Rozdział 1
Każda nieszczęśliwa miłość jest inna. A jednak ludzie, którzy
doświadczyli tego uczucia, dobrze się nawzajem rozumieją. Opowieści są
różne, ale ból ten sam.
Wszyscy wokół mówią, że dobrze się stało, należy się cieszyć, że teraz,
a nie po ślubie, on nie był ciebie wart, znajdzie się lepszy. Człowiek w zasadzie się z tym zgadza. Ale jego serce cierpi. Na nic się zdają
rozsądne, nawet słuszne argumenty.
Każdego dnia wracają wspomnienia najlepszych chwil. Tych, kiedy było
dobrze. Czułości, uśmiechów, śmiało snutych planów. Całe ciało rwie się
do powrotu. Mimo wszystko. Nawet jeśli doskonale pamięta się wyrządzoną
krzywdę. Rozum podąża jedną drogą, a serce ciągnie w przeciwnym
kierunku.
Magda Łaniewska codziennie rano, albo wieczorem tuż przed zaśnięciem,
miała takie momenty, kiedy czuła, że jest gotowa wszystko zapomnieć,
przebaczyć, puścić w niepamięć i dać Konstantemu, swojemu wiarołomnemu
narzeczonemu, jeszcze jedną szansę.
Owszem zostawił ją w wyjątkowo niedelikatny sposób. W wigilijny wieczór
i pod choinką. Zawiódł, mimo że była gotowa dla niego tak wiele
poświęcić. Ale choć wciąż sobie o tym przypominała i czuła z tego powodu
prawdziwą wściekłość, to jednak równie często dopadała ją niemożliwa do
ugaszenia tęsknota.
Nikomu się nie przyznawała do tych pragnień. Przede wszystkim obu
braciom, z którymi wspólnie mieszkała po śmierci rodziców. Michał i Bartek przeżywali mocno wszystkie jej związki, a zwłaszcza każde
rozstanie. Od początku nie ufali Konstantemu i - jak się szybko okazało
- mieli rację. To nie był po prostu nieodpowiedzialny mężczyzna, lecz
drań w pełni zasługujący na to surowe określenie.
Włożyła ostatni talerz do zmywarki i z ulgą włączyła urządzenie. Nie
przepadała za kuchennymi zajęciami. Nigdy nie nauczyła się gotować.
Mylił jej się rozmaryn z tymiankiem, a z ziół na sklepowej półce
rozpoznawała tylko bazylię. Nie udało jej się upiec nawet prostego
sernika, a w kwestiach obiadowych dziełem jej życia był makaron w sosie
pomidorowym. Bardzo dobry, choć z puszki. Poza tym umiała nastawić wodę
na herbatę.
Ale zawzięła się. Chciała się nauczyć. Dla Konstantego i jego miłującej
tradycję rodziny.
Spojrzała na stół w jadalni. Nie było już na nim śladu po wspaniałej
kolacji wigilijnej, którą przygotowała z pomocą ludzką, boską,
internetową i sąsiedzką. Zrobiła to dla ukochanego mężczyzny, żeby mógł
przyprowadzić swoich rodziców i być dumny. Kierowała nią miłość.
Włożyła najlepszą sukienkę, tuszującą niewielkie fałdki w talii, i cienkie rajstopy, w których było jej cały czas zimno, ale za to pięknie
się prezentowały. Uczesała niesforne włosy. Ale czy mogła w tym
wszystkim konkurować ze swoją perfekcyjną, zamożną, doskonałą szefową?
Nie mogła.
Przełknęła niechcianą łzę.
Wróciło wspomnienie zimnego barszczu, w kółko podgrzewanej ryby, która
ostatecznie całkiem się rozpadła, oraz tego okropnego momentu, kiedy
dostała krótkiego esemesa i okazało się, że Konstanty wybrał taki
tchórzliwy, słaby, nędzny sposób, by ją poinformować, że jednak nie
przyjedzie.
Zostawić dziewczynę bez słowa wyjaśnienia w wieczór wigilijny, kiedy
czekała na niego przy obficie i starannie zastawionym stole, to sposób
na zerwanie plasujący się wysoko na liście najgorszych metod.
Magda miała świadomość wszystkich okropnych cech tego mężczyzny, ale i tak, kiedy była sama w pokoju, zwijała się w kłębek na kanapie,
przymykała oczy, a pod powiekami natychmiast widziała tamten ciepły
uśmiech, który ją tak pociągał. Pełen radości życia, energii, miłości.
Bardzo za nim tęskniła.
Czuła na plecach dotyk dłoni Konstantego. Kiedy dobrze zacisnęła
powieki, to wyobrażenie było tak realne, że robiło jej się ciepło, jakby
naprawdę ją przytulał. Ale zawsze nadchodził moment, gdy trzeba było
otworzyć oczy. Szarość wokół biła wtedy ze zdwojoną siłą.
Magda położyła na stoliczku obok łóżka pierścionek od Konstantego. Nie
chciała go już nosić, ale zerkała codziennie po obudzeniu. Był symbolem
najpiękniejszego dnia w jej życiu, kiedy wydawało się, że wszystko
wreszcie się ułożyło. Po wielu trudnych latach nastał czas na szczęście.
Każdy element układanki doskonale do siebie pasował. Konstanty miał to,
czego Magda najbardziej pragnęła. Pogodę ducha, optymizm, życiową
energię i żywił wobec niej prawdziwe, szczere uczucie.
Tylko że wszystko okazało się fikcją.
Zmywarka szumiała cicho i Magda próbowała się uspokoić, wsłuchując się w ten miarowy odgłos. Za oknem kołysały się pozbawione liści gałęzie
drzew. Wszyscy tęsknili już za zielenią i ciepłem. Próbowała sobie
wyobrazić wiosenny dzień. Siebie budującą życie na nowo, nawet jeśli nie
szczęśliwą, to chociaż pogodną.
Mimo że Konstanty tak mocno ją zawiódł.
A może to ona po prostu nie okazała się dla niego dość dobra?
Zabolało. Dochodziła do tej konkluzji za każdym razem, gdy o tym
myślała, czyli bardzo często. Ten wniosek nasuwał jej się z regularnością bijącego serca i sto razy na dzień rozgniatał na miazgę
resztki jej dobrego zdania o sobie samej i wątłej pewności siebie.
Uznała, że nie sprawdziła się jako kobieta.
Łza spłynęła szybko po policzku i wsiąkła w szalik, którym Magda
szczelnie się otulała przed wyjściem z domu. Włożyła jeszcze kurtkę,
zapięła starannie i wyszła. Nie było sensu dłużej się ociągać,
spóźnienie mogło oznaczać tylko kolejne kłopoty. Droga do pracy wiele ją
kosztowała. Musiała mocno się skupić, by przecisnąć się przez uliczne
korki i zatłoczone ronda. Odetchnęła z ulgą, kiedy zaparkowała w garażu
podziemnym krakowskiej galerii handlowej, bo jazda samochodem ze
wzrokiem zamglonym łzami to nie jest bezpieczne zajęcie. Wyłączyła
silnik i jeszcze chwilę siedziała w samochodzie. Drżała z emocji i chłodu.
Wciąż było zimno. Styczeń to jeden z trudniejszych miesięcy w roku.
