Rozdział 2
W majtkach albo bez majtek
Podróż do miejsca "jak z horroru" została rozłożona na dwa dni. Mieliśmy przenocować w przydrożnym zajeździe Koliber i następnego dnia jechać dalej. Widoki za oknem szybko nas znudziły. Prawie każdy zajął się grą na smartfonie, co po pewnym czasie zaniepokoiło Globusa, który nie znosi elektronicznych gadżetów równie mocno jak świętowania Halloween.
- Zwróćcie uwagę na ukształtowanie terenu, zamiast bić kciukiem w ekran, żeby trafić bananem w małpę! - zażądał oschle.
Skończyłoby się na tej uwadze, bo nie za bardzo się przejmujemy jego radami, ale wtrąciła się wychowawczyni IVb, pani Zdanowska - kobieta wysoka, szczupła, o nieprzyjemnie skrzekliwym głosie, uparta jak trzech Globusów. Oznajmiła przez mikrofon, że w tym, co robimy, nie ma nic twórczego i kreatywnego, więc musimy zdeponować telefony u wychowawców.
Głosy oburzenia, jakie wywołało to polecenie, świadczyły o wyjątkowej kreatywności naszej klasy. Nie na wiele się jednak zdały. Jak wyjaśniła Zdanowska, byłoby niesprawiedliwie, gdyby tylko jej klasa zachwycała się ukształtowaniem terenu, a nasza tkwiła nosami w smartfonach, więc wszyscy muszą się podporządkować.
- Zgadza się! - dorzucił Globus, ponieważ lubi mieć ostatnie zdanie.
Nie opowiadałbym o tym, gdyby nie fakt, że brak telefonu okaże się dla mnie i dla Sebka wielkim kłopotem. Ale to będzie później.
Podczas dalszej podróży Globus nudził o największych powodziach, które wydarzyły się w Polsce w ostatnim stuleciu. Nic dziwnego, że odetchnęliśmy z ulgą na widok zajazdu Koliber. Budynek miał kształt pękatego słonia z zadartą w górę trąbą, która okazała się zarazem wieżą widokową i stołówką.
Kolacja minęła bez żadnych wstrząsów, Sebek jadł za trzech, ja za dwóch, a Feliks trzymał się od nas z daleka. Po kolacji Globus zarządził kilkukilometrowy spacer w celu zapoznania się z miejscową florą i fauną. Dziewczyny wypytywały go o to, co nas czeka na obozie, skąd weźmie "atmosferę grozy", ale niczego się nie dowiedziały.
- To niespodzianka - upierał się. - Zdradzę jedynie, że będziemy w pobliżu dawnego koryta rzeki, czyli starorzecza. Niezbędne będą środki przeciw komarom i kleszczom.
- Pan Globisz naśle na nas wampiratów - roześmiał się Michał.
Nie słuchałem, obserwowałem Feliksa. Przesłał mi kilka prowokacyjnych uśmieszków.
- Co on planuje? - zastanawiał się Sebek.
Chciałbym to wiedzieć. Mam wyobraźnię, ale jasnowidzem nie jestem.
Po powrocie z pięciokilometrowego spaceru padliśmy na łóżka i spaliśmy twardym snem. To, co mi się śniło, z pewnością było "jak z horroru". Niestety, niczego nie zapamiętałem, z wyjątkiem napadu wampirów na nasz autokar. Dlaczego zaatakowały właśnie nas, tego nie wiem. Zostało mi w pamięci tylko to, że jeden z nich miał głos Feliksa.
Nie należę do rannych ptaszków. Nic dziwnego, że pobudka o godzinie szóstej trzydzieści nie wywołała z mojej strony żadnej reakcji. Dzieliłem pokój z Sebkiem, on też nie zareagował - widocznie świeże powietrze i zmęczenie stłumiły u niego odczucie głodu. A tylko głód mógł go wywabić z łóżka o tak wczesnej porze.
- Pobudka! - Ostry głos Globusa ranił uszy i dźgał w mózg tysiącem ostrzy.
Dlaczego ludzi wstających ze słońcem nazywa się skowronkami? To przecież jakieś jelenie na rykowisku!
Nakryłem głowę poduszką.
Wychowawca zapukał i otworzył drzwi naszego pokoju. Wyglądał, jakby w ogóle się nie kładł. W szarym garniturze, skupiony i bez uśmiechu.
- Ptaki śpiewają, kury gdaczą, a wy co? Tempo. Umyć się. Ubrać. U...
- Umalować - mruknął rozespany Sebek.
- Uczesać. I za pięć minut ukazać mi się na stołówce. - To chyba miała być dowcipna pobudka, jednak nas nie rozśmieszyła.
