Willowdale (#2). Iskra. Willowdale. Tom 2 - Michalina Aleksandrowicz

Kup ebooka

43.90 zł
34.49 zł (43,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Amber

W oczach Mike'a widziałam panikę. Czekał, aż coś powiem, zareaguję, uratuję sytuację, której sama jeszcze nie rozumiałam.

Nie drgnęłam. W moim ciele wszystko zamarło, jakby jakaś niezmierzona siła przygwoździła mnie do ziemi. Czułam, że jeśli się poruszę, powiem jedno słowo, świat wywróci się do góry nogami.

- Amber, idziemy! - Mike w końcu nie wytrzymał i chwycił mnie za ramiona.

Twarz miał napiętą jak struna, gotową pęknąć przy najmniejszym dotyku. Jego mięśnie drżały, oczy były szeroko otwarte i gniewne. Wyglądał jak ktoś, kto stoi na krawędzi załamania.

Nie ufałam mu. Nigdy. Mike od zawsze był jak żywe ostrzeżenie. Gdziekolwiek się pojawiał, tam prędzej czy później coś się sypało. Czasem dosłownie, innym razem tylko w przenośni, ale skutek zawsze był ten sam - chaos rozlany jak benzyna po asfalcie. Przyciągał wyłącznie kłopoty.

Teraz jednak sprawiał wrażenie kogoś, kto stracił kontrolę nad wszystkim, co dotąd trzymało go przy zdrowych zmysłach. Było w nim coś dzikiego i nieobliczalnego, co instynktownie kazało mi zrobić krok w tył i wyswobodzić się z jego uścisku.

- Mówię ci, Tony... - syknął przez zęby, nerwowo przechadzając się tam i z powrotem. - Chryste... - mruknął pod nosem, ściskając skronie. - Leży postrzelony w moim aucie - wydusił w końcu.

Zamarłam.

"Postrzelony" - przebiło się przez moją zamroczoną świadomość. Przez ułamek sekundy nie istniało nic więcej, tylko ciężar tego słowa. A potem wszystko wróciło naraz - gwałtownie, brutalnie. Oddech wdarł się do płuc, serce zaczęło bić zbyt szybko. Świat, który na moment przygasł, rozbłysnął z powrotem ostrym światłem. Logiczne argumenty, zdrowy rozsądek, wszystkie bariery, które budowałam, aby nie podążyć za Mikiem - zniknęły bez śladu.

- Gdzie on jest? - wydusiłam.

Wybiegliśmy z posesji Eloise. Auto stało krzywo zaparkowane na chodniku przed bramą. Nie miałam pojęcia, jak Mike w ogóle dostał się na teren rezydencji, ale teraz nie miało to znaczenia. Liczył się tylko Tony. Rzuciłam się w stronę samochodu. Palce drżały, gdy chwytałam za klamkę. Otworzyłam drzwi i... świat się zatrzymał.

Tony. Leżał skulony na tylnym siedzeniu, lekko oświetlony blaskiem latarni. Jego twarz była blada, spocona. Ściskał ramię, z którego sączyła się ciemna krew. Ten sam Tony, który zawsze był jak skała - silny, pewny siebie, nie do ruszenia - teraz wyglądał jak cień samego siebie.

I wtedy, jak błysk, wrócił obraz z Orlando. Lupo, broń w jego ręku. Huk wystrzału. I ten sam chłód, który właśnie rozlał się po moim kręgosłupie.

- Mike, musimy jechać do szpitala! - Odwróciłam się gwałtownie, czując, jak adrenalina ściska mi gardło. - To nie jest jakieś zadrapanie! On jest ciężko ranny! - Wymachiwałam nerwowo rękami, próbując opanować panikę.

- Nie no, serio?! Geniusz! - ryknął ironicznie chłopak, chwytając się za głowę. - Myślisz, że nie wiem?! Gdyby istniała jakakolwiek inna opcja niż proszenie ciebie o pomoc, to, do cholery, nie byłoby mnie tu! - Słowa wylatywały z jego ust jak odłamki szkła. Ostre, pełne jadu i desperacji. - Nie możemy pojechać do szpitala - dodał już ciszej, ale nadal z takim napięciem, że przeszył mnie dreszcz. - Nie mamy na tę chwilę żadnego lekarza, który by nam pomógł. Zostałaś tylko ty - urwał, zbliżając się do mnie.

W świetle latarni jego sylwetka wydawała się jeszcze większa, mroczniejsza. Miałam ochotę uciec. Ale wtedy spojrzałam na Tony'ego. Jeśli było tak, jak mówił Mike... musiałam go ratować. Bez względu na konsekwencje.

- Musimy się dostać do kliniki. Tam znajdę wszystko, co niezbędne, żeby mu pomóc - powiedziałam cicho, zaciskając dłonie w pięści. - Potrzebujemy tylko kluczy... - dodałam, zerkając na posesję Eloise.

Mike uniósł brew, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

- Kluczy? - powtórzył z drwiną. - Po co, skoro jestem specjalistą od włamań? - rzucił z udawaną nonszalancją.

Nie odpowiedziałam. Po prostu wsiedliśmy do auta. Tylna kanapa była zimna, pachniała metalem i dymem papierosowym. Usiadłam obok Tony'ego - był przytomny, ale tylko częściowo, jakby balansował na granicy jawy i snu. Delikatnie położyłam sobie jego głowę na kolanach. Miał płytki i nieregularny oddech. Widziałam, jak pierś unosi się z trudem, a dłoń powoli osuwa z ramienia. Chwyt, który jeszcze chwilę temu był kurczowy, teraz tracił moc. Przejęłam kontrolę - przycisnęłam rękę do krwawiącego miejsca. Czułam pod palcami pulsujące ciepło, które wydobywało się z rany.

- Tony, słyszysz mnie? - wyszeptałam ze złudną nadzieją.

Wydobył z siebie jakieś słowa, ale były kompletnie niezrozumiałe. Poczułam w środku ucisk - to ten moment, kiedy adrenalina miesza się z paniką. Świadomość tego, na co się pisałam, w końcu doszła do mnie w pełni. Przecież nie byłam lekarzem. Nie byłam nawet weterynarzem. Zmierzałam jednak właśnie do kliniki dla koni, aby zrobić coś, co mogło zdecydować o czyimś życiu.

W mojej głowie zaczęły się pojawiać wspomnienia. Obraz taty, jego spokojne dłonie, czujny wzrok. Tak właśnie go widziałam, gdy pozwalał mi obserwować operacje. Pamiętałam dokładnie, jak usuwał odłamek metalu z nogi konia, który podczas burzy wpadł na ogrodzenie. Wtedy też było dużo krwi. I strach. Ale tata zawsze powtarzał, że lęk to część procesu i nie da się go wyłączyć, można tylko nauczyć się go słuchać. Tamta scena wróciła do mnie tak wyraźnie, jakby wydarzyła się wczoraj. Dźwięk nożyczek chirurgicznych, ciche "trzymaj" i głos taty - łagodny, ale zdecydowany. Chciałam w tym momencie mieć choć odrobinę tamtego spokoju...

- Trzeba tylko opatrzeć ranę. Jutro przyjedzie lekarz i się nim zajmie - odezwał się nagle Mike, jakby czytał mi w myślach. - Musi tylko dożyć tej wizyty, nie może się wykrwawić. Rozumiesz?

Kiwnęłam tylko głową.

- Będzie dobrze... - szepnęłam, bardziej do siebie niż do Tony'ego.

Delikatnie pogładziłam włosy, które przykleiły mu się do czoła. Jego oddech na moment się uspokoił, a ja złapałam się tej chwili, jakby od niej zależało wszystko.

Droga do kliniki dłużyła się w nieskończoność, choć w rzeczywistości minęło zaledwie kilka minut. Silnik wył, a światła mijanych latarni rozciągały się w długie, rozmazane smugi. Miałam wrażenie, że powietrze w samochodzie zgęstniało.

Gdy zatrzymaliśmy się wreszcie na parkingu, Mike szybko wyskoczył z auta. Trzymał w dłoni jakieś metalowe narzędzie, które błysnęło w świetle reflektorów. Nie czekał ani chwili - podbiegł do drzwi kliniki i zaczął pewnie majstrować przy zamku. Najwidoczniej robił to już dziesiątki razy.