Świąt już nie ma w perspektywie i pełne napięcia oczekiwanie dawno się
zakończyło. Emocje opadły, po makowcu oraz pierniczkach nie zostały już
nawet okruchy, za to chłodne dni ciągną się w nieskończoność wraz z rachunkami do zapłacenia, odśnieżaniem, a także codziennym skrobaniem
szyb samochodu.
Może kiedy ktoś jest szczęśliwy, łatwiej mu dostrzec w szarej
rzeczywistości ukryte piękno? Zapewne ono gdzieś tam jest, ale Magda nie
miała pojęcia gdzie. Na krótką chwilę doświadczyła tego uczucia ciepła i jasności, jakie w życie wnosi miłość, ale szybko ją z tej krainy
wykopano jednym mocnym uderzeniem i znów znalazła się w strefie zimnej i pełnej sprzecznych pragnień.
A być może dzisiaj sytuacja się jeszcze bardziej skomplikuje.
Rozdział 2
Żaden poranek, nawet najbardziej szary, nie miał szans w starciu z babcią Kaliną. Kiedy tylko wstała o świcie, odsunęła jednym mocnym
szarpnięciem zasłonę i zobaczyła za oknem bury świat, z jakąś nędzną
prześwitującą błotem powłoką śniegu, zimnym wiatrem i nagimi,
pozbawionymi liści gałęziami, wypowiedziała tylko jedno słowo:
- Spadaj!
Świat za oknem wprawdzie wcale się tym nie przejął, wciąż panowała w najlepsze zimowa pogoda, ale do domu szare kolory, chłód i ponury
nastrój nie miały wstępu. Kalina zaczęła od tego, że wymiotła popiół z kominka i rozpaliła nowy ogień. Kaloryfery mają swoje zalety i są bardzo
praktyczne, ale kiedy człowiek wcześnie rano może wypić poranne kakao
przy blasku prawdziwego ognia, dzień zaczyna się dla niego zupełnie
inaczej. Takie ciepło ogrzewa nie tylko ciało, lecz także duszę. Zaraz
potem z tego samego powodu zapaliła woskowe świece. Na parapecie, stole
i szafce.
Wróciła szybko do łazienki, umyła się i zaczęła kopać w przepastnej
szafie. Włożyła czerwoną sukienkę z szerokim dołem, zupełnie
nieodpowiednią do domowych czynności, jakby powiedziała jej mama. Ale
Kalina była w tym wieku, kiedy człowiek nie przejmuje się już zdaniem
innych. Bardziej ceni sobie życie i jego drobne przyjemności.
Weszła do kuchni i zaczęła się po niej szybko krzątać. Zaparzyła kakao i przygotowała kromki chleba na grzanki. Włączyła małe lampki, dające
ciepłe światło, i dolała kwiatom wody. Rozejrzała się wokół i po chwili
przyniosła jeszcze świeży obrus na stół w kolorze soczystej pomarańczy.
Wypatrzyła go ostatnio na targu, kosztował grosze, a był naprawdę
piękny.
- Nie masz szans - wyszeptała jeszcze w stronę szarości za oknem i z ulgą usiadła. Mogła teraz spokojnie i w dobrym nastroju wypić kakao i czekać na wnuki. Bianka była rannym ptaszkiem, za to Antek lubił pospać.
Czasem budzili się nawzajem i długo rozmawiali, siedząc na łóżku w piżamach. Nigdy nie umiała przewidzieć, kiedy zejdą na śniadanie.
Zupełnie jej to jednak nie przeszkadzało.
Spokojna otwartość na to, co przyniesie kolejny dzień, bez zbytniego
planowania, a przede wszystkim perfekcyjnej napinki, była następnym
darem, jaki przyniósł jej wiek.
***
Bianka Milewska rzeczywiście lubiła wcześnie wstawać i zrywała się z łóżka skoro świt nawet w weekendy. Tym bardziej teraz żal jej było
każdej przeleżanej w łóżku minuty. Po wielu latach odnalazła brata i chciała z nim spędzać jak najwięcej czasu. Antek wprawdzie kochał spać,
jednak dla niej robił wyjątek i chętnie spędzał z nią poranki, a nawet
świty. Tym razem też, kiedy tylko cicho zapukała, od razu zawołał, żeby
weszła. Siedział już w fotelu, widocznie te wczesne pobudki zaczęły mu
wchodzić w nawyk, i wpatrywał się w telefon. Bianka usiadła na jego
łóżku. Podłożyła sobie poduszkę pod plecy i oparła się o ścianę. Na nogi
naciągnęła koc. Milczała i czekała, aż brat skończy. Ale trwało to dość
długo.
- Co robisz? - Nie wytrzymała w końcu. Była dość nieśmiała i zwykle nie
zaczynała rozmów, tylko w obecności brata czuła się całkowicie
swobodnie.
- Powinienem zadzwonić. - Antek wyciągnął długie nogi na środek pokoju.
W konkursie na najbardziej owłosione łydki mógłby startować bez żadnych
kompleksów.
- Do mamy pewnie - domyśliła się od razu.
- Tak - przyznał i zarzucił na plecy sweter. Spał w jakimś
niemiłosiernie rozciągniętym podkoszulku, który z pewnością nie dawał
ani grama ciepła. - Już od kilku dni chodzę koło telefonu - powiedział.
- To jednak nie pomaga. Wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej, bo im
dłużej czekam, tym bardziej nie wiem, co mam jej powiedzieć.
- A ona cały czas milczy? - Bianka spojrzała na niego. W jej oczach
malowała się pełna akceptacja, sympatia i gotowość pomocy. Antek miękł
przy niej, tracił zwykłe opory i gotów był o wszystkim jej opowiedzieć.
- Oczywiście! - zawołał, po czym wstał i zaczął nerwowo chodzić po
ciasnym pokoju. - Moja mama to kulturalna kobieta, nie będzie się nikomu
narzucać, tak zawsze mówi. Ale oczekuje, że sam się każdy domyśli, co ma
zrobić, i mnie się to zwykle dobrze udawało. Teraz jednak tyle się
wydarzyło. Nie da się tego przekazać w jednej krótkiej rozmowie.
- Rozumiem cię. Nie chcesz się ze wszystkiego tłumaczyć, ale w sumie
zawsze byliście blisko. Była zorientowana w twoich sprawach i teraz nie
wiesz, co z tym zrobić.
Antek się zatrzymał. To nie do końca była prawda, choć tak z zewnątrz
mogło wyglądać. Rzeczywiście mama wychowywała go sama i spędzała z nim
dużo czasu. Ale wbrew pozorom nie do końca go rozumiała. Mimo wszystko
żyli zgodnie i zdawał sobie sprawę, że jest dla niej bardzo ważny. Nie
mógł tak po prostu zostawić jej bez słowa. Nie miał jednak pojęcia, jak
jej to wszystko wytłumaczyć. Poszukiwania prawdy o rodzinie prowadziły
go do dość niewygodnych wniosków. Nie wszystko zdawało się takie, jak
mama mu zawsze opowiadała. Trochę to zachwiało jego zaufaniem i poczuciem, że wie, kim są naprawdę jego najbliżsi. Jeszcze nie odkrył
wszystkiego, wciąż brakowało mu wielu elementów układanki. To też
sprawiało, że trudniej było mu zadzwonić. Przekazać swoje myśli
dostatecznie taktownie i odpowiednio.
