Zanim rozpocznę dalszą opowieść, sięgnę w przeszłość do
dawniejszego zdarzenia. Przed kilkoma laty, wracając z podróży po
Południowej Ameryce, wylądowałem w Bremerhaven i zatrzymałem się w
sławetnym
Löhrs-Hotel,
aby przepakować swoje manatki na bagaż.
Przy obiedzie siedziałem vis a vis młodego, bo zapewne
dwudziestosześcioletniego mężczyzny, który, nie biorąc udziału w
ogólnej rozmowie, na mnie skupił całą uwagę. Badawcze spojrzenie
błąkało się po mojej twarzy, tylko chwilami opadając na talerz.
Widać było, że usiłuje przywołać mnie na pamięć. Ja również miałem
wrażenie, że znam go, ale musiała to być znajomość bardzo
przelotna, skoro nie mogłem odnaleźć jej śladów w swojej
przeszłości. Wreszcie, przy deserze, oczy mego sąsiada rozjaśniły
się, twarz przybrała zadowoloną minę człowieka, który rozwiązał
zagadkę. To jednak nie zmniejszyło jego zainteresowania moją osobą,
wręcz przeciwnie, nie spuszczał ze mnie oka.
Po obiedzie usiadłem przy odosobnionym stoliku koło okna i
kazałem podać kawę. Nieznajomy przechadzał się po sali. Widziałem,
że pragnie mnie zagadnąć i że medytuje, jak się do tego zabrać.
Wreszcie odwrócił się, przybliżył i, z ukłonem raczej szczerym, niż
zgrabnym, rzekł:
- Przepraszam pana. Czy nie widzieliśmy się już kiedyś?
- Być może - odrzekłem, podnosząc się, aby odpowiedzieć na
ukłon. - Może pan przypomni, gdzie i kiedy.
- W Stanach Zjednoczonych - zdaje się, że w Nevadzie, w
drodze z Hamiltonu do Belmontu. Czy zna pan te miasta?
- Owszem. Kiedyż to było?
- Przed czterema laty. Była nas cała zgraja poszukiwaczy
złota. Uciekając przed hordą Nawajów, zbłądziliśmy tak gruntownie,
że nie moglibyśmy się wydostać z gór i zginęli zapewne, gdyby nie
spotkanie przypadkowe, a tak fortunne, Apacza Winnetou.
- Ah, Winnetou...
- A zatem zna pan słynnego wodza Apaczów?
- Trochę.
- Tylko trochę? Jeśli pan jest tym, za kogo pana przyjmuję,
to musisz znać go o wiele lepiej, niż trochę! Wówczas Winnetou
zdążał do jeziora Mariposa, gdzie miał się spotkać z przyjacielem -
ze swoim najlepszym przyjacielem. Pozwolił nam towarzyszyć sobie,
postanowiliśmy bowiem skierować się przez Sierra Nevada do
Kalifornji. Dotarliśmy bez przygód do jeziora, a spotkawszy tam
gromadę białych, przyłączyliśmy się do nich. Ostatniego dnia
przybył przyjaciel Winnetou. Obaj jechali do Big Trees na łowy.
Wyruszyli ze świtem. Wskutek tego siedział pan z nami przy ognisku
tylko przez kilka godzin i dlatego nie przypomina sobie mojej
twarzy.
- Ja? - zapytałem z miną zdumioną.
- No tak, pan! Czy też może nie jest pan przyjacielem
Winnetou? Był pan wówczas inaczej ubrany - oto czemu nie
przypomniałem sobie pana odrazu. Ale teraz twierdzę z pewnością, że
rozmawiam z druhem Apacza.
- Jak się nazywa człowiek, za którego pan mnie przyjmuje?
- Old Shatterhand. Jeślim się omylił, proszę wybaczyć, że
panu zaprzątałem głowę swoją osobą.
- Nie przeszkadza mi pan, wręcz przeciwnie pozwolę sobie
zapytać, czy pijasz kawę po obiedzie?
- Chciałem właśnie zamówić.
- A więc proszę, niech pan się do mnie przysiądzie. Proszę
bardzo.
- Usiadł, dostał filiżankę kawy i, pociągnąwszy łyk,
powiedział:
- Bardzo uprzejmie z pańskiej strony, żeś mnie zaprosił do
stolika. Lecz mniej grzeczne jest to, że pozostawia mnie pan w
nieświadomości.
- No, uspokoję pańskie sumienie. Zapewniam, że nie omylił
się pan.
