Rozdział III
Knockin’ on Heaven’s Door
Chciwa trójca
Dopiero w południe zwlókł się z łóżka. Nie miał ochoty nigdzie wychodzić, lecz poczucie obowiązku w końcu wyrzuciło go z pieleszy. Zdecydował, że odwiedzi przyjaciół: Roberto i Emilię Corrozza oraz ich córkę Izę. Znalazł dwa powody do odwiedzin. Pierwszym było miejsce pracy Roberto. Pełnił on funkcję szefa działu technicznego w koncernie ELSPEL i dzięki jego pomocy Bart mógł załatwić klientom wcześniejszą podróż na orbitę. Za drugi powód uznał możliwość porozmawiania z Emilią. Powody niekoniecznie wymienione w kolejności ich wagi.
Emilię poznał jako dwunastolatkę. On miał wtedy dziewiętnaście lat. Patrząc na tę różnicę wieku dzisiaj, wiedział, że to niewiele, lecz wówczas zdawało mu się, że to różnica niemal pokoleniowa. On już studiował, ona za trzy lata miała dopiero ukończyć dziesięciolatkę. Teraz żałował, że nie zwrócił większej uwagi na tę smarkulę. Po śmierci rodziców Barta wyjechała na studia do Mediolanu, a gdy wróciła do Dawapolis, była już dyplomowanym kardiologiem oraz żoną Roberto i matką dwuletniej Izy. Po ślubie nie wypadało odwiedzać jej zbyt często. Zwłaszcza że Roberto był żarliwym katolikiem i surowo spoglądał na wizyty obcych mężczyzn w swoim domu. Pewnie uważał Emilię za własność, jak spodnie, i nie mógł znieść myśli, że ktoś inny chciałby je włożyć. Albo nawet na nią spojrzeć. Po części miał rację... Bowiem było na co. Emilia miała wprost boskie proporcje ciała. O takich dziewczynach mówi się, że mają nogi do samej szyi. Człowiek witruwiański Leonarda da Vinci doskonale wpisywał się w koło, lecz nie wyglądał zbyt atrakcyjnie – zwłaszcza w odniesieniu do kobiety. Od nich wymagamy smukłości greckich kolumn, a nie stabilnego usadowienia środka ciężkości ciała na krótkich nogach, przydatnego w walce i do ciężkiej pracy.
Proporcje ciała Emilii stosowały się do innego wzoru matematycznego, który zachwycał nie tylko w naturze, ale też w architekturze czy kompozycjach obrazów. Stosunek jej wzrostu do długości nóg był taki sam, jak stosunek nóg do tułowia. To była zasada złotego podziału, zwanego również podziałem harmonicznym lub... boską proporcją. Dzisiaj Emilia miała czterdzieści lat, lecz wciąż wyglądała jak nastolatka. Wpływała na to zarówno figura, jak i okolona długimi, kruczoczarnymi włosami twarz o delikatnych rysach, małym nosku i roześmianych oczach.
Bart tak tęsknił za widokiem Emilii, że bez słowa protestu słuchał Roberto, który z rozkoszą rozprawiał o upadku wiary we współczesnym społeczeństwie. Właściwie tak naprawdę nie wypisał się z Kościoła jedynie z powodu Emilii. Gdyby to zrobił, Roberto – żarliwy, o ile nie fanatyczny katolik – nie pozwoliłby, aby ich odwiedzał. Słuchał go więc, niczego nie komentując, godził się nawet na coroczne wizyty Świętej Trójcy. Zazwyczaj kościół przedkładał kontakty wirtualne ponad osobiste, lecz gdy chodziło o coroczne zebranie jałmużny, jego przedstawiciele odwiedzali wiernych osobiście. Wcześniej księża chodzili po kolędzie z ministrantami, teraz czyniła to trójca, w niemal stałym składzie: ksiądz, siostra zakonna i dewotka. Siostra grała rolę dobrego, dewotka złego policjanta, natomiast ksiądz okazywał się sędzią. I księgowym.
– Szczęść Boże – przywitali go w boskim stylu.
– Szczebo – mruknął Bart w gwarze uczniowskiej.
Przed sługą Bożym kroczył jego brzuch. Ksiądz wyglądał na zmęczonego koniecznością używania nóg, lecz wzrok miał czujny. W kilka chwil zlustrował wyposażenie mieszkania za plecami Barta. Dewotka była sześćdziesięcioletnią, wyzutą z empatii bojowniczką w szarym stroju i szarym kapeluszu. Siostra zakonna natomiast przypominała Bartowi Natalię – Świadka Jehowy. Była młodą, niespełna dwudziestoletnią adeptką, gdy po raz pierwszy przyszła pod jego drzwi z doświadczonymi akwizytorami wiary. Może miała zbyt grube kości, lecz w makijażu i z inną fryzurą każdy uznałby ją za ładną. Świadkowie Jehowy nie uznawali wirtualnych wizyt. Zawsze chodzili od drzwi do drzwi, dzwonili i czekali uśmiechnięci przez wiele minut. Stali cierpliwie przed drzwiami w zwykłych ubraniach, trzymając w złożonych z pokorą dłoniach księgę o czerwonych grzbietach kartek. Nie mieli na sobie czarnych surdutów ani krucyfiksu wzniesionego niczym miecz. Nie byli nachalni, nie próbowali wejść do środka bez zaproszenia. Gdy jednak zgodziłeś się już na rozmowę, zaczynali z grubej rury od pytań, nad którymi normalny człowieka zastanawia się raz, najwyżej dwa razy w życiu: czy myśli pan, że żyjemy w Czasach Ostatecznych? Czy nie sądzi pan, że już nadszedł czas, aby Jezus powrócił na Ziemię? To były ciekawe pytania, nad którymi warto się zastanowić. Niestety, Świadkowie Jehowy posiadali też pewną wadę – nie pragnęli dyskusji, szukali wyłącznie okazji do wyrecytowania formułek. Magicznych zaklęć, które dawały im pewność obranej drogi życia. Natalia – jej imię poznał dopiero podczas trzeciej wizyty – żyła wyłącznie dla Boga, a to, co spotykało ją w życiu, funkcjonowało gdzieś obok. Domyślał się, że w ciągu tych lat urodziła dziecko, gdyż raz pojawiła się u niego w zaawansowanej ciąży; podejrzewał, że jej mąż zmarł, gdyż na palcu dziewczyny dostrzegł drugą obrączkę; lecz ona zawsze była taka sama. Żarliwie oddana, cierpliwa, uśmiechnięta, tylko że jakby żyjąca w innym świecie. Zakonnica miała to samo spojrzenie. Niewidzące, tęskniące za bytem doskonałym, najchętniej w niebie. „Dziewczyno, ciesz się życiem: tańcz, pij, całuj się!” – miał ochotę do niej krzyknąć.
