziejnie zakochana, mimo że on sam ciągle próbował ją od tego odwieść.

7

Jacin zerwał się ze snu. Był cały mokry, kleił się i pachniał siarką. Jego gardło i płuca płonęły – nie z bólu, ale tak, jakby były niewłaściwie traktowane i chciały się upewnić, że to zauważy. Instynkt podpowiadał mu, że nie groziło mu bezpośrednie niebezpieczeństwo, ale nie mógł skupić myśli i znajdował się na skraju załamania nerwowego. Otworzył oczy, ale oślepiły go światła nad głową. Skrzywił się i ponownie zamknął powieki.

Wszystkie wspomnienia spłynęły na niego jednocześnie. Proces. Biczowanie. Czterdzieści otępiających godzin, które spędził przywiązany do zegara słonecznego. Figlarny uśmiech, który Winter skierowała tylko do niego. Pobyt w klinice, gdzie lekarz przygotował jego ciało do zanurzenia.

Nadal znajdował się w tej klinice, w zbiorniku hibernacyjnym.

– Nie ruszaj się – usłyszał. – Wciąż odłączamy pępowiny.

Pępowiny. To słowo brzmiało zdecydowanie zbyt krwawo i organicznie jak na to ustrojstwo, w którym go zamknęli.

Poczuł ukłucie w ramieniu i szarpnięcia skóry, gdy wyciągali kolejne igły z jego żył, a następnie usłyszał trzask elektrod, gdy odrywali czujniki od jego klatki piersiowej i skóry głowy. Kable zaplątały mu się we włosy. Ponownie spróbował otworzyć oczy i zamrugał w świetle. Nad nim zawisł cień lekarza.

– Możesz usiąść?

Jacin spróbował poruszyć palcami, zginając je w gęstej, żelowej substancji, w której leżał. Złapał się ścian zbiornika i podciągnął do pozycji siedzącej. Nigdy wcześniej nie znajdował się w podobnym zbiorniku – nigdy nie odniósł takich obrażeń, by było to konieczne – i pomimo wcześniejszego oszołomienia po przebudzeniu, czuł się już zaskakująco przytomny.

Spojrzał w dół na swoje ciało. Ślady błękitnej, żelowej substancji ze zbiornika wciąż tkwiły w jego pępku, we włosach na nogach i na ręczniku, którym owinęli go w pasie.

Dotknął jednej z nierównych blizn, które przecinały mu brzuch. Wyglądała, jakby zagoiła się dawno temu. Nie tak źle.

Lekarz podał mu maleńki kubeczek pełen pomarańczowego syropu. Jacin zmierzył jego świeżo wyprasowany fartuch, identyfikator na piersi, miękkie dłonie, przyzwyczajone do trzymania ekraportów i strzykawek, a nie broni czy noży. Poczuł ukłucie zazdrości, świadom, że wybrałby raczej takie życie, gdyby tylko dano mu wybór. Gdyby Levana nie podjęła decyzji za niego, wyznaczając go na królewskiego strażnika. Choć nigdy nie zagroziła mu na głos, Jacin od początku zdawał sobie sprawę, że to Winter poniosłaby karę, gdyby zszedł z wyznaczonej ścieżki.

Jego marzenie o zostaniu lekarzem przestało mieć znaczenie już dawno temu.

Szybko wypił lek, przełykając wraz z nim gorzkie myśli. Marzenia były dla ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty.

Lekarstwo było gorzkie, ale sprawiło, że ogień w jego gardle zaczął słabnąć.

Kiedy oddał kubek lekarzowi, zauważył postać stojącą niedaleko drzwi. Lekarze i pielęgniarki ignorowali ją, krzątając się przy pozostałych zbiornikach, sprawdzając diagnozy i robiąc notatki na ekraportach.

Taumaturg Aimery Park. Wyglądał na jeszcze bardziej zadowolonego z siebie niż zwykle, w tym swoim fantazyjnym, białym płaszczu. Nowy, ulubiony pies gończy królowej.

– Sir Jacin Clay. Wyglądasz na wypoczętego.

Jacin nie był pewien, czy jego głos zadziała po długim zanurzeniu w zbiorniku, a nie chciał, żeby jego pierwsze słowa do taumaturga okazały się żałosnym skrzeknięciem. Mimo to odchrząknął i wydawało się, że wszystko jest jak należy.

– Przybyłem, by zaprowadzić cię na audiencję u Jej Wysokości. Być może straciłeś swoje honorowe stanowisko w królewskiej świcie, ale nadal zamierzamy znaleźć dla ciebie jakieś zastosowanie. Ufam, że jesteś w stanie wrócić do czynnej służby?

