2
Obejrzałem się, a jej dom zniknął, wsiąkł, został wchłonięty przez kamienne ruchome piaski Nowego Jorku. Chwilę później wsiąkłem w nie sam, dając nurka do żelaznej budy z przeszklonym dachem, która stała na chodniku, zbiegłem po betonowych schodach, po których jak lawa spływało letnie powietrze, i znalazłem się na betonowym peronie zalanym słabym, przyćmionym przez kurz światłem. Rumor, syk, nagły podmuch powietrza niosącego na swoim łonie strzępy gazet i peron po drugiej stronie zniknął za długim szeregiem brudnych, oświetlonych okien i pneumatycznych drzwi, które rozsunęły się z łatwością niczym tajne przejście w powieści kryminalnej. Gdy jednak próbowały się na powrót zamknąć, jak zawsze zjawił się jakiś spóźnialski, a to przy jednym wagonie, a to przy następnym, który wcisnął się w ostatniej chwili ze wstydliwym uśmiechem satysfakcji, aż zjawił się konduktor i z chmurnym spojrzeniem domknął drzwi jednym ruchem ręki.
Widziałem, że są wolne miejsca, ale byłem tak przyzwyczajony do stania, że i tak pozostałem na nogach z dłonią przewieszoną przez ceramiczny uchwyt. Lepiej się czułem, stojąc. Należałem do tego wymierającego gatunku, którego przedstawiciele, jeśli już zajęli miejsce siedzące, to ustępowali go pierwszej kobiecie, która wsiadła, chyba że była zbyt korpulentna lub czuć ją było czosnkiem. Był to ekspres, dlatego wszystkie zwykłe pociągi jadące w tym samym kierunku bez trudu go wyprzedzały. On z kolei mozolnie mijał je na pośrednich stacjach po to tylko, by znowu zostać wyprzedzonym chwilę albo dwie później. Zamysł zdaje się był taki, że skoro raz już stał się ekspresem, to mógł spokojnie spocząć na laurach.
Znowu po schodach na górę, a po drodze spotkanie ze świeżym powietrzem, które zdawało się mówić: "Witaj. Już wróciłeś?" Deszcz słonecznych promieni, nogi przechodniów i nagle znów przed oczami całe miasto. Och, nie znaczy to, że o tym wszystkim myślałem; przemykało mi to po prostu przez głowę, która nie czyniła w tym kierunku żadnego wysiłku.
Obraz Bernice pognał w dal razem z pociągiem, z którego wysiadłem. Jego miejsce zajął inny, niosąc ze sobą zakłopotanie, onieśmielenie i resztki wczorajszej chłodnej urazy. Włożyłem klucz do zamka i przekręciłem, lecz nawet gdy rygiel puścił i klamka została uwolniona, to przez chwilę jeszcze na nią nie naciskałem, tylko stałem z pochyloną głową, słuchając lub myśląc. Raczej myśląc, bo słuchać nie było czego. "Z podkulonym ogonem, jakbyś dostał baty", skomentował jakiś wewnętrzny głos, a ja mu się postawiłem, wszedłem i głośno trzasnąłem za sobą drzwiami. W tej samej chwili skrzypnął fotel. Położyłem kapelusz na trójnogim stoliku i stałem z ręką w kieszeni, oparty niedbale o framugę drzwi, zaglądając do pokoju.
W tej chwili obraz, który zastąpił wspomnienie Bernice, w jednej chwili opuścił moją głowę, zmaterializował się w pokoju i ukazał mi się w całej okazałości, ubrany w domowy bezrękawnik z nałożonym na wierzch podgumowanym fartuchem. Żadnych brzoskwiniowych peniuarów. Nieco spękane czółenka ze sztucznej skóry z dziecinnymi paseczkami na podbiciu, jedno obok drugiego na podłodze, nieporuszone w gniewnej determinacji. W nich tkwiły te same drobne, zgrabne stopki, które tańczyły ze mną przed ośmiu laty do melodii Japanese Sandman, które całowałem tyle razy gorąco i na które raz, znacznie później, nastąpiłem całym ciężarem, żeby krzyknęła, żeby zrozumiała, kto tu jest panem i dlaczego nie wolno jej niczym we mnie rzucać, zwłaszcza gorącą kawą.