- Ah! A więc jest pan jednak Old Shatterhandem?
- Jestem nim. Ale proszę nie krzyczeć! Tych panów dookoła
nie interesuje, kim jestem i jak mnie na Zachodzie nazywają.
- Krzyknąłem z radości. Może pan sobie wyobrazić, do jakiego
stopnia jestem zachwycony, że tak...
- Ciszej! - przerwałem. - Tu w morzu cywilizacji jestem
tylko znikomą kropelką. Oto moje właściwe nazwisko.
Zamieniliśmy się wizytówkami. Jego nazwisko brzmiało
Konrad Werner. Kiedy je czytałem, spojrzał na mnie tak,
jakgdyby się spodziewał, że będę zaskoczony, lub zgoła oszołomiony.
Skoro to nie nastąpiło, zapytał:
- Czy słyszał pan kiedy moje nazwisko?
- Zapewne wielekroć, albowiem Wernerów w Niemczech jest
mnóstwo.
- Ale za oceanem, w Ameryce?
- Hm, nie pamiętam. Sądzę, że pan wtedy wymienił nazwisko
przy spotkaniu.
- Naturalnie, że wymieniłem. Ale nie to mam na myśli.
Nazwisko Werner, Konrad Werner, jest obecnie bardzo popularne w
Ameryce. Niech pan pomyśli o Oil-Swamp.
- Oil-Swamp? Hm. Zdaje się, że słyszałem tę nazwę i to w
szczególnych okolicznościach. Co to właściwie, ustronie jakieś, czy
też błotnisko?
- Było błotniskiem, ale teraz jest miejscowością, bardzo
nawet osławioną. Wiadomo, że pan zna Zachód, jak mało kto, i
dlatego nie mogę wyjść z podziwu, że nazwa nic panu nie mówi.
- To ma swój powód. Od jak dawna mówi się o tej
miejscowości?
- Od dwóch lat.
- Właśnie tyle czasu przebywałem w Ameryce Południowej, i to
w takich stronach, dokąd nie dociera pani Fama. Nie uważaj mnie
jednak, master, za Tunguza lub Kałmuka.
- O nie! Cieszy mnie, że mogę panu powiedzieć, czem się stał
bezradny człowiek, jakim wówczas byłem. Miarkuj pan sobie tylko -
królem nafty!
- Do licha! Królem nafty? Muszę, panu serdecznie
powinszować.
- Dziękuję! Tak, jestem królem nafty. Nie myślałem o takiem
szczęściu wówczas, gdy spotkałem pana i Winnetou. Właściwie
zawdzięczam je Apaczowi, gdyż on radził mi porzucić Nevadę i jechać
do Kalifornji. Ta rada przyniosła mi parę miljonów.
- Jeśli jest pan w istocie miljonerem, to proszę, abyś się
nie stał złym człowiekiem.
- Nie, nie, - roześmiał się król nafty. - Skoro się pan
dowie, kim i czem byłem niegdyś, to zrozumiesz zbyteczność swej
prośby.
- Czem pan był wtedy?
- Pędziwiatrem, nicponiem.
- Nie znać tego po panu.
- Bo też zmieniłem się gruntownie. Urodziłem się w przytułku
dla ubogich. Byłem obywatelem przytułku, a wychowywałam się na
obywatela domu poprawczego.
- Co pan powiada! Jeśli tak było istotnie, to zerwał pan już
wszak z tą przeszłością i lepiej będzie nie wydobywać starych
dziejów - -
- Nikomubym się innemu nie zwierzył, ale ponieważ jesteś pan
tym, kim jesteś, więc ulżę swemu sercu wyznaniem. Jesteś Niemcem.
Być może, zna pan miejscowość, z której pochodzę.
Wymienił małe miasteczko górskie.
- Znam bardzo dobrze - odpowiedziałem. - Byłem tam kilka
razy.
- A więc zna pan tamtejsze nieszczęsne stosunki. Teraz może
się zmieniło na lepsze, ale wówczas państwo nie zaprzątało sobie
głowy sprawami małych gmin. Wyobraź pan sobie ubogą dziurę
mieszczańską z przytułkiem dla golców. Ci żyli z tego, co zdołali
wyżebrać w okolicznych wioskach. Parę nieugotowanych kartofli, parę
kromek suchego chleba, gomółeczkę stwardniałego sera - to wszystko,
co przynoszono z żebraniny. Mądry, kto umiał z tego sprawić ucztę.
Moja matka nie była widocznie mądra.
