Winda do nieba - Tadeusz Meszko

Kup ebooka

19.99 zł
15.99 zł (4,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część I

36900 kilometrów do Ziemi (orbita geostacjonarna) Wstęp: Fallen Angel

Bart Greygallo spadał. A może nie spadał, a leżał naćpany w rynsztoku lub brał udział w wirtualnej grze? Dzisiaj niemożliwe było odróżnienie złudzenia od rzeczywistości, fałszu od prawdy. Jednak to chyba nie była senna wizja. Po jego skroni spływała strużka krwi, a gdy dotarła do kącika ust, mimowolnie polizał ją, wyczuwając cierpki smak. Jeżeli krew była prawdziwa, to i upadek chyba był realny.

Ledwo kilka godzin temu marzył, aby wyrwać się z okowów grawitacji planety, zerknąć na nieosłonięte atmosferą nagie gwiazdy. W tej chwili czuł się bardziej samotny niż misjonarz w amazońskiej dżungli, żeglarz w rejsie dookoła świata, a nawet górnik na księżycu Urana. Nie miał dostępu do żadnego serwisu internetowego, nie mógł wybrać połączenia z żadną osobą. Przed wystrzeleniem go w kosmos kapsułę ratunkową zdewastowano, pozbawiając możliwości komunikacji. Stracił szansę bycia mądrym mądrością innych i chociaż czasami Internet czynił z niego głupca, to w większości przypadków pozwalał poszerzyć granice wiedzy. Na szczęście niektóre fakty miał wryte w pamięć.

Spadał w kapsule ratunkowej, obserwując na monitorach zarówno miejsce, z którego go wystrzelono, jak i teren, gdzie się rozbije. Chyba jedynie cynizm oprawców sprawił, że pozostawiono mu sprawne kamery, aby mógł oglądać postęp upadku. Ale to jeszcze potrwa; spadał z wysokości 37 tysięcy kilometrów – z orbity geostacjonarnej stacji Top Level – najwyższego poziomu kosmicznej windy. To nie 39 kilometrów Felixa Baumgartnera czy 41 kilometrów Alana Eustace’a i kilka minut swobodnego spadania. Jego czekała długa – liczona w godzinach – droga do domu. Spadając z ich prędkością, na chwilę rozbicia się na kamiennym bruku czekałby ponad dobę. Jednak użyto działa magnetycznego i kapsuła została wystrzelona z szybkością kilka razy przekraczającą prędkość dźwięku. A to i tak ponad dziewięć godzin upadku, co beznamiętnie odliczał zegar.

Był uwięziony w elektromagnetycznym tunelu windy do nieba, skazany na ciągłe przyglądanie się jednemu punktowi nad lub pod sobą. Musiał zdecydować, na co chce patrzeć: oddalającą się stację kosmiczną windy i Księżyc czy rosnącą kulę ziemską. Księżyc był w pełni, lecz pomimo że znajdował się w odległości mniejszej o dziesięć procent od dystansu dzielącego go od Ziemi – wydawał się drobny. Zawieszony w pustce, jasnoszary punkt wielkości monety. Ziemia była większa, lecz wciąż pozostawała odległą błękitno-białą kulą z ledwo widocznym zarysem brązowawych kontynentów. Dopiero za kilka godzin wypełni pole jego wzroku i wtedy będzie mógł dostrzec trzy pylony windy oraz zabudowania Dawapolis. Lecz wcześniej minie stację Middle Level windy i przeleci przez Oko Boga.

Sprawdził poziom tlenu w kapsule: nie straci przytomności z powodu problemów z oddychaniem; gdy wpadnie w atmosferę, będzie świadomy. Wtedy kapsuła rozgrzeje się do czerwoności i, jak należy przypuszczać, szybciej spłonie, niż rozbije się o ziemię. Uderzenie fali dźwiękowej usłyszą z pewnością wszyscy w mieście. Grom z nieba skłoni ich do uniesienia głów, wielu zauważy ognistą smugę. Może niektórzy wypowiedzą życzenie, biorąc go za spadającą gwiazdę? Czy był gwiazdą? Z pewnością nie. Jeszcze kilka tygodni temu był jednym z sześciu milionów obywateli miasta, na które spadał. Dlaczego więc spadał jak gwiazda? „Zdegustowany i zmęczony, przygnębiony, grzeszny, opętany – Bóg tylko wie od jak dawna” 1 .

Miał dużo czasu, aby się nad tym zastanowić... Mógł uznać, że spadanie zaczęło się ćwierć wieku temu, w dniu tragicznej śmierci rodziców. Lecz podążając tym tropem, mógłby powiedzieć, że zaczęło się już wcześniej – czterdzieści siedem lat temu, w dniu jego narodzin. Lub jeszcze wcześniej, gdy rodzice postanowili zamieszkać w mieście, aby ojciec mógł wziąć czynny udział w projekcie elektromagnetycznej windy kosmicznej ELSPEL 2 . Tylko że to też byłaby błędna droga. Ostatecznie zdecydował, że powód obecnego spadania nastąpił niecały miesiąc temu, kilka dni przed Wielkanocą 2069 roku. Dokładniej w Wielki Czwartek, kiedy ćwiczył na perkusji. Dzień jak co dzień. Pierwsze godziny nie zwiastowały radykalnej zmiany w jego życiu, lecz nim nadeszło Święto Zmartwychwstania, wszystko się wywróciło i już pędził nowym torem, początkowo nawet o tym nie wiedząc.

Rozdział I

Welcome to the Jungle Oferta Kuchni

11 kwietnia, Wielki Czwartek

W Wielki Czwartek obudził go komunikat o połączeniu wizyjnym. Z niechęcią zezwolił na nie. W ciemności zamkniętych oczu rozświetlił się hologram dziewczyny w białej koszuli, z czarnymi włosami i okrągłych oczach. W jego typie. Żałował, że była ubrana. I że nie leżała obok. Czy nikt nie pomyślał, że tak zgrabne rozmówczynie wprowadzają klientów w kompleksy? A może o to chodziło? Takich dziewczyn nie spotkasz na ulicy. Już szybciej w knajpie czy burdelu, ale najczęściej w snach lub wirtualnych światach. Niech będzie, pośnijmy dalej...

– Miło mi pana powitać przed świętami – ideał piękności odezwał się aksamitnym głosem. Bart znał wiele utworów, w których pięknie współbrzmiałby z perkusją. – Dzwonię w imieniu pana Kuchni. Jest pan naszym najlepszym klientem, zawsze opłaca pan rachunki w terminie, ale niebawem kończy się pańska umowa.

Westchnął z rezygnacją. Koniec marzeń, to był automat akwizycyjny. Nie do przegadania, sztuczna inteligencja, która się nie nudziła. Nie warto było przerywać połączenia, gdyż będzie go nagabywać w kolejne poranki, które są ulubioną porą ataku.

– Czy wypił pan już pierwszą kawę? – zapytała z troską.

– Nie... – burknął. Co za irytujące pytanie! Przecież z pewnością odczytywała parametry jego ciała i wiedziała, że leży w łóżku.

– To mam dla pana wspaniałą wiadomość! – dziewczyna z radości klasnęła w dłonie. Na szczęście niezbyt głośno. – Do naszego zestawu automatu do parzenia kawy, wyciskania soków ze świeżych owoców oraz miksowania drinków po przedłużeniu umowy dodamy panu nieodpłatnie drona dostarczającego wybrany napój do łóżka.

– Byłoby miło... – dopiero teraz poczuł suchość w gardle. Roboty wciąż nie radziły sobie ze schodami i na zamówioną filiżankę kawy lub butelkę piwa musiał czekać długie minuty.

– Ale to nie wszystko – ślicznotka nie przestawała szczebiotać. – Ma pan jakiś ulubiony napój?

– Piwo... – wymruczał. Dziewczyna wprost rozpłynęła się w uśmiechu.

– Nasza lodówka będzie przez miesiąc bez opłat uzupełniać zapas piwa tak, aby nigdy nie zabrakło panu tego schłodzonego napoju.

„Szkoda, że nie podpisałem tej umowy wczoraj” – pomyślał, przesuwając obraz rozmówczyni na dalszy plan. Na pierwszym wywołał lokalny serwis informacyjny.

ZNAMY KOLORY MODNE LATEM!

Słonica Eliza wybrała modne tego lata kolory. W tym sezonie będziemy ubierać się we fiolety i zgniłą zieleń.

Z tego, co pamiętał, słonica już drugi sezon decydowała o kolorach spodni, koszul i staników. Kto jej na to pozwalał? Sztuczna inteligencja czy żywi ludzie?

NAJPOPULARNIEJSZY BLOG DAWAPOLIS!

„Pierdzę od rana do wieczora” najpopularniejszym blogiem, odwiedza go prawie połowa mieszkańców naszego miasta. Przypominamy, że prowadzi go dziesięciolatek.

„A ja pierdzę w nocy” – skwitował tę wiadomość. „Tylko że nie prowadzisz bloga i nie zarabiasz na tym” – musiał dodać z żalem.

– Czyż to nie wspaniałe? – akwizytorka Kuchni przerwała mu przeglądanie wiadomości. Spróbował sobie przypomnieć, o czym mówi. Aha, przez miesiąc piwo za darmo do łóżka. Ciekawe, ile to będzie kosztowało po okresie promocji?

– A później? – zapytał.

– Za niewielką opłatą, a w tym tygodniu w promocyjnej cenie. Można przedłużyć opcję na cały okres umowy. Wyraża pan zgodę na dodanie oferty?

„Witaj w dżungli, możesz spróbować żyć w świetle jupiterów, lecz nie otrzymasz tego za darmo” 3 . Cóż dodać?

– No, nie wiem...

– Nim podejmie pan decyzję, powiem panu o kolejnej fascynującej promocji.

– Tak... – wymruczał, mając ochotę ponownie zasnąć i odciąć zmysły od tych bzdur.

Mógłby już wstać, tylko po co? W Wielkanoc najtrudniej złapać klienta. Tak naprawdę dla branży turystycznej najgorsze były dwa okresy: post wielkanocny oraz ramadan. Bart nie lubił świąt wielkanocnych również z innego powodu. Przypominały mu o śmierci rodziców. To był napad bandycki zakończony podwójnym morderstwem. Bart studiował wtedy architekturę na Uniwersytecie Technicznym w Delft i szykował się do świątecznej wizyty, lecz nie zdążył ujrzeć ich żywych. Może gdyby przyjechał dzień, dwa wcześniej, nic złego by się nie stało? Albo zginąłby razem z rodzicami...? To były bezcelowe rozważania.

Przebieżka na bębnach

Wytrzymał jedynie kilka minut. Nie pomogło przywoływanie snu z akwizytorką Kuchni w bikini. Wstał, nakazując przygotowanie lekkiego śniadania. Mieszkał w czteropiętrowej, wąskiej kamienicy wciśniętej między dom towarowy a galerię sztuki Grega i Gregory’ego, na uliczce wijącej się wzdłuż Dawy. Bart znał podobną zabudowę z Delft czy bardziej znanego Amsterdamu, gdzie każdy właściciel budynku chciał mieć dostęp do ulicy, w związku z czym budowano domy wąskie, lecz głębokie. Niegdyś była tu szkoła muzyczna, na strychu wciąż znajdowała się graciarnia instrumentów muzycznych oraz różnorodnych urządzeń elektrycznych, a na niskim parterze – sala koncertowa. Już bez rzędów krzeseł, lecz ze sceną na podwyższeniu i rozsuwaną kurtyną. Do budynku wchodziło się schodami, od razu na pierwsze piętro, gdzie funkcjonowała kuchnia i pokój dzienny. Na drugim były gabinety rodziców. Ojca – niemal pusty, oraz matki – od podłogi po sufit wypełniony książkami. Trzecie piętro zajmowały sypialnie. Poza jedną, należącą do niego, także pozostawały puste.

Mówi się, że zbrodniarz zawsze wraca na miejsce zbrodni, a w tym domu zginęli jego rodzice. Dlatego nie mógł się wyprowadzić. Dokończył jedynie studia licencjackie, a potem wrócił do miasta. Czekał na mordercę. Został policjantem i zaczął chodzić w patrolach po ulicach. Żył w mieszkaniu rodziców i wciąż czekał. Nie był Batmanem, nie mścił się na mieście za wszelkie zło. Nie tylko dlatego, że nie miał bat-mobilu. Nie czuł złości do miasta, nienawidził jedynie tego – lub tych – przez których stracił rodziców.

Niestety przesąd znany z kryminałów okazał się bzdurą: morderca nie wrócił. Po dziesięciu latach Bart uznał, że dalsze czekanie w domu na mordercę nie ma żadnego sensu. Nie chciał już dłużej przebywać w miejscu, które pamiętało tragiczne wydarzenia. Poza tym dom był dla niego zbyt duży. W końcu zaczął przygotowywać się do przeprowadzki, lecz nie potrafił zdecydować się, co wyrzucić, a co jest warte przeniesienia pod nowy adres. Kartony i pootwierane szuflady wciąż przeszkadzały w poruszaniu się. Ostatecznie zrezygnował z wyprowadzki, lecz nie miał siły poukładać wszystkiego na swoich miejscach. Pozostał także dlatego, że jego rodzice otrzymali budynek od miasta w wieczne, darmowe użytkowanie i nie musiał martwić się o czynsz. Podjął jednak decyzję o odejściu z policji, choć nawyk spacerowania po dzielnicach występków i ocierania się o półświatek pozostał w nim. Nie potrafił bez tego żyć. A że nie chciano go zatrudnić jako muzyka, to wyrobił sobie licencję prywatnego detektywa.

Później rozszerzył działalność na usługi w branży turystyki kosmicznej. Uczynił tak, gdyż chwilami miał już dość smrodu, który czuł, grzebiąc w prywatnych kloakach klientów. Lecz licencję na usługi detektywistyczne wciąż odnawiał. Status prywatnego detektywa miał określone przywileje, pozwalał mu na przykład wyłączyć lokalizator oraz automatyczną rejestrację obrazu i dźwięku. Inni uciekali od Wielkiego Brata, używając nielegalnego oprogramowania, on korzystał z tego za darmo i całkowicie legalnie.

Jeszcze za życia ojca sala koncertowa stała się salą wykładową. Ojciec ustawił tam ławy i prowadził zajęcia dla studentów. Po jego śmierci Bart poprzesuwał siedziska pod ściany i pomieszczenie znów stało się miejscem koncertów, a właściwie prób. Scena została zasłonięta kotarą, a na proscenium pojawił się zestaw perkusyjny do ćwiczeń. Składał się z szesnastu talerzy oraz dziesięciu bębnów z przodu i czterech za plecami. Tuż przed kolanami stał werbel i Bart każdą próbę rozpoczynał od krótkiej rozgrzewki na nim. Później dołączała prawa noga; pedał stopy uderzający bijakiem w membranę dużego bębna przemieniał niegroźne dźwięki w złowrogi dudniący rytm. Po kilku minutach był gotowy do pracy z pozostałymi bębnami. Pałką omiatał tomy, floor-tomy, jak również zestaw roto-tomów. Bardzo lubił brzmienie tych ostatnich, lecz było ono zbyt specyficzne. Od razu kojarzyło się z nagraniem Time Pink Floyd, nie używał więc ich zbyt często. W końcu przychodził czas na blachy. Po krótkiej jeździe na raidzie omiatał inne talerze. Od 12-calowego splasha, poprzez podwójny hi-hat, średniej średnicy crash oraz china, po 20-calowy ride. Kończył na wiszącym metrowym gongu, wygrywając Wielki Wybuch. Na zakończenie, dla uspokojenia, sprawdzał dźwięk przeszkadzajek. Dopiero po takiej rozgrzewce czuł się gotowy do przećwiczenia wybranego utworu. Obecnie, zainspirowany rozmową z Kuchnią, postanowił wyżyć się, grając Welcome to the Jungle Guns N’ Roses. To był ostry łomot, który idealnie nadawał się do wytłumienia emocji.