– Zaraz wychodzę do pracy, a muszę wziąć jeszcze prysznic i przebrać się – próbował wymigać się od rozmowy.
– Zajmiemy tylko kilka minut – odparł ksiądz, wpychając brzuch w szczelinę pomiędzy Bartem a framugą. Bart wycofał się zrezygnowany. Trójca szybko weszła do środka i rozsiadła się na kanapie.
– Musi być panu ciężko, gdy tak często przebywa pan wśród bezbożników – zagaiła z troską siostra zakonna, która, jak mógł się domyślać, przejrzała wcześniej jego internetowe dossier.
– Kilka drinków pozwala mi łagodniej przyjmować ich słowa – mruknął ze złością. Dostęp do danych miała tylko policja i kościół. Nie mógł się od tego wymigać, jeśli wciąż był jego członkiem. Odpowiedź nie wzbudziła w przybyłych uznania, jednak przełknęli ją w milczeniu.
– Któż z nas jest bez grzechu... – pokiwał głową ze zrozumieniem ksiądz, czym sprowokował zjadliwe spojrzenie dewotki.
– Widzę, że regularnie odwiedza pan dom Boży – zauważyła z zadowoleniem siostrzyczka, próbując przegnać czarne chmury. Jeśli sądziła, że rozluźni to atmosferę, całkowicie się pomyliła. Dewotka tylko czekała, by wbić szpilę:
– A dlaczego zawsze w poniedziałki? – wycedziła, szóstym zmysłem wyczuwając jakąś diabelską intrygę.
– To mój dzień wolny. Mogę poświęcić go Bogu – odpowiedział, starając się, by zabrzmiało to wiarygodnie. Comiesięczny obowiązek przebywania w kościele przez co najmniej godzinę dla wielu ludzi był prawdziwą katorgą. W kościołach używano zagłuszaczy, co skutecznie uniemożliwiało przeglądanie Internetu, granie w gry czy pisanie esemesów. Nie działały żadne urządzenia posiadające w środku procesory. Obowiązywała reguła: „w kościele można kontaktować się tylko z Bogiem”. Na szczęście wciąż istniały książki drukowane. Bart chodził do kościoła przeważnie z kryminałem Chandlera, Hammetta lub MacDonalda wsuniętym w czarne okładki modlitewnika. Tych autorów mógł czytać na okrągło. I tak też robił. Jednak zupełnie czym innym była coroczna spowiedź. Ale i na to Bart znalazł sposób, a właściwie odpowiedniego księdza. Był to ojciec Aleko – zwany „Wiosło”, miłośnik rocka grający na gitarze basowej. Bart odwiedzał „Wiosło” dość często, by pogadać o nowych riffach albo przypomnieć o próbie muzycznej.
– Chwalebne postępowanie – zakonnica uśmiechnęła się szczerze.
„Oj, ty naiwna” – pomyślał Bart. Miał nadzieję, że to już koniec wizyty, z drugiej strony doświadczenie podpowiadało mu, że trójca dopiero się rozkręca. Niestety, nie mylił się.
– Czy wśród pana znajomych pojawiły się osoby żyjące w związku homoseksualnym lub współżyjące ze zwierzętami? – zapytała niezaspokojona dewotka. Ale to była, jak się okazało, jedynie rozgrzewka. Nagle cała trójca zaatakowała go kolejnymi pytaniami niczym rój rozjuszonych pszczół.
– Kiedy?
– Dlaczego?
– Komu?
Po wizytach chciwej trójcy Bart zawsze zarzekał się, że następnego dnia wypisze się z Kościoła. Ale potem złość z wtykania nosa przez klechów w każdą ciemną szczelinę prywatności tajała, a pozostawali znajomi będący katolikami, których nie chciał tracić. Mówił wtedy do siebie: „A niech tam, Jezus wytrzymał katorgę na krzyżu, więc i ja dam radę otrząsnąć się z tego błota, którym obrzucają moją godność”.
Jednak odkąd partia „Honor i Ojczyzna” wygrała wybory, pytania przedstawicieli Kościoła stawały się coraz bardziej dociekliwe. Wszyscy wiedzieli, że partia chciała używać nazwy „Bóg, Honor i Ojczyzna”, lecz stosowanie w nazwach partii słów związanych z wiarą było zabronione. Musieli więc zrezygnować z Boga w nazwie, lecz nie w postępowaniu – a Kościół wykorzystywał poplecznika partyjnego i zaczął wciskać się bez żadnego zażenowania w erogenne strefy z krucyfiksem. Czy niebawem będzie musiał spowiadać się, z jakiego papieru toaletowego korzysta?
Do niedawna wiara była osobistą sprawą. Nie chciałeś być chrześcijaninem, bo uznawałeś, że ich Bóg nie postępuje zgodnie z twoim sumieniem, to wypisywałeś się z Kościoła. Mogłeś zapisać się do wyznawców innej wiary lub pozostać w kręgu własnych przekonań i nadal mieszkać w tej samej strefie. Ale ten stan rzeczy uległ zmianie, gdy władzę przejęło ugrupowanie „Honor i Ojczyzna”. Jeśli nie byłeś chrześcijaninem – życie w strefie chrześcijan stawało się dla ciebie udręką. Nie tylko z powodu porannych arii dzwonów kościelnych, nawet nie z braku prezerwatyw w aptekach. Jako niekatolikowi podwyższano ci czynsz i wymagano cotygodniowych wizyt na posterunku policji. Cel: jeśli nie chcesz spowiadać się księdzu, będziesz spowiadał się policjantowi. Na szczęście jeszcze nie nakazano nosić na ubraniu plakietki z iksem, ale plotkowano, że i do tego dojdzie.
