Czy wiesz, Szanowny
Czytelniku, co to jest greenhorn, określenie wysoce złośliwe i
uchybiające temu, względem którego się go użyje?
Green znaczy zielony, przez horn należy rozumieć macadełko.
Greenhorn to zielony, a zatem nowy i niedoświadczony człowiek,
który musi macadełka wysuwać naprzód ostrożnie, jeśli się nie chce
narazić na niebezpieczeństwo wyśmiania.
Greenhorn to człowiek, który nie wstaje z krzesła, gdy lady
chce na niem usiąść, pozdrawia pana domu, zanim się pokłoni
mistress i miss, wsuwa odwrotnie nabój do lufy przy nabijaniu
strzelby, albo najpierw pakuł, potem kulę, a dopiero na końcu
proch. Greenhorn albo wcale nie mówi po angielsku, albo bardzo
czysto i wyszukanie, a okropnością jest dlań angielski język
Jankesów, lub narzecze zaleśne, które żadną miarą nie chce mu wleźć
do głowy, a tem mniej na język. Greenhorn uważa racoona za opossum,
a średnio ładną mulatkę za kwadronkę. Greenhorn pali papierosy, a
brzydzi się wypluwającym sok tytoniowy sirem. Greenhorn otrzymawszy
policzek od Paddy, leci ze skargą do sędziego pokoju zamiast, jak
prawdziwy Jankes, zastrzelić napastnika na miejscu. Greenhorn
weźmie ślady turkeya za trop niedźwiedzi, a lekki sportowy jacht za
parowiec z rzeki Missisipi. Greenhorn wstydzi się swoje brudne buty
położyć na kolanach towarzyszowi podróży, a gdy pije rosół, to nie
chlipie jak konający bawół. Greenhorn wlecze z sobą na prerye gąbkę
do mycia wielkości harbuza i dziesięć funtów mydła; zabiera w
dodatku kompas, który już na trzeci dzień wskazuje wszystkie
możliwe kierunki z wyjątkiem północy. Greenhorn zapisuje sobie
ośmset indyańskich wyrazów, a spotkawszy się z pierwszym
czerwonoskórcem, przekonywa się, że zapiski te wysłał w ostatniej
kopercie do domu, a list schował do kieszeni. Greenhorn uczył się
przez dziesięć lat astronomii, ale choćby przez taki sam czas
patrzał na niebo, nie poznałby, która godzina. Greenhorn wtyka nóż
za pas w ten sposób, że kaleczy się w udo, gdy się pochyli.
Greenhorn roznieca na dzikim Zachodzie tak duże ognisko, że płomień
bucha do wysokości drzewa, a gdy go Indyanie zauważą i zastrzelą,
dziwi się, że mogli go znaleźć. Greenhorn to właśnie greenhorn i
takim byłem wówczas ja także.
Nie należy jednak sądzić, jakobym przyznawał, że to przykre
określenie stosowne było dla mnie. Żadną miarą! Najwybitniejszą
cechą greenhorna jest właśnie to, że raczej wszystkich, niż siebie
za "zielonych" uważa.
Przeciwnie, zdawało mi się, że jestem rozsądnym i
doświadczonym człowiekiem; wszak uczyłem się wiele i nigdy, jak to
mówią, nie bałem się egzaminu! Jako młody nie zastanawiałem się
wówczas nad tem, że życie jest właściwą i prawdziwą wszechnicą, w
której pytani są uczniowie w obliczu opatrzności co dzień i co
godziny. Nieprzyjemne stosunki w ojczyźnie i wrodzona żądza czynu
zapędziły mnie za ocean do Stanów Zjednoczonych, gdzie warunki bytu
były dla młodego i zapobiegliwego człowieka daleko lepsze podówczas
niż teraz. Mogłem w państwach wschodnich znaleźć dobre utrzymanie,
ale coś pędziło mnie na Zachód. Podejmując się różnej pracy,
zarabiałem tyle, że przybyłem do St. Louis dobrze wyposażony na
zewnątrz, a wewnętrznie pełen najlepszych myśli. Tam zawiodło mię
szczęście na łono pewnej rodziny, u której jako nauczyciel domowy
znalazłem chwilową ostoję. Bywał tam mr. Henry, oryginał i
rusznikarz, który oddawał się swemu rzemiosłu z zamiłowaniem
artysty, a siebie nazywał z patryarchalną dumą mr. Henry the
gunsmith.
Był to wielki filantrop, pomimo że wyglądał na coś
przeciwnego, gdyż prócz wspomnianej rodziny nie utrzymywał z nikim
stosunków, a ze swoimi odbiorcami obchodził się tak szorstko, że ci
tylko dla dobroci towaru nie omijali jego sklepu.
Utracił żonę i dzieci wskutek jakiegoś okropnego wypadku. O
tem nigdy nie chciał mówić, ale domyśliłem się z niektórych
wzmianek, że wymordowano ich podczas jakiegoś napadu. Ten straszny
cios zapewne spowodował u niego szorstkość w obejściu. On sam może
nawet nie wiedział, jak skończonym był grubianinem, w głębi jego
duszy jednak tkwiła łagodność i dobrotliwość, gdyż nieraz
widziałem, jak oczy mu łzami zachodziły, ilekroć opowiadałem o
ojczyźnie i moich rodakach, do których całem sercem byłem i jestem
przywiązany.
Nie mogłem długi czas zrozumieć, dlaczego ten stary człowiek
właśnie mnie, młodemu i obcemu, okazywał tyle przychylności, aż raz
sam mi to powiedział. Przychodził do mnie często, przysłuchiwał się
nauce, a po jej skończeniu zabierał mnie z sobą na miasto. Raz
nawet zaprosił mnie do siebie w gościnę. Tego rodzaju wyróżnienie
nikogo jeszcze z jego strony nie spotkało, dlatego wahałem się, czy
mam z tego skorzystać. Ale moje ociąganie się nie podobało mu się
widocznie. Dziś jeszcze przypominam sobie minę, jaką zrobił, gdy
pewnego razu do niego przyszedłem, i ton, z jakim mnie przyjął, nie
odpowiadając na moje good evening.
