ROZDZIAŁ DRUGI
ZAMKNIĘTE DRZWI
Za oknem świat wyglądał zupełnie inaczej niż dzień wcześniej. Cienka warstwa śniegu pokryła trawnik, dachy samochodów i budynków. Wyglądała jak delikatna koronka, którą jeden nieuważny ruch może zepsuć. Luiza wystraszyła się, gdy tuż przed nią na parapecie wylądował gołąb. Spojrzał na nią zaciekawiony, bez śladu lęku.
- Sio! - Dopiero, gdy szarpnęła za firankę, odleciał, chociaż przez jedną chwilę mierzyli się wzrokiem w ciszy.
Za jej plecami na łóżku w zmiętej pościeli spał Tobiasz. Przez uchylone drzwi do sypialni wpadało rozrzedzone światło z kuchni i oświetlało jego spokojną twarz. Wciąż się jej podobał, nawet po tylu latach. Wiedziała, że inne kobiety też zwracają na niego uwagę. Starannie wystylizowana fryzura, wyrzeźbione na regularnie odwiedzanej siłowni ciało, bo musiał trzymać formę, by mieć siłę do pracy z ludźmi po urazach, udarach i wypadkach. Przypomniała sobie jego zagadkowe spojrzenie, kiedy spotkali się pierwszy raz, kilka lat temu. Głęboko osadzone, ciemnoszare oczy w czarnej oprawie. Szeroka szczęka i wyraźne kości policzkowe. Mógł uchodzić za modela. Miała szczęście, że był właśnie z nią.
Luiza czekała, aż zagotuje się woda na kawę i z czułością patrzyła, jak jej mężczyzna śpi. Miała nadzieję, że dzisiaj wreszcie porozmawia z Tobiaszem, bo utrata pracy sprawiła, że na miesiąc przed świętami pogubiła się zupełnie. Potrzebowała jego trzeźwego osądu sytuacji i odrobiny pocieszenia. Potrafił to zrobić kilkoma słowami i przytuleniem.
Gdy usłyszała gwizdek czajnika, wyszła z sypialni, zalała kubek wrzątkiem, wzięła prysznic, ubrała się i popijając kawę, nieśpiesznie szykowała śniadanie. W nocy nie mogła spać, przewracała się z boku na bok, aż nadszedł upragniony ranek. Pierwsze, co ją dopadło, to ta potworna świadomość, że jest bezrobotna. Uczucie nie odpuszczało, wprawiając ją w stan bliski paniki. Zamiast kręcić się w łóżku i ryzykować, że obudzi Tobiasza, wstała i do rana przesiedziała przed oknem.
- Dzień dobry! - Stanął w drzwiach, kiedy ona prawie straciła nadzieję, że wreszcie porozmawiają i będzie mogła zrzucić z siebie ten ciężar. - A ty dzisiaj masz wolne? - Zdziwił się, ale nie poczekał, aż go uświadomi, że przecież jest sobota, tylko zamknął się w łazience, skąd dobiegł ją dźwięk płynącej wody. Z radia stojącego w kąciku parapetu w kuchni sączyła się przyjemna melodia.
Tobiasz wrócił pachnący swoim ulubionym żelem pod prysznic i pastą do zębów, z mokrymi włosami. Na jego bluzie pojawiły się nieregularne plamy wilgoci, które świadczyły o tym, że nie wytarł się zbyt dokładnie.
- Od razu zgłodniałem. - Rozejrzał się po suto zastawionym stole. - Co to za okazja? - Podrapał się za uchem i nie czekając na nią, sięgnął po kromkę chleba. Luiza odwróciła się i zalała drugą kawę.
- Żadna. Jest sobota i mam wolne. - Westchnęła. - Jak było wczoraj z kolegami?
- Spoko. Musieliśmy omówić kilka spraw. Mogę jechać na szkolenie, ale nie chcę brać urlopu, a dyrekcja szpitala nie jest chętna, by mi na to pozwolić, chociaż sam za to zapłacę.
- Czemu nie chcą cię puścić?
- Bo brakuje ludzi. Jak zwykle. Jak ktoś się zatrudni, to zaraz ucieka, płace marne, pracy dużo, a za granicą potrzebują rehabilitantów. Mam szczerze dosyć tej roboty.
- No właśnie, tak mi przyszło do głowy. Pamiętasz, jak kiedyś pytałeś, czy byśmy nie wyjechali za granicę do pracy?
- Oczywiście, powiedziałaś, że lubisz swoją pracę i nigdzie się nie ruszasz. - Wpakował sobie pół kromki do ust. Trącił ją bosą nogą w piszczel.
- Bo widzisz, ja już nie mam pracy. I właściwie możemy zrobić wszystko, na co mamy ochotę.
- Jak to nie masz już pracy? - Otrzepał palce z okruszków i już chciał sięgnąć po kubek, ale zawahał się w połowie drogi i ręka opadła na blat stołu.
- Normalnie. Firma nie działa.
- Przecież dobrze wam szło. Sama mówiłaś, że stabilnie, że dobrze się tam czujesz.
- Nie o wszystkim wiedziałam, cały zespół wczoraj został zaskoczony. - Pokrótce opowiedziała mu, co się wydarzyło.
- A odprawa? Cokolwiek?
- Nic mi nie wiadomo na ten temat. Dobrze, że mamy jakieś oszczędności, ale to miało być na wkład własny, na mieszkanie.
- Nie martw się, coś znajdziesz. Na pewno. I tak miałaś szczęście, że pracowałaś przez tyle lat w jednym miejscu.
- Szczęście? Wcześniej mówiłeś, że będę tego żałowała, że praca nie jest zgodna z moim wykształceniem i że powinnam próbować podnosić kwalifikacje, podejmować wyzwania, zdobywać doświadczenie i tak dalej. - Zdziwiła się, że tak lekko potraktował jej osobistą tragedię. Zakryła twarz rękoma. Mimo wczesnej pory dopadło ją zmęczenie, jakby pracowała od wielu godzin.
- Tak myślałem, lepiej się zabezpieczać, ale nie jest tak źle. Masz co wpisać w CV, czas przepracowany w jednym miejscu działa na twoją korzyść.
- Ale zbliża się koniec roku, myślisz, że ktoś zechce mnie zatrudnić?
- Teraz łatwo o pracę tymczasową.
- Mam iść do sprzedaży choinek albo karpi? - W jej głosie zabrzmiała nuta irytacji.
- Może popytam kolegów z pracy? Na pewno ktoś słyszał o jakimś etacie.
- Nie, dzięki. Co ja teraz zrobię? Może jednak weźmiemy pod uwagę inny kraj?
- Teraz to nie ma sensu. - Wzruszył ramionami. - Mam stałą pracę i dorabiam u kumpla w gabinecie. Poza tym wtedy miałem konkretną ofertę pracy, w Niemczech, pamiętasz?
- Tak, poszedłeś na kurs językowy. No, ale mówisz, że masz dosyć szpitala.
Zamilkli oboje. Kromki chleba wysychały na talerzu, nikt już nie jadł. Tobiasz wykonał ruch, jakby chciał coś z siebie wyrzucić, ale zaraz rozluźnił się i opadł na oparcie. Walczył ze sobą, a ona cierpliwie czekała, aż powie coś, co poprawi jej nastrój i wskaże kierunek kolejnych działań. Musiała wiedzieć, że ma coś do zrobienia, bo na myśl, że za kilka godzin Tobiasz zostawi ją samą i ruszy do swoich spraw, robiło się jej gorąco. Musieli coś ustalić razem, i to teraz.
- Luiza, słuchaj. Długo się nad tym zastanawiałem... - Ostatnie słowo przeciągnął i przez chwilę wisiało nad nimi, ale nie doczekało się ciągu dalszego. Tobiasz bawił się ostrzem noża do masła.
- Nad czym? - zapytała, gdy jego milczenie się przedłużało.
- ... że na pewne rzeczy nigdy nie będzie dobrego momentu.