Bart chciałby zarabiać grając na bębnach, lecz nie było takiego zapotrzebowania. Do kotleta panierowanego wystarczało ciche odtwarzanie evergreenów, a w dyskotekach królowało bębnienie w jednostajnym rytmie, generowane zwykle przez programy komputerowe. Popularnością cieszyła się sieczka w rodzaju: „La, la, la, kocham cię. Dlaczego ty mnie nie?”. On też był zmuszany do grania kawałków Beatlesów, próbował jednak przemycić nagrania kapel rockowych, takich jak: Lucky Man Emerson, Lake & Palmer czy Talk to the Wind King Crimson. To też były przytulanki, lecz Bart przynajmniej wiedział, że na co dzień kapele te grały inną muzykę. Podobno na nowych światach do łask powróciło country, ale on nie czuł tego klimatu. Może dlatego, że nie znajdował się na zagubionej w kosmosie łupince? Mimo wszystko nie miał ochoty sprawdzać, czy pokochałby pieśni opiewające wirowanie na skale niewiele większej niż jego mieszkanie. Na dodatek wykonywane przy akompaniamencie banjo. Istniała też muzyka kwantowa – którą on znał jako konkretną, licząca sobie już z półtora wieku – ale to były smaczki dla koneserów wygrywane w filharmoniach dla kilkunastu słuchaczy zatopionych w oparach psychodelicznych doznań. A on chciał grać głośno. I na żywo. Zespołowi skrzykiwanemu ad hoc przed występem narzucił jedną zasadę: graj na czym chcesz, ale bez elektronicznego wspomagania. To miała być prawdziwa muzyka, wszystkie dźwięki musiały być wydobywane w czasie rzeczywistym, a przepuszczać je było wolno jedynie przez wzmacniacze tranzystorowe, a jeszcze lepiej lampowe. W mieście funkcjonowało kilka lokali, w których grano na żywo i raz na pół roku zgadzano się na jakiś „trudniejszy” występ. Co za ironia – rock trudniejszą muzyką! Bart odwiedzał je regularnie, a gdy udawało mu się załatwić występ, przeprowadzał z zespołem kilka prób i... na czas jednego wieczoru zostawali rockmanami. Nie potrafił zrezygnować z grania. Wprawdzie był to tylko rock’n’roll, ale on go lubił. Chyba tylko on i grupka dinozaurów pozostawali mu wierni. Dla młodych rock był niczym puszczanie znaków dymnych: całkowicie zapomniany, niezrozumiały kod.

Muzyka stanowiła pasję Barta. Szkoda, że nie mógł poświęcić jej całego czasu, zanurzyć się w tym żywiole bez reszty. Jego marzeniem było dać się unieść prądom w nadziei, że pośród licznych mielizn wyłowi drogocenne perły. Ale były też inne fascynacje. Teraz wygasłe, a przynajmniej uśpione. Swoje zauroczenie kosmosem przeniósł w ułomnej formie na sposób zarabiania pieniędzy, ponieważ nowych klientów znajdował wśród pasażerów windy kosmicznej. Natomiast umiłowanie architektury miało zastosowanie w jego podejściu do rozwiązywania problemów. Każdą trudność potrafił bowiem rozłożyć na elementy nośne, na których opierała się bryła problemu, często tak rozbuchanego, że trudno było nawet dojrzeć filary.

Te dwie pasje spotkały się ze sobą tylko w jednym zrealizowanym projekcie. Pylony windy kosmicznej miały kształt, który Bart uwiecznił kiedyś na odwrocie zawiadomienia o przyznaniu ojcu Nagrody Nobla. Papieru używano bardzo rzadko, lecz Bart jako chłopiec wolał rysować projekty domów przyszłości, stacji kosmicznych i baz planetarnych na papierze niż na ekranie monitora. Ojciec nie był zły za zniszczenie dokumentu, a nawet zaczął mu oddawać każdą kartkę papieru zadrukowaną tylko z jednej strony. Zeskanował też projekt pylonów Barta, mówiąc, że mu się podoba i że podrzuci go do biura projektowego, aby architekci wzięli go pod rozwagę. I tak właśnie się stało. Nie otrzymał co prawda honorarium, lecz na tabliczkach informacyjnych pojawiło się jego nazwisko razem z adnotacją, że inspiracją projektu stał się rysunek Bartłomieja, sześcioletniego syna głównego konstruktora, Władysława Grejgałło. Był to jedyny jego projekt przeniesiony z kartki papieru na trójwymiarową bryłę.

Waląc w bębny, gasił swoją złość. Wkurzało go, że porzucił architekturę, a ludzie porzucili marzenia o dotarciu na skraj wszechświata, skupiając uwagę na wbijaniu kilofa w skały planetoid z myślą o zysku. Nie wszystko jednak było stracone. Wiedział, że po kilkuletniej modernizacji winda miała wznowić działalność, wynosząc na orbitę elementy pierwszego międzygwiezdnego statku kosmicznego.

Rozdział II

City of Hope

Dawapolis

Dawapolis powstało w Afryce z inicjatywy Unii Europejskiej, przy niewielkim wkładzie finansowym Chin. Pod miasto i windę do nieba wydzierżawiono na dziewięćdziesiąt dziewięć lat wyżynny, bury teren na styku granic trzech krajów o różnej wierze: Etiopii, Somalii i Kenii. Po pół wieku miasto okazało się ostatnim pełnym oddechem świata jego rodziców. Agonia zjednoczonej Europy trwała wiele lat, chociaż jej koniec od dawna był dla wszystkich oczywisty. Nim Bart osiągnął pełnoletność, w Europie powstało ponad sto państewek, królestw i księstewek zamieszkanych w dużym stopniu przez Afrykańczyków i Arabów. Europejczycy uciekali z kontynentu jak szczury z tonącego okrętu w takiej panice, że do miasta nie wpuszczono nawet autochtonów z zagarniętych terenów. Więcej w Dawapolis było teraz białych niż w Europie. Niektórzy mówili, że to zemsta za masowe migracje z początku wieku.

Miasto miało być noclegownią dla pracowników komercyjno-naukowego projektu windy kosmicznej. Zakładano, że będzie liczyć nie więcej niż kilkaset tysięcy mieszkańców. Wszystko zmieniło się po kolejnej fali masowych migracji z połowy wieku. Zalew imigrantów z Afryki i Azji spowodował, że większość Europejczyków postanowiła porzucić zatapiany przez przesiedleńców, ale i podnoszący się przez poziom oceanów, kontynent i przenieść się na wyższe, puste tereny. Już wcześniej Europejczycy postawili na Afrykę – Holendrzy zbudowali kilka zamkniętych kloszami miast na Saharze, Francuzi w Algierii, Niemcy w Kamerunie, a Anglicy w Sudanie.

Tym razem wybrano tereny wokół Dawapolis. Ostatnia fala emigrantów spowodowała, że miasto rozrosło się do sześciomilionowej metropolii. Najpierw Włosi i Hiszpanie, wypychani z własnego kraju przez przybyszów z Afryki, kupili ziemię na zachód od miasta, po lewej stronie rzeki Dawa, i przesiedlili tam setki tysięcy obywateli swoich krajów. Później Francuzi, po południowej stronie terenów Hiszpanów i Włochów, wybudowali dzielnicę francuską, a Niemcy niemiecką. W kilka lat po tym drobna, wiecznie uśmiechnięta, wyglądająca na uczennicę gimnazjum chińska minister wytargowała od Somalijczyków ziemie leżące na wschód od miasta. Urażeni brakiem własnych dzielnic islamiści somalijscy otrzymali tereny położone na południe od Chińczyków. Również Żydzi uznali, że za ciasno im w Izraelu i kupili trochę ziemi po prawej stronie rzeki, na południe od miasta.

Początkowo były to dzielnice o charakterze etnicznym, z czasem jednak okazało się, że silniejszy wyróżnik stanowi wiara religijna. Katolicy chcieli mieszkać blisko katolików, muzułmanie obok muzułmanów. Miasto podzielono na sektory, pozwalając na ich zasiedlenie według wyznawanego obrządku. Każdy sektor czcił innego Boga i dzisiaj nie mówiło się już o sektorach włoskich, francuskich czy żydowskich, a o sektorach chrześcijan, islamistów i judaistów. Wierzący w pomniejszych bogów oraz niewierzący w żadnego w większości mieszkali w dawnym sektorach: francuskim, niemieckim oraz chińskim. Niegdyś Dawapolis reklamowano jako miasto, w którym cuda zdarzają się codziennie, zapraszając do odwiedzin miejsca, gdzie zbudowano windę kosmiczną – nadzieję masowego podboju kosmosu. „Jest miasto nadziei poza naszymi lękami, w którym dzieją się cuda, w którym można usłyszeć prawdę. Nie chciałbyś odwiedzić miasta nadziei?” 4 . Tak się nie stało. Życie zdecydowało, że zmieniło się w miasto wszelkich religii – i tych jednego Boga, i tych mniejszych bogów, a nadzieja pozostała jedynie w modlitwie do wybranego absolutu.

Podział na sektory nie był idealnym rozwiązaniem. Chrześcijanie uważali, że jako najliczniejsza grupa mają prawo zajmować większe terytorium, zwłaszcza że niewierzący w żadnego boga nie powinni posiadać miejsca ani na tej ziemi, ani w niebie, skoro w istnienie nieba nie wierzyli. Z tych niesnasek korzystał Bart, znajdując najwięcej klientów w grupie osób zagubionych wśród religijnych nakazów i zakazów. Parafrazując opinię o Szanghaju, mówiło się: jedz u buddystów, rób interesy z judaistami, zabaw się w sektorze bogów mniejszych, a pij tam, gdzie osiedlili się bezbożnicy. Ale od sektorów chrześcijan i islamistów trzymaj się z daleka. Zwierzyną łowną dla Barta byli ci, którzy nie przestrzegali tej reguły. Najważniejsze okazywało się to, gdzie zostałeś przyłapany na występku. Będąc hindusem, mogłeś do woli wcinać hamburgery z wołowinką, o ile nie robiłeś tego w sektorze hinduistycznym. Podobnie judaiści mogli opychać się wieprzową polędwiczką, jeśli tylko omijali enklawę judaistów. Do rzadkości należały przypadki ekstradycji podejrzanych, chociaż i to się zdarzało. Mahometanina pijącego sake w sektorze chrześcijańskim wymieniano wtedy na przykład na chrześcijanina obżerającego się w piątek golonką w sektorze muzułmańskim.

Bart mieszkał po zachodniej stronie rzeki Dawa, w sektorze Starego Miasta, który w żargonie mieszkańców zwany był Unzi Guddo od nazwy wchłoniętej przez metropolię wioski. Tu mogłeś robić wszystko, co tylko chciałeś – to była strefa wolna od religii. Z domu dojeżdżał koleją magnetyczną na północny cypel sektora, gdzie rozpoczynał pracę. Tak zwany Klin Pokoju wcinał się w koryto rzeki, oddzielając chrześcijan od muzułmanów. Tam właśnie znajdował najwięcej klientów, gdyż turyści łatwo tracili orientację w terenie i szli napić się do islamistów lub pociupciać do chrześcijan. Jeśli nie udawało mu się namierzyć klientów od razu, posuwał się pieszo w kierunku południowym, aby – już mocno pod wpływem alkoholu – trafić ostatecznie do domu. Jednak na dzisiaj zaplanował inną trasę. Najpierw zamierzał odwiedzić plac świętego Marka w centrum. To nie był jakiś tam plac świętego. To był oryginał przeniesiony cegiełka po cegiełce z zatopionej Wenecji.

Biczownicy i bębniarze

Aby przedostać się na plac, musiał poczekać, aż przejdzie pochód biczowników. Pośród dwóch gęsto upchanych szpalerów widzów, z których wielu trzymało bębny, przepływał korowód półnagich, bosych mężczyzn okładających się pejczami po plecach i ciągnących ciężkie łańcuchy po zabytkowych płytach chodnikowych uratowanych z Wenecji. Co za barbarzyństwo! W sieci sprawdził, że zwyczaj ten wywodził się z hiszpańskiej prowincji La Rioja, gdzie biczowników nazywano picaos. Ale popularny był również na Filipinach.

Biczownicy nie stosowali taryfy ulgowej, to nie była zabawa na pokaz; ci mężczyźni czuli się tak źle ze swoimi myślami, że postanowili upuścić je razem z krwią. Mówili, że ból jest niczym wobec ulgi, którą czują po samobiczowaniu. Był to drastyczny sposób uciszenia wyrzutów sumienia, lecz nikt nie mógł odmówić im prawa do pokuty. Jednym wystarczało przyrzeczenie poprawy, inni potrzebowali wyklepania dziesięciu zdrowasiek, a niektórzy byli żądni własnej lub cudzej krwi. Ciekawe, że sumienie dręczyło najbardziej ludzi młodych płci męskiej. Niewykluczone, że starsi wiekiem nauczyli się, że sumienia można pozbyć się w mniej bolesny sposób. Dla Barta pochód ten stanowił raczej rodzaj wyzwania, jakie pojawiają się w głowach ludzi wchodzących w życie. Przyrównywał to do pogoni za bykami organizowanej w hiszpańskiej Pampelunie. Ani byki, ani pejcze nie były przejawem religijnej pokuty, a sposobem odnalezienia granic własnej głupoty.

Wiele świąt wywodzących się z różnych religii i regionów świata było tak popularnych, że uzyskiwano zgodę na ich organizowanie w sektorze Unzi Guddo. Boże Narodzenie, Wielkanoc i święto Paschy, Boże Ciało, Aszura, Święto Przerwania Postu Iid-ul-Fitr, Święto Ofiar Iid-ul-Adha, święto pojednania Yom Kippur, Chanuka, obchody rocznicy Oświecenia Buddy, Dzień Sanghi, Makar Sankranti, Festiwal Lamp Diwali, Święto Rydwanów Makar Sankranti – były z chęcią obchodzone przez wyznawców innej wiary. A do tego należało jeszcze dodać święta narodowe: Zburzenie Bastylii, Dzień Niepodległości, Dzień Reformacji. Było ich sporo, a każdy oznaczał jednocześnie dzień – lub dni – wolne od pracy. Najgorszy okazywał się post przed Wielkanocą oraz czas Ramadanu. Na Wielkanoc przyjeżdżało sporo turystów, wielu gotowych poddać się biczowaniu lub ukrzyżowaniu. Byli tak zafiksowani religijnie, że nawet nie myśleli o zwiedzaniu miasta czy skokach w bok. Czas Ramadanu prezentował się nieco lepiej, ale wszystko rozgrywało się w głębokich piwnicach, tam, gdzie nie sięgał wzrok Proroka, a tłumy muzułmanów mogły do woli obżerać się zabronionymi wiktuałami.