Mój widok pobudził Maxine do działania. Poderwała się z krzesła tak nagle, jakby wystrzeliła pod nią sprężyna, a ona zlekceważyła ją, dyndającą za plecami, i ruszyła z pokoju w przeciwnym kierunku, do sypialni. Przyszło mi do głowy, że jak to baba, wybrała sobie na to najgorszy moment. Już samo skrzypnięcie krzesła, gdy byłem jeszcze przy drzwiach, powiedziało mi, że mnie usłyszała. To wtedy powinna była opuścić pokój, skoro tak zamierzała. Ale nie, musiała zaczekać i upewnić się, że zobaczę, jak wstaje i wychodzi, by tym dobitniej pokazać mi, o co chodzi. Gdyby to był mężczyzna, a czyjś widok był dla niego tak nieznośny, jak rzekomo mój dla niej, to wstałby od razu i nie czekał, żeby być przy tym zauważonym.
- Słuchaj... - zbuntowałem się.
- Nie gadam z tobą - odpowiedziała, lecz wbrew wszystkiemu została w pokoju i odwróciła się do mnie, by jednak mi nagadać. - Więc w końcu uznałeś, że pora wrócić do domu, co? Może dlatego, że zgłodniałeś albo postanowiłeś się ogolić, hę?
- I tu się mylisz - roześmiałem się ponuro. - Po drodze minąłem chyba z milion golibrodów.
- Twoim zdaniem pewnie powinnam czuć się zaszczycona, że w ogóle raczyłeś wrócić. A wiesz, cudownie mi było bez ciebie, tak cicho i spokojnie!
- Z pewnością - odrzekłem - przy grających radiach wszystkich sąsiadów.
- Spróbuj tak jeszcze raz - zagroziła - a nie znajdziesz mnie tutaj, kiedy wrócisz!
Oderwałem się w końcu od drzwi i wszedłem do pokoju. Rozsiadłem się w fotelu i zapaliłem papierosa. - O co ci chodzi? - spytałem. - Znowu zaczynasz? Nie dosyć ci było wczoraj?
- Wydaje ci się - ciągnęła - że za każdym razem, jak coś się dzieje, wystarczy wyjść z domu i cześć. Potem możesz wrócić, kiedy ci przyjdzie ochota, i wszystko będzie cacy.
Rozpłakała się.
- Zachowujesz się, jakby ci w ogóle nie było przykro. Och, Wade, te wszystkie okropności, które wczoraj powiedziałeś! Dręczyły mnie całą noc.
Za oknem czyjeś radio zaczęło grać Buziaka na zgodę. Nachyliła się nade mną tak, że zetknęły się nasze czoła. Zamknąłem oczy, skupiłem się mocno na Bernice i pocałowałem ją gorąco. Musiała jednak coś zauważyć, bo ze śmiechem podszytym poczuciem krzywdy rzekła:
- Zupełnie jakbyś brał lekarstwo, co?
Powiedziałem, że wcale nie.
- Jak do tego dochodzi? - spytałem jeszcze.
Bóg świadkiem, że nie powinienem się tak czuć. Przyglądałem się jej, gdy stała przy oknie i wyglądała na dwór, jedną ręką trzymając przypiętą do ramy zieloną firankę. Była młoda, młodsza ode mnie, na pewno młodsza od Bernice. Miała szczupłą talię. Postanowiliśmy, że nie będziemy mieli dzieci. Ja nie chciałem. W jej życiu też nigdy żadnych nie było, więc nie wiedziała, co traci, i w związku z tym wcale jej ich nie brakowało. Dlatego też jej figura i jej twarz wyglądały dokładnie tak samo jak tamtego wieczoru, gdy po raz pierwszy na nią spojrzałem. Patrzyłem jednak na tę twarz co dzień i tak już tysiące dni. To znaczy, nawet Kleopatra sprzykrzyłaby się człowiekowi, i to w krótszym czasie. Co więcej, Maxine nigdy nie wyrosła z mód i dziwactw okresu, w którym ją poznałem. Zupełnie jakby zmumifikowała się zaraz po naszym ślubie. Nadal nosiła skołtunione, nierówno obcięte włosy na pazia jak w roku 1920. Nadal, gdy wychodziła, nakładała na policzki róż tak, że wyglądał jak wypieki. Chociaż od dawna już z nią nie tańczyłem, podejrzewałem, że nadal potrząsałaby w mych ramionach całym swoim ciałem. Epoka jazzu była żałosna sama w sobie, ale musieć żyć z jej reliktem - tego już było za wiele. Choćby nie wiem, jak atrakcyjnie wyglądał.