Bart mieszkał w obszarze Starego Miasta, które należało do strefy wolnej od religijnych wpływów. Czynszu nie mogli mu podnieść, prezerwatywy mógł kupić w każdym sklepie, ale gdy odwiedzał strefę chrześcijańską, czuł się jak człowiek drugiego sortu.
– Przypominam, że odpowiada pan przed Bogiem, który z pewnością odnotuje kłamstwo – dodał ksiądz, niemal sapiąc z żądzy poznania odpowiedzi.
– Czy są jeszcze jakieś inne pytania? Bo jak nie to do widzenia. A właściwie Szczebo! – odpowiedział ostro, jednocześnie wstając. Siostrzyczka również zerwała się na równe nogi, lecz dewotka i ksiądz wciąż siedzieli, jakby czekali na zew trąb jerychońskich. Bart wykonał charakterystyczny gest ramieniem, wymiatając ich z pokoju.
W końcu i oni podnieśli dupska z kanapy.
– Z okazji nadchodzących świąt i postawy aktywnego katolika podarujemy panu bezpłatny, kwartalny dostęp do sieci „Bóg z tobą” – oznajmiła wzruszona siostra. Odsłoniła swój przegub, by przekazać mu niezbędny kod dostępu. Nie chciał sprawić jej przykrości, więc wyciągnął rękę i pobrał dane. Uradowana siostra dodała: – Jeszcze nie polubił pan naszego fanpagu „God4You”. Może dołączy pan do nas?
Tego było już za wiele.
– Wie siostra, jestem zwolennikiem kontaktów osobistych. Pierś przy piersi, usta przy ustach. Uważam, że pośrednictwo techniki spłyca ludzkie uczucia.
– Rozumiem pana – odpowiedziała spłoniona. Potem jednak z błyskiem ciekawości w oczach zaczęła rzucać mu ukradkowe spojrzenia.
Ksiądz do końca nie zapomniał o powinnościach Barta wobec Boga.
– Może zechce pan przekazać darowiznę ze swojego podatku na wspomożenie Kościoła – nie zabrzmiało to jak pytanie. Aby Bart nie miał żadnych wątpliwości, ksiądz wyciągnął w jego stronę krucyfiks, pokazując, że znajduje się w nim czytnik fiskalny.
– Już złożyłem zeznanie podatkowe i odprowadziłem podatek kościelny – skłamał z udawanym smutkiem. Ale księgowy nie poddawał się łatwo.
– A datek na rozbudowę bazyliki Męki Jezusa? – żebrał, stojąc już za drzwiami.
– Zdaje się, że mam puste konto i muszę poczekać na wpłatę – tym oświadczeniem wywołał zawód na twarzy księdza. Miło było przed tym zastygłym w rozczarowaniu obliczem zatrzasnąć głośno drzwi. Jedynie niesmak z powodu własnej słabości – i ciągłego odkładania złożenia wniosku apostazji – psuł trochę tę chwilę.
Na krzyżu
Przyjaciele mieszkali w północnej części sektora chrześcijańskiego i Bart dojeżdżał do nich kolejką magnetyczną niemal pod sam dom. Dzielnicę zbudowali Włosi. Jednak ta architektura nie naśladowała ich pięknych średniowiecznych miast, kościołów czy przytułków dla ubogich zaprojektowanych przez Filippo Brunelleschiego, a futurystyczne projekty aut sportowych lub mebli. Bartowi przypominała krajobraz filmów postapokaliptycznych. Wysokie na kilkaset metrów kikuty obumarłych drzew sterczących na pustej przestrzeni. Wieżowce wyglądały jak pęk rur o różnej długości, które sklejono na przypadkowej wysokości. Być może było to symboliczne nawiązanie do krzyży?
W Wielki Piątek w sektorze Unzi Guddo nie odbywały się żadne manifestacje religijne. Były zbyt radykalne. O ile bowiem Wielki Czwartek kapał krwią, Wielki Piątek wprost nią ociekał. Jadąc do przyjaciół, Bart miał nadzieję, że nie będzie musiał przechodzić obok ludzi wiszących na krzyżu. Mylił się, nie udało mu się uciec od takich widoków. Zapomniał o ekranach w wagonikach kolejki, z których spoglądali na niego ukrzyżowani. Setki krzyży, jak w najlepszych czasach Rzymu. A na nich same łotry. Czy któryś z nich był dobrym łotrem? Dla Kościoła z pewnością nie. To były pospolite łotry. Tacy jak on. Winni Kościołowi pieniądze za grzechy lub nieodprowadzony podatek, wybierali ten rodzaj pokuty zamiast grzywny. Bart miał nadzieję, że znajdzie sposób, aby zapłacić zaległe pieniądze. W przeciwnym wypadku w przyszłym roku to on znajdzie się na krzyżu. To już nie była zabawa dla młodych, którzy chcieli wykazać się odwagą – teraz, aby zawisnąć jak Jezus, trzeba było podpaść Kościołowi. Męczennikom nie wbijano gwoździ w przeguby dłoni czy stopy, przywiązywano ich jedynie sznurem. Lecz trwająca kilka godzin nauczka poznawania siły grawitacji i tak okazywała się męką.
Bart nie rozumiał tej fascynacji przemocą. Każda religia zawierała elementy cierpienia, które można było odczytywać jako drogę prowadzącą do zrozumienia tajemnicy życia, jednak chrześcijanie dosłownie łaknęli krwi. Widzieli w niej też jedyną szansę na połączenie się z Bogiem. Z krwi wyszedłeś i we krwi utoniesz – można było powiedzieć, nawiązując do Biblii. Nie powinien się temu dziwić – to była religia dla biedaków, wyrzutków społecznych, obcych w obcym kraju. Przypomniał sobie balladę Knockin’ on Heaven’s Door Boba Dylana z filmu Pat Garrett i Billy Kid. Po ten utwór sięgali różni wykonawcy, może i jego kapela powinna włączyć go do repertuaru? Był tego warty, chociaż jego siła zależała nie od perkusji, a od wokalu.