- Znasz kod do alarmu?! - krzyknął przez ramię, nie przerywając pracy.

- Jeśli nic się nie zmieniło od czasów mojego taty, to tak! - odpowiedziałam, unosząc głos, aby na pewno mnie usłyszał.

- No to lepiej, żeby tak było! - odburknął i pochylił się z powrotem nad zamkiem.

Wciąż tkwiłam w aucie. Trzymałam głowę Tony'ego na kolanach i gładziłam ją w bezradnym, rytmicznym geście, który miał uspokoić nas oboje. Przygryzłam wargę, czując, jak do gardła podchodzi mi coś ciężkiego.

- Łatwiej było cię nienawidzić niż... - wyszeptałam niemal bezgłośnie.

Słowa się urwały, jakby ktoś nagle ściszył dźwięk świata. Dopiero po chwili zrozumiałam, dokąd zmierzam. Automatycznie dotknęłam ust. Spojrzałam na Tony'ego - jego powieki lekko drgnęły. Czułam, jak serce wali mi w piersi, a dłonie drżą mimo wszelkich prób ich opanowania. Nie wiedziałam, czy bardziej boję się o niego... czy tego, co właśnie sobie uświadomiłam.

TRZYNAŚCIE LAT WCZEŚNIEJ...

- Nie chcę iść dzisiaj do szkoły... - westchnęłam, opierając głowę o zagłówek fotela.

Tata spojrzał na mnie. W jego uśmiechu było coś pomiędzy rozbawieniem a troską.

- Taaa... jasne - mruknął z lekką ironią, wciąż skupiony na drodze. - Zaraz uwierzę, że wcale nie chcesz się wszystkim pochwalić nowym plecakiem w kucyki. - Mówiąc to, wyciągnął rękę i zmierzwił mi włosy, jak zawsze wtedy, gdy próbował mnie rozśmieszyć.

Skrzywiłam się lekko, ale nie odpowiedziałam. Zamiast tego przesunęłam palcami po pasku plecaka leżącego na moich kolanach. Przez szybę wpadało światło poranka, a brokatowe grzywy kucyków mieniły się subtelnie, przyciągając wzrok. Przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo go chciałam. Chociaż teraz... to już nie miało znaczenia.

- I tak nikogo to nie obchodzi - wymamrotałam, wbijając wzrok w swoje kolana. - W szkole nikt nie lubi koni. Oni nie rozumieją... - Głos mi się załamał w połowie zdania.

Jechaliśmy dalej. Ciszę wypełniał jednostajny szum drogi. Spojrzałam niepewnie na tatę. Miał ten swój skupiony wyraz twarzy. Wiedziałam, że analizuje każde moje słowo. W końcu westchnął i spokojnie zaczął:

- Wiesz, Amber... Bycie wyjątkowym nigdy nie jest proste. Ludzie często śmieją się z tego, czego nie rozumieją. Ale prawda jest taka... - Zerknął na mnie i dokończył z lekkim uśmiechem: - To może boleć, ale właśnie ten ból przypomina, że idziesz własną drogą. A tylko ona ma sens.

Nie odpowiedziałam. Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałam jego słowa, ale zapadły mi głęboko w pamięć. Wracałam do nich później wiele razy - szczególnie wtedy, gdy świat próbował mnie przekonać, że łatwiej byłoby być kimś innym.

Stanęłam przed budynkiem, który budził we mnie złość i niechęć. Szkoła podstawowa w Willowdale. Brzmiało to niewinnie, a dla mnie oznaczało miejsce, które codziennie odbierało resztki wiary w ludzi. Sama nauka nigdy nie była problemem. Ale towarzystwo... to już inna historia. Nie znosiłam tej szkolnej hierarchii, podziału na "lepszych" i "gorszych". Zabawne, że na samym szczycie piramidy zawsze znajdowała się elita największych głupków, którym ktoś kiedyś wmówił, że zawartość portfela ich rodziców to klucz do sukcesu. Tony Draven i jego świta - żywe dowody na to, że ewolucja nie objęła wszystkich.

- Hollister! - krzyknął znajomy głos, zanim zdążyłam zrobić choćby krok. Zobaczyłam biegnącą w moją stronę brunetkę z rozwianymi włosami. - Musimy już iść! Zaraz się spóźnimy na zajęcia!

- Alex, spokojnie. - Z udawaną powagą uniosłam brew. - Mamy jeszcze dwie minuty wolności. Nacieszmy się nimi, póki możemy. - Uśmiechnęłam się zawadiacko. - A może... zamiast do szkoły pójdziemy na plac zabaw? Co ty na to?

- Oszalałaś?! - Alex złapała się za głowę. - Już drugi raz się na to nie nabiorę! Po ostatnim miałam takie wyrzuty sumienia, że jak tylko wróciłam do domu, padłam na kolana i błagałam rodziców o wybaczenie! - Mówiąc to, wymachiwała rękami tak energicznie, że prawie uderzyła przechodzącą obok dziewczynkę.

Westchnęłam teatralnie, ale w końcu pozwoliłam się poprowadzić do głównych drzwi. Każdy krok dudnił mi w uszach jak wyrok. Wiedziałam, że uciekanie ze szkoły, kiedy ma się siedem lat, to głupi pomysł i że może się skończyć solidnym kazaniem rodziców, a mimo to... ta wizja wydawała mi się mniej przerażająca niż spędzenie kolejnych godzin w budynku pełnym ludzi, którzy tylko czekali, aż się potknę lub powiem coś nie tak. Wystarczył jeden błąd - a już stawałam się ich ulubionym żartem dnia.

- No to chodźmy do tego więzienia - mruknęłam pod nosem. - To znaczy... do szkoły.

- Dzisiaj zagramy w zbijaka! Grupy mieszane! - oznajmił z entuzjazmem nasz nauczyciel wychowania fizycznego.

Przez sekundę naprawdę uwierzyłam, że ten dzień może nie będzie taki zły. Ale jak się okazało - złudne były moje nadzieje. Po kilku minutach drużyny były skompletowane. Oczywiście mnie i Alex rozdzielili. Ona została wybrana jako jedna z pierwszych - w końcu była najwyższa i najszybsza wśród dziewczyn. Mnie, jak zwykle, zostawiono na sam koniec.

- Uważaj lepiej na tę Amber - szepnęła dziewczyna z mojej drużyny do koleżanki, niby konspiracyjnie, ale wystarczająco głośno, żebym doskonale usłyszała. - Ponoć można się od niej zarazić smrodem końskiego łajna.

Cudownie. Dzień bez żartu o koniach byłby dniem straconym. Już nawet nie reagowałam na podobne zaczepki. Słyszałam takie rzeczy codziennie. Teraz bardziej martwiło mnie to, że po drugiej stronie boiska stali Mike i Tony - w jednej drużynie. Czyli w praktyce: ja kontra duet apokalipsy. Zbijak był ulubioną rozrywką Blaze'a. Oficjalnie mógł wtedy z całej siły uderzać w ludzi piłką, co oznaczało spełnienie marzeń tego osiłka. Już teraz szczerzył się od ucha do ucha, jak trofeum obracając w dłoniach narzędzie zbrodni. Tony natomiast sprawiał wrażenie, jakby ta gra była dla niego stratą czasu. Patrzył na wszystkich znudzonym wzrokiem, co jakiś czas przewracając oczami. W końcu nachylił się do Mike'a, coś mu szepnął do ucha, a tamten parsknął głupkowatym śmiechem. Znałam ich zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć, co się właśnie działo. Ustalali, kogo "przypadkiem" trafić pierwszego.

Rozgrywka się rozpoczęła. Piłka odbiła się od parkietu z takim impetem, że echo poniosło się po całej sali gimnastycznej. W teorii mieliśmy grać zespołowo - dziesięć osób w każdej drużynie, współpraca, strategia, fair play i inne frazesy, które z przekonaniem wypowiadał nauczyciel. W praktyce wyglądało to tak, że Mike przejął całe boisko. Poruszał się jak drapieżnik, który właśnie trafił na ślad ofiary. Jego wzrok śledził każdy ruch przeciwników, a kiedy tylko dostrzegał okazję, zaciskał dłonie na piłce i z całą siłą rzucał nią w wybraną osobę. Huk uderzenia rozchodził się jak wystrzał. Jeden z chłopaków z naszej drużyny padł na ziemię i zwijał się z bólu. Mike roześmiał się głośno, a stojący obok Tony uniósł triumfalnie dłoń. Przybili sobie piątkę, jakby właśnie zdobyli mistrzostwo świata.