Jacin starał się nie okazać ulgi. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, było zostanie osobistym strażnikiem głównego taumaturga – szczególnie teraz, gdy został nim Aimery. Miał wyjątkowy wstręt do tego człowieka, o którym mówiono, że wykorzystał swoimi manipulacjami niejednego pałacowego sługę, i którego uwaga aż nazbyt często skupiała się na Winter.

– Wierzę, że jestem – powiedział. Głos miał nieco zachrypnięty, ale nie bardzo. Jeszcze raz przełknął ślinę. – Mogę prosić o nowy mundur? Ten ręcznik wydaje się mało odpowiedni dla mojego stanowiska.

Aimery uśmiechnął się złośliwie.

– Pielęgniarka zaprowadzi cię pod prysznic, gdzie będzie na ciebie czekał mundur. Spotkam się z tobą przed zbrojownią, gdy będziesz gotów.

* * *

Krypty pod księżycowym pałacem zostały wydrążone w martwych od lat jaskiniach lawowych. Miały ściany z szorstkiego, czarnego kamienia, a oświetlały je świecące blado kule. Królowa ani jej dwór nigdy się tu nie zapuszczali, więc nikt się nie starał, by wyglądały pięknie i pasowały do reszty pałacu, rozświetlonego błyszczącymi, białymi powierzchniami i kryształowymi, pozbawionymi odbić oknami.

W pewnym sensie Jacin lubił te podziemia. Tu, na dole, łatwo było zapomnieć, że w ogóle znajdował się pod stolicą. Białe miasto Artemisja, z ogromnym jeziorem kraterowym i wysokimi iglicami, zostało zbudowane na solidnym fundamencie prania mózgu i manipulacji. W porównaniu z nim jaskinie lawowe były tak zimne, szorstkie i naturalne, jak krajobraz na zewnątrz kopuły ochronnej. Były bezpretensjonalne. Nie stroiły się w wystawne dekoracje i blichtr, by ukryć straszne rzeczy, które działy się w tych ścianach.

Jacin ruszył żwawo w stronę zbrojowni. Nie towarzyszył mu żaden ból, jedynie wspomnienie każdego ciosu i wrażenie, że zdradziła go własna ręka, która trzymała narzędzie tortur. Ta zdrada była jednak czymś, do czego był już przyzwyczajony. Odkąd został członkiem straży królewskiej, nie czuł się do końca panem własnego ciała.

Przynajmniej wrócił do domu, na dobre czy na złe. Znowu mógł pilnować swojej księżniczki. Znów znalazł się w garści Levany.

Uczciwa zamiana.

Wypchnął Winter z pamięci, wkraczając do zbrojowni. Stanowiła zagrożenie dla jego z trudem zdobytej obojętności. Gdy o niej myślał, w jego płucach pojawiało się niechciane szarpnięcie.

Nigdzie nie było ani śladu Aimery'ego, ale przy zakratowanych drzwiach stało dwóch strażników, a trzeci siedział przy biurku wewnątrz. Wszyscy mieli na sobie szaro-czerwone mundury strażników królewskich, takie same jak Jacin, za wyjątkiem metalicznych run na piersiach. Jacin był wyższy rangą od każdego z nich. Obawiał się, że straci pozycję jako członek straży po swoim epizodzie z Linh Cinder, ale najwyraźniej to, że ją zdradził, jednak się na coś przydało.

– Jacin Clay – przedstawił się, podchodząc do biurka. – Zgłaszam się do przywrócenia do służby na rozkaz Jej Wysokości.

Strażnik zerknął na wykres holograficzny i zdawkowo skinął głową. Za nim znajdowały się kolejne zakratowane drzwi, skrywające w cieniu półki z bronią. Mężczyzna sięgnął po kosz, w którym znajdował się pistolet i dodatkowa amunicja, i popchnął go po blacie przez otwór w kratach.

– Był jeszcze nóż.

Mężczyzna skrzywił się, jakby brakujący nóż okazał się największym problemem jego życia, i przykucnął, by zajrzeć do szafki. Jacin wyjął magazynek i przeładował broń, podczas gdy mężczyzna grzebał w szafce. Kiedy wkładał pistolet do kabury, strażnik rzucił nóż na biurko. Ześlizgnął się z blatu. Jacin złapał go w powietrzu na chwilę przed tym, nim ostrze trafiło go w udo.

– Dzięki – mruknął, odwracając się.

– Zdrajca – prychnął jeden ze strażników.

