ROZDZIAŁ
Kiedy zaczęły się przeprowadzki do Czerwonego Wieżowca, w Prijedorze, wczesną wiosną 1975 roku, cała chmara dzieci hasała na łące między dwoma budynkami kopalni, między dwoma drapaczami chmur. Dzieci lepiły czterometrowego bałwana z brudnych resztek śniegu.
Pięć lat później, po śmierci Tita, próbowali zrobić go z kartonu (imitację Marszałka, którego widzieli podczas wycieczki do Kumrovca) i wszyscy bez wyjątku dostali lanie od rodziców. Tito był sklecony z kartonów, wiatr szybko go porwał i Marszałek spadł do ogrodu Taiba, tuż obok drapacza chmur.
Taib, wydawałoby się, od lat żył sam i był stary. Chałupy z ogrodem za nic nie chciał sprzedać. Natychmiast obok domu wybudowali mu wieżowiec i gotowi byli zapłacić, żeby tylko się wyprowadził i pozwolił zburzyć swoją chałupkę, ale Taib nie chciał nawet o tym słyszeć. Dziewczynkę, jego córeczkę, rozjechał autem najbliższy sąsiad Hamdija Kurtović, właściciel warsztatu samochodowego naprzeciwko domku Taiba. Nie z premedytacją, dziesięć metrów dalej.
Tak więc Taib nie pozwolił zburzyć domku i nie zgodził się odejść z miejsca śmierci swojego dziecka. Z Hamdią nie rozmawiał, chociaż Hamdija kilka razy podchodził pod drzwi. Nie otworzył mu.
I wszyscy żałowali tego nieszczęsnego, skulonego w sobie Taiba. Jego żona umarła z żalu za dzieckiem i Taib sam, z tą chałupą i jabłonką od frontu, pogrążył się w samotności jak w mętnej wodzie. Przez cały dzień pracował w ogródku i stamtąd patrzył, jak rośnie syn Hamdii Kurtovicia.
Tito z kartonu z wolna rozpadał się pod jabłonką Taiba.
I to wtedy, przed wojną, Amira, syna Hamdii, w wieku dwudziestu ośmiu lat dopadł atak serca, na środku baru.
Nie wiem, czy Taib nie pomyślał sobie: Hamdio Kurtoviciu, teraz jesteśmy kwita. Lepiej późno niż wcale.
W pierwszych dniach wojny wpadli którejś nocy zamaskowani pozafrontowi bandyci. Udusili Hamdię Kurtovicia i jego żonę, okradli warsztat samochodowy. Taiba nawet nie tknęli, a przecież był naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, chociaż trudno byłoby powiedzieć, że nie wiedzieli, iż w środku jest prawdziwy Boszniak - pewnie myśleli, że siedzi tam po prostu jakiś nędzny Boszniak, którego nie warto nawet zabić.
Taib stał za firanką. Dygotał. Myślał. Myślał, że trzeba się pokłonić, ale nie wiedział jak, zapomniał, do Boga nie zwracał się od śmierci dziecka.
"Zabili ich, zabili", powtarzał w duchu.
Znaleźli go po dziesięciu dniach.
Był skulony, wydawało się, że próbował się pokłonić, ale padł na głowę martwy, jakby wzbraniał się przed biciem pokłonów, i tak już został. Taib nie dowiedział się więc, że Hamdię Kurtovicia i jego żonę zabił policjant zamieszany kiedyś w śledztwo dotyczące rozjechanej przez auto dziewczynki.
Została tylko obumarła jabłonka.
Dobrze skadrowane, obejmujące ją ujęcie poderwałoby też kartonowego Tita, gnijącego tuż obok.
A może on dalej podtrzymuje Czerwony Wieżowiec, żeby nie zwalił się do ogrodu Taiba, co to teraz za obejście - bez domu, bez dzieci, puste.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki