Od wczesnego ranka przebyłem
znaczną przestrzeń. Opanowało mię pewne znużenie, które zwiększały
jeszcze silne promienie słońca, dochodzącego już do zenitu.
Postanowiłem więc zatrzymać się, ażeby odpocząć i spożyć obiad.
Prerya rozciągała się przedemną w dal nieskończoną, tworząc falę za
falą. Od pięciu dni, kiedy to Ogellallajowie rozbili nasze szczupłe
grono, nie zauważyłem ani godnego wzmianki zwierzęcia, ani śladu
człowieka i zatęskniłem wkońcu za jakąś rozumną istotą, za której
pośrednictwem mógłbym się przekonać, czy z powodu długotrwałego
milczenia nie zapomniałem zupełnie mowy ludzkiej.
Ponieważ w tej okolicy nie było potoku, ani innej wody,
zarówno jak lasu, ani zarośli, przeto nie potrzebowałem długo
wybierać, lecz mogłem stanąć, gdzie mi się podobało. To też w
pierwszem zagłębieniu falistego gruntu, na które natrafiłem,
zeskoczyłem na ziemię, spętałem mego mustanga, zdjąłem zeń derkę i
wyszedłem na wzniesienie, aby się tam położyć. Konia musiałem
zostawić na dole, ażeby go nie dostrzegł zbliżający się
nieprzyjaciel, dla siebie zaś obrałem punkt wyższy, by móc objąć
wzrokiem całą okolicę. Nie obawiałem się, żeby mię tam kto
zobaczył, gdyż zaraz położyłem się na ziemi.
Miałem dostateczne powody do ostrożności. Wyruszyliśmy byli
z nad brzegów Platte w liczbie dwunastu ludzi w tym zamiarze, żeby
po wschodniej stronie Gór Skalistych zejść do Teksas. W tym samym
czasie opuściły były różne plemiona Siouksów swoje wsi obozowe, aby
wywrzeć zemstę za to, że kilku ich wojowników zabito w ostatnich
czasach. Wprawdzie wiedzieliśmy o tem, lecz pomimo naszej
przebiegłości wpadliśmy im w ręce i po krwawej walce, w której
pięciu z nas utraciło życie, rozprószyliśmy się na wszystkie
strony.
Ponieważ po tropie, którego nie zdołaliśmy zatrzeć zupełnie,
Indyanie musieli poznać, że udaliśmy się na południe, przeto nie
ulegało wątpliwości, że będą nas ścigali. Trzeba było mieć się na
baczności, jeśli się chciało uniknąć tego szczęścia, żeby,
owinąwszy się derką wieczorem, zbudzić się rano bez skalpu w
wiecznych ostępach.
Położyłem się więc na ziemi, wydobyłem kawałek suszonego
mięsa bawolego, natarłem je w braku soli prochem strzelniczym i
spróbowałem doprowadzić zębami do stanu, któryby pozwolił tę
skórzaną substancyę bez niebezpieczeństwa dla zdrowia przenieść do
żołądka. Następnie wyjąłem z kieszeni "własnoręcznie" zrobione
cygaro, zapaliłem je zapomocą punksu i zacząłem wydmuchiwać z dymu
figury z taką przyjemnością, jak gdybym był plantatorem w Wirginii
i palił skubane w rękawiczkach środkowe listki najlepszego
goosefoot.
Leżałem tak na kocu jeszcze niedługo, kiedy oglądnąwszy się
przypadkiem poza siebie, ujrzałem na widnokręgu punkt, poruszający
się wprost ku mnie pod kątem ostrym do mojego kierunku. Zsunąłem
się wobec tego natychmiast ze wzniesienia tak daleko, że mnie
całkiem zasłoniło i przypatrywałem się dalej zjawisku, w którem
wnet rozpoznałem jeźdźca, zwyczajem Indyan siedzącego koniowi
prawie na karku.
Zobaczyłem go w odległości może półtorej mili angielskiej.
Koń jego wlókł się tak powoli, że potrzebował z pół godziny, aby
przebyć milę. Spojrzawszy ponownie w dal, zobaczyłem z przerażeniem
jeszcze cztery punkty, poruszające się w ślad za nim. Pierwszy
jeździec był białym, czego niezbicie dowodziło jego ubranie. Czyżby
tamci byli Indyanami, którzy go ścigali? Popatrzywszy przez
dalekowidz, przekonałem się, że domysł mój był prawdziwy.
Uzbrojenie i tatuowanie zbliżających się wskazywało na to, że to są
Ogellallajowie, czyli członkowie najbardziej wojowniczego i
najokrutniejszego plemienia Siouksów. Oni mieli konie znakomite,
tymczasem koń białego wydawał się całkiem miernem bydlęciem. Biały
zbliżył się wreszcie do mnie tak, że mu się mogłem szczegółowo
przypatrzyć.
Był to człowiek chudy i nizkiego wzrostu, a na głowie miał
stary kapelusz pilśniowy bez kresy. Okoliczność ta nie wpadłaby w
oko na preryi, jako coś szczególnego, tu jednak odsłaniała brak,
uderzający niezwykle. Ten człowiek nie miał obojga uszu, a miejsce,
na którem znajdowały się niegdyś, pokryte było śladami aktu
przemocy. Widocznie poobcinano mu je bez litości. Z ramion zwisała
mu ogromna dera, osłaniająca zupełnie górną część ciała tak, że
wyzierały z pod niej tylko niezmiernie chude nogi w osobliwych
butach, z których w Europie śmianoby się do rozpuku, należały
bowiem do rodzaju obuwia, jakie wyrabiają i noszą zwykle gauchowie
z południowej Afryki. Takie buty wyrabia się w ten sposób, że
zdejmuje się skórę z nogi końskiej po odcięciu kopyta, wtyka się
nogę ludzką w tę rurę, dopóki ciepła, i czeka się, aż ostygnie.
Skóra przylgnie szczelnie do nogi i do stopy, tworząc temsamem
doskonałe obuwie, które tę tylko ma właściwość, że się w niem
chodzi na własnych podeszwach. U siodła wisiało coś podobnego do
strzelby, co jednak przypominało raczej kostur, znaleziony
przypadkowo w lesie. Klacz miała wysokie wielbłądzie nogi, głowę
dużą, uszy przerażającej długości, ale była bez ogona, słowem
wyglądała tak, jak gdyby ją poskładano z końskich, oślich i
wielbłądzich części ciała. Szła z głową spuszczoną ku ziemi, uszy
zaś, jakby zbyt ciężkie, zwieszały się tuż przy samej głowie jak u
psa nowofundladzkiego.
Nowicyusz albo i doświadczony człowiek w innych
okolicznościach uśmiałby się na widok tego jeźdźca i konia, mnie
jednak wydał się ten człowiek, pomimo swej osobliwej postaci,
jednym z owych westmanów, których trzeba wprzód poznać, zanim się
oceni ich wartość. On nie przeczuwał widocznie, że tak blizko za
nim podąża czterech najstraszliwszych wrogów preryowego myśliwca,
bo nie byłby jechał tak wolno i swobodnie, lecz byłby czasem
oglądnął się przynajmniej na nich.
W odległości stu kroków odemnie natrafił obcy na mój trop.
Kto pierwszy go spostrzegł, czy jeździec, czy jego klacz, tego nie
mógłbym powiedzieć, dość, że zwierzę się zatrzymało, spuściło głowę
jeszcze niżej i zaczęło zezować ku śladom mego mustanga, przyczem
ruszało żywo uszyma, to spuszczając je naprzód, to kładąc w tył, co
wyglądało tak, jak gdyby jakaś niewidzialna siła chciała mu je z
głowy powykręcać. Zauważyłem, że obcy zamierza zeskoczyć z siodła,
aby trop zbadać dokładnie, na co byłby niepotrzebnie stracił wiele
cennego czasu. To też powstrzymałem go od tego okrzykiem:
- Halo, hej, człowieku! Jedźcie dołem i przybliżcie się
trochę ku mnie!