Jacin obrócił nóż pod nosem strażnika i schował go w pochwie u pasa, nie starając się nawet nawiązać kontaktu wzrokowego. Jego szybki awans przysporzył mu wielu wrogów, idiotów, którzy sądzili, że Jacin musiał jakoś oszukiwać, skoro zdobył tak wysoką pozycję w tak młodym wieku. Tymczasem królowa chciała tylko mieć oko na niego, by on sam miał oko na Winter.

Odgłosy jego kroków odbijały się echem w tunelu, gdy opuścił strażników. Skręcił za róg i nie wzdrygnął się ani nie zwolnił, gdy zauważył czekającego przy windzie Aimery'ego.

Gdy znalazł się sześć kroków od niego, zatrzymał się i uderzył pięścią w pierś.

Aimery odstąpił na bok i machnął ręką w stronę drzwi do windy. Długi, biały rękaw jego płaszcza zakołysał się przy ruchu.

– Nie każmy Jej Wysokości czekać.

Jacin wszedł bez dyskusji, zajmując swoje zwyczajowe miejsce przy drzwiach windy, z rękami opartymi o boki.

– Jej Wysokość i ja dyskutowaliśmy o twojej sytuacji od twojego procesu – powiedział Aimery, gdy drzwi się zamknęły.

– Jestem chętny do służby. – Tylko lata praktyki pozwalały mu ukryć to, jak odrażający smak miały te słowa.

– Tak jak my chcemy raz jeszcze zaufać twojej lojalności.

– Będę służyć Jej Wysokości w każdy sposób, który uzna za słuszny.

– To dobrze. – Znowu ten uśmiech, tym razem pełen podejrzliwego chłodu. – Bo Jej Wysokość, sama księżniczka, poprosiła o ciebie.

Jacin poczuł, jak zaciskają mu się wnętrzności. Nie umiał zachować obojętności, gdy jego myśli zaczęły pędzić w szaleńczym tempie.

Błagam, błagam, wy cholerne gwiazdy... nie pozwólcie, by Winter zrobiła coś głupiego.

– Jeśli twoja służba sprosta oczekiwaniom Jej Wysokości – ciągnął Aimery – będziemy mogli przywrócić cię na twoją dawną pozycję w pałacu.

Jacin skłonił głowę.

– Jestem niezmiernie wdzięczny, że dano mi możliwość udowodnienia mojej wierności.

– Nie mam co do tego wątpliwości, Sir Clayu.

8

Drzwi windy otworzyły się na solar królowej – ośmiokątny pokój, ze wszystkich stron otoczony oknami. Nawet sama cylindryczna winda była otoczona szkłem i stała na środku pokoju, tak, by nic nie zasłaniało widoku. Wystrój pomieszczenia był prosty – cienkie, białe filary i szklana kopuła na górze, naśladująca kopułę nad miastem. Ta wieża i ten konkretny pokój stanowiły najwyższy punkt Artemisji; białe budynki, które lśniły poniżej, oraz cała szkatułka biżuterii pod postacią rozsypanych nad głową gwiazd, stanowiła całą ozdobę, jakiej wymagało to pomieszczenie.

Jacin odwiedzał je już dziesiątki razy z Sybil, ale nigdy nie musiał sam stawić się na audiencję u królowej. Zmusił się, by nie okazywać obaw. Gdyby się denerwował, królowa mogłaby to wyczuć, a ostatnią rzeczą, na jakiej mu zależało, było to, by ktokolwiek kwestionował jego lojalność wobec korony.

Choć na podwyższeniu stał wyszukany tron, sama królowa stała przy oknie. Szkło było przejrzyste niczym kryształ i nic się w nim nie odbijało. Jacin nie wiedział, jak udało im się zrobić takie szkło, ale cały pałac był go pełen.

Sir Jerrico Solis, kapitan straży i oficjalny przełożony Jacina, również tam był, ale Jacin nie poświęcił mu uwagi.

– Moja królowo – powiedział Aimery. – Życzyłaś sobie widzieć Sir Jacina Claya.

Jacin opadł na kolano, gdy królowa odwracała się w jego stronę.

– Możesz wstać, Jacinie. Dobrze, że przyszedłeś.

No cóż, czy to nie było słodkie?

Wstał, odważając się podnieść na nią wzrok.

Królowa Levana była przerażająco piękna, z jej koralowoczerwonymi ustami i skórą nieskazitelną niczym biały marmur. Oczywiście, na tym polegał jej urok. Każdy o tym wiedział, ale nie miało to znaczenia. Samo patrzenie na nią zapierało dech w piersiach każdemu śmiertelnikowi.

Z drugiej strony księżniczka Winter potrafiła ukraść temu samemu śmiertelnikowi i oddech, i serce. Jacin szybko uciszył tę myśl w głowie.