- Pańska matka? Czy mieszkała w przytułku?
- Tak. Wszak mówiłem panu, że się tam urodziłem. Gdy miałem
parę tygodni, obnosiła mię po wioskach. Później taszczyła za rękę,
budząc litość łachmanami. Nauczyła mnie wszelakiej sztuki żebrania.
Nalegała szczególnie, abym kwilił z głodu i zimna, skoro tylko
przestępowaliśmy próg domu, lub spotkali kogo na ulicy. Zresztą,
nie miałem potrzeby udawać, gdyż głód stale doskwierał. Moja matka
prawie wcale nie jadła, a mnie dawała tak mało, że byłem wiecznie
głodny. Natomiast sprzedawała wszystko, co wyprosiła od litościwych
ludzi. Zawsze znaleźli się tacy, którzy dawali parę groszy za
wyżebrany chleb. Za pieniądze kupowała wódki, którą przenosiła nad
wszystko, nawet nad własne dziecko.
- Okropność! Czy nie lepiej przemilczeć?
- Nie! Nie powinien mnie pan uważać za człowieka bez serca,
iż mówię tak o własnej matce. Chodzi mi o to, aby uwypuklić
kontrast między przeszłością a teraźniejszością. Moja matka była
beznadziejnie zgubiona i zaciągnęłaby mnie niechybnie w przepaść,
gdyby gmina nie oddała mnie przemocą do szewca na terminowanie. Był
to właściwie łaciarz - żaden porządny szewc nie chciał mnie
przyjąć. Żywiono mnie teraz lepiej, ale wlepiano dla łacniejszego
trawienia przyzwoite cięgi. Może pan sobie wyobrazić, że to mi nie
poszło w smak. Uciekałem wiele razy, wałęsałem się o proszonym
chlebie, ale zawsze chwytano mnie i sprowadzano zpowrotem. Niech
pan sobie wyobrazi każdorazowe przywitanie majstra. Tak upłynęły
dwa lata. Pewnej Wigilji mój szewc obdarował swoją rodzinkę.
Człeczyna był ubogi, nie stać go było na kosztowne podarki, lecz
każde dziecko dostało jakąś drobnostkę, ja zaś najmniejszą, - to
znaczy nic.
"Skoro wyraziłem swoje niezadowolenie, naprawił zmiejsca
niesprawiedliwość, mianowicie - wymierzył mi chłostę. Smagał mnie
tak, jak jeszcze nigdy dotychczas. Z krwawiącemi plecami położyłem
się na zimnem poddaszu, służącem mi za sypialnię, - na wiązce
słomy, którą należy raczej nazwać sieczką. Kołdra? Ale skądże
znowu"
- A teraz król nafty...
- Różnica kolosalna, nieprawdaż? Ale wypełniły ją lata
długich cierpień. Kiedy leżałem na górze, trawiony głodem,
skostniały od zimna, postanowiłem pójść w świat, ale tak daleko, by
mnie nie można było schwytać. Skradłem się pocichu nadół, drapnąłem
z miasta i brnąłem w głębokim śniegu, w gwałtownej zawierusze, do
celu, który sobie wytknąłem.
- Dokąd to?
- Naturalnie, do Ameryki.
- Co za szaleństwo!
- Tak, to było szaleństwo, ale co mogłem wóczas o tem
wiedzieć? Wierzyłem, że aby dojść do Ameryki, trzeba tylko biec
wciąż przed siebie. Słyszałem, że w Ameryce można się wzbogacić, -
a ja tak chciałem być bogatym, tak bardzo bogatym! - Wtedy, -
marzyłem sobie - wtedy wróciłbym do miasteczka i zawstydził
srogiego majstra! Wszak umiał tylko łatać, ja zaś zamówiłbym u
niego parę nowiuteńkich trzewików, i... dokonałbym zemsty.
Spartolone buty wraz z zapłatą cisnąłbym mu w łeb, poczem dumnie
wrócił do Ameryki.
- No cóż? Może pan teraz spełnić marzenie.
- Tak, uczynię to, zemszczę się, ale w inny sposób! Jeśli
biedak żyje dotąd, wywdzięczę się sowicie. Za każdy cios, który mi
zadał, - może mi pan wierzyć, że nie było ich mało, - dostanie
markę, albo nawet całego talara.
- To mi się podoba! Życzę serdecznie, aby żył jeszcze.
Pańska historja zaczyna mnie interesować. Początek - przyznaję -
był nieco odstraszający.