Równocześnie zmieniłem swoją postawę, aby mię mógł zobaczyć.
Klacz także głowę podniosła, wyprężyła uszy naprzód, jak gdyby się
starała pochwycić w nie mój okrzyk jak piłkę i wywijała przytem
pilnie kawałkiem ogona.
- Hallo, master! - odpowiedział jeździec. - Na drugi raz
zapanujcie nad swoim głosem i ryczcie cokolwiek ciszej! Na tej
starej łące nigdy się nie wie, czy tu lub ówdzie nie tkwią jakie
uszy, które nie powinny nic słyszeć. Chodź, Tony!
Na skutek tej zachęty rozstawiła klacz niesłychanie długie
nogi i stanęła potem sama obok mojego mustanga, a spojrzawszy nań
wyniośle i z wielką niechęcią, zwróciła się do niego wprost
niegrzecznie pewną częścią ciała, należała bowiem do tych, nie
rzadko na preryi spotykanych, zwierząt, które żyją wyłącznie dla
swego pana, a każdemu innemu opierają się tak, że na nic mu się nie
przydają.
- Sam wiem dobrze, jak głośno wolno mi mówić - odparłem. -
Skąd przybywacie i dokąd zmierzacie?
- To was dyabelnie mało obchodzi!
- Tak wam się zdaje? Nie grzeszycie zbytnią uprzejmością.
Takie świadectwo mogę wam już teraz wystawić z czystem sumieniem,
chociaż zamieniliśmy zaledwie dwa słowa. Muszę wam się jednak
przyznać, że jestem przyzwyczajony do tego, żeby na moje pytania
odpowiadano!
- Hm, tak; wydajecie mi się bardzo dostojnym gentlemanem -
rzekł, patrząc na mnie lekceważąco. - Dla tego zaraz wam udzielę
żądanego wyjaśnienia.
Po tych słowach skinął ręką poza siebie, oraz przed siebie,
a potem dodał:
- Przybywam stamtąd, a tam zmierzam.
Ten człowiek zaczął mi się podobać. Uważał mię pewnie za
zabłąkanego członka z grona niedzielnych myśliwych. Prawdziwy
westman nie troszczy się o swoją powierzchowność i okazuje szczerą
niechęć do wszystkiego, co czyste. Kto latami włóczy się po dzikim
Zachodzie, tego wygląd zewnętrzny nie nadaje się do salonu. Taki
westman domyśla się w każdym porządnie odzianym człowieku
greenhorna, po którym nie można się spodziewać niczego dobrego. Ja
właśnie zaopatrzyłem się był niedawno w forcie Wilfers w nowe
ubranie, a broń zawsze lubiałem trzymać w porządku, a te dwie
okoliczności nie dopuszczały pełnego uznania dla mnie w oczach
sawannowego myśliwca. Dlatego nie wziąłem za złe tej lakonicznej
odpowiedzi obcego, lecz odrzekłem spokojnie, wskazując tak samo,
jak on przed siebie:
- To starajcie się dojść "tam", ale uważajcie na czterech
Indyan, którzy dążą za waszym tropem! Nie spostrzegliście ich chyba
dotychczas?
Obcy utkwił we mnie jasne, bystre, oczka z wyrazem zdumienia
i wesołości równocześnie.
- Nie spostrzegłem? Hihihi! Aż czterech Indyan jabym miał
nie zauważyć! Wy naprzykład wydajecie mi się wcale szczególną
figurą! Ci poczciwcy jadą za mną już od rana, ale ja się za nimi
nie oglądam, gdyż sposoby tych panów są mi znane. Za dnia będą się
trzymali w odpowiedniem oddaleniu, a spróbują podejść mnie dopiero,
gdy się na noc ułożę. Ale bardzo się przeliczą naprzykład, gdyż
urządzę im pierścień, po którym znajdę się na ich tyłach. Dotąd nie
miałem jeszcze odpowiedniego terenu do tego. Będę mógł to zrobić
dopiero tu między falami. Jeżeli chcecie się nauczyć, jak się do
takiej rzeczy bierze stary westman, to zaczekajcie tu z dziesięć
minut. Ale wy pewnie zaniechacie tego, gdyż człowiek waszego
pokroju naprzykład dyabelnie nie ma ochoty wciągać do nosa
indyańskiej perfumy. Come on, Tony!
Nie troszcząc się już dalej o mnie, odjechał, a w pół minuty
zniknął razem ze swoją słynną klaczą pomiędzy wyniosłościami
terenu.
Plan jego dobrze pojąłem, gdyż na jego miejscu byłbym
podobnie postąpił. On postanowił zatoczyć łuk, dostać się w ten
sposób poza swoich wrogów, aby zaś to uskutecznić, musiał się do
nich zbliżyć, zanimby ze zmienionego kierunku przejrzeli jego
taktykę. Zbytecznem jednak dla niego było cofać się poza Indyan,
wystarczało zakreślić łuk tak krótki, iżby sami musieli przejechać
obok niego. Dotąd śledzili go dokładnie, wiedzieli, jak daleko
znajduje się przed nimi, nie mogli zatem przypuścić, żeby był znowu
blizko.
Ponieważ było czterech przeciwko jednemu, przeto
przygotowałem się odrazu na to, że będę musiał użyć broni. Zbadałem
ją zatem i czekałem na dalszy przebieg wypadków.
Zbliżając się z każdą chwilą, dojechali byli Indyanie już
prawie do miejsca, gdzie trop obcego stykał się z moim, kiedy nagle
jadący na przedzie zatrzymał konia i odwrócił się do towarzyszy.
Wydało im się przecież podejrzanem, że ścigany przez nich biały
gdzieś zniknął. Odbyli więc krótką naradę, podczas której stali tuż
obok siebie. Kulą z rusznicy mogłem ich już dosięgnąć, ale to było
niepotrzebne, gdyż w tej chwili huknął jeden strzał, a zaraz po nim
drugi. Dwaj Indyanie spadli z koni bez życia, a równocześnie
rozległ się tryumfalny okrzyk:
- O-hi-hi-hiii! - wydany gardłowym głosem, podobnie jak to
czynią Indyanie przy wojennym okrzyku.
Ale tym razem nie podniósł tego okrzyku Indyanin, lecz mały
myśliwiec, który wychylił się z zagłębienia po dwu wystrzałach,
udając, że chce uciekać. Klacz zamieniła się teraz w całkiem inne
zwierzę. Wyrzucała kopytami, aż trawa w górę wylatywała, głowa jej
z nastawionemi uszyma zrównała się w tym zapale z szyją, a każda
żyła, każde ścięgno na jej ciele naprężyło się do ostatecznych
granic. Jeździec i koń jakby się zrośli z sobą. Biały wywinął
strzelbą i nabił ją w cwale z pewnością, która świadczyła o tem, że
nie poraz pierwszy znalazł się w takiem położeniu.
Za nim rozległ się trzask dwu wystrzałów. Indyanie wypalili
do niego, lecz nie trafili. Wobec tego wrzasnęli jak wściekli,
porwali za tomahawki i popędzili za nim. Aż do tej chwili nie
oglądnął się na nich ścigany, teraz jednak, uporawszy się z
nabijaniem, skręcił nagle konia. Zdawało się, że koń myśli o
postanowieniach swego pana, bo stanął i wyprężył się jak kozioł do
rznięcia drzewa. Jeździec podniósł strzelbę i wymierzył prędko. W
następnej chwili błysnęło raz po razu, przyczem klacz ani drgnęła,
a obaj Indyanie spadli z koni z przestrzelonemi głowami.
Ja trzymałem ciągle kolbę przy ramieniu, lecz cyngla nie
nacisnąłem, gdyż mały myśliwiec nie potrzebował mojej pomocy. Teraz
zsiadł z konia, aby zbadać poległych, a ja zbliżyłem się ku niemu.
- No, sir, czy wiecie teraz naprzykład, jak się czerwonym
łajdakom urządza pierścień? - zapytał.