- Czyli śniadanie? - Sebek uniósł znad poduszki rudą głowę.
- Owszem. Ale śniadanie na was nie poczeka. Autokar też nie. Kto nie zdąży, ten biegnie za autokarem - dorzucił wychowawca i poszedł budzić kolejne ofiary. - Zabierzcie ze sobą plecaki, bo nie wrócimy już do pokoi!
Na wspomnienie śniadania Sebek błyskawicznie ożył.
- Wstawaj, Kacper! - ponaglił mnie.
Nie otwierając oczu, wysunąłem rękę spod kołdry i wymacałem na krześle ciuchy, które zostawiłem tam wczoraj wieczorem.
Ubieranie się na leżąco z zamkniętymi oczami mam opracowane do perfekcji. Lata praktyki. Tylko przez chwilę szamotałem się z podkoszulkiem, prawdopodobnie pchałem głowę w rękaw. Ze spodniami poradziłem sobie szybciej, co mnie nie zdziwiło, bo wciąż trwałem w porannym otępieniu. Bezbłędnie zaciągnąłem suwak u spodenek, zapiąłem guzik i zsunąłem się z łóżka.
- Coś ty włożył? - zdumienie w głosie Sebka przeszło w chrapliwy chichot.
Wciąż śpiący, opuściłem wzrok i przyjrzałem się sobie od pasa w dół.
Mówię wam, obudziłem się błyskawicznie.
Sądziłem, że wkładam letnie spodenki, bermudy do kolan, odpowiednie na wyprawę w nieznane. Zamiast nich miałem na sobie spódnicę w czerwone tulipany sięgającą mi zaledwie do połowy uda. Zapinaną z przodu jak spodenki, więc nic dziwnego, że w pierwszej chwili się pomyliłem.
Zrzuciłem ją z siebie i cisnąłem w rozbawionego Sebka. Byłem pewien, że to jego sprawka.
- To nie ja! - zaprotestował.
Nie uwierzyłem. Za dobrze go znam.
- Gdzie spodnie?! - ryknąłem rozeźlony.
- Mnie nie pytaj. Ja cię wczoraj nie rozbierałem - odparł, zataczając się ze śmiechu. - Ślicznie ci w spódnicy, co najmniej tak jak ślicznej Otylii - dodał jeszcze.
Rozejrzałem się wokoło. Trudno mi było się skupić o tak wściekle wczesnej porze.
- Wczoraj na pewno się rozebrałem... - Głośno porządkowałem myśli. - Gdzieś rzuciłem podkoszulek i spodnie. Podkoszulek leżał na krześle, to spodnie też powinny tam być.
Niestety, na krześle ich nie było. Pod krzesłem też nie.
- Sprawdź pod łóżkiem - doradził Sebek.
Przestał się śmiać i zajął się szukaniem własnych ciuchów. Okazało się, że jego spodnie też wyparowały.
- Zostawiłem je na podłodze, o tu... - Sięgnął za łóżko, szarpnął i podniósł coś do góry. - Skąd ta szmata się tu wzięła? - Machnął mi przed oczami pasiastą spódnicą.
Zrozumiałem, że oskarża mnie o podmianę. Musiałem mu uświadomić, że jemu może zrobiłbym taki kawał, ale przecież i moje spodnie zginęły.
- Czyli co? - zapytał. - Czyli Feliks - odpowiedział sobie.
Rozbudziłem się do reszty. Jasne! Feliks! Jego głos w nocy wcale mi się nie śnił!
Rzuciliśmy się do poszukiwań naszych rzeczy, przeczuwając, że to nie koniec niespodzianek. Feliks na pewno nie poprzestał na zamianie spodni na dziewczyńskie ubrania.
Mieliśmy rację. Nie tylko nie odnaleźliśmy spodni, ale i plecaków. Były w nich wszystkie ciuchy. Wczoraj nie chciało się nam ich rozpakowywać, rano i tak jechaliśmy dalej.
- Myślał, przygryzał wargę i wymyślił - stwierdził Sebek. - Idziemy na śniadanie w majtkach czy w spódnicach? - zapytał najspokojniej w świecie.
Popukałem się w czoło. Nie pokażę się w takim stroju nawet na korytarzu! Feliks miałby pretekst, żeby śmiać się ze mnie do końca życia.
- Poczekaj - wyjrzałem z pokoju. - Proszę pana! - krzyknąłem.
Długi korytarz ział pustką. Cisza aż świdrowała w uszach.
- Ty, Sebek, oni już poszli na śniadanie i zabrali swoje rzeczy - powiedziałem, nie wiadomo dlaczego, szeptem.
Stołówka była za daleko, żeby ktoś usłyszał nasze wołanie. Telefony "zdeponowaliśmy" u wychowawcy i jeszcze ich nie odebraliśmy.
Mimo wczesnej pory zrozumiałem, na czym polega zemsta Feliksa: albo pójdziemy na śniadanie w spódnicach, albo w samych majtkach, albo wcale.
- Poczekamy, aż ktoś zauważy naszą nieobecność. - Kopnąłem spódnicę w tulipany. - Bez telefonu nie ma życia - westchnąłem.
- Bez śniadania też nie. - Sebek się nachmurzył. - Zanim się dopatrzą, że nas nie ma, będzie po jedzeniu - dodał zbolałym głosem. Wizja podróżowania z pustym żołądkiem była dla niego zbyt przerażająca, by się z nią pogodzić. - Ja idę! - rzekł stanowczo i zrobił krok ku drzwiom.
- W majtkach? - Obrzuciłem go krytycznym wzrokiem.
Sebek miał na sobie bojówki w różowe prosiaczki z kokardami pod szyją, ja slipki w serduszka przekłute strzałą.
- Odpada! - stwierdziłem kategorycznie, zły na siebie, że dałem się mamie ubrać w coś takiego.
Dobra, sam się ubierałem, ale to było wczoraj wczesnym rankiem i wszystkie lepsze gatki miałem już w plecaku. A wieczorem zapomniałem się przebrać w nowe.
- Nie pójdę tak na stołówkę! Tam są grupy z czterech szkół, wszyscy jadą na nasz obóz! Nie dadzą nam żyć przez całe dwa tygodnie! Zobaczysz! - tłumaczyłem, choć wiedziałem, że głodnego Sebka nie przekonam. Wolał narazić się na śmieszność, niż zrezygnować ze śniadania.
- Za bardzo się sobą przejmujesz! Wyluzuj! - powiedział i ruszył ku drzwiom.
- Idziesz w majtach? Dziewczynom spodobają się świnie w kokardkach - zauważyłem kąśliwie. - Lepiej już idź bez majtek - dodałem.
Sebek zatrzymał się w pół kroku. Podrapał się po rudej czuprynie. Świnie na jego bojówkach wyglądały tak zabawnie, że nie wytrzymałem i roześmiałem się w głos. Jednak to go nie zniechęciło. Podniósł spódnicę z podłogi i rzucił mi ją na głowę.
- Ubieraj się. Co ci szkodzi - rzekł, wciągając swoją, pasiastą. - Pokażemy Feliksowi, że nas rozbawił, zamiast zezłościć.
Dobra - pomyślałem z ociąganiem. Nie jestem aż tak odporny na kpiny jak Sebek, ale Feliks nie zając, nie ucieknie, jeszcze sobie odbijemy to upokorzenie.
Ubrałem się w kwiecistą szmatę. Z dwojga złego - spódnica albo slipki w serduszka - wolałem spódnicę.
- Pasuje! - ocenił Sebek.
Przyjrzeliśmy się sobie i ryknęliśmy śmiechem. Dobry humor mi przeszedł, gdy stanąłem w drzwiach stołówki.
Mówię wam, dawno nie było mi tak niefajnie. Wszystkie oczy skierowały się w naszą stronę. Nie będę opowiadał, jak głośna fala śmiechu przetoczyła się przez wielką salę wypełnioną po brzegi. Gdyby była tam tylko nasza klasa, łatwiej byłoby to znieść.
Najgłośniej śmiał się Feliks, oczywiście.
- Patrzcie, to chłopaki z naszej klasy! Wspaniała prezentacja! Twórcza! - wykrzykiwał.
- Nie szata zdobi głodnego człowieka! - rzucił Sebek, nakładając sobie łychę jajecznicy.
Przebraliśmy się dopiero w autokarze. Okazało się, że nasze plecaki są już w bagażniku, a spódnice to własność Otylii i Kaśki.
Obie udawały ogromne zdziwienie, jakby ktoś rzeczywiście zabrał im te rzeczy bez ich zgody.
- No jak to? - powtarzała Kaśka.
- No tak to! - odpowiedział jej Sebek, gdy już się najadł.
Ja tylko udawałem spokój. Cały obóz poznał nas od takiej strony, od jakiej nikt nie chciałby być poznanym, może z wyjątkiem klasowych błaznów. Domyślacie się, jak się czułem.
Nie będzie lekko. Nawet cicha Zośka się śmiała, gdy Marcela przepuściła mnie w drzwiach autokaru, mówiąc:
- Proszę, ty pierwsza, ciociu.
Odwdzięczę się Feliksowi, aż mu oko zbieleje!