- Dalszy ciąg nie będzie brzmiał lepiej. Stara lniana bluza,
lniane spodnie i jeszcze starsza czapka oraz drewniaki na nogach -
w takiem odzieniu dotarłem, żebrząc po drodze, aż do okolic
Magdeburga.
- Niebiosa! Czy to możliwe, aby pan na tak długiej tułaczce
nie spotkał policjanta?
- O, byłem szczwany, nie zdołano mnie zdybać! Ilekroć
zwietrzyłem niebezpieczeństwo, ukrywałem się, woląc raczej
głodować, aniżeli wrócić.
- Czy ludzie, których pan spotykał i którzy panu jeść
dawali, nigdy nie usiłowali go zatrzymać?
- Nigdy. Kołatałem jedynie do najuboższych. Nieraz
opiekowali się mną terminatorzy, którzy wprawdzie stroili ze mnie
kpinki, ale nie zdradzali i nie odmawiali dobrej rady i kawałka
chleba. Ale tułaczka ta była ponad moje siły. Z dnia na dzień
czułem się gorzej, aż wreszcie pod Magdeburgiem padłem na trakcie.
Z głodu i wycieńczenia nie mogłem się podnieść, dobrnąłem jedynie
do sterty śniegu, oczekując śmierci. Wkrótce zasnąłem. Kiedy się
ocknąłem - pode mną skrzypiały w śniegu ciężkie koła. Nad sobą
ujrzałem pokrycie wozu, sam zaś leżałem w ciepłej słomie otulony
dwiema końskiemi derami. Po pewnym czasie zajrzała do mnie otyła,
zarumieniona od zimna twarz i, widząc, że nie śpię, zapytała:
- Odżyłeś, chłopcze? Skąd się tu bierzesz?
- Z Saksonji.
- A dokąd zmierzasz?
- Do Ameryki.
- No, no! Co na to twój stary?
- Nic. Nie mam ojca.
- A matula?
- Też nic. Przez cały Boży dzień pijana.
- Czem jesteś właściwie?
- Terminatorem szewckim.
- Na imię?
- Konrad.
- Ano, miarkuj sobie, Konradzie, co ci rzekę! Tam koło
ciebie wisi kobiałka z chlebem i serem. Możesz wsuwać, ile wlezie.
A potem zakopiesz się w słomie i nie wysuniesz nosa, dopokąd cię
nie wydobędę.
Twarz znikła. Nie czekałem, aż znowu przypomni o kobiałce.
Zawierała pół bochna i duży caluteńki serek. Oczywiście,
wypróżniłem ją do dna. Potem zaszyłem się w słomę i wnet zasnąłem.
Noc była, kiedy mnie obudzono. Człowiek, który za dnia ze mną
rozmawiał, siedział na wozie. Zatrzymaliśmy się na trakcie przed
wioską.
- Młokosie, toż dopiero masz wsuwę! - rzekł. - I co za sen!
Nie czułeś, żeśmy się dwukrotnie zatrzymywali?
- Nie.
- A więc chcesz do Ameryki? Boskie to dla ciebie zrządzenie,
chłopcze, bo ja się tam również wybieram. Czy chcesz ze mną
pojechać?
- Tak.
- Cóż, kiedy czmychnąłeś od swoich bez pozwolenia. Nie masz
chyba paszportu, ani innego kwitka?
- Mam tylko to, co noszę na sobie.
- No cóż, niewiele tego, ale mam dla ciebie litość.
Wymacałem cię na śniegu i jestem gotów zaopiekować się tobą, skoro
mi przyrzekniesz dwie rzeczy. Po pierwsze, masz mnie słuchać, po
drugie, nie pisnąć ani słówka, kim jesteś, skąd przybywasz i dokąd
zmierzasz.
- Chętnie przyrzekam.
- Dobrze! Zostaniesz przy mnie, dopóki nie przybędziemy do
Ameryki. Nazywaj mnie stryjem. Pamiętaj, że twój dziadek był bratem
mego ojca, że pochodzi, z Halberstadtu i że cię przygarnąłem,
ponieważ wszyscy twoi pomarli. Jesteś u mnie od kwartału. Tak masz
odpowiadać, gdy cię kto zapyta.
- Dobrze.
- Będziesz się miał dobrze. A więc stoi, jak stanęło. Kiedyś
chrapał, przejeżdżaliśmy przez miasto. Kupiłem od tandeciarza buty
i ubranie dla ciebie. Wdziewaj żwawo!