Patrząc na krew spływającą po plecach biczowników, Bart stwierdził, że chyba nie lubi żadnych świąt. Ta myśl lekko go zasmuciła. Dlaczego nie cenił świąt? Przecież była to okazja do spotkań z innymi, radości, a nawet zastanowienia się nad samym sobą. Tylko dlaczego – to pytanie tkwiło w nim od zawsze – czas zabawy lub wyrzeczeń i postu miał wyznaczać kalendarz wiary? Wszak dziś nawet kalendarz pór roku nie regulował terminów siewu czy zbiorów plonów. Po zastanowieniu uznał, że nie cierpi żadnych rocznic. Pierwszej kupy na nocniku, wspomnienia pierwszego rozbitego kolana, pierwszego pocałunku – którego nie mógł sobie przypomnieć – pierwszego zdanego, jak i niezdanego egzaminu, pierwszego wychylonego kufla piwa i kieliszka wódki, dat urodzin, imienin i śmierci. Zwłaszcza śmierci.

Zaczął padać deszcz, dodając do świstów batów oraz śpiewów chórów kościelnych tępy odgłos uderzeń kropel o nieregularne bańki osłony przypominającej błony skrzydeł motyla. Żadna kropla nie miała prawa spaść na głowy mieszkańców, bo była zbyt drogocenna, by ją trwonić. Bańki parasola nad miastem zbierały deszczówkę w zbiornikach, aby po odfiltrowaniu metali ciężkich oraz bakterii i wirusów mogła zostać użyta w sieci miejskiej i na farmach specjalizujących się w uprawie roślin.

Bart lubił deszcz, chociaż pamiętał go jedynie z dzieciństwa, kiedy nie rozpięto jeszcze parasola nad miastem. Najbardziej tęsknił za dniem, w którym matka wysłała go po słoik majonezu. Działo się to przed Wielkanocą. Nie mogło zabraknąć go na świątecznym stole, a do zamknięcia sklepów pozostała tylko godzina. Nikt nie przyjmie zamówienia z dostawą o tej porze, a jeśli nawet, to dron albo robot podrzuciłby słoik dopiero we wtorek.

W Wielki Piątek jeszcze wierzył w Boga, a w Wielką Sobotę go zgubił. Dzisiaj już nawet nie pamiętał, jak do tego doszło. Najprawdopodobniej stało się to w czasie snu: gdy kładł się spać, Bóg jeszcze był, a po przebudzeniu zniknął. Trudno nazwać to wielkim wydarzeniem, chodziło raczej o sumę błahostek, które pewnego dnia powodują, że podjęta decyzja niczym iskra rozświetla mrok zagubienia, i już wiesz. Że nie pójdziesz jutro do pracy, że rzucisz palenie, przestaniesz pić, że nie kochasz już tej jedynej, wybranej kobiety. Wielkie rzeczy często zaczynają się od drobiazgów. Chodzi o to, żeby nie przegapić tej chwili; uświadomić sobie, że to nie ulotna myśl, a początek czegoś ważnego. Co prawda nie było to jabłko Newtona ani przelewająca się woda w wannie Archimedesa, lecz w jego życiu odegrało taką samą rolę. Bo cóż jest bardziej wartościowego od życia w zgodzie z samym sobą? Wtedy przestał czekać na Wielkanocną Niedzielę. Wciąż cieszył się na myśl o szukaniu ukrytych jajek, na wspomnienie zastawionego stołu ciekła mu ślinka, lecz nie czekał już na Zmartwychwstanie. Kiedy jednak matka poprosiła go, by podskoczył do sklepu, mimo paskudnej pogody zrobił to z ochotą.

Niespodziewanie rozpętała się ulewa. Krople deszczu były tak duże, jak czereśnie i uderzały tak mocno, jak kulki z farbą używane w paintballu. W kilka sekund przemókł do suchej nitki, a ulicą zaczęła płynąć rwąca rzeka. Nie przeszkadzało mu to. Zszedł z chodnika w ten potok i zaczął kroczyć, rozchlapując wodę przed sobą. Brodził w niej i śpiewał na cały głos. Mógł to robić, ponieważ krople tak głośno bębniły po dachach domów i samochodów, że nic innego nie było słychać. Jak w filmie Deszczowa piosenka. Nie miał jedynie parasola, który mógłby wręczyć zdumionemu policjantowi. Policjanta zresztą też nie znalazł. Ale i tak był szczęśliwy, jak nigdy wcześniej. Do dzisiaj nie potrafił zrozumieć, dlaczego. Może deszcz uświadomił mu, że świat bez Boga jest równie wspaniały? Czystszy, może bardziej groźny, lecz i bardziej majestatyczny?

W końcu religijni masochiści zniknęli za rogiem uliczki, a szpalery połączyły się, zasklepiając krwawe ślady na weneckich płytach. Deszcz nie zdoła ich spłukać, w nocy będą musiały wyjechać automaty sprzątające z silnymi detergentami. Bart szybko przedarł się na plac i stanął w pierwszym rzędzie ludzi, w morzu werbli, bębenków i bębnów. Ten tłum oczekiwał na udział w koncercie nazywanym „Rompida de la hora”. To również był zwyczaj zaadaptowany z hiszpańskiego interioru, z Aragonii. Jednak Bart przyszedł, aby móc dokładnie obserwować występ japońskich perkusistów. Można powiedzieć, że byli suportem do właściwego koncertu. W tym roku rytm miał nadawać olbrzymi bęben taiko. Bart przejrzał wcześniej zasoby internetowe i wiedział, że nie był to największy bęben świata. Miał około dwa i pół metra średnicy. Wykonano go z jednego kawałka dwustuletniego drzewa suszonego przez pięć lat, i obciągnięto membraną ze skóry wołowej. Został ułożony na koźle w poziomie, aby stojący na podeście pałkarz mógł uderzać bachi – pałkami o średnicy trzonka do siekiery i długości siedemdziesięciu centymetrów. Barta ciekawiło, jak bębniarz da sobie radę z wygraniem oroshi – serii uderzeń w coraz szybszym rytmie, których kulminacją było zlanie się pojedynczych gromów w jeden potężny grzmot. Przed wielkim taiko ustawiono – już w pionie – cztery mniejsze bębny, a obok werble.

Spektakl rozpoczął się od pojedynczego uderzenia maczugą w duży kocioł. Na ten sygnał zareagował bęben o wąskim pudle przypominający dźwiękiem werbel, wygrywając melodię o brzmieniu podobnym do gry na garnkach. Później dołączyły pozostałe instrumenty perkusyjne brzmiące już basowymi pomrukami. Główny pałkarz nie był chłopem na schwał. Zwykła chudzina z długimi włosami spiętymi w sterczący kok. Wyglądało to tak, jakby uderzał w membranę bez wysiłku, nawet od niechcenia, lecz Bart wiedział, że to tylko złudzenie. Kilkuminutowa gra na takim bębnie pochłaniała tyle kalorii, co godzinny bieg na bieżni treningowej. Wśród bębniarzy znajdowała się też kobieta. Muzycy śmiali się, skakali po scenie i pokrzykiwali, ale wciąż grali. I to jak! Przy takiej eksplozji muzycznej radości finałowe oroshi zeszło na drugi plan.

Występ japońskich muzyków uświadomił Bartowi, że muzyka to przede wszystkim zabawa. Z goryczą pomyślał, że on sam podchodzi do grania zbyt poważnie. Perfekcja była ważna, lecz zapominając o radości płynącej z gry, trudno było wykrzesać radość u słuchaczy.

Po przedstawieniu Japończyków nadszedł czas dla amatorów. Setki, a może nawet tysiące walibębnów czekało ze wzniesionymi pałeczkami, pałkami, maczugami na sygnał do rozpoczęcia łomotu. Werblista taiko schował pałki, unnosząc ponownie maczugę. Buuum... i zaczęło się! Werble, bębny i kotły z mocą zaatakowały uszy zebranych wkoło ludzi. W gruncie rzeczy trudno było nazwać to muzyką. Podstawowy rytm wybijał największy bęben, lecz opóźnienia pozostałych instrumentów okazywały się tak duże, że wszystko to przypominało raczej spadanie rozdartego opakowania grochu po blaszanym dachu niż jakikolwiek utwór muzyczny. Ale i bębniarzom, i słuchaczom to nie przeszkadzało...

Masz zlecenie

Dalsze słuchanie kociej muzyki przerwała mu wiadomość od Ulricha. Prosił Barta, aby jak najszybciej zajrzał do jego lokalu. Nie znajdował się on zbyt daleko i po kilku minutach Bart przekroczył próg „Obst und Gemüse”. Dla turystów nazwa ta była myląca, ponieważ sugerowała sklep z owocami i warzywami, stali bywalcy jednak wiedzieli, że to najlepsza piwiarnia w mieście. Ulrich Schneider zapożyczył ją od nazwy sklepu w Berlinie na Oranienburger Straße, który po upadku muru przekształcono w wyszynk, nie zmieniając szyldu. Ulrich mieszkał przy tej ulicy i będąc chłopcem biegał do warzywniaka po ziemniaki i marchewkę. Natomiast później, już jako młodzieniec, chodził tam na piwo. Teraz miał dziewięćdziesiąt lat i nalewał piwo w Dawapolis.

– Jest drobne zlecenie – rzucił, ledwo Bart rozsiadł się wygodnie przy barze w pobliżu rzędu nalewaków do piwa. Gospodarz wciąż wycierał kufle, jakby go nie widział. „Co było tak pilnego, że nie mogło poczekać, aż przepłucze gardło?” – skrzywił się Bart, rozglądając po lokalu. Po sali krążyły walcowate roboty czujnie wypatrujące pustych kufli, by dolać piwa, lecz Bart zawsze siadał przy nalewakach obsługiwanych przez człowieka. Co prawda musiałeś wtedy dłużej czekać, lecz mogłeś pogadać o pogodzie albo stłuczce clevercarów na rogu ulic. Teraz Bart stawił się tu na wezwanie samego właściciela. Dlaczego więc ten zwlekał z obsługą?

– Chcesz, żebym ci pomógł, a nawet nie nalejesz mi piwa? – zapytał z wyrzutem. Powstrzymał jednak złość, gdyż piwiarnia Ulricha często zamawiała koncerty jego kapeli i Bart nie chciał zrazić mecenasa.

– Będziesz musiał polecieć kopterem – wyjaśnił starzec, wciąż nie sięgając po kufel. – Poza kopułę.

– Mam wyjść na deszcz? – zapytał z niedowierzaniem Bart, spoglądając tęsknie na nalewak. Ulrich nie odpowiedział.

Do lokalu wszedł naraz niedźwiedź syryjski, ledwo mieszcząc się w drzwiach. Miał krótkie nogi, ale jego potężny korpus i duży łeb sprawiały, że mierzył grubo ponad dwa metry wzrostu. Kołysząc się na boki podszedł do baru i zasiadł na zbyt małym stołku, tak że fałdy tłuszczu spływały mu poza siedzenie. Prawą łapą wskazał na nalewak ciemnego piwa. Miał starannie wypielęgnowane, jasnobrązowe futro pachnące drogimi perfumami oraz pazury spiłowane na trzy centymetry. Zawieszony na jego szyi łańcuszek wskazywał, że należał do wypożyczalni zwierząt. Z tej odległości Bart nie mógł zobaczyć, do której, ale tym gatunkiem niedźwiedzi dysponowały jedynie dwie wypożyczalnie: Benjamina Corbetta oraz Xiuqiu Shubiao.

Benjamin Corbett, rudy brodacz nigdy nie zdejmujący korkowego kapelusza, prowadził wypożyczalnię zwierząt domowych i egzotycznych na podwórzu restauracji „Smaki Afryki”. Bart zastanawiał się czasami, czy klienci Corbetta nie zamawiają zwierzaków na talerz, a nie do mierzenia skór. To niewykluczone... Jednak w większości interesowano się żywym towarem. Przeważnie wypożyczano je na szybki numerek, lecz trafiali się prawdziwi miłośnicy przyrody spędzający w skórze braci mniejszych cały weekend lub wakacje. Zadbane futro oraz manicure wskazywały na Xiuqiu, szarą myszkę biznesu. To, że jej zwierzaki nie miały pcheł i pachniały jaśminowym dezodorantem, nie świadczyło, że wypożyczała przytulanki do łóżka. Sprawa przedstawiała się dokładnie odwrotnie: to były dzikie zwierzęta, nie odpady z zoo, jak u Corbetta. Kobieca natura nie pozwalała Xiuqiu udostępniać brudnych lub chorych zwierząt.

Ulrich sięgnął po cynowy kufel i zaczął nalewać piwo dla niedźwiedzia, nadal ignorując Barta.

– Dlaczego mi to robisz? Masz z tego prowizję? – Bart wrócił do rozmowy.

– Nie, to przysługa. Prosił mnie o to mój ziomek. Berlińczyk. Głupie sentymenty...

– No to mów, o co chodzi.

– Taka jedna blöde Kuh ma kłopoty 5 – zaczął wyjaśniać szczegóły. – Przyjechała na pokaz mody i wyszła trochę pobiegać. Chłopak chciał zgłosić jej zaginięcie, lecz wyjaśniłem mu, że lepiej by było, gdyby odnalazł ją ktoś spoza policji. Jak wiesz, oficjalne zgłoszenie zaginięcia poza kopułą nie jest mile widziane przez władze. Ty załatwisz sprawę dyskretnie.

Wyświetlił zdjęcie tej głupiej krowy. Miała przyjemną twarz i szczupłą sylwetkę oraz olbrzymi biust, ale w ocenie Barta była zbyt żylasta. Zjadłaby dużą porcję lodów z bitą śmietaną, a nie biegała w terenie. I to jeszcze w deszczu.

– Chce brać udział w maratonie?

– Nie, przecież mówię, że to blöde Kuh. Uważa, że to korzystne dla zdrowia – Ulrich zaśmiał się kwaśno.

Miał rację, uprawianie sportu niewiele miało wspólnego ze zdrowiem. Można było zbić fortunę, tylko że bez sterydów, dopalaczy, przetaczania krwi lub podrasowania genów nikt nie był w stanie osiągnąć rekordowych wyników. Nawet bieganie na wyżynach, które pół wieku temu dawało Etiopczykom niesamowity handicap, dzisiaj nie wystarczało, by odnosić sukcesy. Pozostawała zabawa w czysty sport, ale wtedy nie biegałeś i nie skakałeś na stadionach, bo przeciętne wyniki nikogo nie interesowały.

Ulrich podszedł z kuflem do niedźwiedzia, po czym zeskanował czytnikiem plakietkę naszyjnika. Dopiero wtedy postawił kufel na kontuarze przed spragnionym. Niedźwiedź oburącz chwycił szklanicę, błyskawicznie uniósł ją do pyska i z chlupotem wlał sobie piwo do gardła. Przetarł pysk łapą i głośno beknął. Urażony starzec spojrzał z wyrzutem, a niedźwiedź uniósł obie łapy, przepraszając i zakrywając głowę. Pewnie chciał dostać drugie piwo i dlatego okazywał skruchę.

– Tam siedzi ten berlińczyk – Ulrich wskazał wystraszonego chudzielca w pstrokatym garniturze z krawatem w różowe słoniki. – Powie ci dokładniej, co się stało.

Bart nie był tego pewien. Chłopak wydawał się przerażony. Ale chyba nie zniknięciem dziewczyny, a niedźwiedziem pijącym piwo.

– Co, co to jest? – zaczął odpytywać Barta, gdy ten usiadł przy jego stoliku.

– Jakiś miłośnik natury w skórze zwierzaka przyszedł na piwo – odpowiedział spokojnie Bart, lecz to nie uspokoiło chłopaka. Nie we wszystkich krajach zezwalano na wypożyczanie ciał zwierząt ludziom. Ruch obrony zwierząt w Europie miał silną pozycję i takie usługi były tam zabronione.

– Widziałem coś podobnego w sieci, ale myślałem, że oni biegają wyłącznie po lasach...

„Oj, człowieku, gdybyś ty wiedział, do czego ludzie wykorzystują możliwość podpięcia się do mózgów zwierząt” – pomyślał Bart. Napicie się piwa to w sumie dla zwierzaka nic nowego, w lesie też można trafić na sfermentowane owoce i upić się w sztok. Po ulicach biegały nie tylko psy i koty, ale również lwy, nosorożce i słonie, a dinozaury zaglądały ci do okien. Każdy mógł przywdziać prawdziwą lub sztuczną skórę wilka czy owcy, lecz nie człowieka. W tym przypadku trójca mędrców religii jednego Boga okazywała się zgodna – tylko On mógł stworzyć człowieka. Roboty mogły chodzić na dwóch nogach, manipulować dwoma rękoma, rozglądać się, mówić, ale nie mogły upodabniać się do ludzi. Kończyny musiały być pokryte plastikiem, czaszka przypominać głowę bałwana z marchewkowym nosem i oczami z węgla. Jedyny wyjątek stanowiło kalectwo. Wówczas mogłeś liczyć na kończynę pokrytą peptydową skórą czy więzadła stawu kolanowego nie z tytanu, a z tytoniu. W szpitalach czy ośrodkach pomocy dla dzieci lub starców pacjentów obsługiwały postacie z bajek. Lecz zawsze ubrane. Ewentualnie z gęstym futrem ukrywającym atrybuty płci. Tak oczywiście przedstawiało się tak zwane stanowisko oficjalne. Podziemie oferowało modele piękniejsze i o wiele sprawniejsze od ludzkich oryginałów. A jeśli nie chciałeś być bitym czy gwałconym przez roboty wyposażone w sztuczną inteligencję (lub samemu bić i gwałcić), mogłeś wypożyczyć ciało prawdziwego człowieka. W ofercie wypożyczalni Xiuqiu Shubiao byli też ludzie, w większości kobiety. Z certyfikatem zdrowotnym, wymuskane tak, jak wirtualna akwizytorka Kuchni.

Czy Bart, wiedząc o podobnym procederze, i nie informując o tym władz, był w porządku? Z pewnością nie. Powinien zgłosić wykorzystywanie zwierząt do zaspokajania wyrafinowanych fantazji i chuci, choćby takich jak chęć przebieżki, by podczas galopu poczuć w grzywie pęd wiatru. Ale wiedział, że dopóki będą istniały pragnienia, będą też funkcjonowały wypożyczalnie.

W końcu mogli przejść do sedna sprawy, choć chłopak wciąż patrzył nieufnie w stronę baru.

Po kwadransie udało mu się wydobyć wszystkie potrzebne – jak i zbędne – informacje od roztrzęsionego chudzielca. Rowena Butler była Szkotką, pracowała w branży modowej i ceniła sobie aktywny wypoczynek, dlatego pomimo napiętego harmonogramu postanowiła pobiegać. Chudzielec przyznał, że nie zgodziła się na wszczepienie nakładki do osobistego komunikatora V-PC pracującego na falach Dawapolis, gdyż należała do naturalistów.

Prawdziwa blöde Kuh. Świat łączył się w systemie telefonii 9G na falach milimetrowych, który nie działał na terenie miasta, a nawet w odległości wielu kilometrów poza okręgiem pylonów windy. Była to ciemna strona używania pola magnetycznego do wystrzeliwania wagonów windy na orbitę. Teoretycznie było one kierunkowe, wycelowane w niebo, jednak wciąż powstawały interferencje, które blokowały komunikację radiową. Miasto posiadało własny system łączności, G-eleven, pracujący na falach podczerwonych, którego nadajnik każdemu obywatelowi wszczepiano na stałe. Zrezygnowano z obrączek na przegubach rąk lub nóg, gdyż zbyt łatwo można było je ukraść, po czym wykorzystać do przeszmuglowania nielegalnych imigrantów. Wprowadzono bardziej szczelne – i drastyczne – metody. Chip wstrzeliwany w kręgosłup, tuż przy szyi, też można było usunąć – tyle że razem z głową. To się zdarzało, lecz zdecydowanie zmniejszało ryzyko oszustwa. Zwłaszcza że chip nie działał u osób z DNA różnym od nosiciela. Odwiedzający miasto musieli go sobie zaaplikować, lecz naturaliści wzbraniali się przed zespalaniem mózgu z cybernetycznym łączem i wciąż używali zewnętrznych środków łączności.

Bart zastanowił się przez moment. Rowena z pewnością zabłądziła, raczej nie groził jej atak terrorystów. Chociaż doszło do tego w pobliżu sektora muzułmanów, nie powinni mieć nic przeciwko szczupłej, umięśnionej dziewczynie w trampkach. Wizja grona dziewic oczekujących w raju nie wywoływała już u muzułmanów chęci mordu niewiernych. W ostatnich latach wykroili spory kawałek tortu dobrobytu świata zachodniego i teraz woleli odpoczywać w bujanych fotelach i oglądając reality show, niż ganiać z maczetami po ulicach. Zwłaszcza w czasie deszczu.

Nie znając terenu, kobieta mogła wyjść poza strefę miejską. Szukając jej, i on będzie musiał opuścić granice miasta. A tego, o czym dobrze wiedział, nie lubiła policja. Wyjść z miasta mógł każdy, ale dostać się z powrotem nie było już tak łatwo. Bez osobistego identyfikatora – mission impossible, z identyfikatorem – jedynie w wyznaczonych miejscach. Granicy pilnowały cerbery z niskim poziomem sztucznej inteligencji. Rozpoznawały kształt człowieka, co nie znaczyło, że natychmiast wstrzymywały ogień. Zwierzęta, roboty i różne pojazdy były ostrzeliwane ostrą amunicją, a ludzie usypiającą. Bart powinien zgłosić zamiar przekroczenia granicy dobę przed faktem. Niewinne z pozoru zlecenie stawało się usługą kosztowną. Musiało objąć rekompensatę za wizytę na posterunku i wypełnienie niezliczonych formularzy w celu wyjaśnienia powodu wycieczki poza miasto. Przecież do końca miesiąca musiał zapłacić podatek od wiary. Dawapolis było bogate, każdemu obywatelowi dawało pensję pozwalającą na przeżycie. Jednak należało opłacić podatek od wyznawanej religii. A jeżeli nie wierzyłeś lub wierzyłeś w bogów mniejszych, ściągano z ciebie dwudziestopięcioprocentowy haracz. Równie mało współczucia miał Bóg muzułmanów i żydów – żądał piętnaście procent. Bóg chrześcijan ograniczał się do przysłowiowej dziesięciny. Najlepiej mieli buddyści – odbierano im jedynie pięć procent. Bart już kilka razy zastanawiał się, czy nie zostać buddystą, lecz chyba brakowało mu motywacji – z koniecznością zapłacenia podatków można żyć, gorzej bez przyjaciół uważających, że każdy musi wierzyć w Boga.

***

Bart wypożyczył kopter i zgłosił policji zamiar wypadu poza teren miejski. Powołał się na paragraf mówiący o konieczności przeprowadzenia wizji lokalnej zezwalający mu na bezzwłoczny lot. Pomogła licencja prywatnego detektywa, jednak po powrocie i tak będzie musiał się tłumaczyć. Zgłosił też obecność pasażera, podając dane Roweny. To powinno załatwić problem powrotu do miasta; dziewczyna posiadała miesięczną wizę. Mógł mieć jedynie nadzieję, że nie próbowała sama przekroczyć granicy. Jeżeli tak się stało, leżała teraz uśpiona w pasie zaoranej ziemi strzeżonej przez cerbery. Ekipy sprzątające każdego ranka zbierały setki ciał chcących przedostać się do Dawapolis, po czym odwoziły uśpionych ludzi do obozów: etiopskiego Malkadida, kenijskiego Lafey lub somalijskiego Garbahaarey.

Wywołał podgląd map satelitarnych. Po obydwu stronach rzeki biegły wąskie ścieżki dla kóz i krów. Pokonując je, można było widzieć krzewy i wijące się koryto rzeki. Nic szczególnego, woda była bura, a roślinność przyprószona siwizną piasku. Jedynie głupiec chciałby tutaj uprawiać jogging. Tylko że Rowena była blöde Kuh i mogła wybrać tę ścieżkę. Miał nadzieję, że nie zamierzała dobiec do miasteczka Dollow, bo wtedy trudno będzie ją odnaleźć. Jednak i to mogło przyjść jej do głowy, gdyż znajdował się tam jedyny most, którym dawało się przekroczyć rzekę w drodze powrotnej do Dawapolis. A niech gęś kopnie tę blöde Kuh! Postanowił zignorować złe scenariusze i przelecieć całą trasę do miasta. Dopiero gdy nie znajdzie dziewczyny po drodze, zacznie przeklinać.

Ustawił kopter na lot z minimalną prędkością i wypuścił drony z czujnikami termicznymi. Leciały tyralierą w odległości stu metrów jeden od drugiego, po pięć z każdej strony. Nie było możliwości, aby przeoczyły ciało. Nawet jeżeli już nie żyła, temperatura zwłok wciąż była wysoka.

Przed Ulrichem narzekał, że musi polecieć kopterem poza miasto, lecz tak naprawdę bardzo się z tego cieszył. Wreszcie mógł poczuć, że coś zależy od niego. Sterować maszyną ważącą blisko tonę, ruchem palca nakazać jej skręt w lewo lub w prawo. Ruchem przegubu dłoni podnieść, ewentualnie obniżyć pułap lotu. Mógł przyspieszyć lub nagle zatrzymać się.

***

Dopiero kilometr przed Dollow złapał sygnał człowieka. Zarejestrował go ostatni dron po lewej stronie. Daleko zboczyła od ścieżki. Raczej nie zabłądziła – chyba szukała schronienia przed deszczem. Podleciał bliżej obiektu. To była ona, siedziała z podkulonymi nogami pod lichym drzewem, na które nawet koza nie chciałaby wskoczyć. Gdy włączył reflektor, uniosła głowę i zaczęła machać rękoma. Nie wstała. „Dlaczego?” – zastanowił się.

Nie było warunków do lądowania, dlatego wrócił nad ścieżkę i zaczął szukać najbliższej polany. Znalazł dopiero dwieście metrów dalej, po prawej. Posadził kopter i wysiadł z kabiny. Czekał go niezły spacerek w deszczu. Co prawda to nie był deszcz z Deszczowej piosenki, ale i tak do szczętu przemoknie. Drobny kapuśniaczek wciskał się w każdą szczelinę. Zacisnął sznurki kaptura i szybko ruszył przed siebie, prowadzony smugą światła jednego z dronów.

***

Dziewczynę odnalazł po pięciu minutach. Trzęsła się z zimna. Nie wyglądała jak głupia krowa, lecz zmoknięta kura. I to nastroszona. Była w żółtym podkoszulku, czerwonych szortach i pomarańczowych trampkach. W ogóle nie stosowała się do kolorów polecanych przez słonicę.

– Co to za miejsce?! Na całym świecie nie zgubisz się z Google, tylko u was to nie działa – zaczęła od pretensji wyrzucanych z przerwami przez zaciśnięte z zimna zęby.

– Naszym kompasem jest Oko Boga – zażartował, lecz chyba nie wyczuła ironii, bo spojrzała na niego jak na wariata. Blöde Kuh. – Wstań, pomogę ci założyć płaszcz przeciwdeszczowy – dodał ugodowo, wyciągając do niej rękę. Pochwyciła ją, jakby to było koło ratunkowe, i niezdarnie uniosła się z ziemi. Gdy stanęła na prawej nodze, syknęła z bólu.

– Skręciłam kostkę, nie dam rady iść.

Mógł ją prowadzić, lecz wtedy powrót potrwałby pół godziny. Wybrał inne rozwiązanie.

– Wezmę cię na barana, szybciej dojdziemy do koptera. Już kazałem podkręcić ogrzewanie.

Spojrzała na niego cieplej, lecz z pewną dozą nieufności.

– Dasz radę? Wyglądam na chudą, lecz jestem silnie umięśniona.

– Wskakuj! – rozkazał, przykucając.

Faktycznie, lekka nie była.

– Porozmawiaj ze mną – odezwała się, ledwo wymościła sobie wygodne gniazdko na jego plecach. Nawet przez płaszcz czuł ciepło jej ud silnie zaciskających się w pasie. Trudno było ją zignorować.

– Nie znam się na modzie – uległ, próbując zachować resztki godności.

– To widzę – mruknęła cicho. Udał, że nie usłyszał jej komentarza. Czego chce od jego ubioru? Chodził w wygodnych, dżinsowych spodniach i flanelowej koszuli. Nie miał zamiaru korzystać z reklamowanych ciuchów.

– Czy to twoja ekipa wybrała kolory na lato? – spróbował jednak podtrzymać rozmowę.

– To słonica Eliza...

Przystanął.

– A ty nie masz zwichniętej kostki i możesz iść na własnych nogach.

Poczuł głębokie westchnięcie, wpychające jej piersi w jego plecy.

– Ale nie powiesz tego innym? – zapytała lekko zaniepokojona.

– Nie rozmawiam z nikim o modzie – mruknął.

– Jasne, że to my ustalamy trendy – odpowiedziała z niechęcią. – Robi to Ester Chanteloup, ja jestem jej asystentką.

– A skąd bierzecie takie dziwne kolory?

Odpowiedziała po krótkiej chwili namysłu.

– Bo ludzie lubią odmiany. Nowy partner, nowe mieszkanie, nowa praca – to wybory nie dla wszystkich. Ale każdy...

– Każda... – poprawił ją.

– Ale każdy... – obstawała przy swojej wersji – może zmienić ciuchy. A uwagę młodych, którzy stanowią połowę naszej klienteli, najłatwiej przyciągnąć radykalnymi zmianami.

– Jednego roku spódnice poniżej kolan, następnego centymetr poniżej paska stringów?

– To też – zgodziła się. – Chociaż tak radykalne zmiany wymagają dużego nakładu finansowego na promocję. By nakłonić kogoś do nowych zakupów, wystarczy zmiana modnych kolorów.

Dotarli do ścieżki. Do koptera pozostał już niewielki odcinek drogi, powinien dać radę ją donieść.

– Powiedz coś o sobie. Co robisz w Dawapolis? – zapytała.

– Widzisz smugi szybu windy do gwiazd? – wskazał głową za siebie. – Jestem jej odźwiernym.

– To takie trywialne... – zaśmiała się. – Do gwiazd prościej można dostać się używając magii. Tylko po co? Tam jest nudno.