Spróbował oderwać myśli od wszechobecnej, atakującej go krwi. Dziś mijała rocznica wyjścia człowieka poza otoczkę ziemskiej atmosfery. Ludzkość zaczęła pukać do tych drzwi już ponad wiek temu, jednak pierwszy śmiałek nie stał przed nimi zbyt długo – zaledwie sto osiem minut. Tak naprawdę nie był to lot kosmiczny, a strzelanie do nieba, bo Gagarina wystrzelono w kapsule Wostok niczym kulę armatnią. Nie miał na nic wpływu, pojazdem sterowano z Ziemi, ponieważ nie wiedziano, czy kosmonauta przeżyje, gdy dostanie się na orbitę. Pojawiło się sporo niespodzianek i lot mógł zakończyć się tragicznie. Dzisiaj setki osób stało przed tymi drzwiami nawet całe lata, lecz wciąż nikt im nie odpowiadał.
Otwartym pozostaje pytanie: czy Gagarin był pierwszym pukającym do nieba bram? Niektórzy twierdzą, że był nim syn znanego konstruktora samolotów Ił – Władimir Iliuszyn. Podobno wystrzelono go kilka dni wcześniej, ale miał pecha – awaria rakiety sprawiła, że wylądował na terenie wrogich Chin i nie można było pochwalić się sukcesem. Jakby tego było mało, bracia Judica-Cordiglia, włoscy radioamatorzy nasłuchujący w bunkrze sygnałów radiowych z kosmosu, wymieniali również innych anonimowych kosmonautów. I to wystrzeliwanych wiele miesięcy przed Gagarinem i Iliuszynem.
Bart nie był miłośnikiem teorii spiskowych, lecz dobrze wiedział, że Rosjanie nie lubili przyznawać się do porażek. Ponadto informacje te potwierdził sam Adam Giedrys, który dla Barta stanowił kosmiczną wyrocznię. Gdy poznał go w 2035 roku, astronom-amator miał już blisko osiemdziesiąt lat i był żywą pamięcią początków podboju kosmosu. Urodził się w roku, dniu i godzinie wystrzelenia pierwszego sztucznego satelity Ziemi. Ojciec Barta wyjechał na serię doświadczeń w Wielkim Zderzaczu Hadronów w ośrodku CERN, a matka miała wziąć udział w balu zorganizowanym z okazji wizyty prezydenta Kalifornii. Zaczęła wtedy odwiedzać krawca, który obiecał przygotować niepowtarzalną kreację. Bart chodził do niego razem z nią. Krawiec okazał się tęgim mężczyzną z ostrzyżonymi krótko siwymi włosami, o wnikliwym spojrzeniu. Mówiło się, że jest w stanie „na oko” ustalić rozmiary klienta. Gdy coś opowiadał, chciało się go słuchać; a gdy słuchał, dobrze wiedziałeś, że rozumie, o czym mówisz. To była dziwna pracownia krawiecka z robotami szyjącymi oraz wieloma innymi automatami: przechadzającymi się, skaczącymi, schylającymi w ukłonach. Później Bart dowiedział się, że krawcy posiadali specjalne zezwolenie, które pozwalało im używać robotów człekokształtnych. Wykorzystywano je do przymiarek oraz testowania uszytych spodni, marynarek czy sukienek. Lecz w pracowni tego krawca wisiała też tablica szkolna, na której wypisano mnóstwo cyfr, chociaż niektóre z nich przypominały bardziej równania matematyczne niż notatki. Najdziwniejsze było jednak to, że na ścianach nie wisiały plakaty z modnymi kreacjami, a zdjęcia planet, mgławic albo supernowych. „Krawiec przykrawający gwiazdy” – pomyślał wtedy z ironicznym uśmiechem młody Bart. Później okazało się, że trafił w sedno. Tak zaczęła się jego przygoda z astronomią, wprowadzenie w świat kosmosu dokonane przez krawca-astronoma. Nie byle jakiego. Bo choć wciąż zarabiał na życie jako krawiec, był jednocześnie pomysłodawcą kosmicznego radioteleskopu SST. Przyjechał nawet do Dawapolis, aby znaleźć się bliżej windy wynoszącej kolejne składniki radioteleskopu na ciemną stronę Księżyca. Niestety, nie zdążył ujrzeć gwiazd przez jego wizjer, pierwsze zdjęcia z radioteleskopu uzyskano dopiero rok po śmierci Adama.
W końcu Bart wysiadł z kolejki i po kilku minutach marszu stanął przed wieżowcem, w którym mieszkali jego przyjaciele. Musiał dostać się na osiemdziesiąte dziewiąte piętro, a w windzie też były ekrany, a na nich krzyże i ukrzyżowani... Zanim więc zapukał do nieba bram, jeszcze wielokrotnie powieszono go na krzyżu wiary.
Bezbożna gra
Chciał o tym wszystkim powiedzieć Roberto, lecz ten wyraźnie nie miał humoru. Osoby, które znały ich obydwu, mówiły, że Roberto Carrozza jest do niego podobny, ale Bart nie widział wielu podobieństw. Roberto był o rok starszy, miał czarne, a nie ciemnobrązowe włosy, był niższy o pół głowy i szczuplejszy o dwie dziurki paska. Poza tym bardzo lubił gestykulować, a w czasie rozmowy podchodził zbyt blisko i podnosił głos, tak że Bart czuł się onieśmielony. No i należał do ortodoksyjnych chrześcijan, co mocno zawężało tematy ich rozmów, a i w pozostałych trzeba było uważać na słowa, by nie obrazić żywiołowego Włocha. Bart nie przepadał za Roberto, uważał, że jest fałszywy. Wydawał się serdeczny, otwarty, lecz wiele wskazywało na to, że tylko czeka na odpowiedni moment, by go osądzić i skazać na stos. Choć może to on czuł się kłamcą i oszustem w jego towarzystwie: nie dość że pożądał jego żonę, to jeszcze kwestionował istnienie Boga.