- Moja mama jest zupełnie inna - powiedziała Bianka, jakby czytała w jego myślach. - Nie ma takich skrupułów. Wczoraj, a właściwie dzisiaj,
bo było już po drugiej w nocy, zadzwoniła do mnie, bo nie wiedziała,
gdzie jest wybielacz, a poplamiła kawą ulubioną bluzkę. Odzywa się
zawsze, kiedy tego potrzebuje, o wszystko potrafi zapytać i nie ukrywa,
jaki ma dla mnie plan na życie. Nie jest idealną matką, ale lubię ją,
choć nieraz jest mi bardzo ciężko.
Westchnęła. To wyznanie przyniosło jej ulgę. Po raz pierwszy przyznała
się do swoich kłopotów z mamą.
Antek z trudem rozmawiał o Patrycji, matce przyrodniej siostry.
Nienawidził tej kobiety przez całe dzieciństwo. Rozbiła jego rodzinę i odebrała mu ojca. Skrzywdziła mamę. Wiele się na ten temat nasłuchał
jako chłopiec. Patrycja była pustą, choć kiedyś bardzo atrakcyjną,
plastikową lalą pozbawioną wszelkich zahamowań. Ale Bianka patrzyła na
nią zupełnie inaczej, jak na matkę, żywiła wobec niej wiele ciepłych
uczuć. Antek nie widział powodu, by mieć dla tej kobiety jakiekolwiek
względy, jedynie ze względu na siostrę starał się ukrywać swoje
prawdziwe emocje.
- Co ty?! Naprawdę zadzwoniła w nocy z tak błahego powodu? - zapytał
szybko. - U nas by to nie przeszło. Mama po dwudziestej słuchawki nie
podniesie. Nigdy cię o nic wprost nie zapyta, bo jest zbyt taktowna,
żeby się wtrącać. Tylko że jak jej czegoś sam nie powiesz, albo się nie
domyślisz, obraża się na całe tygodnie i milczy.
- Cóż... - Bianka ziewnęła, zakrywając usta obiema dłońmi. Słabo spała tej
nocy, nie tylko z powodu długo ciągnącej się rozmowy, lecz także innych
zmartwień. - Powiem ci, że cisza nie jest taka zła. Moja mama gada cały
czas. O co ma pretensje, dlaczego ja źle podejmuję decyzje, co powinnam
zrobić, ile ona dla mnie poświęciła. Słucham tego od tylu lat, a temat
ani trochę nie zamierza się wyczerpać.
- Współczuję. - W tych słowach było więcej treści, niż Bianka mogła
odczytać. Antkowi naprawdę było szczerze żal dziewczyny. Mieszkać całe
życie z taką matką. Wiedział, że pani Patrycja martwi się głównie o stan
swoich paznokci, nie pracuje, w domu też niespecjalnie się udziela i oczekuje od córki wsparcia na każdym kroku. Nie znosił tej kobiety.
Gotowało się w nim zawsze, gdy o niej myślał. Ale ze względu na siostrę
znów powstrzymał cisnące się na usta słowa.
Dla Bianki był gotów nawet na to.
- Ojciec to miał ciekawe i jednocześnie dziwne życie - westchnęła
dziewczyna. - Najpierw elegancka żona i wzorcowa rodzina. Był szanowanym
lekarzem, bardzo dobrym specjalistą w swoim fachu i nieźle zarabiał.
Wiesz, to taki człowiek, któremu każdy się kłania na ulicy. A zaraz
potem spowodował skandal obyczajowy, wytykano go palcami, zaczął żyć na
kocią łapę z kobietą, która pochodziła z zupełnie innego świata. Ja nie
wiem, o czym oni rozmawiali, choć wychowałam się z nimi pod jednym
dachem.
- Może wcale nie rozmawiali - wycedził Antek przez zaciśnięte zęby.
Wciąż ciężko było mu o tym mówić bez emocji. - Niektórzy tak mają.
Porozumiewają się innymi organami.
Bianka się zarumieniła, zrobiło jej się przykro.
- Przepraszam. - Antek rzucił wreszcie telefonem, jednym susem pokonał
szerokość pokoju i objął siostrę. Było mu strasznie głupio. Tak bardzo
ją lubił, a dokuczył jej z powodu głupiej matki, której przecież sama
sobie nie wybrała. Nie była też odpowiedzialna za jej czyny.
- Nie przejmuj się - powiedziała Bianka. - Przywykłam. Nikt nie przepada
za moją mamą.
- Tylko ty - domyślił się.
- Ja ją po prostu najlepiej znam. I mam takie przeczucie, że ona w głębi
serca wcale taka nie jest, jak wy wszyscy myślicie.
Zimna, wyrachowana, plastikowa i pusta? - chciał zapytać Antek, ale
ugryzł się w język, aż zabolało.
- Czekasz, że coś się zmieni? - zapytał, wzdychając ciężko. Jego zdaniem
sprawa była beznadziejna. Wiedział to każdy.
Bianka kiwnęła głową.
Nie odezwał się. Czasem nadzieja, nawet jeśli jest zupełnie
bezpodstawna, pomaga jakoś pogodzić się z czymś bardzo ciężkim w życiu.
Przetrwać kolejne dni, miesiące, czasem lata. Wiedział, że Bianka nie
może zostawić mamy samej, ale w głębi serca uważał, że to byłoby
najlepsze rozwiązanie.
- Wiesz - odezwała się siostra. - Myślę, że ona za mną tęskni.
- Naprawdę? - Włożył wiele wysiłku, by odfiltrować to pytanie ze
wszystkich nut sarkazmu.
- Tak - odparła z entuzjazmem Bianka. - Coraz częściej dzwoni, pyta o mój powrót.
Pewnie jej nie ma kto prania wstawić albo bułek ze sklepu przynieść -
pomyślał Antek ze złością. Wiedział, jak to wygląda w praktyce. Bianka
robiła w domu wszystko. Pracowała, żeby zapłacić rachunki, nosiła
zakupy, przygotowywała posiłki, sprzątała. Gdyby jej mama była
schorowaną staruszką, można by to zrozumieć, ale pani Patrycja miała
około pięćdziesięciu lat i wciąż pozostawała w świetnej formie. Nic
dziwnego, zważywszy na to, że nigdy w życiu nie skalała się żadnym
etatem.
- Jest między nami szczególna więź - mówiła dalej Bianka.
Antek milczał. Dobrze, że poranek był senny i można było udawać, że to z tego powodu żaden komentarz się nie pojawia. Co miał powiedzieć? Dobrze
to rozumiał. Człowiek jest dorosły, ale za rodzicami tęskni jak dziecko.
Chciałby czuć, że jest dla nich kimś ważnym. Szuka więc w zachowaniu
mamy czy taty wszystkich szczegółów, które mogłyby o tym świadczyć, do
niektórych przywiązuje nadmierną wagę. Cóż! Wszyscy potrzebujemy
odrobiny złudzeń, żeby przetrwać ciężką grę, jaką jest życie.
Antek nie zamierzał pozbawiać siostry tego delikatnego znieczulenia.
- Może jakieś śniadanie zrobimy? - zapytał, żeby zmienić temat. - Babcia
codziennie coś przygotowuje, to dzisiaj my moglibyśmy.
