Winter Hearts - świąteczne zamieszanie - Anna Sobota

-
Proszę czekać

Prolog

Siedem miesięcy wcześniej...

Z torebką w jednej ręce, a kubeczkiem coli w drugiej, przeciskałam się przez zatłoczony salon. Imprezy studenckie miały to do siebie, że zaczynały się niewinnie - od kilku znajomych, muzyki w tle i nieśmiałych rozmów - a kończyły chaosem, którego nikt rano nie chciał pamiętać. W powietrzu unosił się zapach chipsów, perfum i taniego alkoholu, światła lamp migały w rytm basu dobiegającego z głośników. Ktoś śmiał się w kuchni, ktoś inny tańczył na stole, ja natomiast próbowałam nie potrącić nikogo po drodze.

- Hej, uważaj! - krzyknął chłopak z piwem w ręku, gdy prawie na niego wpadłam.

- Sorry - mruknęłam, cofając się o krok i odgarniając kosmyk włosów z twarzy.

Zatrzymałam się na chwilę przy ścianie, żeby złapać oddech. W pokoju było duszno, mieszanka dźwięków i rozmów przytłaczała. Nie przepadałam za imprezami, ale dziś wyjątkowo dałam się wyciągnąć Hunterowi - mojemu chłopakowi. Na myśl o nim rozejrzałam się po pomieszczeniu, jednak nie dostrzegłam go wśród tłumu. Westchnęłam męczeńsko, dopiłam napój, a kubeczek wrzuciłam do najbliższego kosza i ruszyłam w stronę kuchni.

Tam nareszcie uwolniłam się od dotyku obcych ludzi i poczułam ulgę. Przesunęłam wzrokiem po osobach, które rozmawiały, piły lub się obściskiwały. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zauważyłam Huntera w tej ostatniej grupie. Stał przy jakiejś blondynie i z ogromnym zaangażowaniem pchał jej język do gardła.

Wściekłość rozlała się we mnie szybciej niż wcześniej procenty. Podeszłam do nich sprężystym krokiem, chwyciłam chłopaka za ramię i szarpnęłam do tyłu, następnie z całej siły uderzyłam go w twarz. To była ta chwila. Moment, w którym pękłam. Czułam, jak gorąco zalewa mi policzki, oddech przyspiesza, a serce wali w piersi jak oszalałe. W głowie miałam tylko jedno - myśl, jak bardzo go nienawidzę. Nie obchodziło mnie, że wszyscy na nas patrzą.

Złość pulsowała we mnie. Każdy kolejny oddech był cięższy od poprzedniego, a ręka wciąż piekła od uderzenia.

- Jak mogłeś?! - Głos mi zadrżał, jednak nie z żalu, tylko z czystej frustracji i wściekłości.

Dopiero gdy nie odpowiedział, skupiłam się na dziewczynie, która stała z boku i bacznie przyglądała się całej sytuacji.

- No to są chyba jakieś jaja - mruknęłam, gdy w półmroku dostrzegłam twarz mojej kuzynki Miley. - Jesteście siebie warci, naprawdę - rzuciłam z obrzydzeniem i obdarowawszy ich ostatnim spojrzeniem, ruszyłam do wyjścia.

W drodze powrotnej poczułam, jak złość powoli ustępuje miejsca zmęczeniu i rezygnacji. Takiej wewnętrznej, ciężkiej, która przychodzi, kiedy emocje wypalą wszystko, co miało jeszcze sens. Wzięłam głęboki oddech, próbując się uspokoić, ale gardło ścisnęło się, jakby coś we mnie chciało się wydostać - może krzyk, a może łzy, których jednak nie potrafiłam i nie chciałam uronić. W tym momencie naszła mnie jedna myśl, która miała towarzyszyć mi jeszcze przez długi czas. Hunter był ostatnim facetem, któremu zaufałam w stu procentach.

Teraz...