- Gdzieżeście to siedzieli wczoraj, sir?
- W domu.
- A przedwczoraj?
- Także w domu.
- Nie tumańcie mnie!
- Mówię prawdę, mr. Henry!
- Pshaw! Takie żółtodzióby, jak wy, nie siedzą w gnieździe,
ale wciskają się wszędzie, gdzie mogą, tylko nie tam, gdzie należy!
- Powiedzcież łaskawie, gdzie to należy?
- Tu do mnie. Zrozumiano? Miałem już dawno o coś was
zapytać.
- Czemuż nie uczyniliście tego?
- Bo mi się nie chciało.
- A kiedy wam się zechce?
- Może dzisiaj.
- A więc pytajcie śmiało - wezwałem go, siadając wysoko na
ławce, przy której pracował.
Spojrzał mi w twarz zdziwiony, potrząsnął karcąco głową i
zawołał:
- Śmiało! Jak gdybym takiego greenhorna, jak wy, miał
dopiero pytać o pozwolenie, czy mogę z nim mówić!
- Greenhorna? - odrzekłem, marszcząc czoło, gdyż uczułem się
ciężko dotkniętym. - Przypuszczam, mr. Henry, że wam się to słowo
bez zamiaru wyrwało!
- Nie wyobrażajcie sobie za wiele! Powiedziałem to z pełnym
namysłem. Jesteście greenhorn i to jaki jeszcze! Treść
przeczytanych książek dobrze wam siedzi w głowie; to prawda. To
wprost zdumiewające, ile wy się tam musicie uczyć! Ten młodzieniec
wie dokładnie, jak daleko są gwiazdy, co król Nebukadnezar pisał na
kamieniach, ile waży powietrze, którego nawet nie widział. Pełen
takiej wiedzy wyobraża sobie, że jest mędrcem. Ale wsadźcie nos w
życie, rozumiecie mnie, tak z pięćdziesiąt lat w życie, wówczas
dowiecie się może, na czem polega mądrość właściwa! Wasze
dotychczasowe wiadomości są niczem, wprost zerem, a to, co
potraficie, to ma jeszcze mniejszą wartość, wy z pewnością nie
umiecie nawet strzelać!
Powiedział to z wielką pogardą i tak stanowczo, jak gdyby
był pewny swej sprawy.
- Strzelać? Hm! - odparłem z uśmiechem. - Czy to pytanie
chcieliście mi przedłożyć?
- Tak. Teraz odpowiedźcie!
- Dajcie mi dobrą strzelbę do ręki, to dostaniecie
odpowiedź, pierwej nie.
Na te słowa odłożył on lufę, którą śrubował, wstał, zbliżył
się do mnie, utkwił we mnie zdziwione oczy i zawołał:
- Strzelbę do ręki, sir? Tego się nie spodziewajcie po mnie!
Moje strzelby dostają się tylko w takie ręce, którym razem z niemi
mogę powierzyć mój honor!
- Ja mam takie ręce - stwierdziłem.
Spojrzał na mnie tym razem z boku, usiadł, zaczął znowu
pracować nad lufą i mruczał pod nosem.
- Taki greenhorn! Gotów mnie na prawdę rozzłościć swojem
zuchwalstwem!
Nie wyszedłem z równowagi, ponieważ go znałem. Wyjąłem
cygaro i zapaliłem. Mój gospodarz milczał może kwadrans, ale dłużej
nie wytrzymał. Podniósł lufę pod światło, popatrzył przez nią i
zauważył:
- Strzelać to nie jest to, co patrzeć na gwiazdy, lub czytać
ze starych kamieni Nebukadnezara. Zrozumiano? Czy mieliście kiedy
strzelbę w ręku?
- Miałem.
- Kiedy?
- Dość dawno.
- Czyście mierzyli także, wypalili?
- Tak.
- I trafiliście?
- Oczywiście.
Na to opuścił on prędko trzymaną w ręku lufę, spojrzał znów
na mnie i rzekł:
- Tak, trafiliście, naturalnie, ale w co?
- W cel, to się samo przez się rozumie.
- Co? Tego we mnie nie wmawiajcie!
- Nie wmawiam, lecz stwierdzam zgodnie z prawdą.
- Niech was dyabeł porwie, sir! Was nie można zrozumieć.
Jestem pewien, że chybilibyście, choćbyście strzelali w mur na
dwadzieścia łokci wysoki i pięćdziesiąt długi, a robicie do swego
twierdzenia minę tak poważną i pewną siebie, że żółć się w
człowieku przewraca. Ja nie jestem chłopakiem, któremu lekcyi
udzielacie, rozumiecie! Taki greenhorn i mól książkowy, jak wy,
chce umieć strzelać! Grzebał nawet w tureckich, arabskich i innych
głupich szpargałach i znalazł przytem czas na strzelanie! Zdejmcie
to
stare gun tam z gwoździa i złóżcie się niem jak do celu. To
rusznica na niedźwiedzie, najlepsza ze wszystkich, jakie miałem w
rękach!
Poszedłem za jego wezwaniem.
- Halloo! - zawołał, zrywając się. - A to co? Obchodzicie
się z tą strzelbą jak z laseczką, a to najcięższe gun, jakie znam.
Posiadacie taką siłę fizyczną?
Zamiast odpowiedzi chwyciłem go zdołu za kamizelkę i haftkę
u spodni i podniosłem prawą ręką do góry.
- Thunder - storm! - zakrzyknął. - Puśćcie! Jesteście o
wiele silniejsi od mego Billa.
- Waszego Billa? Kto to?
- To był mój syn, który... ale dajmy temu spokój! Nie żyje
tak jak i reszta. Rósł na dzielnego chłopa, ale sprzątnięto go
razem z innymi w czasie mej nieobecności. Podobni jesteście do
niego z postaci, macie prawie takie same oczy, ten sam układ ust i
dlatego was... ale to was przecież nic nie obchodzi!