- Thank you, master! Przekonałem się, że mogę się od was
czegoś nauczyć.
Mój uśmiech musiał mu się jednak wydać trochę dwuznacznym,
gdyż spojrzał na mnie bystro i rzekł:
- Może wy bylibyście także wpadli na taki pomysł?
- Pierścień nie był tu tak bardzo potrzebny. Tam, gdzie
można się ukryć pomiędzy falami gruntu, wystarczy ukazać się
nieprzyjacielowi w większej odległości, a potem wrócić poprostu
własnym śladem. Pierścień jest odpowiedniejszy na równej, otwartej,
preryi.
- Patrzcie! Skądże wy o tem wiecie? Kto wy właściwie
jesteście, hę?
- Piszę książki.
- Piszecie książki? - powtórzył i cofnął się o krok w
zdumieniu, przybierając minę, napół podejrzliwą, a na pół
litościwą. - Czyście chorzy, sir?
Wskazał przytem na czoło. Ja zaś domyśliłem się zaraz o
jakiej chorobie mówił.
- Nie - odrzekłem.
- Nie? To was chyba niedźwiedź zrozumie, ale nie ja. Ja
strzelam do bawołu, bo muszę jeść, ale z jakiego powodu wy piszecie
książki?
- Ażeby je ludzie czytali.
- Sir, nie weźcie mi tego za złe, ale ja twierdzę, że to
największe głupstwo, jakie tylko można wymyślić! Kto chce czytać
książki, niech je sobie sam pisze, to naprzykład pojmie każde
dziecko. Ja także zwierzyny dla nikogo nie strzelam! Aha, więc
jesteście book maker? W takim razie poco przyjeżdżacie na sawannę?
Czy będziecie naprzykład tu pisali książki?
- Czynię to zwykle dopiero po powrocie do domu. Opowiadam w
tych książkach wszystko, co przeżyłem i na co patrzałem, a tysiące
ludzi czytają to i wiedzą całkiem dobrze, co się dzieje na
sawannie, a nie potrzebują mimoto sami udawać się na preryę.
- Czy i o mnie tam wspomniecie?
- To się rozumie!
Nieznajomy odskoczył jeszcze o krok, a potem przystąpił tuż
do mnie, położył prawą dłoń na rękojeści noża, a lewą na mem
ramieniu i rzekł:
- Sir, tam stoi wasz koń. Powieście się na nim i zabierzcie
się stąd precz, jeśli nie chcecie, żeby wam kilka cali ostrego,
zimnego, żelaza zakradło się pomiędzy żebra. Toż przy was nie można
słowa powiedzieć, ani ręką ruszyć, żeby się cały świat o tem nie
dowiedział. Niech was porwie to, czy owo! Dyrdajcie sobie stąd
czemprędzej!
Mały człowieczek dosięgał mi ledwie do ramienia, a mimoto
groził mi wcale poważnie. Bawiło mnie to oczywiście w duszy, choć
tego po sobie nie okazywałem.
- Zapewniam, że tylko dobrze o was napiszę! - rzekłem.
- Idźcie! Tego żądam i tak być musi!
- To dam wam słowo, że wcale nie będę o was pisał!
- To nic nie znaczy! Kto pisuje książki dla drugich, ten
zwaryował, a waryat nigdy nie dotrzymuje słowa. A więc precz,
człowiecze, bo mi żółć gotowa wejść w palce i spowodować coś
niemiłego dla was!
- Co takiego?
- Zaraz zobaczycie!
Spojrzałem z uśmiechem w jego gniewem płonące oczy i
powiedziałem spokojnie:
- No, to pokażcie!
- A więc patrzcie! Jak wam się podoba ta klinga?
- Wcale, wcale! Zaraz wam tego dowiodę!
W jednej chwili pochwyciłem go, a zagiąwszy mu ręce w tył,
wsunąłem między nie a grzbiet moją lewą rękę i przycisnąłem je do
siebie mocno, a wreszcie ująłem prawą w przegubach tak silnie, że
wypuścił nóż z ręki. Ten niespodziany napad tak stropił małego
człeka, że rzemieniem od worka z kulami związałem mu ręce na
plecach zanim zdołał wykonać jakikolwiek ruch w celu oporu.
- All devils! - zawołał. - A wam co znowu! Co chcecie ze mną
zrobić naprzykład?
- Hallo, master! Zapanujcie nad swoim głosem i ryczcie
cokolwiek ciszej - odpowiedziałem mu podobnie jak on mnie
poprzednio. - Na tej starej łące nigdy się nie wie, czy tu lub
ówdzie nie tkwią jakie uszy, które nie powinny nic słyszeć!
Wypuściłem go i szybkim ruchem pochwyciłem jego nóż i
strzelbę, które był odłożył podczas badania poległych Indyan. On
próbował sobie ręce uwolnić, z wysiłku krew nawet do twarzy mu
nabiegła, lecz nie udało mu się rozerwać rzemienia.
- Dajcie spokój, master! Będziecie skrępowani, dopóki ja
zechcę! - poradziłem mu. - Chciałem wam tylko pokazać, że book
maker zwykł tak przemawiać do ludzi, jak oni do niego. Dobyliście
na mnie noża, chociaż ja nie obraziłem was, ani nie uszkodziłem,
podpadacie więc według prawa sawanny takiej karze, jaka mnie się
spodoba. Nikt mi tego nie zgani, jeśli teraz tak się urządzę, że to
ostre, zimne, żelazo zakradnie się wam między żebra, zamiast mnie.
- Pchnijcie! - odrzekł ponuro. - Najlepiej będzie, jeśli mię
zdmuchniecie, gdyż pozwolić się jednemu człowiekowi oko w oko w
biały dzień pokonać i związać bez naruszenia jemu włosa na głowie,
to hańba, której nie przeżyje Sans-ear!
- Sans-ear? Wy jesteście Sans-ear? - zawołałem.
Słyszałem wiele, bardzo wiele, o tym słynnym westmanie,
którego nikt jeszcze nie widział w towarzystwie kogoś drugiego,
ponieważ on nie uznawał nikogo godnym tego, żeby się doń mógł
przyłączyć. Przed wielu laty musiał u Nawajów zostawić uszy, dla
tego przybrał sobie to szczególne nazwisko "Bezuchy", złożone z
wyrazów, wziętych z dwóch języków. Pod tem nazwiskiem znano go jak
daleko sięgała sawanna, a nawet i dalej.
Westman nie odpowiedział na moje pytanie. Dopiero gdy je
powtórzyłem, odrzekł:
- Moje nazwisko nic was nie obchodzi! Jeśli złe, to go nie
warto podawać, a jeśli dobre, to należałoby je uchronić od obecnej
hańby.
Przystąpiłem doń i rozwiązałem mu ręce.
- Macie tu swoją strzelbę i nóż. Jesteście wolni. Możecie
odejść, gdzie wam się spodoba!
- Nie róbcie głupich żartów! Czy mogę tu zostawić hańbę
klęski, poniesionej z rąk greenhorna? Żeby to choć był jaki setny
chłop, jak czerwony Winnetou, długi Haller, Old Firehand albo Old
Shatterhand, wtedy, tak wtedy...
- Greenhorna? Czy naprawdę sądzicie, że nowicyusz potrafiłby
wypłatać takiego figla wam, dzielnemu Sans-earowi?
- A cóż wy jesteście? Wyglądacie tak, jak gdybyście wyszli
prosto od krawca, a broń wasza wyczyszczona tak pięknie, jak na
maskaradę.
- Ale dobra! Zobaczycie! Uważajcie dobrze!
Podniosłem z ziemi kamień wielkości dwudolarówki, wyrzuciłem
wysoko w powietrze, złożyłem się szybko i trafiłem go w chwili, w
której siła rzutu i siła przyciągania ziemi pozwoliły mu dosięgnąć
największej wysokości. Zdawało się, że kamień zawisł w powietrzu, a
kula pchnęła go jeszcze wyżej.