Gdy Bart wszedł do pokoju, ujrzał, jak Roberto z posępną miną wpatruje się w hologram przypominający planszę gry komputerowej. Czyżby dał się skusić i postanowił postrzelać do wampirów i strzyg?
– W co grasz?
– Izabella przyniosła to ze szkoły – mruknął z niesmakiem. – Zabrałem jej, chcąc sprawdzić, czy jest dla niej odpowiednia. Podobno zaprojektowano ją na wzór gry, w której można sprawdzić się w roli zarządcy dużej firmy. Ale ona ma tytuł I ty możesz zostać Bogiem.
Bart uniósł ze zdumienia brwi. No cóż, w Dawapolis wszystko miało wymiar boski i nawet grę przerobiono tak, by każdy mógł przetestować swoje predyspozycje do zarządzania wszechświatem.
– Podobno jest to gra mająca nauczyć dzieci szacunku do Boga, ale ja sądzę, że to prowokacja. Wyobraź sobie, że w tej grze każdy może ustanowić własne przykazania! Wprowadziłem te przekazane Mojżeszowi przez Boga i już po kilkuset latach ludzkość wyginęła. Jak to możliwe?! Przecież dobrze wiemy, że tak się nie stało. To fałsz.
– A potop? – zauważył Bart. – Można go uznać za interwencję. Może dziesięć przykazań się nie sprawdza i konieczne są korekty?
Roberto spojrzał na niego jak na diabła. Jednak po chwili uspokoił się i wyświetlił planszę z pytaniami.
– Sam popatrz, jak tendencyjne są te pytania. Te akurat dotyczą sytuacji, gdy Bóg stworzył raj i umieścił w nim pierwszych ludzi.
Bart przeczytał:
I sprawił Pan Bóg, że wyrosło z ziemi wszelkie drzewo przyjemne do oglądania oraz dobre do jedzenia, oraz drzewo poznania dobra i zła w środku ogrodu. I dał Pan Bóg człowiekowi taki wybór:
Wariant pierwszy: Z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść owoce, ale z drzewa poznania dobra i zła jeść ci nie wolno.
Wariant drugi: Z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść owoce, lecz posilaj się zwłaszcza owocami z drzewa poznania dobra i zła, gdyż są one najbardziej ożywcze.
Wciśnij wariant, który wybierasz.
– I co wybrałeś? – zapytał Bart, podejrzewając, jak brzmi odpowiedź.
– Przecież każdy katolik wie, który wariant jest prawidłowy – usłyszał zdziwiony głos wiernego sługi Pana.
– A gdybyś wybrał wariant drugi? – zaryzykował niewierny, otwarty na poznanie Bart.
– Bóg wie najlepiej, co jest dla ludzi dobre – wycedził katolik.
– No tak, każdy winien o tym pamiętać... – wycofał się Bart. No cóż, nie dało się dyskutować z fanatykami, brakowało im ciekawości. Mieli wszystko dokładnie poukładane w głowie i jakakolwiek zmiana, nawet najdrobniejsza, przerażała ich.
– Izabella próbowała mi wmówić, że ta gra została włączona do programu szkolnego. Ale ona przecież chodzi do katolickiej szkoły. A to jest gra obrazoburcza. Jak ktoś może zakładać, że jest równy Bogu?
Bart z łatwością mógłby mu odpowiedzieć, lecz nie chciał wywoływać religijnej pasji. Wzruszył więc tylko ramionami.
– Mógłbyś dowiedzieć się, kto rozprowadza te bezbożne gry? Masz znajomości – rzekł Roberto. To była prawda, Bart znał wielu dystrybutorów nielegalnego oprogramowania. Ale nie zamierzał szperać w życiu Izy. Spróbował wymigać się od szpiegowania w inny sposób.
– To jakiś niszowy produkt. Przecież nikt rozsądny tego nie kupi. Nie strzelają, nie ma zombi, a grafika – chyba z epoki maszyn parowych. To pewnie napisał jakiś nastolatek, sam mówiłeś, że to przeróbka. Trudno będzie go odnaleźć.
Roberto przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. Bez emocji, lecz kto tak naprawdę wie, co katolikowi błądzi po głowie. Może zastanawiał się, czy nie zawezwać szwadronu inkwizytorów?
– No tak, masz rację – odezwał się w końcu i wyłączył hologram. – Każę Izie skasować tę grę, to nie jest dobre ani do nauki, ani do zabawy. Tylko diabeł mógłby sugerować, że człowiek może być równy Stwórcy. Podobna rozwiązłość w podejściu do przykazań może zaowocować zwątpieniem w istnienie Boga.
Uff, Bart mógł odetchnąć.
– Pewnie jesteś ciekawy, czy termin wznowienia pracy windy zostanie dotrzymany –zabrzmiał z nutką wyższości w głosie Roberto.
– Nie będę zaprzeczał.
– Pracownicy z poziomu Top Level zameldowali wczoraj, że zakończyli montaż wszystkich elementów. Na dole natomiast jesteśmy już gotowi od tygodnia. W środę wieczorem startuje program budowy statku kosmicznego.
Ostatnie zdanie Roberto wypowiedział z wyraźną satysfakcją. Bart jednak wiedział, że to nie radość z budowy międzygwiezdnego statku, a gwarantowana pensja tak go cieszy. Był inżynierem i równie dobrze mógł montować tory kolei magnetycznej albo kadłub wojskowego okrętu podwodnego. To była zwykła praca. Chyba jedynie pracując przy kościelnej dzwonnicy byłby uskrzydlony.
– Emilia jest w kuchni. Jak do niej zajrzysz, to przypomnij, że za godzinę papież poprowadzi drogę krzyżową. Niech pośpieszy się z kolacją.
Uznał rozmowę za zakończoną, po czym włączył podgląd z placu przed bazyliką Cudu Wielkanocnego.