– Sir Clayu – zaczęła królowa głosem, który wydawał się kołysanką w porównaniu z tonem, jakiego używała na przesłuchaniu. – Aimery i ja przedyskutowaliśmy twój niespodziewany, acz radosny powrót. Chciałabym zobaczyć, jak zajmujesz swoją dawną pozycję. Nasza straż jest słabsza bez ciebie.

– Jestem na twoje rozkazy.

– Wzięłam pod uwagę kom, który wysłałeś do taumaturgiczki Miry przed jej śmiercią, a także wcześniejsze dwa lata twojej wiernej służby. Zebrałam też zespół, który bada twoje doniesienia o tym... urządzeniu, które stworzył Linh Garan, i wygląda na to, że miałeś rację. Stworzył prototyp, który nazwał bioelektrycznym urządzeniem zabezpieczającym, i przedstawił go na Ziemskiej Konwencji wiele lat temu. Tak się składa, że odkrycie to rozwiązało również zagadkę, z którą zetknęła się moja grupa agentów specjalnych na początku tego roku w Paryżu. Teraz wiemy, że Linh Cinder nie była jedyną osobą, której zainstalowano to urządzenie. Posiadała je również jej wieloletnia opiekunka, kobieta o nazwisku Michelle Benoit. Możemy tylko zgadywać, ile jeszcze istnieje egzemplarzy.

Jacin nic nie odpowiedział, choć serce mu rosło na tę wiadomość. Cinder wydawała się przekonana, że nie zrobiono więcej takich urządzeń, ale może się myliła. A jeśli się myliła... jeśli było ich więcej... mógłby zdobyć jedno dla Winter. Mógł ją uratować.

– Ale to nieistotne – powiedziała Levana, przesuwając dłonią w powietrzu. – Przygotowujemy już sposoby, by upewnić się, że żaden podobny wynalazek nie trafi nigdy więcej na rynek Ziemi. Wezwałam cię tu, by omówić to, co się teraz z tobą stanie. Znalazłam dla ciebie bardzo wyjątkową rolę, Sir Clayu. Taką, która, jak sądzę, nie będzie dla ciebie nieprzyjemna.

– Moja opinia nie jest tu istotna.

– To prawda, ale opinia mojej pasierbicy ma już jakieś znaczenie. Księżniczka Winter nie ma może mojej krwi, ale myślę, że ludzie uważają ją za część mojej rodziny, taki skarb na dworze. A poza tym bardzo kochałam jej ojca – powiedziała to z delikatnym westchnieniem, choć Jacin nie potrafił ocenić, czy było udawane, czy nie. Odwróciła się. – Jak ci wiadomo, byłam tu, gdy zamordowano Evreta – kontynuowała, podziwiając Ziemię w pełni, widniejącą za oknami. – Umarł w moich ramionach. Jego ostatnim życzeniem było, abym otoczyła opieką Winter, naszą słodką córeczkę. Ile miałeś lat, gdy umarł, Jacinie?

Poczuł, jak rozluźniają mu się ramiona.

– Jedenaście, Wasza Wysokość.

– Czy dobrze go pamiętasz?

Zacisnął zęby, nie wiedząc, jakiej odpowiedzi od niego oczekuje. Ojciec Winter i ojciec Jacina obaj byli strażnikami królowej i bliskimi przyjaciółmi. Jacin dorastał, darząc dużym podziwem Evreta Hayle'a, który zachował swoją pozycję nawet po tym, jak poślubił Levanę, będącą jeszcze wówczas księżniczką. Pozostał strażnikiem nawet wtedy, gdy umarła królowa Channary, gdy znikła Selene, a Levana objęła tron. Evret często powtarzał, że nie pragnie zasiadać na tronie u jej boku, a jeszcze mniej zależy mu na piciu wina i tyciu w otoczeniu pompatycznych rodów Artemisji.

– Pamiętam go wystarczająco dobrze – powiedział w końcu.

– Był dobrym człowiekiem.

– Tak, Wasza Wysokość.

Jej spojrzenie uciekło w dół, ku palcom jej lewej dłoni. Nie było na niej obrączki ślubnej – w każdym razie nie takiej, którą pozwoliłaby mu zobaczyć.

– Kochałam go bardzo mocno – powtórzyła, a Jacin może by jej nawet uwierzył, gdyby sądził, że jest zdolna do takiego uczucia. – Jego śmierć prawie mnie zabiła.

– Oczywiście, moja królowo.