- Plan szlachetny. - Bianka się uśmiechnęła. - Ale założę się z tobą, o co chcesz, że nie zdążymy. Ona już jest w kuchni i nawet w kominku
zdążyła napalić.
- Nie mów. O tej porze?
- Babcia jest szybka jak Hołowczyc.
Miała rację. Kiedy zeszli na dół, w przytulnej jasnej kuchni pachniało
czekoladą, cynamonem i świeżym szczypiorkiem. To chyba nie było
najlepsze połączenie, ale Antek od razu poczuł, że to będzie dobry
dzień. A dzisiaj taka pewność była na wagę złota. Wybierał się na
rozmowę o pracę.
Rozdział 3
Warszawa to miasto o wielu obliczach. Przygarnia pod swoje skrzydła
przybyszów z różnych stron, a oni wnoszą ze sobą nowe poglądy,
spojrzenia na świat, style życia i ubierania. To miasto polityków,
celebrytów, barwnych postaci i skandalistów. Nie tak łatwo się wyróżnić
i nawet sławne osoby muszą się nieźle postarać, czasem zapłacić drogiemu
styliście, by się choć trochę dać zauważyć.
Patrycja Nowak osiągała ten efekt bez najmniejszego problemu.
Szła właśnie chodnikiem i nie było człowieka, który by się za nią nie
obejrzał.
Rzuciła nieżyczliwe spojrzenie gromadce przechodzących obok niej
nastolatek. Miała świadomość, jak wygląda. Stylizowała się w ten sposób
od lat. Jej ubranie, makijaż i zachowanie wywoływały fale krytyki, ale
nie zamierzała się tym przejmować. Krótkie obcisłe, błyszczące spódnice,
bluzeczki jak z młodszej siostry, wysokie lakierowane kozaki noszone
czasem nawet w lecie, włosy farbowane na platynowy blond i mocny makijaż
to były jej znaki rozpoznawcze. O ile jeszcze, kiedy była młodsza, ten
styl eksponował jej wyjątkowo zgrabną figurę i piękną twarz, której nie
była w stanie zniszczyć nawet gruba warstwa kosmetyków, o tyle teraz,
mocno po czterdziestce, osiągała w ten sposób jedynie dość żałosny
efekt.
Miała tego świadomość, ale było jej wszystko jedno. Od lat. Posłała
dziewczynom wyzywające spojrzenie i wypięła do przodu kształtny biust.
Ciekawe, ile z nich będzie się mogło takim pochwalić w takim wieku i po
ciąży?
No właśnie - westchnęła, a w twardej skorupie, którą była trwale
otoczona, by chronić się przed światem i wszelkim jego złem, pojawiło
się maleńkie okienko. Weszło przez nie natychmiast cierpienie. Serce
Patrycji ścisnęło się boleśnie z tęsknoty za córką.
Weszła szybko do bloku i trzasnęła solidnymi metalowymi drzwiami,
ostentacyjnie ignorując tym samym powieszoną na tablicy ogłoszeń prośbę
mieszkańców parteru o prawo do spokoju. Wzruszyła tylko ramionami.
Stosunki z sąsiadami miała tak złe, że nic nie mogło ich jeszcze
bardziej pogorszyć. Nikt jej tutaj nie szanował ani nie lubił.
Tolerowali ją jakoś, czasem nawet się odzywali uprzejmie, bywało, że
udzielali pomocy, ale wszystko to wyłącznie ze względu na Biankę. Ją
wszyscy tutaj lubili i wspierali na każdym kroku.
Patrycja stanęła pod drzwiami mieszkania i westchnęła po raz kolejny.
Znów dotarła do źródła swojego zmartwienia. Tęskniła za córką, a nie
miała odwagi powiedzieć tego wprost. Nie była tak głupia, jak wszyscy
tutaj sądzili. Wiedziała, że jako matka zawiodła i nie ma prawa żądać,
by dziecko natychmiast do niej wracało. A jednak każda kolejna wieść, że
Bianka znów przedłuża pobyt w Krakowie, ściskała jej gardło strachem, że
już nigdy córki nie zobaczy. Babcia Kalina zabierze ją na dobre.
Z górnego piętra zbiegał właśnie sąsiad. Nie ukłonił się nawet, pomny na
zakaz żony, ale Patrycja była gotowa przysiąc, że gapił się na jej
łydki. Powoli przekręciła klucz w zamku. Nie żałowała sąsiadowi tej
garści porannej rozrywki. Jej i tak było wszystko jedno, nie dbała o opinię, romansu też nie szukała. Natomiast było prawdą obiektywną, że
jej łydki mogły dostarczać przyjemnych doznań, co się miały marnować,
niech sobie chłopina chociaż popatrzy.
Ona sama nie liczyła już na nic.
No właśnie. To zdanie powtarzane jak zaklęcie towarzyszyło jej przez
całe dorosłe życie. Swego czasu zawiodła się na przyjaźni, miłości,
szczerości i tak zwanych zasadach. Od tej pory żyła więc z upodobaniem
wbrew nim, drażniąc wrażliwe społeczeństwo. Kobiety jej nie znosiły, a mężczyźni fascynowali się nią mimo wszystko. Jawnie lub w ukryciu.
Widziała ich spojrzenia. Nie mieli dla niej tajemnic. Czytała z nich jak
z książki kucharskiej dla nastolatków. Instrukcja obsługi napisana była
dużymi literami, tłustym drukiem i w kilku prostych komendach.
Wystarczyło opanować parę ruchów i był sposób na każdego.
Tylko że to także jej już nie interesowało. Swego czasu czerpała ze
swojej urody garściami, ale teraz chciała już wyłącznie spokoju. I tęskniła za córką, choć nie miała odwagi przyznać się do tego.
Weszła do mieszkania i od progu uderzył ją panujący tam nieład. Odkąd
Bianka wyjechała do tej okropnej, a jednocześnie ze wszech miar
wspaniałej, babci Kaliny, Patrycji nie chciało się nawet pozamiatać. Nie
oznacza to, że przykładała się specjalnie do tych spraw, kiedy córka z nią mieszkała, ale teraz odpuściła na całego. Sprzątała wyłącznie
łazienkę, bo lubiła w godnych warunkach dbać o urodę i sprawdzała, czy
jest jeszcze choć jeden kubek, w którym można by zaparzyć mocną,
smolistą kawę. Jej jedynego wiernego przyjaciela, zawsze gotowego do
wsparcia.
Więcej nie potrzebowała.
Tak to sobie tłumaczyła przez ostatnie lata. Wydawało jej się, że nieźle
to wszystko poukładała. Ochroniła się przed cierpieniem, wycofując się z życia. Ale tęsknota za córką rosła, a wraz z nią wyrzuty sumienia.
Patrycja nie była sentymentalna. Zdarzało jej się soczyście zakląć.
Powiedzieć komuś prawdę w oczy w kilku szczerych do bólu słowach. Trzeba
też uczciwie powiedzieć, że miała na sumieniu niejedno ludzkie
nieszczęście. Nie zawsze niechcący. Świadomie stała się twarda i szła
przez życie niczym taran.
Ale teraz objęła się ramionami, weszła do pokoju córki i łzy stanęły jej
w oczach. Nie miała skłonności do używania górnolotnych słów ani
wyznawania uczuć, ale pomyślała, że Bianka jest światłem jej życia.