Twarz jego nabrała wyrazu głębokiego smutku; przesunął po
niej ręką i rzekł weselej:
- Wielka szkoda, że, mając tak silne muskuły, rzuciliście
się do książek. Powinniście byli ćwiczyć się fizycznie!
- Robiłem to.
- Rzeczywiście?
- Tak.
- Boksujecie się?
- U nas nie jest to w użyciu. Ale gimnastykuję się i mocuję.
- Jeździcie konno?
- Tak.
- A w szermierce?
- Udzielałem lekcyi.
- Człowiecze, nie blaguj!
- Może spróbujemy?
- Dziękuje, mam dość tego, co było! Muszę zresztą pracować.
Usiądźcie napowrót!
Wrócił do warsztatu, a ja za nim. Rozmowa stała się skąpą,
bo Henry zajęty był widocznie jakiemiś myślami. Naraz podniósł oczy
od roboty i zapytał:
- Czy zajmowaliście się matematyką?
- To jedna z moich ulubionych nauk.
- Arytmetyką, geometryą?
- Oczywiście.
- I miernictwem?
- Nawet z wielkiem upodobaniem. Uganiałem często bez
potrzeby z teodolitem po polach.
- Potraficie robić pomiary naprawdę?
- Tak, brałem udział w pomiarach poziomych i wysokości,
chociaż wcale nie uważam się za skończonego geodetę.
- Well, dobrze, bardzo dobrze!
- Czemu o to pytacie, mr. Henry?
- Mam do tego powód. Zrozumiano? Jaki, to się jeszcze kiedyś
pokaże. Muszę najpierw wiedzieć, hm, tak muszę najpiew wiedzieć,
czy umiecie strzelać.
- Wystawcie mnie na próbę!
- Zrobię to; tak zrobię, bądźcie tego pewni. Kiedy jutro
rozpoczynacie naukę?
- O ósmej rano.
- To wstąpcie do mnie o szóstej. Pójdziemy na strzelnicę,
gdzie zaprawiam moje strzelby do strzelania,
- Czemu tak wcześnie?
- Bo nie chce mi się dłużej czekać. Zawziąłem się, żeby was
przekonać, jaki z was greenhorn. Na teraz dość już; mam coś o wiele
ważniejszego do roboty.
Uporał się widocznie z lufą, wyjął z szafy wieloboczny
kawałek żelaza i zaczął opiłowywać jego rogi. Zauważyłem na
powierzchni każdego rogu otwór.
Henry pracował nad tem z taką uwagą, że zapomniał prawie
zupełnie o mej obecności. Oczy mu się iskrzyły, gdy od czasu do
czasu przypatrywał się swojemu dziełu; bił z jego oczu, rzekłbym,
wyraz miłości. Ten kawałek żelaza miał widocznie wielką wartość dla
niego. Ponieważ mię to zaciekawiło, dlatego zapytałem:
- Czy to będzie część strzelby?
- Tak - odrzekł, jak gdyby sobie przypomniał, że jeszcze
jestem.
- Ja nie znam systemu broni z tego rodzaju częścią składową.
- Wierzę. Taki ma dopiero powstać. Będzie to system
Henry'ego.
- Aha, nowy wynalazek?
- Yes.
- W takim razie proszę wybaczyć, że zapytałem! To oczywiście
tajemnica.
Zaglądał do wszystkich dziurek przez dłuższy czas, obracał
to żelazo w różnych kierunkach, przykładał je kilka razy do tylnego
wylotu lufy, nakoniec odezwał się:
- Tak, to tajemnica; wiem jednak, że milczeć umiecie,
chociaż z was skończony i prawdziwy greenhorn; dlatego powiem wam,
co z tego będzie: sztuciec repetierowy na dwadzieścia pięć
strzałów.
- Niemożliwe!
- Zamknijcie dziób! Nie jestem taki głupi, żebym się porywał
do niemożliwych rzeczy!
- W takim razie musielibyście mieć komory na amunicyę dla
dwudziestu pięciu strzałów!
- To też je mam!
- Ale niewątpliwie duże, niezgrabne i ciężkie.
- Będzie tylko jedna komora, bardzo wygodna. To żelazo jest
komorą.
- Wcale się nie rozumiem na waszem rzemiośle, ale obawiam
się, czy się lufa zanadto nie rozgrzeje?
- Ani się jej śni. Materyał i sposób obchodzenia się z lufą
jest moją tajemnicą. Zresztą, czy potrzeba naraz wystrzelić
dwadzieścia pięć nabojów jeden za drugim?
- Chyba nie.
- A zatem! To żelazo będzie walcem obracającym się,
dwadzieścia pięć otworów zawierać będą tyleż nabojów. Przy każdym
strzale posunie walec następny nabój ku lufie. Długie lata nosiłem
się z tym pomysłem, długo się to nie udawało; teraz jest nadzieja,
że się to jakoś sklei. Już obecnie jako gunsmith mam dobre imię,
ale potem stanę się sławnym, bardzo sławnym i zarobię bardzo dużo
pieniędzy.
- A w dodatku obciąży pan sumienie!
Patrzył na mnie przez chwilę zdumiony, poczem zapytał:
- Sumienie? Jakto?
- Sądzicie, że morderca może mieć czyste sumienie?
- Zounds! Czy chcecie powiedzieć, że jestem mordercą?
- Teraz nie jeszcze.
- Albo, że nim zostanę?
- Tak, gdyż pomoc w morderstwie jest tak samo zbrodnią jak
morderstwo.
- Niech was dyabli porwą! Nie będę pomagał do żadnego
morderstwa! Co wygadujecie?
- Oczywiście nie w pojedyńczych, ale masowych.
- Jakto? Nie rozumiem was.