Evret Hayle został zamordowany w środku nocy przez żądnego władzy taumaturga, a Jacin wciąż pamiętał, jak załamana była Winter po jego śmierci. Jak niewystarczające były wszystkie jego starania, by ją pocieszyć lub odwrócić jej uwagę. Przypomniał sobie smutną plotkę: że Evret umarł, chroniąc Levanę, a ona pomściła go, wbijając nóż w serce taumaturga.

Mówiono, że Levana szlochała później przez wiele godzin.

– Tak, no cóż. – Levana westchnęła raz jeszcze. – Gdy umierał w moich ramionach, obiecałam mu, że będę chronić Winter... nie żebym nie zamierzała tego robić, gdyby mnie nie poprosił. Ostatecznie ona jest moją córką.

Jacin nic nie odpowiedział. Jego repertuar machinalnych odpowiedzi powoli się wyczerpywał.

– A jaki byłby lepszy sposób na zapewnienie jej ochrony, niż danie jej strażnika, któremu zależy na jej bezpieczeństwie tak, jak mi samej? – Uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu czaiła się odrobina drwiny. – Tak naprawdę to sama Winter poprosiła, żebym przydzieliła cię do jej osobistej ochrony. Na ogół jej propozycje są zupełnie bezsensowne, ale tym razem nawet ja muszę przyznać, że jej pomysł zasługuje na uwagę.

Jacinowi waliło serce, choć starał się zachować obojętność. On? W osobistej straży Winter?

Ziszczały się w tym jednocześnie jego sny i koszmary. Królowa miała rację – nikomu innemu nie można było zaufać tak jak jemu, jeśli chodzi o bezpieczeństwo księżniczki. Pod wieloma względami już dawno uznał samego siebie za osobistego strażnika Winter, choć nie przysługiwał mu ten tytuł.

Ale bycie jej strażnikiem to nie to samo, co bycie jej przyjacielem, a on już teraz z trudem balansował na granicy pomiędzy tymi pojęciami.

– Zmiana warty odbywa się o dziewiętnastej – poinformowała go królowa, wracając do okna. – Wtedy stawisz się na posterunku.

Przełknął ślinę.

– Tak, moja królowo. – Obrócił się, by odejść.

– Aha, jeszcze jedno, Jacinie.

Po kręgosłupie przebiegł mu dreszcz. Zacisnął szczękę i ponownie odwrócił się do królowej.

– Możesz nie zdawać sobie sprawy, że mieliśmy pewne... problemy, w przeszłości, ze strażnikami Winter. Czasem ciężko nad nią zapanować ze względu na jej dziecinne zachowania i fantazje. Wydaje mi się, że ma mało szacunku do swojej roli księżniczki i części tego dworu.

Jacin zepchnął swój niesmak w dół, w otchłań żołądka, gdzie nie mógł mu przeszkadzać.

– Co miałbym zrobić?

– Chcę, byś trzymał ją pod kontrolą. Mam nadzieję, że jej uczucie do ciebie pozwoli jej zachować powściągliwość. Jestem pewna, że zdajesz sobie sprawę, że ta dziewczyna powoli zbliża się do odpowiedniego wieku do małżeństwa. Żywię w tej kwestii pewne nadzieje i nie będę tolerowała jej zachowań, które poniżają ten pałac.

Odpowiedni wiek do małżeństwa. Poniżenie. Powściągliwość. Niesmak zmienił się w twardy kamień, ale Jacin zachował spokojną twarz i skłonił się.

– Tak, moja królowo.

* * *

Winter stała z uchem przyciśniętym do drzwi swoich prywatnych komnat, próbując uspokoić oddech, aż zaczynało jej się kręcić w głowie. Oczekiwanie pełzało jej po skórze jak tysiąc maleńkich mrówek.

W korytarzu panowała cisza. Bolesna, dręcząca cisza.

Zdmuchnęła z twarzy kosmyk włosów i zerknęła na hologram Księżyca pod sufitem jej pokoju, pokazujący postępy światła słonecznego i cieni, oraz standardowy zegar elektroniczny poniżej. Była 18:59.

Wytarła spocone dłonie o sukienkę. Nasłuchiwała jeszcze przez chwilę. W myślach odliczała sekundy.

Nareszcie. Kroki. Ciężkie, spokojne odgłosy wojskowych butów.

Przygryzła wargę. Levana nie dała jej do zrozumienia, czy akceptuje jej prośbę – Winter nie wiedziała nawet, czy jej macocha zamierza w ogóle rozważyć to życzenie – ale przecież była taka możliwość. Była możliwość.