Jedynym jasnym punktem.
Jasnym dosłownie, bo piękne, po słowiańsku pszeniczne, włosy córki od
dziecka wzbudzały podziw.
Ta dziewczyna mogłaby zrobić karierę - westchnęła matka i włożyła do
szafy sporych rozmiarów ciepły sweter, który jej córka nosiła na
zajęcia, zamiast jakiejś sukienki czy bluzki bardziej podkreślającej
figurę.
Bianka różniła się od niej. Marnowała naturalne dary. Nie można było
przewidzieć, jakimi drogami będą chodzić jej myśli. Co postanowi. Wiele
razy zaskakiwała matkę swoimi decyzjami. Jak tą ostatnią, by święta
spędzić w Krakowie. W prawdziwym gnieździe żmij. Ze swoim przyrodnim
bratem, zapewne pełnym zadawnionego żalu, babcią Kaliną, która nigdy nie
wybaczyła Patrycji rozbitego małżeństwa syna, i w pewnej odległości od
cierpiącej, posągowej, idealnej, wspaniałej porzuconej żony ojca Bianki.
Jak można było w takim towarzystwie chcieć dobrowolnie spędzać święta? A jednak jej córka chciała. Co więcej, najwyraźniej nie mogła stamtąd
wyjechać. Przekładała powrót już kilkakrotnie.
Co będzie, jeśli oni mi ją zabiorą? - Serce Patrycji skryte pod cienką
błyszczącą tkaniną mocno się ścisnęło. - Zauroczą swoimi podstępnymi
czarami. Ciastem, ogrodem, jakąś znaną jej z opowieści specjalną
herbatą, domowym ciepłem i innymi okropnymi metodami, jakie babcia
Kalina miała opanowane do perfekcji?
Jakże można było z nią konkurować?
Patrycja poddała się już na wstępie, dawno temu. Chciała się odróżnić,
pokazać, że miłość to coś więcej niż pichcenie, pucowanie i te wszystkie
niebywale nudne powtarzalne czynności domowe. Ona się do nich całkowicie
zdystansowała i wydawało jej się, że udowodniła światu, że są zbędne.
Udało jej się nawet bez tego jakimś cudem wychować zdrowe dziecko.
Może trochę smutne? - przyszło jej teraz do głowy.
Usiadła na kanapie córki i zawinęła się w jej koc. Pachniał Bianką.
Zamknęła oczy. Bolało. Ale nie umiała z tego powodu zdobyć się na
konkretne starania. Zadzwonić. Posprzątać. Zrobić jakieś zakupy. Może
coś wyjaśnić? Czuła się z góry przegrana i to odbierało jej chęć do
działania. Wręcz paraliżowało.
Gdyby nie Bianka, pewnie poddałaby się tym myślom. Miała jednak swoje
światełko i to sprawiło, że gdzieś w głębi jej serca zaczęła się rodzić
zmiana.
Rozdział 4
Magda Łaniewska szła właśnie do banku. Do centralnego oddziału, o którym
marzyła jeszcze jako studentka Uniwersytetu Ekonomicznego. Rzeczywistość
nieco ją zaskoczyła, po naiwnych młodzieńczych złudzeniach wiele nie
zostało, ale i tak lubiła swoją pracę, a przede wszystkim klientów.
Dzisiaj był jej pierwszy dzień po długim urlopie. Wzięła na żądanie
wszystkie zaległe dni z zeszłego roku. Szefowa dała na to zgodę bez
mrugnięcia okiem i jednego choćby komentarza. Najwyraźniej było jej to
na rękę. Wszyscy w banku wiedzieli, jaka jest prawdziwa przyczyna tej
decyzji. Historia biurowej miłości Magdy i Konstantego była wszystkim
znana. Wraz z jej nieciekawym finałem.
Magda szła, by zająć miejsce za swoim biurkiem z obawą i przejęciem,
jakby robiła to po raz pierwszy. Ustalenia dotyczące urlopu odbyły się
bowiem za pomocą korespondencji mailowej, więc nie musiała patrzeć na
pełną satysfakcji minę Luizy Jarząbek. A zapewne było co podziwiać.
Szefowa z pewnością nie zmarnowała szansy, by zrobić efektowne
przedstawienie.
Teraz bez wątpienia ostentacyjnie obnosi się po całym biurze,
korytarzach i kasach bankowych ze swoim zwycięstwem, żeby przypadkiem
gdzieś, w jakimś zapomnianym pomieszczeniu służbowym, nie uchował się
ani jeden pracownik, który nie zostałby poinformowany, że oto ona, Luiza
Jarząbek, właśnie w te święta, pod choinką, w sposób w pełni zgodny z najbardziej romantycznymi wyobrażeniami stworzonymi przez najsłodsze
komedie romantyczne świata, zaręczyła się z Konstantym, szefem działu
kredytów, odbierając w sposób spektakularny ten przystojny, zamożny,
łakomy kawalerski kąsek swojej rywalce. Magdzie Łaniewskiej szeregowej
kasjerce i pracownicy z niewielkim stażem, która tym samym powróciła,
gdzie, zdaniem szefowej, od początku było jej miejsce. Za szybę
służbowego okienka, do zadłużonych klientów, bladych staruszków
wypłacających ostatnie sto złotych ze zbyt niskiej emerytury i nonszalanckich biznesmenów pragnących kolejnych samochodów w trybie
leasingowym.
Magda nieco zwolniła kroku. Nie spieszyła się do konfrontacji. Odpoczęła
na urlopie, próbowała się zdystansować, ale wszystkie uczucia wciąż były
w niej żywe. I wbrew rozsądkowi czuła się winna.
Antek Milewski, wnuk sąsiadki, który pomógł jej przejść przez ten trudny
czas, wciąż powtarzał, że nie wolno tak myśleć. Fakt, że trafiła na
człowieka, który odrzucił jej szczere uczucie, nie znaczy, że coś jest z nią nie w porządku. To Konstanty zachował się nieodpowiedzialnie i źle.
Kiwała głową, kiedy to mówił. Ale w głębi serca czuła inaczej. Że
przegrała.
Czekał ją dzisiaj trudny dzień. Wiedziała, czego się może spodziewać.
Ledwo przekroczy próg banku, wszyscy odwrócą głowę w jej stronę. Będą
ciekawi. Jej miłość do Konstantego rodziła się na ich oczach. Wymieniali
się spojrzeniami w czasie pracy, wychodzili razem na przerwę. Wielu im
kibicowało, bo było coś niezwykłego w tym uczuciu. Dawało innym wiarę,
że takie wspaniałe historie są możliwe. Pięknie razem wyglądali.
Luizy Jarząbek, która pełniła funkcję szefowej w sposób despotyczny, nie
lubiano powszechnie, choć była kobietą atrakcyjną, zadbaną i miała
mnóstwo obserwujących na Instagramie. Jej wizerunek pozostawał bez
zarzutu. A jednak czuło się w niej jakiś fałsz. Smartfon Luizy sprawiał
wrażenie trwale przyrośniętego do dłoni. Właściwie nigdzie się bez niego
nie ruszała. Wciąż zamieszczała nowe zdjęcia i dzieliła się wieloma
sprawami. Nie mogła służbowymi, więc skupiała się na prywatnych. Magda
nie zaglądała na jej profil, ale była pewna, że teraz pełno tam fotek
dokumentujących nową płomienną miłość.
Jak to się stało, że Konstanty wybrał Luizę? Dlaczego to zrobił? Na
dodatek tak błyskawicznie. Zaręczył się z nią godzinę po zerwaniu z Magdą. To było niewiarygodne i niezwykle cyniczne. Nikt nie potrafił
znaleźć wyjaśnienia tej sytuacji.
Szefowa dała się poznać jako kobieta oschła, surowa, wciąż knująca
podstępne plany.
W każdej bajce byłaby bez szans. Przegrałaby już w trzecim akcie z miłą,
skromną i pracowitą dziewczyną.
W prawdziwym życiu jednak bez trudu zwyciężyła. I to sprawiało, że nie
tylko Magda ciężko wzdychała, przekraczając tego dnia próg biura. Jej
koleżanki także czuły, jakby im odebrano wiarę w sprawiedliwość na tym
świecie.
Antek mówił, że nowa narzeczona jest dla Konstantego największą karą za
to, co zrobił. Że jeśli się z nią ożeni, będzie płacił rachunek za ten
błąd przez całe życie. Trudno się nie zgodzić z tym twierdzeniem. Szef
działu kredytów był wesołym mężczyzną, obdarzonym wrodzonym wdziękiem.
Luiza miała zawsze poważną minę, zwracała uwagę na pozory i opinię
innych. Była też pedantyczna i punktualna do bólu. Ciężko sobie było
wyobrazić swobodne zachowanie w jej obecności. Konstanty jako syn
zamożnych rodziców miał zapewnioną przyszłość. Ale bardzo mocno
pozostawał pod wpływem apodyktycznego ojca, w żadnej sprawie nie miał
własnego zdania, nie można było polegać na jego słowie. Zapewne po
ślubie z Luizą dojdzie mu jeszcze jeden strażnik próbujący pilnować
każdego jego kroku i wpływać na decyzje.
Młody Mirski nie był wymarzonym kandydatem ani na partnera, ani na męża.
Wciąż nie umiał zdobyć się na samodzielność, choć jego PESEL pokazywał
wiek jak najbardziej ku temu odpowiedni.
A jednak, kiedy Magda weszła do służbowego pokoju na zapleczu, by zdjąć
kurtkę i poprawić firmową apaszkę pod szyją, gardło jej się ścisnęło, a oczy zaszły łzami. Bo jednocześnie Konstanty był dla niej wymarzonym
mężczyzną. Wiedziała, że ma wady, ale przecież mógł się zmienić dla
miłości. Od nowa zbudować swoje życie. Ona to zrobiła. On najwyraźniej
nie chciał.
Magda westchnęła i szybko opanowała emocje. Musiała się uspokoić i skupić na obowiązkach. Wolała nie robić wokół siebie nadmiernego szumu.
Bała się, że miłość w pracy może nie tylko złamać jej serce, lecz także
pozbawić etatu. Weszła szefowej w drogę wyłącznie na gruncie prywatnym,
ale z pewnością przełoży się to na sferę zawodową. Na początek
postanowiła jak najmniej rzucać się w oczy.
Pech chciał, że trafiła na moment największego zatłoczenia. Specjalnie
przyszła w ostatniej chwili, żeby tego uniknąć, ale chyba więcej osób
miało dzisiaj kłopoty z punktualnością. W tym także zawsze ułożony i dobrze zorganizowany Konstanty.
Wpadli na siebie w ciasnocie małego metrażu i spojrzeli sobie w oczy.
Pracownicy obok nich zamarli na chwilę. Zapomnieli, że jest późno i każda dodatkowa zmarnowana minuta może skutkować poważnymi
konsekwencjami. Patrzyli tylko na tych dwoje. W wielu oczach malowała
się nadzieja, że bajka zwycięży. Szef działu kredytów się opamięta,
padnie spontanicznie na kolana i poprosi Magdę o wybaczenie na oczach
wściekłej Luizy, która czujnie stała w progu.
Nic takiego jednak się nie stało. Konstanty powiedział uprzejme, ale
chłodne "dzień dobry" i szybko przecisnął się w stronę swojej służbowej
szafki. Magda stała nadal w tym samym miejscu, bez ruchu. Po chwili
zorientowała się, że wstrzymuje oddech. Zaczerpnęła powietrza i na
miękkich nogach przygotowała się do pracy. Ręce jej się trzęsły, a myśli
galopowały w przyspieszonym tempie.
Wiele razy wyobrażała sobie moment tego pierwszego spotkania. Snuła
różne scenariusze, lecz takiej całkowitej obojętności się nie
spodziewała. Zabolało.
Wokół niej zrobił się gwałtowny ruch, po czym wszyscy poznikali,
kierując się szybko na miejsca. Zaczynał się kolejny pracowity dzień.
Styczeń w banku to miesiąc, w którym klienci uświadamiają sobie przykrą
prawdę, że świąteczne pożyczki trzeba spłacać, nie będzie już żadnych
prezentów, konto jest puste, a do następnej wypłaty długie trzydzieści
jeden dni. Atmosfery nie podkręca już nastrój zbliżających się świąt.
Ludzie robią się nerwowi i jeszcze gorzej niż zwykle znoszą stanie w kolejkach czy oczekiwanie na konsultanta.
Magda zacisnęła usta i opanowała chęć płaczu. Takiej satysfakcji nie
zamierzała dać ani swojej szefowej, ani nędznemu w swej zmienności
Konstantemu.
Jesteś silną, mądrą dziewczyną - przypomniała sobie słowa babci Kaliny,
która, choć nie była z nią związana pokrewieństwem, po sąsiedzku
zastępowała jej rodziców. - Masz swoją godność. - Ostatnie słowo zdawało
się pochodzić z innej epoki, ale wciąż dobrze się sprawdzało. Godność
teraz była dla Magdy wyjątkowo ważna.
Zachowam ją. - To postanowienie dodała w myślach, po czym usiadła na
swoim zwykłym miejscu, podniosła głowę znad klawiatury i śmiało
spojrzała w oczy miłej starszej pani w zielonym płaszczu, która przyszła
sprawdzić stan konta. Spłacała kredyt we frankach szwajcarskich i każdego miesiąca miała inną wysokość raty w zależności od kursu waluty.
Nie były to duże różnice, ale dla niej te kwoty widocznie miały ogromne
znaczenie. Kobieta ucieszyła się, że notowania spadły i jej budżet
będzie łatwiejszy do dopięcia. Magda uśmiechnęła się do niej serdecznie
i w zamian dostała życzenia dobrego dnia. Wypowiedziane były one
szczerze i dziewczyna nagle poczuła, że chce, żeby się spełniły.
Niech to będzie dobry dzień - podkręciła w myślach siłę życzeń,
dokładając własną prośbę. Uśmiechnęła się do kolejnego klienta jeszcze
promienniej, a szefowa, która wciąż czujnie ją obserwowała, pokręciła
głową z niedowierzaniem. Chyba uznała, że Magda zwariowała. A ona
spokojnie i sprawnie obsługiwała następne osoby. Przez jej ręce
przepływała wpłacana i wypłacana gotówka. Brała do ręki banknoty jak
zwykłe karteluszki papieru. W ciągu długich miesięcy pracy w banku
przestała się zastanawiać nad ich wartością. Liczyła się tylko suma,
która musiała się zgodzić. Rachunek matematyczny. Nigdy sobie nie
wyobrażała, ile jest w kasie i co za to można by kupić.