- Jeżeli sporządzicie strzelbę na dwadzieścia pięć strzałów
i oddacie ją w ręce każdego zbója, to na preryach, w puszczach i w
górskich wąwozach rozpocznie się wnet okropne mordowanie. Do
biednych Indyan strzelać będą jak do kujotów i za kilka lat nie
ostanie się ani jeden Indsman. Gotowi jesteście wziąć to na swoje
sumienie?
Wypatrzył się na mnie w milczeniu.
- Jeżeli każdy będzie mógł za pieniądze nabyć taką strzelbę
- mówiłem dalej - to zbierzecie wprawdzie po kilku latach tysiące,
ale mustangi i bawoły będą wytępione, a wraz z nimi wszelkiego
rodzaju zwierzyna, potrzebna czerwonoskórym do życia. Setki i
tysiące myśliwców uzbroją się w wasze sztućce i pójdą na Zachód.
Krew ludzi i zwierząt popłynie strumieniami i niebawem wyludnią się
okolice z tej i z tamtej strony Gór Skalistych z wszelkich żywych
istot.
- 'sdeath! - zawołał. - Czy rzeczywiście przybyliście tu
niedawno z Germany?
- Tak.
- A przedtem nigdy nie byliście tutaj?
- Nie.
- A tem mniej na dzikim Zachodzie?
- Także nie.
- A zatem zupełny greenhorn. Mimo to gębuje tak, jak gdyby
był pradziadkiem wszystkich Indyan i żył już tutaj od stu lat!
Człowieczku, nie wyobrażajcie sobie, że napędzicie mi strachu! A
gdyby nawet było tak, jak przedstawiacie, to wiedzcie, że wcale nie
zamierzam zakładać fabryki broni. Jestem człowiek samotny i chcę
samotnym pozostać. Nie mam ochoty ujadać się ze stu lub więcej
robotnikami.
- Moglibyście uzyskać patent na swój wynalazek, sprzedać go
i dużo na tem zarobić.
- O to wy się nie troszczcie, sir! Dotąd miałem dość na
swoje potrzeby; spodziewam się, że i nadal biedy nie zaznam. Teraz
zabierajcie się do domu! Nie będę dłużej słuchał pisku ptaszka,
który musi najpierw z gniazda wylecieć, zanim się śpiewać nauczy.
Nie obraziłem się za te szorstkie słowa. Taka była jego
natura, nie wątpiłem ani na chwilę, że mnie szanuje. Polubił mnie i
chciał z pewnością wspierać mnie, o ileby mógł, pod każdym
względem. Podawszy mu rękę na pożegnanie, którą on silnie
potrząsnął, odszedłem.
Nie przeczuwałem, jak ważnym miał się stać dla mnie ów
wieczór, a tem mniej, że ciężka rusznica, którą Henry nazwał
"starem gun", oraz niegotowy jeszcze sztuciec odegrają w przyszłem
mem życiu tak wielką rolę. Cieszyłem się jednak myślą o następnym
poranku, gdyż strzelałem już rzeczywiście dużo i dobrze i byłem
pewien, że popiszę się przed moim starym osobliwym przyjacielem.
Stawiłem się u niego punktualnie o szóstej godzinie rano.
Czekał już na mnie, przywitał się ze mną, a po jego starej,
poczciwie surowej twarzy, przebiegł lekki, jakby drwiący uśmiech.
- Welcome, sir! - rzekł. - Macie minę zwycięzcy. Czy zdaje
wam się, że traficie w mur, o którym wczoraj mówiłem?
- Spodziewam się.
- Well, zobaczymy. Ja wezmę lżejszą strzelbę, a wy
poniesiecie rusznicę, bo nie chce mi się wlec z takim ciężarem.
On przewiesił sobie przez plecy lekką dwururkę, a ja wziąłem
"stare gun", stosownie do jego życzenia. Gdyśmy przybyli na
strzelnicę, nabił obydwie strzelby i dał najpierw dwa strzały ze
swojej. Potem przyszła kolej na mnie. Nie znałem jeszcze tej
rusznicy, trafiłem mimo to pierwszy raz w samą krawędź czarnego
koła na tarczy. Drugi raz powiodło się jeszcze lepiej, trzeci
strzał padł już dokładnie w sam środek, a wszystkie następne kule
przeleciały przez dziurę, wybitą za trzecim razem.
Zdumienie Henry'ego wzmagało się za każdym strzałem;
musiałem spróbować i jego dwururkę, a gdy i teraz okazał się ten
sam wynik, zawołał on:
- Albo macie dyabła w sobie, sir, albo jesteście wprost
urodzeni na westmana. Nie widziałem jeszcze tak strzelającego
greenhorna!
- Dyabła nie mam, mr. Henry - zaśmiałem się. - Nie chcę nic
wiedzieć o takiem przymierzu.
- W takim razie jest waszem zadaniem, a nawet powinnością
zostać westmanem. Czy nie czujecie do tego ochoty?
- Owszem!
- Well, zobaczymy, co się da zrobić z greenhorna. A konno
umiecie także jeździć?
- Od biedy.
- Od biedy? A więc nie tak dobrze jak strzelać?
- Pshaw! Niema nic nadzwyczajnego w tej jeździe! Najtrudniej
dosiąść konia. Gdy się już znajdę w siodle, nie dam się zrzucić
żadnemu koniowi.
Spojrzał na mnie badawczo, czy mówię poważnie, czy żartem.
Zrobiłem minę, jak gdybym się nie domyślał niczego, a on zauważył:
- Tak rzeczywiście sądzicie? Chcecie zapewne trzymać się
grzywy? W takim razie jesteście w błędzie. Sami przyznaliście, że
najtrudniej dostać się na siodło, bo to trzeba wykonać o własnych
siłach. Zsiąść o wiele łatwiej, gdyż o to już koń się stara i to
bardzo prędko.
- U mnie koń się o to nie postara!
- Tak? Zobaczymy! Może spróbujecie?
- Z chęcią.
- To chodźcie! Dopiero siódma godzina, macie jeszcze dość
czasu. Pójdziemy do Jima Kornera, odnajmującego konie. Ma on
deresza, który się już o to dla was postara.
Wróciliśmy do miasta, odszukaliśmy handlarza koni, który
posiadał dużą ujeżdżalnię, otoczoną stajniami. Korner wyszedł sam i
zapytał, czego żądamy.
- Ten młodzieniec twierdzi, że żaden koń nie zrzuci go z
siodła - odpowiedział Henry. - Cóż wy na to, mr. Korner? Pozwolicie
mu wydrapać się na waszego deresza?
Handlarz zmierzył mnie badawczym wzrokiem, potrząsnął potem
głową i odrzekł:
- Kościec zdaje się dobry i giętki; zresztą młodzi ludzie
nie łamią karku tak łatwo, jak starsi. Jeżeli ten gentleman chce
spróbować deresza, to nie mam nic przeciwko temu.
Wydał odpowiednie rozkazy i niebawem wyprowadzili ze stajni
dwaj parobcy osiodłanego konia. Był bardzo niespokojny i usiłował
się wyrwać. Stary mr. Henry zląkł się o mnie i prosił, żebym próby
zaniechał, ale ja się po pierwsze nie bałem, a po drugie uważałem
tę sprawę za rzecz honoru. Kazałem sobie podać bicz i przypiąć
ostrogi i po kilku daremnych skokach konia, którymi chciał nie
dopuścić do uskutecznienia mego zamiaru, wydostałem się na siodło.
W tej samej chwili odbiegli parobcy czemprędzej, a deresz
rzucił się wszystkiemi czterema nogami w górę, a potem skoczył w
bok. Utrzymałem się na siodle, chociaż nóg nie miałem jeszcze w
strzemionach. Spieszyłem się, by je prędko założyć. Zaledwie się to
stało, zaczął koń wyrzucać tyłem, a gdy nic tem nie wskórał,
podbiegł ku ścianie, aby mnie o nią zsunąć, ale bicz odpędził go
wkrótce od niej. Nastąpiła ciężka walka z koniem, niebezpieczna
wprost dla jeźdźca. Wytężyłem odrobinę mej zręczności i
niedostatecznej podówczas jeszcze wprawy, oraz całą siłę nóg; to
wszystko razem przyniosło mi wkońcu zwycięstwo. Gdy zsiadłem, nogi
mi drżały ze zmęczenia, ale koń ociekał potem i bryzgał dużymi,
ciężkimi, płatami piany. Nie mniej posłuszny był na każde
poruszenie ostrogi lub lejców.
Handlarz zląkł się o konia, kazał owinąć go kocem i
przeprowadzać zwolna po dziedzińcu; potem zwrócił się do mnie:
- Tego byłbym nie przypuścił, młodzieńcze; sądziłem, że
będziecie leżeli po pierwszym skoku. Nie zapłacicie oczywiście nic,
a jeżeli chcecie mi sprawić przyjemność, to przyjdźcie jeszcze i
nauczcie dobrze tę bestyę rozumu. Nie idzie mi o jakich dziesięć
dolarów, bo to nie jest koń tani, ale gdy się zrobi posłusznym, to
ja na tem dużo zyskam.
- Jeśli sobie życzycie, to jestem gotów wyświadczyć wam tę
grzeczność.
Henry nie odezwał się ani słowem od czasu, kiedy zsiadłem;
przypatrywał mi się tylko, kiwając głową. Naraz załamał ręce i
zawołał:
- Ten greenhorn, to istotnie nadzwyczajny, raczej wprost
niezwykły greenhorn! Mało na śmierć nie zdusił konia, zamiast dać
się rzucić na piasek. Kto was tego nauczył, sir?
- Przypadek. Swojego czasu dostał się był w moje ręce
półdziki ogier z puszty węgierskiej, który nie pozwalał wsiąść na
siebie nikomu. Powoli i dzięki wytrwałości opanowałem go, ale
wprost z narażeniem życia.
- Dziękuję za takie kreatury! Wolę swój stary fotel, który
się nie sprzeciwia temu, że na nim siadam. Chodźmy, dostałem
zawrotu głowy! Ale nie nadarmo widziałem, jak strzelacie i
jeździcie na koniu. Możecie mi wierzyć.
Poszliśmy do domu: on do siebie, a ja do mego mieszkania.
Nie pokazał się tego dnia, ani w dwóch następnych, a ja także nie
miałem sposobności udać się do niego. Ale na trzeci dzień zajrzał
do mnie po południu, wiedząc, że jestem wolny.
- Czy macie ochotę przejść się ze mną? - zapytał.
- A dokąd?
- Do pewnego gentlemana, który chciałby was poznać.
- Dlaczego mnie?
- Możecie sobie wyobrazić: nie widział jeszcze nigdy
greenhorna.
- Dobrze. Pójdę i zaznajomię się z nim.
Henry miał dziś tak filuterną i przedsiębiorczą minę, jak
nigdy. Jego zachowanie się wprowadziło mię na domysł, że
przygotowuje jakąś niespodziankę. Przeszliśmy przez kilka ulic i
wstąpili do jakiegoś biura z szerokiemi szklanemi drzwiami od
ulicy. Henry wpadł tam tak prędko, że nie mogłem dokładnie
przeczytać złotych liter na szybach, zdawało mi się jednak, że
zobaczyłem słowa Office i surveying. Okazało się też niebawem, że
się nie pomyliłem.
Siedzieli tam trzej panowie, którzy z Henrym przywitali się
serdecznie, a ze mną uprzejmie i z nieukrywaną ciekawością. Na
stołach leżały mapy i plany, a wśród nich rozmaite przyrządy
miernicze. Byliśmy w biurze geodetycznem. Cel tych odwiedzin nie
był mi wiadomy. Henry nie przyszedł ani z zamówieniem, ani po
informacyę, tylko jakby na przyjacielską pogadankę, która się też
bardzo szybko rozwinęła i zeszła oczywiście na znajdujące się tutaj
przedmioty. Ucieszyłem się nawet tem, gdyż mogłem w niej wziąć
większy udział, niż gdyby mówiono o sprawach amerykańskich, których
jeszcze dobrze nie znałem.