- Tak nie można! - krzyknęła Alex. Jej stanowczy, choć lekko drżący głos odbił się od ścian sali.

Mike zatrzymał się w pół kroku i powoli odwrócił w jej stronę.

- Masz jakiś problem? - warknął, ruszając ku niej z tym charakterystycznym półuśmiechem, który sprawiał, że wszyscy wokół kulili się w sobie.

Zrobiłam krok naprzód, chcąc stanąć między nimi... ale nagle zamarłam. Nie potrafiłam się ruszyć. Zawsze tak było - Alex mówiła, ja milczałam. To ona miała w sobie tę odwagę, której ja ciągle szukałam.

- Tak, mam problem. To tylko gra, a ty zachowujesz się tak, jakbyś chciał nam zrobić krzywdę - powiedziała, starając się brzmieć pewnie, ale ja słyszałam w jej głosie tę ledwie słyszalną nutę strachu, która pojawiała się zawsze, gdy Mike Blaze podchodził za blisko.

Na szczęście nauczyciel zareagował w ostatniej chwili. Wszedł między nich i położył dłoń na ramieniu chłopaka.

- Spokojnie, Blaze. Trochę mniej siły w tych rzutach, dobra? - powiedział tonem, który bardziej przypominał prośbę niż upomnienie. Po chwili dodał z uśmiechem: - Ale muszę przyznać... świetna technika. Widać, że trenujesz.

Oczywiście. Kolejny dorosły, który bał się gniewu wpływowego ojca Mike'a.

Gra toczyła się dalej, a ja czułam, jak napięcie rośnie z każdą minutą. Wiedziałam, że prędzej czy później na mnie zapoluje. Mike rzucał w każdego, ale co chwilę zerkał w moją stronę, coraz dłużej i intensywniej mi się przyglądał. Piłki śmigały w powietrzu, odbijały się od parkietu, uczniów i ścian. Serce waliło mi jak szalone, ale każdy unik niósł ze sobą nową dawkę adrenaliny. Udawało mi się - przemykałam, schylałam się, uskakiwałam o włos od trafienia. Mike z każdą sekundą wyglądał na coraz bardziej zirytowanego. Tony tylko obserwował, jakby oglądał przedstawienie i całkiem dobrze się bawił. Czasem coś szeptał do Mike'a, potem się uśmiechał pod nosem, a ja czułam, że gadają o mnie. Kiedy gwizdek kończący mecz rozdarł powietrze, byłam ostatnią osobą z drużyny, która nadal nie została trafiona. Zmęczona, spocona, ale wciąż niepokonana. I choć nie zdobyłam żadnych punktów, po raz pierwszy od dawna miałam wrażenie, że wygrałam coś naprawdę ważnego.

- Nienawidzę tych debi... - westchnęła głośno Alex, kiedy wyszłyśmy z szatni. Nie zdążyła jednak dokończyć. Zatrzymała się gwałtownie, a ja wpadłam na jej plecy.

Czekali już na nas. Tony. Mike. I trójka innych. Ci sami, którzy zawsze stali krok za tamtą dwójką, przyklaskując im i kiwając z uznaniem na każde ich słowo. Przydupasy.

Przełknęłam głośno ślinę i instynktownie cofnęłam się o krok. Alex za to nie drgnęła. Stała wyprostowana, z uniesioną głową, choć widziałam, że dłonie zacisnęła mocno w pięści, aż pobielały jej knykcie. Wiedziałam, że jeśli dojdzie do rękoczynów, ona spróbuje nas bronić, a ja... będę walczyła ze sobą, żeby nie uciec.

- No, no... - odezwał się Mike, przeciągając słowa z tym swoim sztucznym luzem, który miał ukryć agresję. - Pyskata się ostatnio zrobiłaś, co? - Spojrzał z uśmiechem na Alex. - Ale spokojnie, to nie musi oznaczać nic złego. Jeszcze.

Tony odchrząknął znacząco.

- Chcemy ci coś zaproponować - zaczął Draven z nutą chłodnego opanowania. - Dołącz do nas. Do naszej paczki. - I tak po prostu wyciągnął w jej stronę dłoń.

Patrzył na nią intensywnie, świdrując tymi swoimi zielonymi, wrednymi oczami.

A ja? Zamarłam. Alex również milczała. Stałam za nią, więc nie widziałam jej wyrazu twarzy, ale miałam nadzieję, że nie usłyszę zaraz czegoś, co złamie mi serce...

Tony uśmiechnął się sztucznie, przekrzywiając lekko głowę, a potem, tonem, który aż kipiał od fałszywej uprzejmości, dodał:

- Oczywiście... oznaczałoby to, że musisz trochę bardziej uważać, z kim się zadajesz.

Jego spojrzenie przesunęło się powoli w moją stronę.

- W naszym gronie nie ma miejsca dla takich odmieńców jak... ona. - Wskazał na mnie, jakbym była rzeczą.

Zrobiło mi się gorąco. Serce waliło jak młotem, a słowa same wypłynęły z ust, zanim zdążyłam je zatrzymać.

- Sam jesteś odmieńcem... - wyszeptałam cicho, ale niestety Draven to usłyszał.

Chwyciłam się za usta, natychmiast żałując tych słów. Cisza zawisła w powietrzu, a wszystkie spojrzenia wbiły się we mnie jak szpilki. Wiedziałam jedno - miałam przerąbane.

Tony uniósł brew, udając zaskoczenie.

- Ja? - powtórzył, wskazując palcem na siebie, po czym roześmiał się cicho, z tą charakterystyczną nutą pogardy. - To ja śmierdzę końskim łajnem? Chodzę ze słomą przyklejoną do swetra? To ja mam jakąś chorą obsesję na punkcie wielkich, głupich zwierząt? - Każde słowo wypowiadał przesadnie wolno.

Nie potrafiłam na niego spojrzeć. Miałam wrażenie, że ziemia pod stopami zaraz się otworzy i wciągnie mnie do środka. I może... wcale bym się nie broniła.

- Odwalcie się! - wyrzuciła nagle z siebie Alex.

Wszyscy zamarli.

- Wolę o stokroć mojego odmieńca... - dodała z dumą, choć po chwili się poprawiła - ...to znaczy, Amber. Po prostu Amber. Niż was, rozpieszczone gnojki!

Jej głos odbił się echem od ścian korytarza. Poczułam ucisk w gardle. Wiedziałam już wtedy, że mnie i Alex połączyła przyjaźń, która przetrwa wszystko.

Mike za to parsknął głośno śmiechem.

- Jesteś jakaś niepełnosprytna czy co? Masz uszkodzenie mózgu, że wybierasz ją zamiast nas? - W jego głosie nie było już żadnego rozbawienia, a w oczach pojawiła się gotowość do ataku.

Ruszył w stronę Alex. Zrobiłam krok do przodu, mimo że całe ciało krzyczało, żebym nie reagowała.

- Mike! - ryknął Tony.

Jego głos był inny. Ciężki, szorstki, wypełniony gniewem, który w jednej sekundzie zatrzymał wszystko. Przyjaciel spojrzał zdezorientowany, kiedy Tony złapał go za bluzę i przyciągnął do siebie.

Ich twarze dzieliły centymetry. Draven był niższy i drobniejszy, ale w tamtym momencie wyglądał o wiele groźniej od Blaze'a. Jego oczy płonęły wściekłością, której nie rozumiałam. Przez długą chwilę żaden z nich się nie ruszył. Blaze tylko patrzył, kompletnie zbity z tropu, jakby po raz pierwszy zobaczył w kumplu coś, czego nie potrafił nazwać.

A potem Tony po prostu puścił jego bluzę, odwrócił się bez słowa i ruszył do wyjścia. Świta poszła za nim, nawet Mike, choć wyglądał na zagubionego jak nigdy.