Setki razy ćwiczyłem się dawniej w tem strzelaniu, zanim mi
się udało. Nie była to zresztą nadzwyczajna sztuka. Ale mały
westman spojrzał na mnie parą oczu, w których odbił się niemal
wyraz strapienia.
- Heavens! To był strzał! Czy się zawsze udaje?
- Dziewiętnaście razy na dwadzieścia.
- No, to poszukać takiego strzelca! Jak brzmi naprzykład
wasze nazwisko?
- Old Shatterhand.
- Nie może być! Old Shatterhand musi być o wiele, o wiele
starszy, bo inaczej nie nazywaliby go: Starą "grzmotliwą ręką".
- Zapominacie, że słowa Old używa się często nie tylko na
oznaczenie wieku.
- To słuszne! Ale, hm! Nie weźcie mi tego za złe, sir! Old
Shatterhand leżał raz pod grizzlim, który go we śnie zaskoczył i
zdarł mu skórę z pleców aż po żebra. Zraniony westman przylepił
sobie potem szczęśliwie kawał rumpsteaku, ale blizna z pewnością
będzie widoczna naprzykład!
Na to ja rozpiąłem bluzę myśliwską i znajdującą się pod nią
białą koszulę ze skóry jelenia.
- Popatrzcie!
- Do stu piorunów! A to was ładnie urządził! Pewnie było
widać wszystkich sześćdziesiąt ośm
żeber.
- Prawie. Stało się to nad rzeką Red-River. Leżałem z tą
okropną raną przez dwa tygodnie nad rzeką obok niedźwiedzia, zdany
tylko na siebie samego, dopóki nie znalazł mnie wódz Apaczów,
Winnetou, którego imię wypowiedzieliście dopiero co.
- W takim razie jesteście Old Shatterhand! Hm, posłuchajcie:
"Czy sądzicie, że ja naprzykład jestem okropnym głupcem?"
- Nie, tak nie sądzę. Popełniliście tylko błąd, biorąc mnie
za greenhorna i nic więcej. Ze strony nowicyusza nie
spodziewaliście się takiego ataku. Sans-eara można tylko
niespodzianką zwyciężyć.
- Oho! Wy nie potrzebowaliście chyba urządzać niespodzianki,
bo nie wielu zapewne posiada taką siłę bawolą. Dać się przez was
zaskoczyć nie jest bynajmniej hańbą. Moje imię i nazwisko brzmi
właściwie Sam Hawerfield. Jeżeli chcecie mi zrobić przyjemność, to
nazywajcie mnie Sam!
- A wy mnie Charley, jak wszyscy moi przyjaciele. Oto moja
ręka!
- Zgoda, niech tak będzie, sir! Stary Sam nie ściska odrazu
palców pierwszemu lepszemu, ale wam podaję rękę natychmiast. Proszę
was tylko, nie zgniećcie mi ręki na pudding! Ja potrzebuję jej
jeszcze nadal.
- Bez obawy, Samie! Ta ręka niejedno mi jeszcze wyświadczy,
tak samo jak moja gotowa zawsze wam służyć. Ale teraz wolno chyba
będzie zapytać powtórnie: skąd i dokąd?
- Przybywam teraz trochę z Kanady, gdzie dotrzymywałem
towarzystwa ścinaczom drzewa, a chcę teraz naprzykład udać się do
Teksas i do Meksyku, gdzie podobno tak dużo jest łotrów, że aż
serce się śmieje na myśl o kulach i pchnięciach, jakie tam można
otrzymać.
- Moja droga także tam prowadzi. Jadę właśnie do Teksas i do
Kalifornii, a wszystko mi jedno, czy zboczę nieco przez Meksyk. Czy
mogę się do was przyłączyć?
- Dziwne pytanie! Owszem! Wy byliście już na Południu,
takiego mi właśnie potrzeba. Ale powiedzcie mi bez żartu: czy
rzeczywiście robicie książki?
- Tak.
- Hm! Skoro to robi Old Shatterhand, to niewątpliwie jest to
coś innego, aniżeli sobie myślałem. Powiem wam jednak, że ja wolę
niespodzianie wpaść w jamę niedźwiedzią, aniżeli wepchać pióro w
atrament. Przez całe życie nie skleiłbym pierwszego słowa. A teraz
powiedzcie mi, skąd się tu biorą Indyanie! To Ogellallajowie, przed
którymi trzeba się mieć na baczności.
Podzieliłem się z nim wiadomościami o ruchach tych
czerwonych.
- Hm! - mruknął Sam. - Wobec tego wskazanem jest nie
zatrzymywać się tu długo. Natknąłem się wczoraj na trop, przed
którym trzeba mieć respekt. Naliczyłem co najmniej sześćdziesiąt
koni. Zejdziemy im chyba z drogi i skierujemy się wprost na
południe, chociaż tam dopiero jutro w południe natrafimy na wodę.
Jeśli rychło wyruszymy, dotrzemy jeszcze dzisiaj wieczorem do
kolei, biegnącej ze Stanów do krajów zachodnich, a jeżeli
przybędziemy o czasie właściwym, zobaczymy naprzykład pociąg, gdy
będzie koło nas przejeżdżał.
- Jestem gotów do drogi. Ale co zrobimy z trupami?
- Co zrobimy? Nie wiele. Zostawimy je tutaj, tylko najpierw
im uszy zabiorę.
- Musimy je zakopać, gdyż mogą zdradzić naszą obecność.
- Niech je znajdą, Charley. Ja chcę tego właśnie.
Sam zaniósł zwłoki Indyan na grzbiet wzniesienia, poukładał
je obok siebie, poobcinał im uszy i włożył w ręce.
- Tak, Charley! Zobaczą trupy i dowiedzą się zaraz, że tu
był Sans-ear. Nie uwierzylibyście, jakie to nędzne uczucie, kiedy
człowiek chce w zimie zmarznąć w uszy, a nie ma ich. Byłem raz na
tyle niezręczny, że dałem się złapać czerwonym. Kilku z nich
zabiłem, a jednemu obciąłem tylko ucho, nie trafiwszy go dobrze
tomahawkiem. Dla szyderstwa obcięli mi za to uszy, nim jeszcze
życie odebrali, co z wielką ochotą byliby zrobili. Uszu mię
wprawdzie pozbawili, lecz życia nie, bo Sam Hawerfield zabrał się
niespodzianie. Ale za moich dwoje uszu... no... policzcie!
Podniósł strzelbę i pokazał na niej nacięcia. Każde z nich
kosztowało życie Indyanina. Teraz wyciął cztery nowe kreski i mówił
dalej:
- To sami czerwoni. Tu na górze jest ośm karbów dla białych,
którym moje kule życie odebrały. Za co, o tem wam kiedyś opowiem.
Mam jeszcze dwu odszukać, ojca i syna, dwu największych łotrów na
świecie bożym. Gdy ich odnajdę, skończy się dzieło mojego życia.
Oczy jego zabłysły naraz wilgocią, a ogorzała twarz nabrała
wyrazu rzewności, wzruszenia i miłości. Domyśliłem się, że serce
starego myśliwca upomniało się było także niegdyś o swoje prawa.
Może jego tak samo, jak wielu innych, rzucił ból, albo zemsta w
objęcia dziczy, gdyż preryowy myśliwiec nic nie wie o tem wzniosłem
przykazaniu: Kochajcie waszych nieprzyjaciół!
Sam nabił na nowo strzelbę. Był to jeden z owych strasznych
samopałów, jakie się nierzadko spotyka na preryi. Drzewce straciło
już swoją formę pierwotną. Karb siedział na karbie, nacięcie na
nacięciu, a każde zosobna przypominało śmierć jednego wroga. Lufa
pokryta grubą rdzą wyglądała jak gdyby się wyciągnęła i nikt obcy
nie potrafiłby strzelać z niej znośnie. W ręku właściciela
natomiast strzelba taka nie chybia. Przywykły do niej przez całe
życie, zna on jej wszystkie zalety i wady i gdy w nią wpuści kulę
na proch, założy się o życie i o zbawienie duszy, że swego celu
dosięgnie.