Strażnik, który stał niczym posąg przed drzwiami jej komnaty przez ostatnie cztery godziny, został zwolniony ze swojego stanowiska i odszedł. Jego kroki doskonale harmonizowały z tymi, które się zbliżały. Rozległy się szmery, gdy nowo przybyły strażnik ustawiał się przy ścianie korytarza – był ostatnią linią obrony, jaką musiałby pokonać szpieg albo skrytobójca, który chciałby zaatakować księżniczkę, oraz pierwszą osobą odpowiedzialną za odeskortowanie jej w bezpieczne miejsce, gdyby bezpieczeństwo pałacu kiedykolwiek miało zostać zagrożone.

Zacisnęła powieki i przycisnęła dłoń do ściany, jakby mogła w ten sposób wyczuć przez kamień bicie serca strażnika.

Zamiast tego poczuła coś lepkiego i ciepłego.

Wciągnęła powietrze i odsunęła się. Jej dłoń była pokryta krwią.

Zirytowała się i podniosła zakrwawioną rękę, by odgarnąć włosy do tyłu, choć i tak natychmiast opadły z powrotem.

– Nie teraz – syknęła do demona, który wpadł na pomysł, żeby akurat teraz zesłać na nią wizje.

Z powrotem zamknęła powieki i zaczęła odliczać do tyłu od dziesięciu. Kiedy otworzyła oczy, krew zniknęła, a jej dłoń znowu była czysta.

Wciągnęła powietrze ze świstem i poprawiła suknię, po czym otworzyła drzwi na tyle szeroko, by móc wystawić przez nie głowę. Odwróciła się w stronę nieruchomego posągu strażnika przed drzwiami i poczuła, jak rośnie jej serce.

– Och... Zgodziła się! – zapiszczała, otwierając drzwi na całą szerokość. Podbiegła do Jacina.

Jeśli ją usłyszał, nie odpowiedział.

Jeśli ją zobaczył, nie zareagował w żaden sposób.

Miał kamienną twarz, a jego niebieskie oczy wpatrywały się w jakiś odległy punkt nad jej głową.

Winter przygasła, w równej mierze z rozdrażnienia, jak z rozczarowania.

– Och, proszę cię – powiedziała, stając przed nim tak, że stykali się palcami stóp i klatkami piersiowymi. Nie było to proste, bo przepisowa postawa Jacina sprawiała, że Winter miała wrażenie, że pochyla się do tyłu i jest o włos od przewrócenia się na plecy. – To nie jest konieczne, nie sądzisz?

Przez całe pięć bolesnych sekund wpatrywała się w manekina, aż w końcu Jacin wciągnął powoli powietrze i gwałtownie je wypuścił. Spojrzał na nią.

I tyle. Tylko odetchnięcie. Tylko spojrzenie.

Ale sprawiła, że znowu stał się człowiekiem, więc uśmiechnęła się promiennie.

– Czekałam cały dzień, żeby ci coś pokazać. Chodź tutaj.

Minęła go tanecznym krokiem i ruszyła do swojego salonu. Doskoczyła do biurka po drugiej stronie pomieszczenia, gdzie wcześniej przykryła swoje dzieło prześcieradłem. Chwyciła je za narożniki i odwróciła się w stronę drzwi.

I czekała.

– Jacinie?

Odczekała jeszcze chwilę.

Prychnęła z niezadowoleniem, puściła prześcieradło i ruszyła z powrotem na korytarz. Jacin nawet nie drgnął. Winter skrzyżowała ramiona na piersi i oparła się o framugę drzwi, przyglądając mu się. Jacin w mundurze strażnika zawsze stanowił słodko-gorzki obraz. Z jednej strony nie dało się nie zauważyć, jaki był przystojny i godny respektu. Z drugiej, mundur znaczył, że był własnością królowej. Tak czy inaczej, dzisiaj wyglądał szczególnie uderzająco. Pachniał mydłem i nie nosił śladów niedawnej kary.

Winter wiedziała, że on wiedział, że ona stoi i wpatruje się w niego. Doprowadzało ją to do szału – jak mógł tak świetnie sobie radzić z ignorowaniem jej?

Zastukała palcami w łokieć, po czym ze śmiertelną powagą powiedziała:

– Sir Jacinie Clayu, pod moim łóżkiem czai się skrytobójca.

Zobaczyła, jak mięśnie na jego ramionach się naprężają, a szczęka zaciska. Minęły jeszcze trzy sekundy i w końcu odszedł od ściany i pomaszerował do jej pokoju, nie zwracając na nią uwagi. Minął zakrytą niespodziankę na biurku i ruszył prosto w stronę jej sypialni. Winter podążyła za nim, zamykając za sobą drzwi. Jacin dotarł do łóżka, uklęknął i podniósł przykrywającą je narzutę.