W końcu zostałyśmy same. Stałyśmy pośrodku szerokiego, pustego korytarza. Spojrzałam na przyjaciółkę i poczułam, jak mięknie mi serce. Miała zmierzwione włosy, policzki lekko zaróżowione od gniewu - wyglądała jak ktoś, kto rzucił światu rękawicę i właśnie wygrał małą bitwę. Jej usta drgnęły w uśmiechu, kiedy nasze spojrzenia się spotkały.

- Dziękuję, że mnie nie zostawiłaś - wyszeptałam. Głos załamywał mi się z wdzięczności i zawstydzenia.

Alex krótko się zaśmiała. Przytknęła palec do mojego ramienia i lekko mnie szturchnęła.

- Ale jeśli jeszcze raz wpakujesz nas w jakieś kłopoty, to od razu lecę do Dravena, żeby zrobił ze mnie skarbnika w tej ich sekcie. Rozumiesz? - rzuciła półżartem, półserio i puściła do mnie oczko.

W odpowiedzi udałam urażoną, chociaż w środku czułam ciepło, które rozlało się od klatki piersiowej aż po czubki palców u stóp. Prawda była taka, że przez całą podstawówkę praktycznie codziennie coś kombinowałam - małe sabotaże, psikusy, drobne kłamstewka, jakieś wygłupy, które ciągnęły nas w tarapaty. A mimo wszystko Alex wciąż przy mnie trwała.

Kod na szczęście zadziałał. Razem z Mikiem przenieśliśmy Tony'ego do sali zabiegowej zwykle przeznaczonej dla koni. Była wyposażona w szerokie pasy, mocne haki i ciężkie stalowe stoły. Teraz na jednym z nich leżał człowiek. Absurd chwili uderzył mnie z całą siłą, bo wszystko było nie na miejscu, niczym w scenie ze złego snu. Lampy operacyjne wisiały nad nami, rzucając białe, ostre światło. Tony leżał nieruchomo, jego skóra była blada jak kreda, a pot mieszał się z krwią, tworząc ciemne smugi na jego jasnej koszulce. Nie miałam pojęcia, co robię - taka była prawda - ale wiedziałam na pewno, że nie mogę pozwolić, by się wykrwawił. Przesuwałam wzrokiem po metalowych blatach, analizując każdy napotkany przedmiot. Igły, nożyczki chirurgiczne, kleszcze - wszystko wyglądało groźnie, ale zarazem tak, jakby miało się przydać. Na chwilę mnie zmroziło, ale potem wzięłam głęboki oddech i drżącymi dłońmi chwyciłam rękawiczki.

- Cholera... - wyszeptałam głosem pełnym strachu.

Mike stał na drugim końcu sali. Udawał twardziela, ale w jego oczach dostrzegłam przerażenie.

- Masz mu pomóc. Rozumiesz? - wyszeptał.

Nie odpowiedziałam. Przysunęłam lampę operacyjną bliżej, aż zimne światło rozcięło powietrze i padło na ranę. W jej głębi błysnął ciemny metal - pocisk zatopiony tuż obok mięśnia. Próba wyciągnięcia go wiązałaby się ze zbyt dużym ryzykiem. Nie miałam narzędzi ani umiejętności, by wykonać właściwy zabieg, ale musiałam opatrzeć ranę.

Przytrzymywałam jego ramię tak, żeby znaleźć pozycję najmniej dla niego bolesną. W środku panikowałam, ale na zewnątrz musiałam być silna, bo od mojego spokoju zależało jego przetrwanie. Sekundy ciągnęły się jak godziny, a ja liczyłam oddechy Tony'ego. Miałam wrażenie, że każdy mój ruch był decyzją o życiu lub śmierci.

Jęki Tony'ego wreszcie przycichły, a oddech stał się głębszy, choć nadal nierówny.

- Opatrunki wytrzymają do jutra - powiedziałam w końcu, opierając się o zimną ścianę. - Ale jak najszybciej musi zobaczyć go lekarz.

Mike westchnął ciężko. W tym jednym dźwięku było więcej, niż mogło się zawrzeć w słowach - zmęczenie, ulga i nadzieja, że wszystko jakoś się ułoży.

- Amber? - cichy, ochrypły głos przeciął ciszę i brutalnie wyrwał mnie ze snu.

Przez moment nie wiedziałam, gdzie jestem. Oczy piekły, powieki miałam ciężkie jak z ołowiu. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zasnęłam, siedząc na twardym, metalowym krześle. Zmęczenie w końcu zrobiło swoje. Tony leżał na łóżku polowym, na które z Mikiem go przenieśliśmy. Korzystał z niego tata, gdy musiał zostawać na noc w klinice. Aż trudno mi było uwierzyć, że wciąż stało w pomieszczeniu gospodarczym. Czas go nie oszczędził; materiał był przetarty, rama zardzewiała w kilku miejscach, a jednak wciąż się trzymało. Tak samo jak my - prowizorycznie, na słowo honoru.

Tony patrzył na mnie z wyraźnym napięciem, jego źrenice były rozszerzone, twarz pobladła, a na czole błyszczały kropelki potu. Nie było w tym spojrzeniu wdzięczności ani ulgi, których się spodziewałam. Zamiast tego tlił się w nim gniew - ten charakterystyczny, który pamiętałam sprzed lat.

- Hej... - odezwałam się cicho. - Cieszę się, że się obudziłeś. Myślałam, że... - urwałam, bo żadne słowa nie brzmiały wystarczająco dobrze.

Tony rozejrzał się niespokojnie, jakby próbował poukładać w głowie puzzle, które do siebie nie pasują.

- Czemu tu jesteśmy? Czemu w... - Zatrzymał wzrok na lampach i metalowych szafkach. - Klinice?

- Zostałeś postrzelony - odpowiedziałam, z trudem łapiąc oddech. - Straciłeś dużo krwi, musiałam... musiałam coś zrobić.

- Mike. - Jego głos nagle nabrał ostrości. - Gdzie on jest?

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Tony poderwał się gwałtownie do pozycji siedzącej, ale zaraz skrzywił się z bólu i chwycił za ramię.

- Połóż się! - krzyknęłam, ruszając w jego stronę. - Pocisk nadal jest w środku. Każdy ruch może pogorszyć sytuację. Mike jest na zewnątrz, rozmawia z kimś... chyba z lekarzem, który ma tu przyjechać.

- Mike! - wydarł się zaskakująco donośnie jak na kogoś w takim stanie.

Jego głos odbił się echem od ścian, a ja aż podskoczyłam. Spojrzał na mnie twardo. Zobaczyłam chłód w jego oczach.

- Nie powinnaś tu być.

Zamarłam. Patrzyłam na niego, nie wierząc w to, co słyszę. Po wszystkim, co zrobiłam, po nocy pełnej strachu, po tym, jak trzymałam jego życie dosłownie w dłoniach... on mówi mi, żebym odeszła.

Drzwi gwałtownie się otworzyły.

- Żyjesz! - Mike stanął w progu, uśmiechając się z ulgą.

- Ja tak - syknął Tony. - Ale z tobą może być zaraz inaczej, jeśli nie zabierzesz stąd Amber. Natychmiast - rozkazał.

Mike nie zareagował od razu. Spojrzał na mnie, jakby chciał coś wyjaśnić, ale nie znalazł odpowiednich słów.

- Idziemy - powiedział w końcu, zbliżając się do mnie.

- Tony, do cholery! - krzyknęłam, kiedy dotarł do mnie absurd tej sytuacji. - Co się tu dzieje?! Znowu jakieś tajemnice?! - Głos mi się załamywał, ręce drżały. - Skąd ten postrzał? W co ty się wplątałeś?!

Tony wziął głęboki oddech. Przez chwilę milczał, jakby zbierał myśli, po czym uniósł głowę i spojrzał na mnie bez cienia emocji, jakbyśmy byli sobie zupełnie obcy.

- Amber, wyjdź - rzucił chłodno. - Po prostu odejdź. Dzięki za... to. - Wskazał opatrunek na ramieniu.

Zamilkłam. Próbowałam odnaleźć w jego spojrzeniu choć ślad człowieka, którego poznałam na nowo, cień ciepła, błysk, który sprawił, że pozwoliłam sobie uwierzyć w jego przemianę. Nie było tam już nic.

- Było miło - dodał spokojnie, niemal obojętnie. - Ale to już koniec.