– Nie mów podobnych bzdur, gdy siedzisz na moich plecach – warknął ze złością. Po co brał ten ciężar na grzbiet? Znów dał się skusić. Nie była nawet ładna, chociaż zgrabna jak cholera. Czy to, że miała piersi i długie nogi zbiegające się w magicznym punkcie wystarczało, aby wciąż ulegał pokusom, tracąc rozsądek?

– O, realista. Nie wierzysz w magię? – chyba czuła się już lepiej i zaczynała kąsać. Może zrzucić ją w błoto? To nie była blöde Kuh, a kolejna idiotka żyjąca w oparach średniowiecza. Dwudziesty pierwszy wiek – cóż to za porąbana epoka! Coraz więcej osób uciekało ze świata codziennego. Połowa ludzkości żyła w światach wirtualnych, walcząc ze smokami, przyrządzając mikstury oferujące miłość lub nieśmiertelność. Pozostali szukali cudów wokół siebie, modląc się do Boga lub bogów. Bart miał wrażenie, że historia zatoczyła koło. Tylko dlaczego wróciła do czasów legend arturiańskich, runów nordyckich czy skandynawskich, a nie na przykład do greckich myślicieli?

Spróbował wyjaśnić blöde Kuh, czym jest magia:

– Tak naprawdę magiczna jest chwila, w której spadające jabłko pomaga nam pojąć prawa fizyki. Magią jest umiejętność przekucia kotłujących się w głowie myśli w wiersz. Magia to także pociągnięcie pędzla kreujące rzeczywistość głębszą od tej, jaka nas otacza. Ale wypowiadanie czarnoksięskiej formułki i machanie różdżką w nadziei dokonania czarów jest głupotą.

– Jesteś mugolem, nie znasz się na czarach. Wierzysz tylko w to, co widzisz.

– To nieprawda. Wierzę, że atom składa się z cząstek elementarnych, chociaż ich nie dostrzegam. Wierzę, że prąd elektryczny dociera do mnie dzięki falom elektromagnetycznym. Powiem ci nawet, że wierzę w istnienie inteligentnego życia na innych planetach, mimo że nie mam na to żadnych dowodów. Ale to, w co ty wierzysz, to jedynie życzenia. Nie wiem, dlaczego uciekasz w świat ułudy, zamiast zmierzyć się z rzeczywistością, ale jestem pewny, że gdyby w twojej głowie pogrzebał psychiatra, znalazłby tam sporo śmieci.

Nie odpowiedziała. Widocznie wyczuła w nim kipiące złością pokłady lawy i wolała nie wywoływać erupcji.

Na szczęście doszli już do koptera. Wrzucił ją do środka i wystartował bez słowa.

Na posterunku 12 kwietnia, Wielki Piątek

– Wyszedł pan poza kopułę? Na deszcz?! Tylko wariat jest do tego zdolny! – policjant go nie słuchał. – Nie rozumiem. Ostrzega się ludzi kilka godzin przed ulewą, a oni wychodzą na spacer poza kopułę. Czy wie pan, ile kosztuje system parasoli?

Bart odstawił już blöde Kuh do hotelu, zainkasował honorarium, a później – nie odkładając tego na następny dzień, chociaż było już prawie rano – zjawił się na posterunku gotów do zmierzenia się z biurokracją. Teraz zaczynał tego żałować.

– Był pan kiedyś na deszczu? – zapytał z westchnieniem znużenia.

– Czy wyglądam na takiego? Co to za insynuacje?! – zaprotestował policjant, wypinając pierś obleczoną w mundur, jakby chciał podkreślić powagę urzędu, który reprezentował. W tej sytuacji Bart mógł paść przed nim na kolana albo, wręcz odwrotnie, zaatakować. Policjantowi na szczęście nie chciało się przeglądać zapisów pamięci podręcznej V-PC. Był zmęczony i po prostu czekał na koniec dyżuru. Na to liczył Bart, wybierając porę wizyty. Postanowił zaryzykować.

– Jestem wyznawcą Kościoła Łzy Bożej – odpowiedział hardo, starając się, aby ton jego głosu nie zabrzmiał fałszywie. Chyba się udało... Policjant, z otwartą gębą, gotową do wystrzelenia następnej reprymendy, zamilkł, nie myśląc nawet o sprawdzeniu, czy taki Kościół figuruje na liście oficjalnych denominacji. Aby podbić jeszcze efekt, Bart pociągnął temat, grając na delikatnych strunach ryzyka: – Uważamy, że krople deszczu to Boże łzy i w czasie opadów zawsze staramy się znaleźć jak najbliżej Pana.

Policjant zamilkł. Pokiwał głową ze zrozumieniem i rzekł potulnie:

– Przepraszam, zapomniałem o tym, że każda wiara ma swoje rytuały. Sam należę do Kościoła Drzewa Łaski Wiekuistej i wiem, jak trudno religiom o mniejszej liczbie wyznawców przebić się do świadomości ogółu. My też mamy problem z oddawaniem czci Bogu. Jedynie trzy razy w roku otrzymujemy zezwolenie na wyjście poza granice miasta, by odprawić mszę dziękczynną przy Drzewie Prawdy Ostatecznej. Wiosną, gdy rodzi się nowe wcielenie Boga, latem, gdy możemy zebrać i spożyć owoce jego ciała, i jesienią, dziękując mu za opiekę i pomagając odpocząć w trudnym czasie. Może zechce pan nas wesprzeć? – wysunął przegub, chcąc przekazać Bartowi formularz wpisu do jego Kościoła. Na wszelki wypadek Bart zdjął dłonie z blatu biurka.

Policjant poczuł się urażony i skupił uwagę na dokumentach.

– Pana rodzice pochodzili z Polski...? – zapytał po dłuższej chwili milczenia.

– Takiego kraju już nie ma. Został podzielony na Śląsk, Pomorze i... Jezusowe Królestwo Polski.

– Dlaczego rodzice uciekli z kraju, który jest tak blisko Boga?

– Dla wielu – zbyt blisko. To kraj wyznawców religii smoleńskiej. W tym tygodniu po raz siedemset ósmy celebrowano miesiączkę śmierci. Mówię „miesiączkę”, a nie „miesięcznicę”, gdyż objawia się ona irracjonalnymi zachowaniami. Chodzi o nowego polskiego kandydata na Boga – Lecha Kaczyńskiego. Może pan o nim słyszał?

– Nie, chyba nie... Czy jest świętym? – dopytywał się policjant. Na jego twarzy było widać autentyczne zainteresowanie.

„Jak to dobrze nic nie wiedzieć o historii Polski” – pomyślał z zazdrością Bart. On nie miał takiej szansy, jego matka Eleonora była historyczką specjalizującą się w najnowszej historii tego szalonego kraju. I chociaż nie zmuszała go do czytania swoich książek, to ciągle o nich mówiła.

– W tym właśnie cały ambaras, że jeszcze nie. Ale polski rząd uważa, że to diabelski spisek, gdyż już co najmniej od siedemset ośmiu miesięcy powinien nim być.

– To kim był ten Lech Kaczyński?

Bart wzruszył ramionami.

– Nikim. Ale miał zawistnego brata bliźniaka i grupę przyjaciół z obsesjami, którzy uznali, że Kaczyński powinien być pierwszym po Bogu, bo wtedy i oni staną się kimś ważnym, a nie tylko moralnym i intelektualnym gównem. Przejęli władzę w 2015 roku i od tamtej pory walczą, aby posadzić Lecha na tronie po prawicy Boga, najlepiej na miejscu Jezusa – Bart wyrzucił z siebie całą pokoleniową gorycz. Jak się okazało, niepotrzebnie, gdyż policjant nic nie zrozumiał. No cóż, powinien się już do tego przyzwyczaić, że historia Polski wymyka się jakimkolwiek próbom zrozumienia, bo rządzi się fobiami, zawiściami i pragnieniem zemsty. Nie wiadomo nawet, czy Szekspir zdołałby to opisać w swojej sztuce Być albo nie być Polakiem. Bart niestety wciąż miał nadzieję, że ktoś z zewnątrz zdoła to pojąć. Całkowicie iluzoryczne przekonanie. Musiał to powiedzieć dobitniej, rezygnując z dygresji historycznych. Ostatecznie chodziło o to, aby odwieść policjanta od wymierzenia mu kary.

– W Polsce dominuje ortodoksyjny katolicyzm smoleński, a wszelkie odstępstwa od wiary w prawdę Kaczyńskiego są z całą surowością piętnowane. Tak więc niech pan już mnie nie pyta, dlaczego moi rodzice wyemigrowali...

– No tak, nie wiedziałem – odpowiedział głęboko poruszony. – Teraz pana rozumiem, chociaż zawsze uważałem, że katolicyzm opiera się na zdroworozsądkowych zasadach.

Bart miał ochotę wykrzyczeć, że katolicyzm nigdy i nigdzie nie był zdroworozsądkowy, lecz jeszcze bardziej chciał wziąć prysznic. Dlatego, udając zrezygnowanie, powiedział z bólem w głosie:

– Teraz już pan wie, jaki jest katolicyzm w Jezusowym Królestwie Polski.

A po chwili, z miną niewinnego baranka, zapytał:

– Mogę odejść?

Policjant zatopił wzrok w dokumentach, a potem, cedząc słowa przez zęby, rzucił cicho:

– Niech pan już znika. Nie było sprawy. Skasuję dane...

Rozdział III

Knockin’ on Heaven’s Door

Chciwa trójca

Dopiero w południe zwlókł się z łóżka. Nie miał ochoty nigdzie wychodzić, lecz poczucie obowiązku w końcu wyrzuciło go z pieleszy. Zdecydował, że odwiedzi przyjaciół: Roberto i Emilię Corrozza oraz ich córkę Izę. Znalazł dwa powody do odwiedzin. Pierwszym było miejsce pracy Roberto. Pełnił on funkcję szefa działu technicznego w koncernie ELSPEL i dzięki jego pomocy Bart mógł załatwić klientom wcześniejszą podróż na orbitę. Za drugi powód uznał możliwość porozmawiania z Emilią. Powody niekoniecznie wymienione w kolejności ich wagi.

Emilię poznał jako dwunastolatkę. On miał wtedy dziewiętnaście lat. Patrząc na tę różnicę wieku dzisiaj, wiedział, że to niewiele, lecz wówczas zdawało mu się, że to różnica niemal pokoleniowa. On już studiował, ona za trzy lata miała dopiero ukończyć dziesięciolatkę. Teraz żałował, że nie zwrócił większej uwagi na tę smarkulę. Po śmierci rodziców Barta wyjechała na studia do Mediolanu, a gdy wróciła do Dawapolis, była już dyplomowanym kardiologiem oraz żoną Roberto i matką dwuletniej Izy. Po ślubie nie wypadało odwiedzać jej zbyt często. Zwłaszcza że Roberto był żarliwym katolikiem i surowo spoglądał na wizyty obcych mężczyzn w swoim domu. Pewnie uważał Emilię za własność, jak spodnie, i nie mógł znieść myśli, że ktoś inny chciałby je włożyć. Albo nawet na nią spojrzeć. Po części miał rację... Bowiem było na co. Emilia miała wprost boskie proporcje ciała. O takich dziewczynach mówi się, że mają nogi do samej szyi. Człowiek witruwiański Leonarda da Vinci doskonale wpisywał się w koło, lecz nie wyglądał zbyt atrakcyjnie – zwłaszcza w odniesieniu do kobiety. Od nich wymagamy smukłości greckich kolumn, a nie stabilnego usadowienia środka ciężkości ciała na krótkich nogach, przydatnego w walce i do ciężkiej pracy.

Proporcje ciała Emilii stosowały się do innego wzoru matematycznego, który zachwycał nie tylko w naturze, ale też w architekturze czy kompozycjach obrazów. Stosunek jej wzrostu do długości nóg był taki sam, jak stosunek nóg do tułowia. To była zasada złotego podziału, zwanego również podziałem harmonicznym lub... boską proporcją. Dzisiaj Emilia miała czterdzieści lat, lecz wciąż wyglądała jak nastolatka. Wpływała na to zarówno figura, jak i okolona długimi, kruczoczarnymi włosami twarz o delikatnych rysach, małym nosku i roześmianych oczach.

Bart tak tęsknił za widokiem Emilii, że bez słowa protestu słuchał Roberto, który z rozkoszą rozprawiał o upadku wiary we współczesnym społeczeństwie. Właściwie tak naprawdę nie wypisał się z Kościoła jedynie z powodu Emilii. Gdyby to zrobił, Roberto – żarliwy, o ile nie fanatyczny katolik – nie pozwoliłby, aby ich odwiedzał. Słuchał go więc, niczego nie komentując, godził się nawet na coroczne wizyty Świętej Trójcy. Zazwyczaj kościół przedkładał kontakty wirtualne ponad osobiste, lecz gdy chodziło o coroczne zebranie jałmużny, jego przedstawiciele odwiedzali wiernych osobiście. Wcześniej księża chodzili po kolędzie z ministrantami, teraz czyniła to trójca, w niemal stałym składzie: ksiądz, siostra zakonna i dewotka. Siostra grała rolę dobrego, dewotka złego policjanta, natomiast ksiądz okazywał się sędzią. I księgowym.

– Szczęść Boże – przywitali go w boskim stylu.

– Szczebo – mruknął Bart w gwarze uczniowskiej.

Przed sługą Bożym kroczył jego brzuch. Ksiądz wyglądał na zmęczonego koniecznością używania nóg, lecz wzrok miał czujny. W kilka chwil zlustrował wyposażenie mieszkania za plecami Barta. Dewotka była sześćdziesięcioletnią, wyzutą z empatii bojowniczką w szarym stroju i szarym kapeluszu. Siostra zakonna natomiast przypominała Bartowi Natalię – Świadka Jehowy. Była młodą, niespełna dwudziestoletnią adeptką, gdy po raz pierwszy przyszła pod jego drzwi z doświadczonymi akwizytorami wiary. Może miała zbyt grube kości, lecz w makijażu i z inną fryzurą każdy uznałby ją za ładną. Świadkowie Jehowy nie uznawali wirtualnych wizyt. Zawsze chodzili od drzwi do drzwi, dzwonili i czekali uśmiechnięci przez wiele minut. Stali cierpliwie przed drzwiami w zwykłych ubraniach, trzymając w złożonych z pokorą dłoniach księgę o czerwonych grzbietach kartek. Nie mieli na sobie czarnych surdutów ani krucyfiksu wzniesionego niczym miecz. Nie byli nachalni, nie próbowali wejść do środka bez zaproszenia. Gdy jednak zgodziłeś się już na rozmowę, zaczynali z grubej rury od pytań, nad którymi normalny człowieka zastanawia się raz, najwyżej dwa razy w życiu: czy myśli pan, że żyjemy w Czasach Ostatecznych? Czy nie sądzi pan, że już nadszedł czas, aby Jezus powrócił na Ziemię? To były ciekawe pytania, nad którymi warto się zastanowić. Niestety, Świadkowie Jehowy posiadali też pewną wadę – nie pragnęli dyskusji, szukali wyłącznie okazji do wyrecytowania formułek. Magicznych zaklęć, które dawały im pewność obranej drogi życia. Natalia – jej imię poznał dopiero podczas trzeciej wizyty – żyła wyłącznie dla Boga, a to, co spotykało ją w życiu, funkcjonowało gdzieś obok. Domyślał się, że w ciągu tych lat urodziła dziecko, gdyż raz pojawiła się u niego w zaawansowanej ciąży; podejrzewał, że jej mąż zmarł, gdyż na palcu dziewczyny dostrzegł drugą obrączkę; lecz ona zawsze była taka sama. Żarliwie oddana, cierpliwa, uśmiechnięta, tylko że jakby żyjąca w innym świecie. Zakonnica miała to samo spojrzenie. Niewidzące, tęskniące za bytem doskonałym, najchętniej w niebie. „Dziewczyno, ciesz się życiem: tańcz, pij, całuj się!” – miał ochotę do niej krzyknąć.