– Wygląda na to, że tym razem skrytobójca zdążył już uciec, Wasza Wysokość. – Wstał i odwrócił się do niej. – Poinformuj mnie, proszę, jeśli wróci.

Ruszył w stronę drzwi, ale zastąpiła mu drogę i posłała zalotny uśmiech.

– Z pewnością tak zrobię – powiedziała, kiwając się na palcach. – Ale skoro już tu jesteś...

– Księżniczko.

W jego głosie czaiło się ostrzeżenie, ale go zignorowała. Cofnęła się w głąb salonu i zerwała prześcieradło, odsłaniając model ich systemu słonecznego wielkości stołu, z planetami zwisającymi na jedwabnych nitkach.

– Ta-dam!

Jacin nie podszedł bliżej, gdy zaczęła bawić się planetami, ale też nie odszedł.

Winter wprawiła pomalowane kule w powolny ruch po orbicie; każda poruszała się niezależnie od innych.

– Wpadłam na ten pomysł, gdy po raz pierwszy ogłoszono zaręczyny – oznajmiła, przyglądając się, jak Ziemia zatacza pełne koło wokół Słońca, po czym się zatrzymuje. – To miał być prezent ślubny dla cesarza Kaito, zanim... no cóż. W każdym razie miałam się czym zająć, kiedy ciebie nie było. – Zatrzepotała rzęsami i zaryzykowała nerwowe zerknięcie w stronę Jacina. Wpatrywał się w model. – Wiesz, pozwala mi skupić się na czymś. Pomyśleć o szczegółach.

Pomagało jej to uporządkować myśli i zachować zdrowie psychiczne. Zaczęła mieć halucynacje, gdy skończyła trzynaście lat, nieco ponad rok po tym, jak podjęła decyzję, że nigdy więcej nie użyje swojego księżycowego daru do manipulowania cudzymi myślami czy emocjami, by nigdy więcej nie łudzić się, że takie używanie mocy może być nieszkodliwe. Jacin, który wtedy nie był jeszcze strażnikiem, spędzał z nią wiele godzin, starając się zająć ją grami, projektami i łamigłówkami. Bezczynność była jej wrogiem od lat. Najbezpieczniej czuła się w chwilach, gdy jej umysł musiał skupić się na konkretnym zadaniu, choćby nawet było zupełnie trywialne.

Bez niego przygotowywanie tego modelu nie było aż taką frajdą, ale podobało jej się wrażenie kontroli nad tą miniaturową galaktyką w świecie, w którym miała tak mało kontroli nad własnym życiem.

– Co o nim sądzisz?

Jacin westchnął z rezygnacją, zrobił krok do przodu i przyjrzał się jej wynalazkowi, dzięki któremu każda planeta miała własną orbitę.

– Jak to zrobiłaś?

– Zleciłam panu Sanfordowi z AR-5 zaprojektowanie i zbudowanie ramy. Ale wszystko sama pomalowałam. – Z przyjemnością zauważyła, jak Jacin kiwa głową z uznaniem. – Miałam nadzieję, że będziesz mógł pomóc mi z Saturnem. To jest ostatnia planeta, którą trzeba pomalować, i pomyślałam... że mogę zdjąć pierścienie, jeśli chciałbyś zająć się planetą... – Urwała.

Wyraz twarzy Jacina znowu stwardniał. Spojrzała na jego palce – pstrykał w Księżyc, przesuwając go wokół Ziemi. To, w jaki sposób pan Sanford zdołał nadać Księżycowi własną, małą orbitę wokół błękitnej planety, zdaniem Winter graniczyło z geniuszem.

– Przykro mi, Wasza Wysokość – powiedział Jacin, wstając. – Jestem na służbie. Nie powinno mnie nawet tu być, a ty o tym wiesz.

– Jestem zupełnie pewna, że nic mi o tym nie wiadomo. Wydaje mi się, że możesz mnie chronić nawet lepiej tu niż tam. A co, jeśli ktoś wejdzie przez okno?

Na jego ustach pojawił się krzywy uśmiech. Nikt nie mógłby wejść przez okna, o czym oboje wiedzieli, ale nie dyskutował z tą uwagą. Zamiast tego podszedł bliżej i położył jej ręce na ramionach. To było jedno z tych rzadkich, niespodziewanych dotknięć. Niezupełnie jak przy Walcu Zaćmienia, ale mimo to poczuła, jak mrowi ją skóra.