Henry interesował się dziś widocznie bardzo miernictwem,
chciał wiedzieć wszystko i tak mnie powoli wciągnął w rozmowę, że w
końcu sam odpowiadałem ciągle na pytania, objaśniałem użycie
różnych przyrządów; pokazywałem, jak się rysuje mapy i plany. Był
ze mnie istotnie tęgi greenhorn, gdyż nie odgadłem ich zamiaru.
Uderzyło mnie to dopiero, gdy powiedziałem, co wiem o różnicy zdjęć
metodą współrzędnych, biegunową i dyagonalną, o pomiarach
perimetrycznych i o trygonometrycznej triangulacyi, oraz
zauważyłem, że ci panowie dają rusznikarzowi tajemne znaki. Wstałem
z krzesła, chcąc niejako zwrócić uwagę Henry'emu, że życzę sobie
już wyjść. On się nie sprzeciwił, wobec tego wyszliśmy pożegnani
jeszcze przyjaźniej, niż byliśmy przyjęci.
Gdy znaleźliśmy się w takiem oddaleniu od biura, że nie
można nas już było zobaczyć, zatrzymał się Henry, położył mi rękę
na ramieniu i rzekł, promieniejąc zadowoleniem:
- Sir, człowieku, młodzieńcze, greenhornie, ależ zrobiliście
mi przyjemność! Jestem wprost dumny z was!
- Czemu?
- Bo nawet przewyższyliście moje polecenie i oczekiwania
tych panów!
- Polecenie, oczekiwania? Nie rozumiem.
- To nie jest potrzebne. Sprawa bardzo prosta.
Twierdziliście niedawno, że znacie się na miernictwie. Aby się
przekonać, czy to nie blaga, zaprowadziłem was do tych gentlemanów,
a moich dobrych znajomych, aby was wymacali. Pokazało się, że
wszystko macie zdrowe, i wyrąbaliście się z honorem.
- Blaga? Mr. Henry, jeśli uważacie mnie za zdolnego do
takich rzeczy, to już więcej nigdy was nie odwiedzę!
- Nie dajcie się wyśmiać! Nie odbierzecie chyba staremu
przyjemności oglądania was. Wspominałem już wam: z powodu
podobieństwa do syna! Byliście kiedy u handlarza koni?
- Codziennie rano.
- I jeździliście na dereszu?
- Tak.
- Będzie co z tego konia?
- Tak sądzę, ale wątpię, czy ktoś, kto go kupi, da sobie z
nim radę. Przyzwyczaił się do mnie i zrzuci każdego innego.
- Cieszy mnie to, bardzo mnie to cieszy; koń chce widocznie
nosić tylko greenhorny. Chodźcieno przez tę boczną uliczkę. Znam tu
doskonały dining house, gdzie się bardzo dobrze jada, a jeszcze
lepiej pije. Musimy uczcić egzamin, któryście dziś zdali tak
znakomicie.
Nie mogłem pojąć Henry'ego; zdawało się, że się odmienił.
Ten samotny, powściągliwy człowiek chciał jeść w dining house!
Twarz jego przybrała inny wyraz niż zwykle, głos brzmiał jaśniej i
weselej niż kiedykolwiek. Wtrącił coś o egzaminie. Zastanowiło mnie
to słowo, choć tutaj mogło być bez znaczenia.
Od tego dnia odwiedzał mnie codziennie i obchodził się ze
mną jak z ukochanym przyjacielem, którego się ma wkrótce utracić.
Nie pozwolił jednak na to, żebym zbytecznie urósł w dumę z powodu
tego wyróżnienia; miał zawsze tłumik w postaci fatalnego słowa
"greenhorn".
W tym samym czasie zmienił się także względem mnie stosunek
rodziny, u której pracowałem. Rodzice więcej się mną zajmowali, a
dzieci okazywały więcej przywiązania. Nieraz przyłapywałem ich na
tajemnych spojrzeniach na mnie, których nie mogłem zrozumieć; były
jakieś serdeczne i jakby żalem wywołane.
Może w trzy tygodnie po naszej osobliwej wizycie w owem
biurze, poprosiła mnie lady pewnego dnia, żebym wieczorem nie
wychodził, lecz został na kolacyi z rodziną, podając za powód tę
okoliczność, że przybędzie Henry, oraz dwu gentlemanów, z których
jeden, niejaki Sam Hawkens, słynnym był westmanem. Jako greenhorn
nie słyszałem oczywiście o tem nazwisku, ale ucieszyłem się
sposobnością poznania prawdziwego i to znakomitego westmana.
Jako domowy nie czekałem, aż wybije oznaczona godzina, lecz
stawiłem się o kilka minut wcześniej w dining-roomie. Ku memu
zdziwieniu ujrzałem nie zwyczajne, lecz wspaniałe nakrycie, jak do
uczty. Mała, pięcioletnia, Emmy była sama w pokoju i wsadziła
właśnie palec do kompotu. Wyjęła go, skoro tylko wszedłem, i otarła
szybko w swoją jasną fryzurkę. Gdy jej pogroziłem, przyskoczyła do
mnie i szepnęła kilka słów do ucha. Aby swój błąd naprawić,
zdradziła mi tajemnicę ostatnich dni, która wprost rozsadzała jej
serduszko. Zdawało mi się, że ją fałszywie rozumiem. Zapytałem ją
jeszcze raz, a ona powtórzyła z radością te same słowa: "Your
farewell-feast".
Moja uczta pożegnalna! Czyż było to możliwe? Nie. Z
pewnością dziecko tak sobie uroiło. To też uśmiechnąłem się tylko
na to. Następnie usłyszałem głosy w pierwszym pokoju; nadchodzili
goście, wyszedłem więc naprzeciw, by ich powitać.