Poczułam, jak moje serce spowalnia, zupełnie jakby ktoś jednym ruchem przeciął niewidzialne sznurki i zostawił mnie pustą. To nie był zwykły cios, lecz roztrzaskanie wszystkiego, co za moim przyzwoleniem się we mnie narodziło. Gdzieś w tle słyszałam głos Mike'a, poczułam jego dłonie na ramionach, ale jednym ruchem się uwolniłam.

- W takim razie żegnaj, Tony - powiedziałam chłodno. - Jak widać... Draven zawsze pozostanie Dravenem.

Nie oglądając się za siebie, wyszłam z pomieszczenia. Nadal byłam w piżamie, miałam na dłoniach zaschniętą krew, a serce nie potrafiło pojąć, co się właśnie wydarzyło. Nie uroniłam przy nich nawet jednej łzy, ale kiedy tylko minęłam próg kliniki, zgięłam się wpół. Głośny szloch wyrwał się z mojego gardła. Adrenalina, która trzymała mnie w ryzach, zniknęła. Nagle byłam tylko ja i fakt, że ponownie zaufałam nieodpowiedniej osobie. Czemu? Notorycznie pchałam się w relacje, które doprowadzały mnie do jednego - zranienia. Nie potrafiłam się uczyć na błędach. Moje życie zatoczyło pełne koło - po raz kolejny, ponownie na własne życzenie...

Rozdział 2

Tony

- No proszę, nie wiedziałem, że ty i Amber... - zaczął Mike, kiedy drzwi się za nią zamknęły.

W jego głosie brzmiała ta charakterystyczna nuta prowokacji, która zawsze działała mi na nerwy.

- Przestań - przerwałem mu ostro. - Nie powinieneś się z nią kontaktować. Nigdy. A już na pewno nie powinieneś jej wciągać w nasze sprawy.

Mike uniósł ręce w obronnym geście, ale uśmiech nie zniknął mu z twarzy.

- Ty naprawdę ją lubisz, prawda? - zapytał, przysiadając na krześle, na którym jeszcze przed chwilą siedziała Amber.

Nie odpowiedziałem. Cisza była wystarczającą odpowiedzią. Czułem, jak z każdą sekundą narasta we mnie gniew - na Mike'a, że zwrócił się do niej po pomoc i ją w to wciągnął... i na siebie, bo na to pozwoliłem.

- Kiedy dostałeś kulkę, ciągle tylko mamrotałeś jej imię - powiedział po chwili, już poważniej. - "Amber, Amber...". Uznałem to za wskazówkę, żeby pójść właśnie do niej.

Przymknąłem oczy, odchyliłem głowę do tyłu. Każde słowo wbijało się we mnie jak ostry gwóźdź. Może naprawdę tak było. Ale nie chciałem jej w to wciągać. Prawdopodobnie w tamtym momencie tylko jej obraz trzymał mnie przy życiu.

Zacisnąłem pięści. Rana pulsowała, przypominając o popełnionych błędach. Krew sączyła się przez prowizoryczny opatrunek, ale ból fizyczny był niczym w porównaniu z tym, co działo się w środku.

- Nie miałeś prawa - powiedziałem w końcu cicho, ale z naciskiem na każde słowo.

Mike uniósł brwi, ale tym razem nie zażartował. Doszło wreszcie do niego, że to dla mnie naprawdę ważne.

Odwróciłem wzrok i wbiłem spojrzenie w sufit. Lampy jarzeniowe rzucały zimne, ostre światło. Sprawy z moim ojcem i Rodgerem Blaze'em wymknęły się spod kontroli. Myślałem, że znam ich metody i potrafię przewidzieć każdy ruch tej dwójki. Myliłem się. Zawsze wiedziałem, że są potworami, ale dopiero teraz się przekonałem, jak głęboko sięgało ich zepsucie. Jak daleko byli w stanie się posunąć, żeby utrzymać władzę. Nie mieli żadnych zasad moralnych. Nie mogłem pozwolić, aby przeze mnie Amber stała się krzywda. Dlatego musiałem ją odsunąć - nawet jeśli miałaby mnie za to znienawidzić. Nawet jeśli po tym wszystkim już nigdy na mnie nie spojrzy...

TRZY DNI WCZEŚNIEJ...

Udało się. Naprawdę to zrobiłem. Ten moment smakował jak coś zakazanego i cudownego jednocześnie - gorzki od kompletnego wykończenia, słodki od triumfu. Stałem nad rozświetlonym ekranem, patrzyłem, jak mój program przemierza sieć niczym drapieżnik po tropie, i czułem, że właśnie stworzyłem coś, co ma w sobie więcej niż tylko kod. To było lepsze niż istniejący już wzór - wersja poprawiona, wyczyszczona z brudów. Dokonałem niemożliwego i przez chwilę świat zdawał się prosty - ja, komputer i prawda.

Wszystko zaczęło się od notesu, który odzyskałem podczas włamania do rezydencji ojca. Zwykły, zużyty zeszyt, z lekko powyginanymi kartkami - taki, który ktoś wrzuciłby do szuflady i zapomniał o nim. Dla mnie jednak był drogowskazem. Zawierał wskazówki, fragmenty notatek, szkice algorytmów i myśli poukładane tak, że tylko ja potrafiłem je odczytać. Zapisany w kodzie, który znałem na pamięć. Każda linijka miała tu znaczenie. Wystarczyło tak niewiele, by osiągnąć cel. Kilka drobnych poprawek, nad którymi głowiłem się od miesięcy - małe zmiany w architekturze programu, parę optymalizacji logiki wyszukiwania. To były momenty rozciągnięte jak guma - dni i noce spędzone przy monitorze, kolejne filiżanki zimnej kawy, palce obolałe od pisania, ale... udało się. Program nazwałem Luke 2.0. Nie mógł nosić innej nazwy... Analizował, indeksował i oceniał znaczenie dokumentów, potrafił wskazać najmniejsze powiązania między pozornie różnymi plikami. Działał jak inteligentny filtr - skanował bazę, rozpoznawał wzorce językowe, wyławiał słowa klucze i łączył kropki tam, gdzie człowiek widział tylko biały szum informacji. To nie była magia, tylko technologia - i w niej właśnie pokładałem wiarę. Sztuczna inteligencja dawała mi możliwości, których wcześniej nie miałem - samodzielnie klasyfikowała pliki, oceniając ich wagę dowodową, a ja zamiast godzinami przesiewać terabajty danych, dostawałem na tacy listę rzeczy do sprawdzenia. W kilkanaście minut mój program potrafił przebić się przez warstwy zabezpieczeń myśli technicznej i wyciągnąć to, co istotne. Interesowały mnie komputery, serwery i archiwa zawierające ślady działań spółki mojego ojca. To tam - ukryte w dokumentach, mailach i plikach, znajdowały się dowody, które mogły go pogrążyć.

W końcu program zwrócił wynik - lista plików i dokumentów oznaczonych jako podejrzane. To był moment, na który czekałem. Teraz wchodziłem ja. Musiałem przekopać się przez tę kupę papierów w formie elektronicznej. Ekran wypełnił się kolejnymi nazwami - faktury, protokoły, umowy, skany, maile. Na pierwszy rzut oka wiele z nich wyglądało zupełnie zwyczajnie, ale im dłużej je przeglądałem, tym bardziej układały się w mroczny wzór. Masa faktur, które miały niepokojące cechy - daty, kwoty, podpisy niepasujące do kontrahentów - wyglądały jak sfałszowane. Pojawiały się "łagodne" wezwania i groźby przesłane najemcom, których spółka usilnie chciała usunąć. Umowy o poufność opakowane w prawniczy żargon - z siedmiocyfrowymi karami pieniężnymi za ich złamanie. Przeniosłem wzrok niżej, na kolumnę "źródło pliku". Komputer służbowy Rodgera Blaze'a. Dokumenty pochodziły z kont klientów - właścicieli klubów w Orlando, prywatnych osób, podwykonawców, drobnych przedsiębiorców. Wszyscy spiętrzeni na jednej liście. Kim trzeba być, by podpisać taką umowę? Jaką presję musiał ktoś wywierać, aby człowiek decydował się na taki pakt? Przeglądałem kolejne pliki, porównywałem daty, autorów, adresy mailowe. I wtedy natrafiłem na coś zastanawiającego.

Jedna z umów różniła się od innych. Skan wyglądał, jakby umowę najpierw ktoś pogniótł, a potem próbował rozprostować. Widać było nagłówek z nazwą i adresem szpitala oraz podpis i pieczęć lekarza. "Doktor Williams" - przeczytałem nazwisko. Potem zerknąłem na datę... "11 lipca 2021 roku". Spojrzałem jeszcze raz. Potem kolejny i następny.

- Przecież... - wyrwało mi się, zanim do mnie dotarło, co to oznacza.

Cofnąłem się od monitora jak rażony piorunem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. To mogło oznaczać tylko jedno...

DZIEŃ POSTRZELENIA...

Przez ostatnie dni czułem, jakbym rozpuszczał się od środka - resztki tego, kim byłem, odpadały jedna po drugiej, zostawiając mnie nagim wobec własnych emocji. To, w co kiedyś wierzyłem, zasady, którymi próbowałem się kierować - wszystko po prostu uleciało. Gniew wzbierał powoli jak burzowe chmury, aż w końcu osiągnął apogeum. Nie potrafiłem go już tłumić ani, co gorsza, nie chciałem tego robić.

- Następnym razem nie każ mi czekać - odchrząknął facet z wąsem. - Należy się tysiąc dolarów. - Wręczył mi broń.

Zrobił to tak zwyczajnie, jakby przekazywał klucze do samochodu.

Bez zastanowienia wcisnąłem mu w dłoń ustaloną kwotę. Wziąłem do ręki mały, ciemny przedmiot - niepozorny, a potrafiący siać tak wielkie spustoszenie. Z bronią miałem już wcześniej do czynienia, ojciec brał mnie na strzelnicę i powtarzał, że każdy szanujący się mężczyzna powinien umieć się nią posługiwać.

Tego dnia jego nauki mogły się przydać. Musiałem być przygotowany na każdą ewentualność. To już nie była bitwa na słowa. Mogło się zdarzyć wszystko.

Dotarłem na cmentarz, bo tam, między nagrobkami, łatwiej mi było zebrać myśli. To było moje drugie miejsce na ziemi. Pierwszym była stajnia, gdzie również mogłem zrzucić maskę.

Szedłem powoli. Broń miałem schowaną głęboko w torbie. Myśli zaczęły krążyć wokół Darkness. Gdyby coś poszło nie tak... zapisałem ją Simonowi. Nigdy bym nie przypuszczał, że zwierzę może stać się takim motorem do działania. A jednak Darkness również popchnęła mnie do podjęcia decyzji. Wszystko, co było dla mnie ważne, próbowałem ochronić przed złem czyhającym za rogiem.

Zbliżyłem się do rodzinnego grobu. Tylko ja z Dravenów regularnie tu przychodziłem. Spojrzałem na napis: "Albert Draven". Umarł jedenastego lipca dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Cztery lata temu.

Kiedy odkryłem, że ta sama data pojawia się w umowie o poufności podpisanej z doktorem Williamsem, wszystko zaczęło się składać w logiczny obraz. Włamałem się na jego serwery. Ten lekarz trzymał wszystko w postaci cyfrowej. Głupiec bez wyobraźni - w erze, gdzie opcje były nieskończone. Odsłoniłem jego brudy: setki recept na leki o działaniu narkotycznym, skargi o nadużycia seksualne, zgłoszenia o rażącym zaniedbaniu, które kończyły się śmiercią pacjentów. I dziwne zjawisko - wszystkie te sprawy gdzieś się ulatniały, znikały, nikomu nie przyszło do głowy pociągnąć go do odpowiedzialności. Ten sam lekarz podpisał akt zgonu Alberta, potwierdzając, że zmarł na zawał serca. Od początku nie mogłem w to uwierzyć, gdyż dziadek był zawsze zdrowy, dbał o siebie, wyglądał młodziej niż wielu ludzi w podobnym wieku. Zawał? Nie pasowało mi to. Teraz, dzięki temu, co znalazłem, wszystko stawało się dla mnie jasne.

Dzień wcześniej z dokumentami w ręku pojawiłem się u doktora Williamsa. Pokazałem dowody jego naruszeń i powiedziałem wprost - albo wyzna mi, co się stało z dziadkiem, albo idę z tym do odpowiednich służb. Na początku zapierał się rękami i nogami. Słowo "zapierał" było eufemizmem, w jego oczach widziałem paniczny strach. Ale w końcu zrozumiał, że nie żartuję i że mogę go zniszczyć. Przyznał się do podpisania aktu zgonu, ale twierdził, że nie zna prawdziwej przyczyny śmierci - do szpitala przywieziono już dziadka martwego i zabroniono przeprowadzenia autopsji. Powiedział, że miał tylko podpisać papier. Osobą, która mu zagroziła i wymusiła na nim umowę o poufności, był... Rodger Blaze.

Stałem nad grobem, pozwalając, by chłód kamienia i cisza cmentarza wniknęły mi pod skórę. Wiedziałem, że żadne słowa nie naprawią tego, co zostało utracone. I że jeśli chcę, żeby prawda ujrzała światło dzienne, będzie to wymagało ode mnie odwagi. Skierowałem spojrzenie na wyryte na nagrobku inicjały "L.D".

- Luke, gdybyś mnie teraz widział... byłbyś dumny - wyszeptałem przez zaciśnięte gardło.

Zobaczyłem ją już przy samym wyjściu z cmentarza. Amber. Stała tam jak pęknięcie w mroku, jak drobna rysa w nocy, przez którą nagle przedzierało się światło. Nie oślepiała, raczej bolała. Przypominała, że nawet w miejscu pożegnań coś wciąż potrafi się tlić, uparcie, wbrew rozsądkowi.

Pomyślałem, że to znak. Nie zaproszenie, raczej ostrzeżenie. Jakby los mówił mi wprost, że jeśli teraz się nie odwrócę, to nie zamknę tego rozdziału i później za to zapłacę. Cmentarz uczył prostych prawd - wszystko ma swój koniec. A jednak stałem tam, zawieszony między krokiem naprzód a cofnięciem się o lata. Z natury myślałem racjonalnie. Zawsze brałem pod uwagę konsekwencje, rozpisywałem w głowie każdy możliwy scenariusz i jego cenę. Tego dnia było ich zbyt wiele. Każda decyzja ważyła. Wiedziałem, że jeśli pójdę dalej, nie będzie już powrotu do ciszy, którą wokół siebie zbudowałem. Czasem wystarczyła jedna iskra, by rozpalić wszystko, co miało pozostać pogrzebane. Wtedy już wiedziałem, że będę nią ja.

Zaparkowałem samochód niedaleko posiadłości, w której kiedyś mieszkał dziadek. Ogromna rezydencja z rozległym terenem była przez cztery stulecia wizytówką rodu Dravenów. Teraz jednak historia miała się zmienić. Ojciec planował przeistoczyć rodzinne dziedzictwo w komercyjny park rozrywki - największy na Florydzie. Ten człowiek nie miał skrupułów, dla niego liczyły się jedynie liczby w kolumnie "przychody".

Tego dnia w rezydencji było zaplanowane decydujące spotkanie z inwestorem, które miało wyznaczyć dalsze losy rodzinnej spuścizny. Miałem dostęp do służbowego kalendarza ojca i wiedziałem, że na najważniejsze deale on i stary Blaze nie zabierają nikogo. To dawało mi możliwość konfrontacji twarzą w twarz.

- Na pewno chcesz to zrobić? - zapytał Mike, którego we wszystko wtajemniczyłem.

Zaskoczyło mnie, jak niepewny wydał się człowiek, który zwykle żył dla adrenaliny.

- Mam dowody, które łączą ich ze śmiercią Alberta. Mam dość bierności innych. Ktoś musi pociągnąć ich do odpowiedzialności. I będę to ja - stwierdziłem spokojnie, choć w środku cały się trząsłem.

Mike skinął tylko głową.