To nie dla dorosłych
Rozmowę z Emilią Bart zostawił sobie na deser, wpierw kierując swe kroki do niesfornej córki. Iza Carrozza siedziała na niskim tapczaniku pośród wolno wirujących wokół niej hologramów serwisów internetowych. Wpatrywała się w sufit. Robiła to z takim zapamiętaniem, że nawet nie zauważyła, gdy wszedł do pokoju. Dopiero kiedy dotknął jej ramienia, spojrzała na niego z napięciem w oczach. Uśmiechnęła się niemrawo, po czym przesunęła, robiąc mu miejsce na tapczaniku. Bart przysiadł z kolanami na wysokości czoła. Teraz hologramy wirowały także wokół jego głowy.
– Cześć, Iza. Co cię trapi?
Westchnęła, jak potrafią to czynić tylko dzieci i zwierzęta. Niedawno skończyła dwanaście lat, lecz z powodu drobnych kości wyglądała na dziesięciolatkę. Miała kruczoczarne włosy, takie jak mama, jednak splecione w warkocze. Jak na nastolatkę zachowywała się w sposób niezwykle dorosły. Była przy tym kąśliwa jak osa, więc Bart starał się jej nie zaczepiać. Gdy dwa lata temu zapytał ją, dlaczego zawsze jest taka poważna, odpowiedziała, że jest taka od urodzenia.
– Niepokoję się o tatę. Tak pochłonął go program I ty możesz zostać Bogiem, że boję się, co z tego wyniknie. – Przemawiała przez nią mądrość pokoleń; skąd taka przenikliwość u dziecka? – Jestem pewna, że wyznawcy jego Boga nie przeżyją nawet tysiąca lat! Sprowadzi na nich potop lub kometę. Wszyscy dorośli tak robią... A później przez tydzień będzie miał moralnego kaca. Lecz tym ludziom to już nie pomoże. To gra dla dzieci, a nie dla dorosłych.
– Skąd wiesz? Może Roberto zbuduje świat lepszy od naszego? – zaryzykował.
Spojrzała na niego z wyrzutem, zdumiona tak bezgraniczną głupotą.
– Coś ty? Przecież on w ogóle się na tym nie zna. I jest zbyt nerwowy. Jak każdy dorosły...
– A poza tym, że wiesz wszystko o dorosłych, nad czym się zastanawiałaś? – zapytał, przeglądając hologramy. Okazało się, że były to oferty programowe różnych uczelni, od astrofizyki poczynając, a na zootechnice kończąc.
– Wciąż nie wiem, jakie studia wybrać. Wszystko zostało już odkryte, zmierzone, posegregowane i ułożone w odpowiednich szufladach. Dlaczego nikt nie poczekał na moje pokolenie?
– Nawet nie wiesz, jak się mylisz – zaśmiał się.
– Tak? A co masz na myśli? – spojrzała na niego pobłażliwie.
– Choćby genetykę. Wciąż nie mamy lekarstwa na raka.
– Ale to nieciekawe. Trzeba w kółko analizować próbki. No i męczyć zwierzęta, chcąc sprawdzić, czy mamy rację.
Iza zgasiła jeden z hologramów. Bart zacisnął zęby, lecz nie zrezygnował.
– Wciąż też nie wiemy, jak powstał wszechświat. Teoria inflacji nie zdała egzaminu i coraz więcej osób zastanawia się, czy to, co widzimy, zaczęło się w Wielkim Wybuchu.
– To już totalna nuda. Przeglądać zdjęcia, rozwiązywać równania.
Zgasiła kolejny hologram.
– To napisz program, który rozwiąże wszystkie równania.
– To też równania. Nie lubię matematyki.
Jeszcze jeden hologram mniej. Już niewiele zostało do wyboru. Trudna dyskusja.
– A co lubisz? – postanowił podejść ją z innej strony.
Uniosła głowę.
– Rozmyślać.
– To problem mamy rozwiązany – odparł lekkim tonem.
– Jak to? – spojrzała na niego zdziwiona. – Nie ma takiego zawodu, w którym się tylko myśli.
– Całkowicie się mylisz. Każdy zawód wymaga myślenia. – Z niechęcią, ale skinęła głową na zgodę. – W tej chwili jednak pomińmy to. Jest jeden zawód, w którym trzeba tylko myśleć. I myśleć, i znów myśleć. Myśleć w czasie śniadania i obiadu. Myśleć od rana aż do zaśnięcia… – Chciał dodać: lub do upicia się, lecz zrezygnował. – A zaraz po przebudzeniu znów myśleć i myśleć...
– Jaki? Nie torturuj mnie, powiedz wreszcie.
Troszeczkę ją jednak potorturował. Rozejrzał się po hologramach, szukając tego właściwego. Nie znalazł, więc zgasił wszystkie i wyświetlił własny.
– Zostań filozofem.
– Hm... – mruknęła, wydymając usta.
– Żeby zostać prawdziwym filozofem, trzeba znać życie. Aby znaleźć jedną odpowiedź, trzeba wcześniej zadać milion pytań. Trzeba być dociekliwym. Zacznij od tego. Jeżeli nie pójdziesz na bal maturalny z chłopakiem i nie pocałujesz go – nie będziesz dobrym filozofem.
Skinęła głową. Na szczęście wciąż było w niej dziecko. Bycie dorosłym na dłuższą metę bywa męczące.
Kopytka prababci
W kuchni królowała Emilia Carrozza, roboty stały smutne w kącie. Wiedział, że nie lubiła gotować. Jeżeli wyłączano automaty, Roberto przyrządzał zwykle jakieś włoskie specjały. Lecz czasem Emilia miała napady frustracji i wtedy przejmowała kuchnię, serwując potrawy z książki kucharskiej pamiętającej ubiegły wiek. To nie były wykwintne dania. Nic dziwnego, źródło jej inspiracji – Kucharz gastronom – stanowił zbiór przepisów dla polskich stołówek w czasach socjalizmu. Strasznie gruba księga, bez zdjęć, za to z tabelami i składnikami podawanymi dla stu osób.