Ostrożnie pokonywałam samochodem kolejne kilometry, jednocześnie podziwiając zaśnieżony krajobraz. Po raz pierwszy od zakończenia studiów i mojego feralnego związku jechałam do domu rodzinnego w Vermont, a dokładniej do Woodstock. Kochałam to miasteczko całym sercem i zawsze wracałam do niego z uśmiechem na ustach i pozytywnymi wspomnieniami. Zima i święta to moja ulubiona pora powrotów.

Śnieg pokrywał wszystko grubą, miękką warstwą - dachy starych domów, gałęzie drzew pochylone pod jego ciężarem, a nawet kamienne murki okalające gospodarstwa. Droga prowadziła przez las, pomarańczowe światła samochodu tańczyły po ośnieżonych pniach. W radiu cicho sączyła się melodia Christmas Lights, a ja wystukiwałam rytm palcami o kierownicę. Uśmiechnęłam się szeroko, gdy zobaczyłam przy drodze drewniany znak z napisem: "Welcome to Woodstock - The Heart of Vermont".

Byłam w domu.

1.

Powroty zawsze pachną cynamonem

Wjechałam na główną ulicę miasteczka, mijając znajome witryny sklepów. Maple & Co. wciąż miało w oknie te same, co kilka lat temu, ręcznie robione świece, a przed kawiarnią The Cozy Corner wisiał wieniec z szyszek i czerwonych wstążek. Mimo późnej pory w środku nadal tliło się światło - mogłam się założyć, że stara pani Haverly wciąż pilnowała, by każdy gość dostał przynajmniej kawałek ciasta z jabłkami.

Za rogiem skręciłam w stronę rynku, który już częściowo tonął w świątecznej atmosferze. Było późne popołudnie, nisko zawieszone słońce barwiło niebo ciepłymi odcieniami pomarańczu i różu, odbijającymi się od śnieżnej pierzynki na placu. Przygotowania do jarmarku trwały w najlepsze. Drewniane stoiska ustawiano starannie wzdłuż centralnego placu, a robotnicy zawieszali świerkowe girlandy i lampki, które zaczynały coraz wyraźniej migotać.

Dzieci biegały wokół, rzucały się śniegiem i śmiały głośno, a w tle rozbrzmiewała cicha melodia kolęd, coraz wyraźniej przebijająca się przez szelest wiatru.

Serce mi zabiło mocniej. Ten obraz, dziecięcy śmiech, pierwsze migotanie światełek - wszystko sprawiało, że czułam się naprawdę w domu.

Kilka minut później minęłam most i skręciłam w wąską drogę prowadzącą do domu rodziców. Stara farma wyglądała tak, jak ją zapamiętałam, a może nawet jeszcze piękniej. Śnieg przykrywał wszystko grubą warstwą bieli, tworząc krajobraz jak z kartki świątecznej. Drewniany dom, zbudowany jeszcze przez dziadka, stał dumnie pośrodku niewielkiego wzgórza. Dach niemal uginał się pod ciężarem białego puchu.

Na werandzie wisiał wieniec z gałązek świerku i szyszek, przewiązany bordową wstążką, którą mama co roku wymieniała na nową. W rogu ganku, tuż obok huśtawki, stała stara skrzynia z drewnem do kominka, a obok niej wiadro z solą na śliskie poranki. W oknach tliły się delikatne światła, przez szyby widać było ciepły blask kuchni i znajome cienie poruszające się w środku.

Za domem rozciągały się pola, teraz spowite ciszą i bielą, a w oddali majaczyła czerwona stodoła - ta sama, w której jako dziecko bawiłam się z kuzynami w chowanego. Dach miała lekko przekrzywiony, ale wciąż trzymał się dzielnie, na jej drzwiach wisiała tabliczka z napisem "Mitchell Farm", wypalonym przez tatę, jeszcze zanim się urodziłam.

Po prawej stronie stał niewielki sad - zamarznięte jabłonie tworzyły szklane rzeźby, ich gałęzie połyskiwały w świetle księżyca niczym kryształ. Ścieżka prowadząca od bramy do domu była odśnieżona, a ślady butów i łopaty świadczyły o tym, że tata musiał krzątać się tu jeszcze całkiem niedawno.