"Uchylił nieco nakrycia, abym mógł się przebrać. Następnie
usiadłem przy nim na koźle i pojechaliśmy do wsi, gdzie stanęliśmy
w gospodzie."
- Zacny zbawca pański zapewne był z zawodu woźnicą? -
zapytałem, przerywając jego opowieść.
- Tak, był to woźnica wiejski.
- Ah, znam ich dobrze. Wędrowali dawniej na ciężkich wozach
z wioski do wioski, wszystko brali na przewóz i nieraz dopiero, po
długich latach wracali do domu. Przystrajali konie w osobliwe
chomąta i skóry. Ludzi tych znamionowała uczciwość, można im było
zawierzyć cały majątek. Ale pański woźnica nie wydaje mi się zbyt
rzetelnym, przynajmniej w stosunku do pana, skoro twierdził, że
zmierza do Ameryki. To naturalnie mijało się z prawdą. Zapewne
chciał ciągnąć z pana korzyści?
- To prawda. Z początku jednak ufałem i nawet polubiłem tego
człowieka. Nazywał mnie Konradem, ja zaś jego stryjem. Karmiłem i
czyściłem konie, spałem przy nich w stajni i w miarę sił wyręczałem
starego przy robocie. Za to żywił mnie i czasami nagradzał jakim
zużytym przyodziewkiem, nic ponadto. Miesiące mijały za miesiącami
- spostrzegłem się wreszcie, że mnie okpił, ale trafiło mi do serca
to życie swobodne i dlatego zostawałem dosyć długo przy nim, aż
któregoś dnia wzięliśmy ładunek do Otterndorfu. Miejscowość ta leży
niedaleko morza. Obudził się we mnie w dwójnasób dawny pociąg do
Ameryki, i oto zbiegłem do Bremerhaven.
- Bez pieniędzy?
- Patron mój sądził, że nie mam pieniędzy i dlatego był
dufny w siebie. Ale podczas półtorarocznej wędrówki u boku starego
kapnął mi nieraz przy ładowaniu napiwek. Ukrywałem go skrzętnie,
więc uciułałem trochę grosza. Zbiłem taką sumkę, że mogłem, nie
żebrząc, dotrzeć z Otterndorfu do Bremerhaven. Ale nie starczyłoby
mi na długo. Dlatego natychmiast poszukałem knajpy marynarskiej.
Nabrałem bowiem rozumu i słyszałem od ludzi, że w takich knajpach
można natrafić na darmową okazję do Ameryki. - Koniec końcem,
znalazłem się w szynku nabitym marynarzami. Jeden z wilków wdał się
ze mną w rozmowę. Powiedziałem o sobie tyle, ile uważałem za
stosowne, poczem przyrzekł mi poparcie. Zastawił przede mną
kolację, uraczył mnie wódką, rumem, arakiem, koniakiem i ponczem,
aż straciłem przytomność. Kiedym się ocknął, zobaczyłem, że leżę w
małej dziurze, nie większej nad psią budę. Dokoła było ciemno, choć
oko wykol. Nade mną trzeszczało, pode mną bulgotała woda. Macałem
dookoła siebie - nie mogłem znaleźć wyjścia. Było mi źle na duszy,
w głowie burczało niczem basetla, w kościach łamało. Po długiej
chwili rozległy się kroki, odsunięto rygiel, poczem wyłoniła się
postać w ubiorze marynarskim ze świecą w ręku. To był majtek, który
mnie poprzedniego dnia podejmował. Roześmiał się i rzekł:
- Fora stąd, szczurze lądowy! Kapitan chce cię widzieć. Ale
gadaj po ludzku i nie sprzeczaj się z nim. Nie myśl, że to jakaś
zacna dusza.
Z trudnością wygramoliłem się z dziury. Był to, jak się
później dowiedziałem, karcer dla niesfornych majtków. Poszedłem za
swoim "aniołem opiekuńczym" po wąskich i stromych schodach i
znalazłem się na pokładzie okrętu, który rozpiął wszystkie żagle.
Jak okiem sięgnąć, wszędzie była woda i tylko woda. Zaprowadzono
mnie do kapitana, który stał na pomoście. Nosił obszerne spodnie,
kepi ze złotym galonem i potężną brodę z wąsiskami. Ujął mnie za
ramię, okręcił parę razy, parsknął jak kot nad myszą, którą za
chwilę połknie, i zapytał:
- Skąd pochodzisz?
Bez wahania wyłożyłem całą prawdę, gdyż wszelkie kłamliwe
słówko zamierało mi na wargach wobec tego oblicza.