Emilia kursowała między garnkiem a stolnicą, odkrawając pod kątem dwa-trzy kawałki ciasta i biegnąc, aby wrzucić je do wody. Gorąca woda niecierpliwie bulgotała, a ciasto ku jej utrapieniu natrętnie przyklejało się do noża. Domyślił się, jaką potrawę szykuje – to miały być kopytka. Może poda je ze skwarkami ze słoniny, a może z zasmażaną kapustą lub w sosie grzybowym? Pycha. Pamiętał to danie z dzieciństwa.
Przy kolejnym nawrocie Emilia zauważyła go i zawołała groźnie:
– Nie śmiej się, tylko pomóż!
– Co mam robić? – zapytał wesoło.
– Wystaw ręce.
Posłusznie wystawił dłonie, a ona zaczęła nakładać mu na nie odcięte z rulonu krążki. Gdy miał już po pięć na każdej dłoni, stwierdziła:
– Wrzuć je teraz do wody i przyjdź po następną porcję.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Kopytka przykleiły się do skóry i nawet gwałtowne potrząsanie rękoma nie pomagało. Powrócił więc do stołu, gdzie oczekiwały następne romby ciasta. Gdy tylko Emilia zauważyła zgniecioną papkę na jego dłoniach, zrozumiała, jaki popełniła błąd.
– A niech to! Zapomniałam posypać je mąką.
Wspólnym wysiłkiem zdrapali ciasto z rąk, a następnie na przyprószonych grubą warstwą mąki dłoniach ułożyli kolejną partię. Tym razem kopytka spadły już przy niewielkim ruchu. Opryskało go kilka wrzących kropel. Po kilku takich kursach praca została wykonana. Stanęli przy garnku, czekając, aż kopytka wypłyną na powierzchnię. Emilia była niższa od Barta o głowę. Gdy uniosła twarz, pytając: „Jak myślisz, będą smaczne?”, zauważył, że dzisiaj radość w jej oczach przygasła. Martwiła się o kopytka? Nieoczekiwanie rozpłakała się na głos.
– Bartek... – po śmierci rodziców tylko ona oraz ciotka Łucja tak się do niego zwracały. – Chyba jestem w ciąży. Jeszcze za wcześnie na test, ale czuję to...
Zaczęła mieszać wypływające na powierzchnię kopytka. Bart zwykle nie myślał o tym aspekcie seksu. Swą uwagę skupiał na pierwszym, najprzyjemniejszym jego etapie. W kieszeni miał zawsze jedno opakowanie prezerwatyw. Emilia najprawdopodobniej odgadła jego myśli, gdyż powiedziała:
– Nie patrz tak na mnie. Nie jestem taka głupia, aby zdać się wyłącznie na kalendarzyk. Mam udawać, że nie wiem o środkach antykoncepcyjnych, bo Kościół tak uważa, i rodzić dziecko rok po roku? Używałam ich, ale w tajemnicy przed Roberto – umilkła na chwilę, a później cicho uzupełniła: – Tylko że czasem to nie wystarcza...
Ponownie nastąpił wybuch płaczu. Cóż mógł powiedzieć? Stał bez ruchu. Miał ochotę ją przytulić, lecz nie wiedział, jak by to odebrała.
Emilia otarła mankietem twarz.
– Mam dwa tygodnie na ewentualny zabieg aborcyjny. Później Kościół położy łapę na mojej macicy i już nic nie będę mogła zrobić.
To była prawda. Wszystkie chrześcijanki od dwunastego roku życia obowiązywały comiesięczne badania. Kościół uważał, że „Macica kobiety jest naczyniem Boga”.
– Urodzę dziecko skazane na śmierć lub kalectwo do końca jego dni – Emilia nie przestawała rozpaczać.
– Nie możesz być tego pewna – odparł, wiedząc, że to nieprawda. Jakiś czas temu zdradziła mu tajemnicę, że już przy urodzeniu Izy ryzyko, że dziecko odziedziczy pląsawicę Huntingtona, wynosiło pół na pół. Udało się, Iza była zdrowa, ale lekarze powiedzieli, że następne ciąże również będą swego rodzaju loterią. A przy pechowym rozdaniu genowej puli dziecko trafi do poletek duszyczek Boga nazwanych przez Kościół „Niebiańskimi Łąkami Miłosierdzia Pana”.
Nikt nie chciał, by jego potomstwo wylądowało w tych „grządkach miłosierdzia”, jak powszechnie nazywano te farmy altruizmu, gdzie tysiące dzieci leżało w rzędach, czekając, aż opiekunka, najczęściej w habicie, podejdzie do ich doniczki, umyje szlauchem i dokarmi przez rurkę. Przyrost naturalny wciąż był minimalny, a każda wiara miłowała swoich wyznawców. To były większe pieniądze i od samych wiernych, i z kasy miasta. Trzeba więc było utrzymać każde życie. Ważne było samo wezwanie; co z dziećmi dzieje się później, nie powinno zaprzątać umysłów wiernych: „Róbcie dzieci jak króliki, a ich zdrowiem zajmie się Bóg” – powtarzali księża z ambon. Zakaz stosowania środków antykoncepcyjnych, badań prenatalnych i aborcji nie sprawdzał się – spowodował jedynie, że już nie promil, a procent dzieci rodził się z nieuleczalnymi schorzeniami. Czy z powodu tak dużej rzeszy cierpiących sumienie czarnej elity pracowników Boga odczuwało choćby cień zatroskania? Bart był pewien, że nie. Dobrowolni eunuchowie, głoszący prawdy Kościoła katolickiego, pomimo częstego niestosowania się do narzuconych zasad i brania aktywnego udziału w powiększaniu populacji wiernych, nie sprawdzali się jako propagatorzy ślepego powielania się. Co ciekawe, ten sam Bóg kontaktujący się poprzez innych pośredników miał większy mir, i ewangelicy oraz protestanci zostawiali katolików daleko w polu. Może naśladownictwo nie szło z góry, a od bliźniego? Również najwięksi konkurenci chrześcijan, muzułmanie, nie mieli tego problemu. Rozmnażali się w każdych warunkach i przybywało ich dwukrotnie więcej niż chrześcijan. W sektorach buddystów oraz mniejszych bogów, nie wspominając o bezbożnych, aborcja i badania oraz zabiegi genetyczne były dozwolone. Rodziło się dużo dzieci, chociaż niekiedy dowolność w zmianie kodu genetycznego powodowała, że miały one cechy do tej pory pojawiające się jedynie w powieściach fantasy lub horrorach.