- Tony! - zawołał "Bezuchy".
Klacz pasła się dotychczas w pobliżu. Na zawołanie
przybiegła i stanęła przy nim tak wygodnie, że wystarczyło mu rękę
wyciągnąć, aby wskoczyć na siodło.
- Samie, toż wy macie znakomitego konia! Na pierwszy rzut
oka niktby dolara za niego nie ofiarował, po przypatrzeniu się
jednak poznałby każdy, że nie dalibyście go za tysiąc.
- Tysiąc? Pshaw! Powiedzcie: milion! Znam w Górach
Skalistych miejsca, skąd mógłbym łopatami wybierać pieniądze i
jeśli kiedyś spotkam człowieka, który zasłuży na to, żeby go Sam
Hawerfield całem sercem umiłował, to pokażę mu te miejsca. Nie
potrzebuję więc oddawać mojej Tony za pieniądze. Powiem wam tylko
tyle, Charley: Ten, którego teraz nazywają Sans-ear, był niegdyś
całkiem inny, pełen szczęścia i rozkoszy, jako dzień pełen światła
i morze pełne wody. Był młodym farmerem i miał żonę, za którą byłby
tysiąc razy życie oddał w ofierze i dziecko, które przedstawiało
dlań wartość dziesięciu tysięcy żyć. Tę żonę przywiózł był do domu
na swej najlepszej klaczy, zwanej Tony. Kiedy później klacz
urodziła źrebię, zdrowe, żwawe i rozumne jak rzadko, czemu nie
miało się ono także Tony nazywać? Czy nie mówię słusznie?
- Oczywiście - odrzekłem, wzruszony głęboko dziecięcą
naiwnością, która przebijała się teraz z tej chropowatej skorupy.
- Well! Potem przyszło owych dziesięciu, o których wam
przedtem wspomniałem. Była to zgraja Busheaderów, którzy wtenczas
grasowali po okolicy. Spalili moją farmę, zabili mi żonę i dziecko,
zastrzelili klacz, której użyć nie mogli, ponieważ nie chciała
nosić na sobie obcego. Tylko źrebię uniknęło śmierci dlatego, że
wybiegło w pole. Powróciwszy z polowania, zastałem zwierzę,jako
jedynego świadka mojego szczęścia. Cóż wam więcej powiem? Ośmiu z
tych łajdaków padło z mojej ręki i od kul tej strzelby. Dwaj,
którzy z życiem uszli, będą także moi, gdyż na czyj trop Sans-ear
raz wejdzie, ten mu nie umknie, choćby zabiegł aż między Mongołów.
W tym właśnie celu udaję się do Meksyku i Teksas. Z młodego i
żwawego farmera zrobił się siwy przebiegacz lasów i preryi, myślący
tylko o krwi i zemście, źrebię zaś zmieniło się w istotę,
podobniejszą do kozła, niż do dobrego konia. Lecz oboje są dzielni
jeszcze dziś i wytrzymają razem niejedną przygodę, dopóki nie
świśnie strzała lub kula, nie zaszumi tomahawk i nie skróci życia
jednemu z nich. Drugie - czy człowiek, czy zwierzę - zginie samo ze
zmartwienia i tęsknoty.
Sans-ear przesunął dłonią po oczach, a potem wskoczył na
siodło i dodał:
- Tyle o dawnych dziejach, Charley! Jesteście pierwszym,
któremu je opowiadam, chociaż was widzę poraz pierwszy, i będziecie
prawdopodobnie ostatnim. Słyszeliście zapewne o mnie już często, a
mnie także obiło się o uszy nieraz wasze nazwisko, ilekroć przyszło
mi na myśl przysiąść się do jakich ludzi przy ognisku. Dlatego
chciałem wam pokazać, że nie uważam was za obcego. A teraz zróbcie
mi tę przyjemność i zapomnijcie o tem, że się wam pozwoliłem
zaskoczyć! Będę się starał wam udowodnić, że stary Hawerfield
potrafi zawsze zrobić to, co do niego należy.
Tymczasem i ja rozpętałem swego mustanga i wsiadłam nań.
Sans-ear powiedział był przedtem, że pojedziemy ku południowi,
tymczasem ruszył prosto na zachód. Nie pytałem go o nic, gdyż on z
pewnością kierował się dobrze obmyślanym zamiarem. Nie dotknąłem
również tego, że zabrał z sobą włócznie czterech Indyan. On mi
przypominał żywo starego Sama Hawkensa, z którym miał wspólne imię.
Przebyliśmy już dość długą przestrzeń, nie przemówiwszy do
siebie ani słowa, kiedy nagle mały westman zatrzymał swego konia,
zsiadł i wetknął jedną włócznię w szczyt jednej z fal terenu
zapewne w tym celu, aby Indyanom zostawić drogowskazy, któreby ich
zaprowadziły do zabitych, oraz by im pokazać, że zemsta Sans-eara
porwała znowu cztery ofiary. Następnie wyjął z torby ośm grubych
szmat, z których cztery dał mnie.
- Charley, zsiądźcie tutaj i owińcie tem kopyta mustanga! Na
tego rodzaju gruncie nie zostanie z nich dzięki temu ani śladu, a
czerwonym będzie się zdawało, że odjechaliśmy przez powietrze.
Teraz skierujecie się wprost na południe, dopóki nie dostaniecie
się do kolei, gdzie na mnie zaczekacie. Ja zatknę jeszcze te trzy
włócznie, a potem wrócę naprzykład do was. Spotkamy się napewno, a
gdybyśmy się pomylili o jaki kawałek, to sygnałem będzie w dzień
krzyk sępa, nocą zaś wycie kujota.
W pięć minut potem nie widzieliśmy się już wzajemnie.
Jechałem pogrążony w cichej zadumie we wskazanym mi kierunku.
Okrycie kopyt przeszkadzało koniowi w biegu, dla tego po przebyciu
może pięciu mil zsiadłem i zdjąłem mu szmaty, tem bardziej że
chodziło tylko o ukrycie naszych śladów w pobliżu wbitych włóczni.
Teraz mógł mustang biec prędzej. Prerya stawała się coraz to
równiejsza, a na niej zaczęły się tu i ówdzie pojawiać małe krzaki
orzechów i dzikiej czereśni. Słońce stało jeszcze nad zachodnim
nieboskłonem, kiedy na południu ujrzałem prostą linię, ciągnącą się
ze wschodu na zachód.
Czyżby to był tor kolei, o której wspomniał Sans-ear? To
pomyślawszy, zwróciłem się ku niej i wkrótce zobaczyłem przed sobą
szyny na nasypie, który dosięgał wysokości człowieka.
Opanowało mnie szczególne uczucie: niejasne, a mimoto
zrozumiałe. Na obecnym postoju zetknąłem się znów po długim
przeciągu czasu z cywilizacyą. Wystarczało zaczekać na pociąg, dać
ręką znak, wsiąść do wagonu i pojechać na wschód lub na zachód.
Przywiązawszy konia lassem do palika, zacząłem w zaroślach
szukać drzewa na ognisko. Na zboczu nasypu rósł krzak, pod którym
schyliłem się, aby podnieść trochę gałęzi i spostrzegłem ku memu
zdumieniu na ziemi młot. Leżał on tam niewątpliwie od niedawna,
gdyż sam tłuczek błyszczał nadzwyczajnie, a na bokach i okuciu
rączki nie było ani śladu rdzy, która musiałaby go pokryć, gdyby
choć przez kilka dni wystawiony był na działanie rosy nocnej. To
wszystko dowodziło, że tego dnia lub najdawniej poprzedniego
przebywali na tem miejscu ludzie.