– Zaraz wychodzę do pracy, a muszę wziąć jeszcze prysznic i przebrać się – próbował wymigać się od rozmowy.

– Zajmiemy tylko kilka minut – odparł ksiądz, wpychając brzuch w szczelinę pomiędzy Bartem a framugą. Bart wycofał się zrezygnowany. Trójca szybko weszła do środka i rozsiadła się na kanapie.

– Musi być panu ciężko, gdy tak często przebywa pan wśród bezbożników – zagaiła z troską siostra zakonna, która, jak mógł się domyślać, przejrzała wcześniej jego internetowe dossier.

– Kilka drinków pozwala mi łagodniej przyjmować ich słowa – mruknął ze złością. Dostęp do danych miała tylko policja i kościół. Nie mógł się od tego wymigać, jeśli wciąż był jego członkiem. Odpowiedź nie wzbudziła w przybyłych uznania, jednak przełknęli ją w milczeniu.

– Któż z nas jest bez grzechu... – pokiwał głową ze zrozumieniem ksiądz, czym sprowokował zjadliwe spojrzenie dewotki.

– Widzę, że regularnie odwiedza pan dom Boży – zauważyła z zadowoleniem siostrzyczka, próbując przegnać czarne chmury. Jeśli sądziła, że rozluźni to atmosferę, całkowicie się pomyliła. Dewotka tylko czekała, by wbić szpilę:

– A dlaczego zawsze w poniedziałki? – wycedziła, szóstym zmysłem wyczuwając jakąś diabelską intrygę.

– To mój dzień wolny. Mogę poświęcić go Bogu – odpowiedział, starając się, by zabrzmiało to wiarygodnie. Comiesięczny obowiązek przebywania w kościele przez co najmniej godzinę dla wielu ludzi był prawdziwą katorgą. W kościołach używano zagłuszaczy, co skutecznie uniemożliwiało przeglądanie Internetu, granie w gry czy pisanie esemesów. Nie działały żadne urządzenia posiadające w środku procesory. Obowiązywała reguła: „w kościele można kontaktować się tylko z Bogiem”. Na szczęście wciąż istniały książki drukowane. Bart chodził do kościoła przeważnie z kryminałem Chandlera, Hammetta lub MacDonalda wsuniętym w czarne okładki modlitewnika. Tych autorów mógł czytać na okrągło. I tak też robił. Jednak zupełnie czym innym była coroczna spowiedź. Ale i na to Bart znalazł sposób, a właściwie odpowiedniego księdza. Był to ojciec Aleko – zwany „Wiosło”, miłośnik rocka grający na gitarze basowej. Bart odwiedzał „Wiosło” dość często, by pogadać o nowych riffach albo przypomnieć o próbie muzycznej.

– Chwalebne postępowanie – zakonnica uśmiechnęła się szczerze.

„Oj, ty naiwna” – pomyślał Bart. Miał nadzieję, że to już koniec wizyty, z drugiej strony doświadczenie podpowiadało mu, że trójca dopiero się rozkręca. Niestety, nie mylił się.

– Czy wśród pana znajomych pojawiły się osoby żyjące w związku homoseksualnym lub współżyjące ze zwierzętami? – zapytała niezaspokojona dewotka. Ale to była, jak się okazało, jedynie rozgrzewka. Nagle cała trójca zaatakowała go kolejnymi pytaniami niczym rój rozjuszonych pszczół.

– Kiedy?

– Dlaczego?

– Komu?

Po wizytach chciwej trójcy Bart zawsze zarzekał się, że następnego dnia wypisze się z Kościoła. Ale potem złość z wtykania nosa przez klechów w każdą ciemną szczelinę prywatności tajała, a pozostawali znajomi będący katolikami, których nie chciał tracić. Mówił wtedy do siebie: „A niech tam, Jezus wytrzymał katorgę na krzyżu, więc i ja dam radę otrząsnąć się z tego błota, którym obrzucają moją godność”.

Jednak odkąd partia „Honor i Ojczyzna” wygrała wybory, pytania przedstawicieli Kościoła stawały się coraz bardziej dociekliwe. Wszyscy wiedzieli, że partia chciała używać nazwy „Bóg, Honor i Ojczyzna”, lecz stosowanie w nazwach partii słów związanych z wiarą było zabronione. Musieli więc zrezygnować z Boga w nazwie, lecz nie w postępowaniu – a Kościół wykorzystywał poplecznika partyjnego i zaczął wciskać się bez żadnego zażenowania w erogenne strefy z krucyfiksem. Czy niebawem będzie musiał spowiadać się, z jakiego papieru toaletowego korzysta?

Do niedawna wiara była osobistą sprawą. Nie chciałeś być chrześcijaninem, bo uznawałeś, że ich Bóg nie postępuje zgodnie z twoim sumieniem, to wypisywałeś się z Kościoła. Mogłeś zapisać się do wyznawców innej wiary lub pozostać w kręgu własnych przekonań i nadal mieszkać w tej samej strefie. Ale ten stan rzeczy uległ zmianie, gdy władzę przejęło ugrupowanie „Honor i Ojczyzna”. Jeśli nie byłeś chrześcijaninem – życie w strefie chrześcijan stawało się dla ciebie udręką. Nie tylko z powodu porannych arii dzwonów kościelnych, nawet nie z braku prezerwatyw w aptekach. Jako niekatolikowi podwyższano ci czynsz i wymagano cotygodniowych wizyt na posterunku policji. Cel: jeśli nie chcesz spowiadać się księdzu, będziesz spowiadał się policjantowi. Na szczęście jeszcze nie nakazano nosić na ubraniu plakietki z iksem, ale plotkowano, że i do tego dojdzie.

Bart mieszkał w obszarze Starego Miasta, które należało do strefy wolnej od religijnych wpływów. Czynszu nie mogli mu podnieść, prezerwatywy mógł kupić w każdym sklepie, ale gdy odwiedzał strefę chrześcijańską, czuł się jak człowiek drugiego sortu.

– Przypominam, że odpowiada pan przed Bogiem, który z pewnością odnotuje kłamstwo – dodał ksiądz, niemal sapiąc z żądzy poznania odpowiedzi.

– Czy są jeszcze jakieś inne pytania? Bo jak nie to do widzenia. A właściwie Szczebo! – odpowiedział ostro, jednocześnie wstając. Siostrzyczka również zerwała się na równe nogi, lecz dewotka i ksiądz wciąż siedzieli, jakby czekali na zew trąb jerychońskich. Bart wykonał charakterystyczny gest ramieniem, wymiatając ich z pokoju.

W końcu i oni podnieśli dupska z kanapy.

– Z okazji nadchodzących świąt i postawy aktywnego katolika podarujemy panu bezpłatny, kwartalny dostęp do sieci „Bóg z tobą” – oznajmiła wzruszona siostra. Odsłoniła swój przegub, by przekazać mu niezbędny kod dostępu. Nie chciał sprawić jej przykrości, więc wyciągnął rękę i pobrał dane. Uradowana siostra dodała: – Jeszcze nie polubił pan naszego fanpagu „God4You”. Może dołączy pan do nas?

Tego było już za wiele.

– Wie siostra, jestem zwolennikiem kontaktów osobistych. Pierś przy piersi, usta przy ustach. Uważam, że pośrednictwo techniki spłyca ludzkie uczucia.

– Rozumiem pana – odpowiedziała spłoniona. Potem jednak z błyskiem ciekawości w oczach zaczęła rzucać mu ukradkowe spojrzenia.

Ksiądz do końca nie zapomniał o powinnościach Barta wobec Boga.

– Może zechce pan przekazać darowiznę ze swojego podatku na wspomożenie Kościoła – nie zabrzmiało to jak pytanie. Aby Bart nie miał żadnych wątpliwości, ksiądz wyciągnął w jego stronę krucyfiks, pokazując, że znajduje się w nim czytnik fiskalny.

– Już złożyłem zeznanie podatkowe i odprowadziłem podatek kościelny – skłamał z udawanym smutkiem. Ale księgowy nie poddawał się łatwo.

– A datek na rozbudowę bazyliki Męki Jezusa? – żebrał, stojąc już za drzwiami.

– Zdaje się, że mam puste konto i muszę poczekać na wpłatę – tym oświadczeniem wywołał zawód na twarzy księdza. Miło było przed tym zastygłym w rozczarowaniu obliczem zatrzasnąć głośno drzwi. Jedynie niesmak z powodu własnej słabości – i ciągłego odkładania złożenia wniosku apostazji – psuł trochę tę chwilę.

Na krzyżu

Przyjaciele mieszkali w północnej części sektora chrześcijańskiego i Bart dojeżdżał do nich kolejką magnetyczną niemal pod sam dom. Dzielnicę zbudowali Włosi. Jednak ta architektura nie naśladowała ich pięknych średniowiecznych miast, kościołów czy przytułków dla ubogich zaprojektowanych przez Filippo Brunelleschiego, a futurystyczne projekty aut sportowych lub mebli. Bartowi przypominała krajobraz filmów postapokaliptycznych. Wysokie na kilkaset metrów kikuty obumarłych drzew sterczących na pustej przestrzeni. Wieżowce wyglądały jak pęk rur o różnej długości, które sklejono na przypadkowej wysokości. Być może było to symboliczne nawiązanie do krzyży?

W Wielki Piątek w sektorze Unzi Guddo nie odbywały się żadne manifestacje religijne. Były zbyt radykalne. O ile bowiem Wielki Czwartek kapał krwią, Wielki Piątek wprost nią ociekał. Jadąc do przyjaciół, Bart miał nadzieję, że nie będzie musiał przechodzić obok ludzi wiszących na krzyżu. Mylił się, nie udało mu się uciec od takich widoków. Zapomniał o ekranach w wagonikach kolejki, z których spoglądali na niego ukrzyżowani. Setki krzyży, jak w najlepszych czasach Rzymu. A na nich same łotry. Czy któryś z nich był dobrym łotrem? Dla Kościoła z pewnością nie. To były pospolite łotry. Tacy jak on. Winni Kościołowi pieniądze za grzechy lub nieodprowadzony podatek, wybierali ten rodzaj pokuty zamiast grzywny. Bart miał nadzieję, że znajdzie sposób, aby zapłacić zaległe pieniądze. W przeciwnym wypadku w przyszłym roku to on znajdzie się na krzyżu. To już nie była zabawa dla młodych, którzy chcieli wykazać się odwagą – teraz, aby zawisnąć jak Jezus, trzeba było podpaść Kościołowi. Męczennikom nie wbijano gwoździ w przeguby dłoni czy stopy, przywiązywano ich jedynie sznurem. Lecz trwająca kilka godzin nauczka poznawania siły grawitacji i tak okazywała się męką.

Bart nie rozumiał tej fascynacji przemocą. Każda religia zawierała elementy cierpienia, które można było odczytywać jako drogę prowadzącą do zrozumienia tajemnicy życia, jednak chrześcijanie dosłownie łaknęli krwi. Widzieli w niej też jedyną szansę na połączenie się z Bogiem. Z krwi wyszedłeś i we krwi utoniesz – można było powiedzieć, nawiązując do Biblii. Nie powinien się temu dziwić – to była religia dla biedaków, wyrzutków społecznych, obcych w obcym kraju. Przypomniał sobie balladę Knockin’ on Heaven’s Door Boba Dylana z filmu Pat Garrett i Billy Kid. Po ten utwór sięgali różni wykonawcy, może i jego kapela powinna włączyć go do repertuaru? Był tego warty, chociaż jego siła zależała nie od perkusji, a od wokalu.

Spróbował oderwać myśli od wszechobecnej, atakującej go krwi. Dziś mijała rocznica wyjścia człowieka poza otoczkę ziemskiej atmosfery. Ludzkość zaczęła pukać do tych drzwi już ponad wiek temu, jednak pierwszy śmiałek nie stał przed nimi zbyt długo – zaledwie sto osiem minut. Tak naprawdę nie był to lot kosmiczny, a strzelanie do nieba, bo Gagarina wystrzelono w kapsule Wostok niczym kulę armatnią. Nie miał na nic wpływu, pojazdem sterowano z Ziemi, ponieważ nie wiedziano, czy kosmonauta przeżyje, gdy dostanie się na orbitę. Pojawiło się sporo niespodzianek i lot mógł zakończyć się tragicznie. Dzisiaj setki osób stało przed tymi drzwiami nawet całe lata, lecz wciąż nikt im nie odpowiadał.

Otwartym pozostaje pytanie: czy Gagarin był pierwszym pukającym do nieba bram? Niektórzy twierdzą, że był nim syn znanego konstruktora samolotów Ił – Władimir Iliuszyn. Podobno wystrzelono go kilka dni wcześniej, ale miał pecha – awaria rakiety sprawiła, że wylądował na terenie wrogich Chin i nie można było pochwalić się sukcesem. Jakby tego było mało, bracia Judica-Cordiglia, włoscy radioamatorzy nasłuchujący w bunkrze sygnałów radiowych z kosmosu, wymieniali również innych anonimowych kosmonautów. I to wystrzeliwanych wiele miesięcy przed Gagarinem i Iliuszynem.

Bart nie był miłośnikiem teorii spiskowych, lecz dobrze wiedział, że Rosjanie nie lubili przyznawać się do porażek. Ponadto informacje te potwierdził sam Adam Giedrys, który dla Barta stanowił kosmiczną wyrocznię. Gdy poznał go w 2035 roku, astronom-amator miał już blisko osiemdziesiąt lat i był żywą pamięcią początków podboju kosmosu. Urodził się w roku, dniu i godzinie wystrzelenia pierwszego sztucznego satelity Ziemi. Ojciec Barta wyjechał na serię doświadczeń w Wielkim Zderzaczu Hadronów w ośrodku CERN, a matka miała wziąć udział w balu zorganizowanym z okazji wizyty prezydenta Kalifornii. Zaczęła wtedy odwiedzać krawca, który obiecał przygotować niepowtarzalną kreację. Bart chodził do niego razem z nią. Krawiec okazał się tęgim mężczyzną z ostrzyżonymi krótko siwymi włosami, o wnikliwym spojrzeniu. Mówiło się, że jest w stanie „na oko” ustalić rozmiary klienta. Gdy coś opowiadał, chciało się go słuchać; a gdy słuchał, dobrze wiedziałeś, że rozumie, o czym mówisz. To była dziwna pracownia krawiecka z robotami szyjącymi oraz wieloma innymi automatami: przechadzającymi się, skaczącymi, schylającymi w ukłonach. Później Bart dowiedział się, że krawcy posiadali specjalne zezwolenie, które pozwalało im używać robotów człekokształtnych. Wykorzystywano je do przymiarek oraz testowania uszytych spodni, marynarek czy sukienek. Lecz w pracowni tego krawca wisiała też tablica szkolna, na której wypisano mnóstwo cyfr, chociaż niektóre z nich przypominały bardziej równania matematyczne niż notatki. Najdziwniejsze było jednak to, że na ścianach nie wisiały plakaty z modnymi kreacjami, a zdjęcia planet, mgławic albo supernowych. „Krawiec przykrawający gwiazdy” – pomyślał wtedy z ironicznym uśmiechem młody Bart. Później okazało się, że trafił w sedno. Tak zaczęła się jego przygoda z astronomią, wprowadzenie w świat kosmosu dokonane przez krawca-astronoma. Nie byle jakiego. Bo choć wciąż zarabiał na życie jako krawiec, był jednocześnie pomysłodawcą kosmicznego radioteleskopu SST. Przyjechał nawet do Dawapolis, aby znaleźć się bliżej windy wynoszącej kolejne składniki radioteleskopu na ciemną stronę Księżyca. Niestety, nie zdążył ujrzeć gwiazd przez jego wizjer, pierwsze zdjęcia z radioteleskopu uzyskano dopiero rok po śmierci Adama.