- Wydajesz mi się dobrym ptaszkiem. Nie szkodzi - wyleczymy
cię jako żywo. Mianuję cię chłopcem okrętowym. Tam stoi maat,
któremu będziesz podlegał. Każde nieposłuszeństwo okupisz chłostą.
A teraz marsz, fora stąd!
"Maat, którego mi wskazał, wyglądał srożej, niż kapitan.
Wziął mię za ramię, pociągnął naprzód, wepchnął w ręce garnek z
dziegciem i, mimo że pierwszy raz w życiu byłem na morzu, pokazał
na zewnętrzną ścianę okrętu. Ponieważ się ociągałem, rozciągnięto
mnie na desce i póty chłostano, aż nie starczyło sił do krzyku.
Zaczęło mi się tak źle powodzić, jak nigdy dotychczas, a w moich
ustach to chyba coś znaczy. Pożeglowaliśmy do Indyj Zachodnich,
gdzie wymieniono ładunek na inny. Nie wypuszczano mnie z okrętu i
nie pozwolono nawet rozmawiać z przybyszami z lądu. Z Indyj
zrobiliśmy kurs do Bostonu, następnie do Marsylji, do Southamptonu
i znów do Ameryki, do New-Yorku"
- Drogi panie, czemu pan pozwolił się dręczyć?
- Gdybym się przeciwstawił, zatłukliby mnie na śmierć.
-
Pah! Pan mnie nie zrozumiał. Na morzu - oczywiście, był
pan we władzy kapitana, ale w każdym porcie mogłeś się z pod jego
mocy wyłamać.
- Ale wszak zatrzymywano mnie na pokładzie.
- To i cóż z tego? Na pokład przychodzą różni urzędnicy. Aby
odzyskać wolność, wystarczyło zwrócić się do którego z nich.
- Nie ważyłem się. Wszak byłem zbiegiem. Jednakże w
New-Yorku odzyskałem wolność. Kapitan ściągnął na siebie nienawiść
dwóch majtków, sprytniejszych ode mnie. W nocy wymknęli się na ląd,
zabierając mnie za sobą. Ucieczka powiodła się. Na ląd Ameryki
wstąpiłem jako człowiek wolny. Z początku zmykałem co tchu, aby nie
wpaść w ręce kapitana, lub jego siepaczy. Był to dzień
przedświąteczny. Znalazłem świeżą niewykończoną budowlę, schroniłem
się w niej, aby dosyta pospać, sen bowiem był mi bardziej
potrzebny, niż posiłek. Obudziłem się - znów był wieczór. Byłem
głodny, ale nie porzuciłem ukrycia przedewszystkiem dlatego, że nie
ufałem kapitanowi, a zresztą przyszło mi na myśl, iż mogę znaleźć
zajęcie przy budowli.
- Chwalebna myśl. Jedynie praca mogła pana uratować.
- Tak, wiedziałem o tem. Przeszedłem okrutną szkołę, która
mnie dobrze wyedukowała. Czekałem do rana, aż przyszli murarze i
cieśle. Zagadnąłem ich, żaden jednak nie rozumiał po niemiecku, ale
wkońcu natrafiłem na właściwego człowieka, na Prusaka z okolic
Królewca. Wymarzył był sobie w Ameryce góry złota, pojechał, no i -
teraz dźwigał cegły. Dzięki niemu dostałem zatrudnienie. Nie było
lekkie, ale znośne. Żyłem nader oszczędnie, uciułałem sobie przez
zimę setkę dolarów i pojechałem do Filadelfji, aby się zająć swem
właściwem rzemiosłem.
- Ale mówił pan, żeś się go nie nauczył?
- Oczywiście, według naszych pojęć. W Ameryce dopiero
zrozumiałem, co znaczy podział pracy. W Filadelfji wstąpiłem do
fabryki, gdzie każdy robotnik wykonywał zawsze tę samą pracę. Do
tego nie trzeba być zawołanym szewcem. Przez cały rok przyszywałem
noski. Zebrałem już trzysta dolarów i przeniosłem się do Chicago,
aby pracować w podobnej fabryce. Nie zagrzałem miejsca. Chciałem
się czegoś nauczyć, przy takim zaś podziale pracy nie było o tem
mowy. Spotkałem Irlandczyka, który posiadał także małą sumkę. Znał
dobrze kraj i zaproponował mi, abym ruszył z nim na Far-West jako
pedlar. - Można było - twierdził - wiele na tem zarobić. -
Przystałem. Przeprawiliśmy się przez Missisipi, złożyli obopólną
gotowiznę, zakupili towaru i poszli ku Missouri. Po dwóch
miesiącach towar był sprzedany, a gotówka podwojona. Odbyliśmy
jeszcze cztery takie podróże, gdy raptem wspólnik mój ulotnił się
ze swoją własną, a także i moją sumką.