Podniosła wzrok znad liczonego starannie pliku banknotów i niespodzianie
spotkała się ze spojrzeniem Konstantego. Wciąż siedzieli naprzeciwko
siebie, a on dawnym zwyczajem nie zamykał drzwi swojego gabinetu. Kiedyś
nawet specjalnie przestawił biurko, by móc zerkać w jej stronę podczas
pracy. Stało nadal w tym samym miejscu.
Spokojny nastrój Magdy prysł momentalnie. Serce zaczęło jej bić mocniej
i wszystkie cyfry gwałtownie poprzestawiały się jej w głowie, choć nigdy
wcześniej nie miała kłopotów z liczeniem. Czuła się, jakby cofnięto
czas. Widziała tamtego mężczyznę sprzed kilku tygodni, który ciepłym
spojrzeniem obiecywał jej dobrą przyszłość. Odwróciła się szybko i wystawiła tabliczkę z napisem "przerwa techniczna", choć wszystko
działało bez zarzutu. Kolejka przyjęła jej gest z wyraźnym
niezadowoleniem. Ale przeprosiła i wyszła do łazienki.
Nie spodziewała się, że pierwszy dzień w pracy będzie taki ciężki, choć
wiedziała, że stoi przed nią trudne zadanie.
Do jakiego jednak stopnia może być ciężko, dotarło do niej dopiero
teraz. Umyła dłonie w chłodnej wodzie, żeby nieco oprzytomnieć. Wytarła
je i wzięła głęboki wdech. Czas skończyć z tymi emocjami. Pokazano jej
jasno, że wszystko, na co liczyła, było złudzeniem. Mogła zaakceptować
warunki, znosić na każdym kroku obecność zakochanej i obnoszącej się ze
swoim uczuciem pary albo odejść z pracy.
Pewnie tak byłoby łatwiej. Złożyć wypowiedzenie, uciec na jakieś
chorobowe. Ale nie chciała tego robić. Nie tylko dlatego, że byłoby to
wyjątkowo tchórzliwe rozwiązanie. Nie miała ochoty zaczynać od zera.
Lubiła to miejsce, nawet jeśli wiązało się z koniecznością patrzenia na
Konstantego.
Skupiła się mocno i wyrównała oddech. Wiedziała, że jeśli nad sobą nie
zapanuje, już zawsze będzie niewolnikiem chwiejnych nastrojów. Będzie
błądzić od jednego impulsu do drugiego. Stanie się człowiekiem, który
nie ogarnia własnych reakcji.
W tym trudnym momencie stanęła jej przed oczami twarz Antka Milewskiego.
Nie wiedziała, co o nim sądzić. Po zawodzie, jaki przeżyła, zrobiła się
przesadnie ostrożna. Jednego była pewna. Antek stał się jej
przyjacielem. Prawdziwym i bardzo życzliwym. Jego obecność dodawała jej
sił.
Pochyliła się nad umywalką i złapała mocno obiema rękami za zimny blat.
Uspokoiła do tego stopnia, by zyskać jasność myślenia i spokój
działania. Wiedziała, że to nie jest trwały stan. Ciągle będzie musiała
się pilnować, wkładać wysiłek w utrzymanie spokoju. Ale miała dość
rozumu, by wiedzieć, że to konieczne.
Babcia Kalina byłaby ze mnie dumna - pomyślała, wychodząc z łazienki.
Wyglądała teraz inaczej. Na jej twarz wróciło trochę kolorów i nie było
już tak wyraźnie widać oznak smutku. Szybko wróciła na miejsce.
Uśmiechnęła się do następnej osoby i sprawnie zaczęła obsługiwać.
Konstanty nie miał racji, skreślając ją jednym ruchem. Drzemała w niej o wiele większa siła, niż się spodziewał. Magda sama też nie była jej
dotąd świadoma. Teraz już jednak wiedziała, że może nad sobą zapanować i jeszcze kiedyś znajdzie, a potem ochroni prawdziwe szczęście. Obdarzy
kogoś miłością.
Ale Konstanty już nie dostanie szansy, by się przekonać, jak fajnie jest
być z Magdą. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Zwłaszcza
jeśli okazała się brudna i mętna.
***
Babcia Kalina siedziała na kanapie tuż obok swojej młodziutkiej pięknej
wnuczki. Była dumna z bujnych, naturalnie jasnych włosów dziewczyny, jej
miłej twarzy i zgrabnej figury. Nie widziała od lat jej matki. Nie miała
więc świadomości, jak bardzo córka jest do niej podobna. Kalina nigdy
nie zaprosiła do siebie nowej partnerki syna. Nie zamieniła z nią ani
słowa. Podobnie jak wnuk całą winą za rozpad szczęśliwej rodziny
obarczała obdarzoną wielkim biustem i małym sumieniem Patrycję Nowak.
Nie wybaczyła jej tego, co zrobiła Arkadiuszowi. Jednym ruchem
zniszczyła mu życie tak bardzo, że nigdy już właściwie się nie podniósł.
To było dla niej oczywiste, że drzwi tego domu pozostaną dla tej kobiety
na zawsze zamknięte. Ale oczywiście ten zakaz nie dotyczył dzieci.
Kalina najbardziej cieszyła się, że Bianka, choć zapewne zewnętrznie
podobna do mamy, z charakteru była zupełnie inna. Pracowita, uprzejma,
miła.
Jak takiej pustej lalce udało się wychować tak wspaniałą dziewczynę, to
miało dla wszystkich pozostać tajemnicą. Kalina była przekonana, że z pewnością dobre geny jej rodziny przeważyły w tej kwestii.
Teraz obie siedziały na kanapie niczym komisja w ważnej instytucji, a przed nimi Antek rozkładał koszule i krawaty. Wybrał się wczoraj na
zakupy i teraz próbował różnych połączeń przed ważnym spotkaniem.
- To beznadziejne! - wołała Kalina. - W tym wyglądasz jak własny wujek
albo jakiś podrzędny kelner w nędznej restauracji. Tu znów za ostry
kolor.
Antek przebierał się, szybko tracąc cierpliwość, a one jednym celnym
komentarzem skreślały każdą jego propozycję. Bianka tylko patrzyła,
delikatnie kręciła głową i wreszcie się uśmiechnęła.
- Klasyka - westchnął Antek. - Granatowa marynarka, błękitna koszula i nieco mocniejszy krawat. Podobno dzięki temu zestawieniu Kwaśniewski
lata temu wygrał wybory. Może mnie też przyniesie szczęście? Choć nie
przepadam za taką biurową nudą.
- Po co zmieniać, jeśli coś jest doskonałe? - powiedziała Bianka. -
Jesteś bardzo przystojny, przyjmą cię.
- Gdybyś ty była prezesem, pewnie tak by się stało. - Antek ucieszył się
z komplementu. - Ale tam będą sami faceci i, mam nadzieję, nikt nie
będzie przesadnie patrzył na mój wygląd.