Zatrzymałam się na podjeździe, zgasiłam silnik i przez chwilę siedziałam w ciszy, chłonąc widok. To miejsce pachniało dzieciństwem - drewnem, śniegiem, pieczonym chlebem i spokojem, którego tak bardzo brakowało mi w Nowym Jorku. Tutaj czas jakby się zatrzymał, a to, co trudne, nagle wydawało się proste i nieistotne.

Kiedy wysiadłam z auta, śnieg zaskrzypiał pod butami. Powietrze było lodowate, ale czyste, świeże - zupełnie inne niż w mieście. Wciągnęłam je głęboko w płuca, czując, jak serce zaczyna bić spokojniej. W oddali słyszałam tylko wiatr i delikatne stukanie gałęzi o dach.

Wyciągnęłam z bagażnika walizki i z niemałym trudem wniosłam je na ganek. Po upewnieniu się, że zabrałam już wszystko, chwyciłam za kołatkę i zastukałam w drzwi, które otworzyły się z prędkością światła. W progu stanęła Leah Mitchell, czyli moja mama.

- No nareszcie, promyczku! Już myśleliśmy z tatą, że się ciebie dzisiaj nie doczekamy! - wykrzyknęła i, wciągnąwszy do środka, wzięła mnie w ramiona.

- Cześć, mamo. - Przymknęłam oczy, również ją obejmując.

- Ach, te kobiety - mruknął tata z uśmiechem, przyglądając nam się. - Wpuszczacie zimno do domu. Dziecko, pomóż mi z walizkami i wtedy się możemy witać.

*

Odprężona i szczęśliwa, siedziałam z rodzicami w kuchni, popijając kakao po sycącej kolacji. Pomieszczenie było przestronne, w kształcie litery U. Przy ścianach znajdowały się białe meble z drewnianymi akcentami, a na środku stała wyspa kuchenna z wysokimi krzesłami po jednej stronie, szafkami i szufladami po drugiej. Przez duże okna księżyc w pełni rzucał srebrzysty blask na podłogę i połyskujące powierzchnie blatów. Drewniany sufit z widocznymi belkami dodawał wnętrzu przytulności, a podłoga, pokryta dwoma identycznymi dywanikami, ocieplała całe pomieszczenie.

- Jak tam było na studiach? - zapytał tata.

- Całkiem w porządku. Dużo się działo i pod koniec już dosyć mocno nas cisnęli ze wszystkimi zaliczeniami, ale ostatecznie udało mi się pozdawać wszystkie egzaminy na całkiem dobrym i zadowalającym poziomie - powiedziałam, po czym streściłam rodzicom wszystkie ważniejsze wydarzenia ostatniego roku.

- Brzmi jak prawdziwe wyzwanie - odezwała się mama. - Ale widzę, że dałaś sobie radę. Jesteśmy z ciebie dumni.

- Dzięki, mamo. - Uśmiechnęłam się. - Było ciężko, ale też dużo się nauczyłam, nie tylko z książek.

- A co tam u Huntera? - zagadnął z ciekawością tata, a ja przełknęłam nerwowo ślinę. - Układa wam się?

- Nie jesteśmy już razem - ucięłam krótko, odwracając wzrok.

- Widziałam ostatnio Maddie w mieście. Skończyła już studia? - Mama zmieniła temat, co przyjęłam z niemałą ulgą.

- Nie, został jej ostatni rok. Przyjechała na święta. Rozmawiałyśmy w tamtym tygodniu i jesteśmy umówione na jutro.

- To dobrze, że macie kontakt - zauważył tata, uśmiechając się lekko. - Może pokaże ci jakieś nowinki z uczelni, których jeszcze nie znasz.

- Tak, może być całkiem zabawnie - odparłam, już wyobrażając sobie nasze plotki przy kubku gorącej czekolady.