- Pojęcia nie masz - mówiła, wciąż stojąc przy oknie - przez co przeszłam tej nocy i dzisiaj rano.
- Musimy skończyć z tym dręczeniem się nawzajem, oboje - zasugerowałem z przygnębieniem.
- Ciekawa rzecz z tymi mężczyznami - ciągnęła, jakby rozmawiała sama ze sobą. - Na początku ganiają za tobą, nie dają ci spokoju, żyć bez ciebie nie mogą. A potem, jak tylko zaczniesz myśleć tak jak oni, gdy powiesz sobie: "Tak, miał rację, ja też nie mogę bez niego żyć", wydaje się, że nagle wszystko im przechodzi. Gdy tylko coś się zaczyna dziać, wychodzisz z domu, trzaskasz za sobą drzwiami, a ja wiem, co sobie myślisz, zupełnie jakbym siedziała w twojej głowie. Myślisz: "Na jakiś czas mam jej dość! Nie mam zamiaru o niej myśleć, dopóki się nie uspokoję i nie będę gotów wrócić". A ja siedzę tutaj i przez cały ten czas, gdy cię nie ma, myślę tylko o tobie. Zabawne i tyle.
- No to teraz jestem - rzekłem, wzdychając w duchu - więc chodź tutaj i jeśli masz ochotę jeszcze popłakać, to obetrę ci łzy, a jeśli zechcesz się uśmiechnąć, to odpowiem ci uśmiechem.
Nie płakała już, ale też nie bardzo się uśmiechała; zdawało się, że zadowala ją samo to, iż trzymam ją w ramionach. "Dobry Boże! - pomyślałem. - Co ja mam zrobić z tym dzieckiem? Chciałbym, żeby nagle zakochała się w kimś innym". Pogłaskałem ją po czubku głowy i przytuliłem do niego policzek, dotknąłem ucha, gdzie tkwił mały wiszący kolczyk z fioletowym szkiełkiem, uniosłem go na palcu i opuściłem - durna ozdóbka.
Zbyt byłem wyrachowany, by żałować, że ją w ogóle poznałem, że się z nią ożeniłem, bo nasza miłość, gdy trwała, była piękna, jednak przez całe swe życie nienawidziłem odpowiedzialności, a nie istniała gorsza odpowiedzialność niż ta, kiedy musiałem starać się, by nadal mnie kochała, podczas gdy sam już jej nie kochałem, chyba że z nawyku.
- I siedziałam tak do drugiej - opowiadała - aż zaczęły mnie piec oczy, więc zgasiłam światło i dalej siedziałam w ciemności. Myślałam, że lada chwila zadzwoni telefon, powtarzałam sobie: "Nie mogę teraz pójść spać, nie mając od niego żadnej wiadomości. Mój Wade nigdy dotąd mi tego nie zrobił". Ale telefon zwyczajnie nie raczył zadzwonić. Wstałam raz, wzięłam go do ręki i potrząsnęłam, a on dalej milczał. Po jakimś czasie zrobiło mi się wszystko jedno, najgorsze minęło, nie mogłam czuć się już podlej niż w tamtej chwili. Rozumiesz to, prawda, kochanie? Po prostu nie mogłam dłużej tak strasznie tego pragnąć. Zupełnie mnie to wyczerpało. Przymknęłam na moment oczy i nagle znowu było jasno, a śmieciarz dobijał się po śmieci. Miałam ochotę spaść do zsypu razem z nimi. I wtedy właśnie najgorzej się rozpłakałam, gdy do kuchenki zajrzało słońce, a ja poczułam zapach smażonego bekonu i usłyszałam tę kobietę nad nami: "Wstawaj, Sam, kawa już na stole". Jejku, jak cudnie byłoby w tym momencie zobaczyć twój poranny dąs, usłyszeć, jak narzekasz: "Gdzie, do diaska, podziały się ręczniki?" i "Jezu, jak ja nie znoszę tego mieszkania!", i tak dalej. Zatęskniłam nawet za tamtym rankiem, gdy rzuciłeś we mnie kubkiem z kawą; miałam cię wtedy przy sobie i to nic, że poparzyłeś mi dekolt...
Zaczynało mnie to wszystko drażnić. Zakryłem jej usta ręką. Nie chciałem słuchać, jak bardzo mnie kocha. Jeśli nie mogła mi powiedzieć, że staję się jej obojętny, tak jak ona mnie, to powinna przynajmniej siedzieć cicho.
- To nie jest miłość, Maxie, to... to prawie hipnoza. Musisz przestać, nie chcę tego słuchać. Za wysoko mnie oceniasz.
"I za bardzo mi wszystko utrudniasz", dodałem w myślach.
Usiedliśmy, żeby zjeść. Maxine opuściła blat składanego stolika przy ścianie i ustawiła na nim pomarańczowo-zielone naczynia, które przywędrowały z Japonii z przystankiem w komisie. Do jedzenia mieliśmy zupę pomidorową z puszki, spaghetti z puszki, ananasa z puszki i zagęszczone mleko z puszki. Chleb nie był z puszki, ale sprzedawali bochenki maszynowo owinięte w woskowany papier i od razu pokrojone.
- Cóż to za bezmyślność - zauważyłem, żeby przerwać milczenie - kazać nam trudzić się przy smarowaniu masłem. My, pionierzy, mamy naprawdę ciężkie życie.
- Cóż - odparła, krzątając się pomiędzy kuchenką gazową a stolikiem - choć niewiele było do zrobienia, to ja swoje zrobiłam. A ty potrafisz tylko kropić się kolońską, że pachniesz potem jak cały zakład fryzjerski.
W tej samej chwili usłyszeliśmy, jak nad naszymi głowami z oburzenia stuknęło krzesło, a kobieta z piętra wyżej mocno rozeźlona odezwała się do męża:
- Ach tak ? Jak jesteś taki wybredny, to nie jedz wcale! Twój problem!
- Ciekawe, co tam mają - zasugerowałem. - Jak on nie chce, może my byśmy zjedli...
- Co się z tobą dzieje, Wade? - zganiła mnie Maxine. - Zwariowałeś!
- Czyżby to było wyzwanie? - odparłem.
Słuchaliśmy jeszcze przez chwilę.
- Uwierz mi - padło - mam ciekawsze rzeczy do zrobienia niż sterczenie całymi dniami przy kuchence, żebyś mógł się najeść. Zamknij się już!
Ten ostatni wybuch byłby słyszalny nawet w znacznie porządniej zbudowanym domu niż nasz. Pomyślałem: "To będzie dla niej wielki sukces; nie odmówi mi", i pogratulowałem sobie znawstwa kobiecej psyche.
- Znasz ją? - spytałem Maxine pełen zapału.
- Nie - odrzekła - i to nie jest dobry moment, żeby im przeszkadzać. Znielubią cię. Wracaj tutaj.
Podszedłem do szybu windy towarowej, otworzyłem drzwiczki i zawołałem: - D dwanaście! Hej, tam, w D dwanaście!
Drzwiczki nade mną otworzyły się i męski głos warknął: - Kto tam?
- Piętro niżej - odparłem radośnie. - Trudno było nie usłyszeć przed chwilą pańskiej żony. Niech pan posłucha, przyjacielu, może podesłałby nam pan trochę tego dania, cokolwiek to jest? My tutaj rzadko jadamy domowe potrawy.
Usłyszałem jęk Maxine dochodzący z głębi kuchenki. - Och, Wade, jesteś okropny! Nawet nie wiesz, jak mi wstyd!
Dżentelmen, z którym wdałem się w rozmowę, odpalił zadzierzyście:
- Taki jesteś mądry, hę? To może naucz się pilnować własnego nosa!
Po czym drzwiczki się zamknęły. Zaczekałem. Po chwili otworzyły się znowu, a kategoryczny głos kobiecy zawołał:
- Halo? Halo, tam w dole?
A ja wyciągnąłem rękę za plecy, chwyciłem podsłuchującą Maxine za łokieć i pociągnąłem do przodu, zamieniając się z nią miejscami.
- Tak - odezwała się z zakłopotaniem - mojemu mężowi wpadło do głowy, że chciałby dla odmiany spróbować kuchni kogoś innego. Wie pani, jak jest z mężczyznami. Wszędzie dobrze, gdzie ich nie ma... - Roześmiała się przepraszająco. - Och, to bardzo miło z pani strony... Nazywam się Wade... Dziękuję bardzo, pani Greenbaum.
Potrwało to jakiś czas. Brzmiało, jakby wymieniały się przepisami.
- Bardzo proszę - rzekła, odchodząc wreszcie od windy z półmiskiem w ręce. - Ty wariacie! Masz tutaj pyszny pudding z tapioki.
- O Boże! - jęknąłem, osuwając się bez sił na krzesło i zakrywając dłonią oczy. - A spodziewałem się steku!
- No - rzekła - to mam nadzieję, że teraz jesteś zadowolony. I od dziś pewnie będę musiała mówić jej dzień dobry za każdym razem, gdy spotkamy się w windzie. Albo jeszcze lepiej, siedzieć tu i zabawiać ją przez całe popołudnie, gdy ciebie nie będzie. No, to teraz zadzwoń do kina i dowiedz się, co grają.
Miałem ochotę powiedzieć: "Uprzejmie by było zaczekać, aż zostaniesz zaproszona".
Myślałem, że film nigdy się nie skończy. Wierciłem się i zgrzytałem zębami w złośliwym srebrzystym półświetle, które lało się i lało bez końca. Myślałem: "To nie im powinno się płacić po kilka kawałków tygodniowo za strojenie min, to nam powinni płacić za to, że siedzimy i to oglądamy". A potem wróciliśmy i Maxine pogasiła światło, a ja wystawiłem za drzwi butelkę na mleko i zamknąłem mieszkanie na noc. Kolejny dzień za nami. Ale co z tego, skoro następny miał wyglądać dokładnie tak samo?
Ociągałem się, ile mogłem, gdy już poszła do łóżka, a nawet po tym, jak już zgasiła nocną lampkę. Snułem się po pokoju dziennym bez marynarki i w rozluźnionym krawacie. Nie miało dojść do żadnej zgody po awanturze z poprzedniego wieczora. To znaczy, już się pogodziliśmy, ale nie miał tego przypieczętować żaden symbol. Nie było jednak nic do czytania (zresztą i tak nie znosiłem czytać) i nie miałem co robić. Przeszedłem do kuchenki, a tam od razu rzucił mi się w oczy ten ohydny pudding z tapioki pani Greenbaum. Wrzuciłem go do zlewu i wyszedłem. Podniosłem roletę i wyjrzałem przez okno. Niebo miało barwę ceglanego pyłu i nie było widać księżyca. Nagle, stojąc tam, zorientowałem się, że się modlę. Mówiłem: "Panie, daj mi szansę. Spraw, żeby przydarzyło mi się coś romantycznego, coś ekscytującego. Tylko raz, chociaż raz. Zanim się zestarzeję. Odmień to moje życie. Nie kłopocz się nawet, by je potem naprawiać, to mogę zrobić sam. Dlaczego w ogóle ją poślubiłem? Bez niej każda minuta byłaby przygodą! To niesprawiedliwe..."
Wszedłem do sypialni, rozebrałem się i położyłem do swojego łóżka. Maxine może spała, a może nie spała, nic mnie to nie obchodziło.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.