Wszyscy trzej przybyli w tym samym czasie, jak się później
dowiedziałem, wedle umowy. Henry przedstawił mi trochę tępo i
niezgrabnie wyglądającego młodzieńca, mr. Blacka, a następnie
westmana Sama Hawkensa.
Westmana! Przyznaję otwarcie, że nie wyglądałem chyba zbyt
mądrze, kiedy na nim spoczęło moje oko zdziwione. Takiej postaci
nie widziałem nigdy przedtem; później oczywiście poznałem jeszcze
inne. Ten człowiek i tak już osobliwy potęgował jeszcze to wrażenie
tem, że stał tu w wytwornym salonie zupełnie tak, jakby w puszczy,
bo z okryciem na głowie i strzelbą w ręku! Zewnętrzny jego wygląd
przedstawiał się tak:
Z pod smętnie obwisłych krys pilśniowego kapelusza, którego
barwy, wieku i kształtu najbystrzejszy myśliciel nie oznaczyłby bez
łamania sobie głowy, wyzierał z plątaniny czarnego zarostu nos,
straszliwych rozmiarów, mogący na każdym słonecznym zegarze służyć
do rzucania cienia. Z powodu potężnego zarostu widać było z całej
twarzy oprócz organu powonienia tylko małe rozumne oczka,
nadzwyczaj ruchliwe i utkwione we mnie z szelmowską jakąś
chytrością. On przypatrywał się mnie tak samo uważnie, jak ja jemu.
Później dowiedziałem się, dlaczego się tak mną zajmował.
Ta górna część spoczywała na ciele, tkwiącem aż po kolana w
starej bluzie myśliwskiej z koźlej skóry, zrobionej najwidoczniej
dla słuszniejszej osoby. W niej wyglądał ten mały człowiek jak
dziecko, które dla zabawy ubrało się raz w surdut dziadka. Z tego,
więcej niż wystarczającego okrycia, wyzierała para chudych,
krzywych jak sierpy, nóg, ubranych w wystrzępione pludry, których
wiek dowodnie świadczył, że człowieczek ten wyrósł z nich może
przed dwoma dziesiątkami lat. Nie mniejszą uwagę zwracały na siebie
jego buty indyańskie, w których mogła się zmieścić cała osoba ich
właściciela.
W ręku trzymał ten słynny westman strzelbę, podobniejszą
raczej do kija niż do tego rodzaju broni palnej. Byłbym się odważył
dotknąć jej tylko z największą ostrożnością. Większej karykatury
myśliwca z preryi trudno było sobie teraz wyobrazić. Jednak w
krótkim stosunkowo czasie poznałem wartość tego oryginała.
Obejrzawszy mnie od stóp do głów, rzekł westman cienkim
głosem do rusznikarza:
- Czy to jest ten młody greenhorn, o którym opowiadaliście,
mr. Henry?
- Yes - potwierdził zapytany.
- Well! On mi się dosyć podoba. Spodziewam się, że Sam
Hawkens także mu się spodoba, hi! hi! hi! hi!
Z tym delikatnym, dziwnym nieco śmiechem, zwrócił się do
drzwi, w których ukazali się właśnie pan i pani domu. Powitali
myśliwca w taki sposób, iż można było wnosić, że go już raz
widzieli. Stało się to za mojemi plecyma. Potem poproszono nas do
jadalni.
Poszliśmy za tem wezwaniem, przyczem Hawkens ku memu
zdziwieniu nie odłożył strzelby, ani kapelusza. Dopiero gdy
wyznaczono nam miejsca przy stole rzekł, wskazując na swą starą
pukawkę:
- Prawdziwy westman nie spuszcza nigdy z oka swej strzelby,
a tem bardziej nie czynię tego ja z moją zacną Liddy. Zawieszę ją
koło firanek.
A więc strzelbę swoją nazywał Liddy! Później oczywiście
dowiedziałem się, że owi strzelcy, uganiający po Zachodzie,
obchodzą się ze swemi strzelbami jak z żywem stworzeniem i nadają
im imiona. Powiesił więc strzelbę na wymienionem miejscu i chciał
tosamo zrobić z kapeluszem, ale gdy go zdjął, zostały w nim
wszystkie włosy z głowy. Można się było naprawdę przestraszyć
widokiem jego bezskórnej, jak krew czerwonej, czaszki. Lady
krzyknęła głośno, dzieci zaczęły wrzeszczeć, on jednak zwrócił się
do nas celem uspokojenia:
- Nie lękajcie się, moje panie i panowie, to nic! Nosiłem
własne włosy uczciwie od dzieciństwa. Żaden adwokat nie poważył się
zaprzeczyć mi prawa do tego. Dopiero jeden czy dwa tuziny pawneów
wpadły na mnie i zdarły mi włosy z głowy razem ze skórą. Było to
dyabelnie przykre uczucie, ale przebyłem to szczęśliwie hi! hi! hi!
Potem udałem się do Tekamy i kupiłem nowy skalp, jeśli się nie
mylę. Nazywa się to peruką i kosztowało mnie trzy grube wiązki
skórek bobrowych. Ale to nic nie szkodzi, gdyż nowa skóra jest o
wiele praktyczniejsza, zwłaszcza w lecie; mogę ją zdjąć, kiedy się
spocę, hi! hi! hi!
Rzucił kapelusz na strzelbę i założył perukę na głowę,
poczem rozebrał się z bluzy i przewiesił ją przez krzesło. Była
połatana wielokrotnie tak, że jeden kawał skóry przyszyty był na
drugim, co nadało jej takiej sztywności i grubości, że strzała
Indyanina nie łatwoby ją przebiła.