Minęła godzina obserwacji. Nie chcieliśmy mieć niepotrzebnych świadków, więc czekaliśmy, aż inwestor opuści teren. Gdy wreszcie niebieskie BMW odjechało, stało się jasne, że musimy działać. Przeanalizowałem bieżący obraz z kamer. Potwierdziłem, że w salonie są tylko ojciec i Rodger. W końcu oddałem się ostatnim przygotowaniom. Wykorzystałem sprzęt z poprzedniego włamania, podmieniłem obraz z kamer, zneutralizowałem alarmy. Warunki były wręcz idealne. Rezydencja mieściła się na uboczu, zero sąsiadów w najbliższej odległości. Zabraliśmy ze sobą sprzęt potrzebny do wejścia na teren i powoli ruszyliśmy w stronę ogrodzenia. Drabina i sznur, klasyka sama w sobie, która w tej sytuacji wystarczyła, aby znaleźć się na miejscu.

Z nostalgią spojrzałem na wielki dom stojący przede mną - to tutaj dziadek witał mnie szerokim uśmiechem, to tu zaczęła się moja przygoda z końmi. Uderzyła mnie fala tęsknoty, która momentalnie zmieniła się w prawdziwe tsunami - pozbawione jakichkolwiek miękkich uczuć. Pragnąłem zemsty, poczucia, że świat jednak jest sprawiedliwy, że źli ludzie poniosą wreszcie konsekwencje. Dotknąłem miejsca, gdzie ukrytą miałem broń, i przeszył mnie chłód. Nie chciałem jej użyć, ewentualnie tylko w ostateczności - tak sobie powtarzałem. Ale ten nieoczywisty dreszcz, coś w środku mnie, co urodziło się na wspomnienie Alberta, mówiło mi coś zgoła innego.

- Stark - zagadnął Mike tuż przy drzwiach. - Może lepiej, żebym to ja miał broń? - Zerknął znacząco na kieszeń kurtki, na której nadal spoczywała moja dłoń. - Ty... ty taki nie jesteś.

- To dotyczy bardziej mnie niż ciebie - odparłem krótko.

Chwyciłem za klamkę. Drzwi były uchylone, co mnie zaskoczyło, ale wziąłem to za dobrą monetę. Jakby los sam pokazywał mi drogę, ułatwiając krok w stronę sprawiedliwości albo przynajmniej jej zapowiedzi. Przekroczyliśmy próg i znaleźliśmy się w korytarzu, którego podłoga była pokryta chłodnym marmurem. Z salonu dobiegało echo rozmów.

Mike zatrzymał się kilka kroków za mną. Miał pozostać w cieniu i reagować tylko wtedy, gdyby sytuacja naprawdę wymknęła się spod kontroli. Czułem, jak serce podchodzi mi do gardła, a dłonie robią się zimne i wilgotne zarazem. Ciało demaskowało strach, choć umysł próbował chłodno kalkulować. Wdech. Wydech. Jeszcze raz sprawdziłem, czy podsłuch jest na miejscu. Mały detal, od którego mogło zależeć wszystko. Dopiero wtedy ruszyłem dalej.

Gdy stanąłem w progu salonu, rozmowy urwały się niemal natychmiast. Spojrzenia obu mężczyzn skierowały się na mnie. Ojciec pobladł, wyglądał, jakby zobaczył widmo, coś, co nie miało prawa tam być. Rodger przeciwnie. Na jego twarzy powoli wykwitł złowrogi uśmiech. Wpatrywałem się w nich, nie dając po sobie poznać, ile mnie to wszystko kosztowało. Próbowałem zachować spokój, mając na uwadze to, ile ryzykowałem.

- Mały Tony! - zawołał stary Blaze, klaszcząc w dłonie z przesadnym entuzjazmem, i podniósł się z kanapy. - Cóż za miłe spotkanie!

- Co ty tutaj robisz? - prychnął ojciec, gdy otrząsnął się z pierwszego szoku.

Stałem nieruchomo, czując, że właśnie przekroczyłem granicę, zza której nie ma już odwrotu.

- Wiem już wszystko - powiedziałem chłodno. Mój głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego. - To wy jesteście odpowiedzialni za śmierć dziadka! - Ostatnie zdanie wyrzuciłem z siebie z mocą.

Ojciec patrzył z mieszaniną zaskoczenia i niesmaku, jakby przede wszystkim oburzało go, że ktoś śmie rzucać na niego jakiekolwiek oskarżenia.

Rodger westchnął teatralnie i z przesadnym spokojem sięgnął po drinka. Miałem ochotę zedrzeć z niego siłą ten pewny siebie wyraz twarzy. Pozbawić go na dobre złudnego poczucia kontroli, którym się kierował. Całe moje ciało drżało od emocji. Bolały mnie szczęki i pięści od zaciskania. A on? Popijał sobie spokojnie drinka, zerkając na mnie jak na gówniarza, który zabłądził podczas zabawy w chowanego.

- Zawsze mówiłem, że będą z tobą problemy - rzucił, nawet na mnie nie patrząc. - Prawda, Andrew? Powtarzałem, że z Tony'ego wyrośnie niezłe ziółko. - Uśmiechnął się przy tym obojętnie, jakby właśnie opowiadał anegdotę przy kolacji.

Coś we mnie pękło.

- Kurwa! - krzyknąłem. - Mówcie. Natychmiast. Dlaczego zabiliście Alberta?!

Nie zamierzałem dać się wciągnąć w ich błazeńskie gierki, ironiczne półuśmiechy i słowne uniki. Nie przyszedłem na przedstawienie. Chciałem konkretów. Prawdy, nawet najbardziej bolesnej.

- Oj tam, od razu "zabiliście"... - rzucił Rodger, bawiąc się słowem, przeciągając je z irytującą lekkością.

Jego lekceważący ton rozdarł mnie od środka. Granica została nieodwracalnie przekroczona. Odebrali mi jedną z najważniejszych osób w życiu. Jedną z tych, która prawdziwie we mnie wierzyła i pragnęła mojego szczęścia. A teraz Blaze miał czelność z tego kpić. Jego słowa i postawa prowokowały mnie, wywoływały głęboki gniew. Ale twarz mojego ojca... niby zdziwiona, nawet może zraniona, jednak nadal obojętna. To właśnie ona sprawiła, że sięgnąłem po broń i wycelowałem w niego. Ręka drżała, ale nie opuściłem lufy.

- Mów! - krzyknąłem. Adrenalina rozlała się po moim ciele jak ogień, wypalając resztki wahania.

- Rodger - wysyczał ojciec przez zaciśnięte zęby. - Co się tu, do cholery, dzieje?

Żyła na jego czole pulsowała nerwowo, zdradzając napięcie, którego nie potrafił już ukryć.

Na ułamek sekundy zapadła cisza. Ciężka, lepka. Patrzyliśmy na siebie wyzywająco.

Wtedy naprawdę poczułem, że jeżeli cisza się przedłuży... Jeśli dalej będą mnie zwodzić - zrobię to. Byłem gotowy. Życie za życie. Jeśli tego właśnie potrzebowali, aby wreszcie potraktować mnie poważnie, to oto jestem, podjąłem decyzję.

- Ech... Lupo, zapraszam! - wrzasnął w końcu Blaze, a jego głos przeciął powietrze jak sztylet.

Fala gorąca przetoczyła się gwałtownie przez moje ciało. Nie byliśmy sami. Jak mogłem tego nie zauważyć na podglądzie z kamer? Jak mogłem być aż tak ślepy?

W drzwiach pojawił się łysy, potężnie zbudowany mężczyzna w jasnym garniturze. Stał nieruchomo jak blokada, której nie da się ominąć.

- Zdejmij mu podsłuch i zabierz zabawkę - polecił spokojnie Blaze, po czym upił kolejny łyk alkoholu.

Facet bez wahania ruszył w moją stronę. Broń miał opuszczoną, ale gotową do użycia. Kątem oka zauważyłem, że Rodger we mnie celuje. Dwa spojrzenia, dwie lufy - żadnej drogi ucieczki. Przekląłem w myślach własną nierozwagę. Zanim Lupo się do mnie zbliżył, powoli rzuciłem broń na podłogę i sam sięgnąłem pod koszulę, zerwałem podsłuch, a potem położyłem go obok pistoletu. Wolałem odebrać im tę satysfakcję i sam to zrobić.