Zbadałem najpierw zwróconą do mnie stronę nasypu, lecz nie
znalazłem nic uderzającego. Następnie wydostałem się na
nawierzchnię i szukałem znowu przez jakiś czas bezskutecznie. Wtem
zauważyłem kępkę wonnej, odznaczającej się krótkiemi źdźbłami
gramy, która wpadła mi w oko przez to, że tego rodzaju trawa rzadka
jest w tych stronach. Na niej wyciśnięty był świeży jeszcze ślad
nogi ludzkiej, pozostawiony co najwyżej przed dwiema godzinami.
Źdźbła, pogięte krawędzią podeszwy, już się były podniosły, ale na
wewnętrznej części odcisku widać było dokładnie szerokość pięty i
palców. Ślad pochodził od mokassynu. Czyżby Indyanie byli w
pobliżu? Na co wskazywałby w takim razie młot? Czy biali nie noszą
także indyańskich mokassynów? Czy nie mógł to być dróżnik kolejowy,
który używa tego wygodnego obuwia? Takie pytania nasunęły mi się
zaraz do głowy. Mimoto zdawało mi się, że nie powinienem uspokajać
się żadnym domysłem. Tu chodziło o pewność.
Co prawda, badanie nasypu było rzeczą wysoce niebezpieczną.
Po obu stronach mógł za każdym krzakiem znajdować się zaczajony
nieprzyjaciel, a z nawierzchni widać mnie było daleko. W innych
warunkach nie byłby mnie ten młot tak zaniepokoił, byłbym też
bezzwłocznie zaczął badania. Teraz jednak, wiedząc, że
Ogellallajowie grasują w tych stronach, musiałem zważać na
najmniejszą drobnostkę. Przewiesiłem rusznicę przez plecy i wziąłem
w rękę tylko rewolwer. Skradając się od krzaku do krzaku,
przesunąłem się po dość wielkiej przestrzeni, lecz bez żadnego
wyniku. Powróciłem drugą stroną, także napróżno. Badanie
przeprowadziłem na zachód od miejsca, na którem pasł się mój koń.
Potem ruszyłem na wschód, z początku także bez skutku. Wobec tego
postanowiłem się przedostać przez nasyp i prędko na rękach i nogach
przelazłem wpoprzek nawierzchni. Wtem wydało mi się, że czuję
szczególny szmer taki, jaki powstaje, gdy się usuwa piasek. Wpadło
mi też w oko to, że piasek tworzył tutaj kolistą powierzchnię,
wyglądającą tak, jak gdyby go ktoś naumyślnie rozsypał. Zacząłem
skwapliwie grzebać palcami. Wnet z przerażeniem spostrzegłem, że
ręka zabarwiła mi się krwawo, a piasek był także czerwony i
wilgotny. Leżąc na ziemi całem ciałem, zbadałem wszystko dokładniej
i przekonałem się, że zakryto tu piaskiem dużą i głęboką kałużę
krwi.
To mię naprowadziło na domysł, że tu popełniono morderstwo;
krwi zwierzęcej bowiem nie staranoby się tak ukryć. Na górze śladów
nie było, gdyż twardy grunt nie dopuszczał odcisków, kiedy jednak
rzuciłem okiem na drugą stronę, porosłą trawą bawolą, zauważyłem
kilka śladów nóg ludzkich, oraz dwa długie pasy, jak gdyby
ciągnięto człowieka, którego nogi wlokły się po ziemi.
W tem miejscu było nader niebezpiecznie przechodzić z jednej
strony na drugą. Krew nie wsiąknęła była jeszcze zupełnie w ziemię,
a ślady były tak świeże i dobrze utrzymane, że prawdopodobne
morderstwo mogło się zdarzyć niedawno, a mordercy znajdować się
jeszcze całkiem blizko. Dla tego zlazłem po tej stronie nasypu,
poszedłem wstecz znaczną przestrzeń i dopiero tam poczołgałem się
przez nasyp na drugą stronę ku wschodowi.
Odbyło się to bardzo powoli, gdyż przy wszelkich ruchach i
postawach ciała musiałem zastosować całą przebiegłość i zręczność,
aby nie dać się spostrzec, gdyby niebezpieczeństwo było blizko.
Szczęściem rosły tu krzaki bliżej siebie, a chociaż musiałem
starannie ukrywać się za każdym i przenikać bystro wzrokiem
następny, zanim się odważyłem przebiec przez dzielącą je
przestrzeń, dostałem się przecież bez wypadku poniżej miejsca,
gdzie przedtem zauważyłem krew na nasypie.
Naprzeciwko grupki czereśni, pod którą leżałem zaczajony,
rósł krzak, oddalony od niej o ośm metrów. Jakkolwiek czereśniowe
zarośla przeszkadzały mi w swobodnem patrzeniu i pomimo gęstości
tamtego krzaku wydało mi się, że widzę pod nim coś jakby ciało
ludzkie. Przedmiot ten mógł być przykryty, tworzył jednak ciemną
masę, odbijającą od otoczenia, przez które dostawało się światło i
miał długość ciała ludzkiego. Czy porzucono tam zamordowanego, czy
też był to może jeden z morderców? Postanowiłem odpowiedzieć sobie
na to pytanie.
Na cóż narażałem się na niebezpieczeństwo? Wszak mogłem
zaczekać na Sama, a potem najspokojniej pojechać z nim dalej! Ale
preryowy myśliwiec musi wiedzieć, jakiego wroga ma przed i za sobą,
a jakiego obok siebie. Bada on sumiennie najdrobniejszą
okoliczność, o której wiedzieć musi, której znajomość podnosi jego
bezpieczeństwo, która jednak nie przyszłaby na myśl
najbystrzejszemu uczonemu i profesorowi. Myśliwiec preryowy
wnioskuje z najbardziej nieznacznych rzeczy, które dla
niewtajemniczonego nie stoją w żadnym związku. Kto inny wyśmiałby
się nawet z tych wniosków, tymczasem one okazują się często
słusznymi. Jednego dnia przebywa westman na swym mustangu
czterdzieści i pięćdziesiąt mil angielskich, a w następnym posunie
się naprzód zaledwie o pół mili, ponieważ musi dobrze zbadać, czy
może dalej krok uczynić. Jeśli zaś sam z takiej ostrożności nie
korzysta, to może się swem doświadczeniem przysłużyć drugim, może
im dobrze poradzić, może ich ostrzec, dać potrzebne wyjaśnienia.
Oprócz tego tkwi w każdym człowieku żądza nabrania pewności o
każdem niebezpieczeństwie i przeciwdziałania ze wszystkich sił
wszelkiemu złemu, pomijając już urok, jaki na każdą naturę wywiera
śmiałe przedsięwzięcie.
Wziąłem leżącą nieopodal gałąź, założyłem na nią kapelusz i
wywołując naumyślnie szelest, wysunąłem ją z krzaku czereśni tak,
że z przeciwnej strony musiało się wydawać, jakoby ktoś usiłował
się stąd przecisnąć. Po tamtej stronie nic się nie ruszyło. Albo
nie było tam nieprzyjaciela, albo miałem do czynienia z kimś zbyt
przebiegłym i doświadczonym na to, żeby się dał wziąć na taką
fintę.
Postanowiłem odważyć się na wszystko. Wsunąłem się napowrót,
rozpędziłem się, w dwu skokach przebiegłem wolną przestrzeń i z
nożem, gotowym każdej chwili do pchnięcia, wpadłem w zarośle. Pod
połamanemi gałęziami leżał człowiek, ale nieżywy. Podniosłem w górę
gałęzie i ujrzałem twarz, zmienioną okropnie od drgawek
przedśmiertnych, z zakrwawioną czaszką. Był to biały, którego
oskalpowano. W plecach tkwiła mu strzała z haczkami o zwróconych w
tył ostrzach. Nie ulegało wątpliwości, że zrobili to Indyanie,
znajdujący się na ścieżce wojennej.
Czy oddalili się, czy też zatrzymali się jeszcze w pobliżu?