W końcu Bart wysiadł z kolejki i po kilku minutach marszu stanął przed wieżowcem, w którym mieszkali jego przyjaciele. Musiał dostać się na osiemdziesiąte dziewiąte piętro, a w windzie też były ekrany, a na nich krzyże i ukrzyżowani... Zanim więc zapukał do nieba bram, jeszcze wielokrotnie powieszono go na krzyżu wiary.

Bezbożna gra

Chciał o tym wszystkim powiedzieć Roberto, lecz ten wyraźnie nie miał humoru. Osoby, które znały ich obydwu, mówiły, że Roberto Carrozza jest do niego podobny, ale Bart nie widział wielu podobieństw. Roberto był o rok starszy, miał czarne, a nie ciemnobrązowe włosy, był niższy o pół głowy i szczuplejszy o dwie dziurki paska. Poza tym bardzo lubił gestykulować, a w czasie rozmowy podchodził zbyt blisko i podnosił głos, tak że Bart czuł się onieśmielony. No i należał do ortodoksyjnych chrześcijan, co mocno zawężało tematy ich rozmów, a i w pozostałych trzeba było uważać na słowa, by nie obrazić żywiołowego Włocha. Bart nie przepadał za Roberto, uważał, że jest fałszywy. Wydawał się serdeczny, otwarty, lecz wiele wskazywało na to, że tylko czeka na odpowiedni moment, by go osądzić i skazać na stos. Choć może to on czuł się kłamcą i oszustem w jego towarzystwie: nie dość że pożądał jego żonę, to jeszcze kwestionował istnienie Boga.

Gdy Bart wszedł do pokoju, ujrzał, jak Roberto z posępną miną wpatruje się w hologram przypominający planszę gry komputerowej. Czyżby dał się skusić i postanowił postrzelać do wampirów i strzyg?

– W co grasz?

– Izabella przyniosła to ze szkoły – mruknął z niesmakiem. – Zabrałem jej, chcąc sprawdzić, czy jest dla niej odpowiednia. Podobno zaprojektowano ją na wzór gry, w której można sprawdzić się w roli zarządcy dużej firmy. Ale ona ma tytuł I ty możesz zostać Bogiem.

Bart uniósł ze zdumienia brwi. No cóż, w Dawapolis wszystko miało wymiar boski i nawet grę przerobiono tak, by każdy mógł przetestować swoje predyspozycje do zarządzania wszechświatem.

– Podobno jest to gra mająca nauczyć dzieci szacunku do Boga, ale ja sądzę, że to prowokacja. Wyobraź sobie, że w tej grze każdy może ustanowić własne przykazania! Wprowadziłem te przekazane Mojżeszowi przez Boga i już po kilkuset latach ludzkość wyginęła. Jak to możliwe?! Przecież dobrze wiemy, że tak się nie stało. To fałsz.

– A potop? – zauważył Bart. – Można go uznać za interwencję. Może dziesięć przykazań się nie sprawdza i konieczne są korekty?

Roberto spojrzał na niego jak na diabła. Jednak po chwili uspokoił się i wyświetlił planszę z pytaniami.

– Sam popatrz, jak tendencyjne są te pytania. Te akurat dotyczą sytuacji, gdy Bóg stworzył raj i umieścił w nim pierwszych ludzi.

Bart przeczytał:

I sprawił Pan Bóg, że wyrosło z ziemi wszelkie drzewo przyjemne do oglądania oraz dobre do jedzenia, oraz drzewo poznania dobra i zła w środku ogrodu. I dał Pan Bóg człowiekowi taki wybór:

Wariant pierwszy: Z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść owoce, ale z drzewa poznania dobra i zła jeść ci nie wolno.

Wariant drugi: Z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść owoce, lecz posilaj się zwłaszcza owocami z drzewa poznania dobra i zła, gdyż są one najbardziej ożywcze.

Wciśnij wariant, który wybierasz.

– I co wybrałeś? – zapytał Bart, podejrzewając, jak brzmi odpowiedź.

– Przecież każdy katolik wie, który wariant jest prawidłowy – usłyszał zdziwiony głos wiernego sługi Pana.

– A gdybyś wybrał wariant drugi? – zaryzykował niewierny, otwarty na poznanie Bart.

– Bóg wie najlepiej, co jest dla ludzi dobre – wycedził katolik.

– No tak, każdy winien o tym pamiętać... – wycofał się Bart. No cóż, nie dało się dyskutować z fanatykami, brakowało im ciekawości. Mieli wszystko dokładnie poukładane w głowie i jakakolwiek zmiana, nawet najdrobniejsza, przerażała ich.

– Izabella próbowała mi wmówić, że ta gra została włączona do programu szkolnego. Ale ona przecież chodzi do katolickiej szkoły. A to jest gra obrazoburcza. Jak ktoś może zakładać, że jest równy Bogu?

Bart z łatwością mógłby mu odpowiedzieć, lecz nie chciał wywoływać religijnej pasji. Wzruszył więc tylko ramionami.

– Mógłbyś dowiedzieć się, kto rozprowadza te bezbożne gry? Masz znajomości – rzekł Roberto. To była prawda, Bart znał wielu dystrybutorów nielegalnego oprogramowania. Ale nie zamierzał szperać w życiu Izy. Spróbował wymigać się od szpiegowania w inny sposób.

– To jakiś niszowy produkt. Przecież nikt rozsądny tego nie kupi. Nie strzelają, nie ma zombi, a grafika – chyba z epoki maszyn parowych. To pewnie napisał jakiś nastolatek, sam mówiłeś, że to przeróbka. Trudno będzie go odnaleźć.

Roberto przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. Bez emocji, lecz kto tak naprawdę wie, co katolikowi błądzi po głowie. Może zastanawiał się, czy nie zawezwać szwadronu inkwizytorów?

– No tak, masz rację – odezwał się w końcu i wyłączył hologram. – Każę Izie skasować tę grę, to nie jest dobre ani do nauki, ani do zabawy. Tylko diabeł mógłby sugerować, że człowiek może być równy Stwórcy. Podobna rozwiązłość w podejściu do przykazań może zaowocować zwątpieniem w istnienie Boga.

Uff, Bart mógł odetchnąć.

– Pewnie jesteś ciekawy, czy termin wznowienia pracy windy zostanie dotrzymany –zabrzmiał z nutką wyższości w głosie Roberto.

– Nie będę zaprzeczał.

– Pracownicy z poziomu Top Level zameldowali wczoraj, że zakończyli montaż wszystkich elementów. Na dole natomiast jesteśmy już gotowi od tygodnia. W środę wieczorem startuje program budowy statku kosmicznego.

Ostatnie zdanie Roberto wypowiedział z wyraźną satysfakcją. Bart jednak wiedział, że to nie radość z budowy międzygwiezdnego statku, a gwarantowana pensja tak go cieszy. Był inżynierem i równie dobrze mógł montować tory kolei magnetycznej albo kadłub wojskowego okrętu podwodnego. To była zwykła praca. Chyba jedynie pracując przy kościelnej dzwonnicy byłby uskrzydlony.

– Emilia jest w kuchni. Jak do niej zajrzysz, to przypomnij, że za godzinę papież poprowadzi drogę krzyżową. Niech pośpieszy się z kolacją.

Uznał rozmowę za zakończoną, po czym włączył podgląd z placu przed bazyliką Cudu Wielkanocnego.

To nie dla dorosłych

Rozmowę z Emilią Bart zostawił sobie na deser, wpierw kierując swe kroki do niesfornej córki. Iza Carrozza siedziała na niskim tapczaniku pośród wolno wirujących wokół niej hologramów serwisów internetowych. Wpatrywała się w sufit. Robiła to z takim zapamiętaniem, że nawet nie zauważyła, gdy wszedł do pokoju. Dopiero kiedy dotknął jej ramienia, spojrzała na niego z napięciem w oczach. Uśmiechnęła się niemrawo, po czym przesunęła, robiąc mu miejsce na tapczaniku. Bart przysiadł z kolanami na wysokości czoła. Teraz hologramy wirowały także wokół jego głowy.

– Cześć, Iza. Co cię trapi?

Westchnęła, jak potrafią to czynić tylko dzieci i zwierzęta. Niedawno skończyła dwanaście lat, lecz z powodu drobnych kości wyglądała na dziesięciolatkę. Miała kruczoczarne włosy, takie jak mama, jednak splecione w warkocze. Jak na nastolatkę zachowywała się w sposób niezwykle dorosły. Była przy tym kąśliwa jak osa, więc Bart starał się jej nie zaczepiać. Gdy dwa lata temu zapytał ją, dlaczego zawsze jest taka poważna, odpowiedziała, że jest taka od urodzenia.

– Niepokoję się o tatę. Tak pochłonął go program I ty możesz zostać Bogiem, że boję się, co z tego wyniknie. – Przemawiała przez nią mądrość pokoleń; skąd taka przenikliwość u dziecka? – Jestem pewna, że wyznawcy jego Boga nie przeżyją nawet tysiąca lat! Sprowadzi na nich potop lub kometę. Wszyscy dorośli tak robią... A później przez tydzień będzie miał moralnego kaca. Lecz tym ludziom to już nie pomoże. To gra dla dzieci, a nie dla dorosłych.

– Skąd wiesz? Może Roberto zbuduje świat lepszy od naszego? – zaryzykował.

Spojrzała na niego z wyrzutem, zdumiona tak bezgraniczną głupotą.

– Coś ty? Przecież on w ogóle się na tym nie zna. I jest zbyt nerwowy. Jak każdy dorosły...

– A poza tym, że wiesz wszystko o dorosłych, nad czym się zastanawiałaś? – zapytał, przeglądając hologramy. Okazało się, że były to oferty programowe różnych uczelni, od astrofizyki poczynając, a na zootechnice kończąc.

– Wciąż nie wiem, jakie studia wybrać. Wszystko zostało już odkryte, zmierzone, posegregowane i ułożone w odpowiednich szufladach. Dlaczego nikt nie poczekał na moje pokolenie?

– Nawet nie wiesz, jak się mylisz – zaśmiał się.

– Tak? A co masz na myśli? – spojrzała na niego pobłażliwie.

– Choćby genetykę. Wciąż nie mamy lekarstwa na raka.

– Ale to nieciekawe. Trzeba w kółko analizować próbki. No i męczyć zwierzęta, chcąc sprawdzić, czy mamy rację.

Iza zgasiła jeden z hologramów. Bart zacisnął zęby, lecz nie zrezygnował.

– Wciąż też nie wiemy, jak powstał wszechświat. Teoria inflacji nie zdała egzaminu i coraz więcej osób zastanawia się, czy to, co widzimy, zaczęło się w Wielkim Wybuchu.

– To już totalna nuda. Przeglądać zdjęcia, rozwiązywać równania.

Zgasiła kolejny hologram.

– To napisz program, który rozwiąże wszystkie równania.

– To też równania. Nie lubię matematyki.

Jeszcze jeden hologram mniej. Już niewiele zostało do wyboru. Trudna dyskusja.

– A co lubisz? – postanowił podejść ją z innej strony.

Uniosła głowę.

– Rozmyślać.

– To problem mamy rozwiązany – odparł lekkim tonem.

– Jak to? – spojrzała na niego zdziwiona. – Nie ma takiego zawodu, w którym się tylko myśli.

– Całkowicie się mylisz. Każdy zawód wymaga myślenia. – Z niechęcią, ale skinęła głową na zgodę. – W tej chwili jednak pomińmy to. Jest jeden zawód, w którym trzeba tylko myśleć. I myśleć, i znów myśleć. Myśleć w czasie śniadania i obiadu. Myśleć od rana aż do zaśnięcia… – Chciał dodać: lub do upicia się, lecz zrezygnował. – A zaraz po przebudzeniu znów myśleć i myśleć...

– Jaki? Nie torturuj mnie, powiedz wreszcie.

Troszeczkę ją jednak potorturował. Rozejrzał się po hologramach, szukając tego właściwego. Nie znalazł, więc zgasił wszystkie i wyświetlił własny.

– Zostań filozofem.

– Hm... – mruknęła, wydymając usta.

– Żeby zostać prawdziwym filozofem, trzeba znać życie. Aby znaleźć jedną odpowiedź, trzeba wcześniej zadać milion pytań. Trzeba być dociekliwym. Zacznij od tego. Jeżeli nie pójdziesz na bal maturalny z chłopakiem i nie pocałujesz go – nie będziesz dobrym filozofem.

Skinęła głową. Na szczęście wciąż było w niej dziecko. Bycie dorosłym na dłuższą metę bywa męczące.

Kopytka prababci

W kuchni królowała Emilia Carrozza, roboty stały smutne w kącie. Wiedział, że nie lubiła gotować. Jeżeli wyłączano automaty, Roberto przyrządzał zwykle jakieś włoskie specjały. Lecz czasem Emilia miała napady frustracji i wtedy przejmowała kuchnię, serwując potrawy z książki kucharskiej pamiętającej ubiegły wiek. To nie były wykwintne dania. Nic dziwnego, źródło jej inspiracji – Kucharz gastronom – stanowił zbiór przepisów dla polskich stołówek w czasach socjalizmu. Strasznie gruba księga, bez zdjęć, za to z tabelami i składnikami podawanymi dla stu osób.

Emilia kursowała między garnkiem a stolnicą, odkrawając pod kątem dwa-trzy kawałki ciasta i biegnąc, aby wrzucić je do wody. Gorąca woda niecierpliwie bulgotała, a ciasto ku jej utrapieniu natrętnie przyklejało się do noża. Domyślił się, jaką potrawę szykuje – to miały być kopytka. Może poda je ze skwarkami ze słoniny, a może z zasmażaną kapustą lub w sosie grzybowym? Pycha. Pamiętał to danie z dzieciństwa.

Przy kolejnym nawrocie Emilia zauważyła go i zawołała groźnie:

– Nie śmiej się, tylko pomóż!

– Co mam robić? – zapytał wesoło.

– Wystaw ręce.

Posłusznie wystawił dłonie, a ona zaczęła nakładać mu na nie odcięte z rulonu krążki. Gdy miał już po pięć na każdej dłoni, stwierdziła:

– Wrzuć je teraz do wody i przyjdź po następną porcję.