Lupo jednak i tak dokładnie mnie przeszukał, a potem popchnął z taką siłą, że straciłem równowagę i uderzyłem kolanami o podłogę. Poczułem ostry ból. Odwróciłem lekko głowę, łysy stał za mną, nadal celując. Analizowałem sytuację, szukając jakiegokolwiek sensownego rozwiązania. Pytania jedno po drugim rodziły się w mojej głowie... Jak mogłem nie zauważyć trzeciej osoby w rezydencji? Był na zewnątrz? Czy Rodger jakoś go poinformował? Jeśli tak, to kiedy? Czy jest tutaj jeszcze więcej osób? Co z Mikiem?

- No to teraz możemy sobie porozmawiać - oznajmił zadowolony Rodger, przerywając moje gorączkowe rozmyślania. Na jego twarzy rozciągnął się szeroki, fałszywy uśmiech. - Zawsze jestem o krok przed tobą. Zapamiętaj to, dzieciaku.

Zignorowałem jego próbę pokazania, że przy nim jestem nikim. Moja sytuacja stała się beznadziejna - miałem tego pełną świadomość. Nie zamierzałem płaszczyć się przed nimi czy przepraszać i walczyć o przetrwanie. Liczyłem już tylko na prawdę, to jej pragnąłem bardziej, niż zachować życie.

- Co zrobiłeś Albertowi?! - rzuciłem twardo.

Przechylił głowę, jakby delektował się tą chwilą, a potem zaczął mówić wolno, niemal z przyjemnością.

- Twój dziadek postanowił pójść nam na rękę i przepisał swoją ziemię na spółkę. Tony, właściwie powinniśmy ci za to podziękować! - stwierdził z uśmiechem. - W zamian za to, że mogłeś sobie jeździć konno, dostaliśmy ziemię wartą setki milionów! Rozumiesz, do cholery? Staruszek był wybitnie odklejony - rzucił, po czym wybuchł śmiechem. W końcu się uspokoił i zrobił krótką pauzę. - Tylko że mój "wspaniały" wspólnik... - zawiesił głos i spojrzał z jawnym obrzydzeniem na mojego ojca - ...podpisał dokument mówiący o tym, że ziemia przejdzie na nas dopiero po śmierci Alberta.

W ojcu coś pękło. Obojętność zniknęła, jakby ktoś zgasił ją jednym ruchem. Zamiast tego pojawił się... smutek? Chyba sam był zaskoczony swoją reakcją, bo aż zacisnął pięści. Rodger tymczasem bawił się pistoletem, stukając nim o palec, jakby omawiał drobne detale zwykłej transakcji, a nie cudze życie.

I wtedy zrozumiałem, że dla niego wszystko było tylko chłodną kalkulacją. Nawet śmierć.

- Byłem cierpliwy - powiedział z nutą sztucznego smutku. - Czekałem osiem zasranych lat. Ale pojawiły się okoliczności, które zmusiły mnie do przyspieszenia planu. Więc to zrobiłem.

- Zabiłeś go - wyszeptałem przez zaciśnięte gardło. Serce tłukło się w piersi, a łzy napłynęły do oczu.

Ojciec spuścił wzrok. W jego postawie było coś, co mówiło mi, że albo słyszy to po raz pierwszy, albo nie chce nawet przed sobą przyznać się do tego, co zrobili.

- Mały Tony... - powiedział Rodger, przysuwając się bliżej.

Pochylił się nade mną, aż poczułem jego oddech na twarzy. Chwycił mnie za brodę i uniósł tak, bym musiał spojrzeć mu w oczy.

- Jeśli myślisz, że cokolwiek zyskasz dzięki tej informacji, jesteś w grubym błędzie - dodał, klepiąc mnie po policzku. - Myślisz, że doktor Williams pomoże? - zaśmiał się cicho. - No cóż, dziwnym trafem wyruszył na urlop... i chyba długo z niego nie wróci. - Puścił do mnie oko, jakby to była tylko błahostka. - Pamiętaj, jestem o krok przed tobą. Lepiej porzuć te swoje śledztwa, bo może stać się coś naprawdę nieprzyjemnego.

Krążył po pokoju jak drapieżnik, wymieniając opanowanym głosem potencjalne nieszczęścia, które mogłyby się wydarzyć: nieprzyjemny wypadek samochodowy, nagły zawał...

Przygryzłem wargi, wiedziałem, że tacy ludzie nie atakują zwykle bezpośrednio, lecz uderzają w to, co dla ciebie najcenniejsze.

- Na przykład - powiedział, pochylając się bliżej - ta ślicznotka, jak jej tam było... Amber Hollister. - W jego głosie pobrzmiewała groźba. - Nie chcielibyśmy przecież, żeby skończyła tak jak jej ojciec, prawda?

Miałem ochotę splunąć mu w twarz, rzucić się na niego, zrobić cokolwiek, aby poczuł ból. Tak bardzo chciałem, aby zawył, cierpiał, błagał o litość. A ja nie miałbym dla niego litości. Tak jak on nie miał jej dla mojego dziadka. Jeszcze miał czelność wplątywać w to Amber. Aż do tego dnia nie myślałem, że człowiek może mieć w sobie tyle nienawiści. Byłem nią przesiąknięty, przestawałem myśleć logicznie. Wiedziałem tylko jedno - Rodger Blaze ma cierpieć. Już brałem ostatni głęboki oddech przed skokiem na niego, kiedy nagle w pokoju rozległ się ostry, metaliczny dźwięk, charakterystyczne kliknięcie przeładowywanej broni. Odwróciłem głowę i wtedy go zobaczyłem.

Mike.

Stał w progu, trzymając pistolet wycelowany prosto w swojego ojca.

Czyli jednak przygotował się na tę akcję bardziej, niż twierdził.

Lupo błyskawicznie skierował broń w jego stronę. Rodger celował we mnie. A mój ojciec... jedyny, który nie miał przy sobie broni, patrzył tylko szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierzył w to, co widział. W powietrzu czuć było napięcie.

- Jeszcze tylko ciebie tutaj brakowało - westchnął Rodger, przewracając oczami. - Mike, odłóż broń. Natychmiast.

W jego głosie brzmiały chłód i pewność siebie. Myślał, że nadal ma pełną kontrolę nad sytuacją.

Cała uwaga skupiła się teraz na Mike'u. Kątem oka dostrzegłem swój pistolet - leżał może dwa metry ode mnie. Lupo, ten łysy osiłek, nawet nie pomyślał, by go odsunąć na większą odległość.

- Policja już tu jedzie! - krzyknął Mike, jego głos drżał, ale nie ze strachu, lecz ze złości. Palce miał zaciśnięte na broni tak mocno, aż pobielały mu knykcie.

Rodger prychnął, chwycił się za głowę i potrząsnął nią z udawanym rozczarowaniem.

- Ja pierdolę, Mike! - wrzasnął. - Do końca życia będę żałował, że cię przy... - Nie zdążył dokończyć.

Instynktownie skoczyłem po broń, ciało podjęło decyzję szybciej niż umysł. W jednej chwili wszystko zwolniło. Czas rozciągnął się nienaturalnie, jakby ktoś brutalnie pociągnął za jego krawędzie. Słyszałem jedynie własny oddech i pulsujący szum w uszach, które zagłuszały resztę dźwięków.

Dwa strzały.

Huk wdarł się do mojej głowy jak eksplozja, oślepiająca i ogłuszająca jednocześnie. Rzeczywistość rozsypała się na ostre odłamki dźwięku i światła. Straciłem równowagę. Upadłem. Głowa uderzyła o podłogę, z płuc uleciało powietrze. Przez moment nie wiedziałem, gdzie jestem ani jak się nazywam. Docierały do mnie urywane, chaotyczne krzyki, przekleństwa rzucone w panice, a gdzieś w oddali narastający dźwięk syren.

Obraz zaczął się rozmywać. Kolory rozlewały się w nieostre plamy jak mokra farba na płótnie. Próbowałem się podnieść, zmusić ciało do ruchu, ale ono odmówiło posłuszeństwa, stało się ciężkie i obce. Poczułem czyjeś dłonie. Ktoś mnie chwycił, szarpnął, uniósł z podłogi. Wszystko oddalało się coraz bardziej, świat stopniowo tracił ostrość i głośność, jakby ktoś ściszał go do zera. Widziałem tylko krótkie przebłyski - wnętrze samochodu, migające światła, czerwień krwi, która zdawała się być wszędzie.

- Amber... - wyszeptałem, czując, jak świadomość wymyka mi się z rąk.