– Bartek, ja już trafiłam wygraną na loterii życia, moje szanse na kolejną wygraną są niemal zerowe – stwierdziła z goryczą. – A nie mogę tego nawet sprawdzić. Nieważne, czy chcesz sprawdzić geny przyszłego dziecka, chcąc dowiedzieć się, czy będzie genialnym pianistą, czy będzie miało złote włosy… czy też boisz się, że będzie cierpieć na nieuleczalną chorobę. Już sama chęć sprawdzenia czegokolwiek, bez konsekwencji aborcji, stanowi grzech.
Emilia miała rację. Aborcję dopuszczano jedynie w przypadkach nazywanych przez Kościół „poczęciem z diabelskiego nasienia”. Wiele kobiet uciekało przed porodem przez tę właśnie furtkę, więc i zapotrzebowanie na egzorcystów okazywało się spore. Bart znał kilku z nich, jednak byli to raczej szarlatani znający sztuczki magiczne, których nie powstydziłby się David Copperfield. Unoszenie w powietrzu, obracanie się głowy, lewitujące przedmioty czy cieknąca ze ścian krew to była dla nich bułka z masłem. Tylko że oni nie posiadali kościelnego certyfikatu. Poza tym trzeba by udowodnić, że Roberto jest diabłem, a to nie było łatwe…
– Bóg muzułmanów nie zabrania wyznawcom badań prenatalnych, a nawet je popiera. Wyobraź sobie, że przed małżeństwem młodzi muszą wykonać badania genetyczne. Ich wyniki nie są wiążące, nawet jeżeli wykażą możliwość chorób genetycznych potomstwa. Młodzi mogą przynajmniej zastanowić się, czy bardziej zależy im na dzieciach, czy na związku bezdzietnym. Nie rozumiem, dlaczego nasz Bóg jest taki... ortodoksyjny, aby nie powiedzieć: zacofany.
Miał ochotę stwierdzić, że ich Bóg jest bezdzietny. Nie trapi go problem, co zrobić z synem – wcieleniem siebie – bo on mógł zostać poczęty dopiero po włożeniu członka w zbrukane naczynie kobiety.
– Jest stary, a na starość stajemy się konserwatywni. Już nie chcemy nowości, chcemy umrzeć w takim świecie, w jakim się urodziliśmy – wybrał mniej kontrowersyjną odpowiedź.
– Nie żartuj... Sprawdziłam to, zawsze tak było. Sekcja zwłok – to czynność bezbożna; szczepienia – najlepszą ochroną jest modlitwa; transfuzja krwi – Bóg umieścił krew w żyłach, abyśmy jej nie ruszali. Później Kościół wycofywał się z tych głupich poglądów, lecz zanim to następowało, podobne nakazy zbierały obfite żniwo.
Skrzywiła się z niesmakiem, lecz nie przestała mówić:
– Dziś najwyższą cenę za te konserwatywne poglądy płacą kobiety. Jakby Kościół uznał, że jesteśmy jego wrogami i tylko knujemy, jak zdetronizować Boga. Czy wiesz, że tak skostniałe stanowisko pojawiło się wraz z encykliką sprzed zaledwie stu lat? To już nie były ciemne wieki średniowiecza, to już świat telewizji i podboju kosmosu! Świat wiedzący, że kod DNA skręca się w kształt podwójnej helisy. Świat potrafiący dokonać transplantacji serca. A wszystkiemu winna jest encyklika Humanae Vitae zabraniająca antykoncepcji, badań prenatalnych, aborcji, a nawet – wydawałoby się pożądanego – zapłodnienia in vitro. Powiedz mi, dlaczego Kościół nie lubi kobiet, dlaczego nie chce dzieci, które nie miałyby szansy się urodzić?
– Kościół nie lubi in vitro, gdyż ono niszczy boską wersję zapłodnienia Maryi. Skoro ktoś mógł pogrzebać w jej macicy i umieścić tam zapłodnione jajeczko Jezusa, niepotrzebny jest Duch Święty.
– Bartek, wciąż tylko żartujesz.
– Wybacz, to mi pomaga zachować trzeźwość myślenia.
Kopytka były już gotowe do odcedzenia.
– Jak mogę ci pomóc? – zapytał poważnie.
– Najpierw muszę zrobić test. Jestem umówiona na jutro. Będę musiała przebrać się za muzułmankę i pojechać do ich kliniki. Przez święta przemyślę to i odezwę się do ciebie. Dobrze? – mówiła, odcedzając kopytka.
– Oczywiście.
Wyłożone na talerzu nie zachowały kształtu rombów.
– Nie wyglądają zbyt apetycznie, ale może zostaniesz na kolacji? – zapytała z westchnieniem rozczarowania. – Do wyboru mam skwarki i sos grzybowy – kusiła.
– Zjadłbym z tuzin, ale muszę coś załatwić – skłamał. Zjadłby i dwa tuziny, ale musiał odetchnąć. Na dzisiaj miał już dosyć wtrącania się religii w jego życie. „Zapada mrok, zbyt ciemno, by widzieć. Czuł się tak, jakby pukał do nieba bram”
6
. Mogła go obrażać dociekliwość, razić chciwość Kościoła. Mógł nawet rozorać pejczem skórę pleców, mógł pozwolić sobie na wbicie w przeguby dłoni gwoździ – lecz wara im od Emilii!
– Emilia, musisz się ogarnąć. Wstąpię jeszcze do Roberto, zajmę mu kilka minut, a ty zajrzyj do łazienki.
– Masz rację – skinęła głową, a później podeszła do Barta, wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. – Dziękuję.