Przez następne półtorej godziny rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, żartowaliśmy i wspominaliśmy moje dzieciństwo. Tata opowiadał o swoich nieudolnych próbach nauczenia mnie jazdy na rowerze, a mama śmiała się z pierwszych eksperymentów kulinarnych - od spalonego ciasta po masę niedopasowanych pierniczków, które upychałam w szafkach w nadziei, że nikt ich nie znajdzie. Czasem przerzucaliśmy się anegdotami o sąsiadach, którzy zawsze mieli coś do powiedzenia o wszystkich w miasteczku, a czasem zanurzaliśmy się w bardziej osobiste wspomnienia: wakacje nad jeziorem, zimowe sanki na wzgórzu za domem, pierwsze samodzielne wyprawy do sklepu.

Śmialiśmy się głośno, przerywając opowieści drobnymi komentarzami i żartami, które znałam od lat i które zawsze sprawiały, że czułam się bezpieczna i rozluźniona. Każdy gest rodziców - ciepłe spojrzenie, ukradkowy dotyk mojej dłoni czy troskliwy ton głosu - przypominał mi, że tutaj nic nie muszę udawać ani nikomu niczego udowadniać.

Mimo całej radości i przyjemności, które czerpałam z tej rozmowy, zaczynałam odczuwać lekkie zmęczenie. Byłam wyczerpana dniem pełnym emocji, długą podróżą i naporem wspomnień budzących zarówno radość, jak i subtelną nostalgię. Poczułam, jak powieki stają się ciężkie, a ciało domaga się spokoju i regeneracji. Wiedziałam, że w tym domu, w tym pokoju, mogę pozwolić sobie na chwilę wytchnienia i naprawdę w końcu odpocząć.

- Pójdę już do siebie - powiedziałam wreszcie, odkładając pusty kubek na blat.

- Jasne, kochanie - rzekła mama. - Pokój wciąż taki sam, jak zostawiłaś.

- Cudownie - mruknęłam z lekkim uśmiechem, wstając od stołu, i rzuciłam krótkie "dobranoc".

Przeszłam przez salon, czując ciepło bijące od kominka, a potem skierowałam się w stronę schodów prowadzących na górę. Drewniane stopnie skrzypiały przy każdym kroku, przypominając mi, że jestem z powrotem w domu, miejscu, które znałam od zawsze.

Kiedy otworzyłam drzwi do swojego pokoju, poczułam mieszankę nostalgii i ulgi. Pomieszczenie było niewielkie, ale przytulne, dokładnie takie, jakie zapamiętałam: ściany w jasnym, kremowym kolorze, nad łóżkiem zdjęcia rodzinne i kilka starych plakatów, które mama, mimo mojego dorosłego wieku, pozwoliła zostawić. Biurko pod oknem było uporządkowane, z książkami poukładanymi w stosy i lampką rzucającą ciepłe światło na blat. Naprzeciwko znajdowała się ogromna, drewniana, dwudrzwiowa szafa. Na podłodze leżał dywanik w delikatne paski, a przy łóżku stała stara szafka nocna z małą lampką i zegarem, który wciąż tykał cicho, przypominając o rytmie domowego życia.

Zdjęłam buty i położyłam walizki w rogu pokoju, z jednej wygrzebałam piżamę. Przysiadłam na łóżku, rozpuściwszy włosy, i przykryłam się ciepłym kocem. Chwila ciszy pozwoliła mi odetchnąć po całym dniu pełnym emocji i wspomnień.

Po kilkunastu minutach wzięłam szybki prysznic, zmyłam makijaż, umyłam zęby i przebrałam się w piżamę. Ciepła woda, spływając po plecach, rozluźniła mięśnie, zapach ulubionego żelu pod prysznic - waniliowo-kokosowy - dodał mi poczucia bezpieczeństwa i komfortu.

Kiedy wreszcie położyłam się w łóżku, przyciągnęłam kołdrę bliżej siebie i wpatrywałam się w sufit. Ciało powoli oddawało się we władanie snu, myśli cichły. W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie delikatnym szumem wiatru za oknem.