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Kopytka przykleiły się do skóry i nawet gwałtowne potrząsanie rękoma nie pomagało. Powrócił więc do stołu, gdzie oczekiwały następne romby ciasta. Gdy tylko Emilia zauważyła zgniecioną papkę na jego dłoniach, zrozumiała, jaki popełniła błąd.

– A niech to! Zapomniałam posypać je mąką.

Wspólnym wysiłkiem zdrapali ciasto z rąk, a następnie na przyprószonych grubą warstwą mąki dłoniach ułożyli kolejną partię. Tym razem kopytka spadły już przy niewielkim ruchu. Opryskało go kilka wrzących kropel. Po kilku takich kursach praca została wykonana. Stanęli przy garnku, czekając, aż kopytka wypłyną na powierzchnię. Emilia była niższa od Barta o głowę. Gdy uniosła twarz, pytając: „Jak myślisz, będą smaczne?”, zauważył, że dzisiaj radość w jej oczach przygasła. Martwiła się o kopytka? Nieoczekiwanie rozpłakała się na głos.

– Bartek... – po śmierci rodziców tylko ona oraz ciotka Łucja tak się do niego zwracały. – Chyba jestem w ciąży. Jeszcze za wcześnie na test, ale czuję to...

Zaczęła mieszać wypływające na powierzchnię kopytka. Bart zwykle nie myślał o tym aspekcie seksu. Swą uwagę skupiał na pierwszym, najprzyjemniejszym jego etapie. W kieszeni miał zawsze jedno opakowanie prezerwatyw. Emilia najprawdopodobniej odgadła jego myśli, gdyż powiedziała:

– Nie patrz tak na mnie. Nie jestem taka głupia, aby zdać się wyłącznie na kalendarzyk. Mam udawać, że nie wiem o środkach antykoncepcyjnych, bo Kościół tak uważa, i rodzić dziecko rok po roku? Używałam ich, ale w tajemnicy przed Roberto – umilkła na chwilę, a później cicho uzupełniła: – Tylko że czasem to nie wystarcza...

Ponownie nastąpił wybuch płaczu. Cóż mógł powiedzieć? Stał bez ruchu. Miał ochotę ją przytulić, lecz nie wiedział, jak by to odebrała.

Emilia otarła mankietem twarz.

– Mam dwa tygodnie na ewentualny zabieg aborcyjny. Później Kościół położy łapę na mojej macicy i już nic nie będę mogła zrobić.

To była prawda. Wszystkie chrześcijanki od dwunastego roku życia obowiązywały comiesięczne badania. Kościół uważał, że „Macica kobiety jest naczyniem Boga”.

– Urodzę dziecko skazane na śmierć lub kalectwo do końca jego dni – Emilia nie przestawała rozpaczać.

– Nie możesz być tego pewna – odparł, wiedząc, że to nieprawda. Jakiś czas temu zdradziła mu tajemnicę, że już przy urodzeniu Izy ryzyko, że dziecko odziedziczy pląsawicę Huntingtona, wynosiło pół na pół. Udało się, Iza była zdrowa, ale lekarze powiedzieli, że następne ciąże również będą swego rodzaju loterią. A przy pechowym rozdaniu genowej puli dziecko trafi do poletek duszyczek Boga nazwanych przez Kościół „Niebiańskimi Łąkami Miłosierdzia Pana”.

Nikt nie chciał, by jego potomstwo wylądowało w tych „grządkach miłosierdzia”, jak powszechnie nazywano te farmy altruizmu, gdzie tysiące dzieci leżało w rzędach, czekając, aż opiekunka, najczęściej w habicie, podejdzie do ich doniczki, umyje szlauchem i dokarmi przez rurkę. Przyrost naturalny wciąż był minimalny, a każda wiara miłowała swoich wyznawców. To były większe pieniądze i od samych wiernych, i z kasy miasta. Trzeba więc było utrzymać każde życie. Ważne było samo wezwanie; co z dziećmi dzieje się później, nie powinno zaprzątać umysłów wiernych: „Róbcie dzieci jak króliki, a ich zdrowiem zajmie się Bóg” – powtarzali księża z ambon. Zakaz stosowania środków antykoncepcyjnych, badań prenatalnych i aborcji nie sprawdzał się – spowodował jedynie, że już nie promil, a procent dzieci rodził się z nieuleczalnymi schorzeniami. Czy z powodu tak dużej rzeszy cierpiących sumienie czarnej elity pracowników Boga odczuwało choćby cień zatroskania? Bart był pewien, że nie. Dobrowolni eunuchowie, głoszący prawdy Kościoła katolickiego, pomimo częstego niestosowania się do narzuconych zasad i brania aktywnego udziału w powiększaniu populacji wiernych, nie sprawdzali się jako propagatorzy ślepego powielania się. Co ciekawe, ten sam Bóg kontaktujący się poprzez innych pośredników miał większy mir, i ewangelicy oraz protestanci zostawiali katolików daleko w polu. Może naśladownictwo nie szło z góry, a od bliźniego? Również najwięksi konkurenci chrześcijan, muzułmanie, nie mieli tego problemu. Rozmnażali się w każdych warunkach i przybywało ich dwukrotnie więcej niż chrześcijan. W sektorach buddystów oraz mniejszych bogów, nie wspominając o bezbożnych, aborcja i badania oraz zabiegi genetyczne były dozwolone. Rodziło się dużo dzieci, chociaż niekiedy dowolność w zmianie kodu genetycznego powodowała, że miały one cechy do tej pory pojawiające się jedynie w powieściach fantasy lub horrorach.

– Bartek, ja już trafiłam wygraną na loterii życia, moje szanse na kolejną wygraną są niemal zerowe – stwierdziła z goryczą. – A nie mogę tego nawet sprawdzić. Nieważne, czy chcesz sprawdzić geny przyszłego dziecka, chcąc dowiedzieć się, czy będzie genialnym pianistą, czy będzie miało złote włosy… czy też boisz się, że będzie cierpieć na nieuleczalną chorobę. Już sama chęć sprawdzenia czegokolwiek, bez konsekwencji aborcji, stanowi grzech.

Emilia miała rację. Aborcję dopuszczano jedynie w przypadkach nazywanych przez Kościół „poczęciem z diabelskiego nasienia”. Wiele kobiet uciekało przed porodem przez tę właśnie furtkę, więc i zapotrzebowanie na egzorcystów okazywało się spore. Bart znał kilku z nich, jednak byli to raczej szarlatani znający sztuczki magiczne, których nie powstydziłby się David Copperfield. Unoszenie w powietrzu, obracanie się głowy, lewitujące przedmioty czy cieknąca ze ścian krew to była dla nich bułka z masłem. Tylko że oni nie posiadali kościelnego certyfikatu. Poza tym trzeba by udowodnić, że Roberto jest diabłem, a to nie było łatwe…

– Bóg muzułmanów nie zabrania wyznawcom badań prenatalnych, a nawet je popiera. Wyobraź sobie, że przed małżeństwem młodzi muszą wykonać badania genetyczne. Ich wyniki nie są wiążące, nawet jeżeli wykażą możliwość chorób genetycznych potomstwa. Młodzi mogą przynajmniej zastanowić się, czy bardziej zależy im na dzieciach, czy na związku bezdzietnym. Nie rozumiem, dlaczego nasz Bóg jest taki... ortodoksyjny, aby nie powiedzieć: zacofany.

Miał ochotę stwierdzić, że ich Bóg jest bezdzietny. Nie trapi go problem, co zrobić z synem – wcieleniem siebie – bo on mógł zostać poczęty dopiero po włożeniu członka w zbrukane naczynie kobiety.

– Jest stary, a na starość stajemy się konserwatywni. Już nie chcemy nowości, chcemy umrzeć w takim świecie, w jakim się urodziliśmy – wybrał mniej kontrowersyjną odpowiedź.

– Nie żartuj... Sprawdziłam to, zawsze tak było. Sekcja zwłok – to czynność bezbożna; szczepienia – najlepszą ochroną jest modlitwa; transfuzja krwi – Bóg umieścił krew w żyłach, abyśmy jej nie ruszali. Później Kościół wycofywał się z tych głupich poglądów, lecz zanim to następowało, podobne nakazy zbierały obfite żniwo.

Skrzywiła się z niesmakiem, lecz nie przestała mówić:

– Dziś najwyższą cenę za te konserwatywne poglądy płacą kobiety. Jakby Kościół uznał, że jesteśmy jego wrogami i tylko knujemy, jak zdetronizować Boga. Czy wiesz, że tak skostniałe stanowisko pojawiło się wraz z encykliką sprzed zaledwie stu lat? To już nie były ciemne wieki średniowiecza, to już świat telewizji i podboju kosmosu! Świat wiedzący, że kod DNA skręca się w kształt podwójnej helisy. Świat potrafiący dokonać transplantacji serca. A wszystkiemu winna jest encyklika Humanae Vitae zabraniająca antykoncepcji, badań prenatalnych, aborcji, a nawet – wydawałoby się pożądanego – zapłodnienia in vitro. Powiedz mi, dlaczego Kościół nie lubi kobiet, dlaczego nie chce dzieci, które nie miałyby szansy się urodzić?

– Kościół nie lubi in vitro, gdyż ono niszczy boską wersję zapłodnienia Maryi. Skoro ktoś mógł pogrzebać w jej macicy i umieścić tam zapłodnione jajeczko Jezusa, niepotrzebny jest Duch Święty.

– Bartek, wciąż tylko żartujesz.

– Wybacz, to mi pomaga zachować trzeźwość myślenia.

Kopytka były już gotowe do odcedzenia.

– Jak mogę ci pomóc? – zapytał poważnie.

– Najpierw muszę zrobić test. Jestem umówiona na jutro. Będę musiała przebrać się za muzułmankę i pojechać do ich kliniki. Przez święta przemyślę to i odezwę się do ciebie. Dobrze? – mówiła, odcedzając kopytka.

– Oczywiście.

Wyłożone na talerzu nie zachowały kształtu rombów.

– Nie wyglądają zbyt apetycznie, ale może zostaniesz na kolacji? – zapytała z westchnieniem rozczarowania. – Do wyboru mam skwarki i sos grzybowy – kusiła.

– Zjadłbym z tuzin, ale muszę coś załatwić – skłamał. Zjadłby i dwa tuziny, ale musiał odetchnąć. Na dzisiaj miał już dosyć wtrącania się religii w jego życie. „Zapada mrok, zbyt ciemno, by widzieć. Czuł się tak, jakby pukał do nieba bram” 6 . Mogła go obrażać dociekliwość, razić chciwość Kościoła. Mógł nawet rozorać pejczem skórę pleców, mógł pozwolić sobie na wbicie w przeguby dłoni gwoździ – lecz wara im od Emilii!

– Emilia, musisz się ogarnąć. Wstąpię jeszcze do Roberto, zajmę mu kilka minut, a ty zajrzyj do łazienki.

– Masz rację – skinęła głową, a później podeszła do Barta, wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. – Dziękuję.

Rozdział IV

Yes, I’m a Witch Wiedźmy na ulicach

13 kwietnia, Wielka Sobota

W Wielką Sobotę już nikt nie wisiał na krzyżu, za to na ulicach panowały wielkanocne wiedźmy nazywane w Skandynawii Påskkäringar. To nie był zwyczaj wspierany przez Kościół. Lecz, podobnie jak w przypadku Halloween, przegrywał z atencją dzieci dla psikusów i – oczywiście – łakoci. Barta co rusz mijały tabuny dziewczynek z koszykami, gdyż był to wyjątkowo feministyczny zwyczaj. Kościół od początku widział zło jedynie w płci żeńskiej. Czarownice, wiedźmy, strzygi musiały być kobietami. Bart już nieraz zastanawiał się, który z proroków lub uczniów Jezusa tak bardzo nie lubił kobiet, że uznawał je za babsztyle, sekutnice, pipy, prukwy czy zołzy nieustannie knujące, jak oderwać wiernych od Boga.

***

Restauracja „Niezdrowe jedzenie” była za droga na stan konta Barta, nawet z wysokim rabatem w podziękowaniu za przysługę z czasów, gdy chodził po ulicach w mundurze, a właściciel sprzedawał hamburgery sojowe w budce. Serwowała prawdziwe dania – tłuste, czerwone, przysmażone – a nie uprawiane w sterylnych grządkach warzywa czy mięso genetycznie modyfikowane.

– Jednym zabrania się jeść wieprzowiny, innym posmakować wołowiny, a jeszcze innym nie wolno tknąć ani wieprzowiny, ani wołowiny – lecz tylko w piątki, bo w pozostałe dni tygodnia mogą obżerać się do woli. Ale i tak, przy modzie na dietę wegetariańską oraz schabowe z probówek, podobne poświęcenia tracą sens. Na razie, bo nie wiadomo, co jutro wymyślą Strażnicy Wiary. Może okazać się, że wyznawcom judaizmu nie będzie wolno jeść pomidorów, a hindusom rzodkiewek, natomiast chrześcijanie w piątki będę mogli wcinać jedynie marchewki. Głupie zakazy nie mające nic wspólnego ze zdrowym odżywianiem, a będące jedynie wykuwaniem nawyku Pawłowa u wiernych. Bóg może zakazać wszystkiego, a tobie nic do tego – mówił pochodzący z Francji właściciel lokalu, sześćdziesięcioletni Fabrice Thénard. Przynajmniej jeden zdrowo myślący kucharz.

Pomimo rabatu stać go było jedynie na jajecznicę. I to tylko z dwóch jajek, z wąskim pasmem boczku, smażoną na maśle. Na ten luksus pozwalał sobie w święta, których na szczęście w kalendarzu nie brakowało. Marzył, aby kiedyś zamówić jajecznicę z tuzina jaj, każde na szerokim kawałku boczku. Oczywiście nie zdołałby zjeść tak dużej jajecznicy. Lecz chciał poczuć się tak przejedzonym, by na samo wspomnienie jajecznicy poczuć niestrawność.

Jednak w ten sobotni wieczór zajrzał tutaj nie dla jajecznicy. Nie przyszedł też załatwić występu. Fabrice lubił rock, lecz uważał, że jego klientela ma zbyt wysmakowane uszy i zatrudniał kwartet smyczkowy oraz pianistę. To był ekskluzywny lokal. Z ludzkimi kelnerami we frakach, białymi obrusami z lnu i krzesłami z miękkim obiciem. Ociekające tłuszczem dania podawano na porcelanowych talerzach, a krwiste befsztyki kroiło się srebrnymi sztućcami. „Niezdrowe jedzenie” ściągało wielu lekarzy, nawet dietetyków i kardiologów, a Bart postanowił znaleźć doktora, który pomógłby Emilii. Badania genetyczne rozwijały się w szalonym tempie, może więc nie będzie musiała czekać na badania prenatalne dwa miesiące i uda się wykonać je w najbliższych dniach, przed terminem przejęcia ciąży przez Kościół?

Zlot czarownic

Lokal był wypełniony po brzegi, post wielkanocny nie powstrzymywał chrześcijan od wbicia widelca w golonkę. Cztery dziewczyny w czarnych frakach grały Yesterday Beatlesów. To już była pora deserów i drinków, rozmów o biznesie i cudzych przywarach, kruszenia oporów przy świeczkach.