-
Aha! Teraz musiał się pan zpowrotem zabrać do szycia
nosków.
- Wziąłem się do innej pracy, pierwszej lepszej, jaka mi się
nadarzyła. Harowałem uczciwie, ale nie mogłem nic uciułać. Z
rozpaczy przyłączyłem się do grona poszukiwaczy złota.
- Aby nic nie znaleźć!
- No tak. Gnaliśmy o głodzie po górach. Nikt z nas nie był
westmanem, dlatego życie płynęło nam gorzko. Ponadto napadli na nas
Nawajowie. Wprawdzie czmychnęliśmy, ale na pewno wpadlibyśmy znów w
ich ręce, gdyby nie Winnetou, który towarzyszył nam do jeziora
Mariposa. Tam spotkaliśmy się z panem.
- Gdyby mi pan wówczas opowiedział swoje przeżycia tak, jak
teraz, na pewno służyłbym dobrą radą i uczynkiem.
- Nie było sądzone. Zły los poskąpił mi śmiałości. Jakże
mogłem ja, który byłem niczem, zaprzątać swoją osobą takiego Old
Shatterhanda! Ta nieśmiałość wyszła mi na dobre. Ciekaw jestem, czy
pańska rada doprowadziłaby mnie do miljonów.
- Ma pan słuszność. Jestem, przekonany, że ja sam miljonów
nigdy się nie dorobię. Ale dalej! Co pan robił w Kalifornji?
- Rzemiosło nic mi nie dało, mniej jeszcze handel, więc
zabrałem się do rolnictwa. Zostałem parobkiem w estancji.
Właściciel rychło mnie polubił. Miałem chęć do pracy i wskutek tego
zarabiałem coraz więcej. Pewnego razu djabeł skusił mnie do gry.
Puściłem na hazard półroczne wynagrodzenie i... wygrałem, ale byłem
jeszcze dosyć rozsądny, aby w porę odejść od stołu. W dwa lata
zebrałem pięćset dolarów. W tym czasie wysłał mnie gospodarz do
Jone-City po zakupy. Zabrałem swój mająteczek, aby go ulokować w
bezpiecznem miejscu. Lecz oto spotkałem Jankesa, który mi
zaproponował kupno gruntu nad górską rzeczką. Przysięgał
stokrotnie, że jest to najlepsza ziemia w całej Kalifornji. Coś
mnie ubodło. Byłem najmitą, a oto mogłem zostać gospodarzem.
Koledzy Jankesa namawiali gorąco, ubiłem więc interes.
- Za ile?
- Za czterysta dolarów gotowizną.
- Czy Yankee był istotnym posiadaczem tego gruntu, czy też
tylko spornym? Wie pan, jakie matactwa dzieją się przy tego rodzaju
kupnach. Słyszałem nawet, że sprzedawano i kupowano tereny, których
wcale nie było.
- Ale tu było inaczej. Zanim kupiłem, poinformowałem się u
władz miejscowych. Ziemia ta istniała i należała do Jankesa,
któremu bezwzględnie wolno ją było sprzedać.
- Ale czemu sprzedawał? Skoro ją tak chwalił, powinien był
zachować dla siebie.
- Wyłuszczył mi powody. Tęsknił do awanturniczego życia i
nie mógł usiedzieć na miejscu.
- Hm! Był to jednak wybieg.
- Bezwzględnie. Skoro dobiłem targu i wypłaciłem gotówkę,
Yankee i jego towarzysze zaczęli mnie wyśmiewać. Powiedzieli wręcz,
że kupiłem bagno, do niczego niezdatne błotnisko!...
- Błotnisko, a zatem swamp? Aha, zbliżamy się do
Oil-Swamp!