– Cieszę się, że jestem teraz twoim strażnikiem – powiedział. – Zrobiłbym dla ciebie wszystko. Gdybyś miała skrytobójcę pod łóżkiem, przyjąłbym jego kulę bez namysłu i nikt nie musiałby mną manipulować.

Spróbowała mu przerwać, ale nie dał jej dojść do słowa.

– Ale kiedy jestem na służbie, jestem tylko strażnikiem. Twoim strażnikiem. Nie twoim przyjacielem. Levana już wie, że jestem ci zbyt bliski, że znaczysz dla mnie więcej, niż powinnaś...

Ściągnęła brwi i znowu próbowała się wtrącić, uznając, że to stwierdzenie zasługuje na dodatkowe wyjaśnienie, ale Jacin nie przestawał mówić.

– ...a nie dam jej niczego więcej, czego mogłaby użyć przeciwko mnie. Albo przeciwko tobie. Nie zostanę kolejnym pionkiem w jej grze. Rozumiesz?

Wreszcie przerwał na chwilę, a jej kręciło się w głowie, gdy próbowała uchwycić się tej deklaracji – co miałeś na myśli, mówiąc, że znaczę dla ciebie więcej, niż powinnam? – jednocześnie nie negując jego obaw.

– Już jesteśmy pionkami w tej grze – odparła. – Byłam na planszy, odkąd poślubiła mojego ojca, a ty, odkąd zostałeś wcielony do jej straży.

Zacisnął usta i poruszył się, chcąc zabrać dłonie z jej ramion, jakby nadmierny kontakt fizyczny spowodował przekroczenie tysiąca zawodowych zasad, jakie sobie narzucił, ale Winter wyciągnęła ręce i chwyciła go. Przytrzymała jego dłonie między sobą a nim.

– Pomyślałam po prostu... – Zawahała się, zwróciwszy uwagę na to, jak bardzo jego ręce urosły od czasu, kiedy ostatnio go za nie trzymała. To było zaskakujące odkrycie. – Pomyślałam, że czasem miło byłoby zejść z tej planszy.

Jacin potarł jej dłoń kciukiem – tylko przez chwilę, jakby był to tik, nad którym musiał zapanować.

– Byłoby miło – przyznał – ale nie może tak być, gdy jestem na służbie, i naprawdę nie wolno mi przebywać w tym pokoju za zamkniętymi drzwiami.

Winter spojrzała za niego, na drzwi, które zatrzasnęła, gdy wszedł, by odnaleźć fikcyjnego skrytobójcę.

– Więc mówisz, że będę widywać cię każdego dnia, ale muszę udawać, że w ogóle cię nie zauważam?

Cofnął dłonie.

– Coś w tym stylu. Przepraszam, księżniczko. – Zrobił krok w tył, znowu płynnie wchodząc w rolę stoickiego strażnika. – Będę na korytarzu, jeśli będziesz mnie potrzebowała. Gdybyś tak naprawdę mnie potrzebowała.

Gdy odszedł, Winter stała w miejscu, gryząc dolną wargę i nie potrafiąc zignorować chwilowej ekscytacji, która pojawiła się w pęknięciach na powierzchni tego skądinąd rozczarowującego spotkania.

Znaczysz dla mnie więcej, niż powinnaś.

– Świetnie – mruknęła sama do siebie. – Poradzę sobie z tym.

Wzięła mały zestaw farbek, kilka pędzli i model Saturna wielkości pięści, który czekał na swój kalejdoskop pierścieni.

Tym razem Jacin wzdrygnął się odrobinę, gdy wyszła na korytarz. Za pierwszym razem się jej spodziewał, ale tym razem go zaskoczyła. Stłumiła uśmiech, przechodząc na drugą stronę korytarza i siadając ze skrzyżowanymi nogami na podłodze obok niego. Nucąc pod nosem, rozłożyła przed sobą akcesoria malarskie.

– Co ty robisz? – mruknął Jacin pod nosem, choć korytarz był zupełnie pusty.

Winter udała, że podskakuje ze strachu.

– Och, przepraszam! – zawołała, zerkając na niego. – Obawiam się, że nie zauważyłam, że tu jesteś.

Skrzywił się.

Zamrugała i z powrotem skupiła się na pracy, zanurzając pędzel w modrej farbie.

Jacin nie odezwał się więcej. Ona też nie. Gdy skończyła malować pierwszy pierścień, oparła głowę o jego udo i usadowiła się wygodniej, po czym wybrała ogniście pomarańczowy kolor. Ponad nią Jacin westchnął, a po chwili poczuła niezwykle delikatny dotyk koniuszków jego palców, gładzących ją po włosach. Zaledwie muśnięcie, sugestia bliskości, po której znowu zamienił się w posąg.