Musiałem się o tem koniecznie dowiedzieć. Ślady ich widać było stąd
wyraźnie, a prowadziły z nasypu kolejowego na preryę. Poszedłem
tymi śladami od krzaku do krzaku przygotowany na to, że każdej
chwili dostanę strzałę, lub sam kogoś pchnę nożem. Ślady
świadczyły, że było dwu mężczyzn i dwu młodzieńców. Podczas gdy ja
posuwałem się naprzód tylko na końcach palców u rąk i nóg, co
wymaga wielkiej wprawy i siły niezwykłej, oni nie starali się ukryć
swego tropu, jak gdyby czuli się tutaj zupełnie bezpiecznie.
Wiatr wiał z południowego wschodu, a więc z tej strony, w
którą zdążałem. To też nie przestraszyłem się zbytnio, usłyszawszy
parskanie konia, gdyż nie mógł mnie zwietrzyć. Poczołgałem się
dalej i znalazłem się wreszcie u celu, to jest zobaczyłem dość, aby
się cofnąć. Przedemną stało w zaroślach z sześćdziesiąt koni,
posiodłanych na sposób indyański z wyjątkiem dwu. Tylko same siodła
z nich pozdejmowano, aby ich prawdopodobnie w obozie użyć jako
siedzeń lub podściółek pod głowę. Zwierząt strzegło tylko dwu
ludzi. Jeden z nich, młody jeszcze, miał na nogach buty z grubej
skóry, które były prawdopodobnie własnością zamordowanego,
znalazłem go bowiem prawie bez ubrania. Rzeczy jego rozdzielili
mordercy pomiędzy siebie. Ten młodzik musiał zatem należeć do owych
czterech ludzi, których trop przyprowadził mnie tutaj.
Indyanin obcuje często z białymi, nie rozumiejącymi jego
mowy. Z tego powodu wyrobił się między czerwonoskórymi a "blademi
twarzami" język mimiczny, a znaki jego i ich znaczenie musi
rozumieć każdy, kto się wyprawia na dziki Zachód. Wobec żywości
temperamentu i drażniących przyczyn dzieje się często, że ten czy
ów posługuje się mową z towarzyszeniem mimiki, znaczącej to samo,
co słowa. Obaj wartownicy mówili o jakimś bardzo obchodzącym ich
przedmiocie, gdyż, sądząc, że nikt ich nie widzi, giestykulowali w
sposób, który byłby na nich ściągnął naganę starych, poważnych
wojowników. Pokazywali na zachód, dawali znaki na ogień i konia, a
zatem na lokomotywę, zwaną przez Indyan koniem ognistym, uderzali
łukami w ziemię, jak gdyby rąbali lub bili młotem, mierzyli jak do
strzelania, wykonywali ruchy, naśladujące pchnięcie i zamach
tomahawkiem. To mi wystarczyło, cofnąłem się więc niezwłocznie,
starając się zatrzeć ślady za sobą.
Z tego też powodu upłynęło wiele czasu, zanim dostałem się
do swego konia. Znalazł on tymczasem towarzysza, gdyż obok pasła
się klacz Sama, który leżał sobie wygodnie w krzakach i żuł potężny
kęs suszonego mięsa.
- Ilu ich jest, Charley? - zapytał mnie.
- Kogo?
- Indyan.
- A wy skąd o nich wiecie?
- Stary Sans-ear wydaje się wam teraz greenhornem, jak wy
jemu poprzednio. Mylicie się jednak grubo, hihihi!
Był to śmiech, wydany półgłosem i świadczący o pewności
siebie, jaki już raz u niego słyszałem. Tak śmiał się ten westman,
ilekroć czuł swoją przewagę nad kimś drugim. Pod tym względem był
także podobny do Sama Hawkensa, który zwykle wybuchał takim
śmiechem.
- O ile, Samie?
- Czy trzeba wam to dopiero mówić? Co bylibyście zrobili,
gdybyście przyszedłszy tutaj, znaleźli byli obok konia ten młot
zamiast Sama Hawerfielda?
- Byłbym zaczekał, dopókiby nie wrócił.
- Naprawdę? Nie chętniebym w to naprzykład uwierzył. Nie
było was, kiedy nadszedłem. Ponieważ mogło wam się stać coś złego,
przeto puściłem się za wami.
- Ja jednak mogłem zajmować się czemś, w czem byłaby mi
przeszkodziła wasza obecność. Zresztą myślę, że Old Shatterhand nie
przedsięweźmie niczego bez nieodzownej ostrożności. Jak daleko
byliście za mną?
- Najpierw tu, potem tam, z tej i stamtej strony, a wreszcie
koło tego biedaka, którego zdmuchnęli czerwoni. Mogłem się poruszać
szybko, gdyż wiedziałem, że jesteście przedemną. Ujrzawszy
zabitego, pomyślałem, że pewnie jesteście na zwiadach i wróciłem,
gdzie naprzykład czekałem na was spokojnie. A zatem wielu jest
Indyan?
- Może sześćdziesięciu.
- Popatrz! A więc to oddział, którego trop wczoraj
widziałem. Czy są na ścieżce wojennej?
- Tak.
- Czy obóz założyli na krótko?
- Pozdejmowali siodła.
- Do pioruna! W takim razie postanowili pewnie coś tutaj
zrobić. Czy nie zauważyliście niczego?
- Chcą, jak mi się zdaje, wyrwać szyny, ażeby pociąg uległ
katastrofie, skoro nadejdzie, a potem mają zamiar go ograbić.
- Czyście zwaryowali? To byłoby straszne niebezpieczeństwo
dla railroaderów razem z ich podróżnymi. Skądże wy o tem wiecie?
- Podsłuchałem ich.
- A rozumiecie narzecze Ogellallajów?
- Tak, ale tym razem tego nie było potrzeba, gdyż warta przy
koniach rozmawiała wyraźną mimiką.
- To zawodzi czasami. Opiszcie mi tę mimikę!
Uczyniłem to, a mały myśliwiec zerwał się z ziemi, lecz wnet
pohamował się i usiadł napowrót.
- Zrozumieliście dobrze. Musimy wobec tego pociągowi pójść
na pomoc. Nie wolno nam jednak śpieszyć się zbytnio, gdyż nad tak
poważnemi rzeczami należy się namyślić spokojnie i naradzić. A więc
sześćdziesięciu? U mnie zmieści się co najwyżej jeszcze dziesięć
karbów na rusznicy. Gdzie potem będę nacinał?
Pomimo powagi położenia omal nie roześmiałem się głośno. Ten
mały człowiek miał przed sobą sześćdziesięciu Indyan i zamiast się
bać ich przewagi liczebnej, troszczył się o miejsce na karby.
- Iluż zamierzacie trupem położyć? - spytałem.
- Tego sam jeszcze nie wiem naprzykład, bo uciekną na widok
dwudziestu lub trzydziestu białych.
Sam brał więc w rachubę to samo, co ja sobie myślałem, czyli
tę okoliczność, że przyłączy się do nas personal kolejowy i
podróżni.
- Główna rzecz - zauważyłem - żebyśmy odgadli, na który
pociąg chcą napaść. Byłoby źle, gdybyśmy obrali fałszywy kierunek.
- Z waszego sprawozdania wynika, że mają na myśli pociąg z
Mountain, nadchodzący z zachodu, i to mnie dziwi. Pociąg wschodni
wiezie zawsze więcej towarów i rzeczy, przedstawiające wartość dla
Indyan. Nie pozostaje nam nic innego, jak rozdzielić się, jeden
pójdzie na wschód, a drugi na zachód.
- Musimy to zaiste zrobić, jeśli nam się nie uda nabrać
pewności. Gdybyśmy tak mogli wiedzieć, skąd i kiedy przechodzą
pociągi!
- Kto to może wiedzieć! Jak długo żyję, nie siedziałem
jeszcze w tem, co oni nazywają wagonem, gdzie ze strachu nie wie
człowiek, gdzie nogi włożyć. Ja lubię preryę i moją Tony. Przy
robocie nie spotkaliście jeszcze Indyan?