Teraz ujrzeliśmy jego cienkie, krzywe nogi. Na nim została
tylko skórzana kamizelka, a za pasem nóż i dwa pistolety. Gdy
powrócił do krzesła przy stole, spojrzał chytrze najpierw na mnie,
a potem na panią domu i zapytał:
- Może mylady powie przed jedzeniem temu greenhornowi, o co
chodzi, jeśli się nie mylę?
Zwrot "jeśli się nie mylę" był jego stałą nawyczką. Lady
skinęła głową, zwróciła się do mnie, wskazała na młodszego gościa i
rzekła:
- Nie wiecie zapewne, że mr. Black jest waszym następcą,
sir!
- Moim... na...stępcą? - wybuchnąłem zmieszany.
- Ponieważ żegnamy was dzisiaj uroczyście, musieliśmy się
rozglądnąć za nowym nauczycielem.
- Poże...gna...nie?
Przypuszczam, że wyglądałem w owej chwili jak uosobione
przerażenie.
- Tak, pożegnanie, sir. - rzekła z uśmiechem, który mi się
wydał niestosownym, gdyż ja bynajmniej nie czułem ochoty do
wesołości. - Polubiliśmy was bardzo, nie chcieliśmy przeto
przeszkadzać wam w tem, byście jak najprędzej doszli do szczęścia.
Bardzo nam przykro, że nas opuszczacie, ale rozstajemy się z wami
przejęci wielką dla was życzliwością. Jedźcie jutro w imię Boże!
- Odjeżdżać? Jutro? Dokąd? - wykrztusiłem.
Na to uderzył mnie Sam Hawkens po ramieniu i odrzekł z
uśmiechem:
- Dokąd? Na dziki Zachód ze mną. Zdaliście znakomicie
egzamin, hi! hi! hi! Inni surweyorzy odjeżdżają jutro i nie mogą na
was czekać. Mnie, Dicka Stone i Willa Parkera przyjęto na
przewodników w drodze wzdłuż Kanadianu do Nowego Meksyku. Myślę, że
nie zechcecie tutaj nadal pozostać greenhornem!
Teraz spadła mi łuska z oczu. To wszystko było z góry
ułożone! Surweyor, pomiary, może dla jednej z wielkich kolei, które
zamierzono budować. Co za wieść radosna! Dalej nie było o co pytać,
gdyż mój zacny Henry sam przystąpił, ujął mnie za rękę i rzekł:
- Powiedziałem wam już, dlaczego was lubię. Jesteście tu u
zacnych ludzi, ale stanowisko nauczyciela domowego nie jest dla
was. Musicie się udać na Zachód. Zwróciłem się w tym celu do
Atlantik i Pacifik Company i kazałem wybadać wasze wiadomości tak,
abyście się tego nie domyślili. Zdaliście dobrze i tu macie
instalacyę.
Podał mi dokument. Gdy rzuciwszy nań okiem, przeczytałem
przypuszczalną wysokość wynagrodzenia, ciemno mi się w oczach
zrobiło. Stary przyjaciel mówił dalej:
Pojedzie się konno, potrzebujecie więc dobrego konia.
Kupiłem dla was deresza, którego ujeździliście. Bez broni nie
możecie się ruszyć, dostaniecie więc to stare gun, z którego tak
dobrze zawsze trafiacie. I cóż wy na to, sir, he?
Z początku milczałem, a gdy wreszcie odzyskałem mowę,
próbowałem nie przyjąć darów, ale bez skutku. Ci zacni ludzie
postanowili mnie uszczęśliwić, byłbym ich dotknął głęboko, gdybym
się był uparł przy odmowie. Aby na razie przynajmniej zapobiec
rozwlekaniu tej sprawy, usiadła mylady przy stole, a my musieliśmy
pójść za jej przykładem. Podczas jedzenia nie należało podejmować
tego tematu.
Po kolacyi udzielono mi potrzebnych wiadomości. Miano
poprowadzić kolej z St. Luis przez Indyan-Territory, New Mexiko,
Arizonę i Kalifornię do wybrzeża Pacyfiku i postanowiono tę długą
przestrzeń zbadać i sekcyami odmierzyć. Sekcya, która przypadła w
udziale mnie i trzem innym surweyorom pod kierunkiem starszego
inżyniera, leżała między źródliskami rzek Rio Pecos i południowego
Kanadianu. Trzej wytrawni przewodnicy: Sam Hawkens, Dick Stone i
Will Parker, mieli nam towarzyszyć aż na miejsce, gdzie nas
oczekiwała gromada dzielnych westmanów, dodanych nam dla
bezpieczeństwa. Oczywiście byliśmy także pewni pomocy wszystkich
załóg po fortach. Aby mię zaskoczyć niespodzianką, powiedziano mi o
tem dopiero dzisiaj, co prawda, trochę zapóźno. Uspokoiła mnie
jednakże wiadomość, że postarano się o wszystko, co było konieczne
do podróży, aż do najdrobniejszych szczegółów. Nie pozostawało nic
innego, jak przedstawić się kolegom, którzy czekali na mnie w
mieszkaniu starszego inżyniera. Poszedłem do nich w towarzystwie
Henry'ego i Sama Hawkensa. Przyjęli mnie nader serdecznie, nie
biorąc za złe spóźnienia, wiedzieli bowiem, że przyczyną tego była
właśnie ta niespodzianka.
Pożegnawszy się nazajutrz z rodziną, u której dotąd byłem
zajęty, udałem się do Henry'ego. Zacząłem mu dziękować, ale on
potrząsnąwszy mnie silnie za ręce, przerwał mi temi słowy:
- Zamknijcie dziób, sir! Wysyłam was tylko dlatego, żeby
moje stare gun także mogło przemówić! Gdy wrócicie, odszukacie mnie
i opowiecie, coście przeżyli i czego doświadczyli. Wówczas dopiero
się pokaże, czy jesteście jeszcze tem, czem dzisiaj, mianowicie
greenhornem, jakiego szukać pod słońcem.
To rzekłszy, wysunął mnie za drzwi. Obróciłem się jeszcze
raz i zobaczyłem łzy w jego oczach.