- To prawda. Jeśli los chciał mnie zmusić do zmiany, to słabo wybrał. - Starała się zażartować, ale sama wystraszyła się smutku w swoim głosie.
- Luiza, uważam, że powinniśmy ze sobą zerwać - wypalił nagle. W radiu rozbrzmiała agresywna reklama, o kilka sekund za późno, by zagłuszyć te straszne słowa. Luiza nie zrozumiała. Chciała poprosić o wyjaśnienie, ale coś ścisnęło ją za gardło. Tobiasz też szykował się do dłuższej wypowiedzi, ale tylko na przemian otwierał i zamykał usta. Jego język poruszał się w nich, jak małe zwierzątko. - Od ponad roku zachowujemy się bardziej jak przyjaciele niż para. Czy ty tego nie widzisz? Bo mnie to męczy. Bardzo.
- To nieprawda - zaprotestowała zdziwiona. - Przecież ciągle pracujesz, sam mi mówiłeś, gdy chciałam, żebyśmy, no wiesz... - wydusiła z siebie. Musi zawalczyć, bronić się, bo działo się coś bardzo złego. Jeśli zahamuje rozwój wypadków, zapomną o tym i ich życie wróci do normy. To nie może być prawda. To jakaś cholerna pomyłka. Krzyczała w myślach rozpaczliwie, obserwując, jak jej świat rozpada się na kawałki. Może ją testuje? Bo nie wierzyła, że tak po prostu nagle postanowił odejść.
- Tak robiłem, bo nie mogłem znieść tego marazmu. Wszystko było lepsze od...
- Od czego? Od spędzania czasu ze mną? - Ogromny wyrzut zamienił się w znak zapytania.
- Nie, to nie tak. Od naszej relacji. To nie twoja wina.
- Przestań. Nie mów tak. To kryzys. Wszystkie związki mają kryzysy. Porozmawiamy, jak wrócisz z pracy. Nie, dzisiaj znowu będziesz późno. - Z trudem nad sobą panowała, mówiła do niego uspokajająco, jak do dziecka.
- Luiza. Jest sobota. Ja dzisiaj też nie pracuję.
- Faktycznie. Zapomniałam. Zwykle nawet w soboty wyjeżdżałeś.
- Czasami, na szkolenia. Straciłaś pracę i jesteś oszołomiona, rozumiem. Przepraszam, że teraz tak wyskakuję, ale ja już dłużej nie mogę.
- Przestań. Nie mów tak do mnie. - Odsunęła się od niego. Nie mogła znieść współczucia, z jakim na nią patrzył. - Rozumiem, że masz wątpliwości co do nas. Nie wiedziałam o tym, cieszę się, że się teraz dzielisz swoimi dylematami. To początek, byśmy mogli popracować nad nami i to naprawić.
- A ty uważasz, że między nami jest wszystko w porządku? Naprawdę? Słuchaj, zależy mi na tobie, zawsze będziesz mi bliska, na swój sposób cię kocham, ale...
- Na swój sposób? Co to, do cholery, znaczy? Nie, nie chcę tego słuchać. - Wyciągnęła przed siebie ręce w obronnym geście, jakby chciała zastopować ciężarówkę i w ten sposób zapobiec swojej śmierci. Rozpaczliwie, ale zdecydowanie.
- Musisz, bo ja dłużej nie dam rady. Rozumiesz? Jesteśmy na to za młodzi.
- Na co? - krzyknęła piskliwie.
- Na trwanie w relacji, która nic nam nie daje.
- To nieprawda. Czy bezpieczeństwo, zaufanie, dzielenie codzienności, mieszkania, wspomnienia to nic? Chyba nie liczyłeś, że wciąż będziemy się bzykać jak króliki, po tylu latach? - Zaczęła pluć jadem, chociaż tego nie chciała. Zasłoniła sobie usta.
- Związek to nie tylko seks. Nie tylko pożądanie, ja to rozumiem. Wiem to, do cholery, ale nie może być tak, że nie rozmawiamy ze sobą wcale, że nie interesujemy się swoimi sprawami.