- Owszem. Gospodarz mój, dowiedziawszy się o mojem
niefortunnem kupnie, zaczął się na mnie gniewać. Niechętnie się ze
mną rozstawał. Radził, abym uważał pieniądze za stracone i, nie
zaprzątając sobie głowy błotniskiem, pracował u niego, jak
dotychczas. Twierdził, że zaoszczędzę przynajmniej ostatnią setkę
dolarów, którą chcę wydać na podróż, i że wkrótce znów się dorobię
uczciwą pracą na roli. Nie dałem się namówić. Skoro kupiłem grunt,
chciałem go przynajmniej zobaczyć, choćbym miał stracić ostatnie
grosze. Pewien Niemiec, nazwiskiem Ackermann, zamożny obywatel z
San Francisco, kupił wpobliżu mego błotniska lasy i pojechał tam,
aby urządzić tartak. Przedsiębiorstwo zaczęło się skromnie, ale
zataczało coraz szersze kręgi. Syn tego Niemca pozostał w San
Francisco, zatrzymany interesami, ale po ich załatwieniu podążył
wślad za ojcem. Spotkałem się z nim po drodze. Jechaliśmy do tej
samej miejscowości. Mój towarzysz był tam już dawniej, aczkolwiek
niedługo. Obejrzawszy papiery i plan, potrząsnął głową i rzekł:
- Jesteś pan naszym najbliższym sąsiadem. Nie mogę pana
pocieszyć żadną nadzieją. Nabył pan trzęsawisko. Jak na cenę, którą
pan zapłacił, jest to ogromny szmat ziemi, ale cóż z tego, skoro na
nic się nie zda?
Kiepska pociecha. Niebawem ojciec potwierdził słowa syna.
- Posiada pan - rzekł - obszerną kotlinę, bagnisko, otoczone
gołemi, bezpłodnemi wzgórzami. Gdzie niegdzie tylko spotyka się
samotną roślinkę. Co z tem można zrobić? Poprostu wyrzucił pan
pieniądze przez okno.
- Przynajmniej niech obejrzę ten swamp - rzekłem,
przygnębiony. - Jest to jedyna pociecha, jaką będę miał z niego.
- Stanowczo jedyna. Wypocznij pan u mnie. Jutro pojedzie pan
i, jeśli nic nie masz przeciwko temu, dotrzymam panu towarzystwa.
Nazajutrz rano wyruszyliśmy. Towarzyszył nam również syn
Ackermanna. Jechaliśmy długo przez lasy iglaste. Należały do niego
i mogły dostarczyć tartakowi niewyczerpanej ilości drzewa.
Następnie jechaliśmy przez gołe wzgórza, które się naraz
rozstąpiły, biegnąc dokoła obszernej niziny o beznadziejnym
pejzażu. Przed nami ciągnęło się bagno - nic więcej, prócz bagna. U
brzegu widać było jeszcze nieco krzewów. Później szło sitowie,
następnie mech, zielonkawo-bronzowy błotny mech, sterczący między
blademi kałużami. Żadna inna roślinność nie mogła się tutaj
utrzymać; wszelkie życie zwierzęce wywędrowało do innych okolic.
- Masz pan! - rzekł starszy Ackermann. - Ten widok jest tak
beznadziejny, ze ilekroć tu zajrzę, cofam się czem prędzej
zpowrotem.
- A więc nie zachodził pan głębiej?
- Nie.
- A jednak chętnie sprawdzę, czy tam nie jest inaczej.
- Naturalnie, że nieinaczej! Widać to z pierwszego rzutu
oka.
- Być może. Ale muszę objechać dookoła swoją posiadłość.
Jeśli obejrzę ją ze wszystkich stron, powetuję sobie tą
przyjemnością stratę dolarów i noga moja nie postanie tu więcej.
- Jak pan uważa! Mamy sporo czasu. A zatem objedziemy
miejscowość. Ale trzeba się mieć na baczności, grunt jest bowiem
zbyt wodnisty i można łatwo się zapaść.
Jechaliśmy krok za krokiem bardzo ostrożnie. Naraz
poczuliśmy osobliwy zaduch. Stary, który jechał na przodzie,
wywąchał go natychmiast. Osadził konia, wdychał powietrze w nozdrza
i odezwał się:
- Co za wstrętny, przenikający smród? Nie czułem go
dotychczas. Cuchnie jak w trumnie!
- Jak trup! - dodał syn.
- Jak smołowiec - wtrąciłem.
Jechaliśmy dalej. Zaduch był coraz nieznośniejszy.
Dotarliśmy do miejsca, gdzie błotnisko, leżące wciąż po prawej
ręce, nie miało przykrycia mszanego i wyglądało, jak zatrute. Woda
była tłusta, jakgdyby polana posoką, lśniącą niebiesko i żółto.
Nagle stary Ackermann krzyknął, zeskoczył z konia i podszedł do
wody.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.