- Nie. Widziałem wogóle tylko konie. Ze wszystkiego należy
wnosić, że wiedzą, kiedy pociąg nadejdzie i zdaje się, że nie
zabiorą się do roboty przed nocą. Brakuje jeszcze co najwyżej pół
godziny do zmroku. Potem podejdziemy ich i zasiągniemy potrzebnych
nam wiadomości.
- Well! Niech tak będzie!
- Ale w takim razie trzeba, żeby jeden z nas zajął
stanowisko tu na torze. Czerwonym może przyjść na myśl zabrać się
do rzeczy z drugiej strony. Ja sądzę jednak, że oni z naszej strony
wyrwą szyny, ponieważ muszą miejsce ataku urządzić między pociągiem
a sobą.
- To niekoniecznie, Charley! Przypatrzcie się mojej Tony!
Nie przywiązuję jej nigdy, ani nie pętam, ale to sławnie mądre
bydlę ma nos, któremu mogę zaufać. Czy widzieliście kiedy konia,
któryby nie parskał, skoro zwietrzy nieprzyjaciela?
- Nie.
- No, to patrzcie na jedyny wyjątek w tym względzie, na moją
Tony. Parskanie ostrzega wprawdzie pana, lecz równocześnie zdradza
dwie rzeczy: gdzie jest pan i koń, oraz to, że pana ostrzeżono.
Toteż oduczyłem tego moją Tony, a mądre zwierzę mnie pojęło.
Puszczam ją zawsze wolno na paszę, a ona skoro tylko zwietrzy
nieprzyjaciela, przychodzi do mnie i trąca mnie nozdrzami.
- A jeśli, jak dzisiaj, nic nie zauważy?
- Pshaw! Wiatr wieje prosto od Indyan. Pozwolę, żebyście
mnie zastrzelili na miejscu, jeśli Tony każdego czerwonoskórca nie
oznajmi na tysiąc kroków. Zresztą te draby mają oczy jak orły i
mogą was zauważyć zdaleka, nawet gdy się położycie na torze.
Zostańcie więc tutaj całkiem spokojnie, Charley!
- Dobrze. Zaufam raz waszej Tony tak samo, jak wy. Znam ją
dopiero od niedawna, ale przekonałem się już prawie, że ona nie
zawodzi.
Dobyłem znowu cygaro własnego wyrobu i zapaliłem. Sam
rozwarł oczy, jak mógł najszerzej, a potem usta, nozdrza zaś
rozszerzyły mu się i wciągały pożądliwie woń ziela, a na twarzy
jego odmalował się zachwyt. Westman nie często kosztuje dobrego
tytoniu, a paleniu oddaje się zazwyczaj namiętnie.
- O wonderfull...! Charley...! Czy to być może, macie
cygaro?
- To się rozumie! Jeszcze jest z tuzin. Chcecie zapalić?
- Dawajcie! Jesteście zuch, dla którego należy mieć całą
dynię szacunku!
Zapalił podane mu cygaro, połknął indyańskim zwyczajem dym z
kilku pociągnięć i wydmuchnął go potem z żołądka. Twarz miał
przytem tak rozanieloną, jakby się dostał do siódmego nieba
Mahometa.
- Hang sorrow, a to przyjemność! Czy mam zgadnąć, jaka to
sorta, Charley?
- No, zgadnijcie! Jesteście znawcą?
- Właśnie!
- No?
- Goosefoot z Wirginii lub Marylandu!
- Nie.
- Co! Wobec tego pomyliłem się pierwszy raz. To goosefoot,
bo znam ten smak i ten zapach!
- Nie.
- W takim razie to brazylijski legittimo.
- Również nie.
- Curassao z Bahii?
- Znowu nie.
- No, a cóż?
- Przypatrzcie się cygaru!
Wyjąłem nowe cygaro, rozwinąłem je i podałem mu środek i
liść do owijania.
- Czy zwaryowaliście, Charley, że takie cygaro rujnujecie!
Każdy nastawiacz łapek ofiaruje wam za to, zwłaszcza gdy długo nie
palił, pięć do ośmiu skórek bobrowych!
- Za dwa lub trzy dni dostanę nowe.
- Za trzy dni? Nowe? Skądże?
- Z mojej fabryki.
- Co? Wy macie fabrykę cygar?
- Tak.
- Gdzie?
- Tam - rzekłem, wskazując na mego mustanga.
- Charley, proszę was, róbcie ze mną żarty tylko wtedy,
kiedy są coś warte naprzykład!
- To nie żart, lecz prawda.
- Gdybyście nie byli Old Shatterhandem, pomyślałbym
naprawdę, że u was w głowie czegoś za dużo, albo za mało!
- Przypatrzcie się najpierw tytoniowi!
Sam Hawerfleld zabrał się troskliwie do badania.
- Nie znam go, ale dobry, bardzo dobry.
- Teraz pokażę wam moją fabrykę.
Poszedłem do mustanga, rozluźniłem siodło i wydobyłem z pod
niego małą poduszkę, którą rozwinąłem.
- Sięgnijcie tam!
Wezwany wyciągnął garść liści.
- Charley! Nie róbcie ze mnie błazna. To są przecież liście
czereśni i lentysków!
- Słusznie! Dodajcie do tego trochę dzikich konopi, a liść
zewnętrzny jest tylko rodzajem wołowego języka, który wy tu
nazywacie verhally. Ta poduszka jest rzeczywiście moją fabryką
tytoniu. Ilekroć znajdę gatunek tych liści, zbieram je wedle
potrzeby, wkładam do poduszki i wsuwam ją pod siodło. Tak powstaje
ciepło, liście zaczynają się rozkładać i oto cała moja sztuka!
- Trudno uwierzyć!
- A jednak to prawda! Takie cygaro jest wprawdzie tylko
nędznym surogatem i nawet palacz z podniebieniem, jak skóra bawola,
pociągnie raz co najwyżej i wyrzuci je potem, lecz pobiegajcie
sobie parę lat po preryi i zapalcie potem coś takiego, a wyda wam
się, że to goosefoot. Widzicie to przecież na własnej osobie!
- Charley, rośniecie w mojem wyobrażeniu!
- Tylko nie zdradźcie tego, skoro znajdziecie się między
ludźmi, nie znającymi Zachodu! Uważaliby was za Tunguza, Kirgiza,
lub Ostiaka z natartemi dziegciem i smołą narządami smaku i
powonienia!
- Tunguz, czy Ostiak, to mi wszystko jedno, jeśli tylko
cygaro smakuje. Zresztą nie wiem nawet, gdzie można znaleźć ludzi
tego rodzaju.
Odsłonięcie mej tajemnicy nie popsuło mu bynajmniej smaku,
przeciwnie wypalił cygaro do końca, a wyrzucił tylko mały
niedopałek, którego nie mógł już w ustach utrzymać.
Tymczasem słońce pochyliło się i zmrok już zaczął zapadać, a
niebawem zrobiło się tak ciemno, że mogliśmy przystąpić do
wykonania naszego zamiaru.
- Czy teraz? - zapytał Sam.
- Tak.
- W jaki sposób?
- Dojdziemy razem do koni czerwonoskórych, zakradniemy się
pod obóz, a za nim znów się spotkamy.
- Dobrze; a gdyby nas co zmusiło do ucieczki, gdybyśmy się
nawzajem stracili z oczu, to zejdziemy się nad wodą prosto stąd na
południe. Las, opadający z gór, wysuwa tam najdalszą swą odnogę na
preryę. Dwie mile od końca odnogi, na południowym skraju boru jest
coś w rodzaju preryowej zatoki, gdzie się łatwo odszukamy.
- Dobrze! A więc naprzód!
Nie zdawało mi się prawdopodobnem, żeby nas miano rozpędzić,
należało się jednak przygotować na wszelki wypadek.
Wyruszyliśmy w drogę.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.