- A kto się nie interesuje? Zawsze pytam, co u ciebie w pracy, znam twoich kolegów.
- To za mało. Tylko ci się wydaje, że ich znasz, ale o mnie nic nie wiesz.
- O tobie? - Zmarszczyła brwi i samym wzrokiem starała się wedrzeć pod jego skórę i wyczytać prawdę, co tak naprawdę się stało, że postanowił z nią zerwać. - Jest jakaś kobieta, prawda? Inna? - Oświeciło ją. To takie banalne. Te wszystkie okrągłe zdania miały tylko zamydlić prawdziwy obraz sytuacji.
- Luiza, weź głęboki oddech. Jesteśmy dorośli i nie ma sensu, żebyśmy się ranili.
- Nie wierzę w to, po prostu nie wierzę. Jak długo to trwa?
- Potrzebuję zainteresowania, jak każdy. Wydawało ci się, że coś o mnie wiesz, ale to nie jest prawda... Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, jak mi jest w pracy? Nie. Cieszyło cię, że zarabiam, a ja się męczę. Duszę się w tej robocie. Nie znoszę pracować z ludźmi, w dodatku chorymi, zgorzkniałymi, często pełnymi pretensji - mówił tak spokojnie, jakby sam siebie chciał przekonać, ale kręcił się na krześle, a po obu stronach talerza znalazły się jego zaciśnięte pięści. Spuścił głowę i przymknął oczy. Na jego skroni pojawiła się pulsująca żyła, która zdradzała, ile wysiłku wkłada w to, by zachować pozory zwykłej rozmowy.
- Przecież to ty chciałeś się dokształcać, ciągle gdzieś jeździsz, wynajdujesz seminaria, szkolenia i tak dalej. Czy tak postępuje osoba, która nie znosi swojej pracy? Nie zmieniaj tematu. To żałosne. Chcesz, żebyśmy zachowywali się jak dorośli, to bardzo cię proszę, bądź ze mną szczery. Jaki jest prawdziwy powód tego, że mnie rzucasz?
- Nie chcę cię ranić.
- Po tym, co właśnie mi oznajmiłeś, moje uczucia nie powinny mieć dla ciebie znaczenia. Rozumiesz? Chcę znać prawdę. Całą. Od jak dawna mnie oszukujesz? To ktoś z pracy? Pielęgniarka? - Całą swoją postawą potwierdził jej teorię, choć milczał. Nie padło żadne "tak" ani "nie". Zgarbił się, jakby mu wrzuciła na plecy tonę kamieni. Poczucie winy potrafi przycisnąć, aż do braku tchu. Marna satysfakcja, ale zawsze. - Chcę, żebyś się wyprowadził, i to jak najszybciej. - Całą sobą protestowała, ale jej duma nie pozwoliła na to, by błagać go... sama nie wiedziała o co. O przemyślenie swoich wyborów? O zerwanie z tamtą, która pojawiła się jak duch i wszystko zniszczyła w ciągu jednego śniadania? Nie, oczywiście, że to się nie stało teraz. Trwało, i to długo, ale Luiza tak bardzo zasklepiła się w swojej strefie komfortu, że niczego nie zauważała, żadnych sygnałów. Żyła w bajce, którą sama sobie opowiadała. Jeszcze nie dawno była pewna, że Tobiasz jej się oświadczy, że to kwestia najbliższych miesięcy. Uznała, że to musi się stać.
- Kochanie... - Odchrząknął, gdy zdał sobie sprawę z niestosowności tego zwrotu w tej sytuacji. - Luiza, zastanów się, nie podejmujmy pochopnych decyzji, możemy moją wyprowadzkę załatwić rozsądnie.
- Chyba żartujesz.
- Przecież ciebie nie stać na utrzymanie tego mieszkania, właśnie mi powiedziałaś, że jesteś bezrobotna. - Wystrzelił ostatni pocisk.
- Masz czas do jutra. - Wyszła z kuchni i zamknęła się w sypialni.
Łóżko wciąż nim pachniało.