Kalina modliła się w duchu, żeby tym razem się udało. To nie była
pierwsza rozmowa Antka. Z żadnej z poprzednich jeszcze nie dostał
odpowiedzi. Od momentu, kiedy stracił swoją pracę w Warszawie, nie mógł
znaleźć sobie miejsca. Ale kobieta błogosławiła los, który sprowadził
chłopaka pod jej dach, a przede wszystkim pomógł podjąć decyzję o pozostaniu na stałe w Krakowie.
Stara willa pod kasztanem potrzebowała rodziny. Śmiechu młodych ludzi,
ich pełnych energii rąk i nowego życia.
A babcia Kalina bardzo pragnęła kogoś bliskiego obok.
- Idź - powiedziała Bianka. - Ubierz się szybko, bo czas goni. Kopnę cię
w progu na szczęście. O nic się nie martw. Dobrze to zrobię. Naprawdę
się przyłożę.
- Nie wiem, czy to konieczne. - Antek się wystraszył. - Nie idę przecież
zdawać matury.
- Ja się nie znam na przesądach - odparła Bianka. - Ale uważam, że
trzeba zadbać o wszystko.
Solidny kopniak kolanem Antek czuł przez całą drogę do swojego nowego
biura. Bianka spełniła obietnicę, najlepiej jak umiała. Śmiał się w duchu na samą myśl. Przydawały się teraz takie miłe zdarzenia, nawet
jeśli lekko bolesne, na których mógł się skupić.
Wciąż nie zadzwonił do mamy. Nawet jej nie powiedział, że szuka tutaj
pracy i ma zamiar zostać na dłużej. Nie wiedział, dlaczego czuje taki
opór przed tą rozmową. Mama nie mogła mu przecież przeszkodzić. Nie
sądził nawet, by chciała to zrobić, ponieważ nigdy przesadnie nie
wtrącała się do jego dorosłych decyzji. A jednak od wielu dni nie mógł
się zdobyć na tak prostą czynność, jak wybranie numeru w telefonie.
Odkładał, choć zawsze był człowiekiem czynu i nie znosił zwlekania.
Za to ciągle myślał o Magdzie. O tym, że bardzo chciałby, żeby była z niego dumna. Oraz o tym, że w znacznym stopniu właśnie dla niej chciał
zostać w Krakowie.
Dojechał tramwajem pod budynek biurowca. Przeszklony wieżowiec wyglądał
solidnie i dość reprezentacyjnie. Młoda rozwijająca się firma
najwyraźniej już zdążyła złapać nieco wiatru w żagle, skoro stać ją było
na czynsz w takim miejscu.
Antek nie pozwolił, by opanowała go trema. Dyskretnie pomasował dół
pleców, gdzie kopnęła go Bianka. Już tego nie czuł, ale liczył, że teraz
przyniesie mu szczęście.
Rozdział 5
Mocne postanowienie trzymania emocji na wodzy pomogło Magdzie przetrwać
dzień do końca. Niestety wciąż musiała uważać na przypadkowe spotkania
na korytarzu, spojrzenia Konstantego, które łatwo było złowić w niespodziewanym momencie, paradującą specjalnie przed jej okienkiem
szefową, a także koleżanki, dla których temat jej zawiedzionej miłości
długo miał należeć do ulubionych.
Wracała jednak do domu z podniesioną głową. Nie dała się nikomu
sprowokować. I nie mogła się już doczekać, kiedy wejdzie do kuchni, po
czym spojrzy w oczy Michałowi, najstarszemu z braci, i opowie o wszystkim. Czasem żartowali z Bartkiem, że Michaś zachowuje się jak
nadopiekuńcza matka. Zajmował się nimi od dnia, gdy rodzice zginęli w wypadku. Często przesadzał, martwił się na zapas i próbował poukładać im
życie. Ale choć narzekali z tego powodu, czuli się oboje bezpiecznie pod
tymi ciepłymi skrzydłami.
Magda marzyła jednak o tym, by obaj bracia zajęli się mocniej swoimi
potrzebami. Przestali w kółko martwić się tylko o siostrę. Zaczęli nowe,
szczęśliwe i przede wszystkim własne życie. Liczyła, że świąteczna
magia, która po raz pierwszy zagościła w ich uśpionym dotąd domu, sprawi
cud. Może to było naiwne marzenie? Zastawić stół, zapalić światła,
spojrzeć komuś z miłością w oczy. Pokazać, że prawdziwe uczucie jest
możliwe i warto go szukać.
To ostatnie trochę jej nie wyszło, ale w domu rzeczywiście wiele się od
tego czasu zmieniło. Michał i Bartek przestali trwać w zawieszeniu.
Rozmarzyła się.
W wyobraźni już widziała obu w szczęśliwych związkach z fajnymi
dziewczynami.
Weszła do domu i położyła na stole obwarzanka z sezamem. Wszyscy troje
lubili właśnie takie, ale kiedy wracała po pracy, w ulubionym punkcie
przy wyjściu z galerii został już tylko jeden. Za to idealny. Pięknie
wypieczony z błyszczącą brązową, chrupiącą skórką. Uwielbiała kroić
takie na pół, a potem zjadać z masłem, pomidorem i zieloną cebulką. Na
samą myśl ślinka napłynęła jej do ust. Magda była bardzo głodna. Nie
wyszła dzisiaj na przerwę w pracy. Po urlopie nazbierało jej się sporo
pilnych spraw, a napięcie emocjonalne sprawiło, że zapomniała o ssaniu w żołądku.
Teraz jednak w cieple domowej kuchni organizm od razu przypomniał sobie
o swoich prawach i pilnie domagał się posiłku. Obwarzanek pachniał,
jakby gdzieś w pobliżu otwarto drzwi piekarni.
Magda opanowała pokusę i zostawiła smakołyk dla chłopaków. Wiedziała, że
oni też go uwielbiają. Po podziale na trzy osoby nikt by się nie najadł,
a we dwóch chłopcy będą mieć drobną, ale przyjemną niespodziankę.
Wyciągnęła kawałek podstarzałej kromki chleba i zrobiła sobie kanapkę.
Przełknęła, po czym popiła świeżo zaparzoną herbatą. Schrupała jeszcze
jabłko i poczuła się lepiej.
Dom jednak pilnie wymagał uzupełnienia zapasu produktów spożywczych i czuła, że dzisiaj ten obowiązek spadnie na nią. Michał miał dodatkowe
godziny w pracy, a Bartek zapowiedział rano z tajemniczą miną, że wróci
późno. Chyba się zakochał. Magda miała nadzieję, że miła dziewczyna z cukierni, która jej bratu zawsze podsuwała najlepsze kąski, stanie się
wkrótce jego tak zwaną drugą połówką pomarańczy. Miała na niego wyraźnie
dobry wpływ.
Włożyła z powrotem kurtkę i wyciągnęła z szafki torbę na zakupy.
Postanowiła pojechać do sklepu autobusem. Na ulicach było bardzo ślisko.
W ciągu dnia padało i teraz wieczorny mróz zrobił na drogach prawdziwą
ślizgawkę. Nie chciała ryzykować jazdy samochodem. Strach przed
wypadkiem był czymś, co miało jej towarzyszyć do końca życia. Od tamtego
tragicznego dnia, kiedy w taką samą pogodę zginęli jej rodzice.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki