Willa Morena - pakiet 2 (#2) - Zbigniew Zbikowski

Kup ebooka

49.99 zł
39.99 zł (34,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Dom z zewnątrz wydawał się być na pierwszy rzut oka niemal taki sam, jakim go zostawiłyśmy. Ta sama, nienaruszona bryła i stare, drewniane elewacje. Ten sam wytarty ganek i mocno wyrobione drzwi wejściowe. Jedynie nowe okna dodawały ścianom elegancji i blasku. Lecz wystarczyło nieco podnieść głowę, by dostrzec nowe poszycie dachu, które elegancję i blask wzmacniały poczuciem stabilności. Wtedy też widziało się lepiej spływające od dachu proste krechy miedzianobarwnych rynien.

Babcia Irmina wyszła z samochodu, stanęła przy parkanie i popatrzyła na nową Morenę z zachwytem.

- Jak za mego dzieciństwa - wyznała żywiołowo. - Jest nawet ładniejsza. Tylko pomalować i podziwiać.

Usłyszeliśmy za ogrodzeniem szczekanie psa. Zza domu wybiegł nieznany nam kundel, zaraz za nim pojawił się Kajetan. Ujrzawszy Irminę i samochód, przywołał psa, który jednak niewiele sobie robił z jego wołania, dopóki nie dobiegł do furtki. Wtedy zawrócił.

- Pani Irmina! Panna Zuzanna! - zawołał Kajetan. - Nareszcie! Już myślałem, że coś się stało, bo wczoraj się spodziewałem. - Przesunął swój kaszkiet na tył głowy. Otworzył furtkę. - Proszę, proszę!

- Bramę lepiej by pan otworzył! - zakrzyknęła babcia Irmina. - Jak wjedziemy?

- A co to za towarzysz? - zapytałam, pokazując psa, który po przekroczeniu linii furtki zaczął się łasić do obcych.

- A wziąłem go, żeby szczekał na obcych, bo tu taka ciekawość, że hej! Ale niegroźne toto, nic nie zrobi - odrzekł Kajetan, zdejmując kłódkę i biorąc się do przesuwania skrzydła bramy.

- Aha, bo pewnie pies pilnuje, a on sam tam, w gospodarczym, albo z kolegami, wiadomo.

- No teraz to już wiem na pewno, że pani Irmina wróciła zdrowa i cała - skomentował kwaśno Kajetan, odsuwając drugie skrzydło. - Ot, sprawiedliwość dziejowa. Bury, poszedł! - przegonił psa kręcącego się mu pod nogami.

Pysio, który nie wysiadł, lekko wycofał samochód, skręcił koła i wjechał na podwórze. Gabrysia, też siedząca w środku, przejeżdżając obok, pomachała Kajetanowi na powitanie ręką.

- No i jak? - zapytała zaraz po wyjściu z wozu. - Poznajecie swój dom?

- Wygląda rewelacyjnie - orzekłam, a babcia potwierdziła.

- To ja już oddam klucze paniom, bo nic tu po mnie - rzekł Kajetan, uścisnąwszy wcześniej dłoń Pysznego. - Tylko swoje rzeczy pozbieram i znikam. - Wyciągnął rękę z pęczkiem kluczy.

- Powoli, panie Kajetanie - powstrzymałam go. - Gdzie panu tak spieszno?

- Wiadomo, gdzie - wtrąciła pod nosem babcia Irmina, a głośniej poleciła: - Zechce pan łaskawie otworzyć?

Kajetan posłusznie cofnął rękę i podszedł do drzwi wejściowych. Bury natychmiast podążył za nim, lecz ten go odpędził. Pies przysiadł kilka metrów dalej.

- Przepraszam, ale ja tu wcale nie zaglądał - oznajmił Kajetan po otwarciu. - Wszystko, co potrzebne, mam u siebie, w gospodarczym.

- Ale teraz może pan wejść, prawda? - zachęciłam go pospiesznie, żeby nie pozwolić na uszczypliwy komentarz babci. - Proszę.

- A nie, ja na końcu - oznajmił Kajetan i wycofał się, przepuszczając wszystkich po kolei.

Babcia weszła pierwsza. Ja przepuściłam przed sobą Gabrysię, a Pysio wszedł jako czwarty.

- Jestem pod wrażeniem - szepnął za moimi plecami, gdy już się rozejrzał. - Ciekawe jednak, co by na to powiedział Andriolli.

- Daj spokój - odpowiedziałam półgłosem. - Czy to jego dom?

- No, fakt - przyznał Pysio. - Tylko styl jego. Dom wasz.

Zaczęliśmy rozchodzić się po wszystkich pomieszczeniach, zaczynając od stołowego i kuchni. Wyglądały one niby tak samo jak przed remontem, tyle że ściany były teraz równe i czyste, podłogi idealnie poziome, w części pokryte panelami, w części ceramiką, w stołowym zaś odtworzono starą podłogę z oryginalnych desek, teraz wyszlifowanych i zabezpieczonych olejem.

- Co tu się działo! - wetknął Kajetan swoje trzy grosze między ochy i achy. - Ludzi do roboty było jak mrówków, jedni odchodzili, drudzy przychodzili, czasem do późna w noc robili, nawet w sobotę, ja tu tylko na noc zajęcie z Burym miał. Jedną przerwę mieli, na Wniebowzięcie. No i, ma się rozumieć, w niedziele, jak dziś. Takich robotnych pracowników to ja na oczy w życiu nie widział. Tylko jedno mnie się nie podoba.

- Co, panie Kajetanie? - rzuciłam w przelocie.

- Bo tak. Stare okna zostawili. Stare deski, co się nie nadawały, wyrzucili i musiałem je za garaż pochować. Stare rynny też tam leżą. Nie wiem, co z nimi będzie.

- Odda pan na złom i parę groszy wpadnie - odezwał się Pysio, ale zaraz zastrzegł: - O, przepraszam, nie moja sprawa.

- E tam, panie - odparł Kajetan. - Ja bym je wziął, jak niepotrzebne, rynny znaczy, i u siebie założył, bo te moje to... - Uniósł wysoko dłoń i energicznie opuścił, żeby pokazać, jaki złom odprowadza u niego wodę z dachu.

- A niech pan bierze - zgodziłam się. - Prawda? - zwróciłam się do babci.

- Tylko żeby mi nie sprzedał i wódki za to nie kupił - ostrzegła go.

- No, niechby mi ta ręka uschła, jak ja by takie coś - zaczął przysięgać Kajetan, ale nie dokończył. - A okna? Co z nimi będzie?

- Też by pan chciał? - zapytałam, lecz nie byłam już zainteresowana odpowiedzią, bo Gabrysia właśnie powoli otwierała podwójne drzwi zamkniętego pokoju ze ściennym malowidłem.

- Czemu nie - mruknął Kajetan, a spojrzawszy tam, gdzie podążył wzrok pozostałych, zdziwił się: - A to co? Nie może być! Fuszerka, czy materiału zbrakło?

Gabriela roześmiała się.

- To jest bardzo cenne malowidło, panie Kajetanie - oznajmiłam.

- Panno Święta! Cenne? Toż ja by sam, albo z Piotrem, takie coś nabazgrolił.

- Zwłaszcza po paru głębszych - przycięła mu babcia Irmina.

- No choćby - zgodził się tym razem Kajetan. - I dużo to warte? Warto wiedzieć.

- Tego dziś nikt nie wie - oznajmiła Gabriela. - Przypuszczam jednak, że dobry samochód pan by kupił.

- Matko Święta! Samochód! Ale na co mnie on, jak jak ja prawka nie mam? - odparował Kajetan. - No ale żeby samochód? Panna kpi sobie ze mnie?

- Pani - sprostowałam. - Ten pan jest jej mężem. - Wskazała na Pysia, przyglądającego się malunkowi z bardzo bliska.

- Oj, to przepraszam. Ja głupi, na takich rzeczach, jak to tutaj, się nie znam. Jak pani mówi, widać tak jest. - Przyłożył dłoń do daszka i wycofał się do sieni, a potem na ganek.

- I co myślicie z tym zrobić? - zapytała Gabriela.

- Też radzę zostawić - odezwał się Pysio. - Jak Berezyński wejdzie do kanonu sztuki, zaczną tu ciągnąć pielgrzymki.

Babcia chwyciła się za głowę.

- Oho, tylko tego nam brakowało.

- Gabi, daj nam się zastanowić - poprosiłam. - Jeszcze się nie rozpakowałyśmy, a ty już z takimi pytaniami.

- Normalne - burknął Pysio. - Sztuka nade wszystko.

- To może jakaś kawa? - zaproponowałam szybko, żeby zdusić iskrę mogącą doprowadzić do kłótni. - Przy okazji sprawdzimy, czy kuchnia działa.

- Może być - zgodził się Pysio. - A ja przyniosę wasze bagaże - zaproponował.

- W takim razie idę z tobą - zaoferowałam się.

- To ja zrobię kawę - oznajmiła babcia. - Z panią Gabrysią.

Obie z babcią, bez porozumienia, kierując się tylko intuicją, usiłowałyśmy rozdzielić skonfliktowaną parę. Ja miałam przy tym dodatkowy cel. Chciałam na moment zostać z Marcinem sam na sam.

- Kogo tam dokładnie odkryłeś, na tym zdjęciu? - zapytałam po chwili, wystawiając z bagażnika mniejszą walizkę.

- Już chcesz o tym mówić? - zdziwił się Pysio, stękając przy unoszeniu bagażu i stawianiu go obok samochodu. - Spokojnie, dziewczyno, pogadamy jutro czy pojutrze, na lunchu u Chińczyka.

- Ale coś chyba możesz powiedzieć?

Poszliśmy powoli, rozmawiając.

- To był taki tutejszy artysta stolarz. Wytwarzał różne ozdobne zawijasy, początkowo według projektów Andriolliego, później dokładał swoje własne elementy. Przypuszczam, że większość ozdóbek przy Morenie to jego robota.

- Artysta, powiadasz? Artysta by do tego grona pasował.

- Rzemieślnik, artystyczny wyrobnik, nazwij go, jak chcesz. Zwykły stolarz, czy też cieśla to nie był. Ktoś więcej. - Pysio dźwigał walizę, mocno pochylony na bok. - Jakieś skały przywiozłyście z tej Kanady? - Przystanął przed gankiem. - Właściciele najwidoczniej uznali, że wniósł ważny wkład w ostateczny kształt willi. Dlatego znalazł się na tym zdjęciu. Taka jest moja hipoteza.

- A jego nazwisko?

- Zabij mnie, dziś ci nie powiem.

- To ja ci powiem. - Ruszyłam, bo już biegł do mnie Kajetan, dając znaki, żebym zaczekała. - Biernat.

- No czemu panna Zuzanna dźwiga, przecież pomogę! - zawołał Kajetan, ale ja byłam już za drzwiami wejściowymi. - To ja następną - oświadczył i wrócił do otwartego bagażnika.

- Przypuszczenie czy pewnik? - zapytał Pysio w sieni.

- Niemal pewnik - oznajmiłam.

- Coś z tego wynika dla ciebie?

- Nie wyobrażasz sobie, jak wiele.

- Opowiesz mi?

- Później. Kiedyś. O ile potwierdzisz na sto procent to nazwisko.

- To da się zrobić. Ale wymaga czasu.

- Nie pali się.

Zamilkliśmy, bo znaleźliśmy się w stołowym, gdzie natknęliśmy się na Gabrysię.

- Podobno gdzieś tu stoją filiżanki - powiedziała, rozglądająca się bezradnie. - Tak twierdzi twoja ciocia.

Uświadomiłam sobie, że teraz na każdym kroku czekać mnie będą takie niespodzianki. Uznałam, że najlepiej przeciąć ten węzeł od razu.

- Nie ma ich tu. Są spakowane - poinformowałam. - A co do cioci, muszę wam obojgu coś powiedzieć. Chodźmy do kuchni.

W kuchni babcia nalewała wodę do ekspresu przelewowego.

- Wszystko działa. Woda, gaz. Jestem zaskoczona - oznajmiła. - I rzeczy na swoich miejscach. Jak oni to zrobili? I nowy piec centralnego ogrzewania wstawili!

- Fachowcy - orzekłam krótko. - Koniec z węglem, teraz palimy peletem. Ale filiżanki nierozpakowane. Weźmy zwykłe - zaproponowałam i przeszłam do rzeczy: - Czy zanim wypijemy kawę, możemy wyjaśnić moim przyjaciołom, co zaszło w Kanadzie? Mam na myśli to między nami. - Babcia odwróciła ku mnie głowę. - Że ciocia i tak dalej.

Jej gest ręką oznaczał "twój ruch, dziecko". Wróciła do przygotowywania kawy. W twarzach Gabrieli i Marcina dostrzegłam pełne napięcia oczekiwanie.

- Nie ma już cioci Irminy - oznajmiłam i przerwałam, bawiąc się ich zdumieniem. - Jest babcia Irma - dokończyłam.

- Znaczy, że wy, ty i pani... - Pysio utknął. Gabi milczała, stojąc nieruchomo. - Mam rozumieć, że co?

- Macie rozumieć, że jesteśmy dla siebie babcią i wnuczką. Jesteście pierwszymi osobami w Polsce, które to słyszą.

- I żadnych pytań? - upewnił się Pysio.

- Najwyżej jedno - zgodziłam się.

- Po mieczu czy po kądzieli?

- Głupek - zawyrokowała Gabriela.

Było to pierwsze słowo, jakie od spotkania na lotnisku skierowała w mojej obecności do męża.

- Dziękuję - odrzekł Pysio.

- Gabi, przestań! - skarciłam koleżankę. - Człowiek jest ciekawy. Po prostu. Moja mama to, jak się okazuje, córka babci. I tyle.

- Chodzi o to, że... - zaczęła tłumaczyć się Gabriela. - Czasem lepiej milczeć, niż mówić bzdury. Ja wiem. Powiedziałaś to zwyczajnie, spokojnie, prawie bez emocji, a przecież za takimi wyznaniami kryją się, ja to wiem, rodzinne i po prostu ludzkie dramaty. Nie wszystko jest na sprzedaż, ot tak. A ten tu wyskakuje: po mieczu czy po kądzieli?

Babcia, nie patrząc na nikogo, udała się bez słowa do stołowego.

- Fakt, swoje przy okazji przeszłam - przyznałam, zagryzając wargę. - Obie przeszłyśmy. Nie do opowiadania przy pierwszej kawie. Tak że wybaczcie.

- Nie mówiłam? - Gabrysia podkreśliła, jak bardzo jest pewna swego. - Wiem coś o tym.

- Okej, nic nie mówię - zgodził się Pysio. - Jestem niedobry.

- Masz, i jeszcze się zgrywa - dorzuciła Gabrysia.

- Czy wy na pewno złapaliście jakieś porozumienie? - zapytałam. - Bo tak jakoś iskrzy między wami. Czy tylko tak mi się wydaje?

Gabriela wzruszyła ramionami. Pysio, nienawykły do sytuacji, kiedy to nie on ma rację, a jego maska cynika staje się przezroczysta i nie może się za nią skryć, wydał mi się przez sekundę bezradny. Rozłożył ręce.

- Umówmy się. Taki mamy styl bycia - powiedział. - Od zawsze.

Gabrysia spojrzała na niego bystro.

- Przynajmniej jedno mamy wspólne - stwierdziła.

Kawa spływająca do dzbanka pozwoliła mi przerwać rozmowę. Wyłączyłam ekspres i zajrzałam do lodówki.

- Nie ma mleka - zauważyłam. - W ogóle nic nie ma do jedzenia. Sorry.

- Wypiję czarną - zgodziła się Gabriela. - I zaraz uciekamy. Chyba że jakieś zakupy wam zrobić.

Wróciła babcia.

- Nie pamiętam, gdzie te filiżanki - oznajmiła.

- W kartonie, w garażu u pana Kajetana - przypomniałam. - Pójdę tam, może Kajetan ma mleko u siebie?

- O, już! - burknęła Irma. - Gdybyś pół litra potrzebowała, to prędzej.

Wyszłam do ogrodu przez werandę i wywołałam głośno Kajetana. Ten wychylił się zza garażu i zaraz podszedł kilka kroków.

- Ma pan mleko u siebie? - zapytałam go, nim się zbliżył.

- Oj, nie, panno Zuzanno - odrzekł stropiony. - Ale jak potrzeba, od siostry przyniosę. Ona zawsze ma. A może coś jeszcze potrzeba? Ja nie pomyślał, że panie nic do jedzenia nie mają - mówił, zbliżając się wespół z poszczekującym psem i drapiąc się pod kaszkietem. Zatrzymał się nagle, jego pies także. - Chwileczkę, coś się poradzi - oznajmił.

Nie doszedłszy do werandy, zrobił w tył zwrot i chwycił swój rower oparty o drzewo. Złożył obietnicę, że zaraz wróci i szybko odjechał. Bury popędził za nim.

Goście jednak nie chcieli czekać na jego powrót. Pysio stwierdził, że on i tak zawsze pija czarną, więc to nie jest problem. Miałam wrażenie, że chciałby jak najszybciej zakończyć niewygodną sytuację i odjechać. Wypiliśmy więc kawę niemal duszkiem, wymieniając kolejne pochwały pod adresem wykonawców remontu, podziękowania, że państwo Pyszni zechcieli przyjechać na lotnisko oraz zapewnienia, że niebawem musimy spotkać się raz jeszcze, żeby "na spokojnie" porozmawiać.

Kiedy Marcin i Gabriela wyjeżdżali z bramy, minęli się z powracającym Kajetanem. Przez kierownicę jego roweru przewieszona była płócienna torba. Zatrzymał się przed gankiem i podał mi ją.

- Tu siostra daje paniom, bo pewnie głodne - powiedział. Wyjęłam z torby starą kankę do mleka. - Ogórkowa - poinformował Kajetan. Jeszcze ciepła. Donnerwetter! - zaklął nagle. - Ja mleko zostawił!

- Nie trzeba już, panie Kajetanie - uspokoiłam go. - Zaraz pobiegnę do naszego sklepu. Chyba jeszcze otwarty. A pańskiej siostrze dziękujemy. I panu także.

Babcia dawała znać, że przyłącza się do podziękowań.

- Ja tylko tak, pomóc chciał.

- A Burego gdzie pan zgubił? - zapytałam.

- A, uwiązałem go - odrzekł. - Naszej chałupy teraz pilnuje.

Widać było, że coś jeszcze go gryzie.

- Proszę wejść - zaprosiła go do środka.

- No, na chwileczkę - zgodził się.

Weszliśmy do środka.

- Jest jeszcze taka rzecz - powiedział zaraz w sieni, miętosząc czapkę w dłoniach. - Nie chciałem przy gościach, ale teraz, jak odjechali, już mogę.

- No niechże pan mówi - ponagliła go babcia, widząc, że Kajetan zamilkł i utkwił wzrok w podłodze.

- Byli rano z policji. Pytali o pannę Zuzannę.

- O mnie?! - wykrzyknęłam, wystraszona pierwszą swoją myślą, że najście może mieć związek z zatrzymanym Włochem. - Ale po co?

- Też ja zapytał, ale ten komisarz nie tłumaczył. - Kajetan podniósł głowę. - Kazał tylko powiedzieć, żeby panna Zuzanna, jak przyjedzie, jak najszybciej się z nim skontaktowała.

Weszłyśmy do kuchni, Kajetan podążył za nami. Zatrzymał się w progu.

- Skąd pan wie, że komisarz? - zaciekawiła się babcia, nie kryjąc się z podejrzliwością. - Zna się pan na policyjnych dystynkcjach?

Wystawiła nieduży garnek, by przelać do niego zupę.

- Jak by trzeba, to by się znał - stwierdził Kajetan zaczepnym tonem, odbierając pustą torbę. - Ale po co mnie się znać, jak on był w cywilu? Wóz też bez koguta, i dobrze, nikt z sąsiadów nie zwrócił uwagi. Ot, znowu ktoś przyjechał. Ostatnio ciągle ktoś nowy przyjeżdża. Wiem, że komisarz, bo się przedstawił. Mazguła, czy jakoś.

- Makuła! - zawołałam.

- No, może tak. To panna też go zna? A to i lepiej, bo może afery żadnej nie ma.

- Jakiej znowu afery? - ofuknęła go babcia Irmina.

- A mnie skąd wiedzieć? Jak policja pyta, to nigdy nie wiesz, człowiecze, o co się rozchodzi. Miał ja przekazać, to przekazał. Reszta nie moja sprawa. Jedno powiem. Rozglądał się tu mocno i kręcił głową.

Babcia szykowała się już do nowego ataku na Kajetana, lecz uprzedziłam ją.

- Bardzo dobrze, że mnie pan poinformował - powiedziałam. - Zaraz zadzwonię do komisarza. To mój znajomy z komendy w Otwocku.

- No, chyba że tak - mruknął Kajetan. - Mógł od razu powiedzieć, że znajomy.

- Na razie dziękujemy za wszystko - rzekłam. - Jutro, przy poniedziałku, jak pan wpadnie do nas, to się do końca policzymy, dobrze?

- Ma się rozumieć - przytaknął bez entuzjazmu.

- Ale tak pod wieczór, po moim powrocie z Warszawy. A dziś... - Podeszła do swojej torby. - Taki mały prezent dla pana. - Wyciągnęłam ku niemu rękę z kupioną w samolocie whisky.

- Oj, a co to jest? - wykrzyknął spłoszony Kajetan, a na policzki wypłynął mu rumieniec. - Dla mnie?

- Oryginalna szkocka whisky - oznajmiłam. - Poczęstuje pan kolegów. Proszę.

- Ha, a gdzie by! - odrzekł, biorąc ostrożnie butelkę. - Siostrze pokażę. Toż to jest... - Przyjrzał się etykiecie. - Łyski? Zagraniczna. Nawet przeczytać nie umiem. - Podniósł roziskrzony wzrok. - Tylko że ona, siostra znaczy, dobra kobieta, ale... - Zamiast powtarzać oczywistość, przewrócił oczami. - Zarekwirować może. Jak by tak panna jej szepnęła, że to prezent, z Kanady, co, panno Zuzanno? To by pokazał. Bo inaczej to nie.

- Przy okazji - przyobiecałam. - Jak spotkam.

- To ja zostawiam i jadę - oznajmił Kajetan i położył na stole pęk kluczy.

- Tylko prosto do domu! - upomniała go babcia.

- A pani Irmina jak zawsze, żeby tylko szpilę wbić człowiekowi - odpowiedział. - A gdzie ja by miał jechać? Na mszę chyba tylko, bo dziś jeszcze nie był. Do widzenia.

Założył kaszkiet, wsunął butelkę do torby i skierował się ku drzwiom.

- A kankę jutro oddamy! - zawołała za nim babcia.

Tylko machnął ręką, jakby to była rzecz bez znaczenia.

Gdy zamknął za sobą drzwi, babcia westchnęła.

- Nareszcie w domu - powiedziała, rozglądając się po raz kolejny. - Nie wiadomo, od czego zacząć.

- Może od ogórkowej? - zaproponowałam.

- Dobra kobieta, pewnie jutrzejszy obiad oddała - stwierdziła babcia. - Ale odmówisz, będzie obrażona. Postawię garnek na ogień.

- Aha, a ja zadzwonię zaraz do komisarza Makuły, bo to mi się coraz mniej podoba. Zajechał w niedzielę? Osobiście? Jak nic, chodzi o Paola.

- Ładne powitanie - oceniła babcia złośliwie.

W moim pokoju, który także otrzymał nowe okno, warstwę ocieplenia na wewnętrznych ścianach i świeży, wymalowany na biało tynk, nic się poza tym nie zmieniło. Nawet podłoga pozostała ta sama. Wystarczyło dosunąć do ścian przesunięte na środek pokoju meble i można było zacząć mieszkać po staremu.

Zwinęłam ochronną folię i usiadłam na łóżku. Niepewnie wybrałam ze spisu telefonów numer Makuły. Komisarz odezwał się po czterech dzwonkach.

- Dowiedziałam się, że był pan rano u nas - powiedziałam. - A my obie dopiero co przyjechałyśmy. Coś się stało?

- I jak udała się podróż? - zapytał Makuła.

- Panie komisarzu - odrzekłam, nieskora w tym momencie do pogaduszek. - Na pewno nie po to odwiedził nas pan w niedzielę, żeby spytać o wrażenia z podróży. Mam rację? Dlatego proszę walić prosto z mostu.

- Czyli konkretnie? Konkretnie to mam dylemat. Zaledwie pani wylądowała, pełna wrażeń i tak dalej, a tu, jak to mówią, z deszczu pod rynnę.

- Czyli? - Serce biło mi coraz mocniej.

- Czyli mamy tego pani Włocha.

- Mojego Włocha? - Niemal krzyknęłam z oburzenia.

- No tego, którego my poszukujemy, a pani zapewniała o jego niewinności i ja nawet pani uwierzyłem. Jakże on się nazywa?

- Paolo Vecchi - odrzekła odruchowo. - A wy kogo macie?

- I tu jest problem. Człowiek ma przy sobie paszport na takie właśnie nazwisko oraz plik wizytówek, według których nazywa się Franco Moreno. Tak się przedstawiał ludziom, których... Pani Zuzanno, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, choć nie jest ona przyjemna. Których oszukiwał, trzeba powiedzieć. Na grube tysiące.

Gdybym nie siedziała, ugięłyby się pode mną nogi. A tak jedynie pobladłam.

- Jest pan pewien, że to on?

- Pani Zuzanno, człowiek niewinny, obcokrajowiec, poprosiłby od razu o konsula, przynajmniej o adwokata, prawda? A ten nic. Odmawia zeznań i czeka pewnie, aż minie czterdzieści osiem godzin i będziemy musieli go wypuścić.

- To macie coś na niego czy nie?

- Mamy, niestety. Został przyłapany niemal na gorącym uczynku.

- W czym więc problem? Nie można mu postawić zarzutu?

- Rzecz jest bardziej skomplikowana. Zechce pani wpaść do mnie na komendę jutro przed południem? Powiedzmy o dziewiątej. Wiem, że to niekomfortowa sytuacja, tak zaraz po powrocie, ale sprawa jest pilna. Mogę wystawić formalne wezwanie, jeśli pani chce.

- Nie trzeba, będę - zgodziłam się natychmiast. - Proszę tylko powiedzieć, co on robił? W jaki sposób oszukiwał? Jestem w szoku, rozumie pan. - Nie chciałam zdradzić, że już coś wiem na ten temat od Pysia.

- Jeśli to ktoś bliski, choć utrzymuje pani, że nie, to naprawdę współczuję. Słyszała pani o metodzie "na Włocha"?

- Szczerze mówiąc, nie.

- Nie? To proszę sobie wyguglać temat. Proceder kwitnie od dawna, wielu poszkodowanych zgłaszało temat policji. Ale gość był bardzo sprytny, nie dawał się złapać. Aż w temat włączyła się prasa, konkretnie jedna redakcja. I namierzyli faceta. Przepraszam, za dużo mówię. Proszę na pewno być jutro u mnie.

- Powiedziałam, że będę.

- Domek bardzo ładnie odnowiony - rzekł nagle, zamiast się pożegnać. - Taki remont musi kupę pieniędzy kosztować. A podobno to jeszcze nie koniec robót. Jeszcze elewacja będzie odnawiana. Tak słyszałem.

Zirytowała mnie ta uwaga.

- Ciekawi pana, ile to kosztuje?

- Tyle o ile. Bo to, co robicie, jest nietypowe. Z tego, co wiem, właściciele starych świdermajerów w okolicy dużo częściej zgłaszali pożar niż chęć remontu, bo taniej wychodzi postawić nowy dom niż wyremontować stary. A tu, proszę! Podziwiam.

- O tych pożarach już kiedyś pan wspominał. Pamięta pan? A jeśli chodzi o koszty, wszystkie rachunki będą do wglądu, jeśli zajdzie potrzeba - oznajmiłam nieprzyjemnym tonem.

- Ależ, pani Zuzanno! Źle mnie pani zrozumiała. Nie zamierzam was kontrolować. - Roześmiał się głośno. - Rzuciłem tylko luźną uwagę.

- Zatem do zobaczenia. Muszę, niestety,kończyć - oznajmiłam i rozłączyłam się.

Babcia Irmina wołała z dołu na zupę.

Rozdział 3

- Mamy problem - ogłosiłam.

Prawą ręką grzebałam łyżką w zupie, lewą stukałam w ekran smartfona.

- Zostaw ten telefon i jedz, bo ci całkiem wystygnie - ponagliła mnie babcia Irmina, pochylona nad swoim talerzem. - Jaki problem?

- Z naszym Paolem. Jeśli to naprawdę on. A na razie wszystko wskazuje na niego.

Babcia przerwała jedzenie.

- Nie sądzisz, że to może być pomyłka? - zapytała z nadzieją.

- Powtórzę. Wszystko przemawia przeciwko niemu - oznajmiłam. - Poczynając od tego, że od dwóch tygodni nie dał znaku życia, a kończąc na innych przesłankach. Jednego tylko nie rozumiem. Po co on tu w ogóle się zjawił? W jakim celu wszedł z nami w kontakt? Do czego byłyśmy mu potrzebne? Chciał nas na koniec okraść, czy co? Nie mam pojęcia, z czego. Z obrazów Berezyńskiego? Myślał, że nie znamy ich wartości? To jego nazwisko, Vecchi, od początku wydało mi się podejrzane, odkąd wiem, że tak nazywał się jeden z tych dżentelmenów na starym zdjęciu. A występując jako Franco Moreno, całkiem się pogrążył. To nie może być przypadek. Babciu, czemu nas takie rzeczy spotykają? - zakończyłam dramatycznie.

- Ale ja ciągle nie mam pewności, czy to jest na pewno ten Paolo Vecchi, syn Michaela Vecchiego. Ten, który zostawił ojca w Rochester i uciekł do Europy. Bo jeśli tak... - Babcia pokręciła głową i zacisnęła usta. - Jeśli Tosiek zdążył poznać go od nieciekawej strony już w Ameryce, wtedy nic dziwnego, że nie został umieszczony w jego testamencie, mimo że wnuk, jak by nie było. Może po prostu zbiegł do Europy, by się skryć przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości? I tu, w Polsce, dalej uprawia swój proceder.

- I może faktycznie podpalił gospodę Biernata, co? Teraz nagle jest tak, jakbym ujrzała wszystko w innym świetle.

- O Boże, Boże! - Babcia wzniosła oczy ku niebu, znowu przerywając jedzenie. - Najgorsze, że my tu, w Polsce, jesteśmy jego najbliższymi krewnymi.

- Posłuchaj, babciu. - Uniosłam smartfon, żeby lepiej widzieć drobną czcionkę. - Znalazłam w Internecie przynajmniej pięciu oszukanym tą samą metodą. Pięciu, którzy się przyznali i ogłosili to w Internecie, a także zgłosili oszustwo policji. Naprawdę oszukanych jest na pewno dużo, dużo więcej, tylko siedzą cicho. A tutaj jeden napisał, że szuka tego Włocha od dawna i ustalił, że gość podający się za Franka Moreno mieszka z jakąś Polką w Warszawie na ekskluzywnym osiedlu. To by mogła być Wioleta. Jeśli to ona, zostałyśmy oszukane podwójnie. Albo nawet do potęgi. Jakaż to misterna akcja! Aż nie chce mi się wierzyć. Może nawet sam Biernat jest w nią zamieszany.

- Albo odwrotnie. On też jest jego ofiarą. Tak też może być - powiedziała babcia. Skończyła jeść i teraz grzebała w pamięci, szukając podobnej sytuacji w przeczytanych kryminałach. - Słyszałyśmy przecież, że i od niego chciał wyciągnąć jakieś pieniądze. Potem ten pożar.

- To jest ich wersja. Teraz już niczemu, co nam opowiadali, nie można wierzyć.

Babcia wstała od stołu, po czym zabierała swój talerz.

- Twoja zupa ostygła. Może ci odgrzeję? - zaproponowała.

Szybko opróżniłam talerz do dna.

- Posłuchaj, babciu - powiedziałam, odłożywszy łyżkę. - Tylko spekuluję, ale wyobrażam sobie teraz najgorsze. A jeśli on sobie planuje, że jako spadkobierca wuja Antoniego wystąpi z roszczeniami do Moreny, licząc, że gdy coś wywalczy, odsprzeda potem swoją część Biernatowi? Może rzeczywiście obaj nie są w konflikcie, tylko w zmowie? Nie mam pojęcia, jak by mogło do niej dojść, lecz tacy cwaniacy zawsze na siebie trafią. Przypuśćmy, że Paolo Vecchi w restauracji Biernata zażądał zaliczki na konto tego interesu, a oni mu jej pod jakimś pretekstem nie dali. Głupiutka Wioleta była świadkiem tej sceny i może czegoś jeszcze, toteż należało ją zneutralizować, żeby w razie czego nie zeznawała. Dlatego wrobili ją w narkotyki. I dlatego Vecchi ją omotał, po czym umieścił pod kontrolą w jakiejś dziupli, niby u znajomych, a ta kobieta, z którą mieszka, to ktoś zupełnie inny. Jego wizyta u nas i wszystkie te jego piękne gadki były po to, żeby zamydlić nam oczy.

- Czyli Wioleta byłaby niewinna? - wyraziła kolejną nadzieję babcia. Obmywała talerze pod bieżącą wodą. - Popatrz, jak szybko ciepła teraz leci z kranu - zauważyła.

Ja intensywnie myślałam.

- Winna czy nie, na pewno nieświadoma, w co się wplątała - mruknęłam do siebie. Dalej manipulowałam przy smartfonie. - Ciekawi mnie, na czym wpadł. Niczego konkretnego nie mogę znaleźć. - Przeczytałam fragment kolejnego tekstu, który mnie zainteresował. - Posłuchaj, w czym się wyspecjalizował. Udawał włoskiego handlowca, który po jakiejś rzekomej wystawie w Polsce właśnie wraca samolotem do Rzymu. Zostało mu po tej imprezie parę niesprzedanych maszyn czy urządzeń, których nie opłaca mu się zabierać z powrotem do Włoch, bo wysokie opłaty za przewóz i tak dalej. Tu ktoś pisze, że dał się przekonać, że ten niby Franco jako przedstawiciel włoskiej firmy wystawiał coś na targach w Poznaniu. Przekonywał go, że za cztery godziny odlatuje i gotów jest zostawić markowy sprzęt za symboliczną rekompensatę, zaledwie za dwadzieścia procent wartości. Jest nawet opis gościa. Czarne włosy, typowy południowiec, metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, mówi po polsku z silnym włoskim akcentem. Paolo, jak ulał. No i udało mu się dokonać oszustwa. Wziął pieniądze i szybko odjechał.

Babcia przez chwile analizowała to, co usłyszała.

- I gdzie tu to wielkie oszustwo? - zapytała retorycznie. - Rozumiem, że sprzedał coś na lewo, bez podatku i tak dalej. Rozumiem, że kłamał, podawał fałszywą tożsamość, żeby dodać sobie wiarygodności, udawał nie wiadomo kogo, choć nie wiem, po co właściwie. Ale nikogo nie zmuszał do kupna, nie napadł, nie okradł.

- Ach, bo nie doszłam do tego, co najistotniejsze! Markowy sprzęt po uruchomieniu okazywał się chińską podróbką, niewartą nawet tej ceny, którą nieszczęśnik zapłacił.

- To przykre - orzekła babcia, złożywszy dłonie jak do modlitwy. - Naprawdę. Nieszczęśnik mógł jednak wykazać się większą ostrożnością. Naiwny i chciwy dwa razy traci.

- O, widzę, że oszust znalazł w babci obrońcę - skomentowałam kwaśno.

- To nie tak, moja droga. Nie bronię go. On nie postępuje uczciwie, bez dwóch zdań. Mówię tylko, że wykorzystuje ludzi, którym wydaje się, że i oni w jakimś sensie ominą legalną drogę zakupu.

- Pamiętam, że kiedy zjawił się u nas, w Morenie, po raz pierwszy, od razu wydał mi się podejrzany. A ty, babciu, wybacz, tak było, z miejsca obdarzyłaś go zaufaniem. Że przypomina ci Giulia, że wywołał wspomnienia i te pe.

Babcia posmutniała. Rozmowa stawała się nieprzyjemna.

- Oszust tak działa. Najpierw wzbudza zaufanie - stwierdziła w zamyśleniu, po czym energicznie klasnęła w dłonie. - Najważniejsze, że więcej nas nie oszuka.

- Mam nadzieję - odrzekłam, wstając od stołu. - Czuję jednak, że to nie koniec niespodzianek. Ten komisarz Makuła, wydawałoby się bystry facet. - Zastanowiłam się nad tym, co powiedziałam. - No tak, okazał się w sumie nawet przebiegły - stwierdziłam. - Czynił jakieś niewyraźne aluzje. Że ten remont naszego domu dużo kosztuje, jakby chciał zasugerować, że Paolo miał jakiś udział w finansowaniu. Otwarcie oczywiście tego nie powiedział, a nawet zaprzeczył, gdy wprost zapytałam, ale tak to odebrałam i ziarno niepewności, że tak powiem, zostało zasiane. Nie wiem, co o tym myśleć.

- Podejrzewa nas, że jesteśmy w jednej szajce? - zapytała babcia z niedowierzaniem i ekscytacją właściwą czytelniczkom kryminałów. - Niesamowite.

- Oj, babciu, nie chce mi się dziś już o tym myśleć. - Splotłam ramiona i stanęłam przy oknie. - Nie mam siły. Myśli mi się plączą. Tyle mamy do zrobienia w najbliższych dniach, ja zwłaszcza, a tu taki pasztet. Odechciewa się wszystkiego.

- Grunt to się nie załamywać - stwierdziła babcia. - Prawda i tak w końcu wyjdzie na jaw.

Zaczęła przeglądać zawartość szafek i szuflad, jakby sprawdzała, czy nic nie zginęło.

- Też bym tak chciała - mruknęłam. - Żyć jedną budującą maksymą. - Odeszłam od okna i przeszłam do stołowego. Babcia za mną. - Czas się rozpakować. Nikt za nas tego nie zrobi - oznajmiłam. - Witamy w domu.

- Jeśli pozwolisz, najpierw przejdę się po ogrodzie - odrzekła babcia uprzejmym tonem. - Wszystko pewnie zarosło.

- Dobrze, babciu - zgodziłam się. - Nikt nas nie goni. Zdążymy. A ta zupa ogórkowa, bardzo dobra, nie sądzisz?

- Zgadzam się. W ogóle ta kobieta dobrze gotuje. Po domowemu.

- Skąd wiesz?

- Kiedyś, po śmierci mojej mamy, jak zostałam sama, a ty tu jeszcze nie mieszkałaś, Kajetan nie raz przyjeżdżał na rowerze z tą kanką. Broniłam się, ale gdzie tam.

- Dobrzy z nich ludzie. Sami nie mają, a innym pomogą.

Wyszłyśmy przez werandę do ogrodu.

Zwróciłam tam uwagę przede wszystkim równo przyciętą trawę, babcia zaś skierowała się prosto ku swoim rabatom.

- Jak mówiłam - stwierdziła. - Podlewane, ale nie pielone. Kto tak robi? Turki ledwo widać, róże nie ogławiane. A tu? Popatrz. Marchew zachwaszczona, ogórki żółte.

- Babciu, pan Kajetan nie miał być ogrodnikiem, tylko stróżem - powiedziałam.- Za wiele nie wymagajmy. Trawa skoszona. Dla niego to najważniejsze.

- Tak, do tego się nadaje - burknęła babcia.

- I teren uporządkowany, nie walają się żadne resztki, wszystko poukładane za garażem.

- Ma w tym swój interes. Słyszałaś.

- I lata swoje też ma.

- Aha, i zainteresowania. - Babcia nie dopuszczała mnie do głosu. - Niezdrowe.

Przedzierając się przez zarośnięte ścieżki, dotarłyśmy do parkanu. Wtedy usłyszałyśmy znane dyszenie i wezwanie psa do spokoju. Ponad płotem pojawiła się głowa strażnika.

- Uszanowanie! - odezwał się. Babcia słyszała go chyba po raz pierwszy w życiu. - To już z powrotem?

- Dzień dobry - odpowiedziałam. - Mówiłam, że dwa tygodnie.

- Szybko zleciało - skomentował osiłek za płotem. - Ależ robota tu odchodziła! Na okrągło, prawie na trzy zmiany.

Jak na gbura, wydawał się wyjątkowo rozmowny.

- Dziękujemy, że zechciał pan rzucić czasem okiem na posesję - wyraziłam wdzięczność na wyrost.

- E, spokój, nic się nie działo - podsumował strażnik z psem.

Podrzucił mi powód do zaczepki.

- Czyżby? - zdziwiłam się. - Gapiów podobno nie brakowało.

- No tak, ale to... - Spojrzał w bok, szukając odpowiedniego określenia. - Niegroźne - stwierdził. - Zwykła ludzka ciekawość.

- Czyli nie był pan zmuszony do interwencji? - Roześmiałam się, żeby zamaskować ewidentną prowokację w pytaniu. - Nic pana nie zdziwiło?

- Mnie? Mnie już w życiu nic nie zdziwi, proszę pani.

- Burzliwa przeszłość? - Zaszarżowałam z kolejnym pytaniem, nie powiem, aż babcia spojrzała na mnie z niepokojem.

- Proszę pani!

Położył oddzielny akcent na każdym ze słów, co miało oznaczać, że mógłby wiele powiedzieć, ale nie ma o czym gadać. Zamiast potwierdzić lub zaprzeczyć, poklepał psa po karku.

- W każdym razie zaproszenie na kawę ciągle aktualne - przypomniałam. - Może nie dziś, bo, rozumie pan, dopiero wróciłyśmy i trzeba się trochę ogarnąć. Ale innego dnia zawsze, jeśli tylko jestem w domu.

- Będę pamiętał - odrzekł niezobowiązująco i uniósł dłoń, ni to na znak przyrzeczenia, ni pożegnania.

Burknął coś do psa i obaj poszli dalej wzdłuż ogrodzenia. My wycofałyśmy się na trawnik przed domem.

- Dziwna postać - rzekła babcia. - Groźna. Aż mnie ciarki przeszły, kiedy ty z nim tak odważnie zaczęłaś.

- Zamknę bramę - oznajmiłam i zadowolona pomaszerowałam przed siebie.

Gdy przesunęłam jedno skrzydło bramy, zauważyłam, że za furtką po drugiej stronie drogi stoi ktoś znajomy i przygląda mi się. Oczywiście była to Weronika. Przywołałam ją ruchem ręki.

- Zapraszam! - zawołałam, żeby nie było wątpliwości co do intencji.

Zdawało się, że Weronika tylko na to czeka, bo otworzyła furtkę i przebiegła przez jezdnię.

- Nie chciałabym przeszkadzać - powiedziała, gdy już się uściskałyśmy na powitanie.

- Ależ nie, nie przeszkadzasz - zapewniłam ją. - Nic wprawdzie nie mamy, nawet mleka do kawy, mimo to proszę do środka.

- To ja przyniosę - zaproponowała Weronika i nie czekając na nic, pobiegła z powrotem.

Przesunęłam drugie skrzydło, założyłam kłódkę, otworzyłam furtkę. Stałam w niej dłuższą chwilę. Weronika zjawiła się po dwóch minutach, taszcząc karton z mlekiem i plastikowe pudełko.

- Co to? - zapytałam.

- Ach, drobiazg.

W kuchni, po przywitaniu się z babcią, wyjęła z pudełka kawałek ciasta.

- Sernik mojej mamy - oznajmiła. - Na powitanie sąsiadek.

- Dlaczego mama sama nie przyjdzie? - zapytała babcia. - Tak mało się znamy, a przecież tak blisko mieszkamy.

- Nie, nie - odrzekła Weronika. - Nie tym razem, pani Irmino. Została z Zoltanem. Synek trochę biegał i właśnie zasnął.

- To co, jeszcze jedna kawa? - zaproponowałam.

- Proszę bardzo, pijcie, ale beze mnie - odpowiedziała babcia. - Ja poproszę herbatkę. Z melisy.

- To wstawmy wodę. - Postawiłam mały czajnik na gazie. - Chcesz zobaczyć, co nam tu porobili w środku, gdy nas nie było?

Weronika przystała z nieskrywanym zadowoleniem. Ciekawość wprost malowała się na jej twarzy.

- Ale teraz tu ładnie! - zawołała po wspólnej wycieczce po kilku pomieszczeniach.

- Aha, to znaczy, że przedtem było brzydko? Dziękuję za szczerość - zażartowałam.

- No nie! - zaprzeczyła speszona Weronika. - Ale teraz jest tak bardziej nowocześnie.

- Trochę surowo - stwierdziła babcia. - Jutro założymy czyste firanki i zasłony, przykryjemy podłogi, będzie przytulniej.

- Jutro? - zaciekawiłam się. Wystawiłam z szafki talerzyki i czyste filiżanki. - Chyba że wieczorem. Przecież ja pracuję! A w pojedynkę robić tego nie wolno, nie ma mowy. - W otwartej szafce zauważyłam ekspres do mokki i w pierwszej chwili zapragnęłam go użyć, lecz ledwie go dotknęłam, cofnęłam rękę. Przecież to prezent od Paola, tego oszusta! - Tak że zajmie nam to przynajmniej tydzień - dokończyłam.

- A gdybym pomogła? - włączyła się Weronika.

- Wtedy siedem dni - rzuciłam żartem. - Ale bardzo proszę - dodałam. - Będzie nam weselej we trzy. Prawda, babciu?

Babcia przytaknęła, a Weronika spojrzała na mnie dziwnie.

- No tak. - Zorientowałam się, że jest zdziwiona, dlaczego ciocię nazywam babcią. - Może trzeba wywiesić ogłoszenie na ganku? Żeby każdy, kto tu wchodzi, wiedział od progu, że obecnie mieszka tu babcia z wnuczką, obie z rodu Ludwigów. I żebym nie musiała każdemu od początku tłumaczyć, że tu zaszła zmiana.

- To znaczy, że... - Weronika wyglądała na zdezorientowaną. - Dobrze, nie pytam. Chociaż, proszę się nie gniewać, pani Irmino, ale mama mówiła mi coś, co słyszała od swoich rodziców, że pani pierwszym mężem, bardzo krótko, był jakiś Włoch. To możliwe? Bo z tym drugim mężem, którego pamiętam z dawnych lat, pani dzieci nie miała, prawda?

Babcia, zamiast odpowiedzieć, spojrzała na mnie z błaganiem w oczach.

- Ja ci to wyjaśnię - rzekłam, rozstawiając talerzyki i łyżeczki. - Tylko podziel sernik, a ja zrobię coś do picia. Giulio Pavone, mój dziadek, wyjechał z Polski, zanim moja mama przyszła na świat. A jak już przyszła, to jej wychowaniem zajęła się cioteczna siostra babci Irminy. Potem tralalalala, długa i skomplikowana historia, i mamy to, co mamy. Jasne?

- Nie bardzo - przyznała niepewnie Weronika. - Ten twój włoski dziadek, co z nim? Przepraszam, że pytam, ale skoro już o nim mówimy, chciałabym wiedzieć.

- O, i tu będzie nam potrzebna twoja pomoc - oznajmiłam.

- Proszę? - Weronika nie zrozumiała, co łatwo było zrozumieć.

- Znasz język węgierski?

- Co ma jedno do drugiego? - zapytała, ale nie doczekała się odpowiedzi. Trzymałam ja w napięciu. - Owszem, mieszkając na Węgrzech, z teściami, przez dwa lata siłą rzeczy czegoś tam się nauczyłam.

- To tak, jak ja z włoskim - wtrąciła się babcia. - Dogaduję się jako tako. Teraz już dużo zapomniałam, za to kiedyś, ho,ho!

- Potrzebujemy kogoś, kto mówi po węgiersku. - Nie dałam jej się rozgadać. Usiadłam naprzeciw Weroniki i wbiłam w nią wzrok. - I może pojechać z nami do Budapesztu.

Babcia także nie wiedziała, do czego zmierzam. Ponieważ czajnik zaczął gwizdać, wzięłam się za rozlewanie wrzątku.

- I co dalej? - spytała pogubiona Weronika. - Bo nic nie rozumiem.

- To proste - stwierdziłam. - Giulio Pavone, mąż babci, zginął na Węgrzech w czasie ich powstania w listopadzie 1956 r. To też oddzielna historia, nie do opowiedzenia w trzech zdaniach. Dotąd nie wiemy w jakich okolicznościach to się stało i gdzie jest jego grób. I czas już najwyższy, abyśmy go odnalazły. Szczerze mówiąc, należało to zrobić dużo wcześniej. Powiedz jednak sama, jak tam się dogadać? Ja znam tylko kalosz, bambosz niemasz.

Weronika roześmiała się.

- Bez przesady. Tam też znają angielski.

- Wszyscy?

- Nie wszyscy, ale zawsze znajdziesz kogoś, kto zna.

- Dolejcie sobie mleka - odezwała się babcia, przestawiając filiżanki na stół.

- Tak, jeśli wiesz dokąd iść, do kogo się zwrócić, jakie archiwum przejrzeć - kontynuowałam rozmowę z Weroniką, jednocześnie przechylając nad filiżanką kartonik z mlekiem. - A ja nic nie wiem. Możesz coś podpowiedzieć? - Sięgnęłam po kostkę sernika i zaraz odkroiłam łyżeczką spory kawałek. - Mmm, pycha. Spróbuj, babciu.

- Przepis mojej mamy - pochwaliła się Weronika. - A co do tej sprawy, ja bym zaczęła od Instytutu Węgierskiego w Warszawie. Mówią po polsku, mają kontakty, mogą pomóc. Węgrzy mają temat powstania dość dokładnie zbadany, łącznie z listami uczestników i poległych. Jest całe muzeum, które się tym zajmuje. Może faktycznie trzeba będzie tam pojechać.

- A widzisz. I na tę ewentualność potrzebować będziemy przewodnika, prawda? - zwróciłam się do babci, która delektowała się sernikiem i słysząc pytanie, tylko skinęła głową. - Jeśli się zgodzisz.

Weronika nie odpowiedziała od razu.

- To byłoby dla mnie trudne - odrzekła po chwili. - Zastanowię się.

- Ale w czym problem? Że spotkasz swojego byłego?

- Że go spotkam, to pewne.

- Dlaczego? Nie musi o niczym wiedzieć.

- Dobrze, mówię, jak jest. - Weronika odsunęła talerzyk i popiła z filiżanki. - Ferenc jest dziennikarzem w ich telewizji. Taki temat na pewno by go zainteresował. Mógłby pomóc.

- Ale nie chcesz z nim rozmawiać.

- Czy nie wspominałam, że rozeszliśmy się z powodu jego rodziców? - Weronika popijała raz za razem. - A właściwie przez matkę, od której Ferenc jest uzależniony. Otóż gdyby ona się dowiedziała, że ja przyjechałam do Budapesztu i kontaktuję się z jej synem, nie wiem, co by zrobiła. Dlatego mówię, że się zastanowię. Daj mi trochę czasu.

- W porządku - zgodziłam się. - Nie spieszy nam się aż tak bardzo. Wpadłam na ten pomysł dziś, nagle, gdy cię zobaczyłam. Toteż z babcią wcześniej o tym nie rozmawiałyśmy. Na razie mamy parę innych zmartwień, o których nawet nie chce się mówić.

- Pewnie w związku z tym, o czym ci pisałam w mailach? No wiesz, jak byłaś w Kanadzie.

- Też, ale pojawiły się większe problemy. Jak to w życiu. - Dawałam jej do zrozumienia, że nie będę teraz o nich mówiła. - A co tam w Kornelinie? Wydarzyło się coś? - zapytałam po chwili.

Weronika uniosła wysoko ramiona.

- Chyba tylko to, że szosę nam pod nosem zaczęli budować. Żegnaj błogi, półwiejski spokoju, niestety.

- A jednak! - zauważyłam. - Znaczy, spieszą się.

- Pewnie mają jakiś fundusz europejski do wykorzystania. I nowe osiedle stawiać będą - dodała. - Zaraz przy drodze. Ludzie się dziwią, bo w razie powodzi Wisła może te domki podtopić. Ale chyba wiedzą, co robią?

- Już budują?

- Na razie przygotowują teren. Byłam tam z Zoltanem na spacerze. - Weronika zorientowała się, że zaczynają mówić o sprawach mało ważnych. - Wpadłam tylko na chwilę, pójdę już - oznajmiła i wstała od stołu. - Na pewno chcecie odpocząć po podróży, a ja tu wam czas zabieram.

- Nie przejmuj się - uspokoiłam ją. - Cieszę się, że pogadałyśmy.

- Proszę przekazać mamie, że sernik jest pyszny - dodała babcia.

- Dziękuję i do widzenia - odrzekła Weronika. - Zabiorę pudełko.

Kiedy wyszła, powiedziałam:

- Naprawdę dobrze, że wpadła. Mogłyśmy choć przez chwilę nie myśleć o tej strasznej sprawie z Paolem. Może faktycznie warto trochę odpocząć, zanim pójdę po jakieś zakupy?

Przeszłyśmy do stołowego, gdzie stały ciągle nie rozpakowane walizy. Odsunęłam zamek bocznej kieszeni jednej z nich i wyciągnęłam kopertę z płytą CD. Podeszłam do odtwarzacza, podłączyłam go do prądu, umieściłam płytę na talerzu i pozwoliłam, żeby zaczęło się odtwarzanie. Po chwili z głośników popłynęły pierwsze dźwięki. Ktoś delikatnie głaskał klawisze pianina, wydobywając z niego synkopowaną melodię. W tle słychać było kontrabas i z uczuciem wybijany rytm na perkusji. Babcia opadła na fotel.

- Co to jest? - zapytała zdumiona i zastygła w bezruchu ze złożonymi dłońmi. - To jak... To tak jakby...

- Tak, to wujek gra - oznajmiłam. - On i jego combo. Antoni Ludwig, babciu. Wrócił do domu. Do swojej Moreny.

Babcia zasłoniła oczy. Chwilę tak trwała, stojąc, po czym osunęła się na najbliższe krzesło i zaniosła się głośnym szlochem. Pierwszy raz ujrzałam ją płaczącą jak dziecko, bez żadnych zahamowań. Podeszłam do niej z boku i pochyliwszy się, mocno ją objęłam.

Rozdział 6

Pod koniec dnia pracy zadzwoniłam do babci Irminy.

- I jak tam ta trójca od przenosin? - zapytałam, stojąc na korytarzu, w pobliżu drzwi do toalety. - Zrobili, co do nich należało?

- O, tak, nawet dużo więcej - odpowiedziała babcia. - Wyobraź sobie, potrzepali dywany!

- Niemożliwe. Chyba za dodatkową opłatą? Trzepania nie mieli w umowie, jak sądzę.

- Dałam im na piwo. Już sobie poszli. Właściwie odjechali, tym swoim busem. Podpisałam w naszym imieniu, że nie zgłaszamy pretensji. A u ciebie? Czego dowiedziałaś się w Otwocku?

- Ja? To raczej oni ode mnie chcieli czegoś się dowiedzieć. Niestety, nie miałam nic ciekawego do powiedzenia. Paolo nie wtajemniczył mnie w swoje interesy.

- To na pewno Paolo? Widziałaś go? Rozmawiałaś z nim?

- Nie pozwolili. Ale nie mam wątpliwości, że to o niego chodzi. Wypuszczą go jednak na wolność, babciu. Może nawet już wypuścili, bo czterdzieści osiem godzin od zatrzymania minęło. Ma jakiegoś adwokata, a oni nie mają na niego nic, co by im pozwoliło zatrzymać go w areszcie na dłużej. Chyba że czegoś nie wiemy, że policja nie wszystko mówi. Tak że nie można wykluczyć, że Paolo niebawem u nas się zjawi. Jedno mnie dziwi. Gdzie jest Wioleta? Co z nią? Czy w tej sytuacji nie powinna sama skontaktować się z nami?

- Spokojnie, Zuziu. Może gdzieś uciekła ze strachu, jak się dowiedziała o zatrzymaniu, może po prostu nic nie wie. Kto ją tam wie, kim jest naprawdę.

- W tym właśnie problem. My ufamy ludziom, a oni po czasie okazują się kimś innym, niż sądziliśmy. - Nagle pojęłam, że popełniła nietakt. Poczułam, że się czerwienię. Znowu w porę nie ugryzłam się w język. Babcia mogła wziąć te słowa do siebie. Zaczęłam się tłumaczyć: - Dobrze, jeśli nic złego z tego nie wynika, jednak czasami...

- Wracasz o zwykłej porze? - weszła mi w słowo.

- Tak - odrzekłam z ulgą, że nie muszę, plącząc się w zeznaniach, wyjaśniać, co miałam na myśli. - Za piętnaście minut wychodzę. Do zobaczenia.

Po powrocie z toalety zastałam w pokoju samą tylko Agę. Siedziała przed monitorem i klikała raz za razem myszką. Usiadłam cicho za biurkiem.

- Słuchaj, czy coś się popsuło między tobą a Gabrysią? - zapytałam po chwili, wracając do przerwanej rozmowy sprzed kilku godzin. - Aga bez słowa pokręciła głową, nie odrywając wzroku od monitora. - Och, przepraszam, że w ogóle zapytałam - rzuciłam z pretensją i zajęłam się swoim komputerem.

Prowokacja podziałała. Aga wsparła brodę na przedramieniu.

- Nie umiem ci tego wyjaśnić - burknęła. Dalej klikała, zdawało się, że bez sensu. - Ale nie przejmuj się, sama sobie też nie umiem - dodała. Ściągnęłam połówkę ust, demonstrując swój sceptycyzm wobec jej oświadczenia. - Cholera! Cholera! - krzyknęła nagle Aga. - Co to jest? - Rzuciła myszką, odchyliła się w fotelu. Wystraszona jej zachowaniem, podniosłam wzrok. Wyglądało to tak, jakby Aga zobaczyła coś przerażającego na monitorze. - Przecież ja go nie znoszę! - syknęła i ze złości aż zacisnęła pięści. - Nie cierpię tej jego pozy, tego wymądrzania się. Za to, co zrobił Gabrysi, zostawiając ją samą, ja bym go, uh!

Dopiero teraz pojęłam, że jej uwaga skupiona jest na osobie Marcina Pysznego.

- Przecież oni rozstali się, podobno zgodnie, z powodu niezgodności, nawzajem się zostawili. - Rwałam zdanie na kawałki, nie będąc w stanie, wobec wybuchu Agi, skupić myśli.

- Co? - Aga spojrzała na mnie, jakby nie rozumiała, o czym mowa. - Może. Nieważne. Nie o to, cholera jasna, chodzi.

- A o co?

- No żeby mi takiego buca, takiego cynika, pająka, takiego intelektualnego drania było żal? Żebym cierpiała, że odchodzi? Co to jest, ty mi powiedz! Przecież jesteś niegłupia.

- Ja? - Popatrzyłam odważniej na odmalowaną przez Agę rzeczywistość, a ta mnie przeraziła. Co miałam jej powiedzieć? - Nie wiem, co to jest, ale na pewno nie jest to nic dobrego, moja droga. Oj, nie jest.

- No właśnie. - Aga opuściła głowę i wbiła palce we włosy.

- Może jednak... - Uznałam, że muszę wygłosić coś pocieszającego. - Może to nie jest to, co myślisz? W końcu ja też żałuję, że Pysia nie będzie z nami i jest mi z tego powodu smutno. A zobacz, nie ciskam się i nie szaleję. - Nie odniosłam wrażenia, że cierpiącą Agę do czegokolwiek przekonałam. - Á propos, on przypadkiem nie wejdzie tu zaraz? - zaniepokoiłam się.

- Nie wejdzie, wyszedł już na dobre. Pożegnał się do jutra. - Aga wyprostowała się. - Powiedz mi łaskawie jedną rzecz - poprosiła. - O ile uważasz się za moją przyjaciółkę, naturalnie. Czy mogłabyś się ze mną dziś upić? Gdzieś w knajpie, albo w parku. Narozrabiamy, policja nas zgarnie i będzie fajnie.

- Kompletnie ci odbiło - skrytykowałam ją. - Jeśli naprawdę masz problem i nie chcesz wracać do siebie, jedź ze mną do Kornelina. Warunki wprawdzie chwilowo spartańskie, ale coś się dla ciebie znajdzie. A ostatecznie coś do wypicia też. I powód także. Czy oni, no wiesz, zamieszkali znowu z sobą?

Aga potrząsnęła głową.

- Choć jak tak dalej pójdzie... - rzekła i zawiesiła głos.

- A Iza? Gdzie jest?

- Nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - Zobacz, może stoi pod drzwiami i podsłuchuje. Miała iść do Ewy. Często pod koniec dnia do niej chodzi. Zauważyłaś? Spowiada się jej, czy co?

- Oj, Aga, Aga - westchnęłam. - Żałość przez ciebie przemawia. I jakaś złość. Żal mi cię, owszem, ale powiem ci, że mi też jest nielekko.

- Nie wysilaj się. Już mi to mówiłaś. Nie działa. Nie współczuję ci, sorry.

- Nie to. Nie chodzi o pożegnanie z Pysiem. O coś zupełnie innego.

Aga spojrzała na mnie bardziej przytomnie.

- Facet? - Powiedziała to tak, jakby nadzieję chciała połączyć w jedno z niedowierzaniem. Potwierdziłam lekkim skłonem głowy. - Twój facet? - Tym razem w jej głosie pojawiło się samo niedowierzanie.

Odpowiedzią był mój niewiele mówiący grymas. Paolo był dalekim kuzynem, nie facetem. Na siłę można by przykleić to miano do Marka. Owszem, stwarzał problem, lecz teraz nawet o nim nie myślałam. Problemem był dla mnie wyłącznie Paolo Vecchi.

- Dobra, jedziemy! - zarządziła Aga. Wyłączyła komputer i wstała od biurka. - Tylko pamiętaj, przed północą chcę być w domu. Czyli musisz mnie wrzucić do pociągu o jedenastej najdalej.

- Powiedziałam, możesz u nas przenocować - przypomniałam, także zbierając się do wyjścia.

- Wiesz co? Liczy się spontaniczność. Jeśli teraz mam jechać po jakieś swoje rzeczy, żeby rano mieć w co się ubrać, zabrać szczoteczkę, szminkę i diabli wiedzą co, i jeszcze do tego spotkać Gabi i się tłumaczyć, to sram na taką ucieczkę.

- Nie wyrażaj się.

Aga stanęła w drzwiach.

- Idziesz czy nie? Iza wróci, to pozamyka.

Poddałam się. Przemknęłyśmy cicho korytarzem, żeby przypadkiem nikogo nie spotkać i zbiegłyśmy po schodach ku wyjściu.

Późnosierpniowe popołudniowe słońce wplecione w gęstą zabudowę śródmieścia dawało uczucie przyjemnego, niedokuczliwego ciepła.

- Spieszy ci się? - rzuciła pytanie Aga. - Nie? To przejdźmy kawałek pieszo.

- Chodzi się przeważnie pieszo - wytknęłam jej.

- O, drugi Pyszny się odezwał! - udała oburzenie Aga. - Mówiłam? Mówiłam. Nawet nie zauważyłaś, kiedy cię oplątał swoją siecią. Już mówisz jego językiem.

Szłyśmy spacerowym krokiem w kierunku następnego przystanku.

- Coś ci powiem. Nie tak dawno, kiedy mnie przed nim ostrzegałaś, spytałam cię, czy ciebie kiedyś też oplątał. Pamiętasz? - Drążyłam odważnie temat. Aga, słuchając, patrzyła pod nogi. - Wydawało mi się, że mnie wtedy podrapiesz.

- Ha! A jak teraz mówię, że cię złapał w swoją sieć, biedna muszko, nie masz ochoty na to samo? - Zaatakowana zaczęła bronić się, podejmując kontratak.

- Aga, zrozum, ja nie mam problemu z Pysiem - powtórzyłam swoje stanowisko. - Przynajmniej w takim sensie, no wiesz, jakim. Jest dla mnie tylko starszym, mogę nawet przyznać, że mądrzejszym kolegą. Owszem, usiłuje być mentorem, takim, co to już swoje przeszedł, zdobył życiową mądrość, zyskał dystans do wszystkiego, co, nawiasem mówiąc, nie jest do końca prawdą, i teraz poucza cię, jak powinnaś sama postępować, żeby nie wejść na minę. Te jego metody, ten język, mogą irytować, ale w sumie...

- Dziewczyno! Czy ty siebie słyszysz? - Aga aż przystanęła.

- Ale że co?

- No co? Toż to prawdziwe zafascynowanie. Ten głos, ta emfaza! I to kim!

- Przesadzasz.

- Akurat, przesadzam. A ostrzegałam!

- Tak, ostrzegałaś. Żebym nie poszła twoją drogą. To chcesz powiedzieć?

- Zamorduję cię! - syknęła Aga przez zęby, dając mi lekkiego kuksańca w bok, co łatwo było poczytać za bezsilność i przyznanie racji.

Szłyśmy przez chwilę w milczeniu.

- Powiedz mi jedną rzecz - zaczęłam na nowo. - Czy ty przypadkiem...

Zamierzała zapytać Agę o sprawę najistotniejszą. Żeby już to słowo, które skrzętnie omijałyśmy, wreszcie padło. Ta jednak nie dała mi dokończyć.

- O, lody! - zawołała. - Masz chęć? Ja mam. Prawdziwe włoskie gelato.

Ja skrzywiłam się z niesmakiem.

- Mam dziś alergię na wszelką włoszczyznę - wyznałam.

- Na-praw-dę? - Aga, zdumiona, wyakcentowała każdą sylabę oddzielnie. - No, no! To tu cię boli, myszko mała. Co to za wredny Italiano? Znam go?

- Nie. - Pokręciłam głową. - Nawet ja go nie znam. To znaczy, myślałam, że znam, ale...

- Tylko nie wstawiaj mi tu rebusów w stylu Pysznego. Mów prosto co i jak.

- To zbyt skomplikowane - broniłam się. - Nie da się tak, w marszu.

- No więc gdzieś usiądźmy. - Rozejrzała się. - Rozumiem, że włoska restauracja odpada?

- Absolutnie. Kawy też mam dosyć.

- A winko? Co ty na to? Jedna mała lampeczka. No zgódź się!

- Ostatecznie. Byle nie włoskie.

- Znakomicie. Tego nam trzeba. Pójdziemy do Corso, to niedaleko. Skręcamy.

- Tam się poznaliście z Pysiem?

- Jak mi jeszcze raz... - Aga pogroziła mi z iskrą w oku. Potem jakby sobie coś przypomniała. - Poznaliśmy się w klubie studenckim.

- Innym razem mówiłaś, że poznaliście się przez Gabrielę. Zdecyduj się na jedną wersję.

- A może tak. Nie, kiedy poznałam Gabrysię, oni już się kłócili.

- Oni zawsze się kłócą.

- Zauważyłaś? - Aga zajrzała mi w oczy. - Dlatego nie mogą się znieść.

- Ty też byś się kłóciła.

- O, i to jeszcze jak!

- Gdybyś miała okazję.

Kontrolowałam chaotyczną rozmowę, Aga tymczasem jedynie reagowała na kolejne wypowiedzi, nie dbając o to, czy jedno zdanie wiąże się z drugim.

- Muszę zapalić, bo tam, jak wejdziemy, nie da się - oznajmiła i sięgnęła do torebki. Wyciągnęła papierosa i przypaliła. - Co powiedziałaś?

- Że Pysio bywa wkurzający.

- Musimy ciągle o nim mówić? Był, nie ma, temat skończony.

- Z tobą naprawdę jest źle, Aguś. Ja cię dziś po prostu nie poznaję. Mówimy o twoim szwagrze, mężu przyrodniej siostry. Nie zniknie nagle z waszego życia. Poza tym jutro, jak co dzień, przyjdzie do pracy.

Aga wydmuchnęła dym tak mocno i głęboko, jakby chciała razem z nim pozbyć się z piersi płuc.

- I za to jeszcze bardziej go nienawidzę - oświadczyła.

- A ja myślę, że za coś innego - powiedziałam, lecz widząc popłoch w oczach koleżanki, że usłyszy prawdę o sobie, zamilkłam.

- Nie, no mów! - zachęciła mnie Aga po kilku szybkich papierosowych wdechach.

- E, nieważne. Później ci powiem.

- No mów, co mnie nie zabije... i tak dalej.

- Wchodzimy? - spytałam.

Doszłyśmy właśnie do kawiarni na uboczu.

- Ale tylko po lampce i spadamy - zastrzegła Aga i przydeptała końcówkę papierosa..

- Dokładnie na to się umawiałyśmy.

- To wchodź pierwsza.

Zaledwie się rozsiadłyśmy, zjawiła się kelnerka z kartami dań.

- A jakie wina państwo macie? - zapytałam od razu, bez zaglądania do menu.

- Proponuję chianti - odpowiedziała dziewczyna. - Prosto z Włoch.

Skrzywiłam się tak, jakby zaproponowano mi kieliszek octu.

- A poza tym? - spytała Aga.

- Mamy jeszcze bułgarskie.

- A porto?

- I mołdawskie.

- Czyli porto nie ma?

Ja już studiowałam kartę.

- Poproszę to. - Pokazałam palcem pozycję na liście. - Cokolwiek to jest.

- Bardzo dobre - oznajmiła kelnerka. - Półwytrawne.

- To dla mnie to samo - podchwyciła Aga, ale zaraz się rozmyśliła. - Albo nie! Macie takie ciemne, mołdawskie, podobne do porto?

- Oczywiście.

- To poproszę lampkę.

- Czyli dla pani kagor, a dla pani sophia. Coś poza tym?

- Na razie tylko wino - odrzekła Aga.

Kelnerka podeszła do baru i zostawiła kartkę barmanowi.

- To teraz mów - rozkazała Aga.

- Co mam mówić? - Szczerze mówiąc, nie byłam skora do zwierzeń.

- No o tym Włochu. Co to za gagatek?

- Posłuchaj. To strasznie zagmatwana historia.

- Takie są najlepsze.

- I dziwna.

- Dobra, nie chcesz mówić, nie mów. Tylko po co w takim razie tu przyszłyśmy?

- Wygląda na to, że jest moim dalekim kuzynem - zaczęłam, żeby nie sprawić jej zawodu.

- Wygląda na to, czy jest?

- Właściwie jest.

- Ale dalekim?

- Formalnie obcy, w rzeczywistości mamy wspólnego pradziadka.

- Bo ty, o ile pamiętam, masz jakieś włoskie korzenie. No, no. I co?

- I nic. Oszukał mnie.

- Włoch? Typowe. Jest parę filmów na ten temat.

Z bezsilności ukryłam na moment twarz w dłoniach. Kiedy ją odsłoniłam, zobaczyłam obok siebie kelnerkę.

- Przepraszam - powiedziała dziewczyna i postawiła na stole dwa pełne kieliszki.

Aga podziękowała, kelnerka oddaliła się.

- Nasze panieńskie. - Powiedziawszy to, Aga natychmiast wypiła spory łyk.

Ja także upiłam z kieliszka.

- Oczywiście. Po co im latem lodówka - skomentowała kpiąco temperaturę trunku.

- Mówisz więc, że oszukał. Ale zaszło coś między wami? Aha, kuzyn. Ale daleki, to coś mogło zajść. Coś ci obiecał? Skoro to Włoch...

- Aga, ja cię przepraszam, ale to w ogóle nie jest taka historia. Otóż mój niby kuzyn, który zjawił się u nas niespodzianie na początku lata, bardzo szybko zniknął z moją koleżanką, znasz ją, Wioleta, ta, która u nas zamieszkała, i nie pokazywał się długo. Raz tylko. Niby że się ukrywa, bo go policja poszukuje. Bo Biernat, wiesz który, ten z Kornelina, oskarża go o podpalenie restauracji.

- Tego Włocha znaczy. - Aga sprawdziła, czy nadąża i pociągnęła kolejny łyk. - Zajarałabym. Ale jak zapalę, wyrzucą nas.

- Nie pal tyle, to szkodzi.

- Słyszałam w telewizji. No i co dalej?

- No wiesz. Zaangażowałam się w oczyszczenie go z podejrzeń, bo mnie przekonał, że jest niewinny, a potem się okazało, że przekonywanie to jego specjalność. - Żeby mieć czas na zastanowienie się, co powiedzieć dalej, sięgnęłam po kieliszek. - Dobra, powiem krótko - zdecydowałam, upiwszy sporo. - W sobotę policja zwinęła go pod marketem za handel lipnym towarem. No wiesz, miał jakąś chińszczyznę, a przekonywał, niestety, skutecznie, że to sprzęt markowy. Na tym procederze zbijał majątek. A wiesz od kogo po raz pierwszy o tym usłyszałam? - Aga w odpowiedzi uniosła brwi i rozłożyła ręce. - Od Pysia. W drodze z lotniska.

- To Pyszny go znał? - Aga na dźwięk biurowej ksywki Marcina natychmiast wzmogła uwagę.

- Skąd! Nie miał pojęcia, że to o nim mówi.

- A troszkę jaśniej możesz? Bo jakoś tak nie bardzo jarzę.

- Po prostu. Usłyszał gdzieś w redakcji, czy od jakiegoś znajomego dziennikarza, to dla mnie niejasne, że przymknęli Włocha o nazwisku Franco Moreno. Swoją drogą ciekawe, gdzie on będzie tym rzecznikiem. Ty na pewno wiesz. Skojarzyło mu się z naszą Moreną, rozumiesz?

- Aaa. Czyli ta nazwa waszej willi to od nazwiska rzecznika pochodzi? Zawsze się zastanawiałam, co to za Morena. I co to za rzecznik.

- Wygłupiasz się, wiem. On naprawdę nazywa się Paolo Vecchi. Chociaż teraz nawet tego nie mogę być pewna.

Aga wyciągnęła rękę po kieliszek.

- Wiesz co, na trzeźwo tego nie pokapuję. Twoje zdrowie. I wszystkich uczciwych Włochów.

Po toaście zostało jej już tylko trochę wina na dnie. Próbowałam dorównać Adze, ale tak dobrze mi nie poszło.

- A słuchaj - powiedziałam. - O tym odejściu Pysia chciałam. Mam wrażenie, że wiesz o jego wypowiedzeniu nie od dziś.

W odpowiedzi Aga skłoniła głowę, po czym szybko ją podniosła.

- Wiem od piątku, bystrzacho.

- To znaczy, że od piątku cierpisz? I dlatego na lotnisko...

- Pfff! - prychnęła Aga. - Kto ci powiedział, że cierpię?

- Ty sama. Przed godziną.

- No chyba żartujesz. Miałabym cierpieć z tak głupiego powodu?

- Dobrze. Zapytam cię raz i więcej nie. - Zebrałam się w sobie i dla kurażu wypiłam resztę wina. - Czy ty przypadkiem nie zakochałaś się w nim?

Aga wybałuszyła oczy, po czym wybuchła głośnym, nieco sztucznym śmiechem, ściągając na siebie uwagę nielicznych klientów i barmana. Skończyła równie nagle, jak zaczęła.

- Oszalałaś? W Pysznym? Przecież ja go nie znoszę! Pająk jeden.

- Ludziom różnie się zdaje, a serce nie sługa, że się tak niebanalnie wyrażę.

Aga spoważniała.

- Nie w tym przypadku - oznajmiła sucho. - Bierzemy jeszcze raz po kieliszku?

- Aguś, nie! Płacimy i wychodzimy. Napijemy się u mnie. Powiedz mi tylko, o co chodzi, bo ja twojego problemu nie ogarniam.

- Czyli mamy remis. Ja twój też średnio kumam.

- Ha, bo się nie starasz. A ja próbuję przynajmniej.

- Uważaj! - Aga rzuciła nagle dziwne ostrzeżenie. Przed chwilą, słuchając jednym uchem, wpatrywała się w wielkie lustro umocowane na jednej z kolumn. - Nie oglądaj się gwałtownie, tylko spójrz dyskretnie. I powiedz mi, skąd ja znam tę blondynę, co stoi w drzwiach do zaplecza, tam, przy barze, i chyba nam się przypatruje.

Obróciłam się natychmiast, nie zachowując podanych mi reguł konspiracji. Ujrzawszy opisaną dziewczynę, zerwałam się z miejsca i szybkim krokiem próbowałam się do niej zbliżyć, ta jednak błyskawicznie zniknęła za drzwiami. Chciałam pobiec jej śladem, lecz drogę zagrodził mi barman.

- Gdzie! - krzyknął ostro. - Tam klienci nie wchodzą!

- Wiola! - zawołałam. - Przepraszam pana, ja tylko na moment - powiedziałam do rosłego barmana. - To moja znajoma. Wioleta!

Nikt jednak nie pokazał się. Spróbowałam więc wedrzeć się do środka.

- Sama pani odejdzie czy mam pomóc? - Barman ściskający moje przedramię postawił jasną alternatywę. Zrezygnowana odsunęłam się od drzwi. - Proponowałbym na drugi raz nie pić na pusty żołądek - burknął facet pod nosem.

- Co za chamstwo - odburknęłam, rozcierając okolice łokcia. Za szybko wypite wino dawało mi się we znaki. - Żeby pan wiedział, więcej tu nie przyjdę. Rachunek proszę.

Barman, który zapewne był w tym lokalu kimś więcej niż tylko człowiekiem od podawania drinków, przywołał lekko wystraszoną, przyglądającą się całej scenie z pewnego oddalenia kelnerkę. Ta zbliżyła się równocześnie z Agą, która, nie zważając na groźnego mężczyznę u mego boku, z miejsca powiedziała:

- A co? Miałam rację?

- Panie płacą - oznajmił barman. - I wychodzą.

- Bo jak nie, to co? - odezwała się hardo Aga. - Pobijesz mnie, przystojniaku? Są świadkowie, że byłyśmy atakowane.

- Proszę zapłacić i grzecznie opuścić lokal - odrzekł osiłek nieco łagodniej. - I nie robić awantury.

Bez słowa przeszłam do stolika, zdjęłam z krzesła swoją torebkę i energicznie zawróciłam. Gdy podeszłam do baru, Aga właśnie regulowała rachunek. Zamierzałam dołożyć swoją część, ale ona zamknęła mi torebkę.

- Daj spokój, zapłacone, wychodzimy, ten pan jest niemiły - oznajmiła. - Bez odbioru - zwróciła się jeszcze do barmana, równocześnie delikatnie popychając mnie ku wyjściu.

Gdy znalazłyśmy się na zewnątrz, zaczęłyśmy najpierw z cicha się podśmiewać, by po chwili wybuchnąć pełnym, niehamowanym i głośnym śmiechem. Ja pierwsza spoważniałam.

- To była Wioleta - oznajmiłam. - Bez wątpienia. Dlaczego uciekła? Rozumiesz coś z tego?

- Nie rozumiem nic a nic - odrzekła Aga, której wzmacniane mołdawskie wino bardziej zaszumiało w głowie i nie zamierzała zachowywać powagi. - Nawet nie próbuję. I, błagam, dopóki nie dojedziemy do waszej cudownej chatynki, tego świdra-midra, czy jak mu tam, nie wspominaj mi ni słowem o Pysiu Srysiu, fałszywym Italiano ani o żadnej Wioli Sroli, bo mnie szlag na miejscu trafi.

- Ale gdy dojedziemy... - Dla podtrzymania nastroju zgrywałam bardziej podpitą niż byłam, w rzeczywistości kontrolowałam sytuację. - Jak dojedziemy, masz mi powiedzieć, co tak naprawdę zalęgło się w piątek w twojej pięknej główce.

- Nie bądź śmieszna - odrzekła Aga, jakby chciała na nowo zaciągnąć maskę po chwilowym jej odsłonięciu. - Nic się nie zalęgło.

- Akurat. Nie wierzę ci.

Poszłyśmy w kierunku najbliższego przystanku tramwajowego. Dyskretnie rozglądałam się wokół, czy nie dojrzę gdzieś Wiolety, lecz dziewczyny nigdzie nie było. Uznałam, że jej dziwne zachowanie bierze się z zatrzymania Paola. Bo co by miała powiedzieć, gdyby została o niego zapytana? Lepiej uniknąć takiej sytuacji. Ale co robiła w tym podejrzanym lokalu i czemu barman tak zacięcie bronił dostępu do niej?

1

Dwa tygodnie, które zmieniły tak wiele! Gdyby przed wylotem do Kanady jakaś wróżka przepowiedziała mi, że podczas tej podróży moje życie legnie w gruzach, by chwilę później powstać z ruin niczym Warszawa po ostatniej wojnie światowej, roześmiałabym się jej w twarz. Co ja wygaduję! - pomyślam. Porównanie swego życia do odbudowanej stolicy - tej samej, ale już nie takiej samej - które nie wiadomo skąd strzeliło mi do głowy, wydało mi się żenująco patetyczne. Lepsze to jednak niż mityczny Feniks, co to odradza się z popiołów. A tak wyglądała moja przemiana.

Zrobiłam kwaśną minę do własnych myśli i pokręciłam głową.

- O czym tak dumasz? - zapytała babcia Irmina, dostrzegłszy ten grymas.

Oj, babciu, babciu, przemknęło mi przez głowę. Kiedy leciałyśmy w tamtą stronę, byłaś dla mnie ciocią, a teraz ta ciocia wydaje się odległą przeszłością. Przyznasz, że jest o czym dumać.

- Paolo miał rację - powiedziałam głośno. - Pamiętasz, co powiedział na lotnisku przed naszym wyjazdem? Że kiedy wrócimy z Kanady, różne sprawy wydadzą się nam o wiele jaśniejsze, bardziej zrozumiałe. Czy coś w tym rodzaju. Może inaczej to ujął, dobrze nie pamiętam. W każdym razie jest dokładnie tak, jak przepowiedział. Sądzę, że on wie dużo więcej, niż nam się wydaje, tylko z jakiegoś powodu wszystkiego nie mówi. Nawet o nas samych sporo wie, co jest najbardziej zastanawiające. Ale skąd? Od kogo?

- Nie mam pojęcia, Zuziu - odrzekła babcia. - Powtarzam ci tylko przy byle okazji, że każda prawda kiedyś wychodzi na jaw. Czy nie tak? Pewnie się już z tego mojego powiedzonka podśmiewasz po kątach.

- Noo... - mruknęłam z ociąganiem. Nie, żebym się podśmiewała, ale uśmiech budziło często. - To prawda, wychodzi na jaw. Tylko dlaczego zawsze na koniec okazuje się, że jest to prawda niepełna?

Dzięki Carol, wracałyśmy do Warszawy bez żadnej przesiadki, prosto z Toronto. Przez ten jej pomysł, aby w ostatnich dniach pobytu w Kanadzie, zaraz po powrocie z wycieczki w Góry Laurentyńskie, spakować się i wyruszyć w piątkę, czyli z nią i jej rodzicami, do Toronto przez Ottawę. Po krótkim pobycie w stolicy Kanady (Bo co tam zwiedzać? Chyba tylko Parlament - zauważyła złośliwie Carol), zatrzymać się na noc w hotelu w Toronto, następnego dnia rzucić okiem na miasto (Carol: Amerykańskie w stylu, nie ma porównania z Montrealem) i odwiedzić wodospad Niagara, a stamtąd wrócić prosto na lotnisko Pearsona, by zdążyć na nocny lot do Warszawy. Pomysł podobał mi się. Liczyłam, że przy okazji nadmiar wrażeń pozwoli babci Irminie oderwać się od jałowych rozmyślaniach i ciągłego roztrząsania tego, co się zdarzyło i nie wróci. Babcia bowiem wciąż nie mogła otrząsnąć się po śmierci i pogrzebie brata. Zwłaszcza kremacja wywarła na niej przygnębiające wrażenie.

- I co po nim zostało? Garstka popiołu - powtarzała co kilka godzin. - I parę na krzyż wspomnień.

- Nie parę - próbowałam prostować. - Mnóstwo. Całe życie przecież.

- Jakie znowu życie? - zaoponowała za którymś razem babcia. - Pęknięte na pół, roztrzaskane. Oni tu nic nie wiedzą, co się z nim działo w Polsce, ja praktycznie nic nie wiem o jego życiu tutaj, bo to, co on do nas pisał, to... - powiedziała, nie znalazła jednak odpowiedniego słowa na nazwanie obrazów, jakie wuj Antoni roztaczał w listach do rodziny. - O rzeczach nieważnych pisał, te najważniejsze pomijał. A jego pobyt we Włoszech, zaraz po ucieczce z Polski, zanim przybył do Ameryki? O tym okresie właściwie nikt nic pewnego nie wie. Nie ma go. Jakby to jego życie od razu przeszło ze stanu stałego w lotny. Sublimacja.

- Ładnie powiedziane, ale cóż nam po bonmotach? - rzuciłam po kolejnej sesji westchnień i żalów, jaka nastąpiła po powrocie z górskiej wycieczki, i aż się wystraszyłam, że babcia może poczuć się moimi słowami dotknięta. - Zaraz po powrocie trzeba podjąć stanowcze działanie - dodałam szybko. - Posklejać to życie wujka w jedną całość. Czy nie takie było jego życzenie?

Babcia popatrzyła smętnie.

- Nie myślał o sobie. Chodziło mu o rodzinę - oznajmiła. - Żeby prawda wyszła na jaw.

- No i udało mu się! - Spróbowałam na okrągło zamknąć temat.

- Prawie - skwitowała babcia.

- Faktycznie - zgodziłam się tym samym zgaszonym tonem. - Parę sekretów jednak nam zostawił. Jak choćby ten o Paolu. Kim on jest naprawdę? Ale to już zadanie dla nas. Ja w każdym razie wiem, co robić. A tymczasem, być w Ameryce i nie zobaczyć Niagary? - rzekłam z ożywieniem. - Tego sobie nie wyobrażam! Zwłaszcza że jesteśmy tak blisko!

Nie zdołałam zarazić jej swoim entuzjazmem. Sprawiłam tylko, że babcia popatrzyła na mnie uważniej. Nie wiem, co szczególnego w mej twarzy dostrzegła, lecz wydało mi się, że nagle zrozumiała, jak bardzo mi na tej wycieczce zależy.

- Jeśli o mnie chodzi, mogę to sobie wyobrazić. Ale ty? W żadnym wypadku! - Jej wykrzyknik zabrzmiał nieco sztucznie, choć był szczery. - Pakujemy się. Przecież i tak musimy jakoś dostać się do Toronto. A jeśli można połączyć przyjemne z pożytecznym, dlaczego nie? - Jej ożywienie szybko jednak przygasło. - Mimo wszystko, choć Antosia nie ma już z nami, jakoś żal mi opuszczać to miejsce. Gdy pomyślę, że już na zawsze, to coś mnie ściska. Dziś nie wiem, jak to zrobić, ale kiedyś... - Chwyciła moją dłoń. - Obiecaj mi, Zuziu.

- Co, babciu?

- Że spełnimy życzenie mojego brata i sprowadzimy jego prochy do Polski. Jeśli ja nie zdążę, to przynajmniej ty sama. Bob na pewno pomoże.

- No nie wiem, przecież to jego ojciec! Carol też była z nim związana. Są tam jacyś jego znajomi, dalsza rodzina. A u nas? Tylko my dwie. Żeby już nie wspominać jego największego wroga.

- To znaczy?

- Starego Biernata, kogo by innego?

W oczach jej pojawił się zły błysk.

- On się nie liczy - warknęła. Moja argumentacja nie przekonała jej. - Ale Tosiek tak pragnął wrócić, choćby po śmierci.

- Babciu - rzekłam łagodnie. - Za trzy dni będziemy w Polsce, w domu. Zastanowimy się wtedy spokojnie, co trzeba, co należy, a co zostawić własnemu losowi. Zgoda?

Nic nie odrzekła, tylko zabrała się za składanie swoich rzeczy. Po minucie przerwała pakowanie i oznajmiła:

- Zabiorę z sobą do Moreny parę pamiątek po bracie. Jakieś drobiazgi. Nie powinni mieć nic przeciwko temu. Nie sądzisz?

- Sądzę, że nie powinni. Ale nie wiadomo, kto tu teraz rządzi.

- Tym bardziej powinno się udać.

Wiozła teraz te kilka rzeczy - zwykły długopis, jakiś stary szklany przycisk do papieru, zestaw starych fotografii, listy z Polski, używaną koszulę - zgarnięte w pośpiechu z biurka i z szafy, zamknięte w walizce w luku bagażowym. Trwający prawie osiem godzin lot miał się ku końcowi. Mimo że samolot tylko kilka godzin znajdował się w powietrzu, lądowanie na lotnisku Chopina nastąpić miało według czasu warszawskiego prawie w południe.

- Myślisz, że będzie czekał na lotnisku? - rzuciła babcia pytanie po głębokim wdechu i wstrzymaniu na moment powietrza, gdy samolot wyraźnie obniżył pułap.

- Kto taki?

- Nie udawaj. Paolo oczywiście.

- Skąd miałby wiedzieć, którym lotem wracamy? - Rzucając pytanie, zdobyłam się na obojętność. - Przez dwa tygodnie nie mieliśmy z nim żadnego kontaktu. Nie był łaskaw zapytać, a ja do niego pisać nie będę.

- Ma swoje sposoby - stwierdziła babcia z przekąsem. - O wylocie podobno też go nie informowałaś, a wszystko wiedział.

- No, może. Diabli wiedzą, jakie on ma kontakty - bąknęłam półgłosem. Siedzący obok pasażerowie nie wyglądali na osoby rozumiejące język polski, ale ci z przodu i z tyłu mogli się przysłuchiwać. - Tak czy tak, będzie czy nie, damy sobie radę.

Babcia zapatrzyła się w okno.

- Widać tam coś? - zapytałam.

- Co mówisz? - Ocknęła się. Widocznie nie podziwiała panoramy. - Nie, nic, tylko chmury pod nami. Tak sobie myślę, czy my dobrze zrobiłyśmy, decydując się na ten remont. Antosia już nie ma, ja też pewnie niedługo pociągnę.

- Babciu!

- Nie obruszaj się, mam swoje lata. A ty, młoda, świat taki wielki, czy warto przywiązywać się do jednego miejsca? To był pomysł głównie Antosia, żeby Morenę utrzymać i wyremontować. I żebyś ty tam była panią.

- No i dlatego trzeba postąpić według jego woli - oznajmiłam zdecydowanie. - Coś cię martwi, babciu?

Westchnęła.

- Do czego my wrócimy tak naprawdę? To już nie będzie ta sama Morena, co przedtem.

- Ależ oczywiście, że ta sama.

- Ale nie taka sama.

Uśmiechnęłam się gorzko. To tak, jak moje życie. Już nie takie samo.

- Na pewno ci się spodoba. Koniec ze skrzypiącymi podłogami, krzywymi tynkami, nieszczelnymi oknami, boazeriami, które wchłonęły wszystkie zapachy świata, bulgotem w rurach. Co tam jeszcze? Dymiącym piecem.

- Kiedy właśnie to wszystko... Jak ci to wyjaśnić? Tego wszystkiego będzie mi brakować, obawiam się.

- E tam. Pamiętam, tak samo było z pralką automatyczną, zmywarką, nową kuchnią, piekarnikiem. Trzy dni kwękania, a potem trudno sobie życie bez tych rzeczy wyobrazić. Nie jesteś, babciu, tak staroświecka, jaką próbujesz udawać. Pamiętasz, co sama kiedyś lubiłaś powtarzać, jak ci ktoś przygadywał, że nie nadążasz? Że seks, dżins i rock'n'roll wymyślono już za waszej młodości.

Zrozumiałam, że zaczynam mówić znacznie głośniej, bo pasażer z przedniego fotela uniósł dłoń ponad zagłówek i pokazał uniesiony kciuk, po czym dobiegło do nas krótkie "Brawo!".

- Ale komputery znacznie później - spuentowała babcia. - Dlatego z nimi sobie nie radzę - dodała pod nosem.

Z komunikatu, jaki zaskrzeczał w głośnikach, wynikało, że przelecieliśmy właśnie nad Wyspami Brytyjskimi i nadlatujemy nad Danię.

- To już prawie jak w domu - zauważyłam.

Obserwowałam, jak z każdym kwadransem babcia staje się coraz bardziej niespokojna. Także i ona sama coraz wyraźniej uświadamiała sobie, że za dwie godziny znajdziemy się w znanej nam przecież rzeczywistości, w której jednak będziemy musiały na nowo się odnaleźć.

W ostatnich dniach nawet nie próbowałam zaznajamiać żyjącej przez całe dwa tygodnie jakby w innym wymiarze babci Irminy z napływającymi do mnie drogą elektroniczną informacjami. Nie powiedziałam ani o wizytach pod Moreną Marka z Januszem Biernatem, ani o odkrytym na ścianie jednego z pokoi malowidle, ani też o innym osobniku, który nie uszedł uwadze Weroniki. Podjechał pod wieczór pod bramę Moreny, wyszedł ze swojego wielkiego samochodu na warszawskiej rejestracji, podszedł do płotu, popatrzył na teren i nim pan Kajetan zdążył zapytać go, czego tu szuka, wdał się w rozmowę ze stróżem z willi Gargamela. W tej sytuacji Kajetan wycofał się na bezpieczną odległość i tylko obserwował z daleka rozmawiających mężczyzn. Mocno mnie zdziwiło to, że opisany przez Weronikę osobnik najbardziej pasował mi do Paola. Nie zastanawiałam się jednak, czy obaj panowie znali się wcześniej, czy też wywiązała się między nimi tylko przypadkowa rozmowa, bo strażnik z psem akurat znalazł się w pobliżu. Paolo dostarczył mi już dość zagadek, jedna więcej niczego nie zmieniała w ambiwalentnej ocenie tego tajemniczego Włocha. Czy naprawdę jest synem Michaela Vecchiego, a tym samym moim dalekim kuzynem, czy też jakimś oszustem, którego - na swe nieszczęście - obdarzyłam zaufaniem?

Czy każdy facet, któremu ufam, musi w końcu dać się poznać jako podstępny łgarz? - zastanowiłam się. Wywołałam z pamięci tylko tych, z którymi aktualnie miałam kontakty. Najpierw Marek. Zachowuje się ostatnio mocno podejrzanie. Zaufanie mocno nadszarpnięte. Paolo. Same niewiadome, chociaż uwierzyłam w jego zapewnienia, że to nie on podpalił restaurację Biernatów. Filip. Erudyta, przy tym uprzejmy i sympatyczny, nie można powiedzieć, ale jednak cynik. Zrobić, zarobić, ewentualnie zaliczyć. Janusz Biernat. No, ten przynajmniej nie pozostawia cienia wątpliwości co do swoich zamiarów. Komisarz Makuła. Dlaczego akurat on? Aha, ściga Paola. Zaufałam mu niejako służbowo, nic osobistego. Ale czy on odpłaca się tym samym? Może tylko prowadzi ze mną grę, która ma go doprowadzić do poszukiwanego rzekomego lub prawdziwego przestępcy? Gdyby jeszcze przebiegłym graczem, pająkiem, zwodzącym muszkę, jak go opisuje Aga, okazał się Marcin Pyszny, świat stałby się straszny, niewart okazywanego mu serca.

Siedziałam z przymkniętymi oczami, jakbym spała. Stewardessy pchały wózek z napojami. Ostatnia okazja, żeby przed lądowaniem czegoś się napić. Nie miałam ochoty, lecz pomyślała, że to dobra okazja, by zdobyć drobny prezent dla Kajetana. Oryginalny syrop klonowy, którego kilka butelek wiozłyśmy w bagażach, nie ucieszyłby go na pewno tak, jak sprzedawany w samolocie alkohol. Na przykład nie za duża buteleczka whisky. Dlaczego nie? Otworzyłam oczy i poprosiłam o jedną.

- A to co? - zareagowała babcia Irmina.

- Nic takiego, na prezent - uspokoiłam ją.

- Aby przypadkiem nie dla tego alkoholika, co nam domu pilnuje? - Babcia od razu mnie przejrzała.

- Nie zaszkodzi mu - stwierdziłam i zapłaciła stewardessie, po czym wsunęła butelkę do torby. - A babcia, widzę, w tym temacie nie zmieniła się ani o jotę. Od razu poczułam się jak w domu - zażartowałam. - Biedny Kajetan.

- Mam nadzieję, że będziemy miały na czym się przespać po podróży - burknęła babcia. - Nie zapomniał, że dziś wracamy.

- Na pewno nie zapomniał, choć ustawianie kanap i łóżek to nie jego sprawa.

- Ale mógłby dopilnować - upierała się.

Wspomnienie Kajetana przywróciło babci na chwilę dawny wigor, jaki stale towarzyszył jej w Morenie. W Kanadzie wydawała się jakby inna, przygaszona, czasami wręcz nieobecna, być może z powodu dręczących ją wyrzutów, że nie wyjawiła mi na czas sekretu mojego pochodzenia, mimo że brat prosił ją o to jeszcze przed wyjazdem, być może w związku z powolnym odchodzeniem. Teraz z każdym kilometrem w przestworzach zdawała się wracać do dawnej skóry, w której było jej tak do twarzy. Taką właśnie Irminę Ludwiżankę - ułożoną, logiczną, stanowczą, nie rzucającą słów na wiatr, ale nie upartą bez potrzeby, ceniłam i lubiłam najbardziej. W takiej bowiem, gdy sama wydawałam się sobie chwiejna i lękliwa, znajdowałam psychiczne oparcie. Czy kiedy dziś przejdziemy przez furtkę przy Morenie nasza dawna relacja powróci na sto procent? Nie wydawało mi się to już możliwe. Zapewne przyjdzie nam budować ją na nowo.

Pozostało czekać na lądowanie. Odkąd samolot wszedł w polską przestrzeń powietrzną, lot miał potrwać jeszcze niecałą godzinę. Wystarczająco długo, by oswoić się z czasem środkowoeuropejskim i mimo wrażenia, że właśnie wstaje poranek, przyjąć do wiadomości, że zbliża się południe.

Na lotnisku nikt na nas nie czekał.

Babcia wydawała się być zawiedziona, ja nie omieszkałam okazać złośliwej satysfakcji.

- Mówiłam - oświadczyłam, pchając wózek z walizami. - Faceci. Jak potrzebni, to ich nie ma.

- Przecież nie wiedział. Mieliśmy bilety powrotne open. Dobrze mówię?

- Dobrze, ale ja nie o Paolu.

- A o kim? Chyba nie o Kajetanie?

- Nieważne - odrzekłam. Żart z Kajetanem wydał mi się zbędną złośliwością. - Po prostu.

Nie chciałam się przyznać, że liczyłam na obecność Marcina Pysznego. W piątek, kiedy dojeżdżaliśmy do Toronto, odebrałam maila, w którym Pysio informował, że chyba już wie, kim jest nierozpoznany mężczyzna z sumiastym wąsem na fotografii z otwarcia Moreny. Odpisałam mu, że nie chcę teraz dyskutować, bo w niedzielę przed południem lądujemy w Warszawie i wtedy będzie czas na rozmowy. Pysio miał się reszty domyślić. Najwidoczniej nie domyślił się, choć to do niego niepodobne. Może poczuł się urażony, że zamiast od razu wyrazić uznanie dla jego dociekliwości i dopytać o szczegóły, zlekceważyłam go, przekładając zaspokojenie ciekawości na później?

Trudno. Pozostało wezwać taksówkę. Nie było z tym kłopotu, bo wśród pasażerów opuszczających odprawę od razu pojawili się osobnicy półgębkiem oferujący usługi transportowe. Ja jednak zwlekałam. Babcię poinformowałam, że wolę wziąć taksówkę z parkingu niż polegać na przygodnych kierowcach. Poprosiłam, żeby pozostała chwilę przy bagażach, a ja się rozejrzę.

Przy drzwiach wejściowych prawie zderzyłam się z Marcinem Pysznym.

- Zuza! - wrzasnął na cały hol i uśmiechnięty rozłożył ręce.

Miałam mu wpaść w ramiona? Niedoczekanie jego.

- Marcin? - zdziwiłam się i wyciągnęłam dłoń, pozwalając zaledwie na rytualny pocałunek na powitanie. - Skąd ty tu? Wiedziałeś?

- Różnie o mnie mówią, ale prorokiem, niestety, nie jestem. Sama napisałaś, kiedy wracacie.

- No tak, wspomniałam, dość niekonkretnie - kręciłam. - I nie po to, żebyś zaraz przyjeżdżał.

Co ja gadam? - przemknęło mi przez myśl. Przecież o to chodziło. Zaraz się obrazi i odjedzie.

- Pff - prychnął. - A więc pomyłka?

- Nie, nie! - zaprzeczyłam gorąco. - Świetnie, że jesteś. To znaczy cieszę się.

- Dobra, szkoda czasu - stwierdził i zapytał: - Gdzie bagaże?

- Babcia przy nich została.

- Babcia? - zdziwił się Pysio. - Przyleciałaś z Kanady z babcią? A co z ciocią? Została?

- To znaczy z ciocią. - Teraz to słowo wydało mi się obce i niestrawne. - Irminą. Tą samą. Później ci to wytłumaczę.

- No, ja myślę, że później, bo Gabi czeka w samochodzie na postoju dziesięciominutowym.

- Gabi? Z tobą? Kurcze, co tu się stało, kiedy mnie nie było?

- Później! Przyjechaliśmy samochodem jej ojca, bo pewnie macie dużo bagaży.

- E tam, tylko cztery walizy. - Wzruszyłam ramionami i ruszyłam ku babci. - Tylko pamiętaj - oznajmiłam w marszu. - Pochowaliśmy w Montrealu jej brata, więc nie pytaj, dlaczego jest na czarno i w ogóle nie mów na ten temat, okej? Gabi też to przekaż, niech się o nic nie dopytuje.

Pysio przytaknął na zgodę i poszliśmy do poczekalni.

- Wyobraź sobie, że spotkałam kolegę - powiedziałam do babci, gdy już do niej doszliśmy. - Marcin, mąż Gabrysi, którą już znasz - przedstawiłam go. - Mogę chyba tak powiedzieć? - zwróciłam się do Pysia, który strzelił gniewnie oczami. - Tak się składa, że mogą nas oboje podrzucić do Kornelina. Wspaniale, prawda?

Pysio przywitał się sztywno i zaraz zabrał się za bagaże.

- Widać Kanada ludzi odmienia - mruknął, pchając wózek.

- Co masz na myśli? - zapytałam rozbawiona.

- Nic szczególnego - odparł. - Wyleciała gąską, wróciła orlicą.

Miałam ochotę dać mu kuksańca. Zatrzymała się jednak, by towarzyszyć nienadążającej za nimi babci. Pysio tylko pokazał, gdzie stoi wóz i pospieszył pierwszy.

- Mówiłaś, zdaje się, że oni się rozwodzą? - przypomniała sobie babcia.

- Bo tak było! Może doszli do porozumienia? Może się pogodzili? A może nie wiem, co. Może tylko robią to dla nas, dla mnie właściwie, po koleżeńsku?

Gdy doszliśmy do samochodu, Pysio już pakował walizy do bagażnika. Uściskałam się z Gabrysią, powiedziałyśmy sobie nawzajem, jak świetnie wyglądamy, po czym Gabi uprzejmie przywitała babcię Irminę i pomogła jej zająć miejsce na przednim siedzeniu. Ja wrzuciłam z Pysiem ostatnią, największą walizkę.

- Uprzedziłem ją, jak chciałaś - szepnął Pyszny.

- Widzę - odrzekłam.

- Odstawię wózek i ruszamy.

My z Gabrielą zajęłyśmy miejsca z tyłu.

- A Aga co? - rzuciłam. - Nie chciała przyjechać?

- Uznała, że byłoby nam za ciasno - wyjaśniła Gabi wymijająco. - Wiesz, jak to ona.

- Uff, bo już myślałam, że i tu zaszła jakaś zmiana - powiedziałam dwuznacznie.

- W sensie że co? - zaniepokoiła się Gabi.

- No wiesz. - Szukałam słów, żeby nie powiedzieć wprost tego, co sądzę. - Ostatnio raczej nie widywało się was razem. Ciebie i Marcina.

- Ach, to masz na myśli! Nie, tu nic się nie zmieniło. Dalej nie jesteśmy razem. Jednakże, jak to się mówi, zostaliśmy przyjaciółmi.

- Gadanie! - skwitowałam, bo Pysio już biegł do samochodu, żeby być szybszy od nadchodzącego od drugiej strony strażnika.

Wpadł do wozu, dał nieokreślony znak ręką strażnikowi i uruchomił silnik, po czym natychmiast odjechał.

- Jak tam podróż? - zagadnęła Gabriela, gdy zjechaliśmy na trasę, która miała nas zaprowadzić na Most Siekierkowski. - Pewnie dużo by opowiadać?

- Za dużo - stwierdziłam. - Lepiej powiedz, co w Morenie, byłaś tam przecież. Co z tym malowidłem?

- Moim zdaniem to autentyk - orzekła Gabi. - Na pewno Berezyński przyłożył rękę do jego powstania. To nie może być przypadek, że ten sam motyw pojawia się później na jego płótnie, tym, co to wiesz, wisi u was.

Babcia obróciła głowę i zaczęła się przysłuchiwać.

- Tam jest jakiś motyw? - zdziwiłam się.

- Oczywiście!

- Ja chyba o czymś nie wiem - stwierdziła babcia.

- Ach, nic - oznajmiłam. - Podczas remontu odkryli u nas na ścianie malowidło Berezyńskiego. Przepraszam, nie mówiłam, bo w Montrealu mieliśmy inne sprawy na głowie.

- Wiesz, na czym polega jego oryginalność? - włączyła się Gabriela. Usłyszawszy pytanie, tylko uniosłam brwi. - W tamtych czasach tworzyło już paru malarzy abstrakcjonistów, czy ja wiem, Kandinsky, Malewicz, ale oni skupiali się przede wszystkim na kompozycji, barwie, geometrii, a Berezyński... - Pysio rzucił w tył niepokojące spojrzenie. - Berezyński chciał w swoich obrazach zamknąć abstrakcyjne pojęcia. Nie w formie alegorii, lecz linii, plam. Rozumiesz?

- Gabi - powstrzymałam ją. - Kiedyś mi to wytłumaczysz w spokoju. Teraz tylko mi poradź, co zrobić z tymi plamami na ścianie.

- No wiesz! Plamami? Ja bym je zachowała, ale przecież nie ja tam będę mieszkać. Gdyby w Morenie miało kiedyś powstać muzeum Berezyńskiego, to co innego. A tak, konserwacja, odświeżenie, nowe koszty, nie wiem, czy jesteś na to gotowa. Na razie zrobić porządną dokumentację i zabezpieczyć. A może inaczej? Założyli wam wszędzie od wewnątrz ocieplenie i nowe tynki, tylko ta jedna ściana została nieotynkowana. W sumie fajna dekoracja. Sama zobaczysz.

- Co się tyczy samej Moreny, to jest sensacja - odezwał się Pysio znad kierownicy. - Na pewno panie nie słyszały, bo za granicą ani w samolocie o tym nie mówili. W kraju zresztą też jeszcze tego nie rozgłaszają, ale jutro pewnie gazety napiszą, przynajmniej jedna, bo słyszałem w redakcji.

- Pysio! Mówisz dużo i niekonkretnie. Znowu zostałeś dziennikarzem? - wyrwało mi się. - Czemu ja nic nie wiem?

- Właściwie nie, ale trochę współpracuję. No więc słuchajcie. Policja zatrzymała wczoraj tu, w waszej okolicy, bodaj w Otwocku, jakiegoś Włocha, który podawał, że nazywa się Franco Moreno. Rozumiecie? Jak usłyszałem, od razu mi się skojarzyło. - Tknięta złym przeczuciem, zaniemówiłam, czekając na ciąg dalszy. Gabi też sprawiała wrażenie, że słyszy o incydencie po raz pierwszy. - No i co? Oszust - oznajmił Pyszny. - Udawał poważnego włoskiego handlowca i naciągał ludzi na sporą kasę. A że naiwnych u nas nie brak, to, sami wiecie, interes kwitł.

Na moment zapadła cisza.

- Prawdziwy Włoch czy tylko udawał? - zapytała babcia.

- Podobno prawdziwy - odparł Pysio. - Znacie kogoś takiego? - spytał, akcentując tonem niedowierzanie.

- Ja nie - bąknęłam niepewnie.

- Ani ja - przyznała babcia Irmina. - Moreno. Też mi nazwisko. I co z nim?

- Nie mam pojęcia. Pewnie trzymają go na dołku pod kluczem, bo podobno już od dłuższego czasu był poszukiwany.

Na Trasie Siekierkowskiej usłyszeliśmy z daleka sygnał wozu uprzywilejowanego.

- Pogotowie albo policja - powiedziałam. - Widocznie znowu komuś za bardzo się spieszyło.

Rozdział 7

Babcia Irmina nie kryła zaniepokojenia.

- Drugi raz odgrzewam - powiedziała na powitanie.

- A to jest Aga - przedstawiłam koleżankę. - Którą już znasz. Być może zatrzyma się u nas na noc.

- I też na pewno zje z nami. Ugotowałam barszczyk, usmażyłam mielone.

- Ależ - zaczęła bronić się Aga, której alkohol zdążył po drodze w większości wywietrzeć z głowy. - Zuza żartuje. Za godzinę wracam, a obiad już jadłam.

- Kłamie - doniosłam bezczelnie. - Zjemy. Na werandzie. Zostało nam jakieś wino sprzed remontu?

- Chyba że w garażu, w skrzynce z filiżankami. Jeszcze nie rozpakowane. Sprawdź.

- Aga, idziemy! - zarządziłam.

- Chwila, najpierw tu. - Aga wskazała palcem łazienkę.

Kiedy zniknęła, zapytałam:

- Wszystko gra?

- Ziemniaki muszę odgrzać. Myślałam, że będziesz wcześniej i wstawiłam na twój przyjazd - odrzekła babcia.

- Oj tam, podgrzejemy w mikrofalówce. A poza tym? Nikt nie zaglądał?

- Ten pijaczyna już był, pytał o ciebie. Punktualny jak pociąg.

- Kajetan?

- Kto by inny. Spieszno mu.

- Babciu, tak nie można! Przyjechał po swoje, umowa była. - Wystawiłam talerze i sztućce. - Nikt nie dzwonił?

- Do mnie już nikt nie dzwoni. - Babcia podpaliła gaz pod patelnią, a ziemniaki przełożyła do salaterki.

- Mylę się, czy słyszę jakąś gorycz w głosie? - spytałam, otwierając mikrofalówkę.

- Eh - westchnęła babcia. - Ten Paolo. Dla mnie głębokiego talerza nie bierz, ja już zupę jadłam. Im dłużej myślę, tym bardziej mi smutno. Powiadomić Boba? Nie jego sprawa, ale może przekaże Mike'owi? Mam nadzieję, że po naszym wyjeździe nie pokłócili się znowu. Aha, przed godziną wpadła ta koleżanka z naprzeciwka. Chciała pomóc, jak obiecała, ale panowie już wszystko zrobili. A że ciebie nie było, to sobie poszła.

- Dobra z niej dziewczyna - skomentowałam.

Wstawiłam salaterkę do kuchenki i nastawiłam na podgrzewanie. Rozległo się szczęknięcie drzwi łazienkowych.

- Ależ tu się zmieniło! - powiedziała Aga, wróciwszy do kuchni. - W łazience i w ogóle. Nie to samo wnętrze. To wujek Izy taki zdolny?

- Właściwie Filip - oznajmiłam. - On zarządzał robotami.

- Ten, co to...

- Ten sam. - Porozumiałyśmy się za pomocą półsłówek. - A teraz weź talerze, ja wezmę garnek i idziemy - zarządziłam.

Na werandzie, po paru łyżkach zupy, Aga przerwała, odchyliła się głęboko w fotelu i przymknąwszy oczy, zamarzyła:

- Wiesz, Zuzi, jak by to było pięknie, gdybym miała tylko twoje problemy zamiast swoich?

- Marny interes byś zrobiła - orzekłam. - Ze stratą. Jedz.

- Co ty wiesz o moich! - Zanosiło się, że Aga po raz pierwszy tego dnia powie coś na serio. Wróciła jednak do jedzenia. - Osiwieć można. Już nawet zaczęłam, o! - Pokazała kosmyk włosów.

- Wiem to i owo, choć zapewne nie wszystko - oznajmiłam. - Chyba że przez ostatnie dwa tygodnie coś się diametralnie zmieniło. Nawet bym się nie zdziwiła.

- Żebyś wiedziała - powiedziała Aga poważnie i znowu odłożyła łyżkę.

- Jedz, bo zaraz babcia przyjdzie z kotletami.

- Ty wiesz, co ta kretynka wymyśliła?

- Iza? - rzuciłam między jednym łykiem barszczu a drugim.

- Gabrysia! - sprostowała Aga. - Zaraz, co ty powiedziałaś?

- Myślałam, że chodzi ci o Izę. Nie jest najmądrzejsza, to fakt. Ale żeby zaraz kretynka? A ty co? Że Gabrysia? Jednak pokłóciłyście się.

- Nie o to mi szło. Powiedziałaś "babcia".

- No masz! - Odsunęłam talerz. - Następna do wyjaśnienia. Rozumiem, że Gabi wczoraj nic ci nie powiedziała.

- Jakoś tak nie bardzo.

- Powiem krótko. Pani Irmina, którą znasz, to nie moja ciocia tylko babcia. Resztę wyjaśnię później. Najpierw ty skończ z tą kretynką. Co wymyśliła?

- Zapalę.

- Mogłabyś po obiedzie, ale skoro musisz...

- Muszę.

- To ty pal, a ja skoczę do garażu.

W pomieszczeniu garażowym, w którym od lat nie stał żaden samochód, wśród drewnianych ogrodowych skrzynek odnalazłam tę najbardziej w tym momencie potrzebną. Spoczywały w niej, obok zawiniętego w gazety kompletu porcelanowych filiżanek, trzy pękate butelki z domowymi nalewkami. Wyciągnęłam jedną z nich i wróciłam na taras. Aga, w swobodnej pozie, rozkoszowała się papierosem. Od strony stołowego nadchodziła babcia z kotletami w jednej ręce i surówką w drugiej.

- Ale te ziemniaki to zimne - oznajmiła.

- Bo trzeba włączyć kuchenkę. Ja tylko nastawiłam - poinformowałam. Babcia zostawiła patelnię i salaterkę, i wróciła do kuchni. Skorzystałam z jej nieobecności. - Mów szybko! - powiedziałam do Agi.

- Mówię "kretynka", bo to jej poświęcenie, co tam, szkoda słów. Ona wie, że jej ojciec, w sumie nasz ojciec, jak ci wiadomo, wiele by dał za wnuka, a w obecnym układzie nie ma na to szans. To znaczy jest szansa, ale Gabi musiałaby na nowo zejść się z Pysznym, bo inny facet w jej przypadku nie wchodzi w rachubę. Przynajmniej na obecnym etapie. I wiesz, co ona wymyśliła? Nie wiesz oczywiście. Postanowiła, że się znowu zejdą i może coś z tego wyjdzie, ale ojciec musi formalnie uznać mnie za swoją córkę. Powiedz sama, czy to nie kretynizm? Dawaj, co tam przyniosłaś?

- Musze przynieść kieliszki. Poczekaj, a co Pysio na to?

- A dlaczego nie pytasz, co Gogołek na to? Pyszny jest od niego zależny, zrobi, co teść każe. On natomiast, kretyn i debil, choć w sumie nasz ojciec, już mówiłam, zgodził się na ten chory układ. - Usłyszałyśmy z daleka gong oznajmiający koniec podgrzewania w mikrofalówce. Aga przyspieszyła. - Wiesz, co powiedział? Powiedział, że uzna mnie za swoje dziecko, jeśli dowie się, że Gabriela jest w ciąży. A ja w dupie mam jego ojcostwo na takich warunkach, rozumiesz? Tylko że Gabi na tym cholernie zależy. Dawaj kieliszki. I mów, co z tą babcią.

- Wyjaśnię ci, ale teraz nie mam do tego ni głowy, ni czasu. Zjedzmy najpierw grzecznie we trzy drugie danie.

- Nie chce mi się jeść.

- Ale zjesz, proszę cię. Idę.

Wróciłam do garażu, gdzie z innej skrzynki wysupłałam trzy niewielkie kieliszki do likieru.

Gdy ponownie stanęłam na werandzie, babcia stawiała na stole salaterkę z ciepłymi ziemniakami.

- Nie dziw się niczemu, babciu - powiedziałam. - Dziś obie z Agą rozważamy poważne dylematy. Bez dobrej nalewki rozważyć ich się nie da.

- Wiśniowa - powiedziała babcia, rzuciwszy okiem na butelkę. - Na zeszłorocznych wiśniach. Że też Kajetan jeszcze jej nie wygrzebał.

- Bo to porządny człowiek jest - odrzekłam. - W cudzym nie grzebie.

- Weź się lepiej za drugie danie - poradziła babcia. - Jemu adwokatka niepotrzebna.

- Najpierw po kieliszku. No nie, Aga?

Nie zaprotestowała.

- Ale dla mnie tylko kropelkę - zastrzegła babcia.

Zdążyłyśmy wypić "za nową Morenę", gdy rozległ się dzwonek u drzwi.

- A to kto? - zdziwiła się Irma.

- Ja zobaczę. - Podniosłam się i szybko przeszłam przez stołowy na ganek.

W drzwiach pokazał się Kajetan.

- Ja już tu był, ale panna nie wróciła jeszcze - oznajmił po przywitaniu się. - A pani Irmina to wiadomo. Jak panna wróci, powiedziała, i do widzenia. No to ja raz jeszcze.

- Dobrze, panie Kajetanie, proszę wejść - zaprosiłam go do sieni. Gdy weszliśmy, sięgnęła do torebki. - Proponuję dziś tylko poważną zaliczkę - powiedziałam, wręczając mu dwa zielone banknoty. - A dokładnie policzymy się w lepszym momencie. Zgoda?

- Panie gości mają? - zapytał Kajetan, wyczuwający najmniejsze stężenie alkoholu w powietrzu. Swoją miną usiłowałam potwierdzić i przeprosić. On wziął pieniądze z uszanowaniem i schował do kieszeni. - No, jak tak, to nie. Bo ja myślał sprzątnąć swoje rzeczy z garażu.

- Zdąży pan, na pewno - zapewniłam go. - Jutro, pojutrze.

- A, a, a wie panna, że Biernat... - Kajetan zaczął coś mówić, lecz zaciął się. Przełknął ślinę i dokończył: - Że Biernat zamiaruje tu budować się?

- Tu, czyli gdzie? - zdziwiłam się.

- Mówią, że kupuje tu działkę pod budowę. Niedaleko, prawie po sąsiedzku. Zaraz za tym laskiem za garażem, po drugiej stronie drogi.

- Ale po co miałby się budować? Ma przecież gdzie mieszkać.

- A ja tam nie wiem. Jak nie dla siebie, to dla córki, czy coś. Że niby córka za mąż ma iść i by tu miała mieszkać.

- Paulina? Za mąż? Czy takie rzeczy jej w głowie? Wątpię.

- Może ona jest Paulina, ja tam nie wiem. Powtarzam tylko, com słyszał, bo to dla panny może ciekawe jest.

- Dziękuję, panie Kajetanie. Paulina? Zaskakujące. Słyszał pan, za kogo ma się wydać?

- Coś tam gadają, ale ja nie znam gościa. Zapowiedzi w kościele nie było, to i nie miał czego zapamiętać. Usłyszał tylko tyle, że chłop z Anglii. No bo wie panna, jak z Anglii, to pewnie przy forsie, a forsa do forsy ciągnie.

Poczułam dziwny niepokój w sercu. Dlaczego w tym momencie pomyślałam o Marku? Był tu, pod Moreną, oglądał z Biernatem okolicę, ale jest rzeczą absurdalną, żeby coś go łączyło z Pauliną. Nie, jeśli w każdej plotce tkwi ziarno prawdy, ta prawda zapewne przedstawia się inaczej. Świat nie może być aż tak stuknięty.

- Pewnie ma pan rację - powiedziałam do Kajetana. - Tymczasem do zobaczenia.

Niemal wypchnęłam go z domu przed ganek. Zaraz też wróciłam na werandę i opowiedziałam o jego odwiedzinach. Drugie danie już zostało rozdzielone.

- Rano będzie z powrotem, jak dwa i dwa to cztery - oznajmiła babcia.

- Powiem jeszcze raz - odrzekłam. - Przychodzi po to, co mu się zgodnie z umową należy. Z tego nie można czynić mu zarzutu.

- Widzi pani? - Babcia próbowała znaleźć w Adze sojuszniczkę. - I ja tak mam z nią zawsze.

- Znam to. My w pracy też z nią tak mamy. - Aga ściągnęła usta, by pokazać, że nie mówi całkiem serio. - Zuza jest znaną w agencji i w kręgach rządowych legalistką - dodała z teatralną przesadą. - Proszę sobie wyobrazić, że dla niej prawo, przepis, umowa to rzecz święta. I kropka. Nie przekona się jej, że może być inaczej, że to czy tamto można nagiąć, pominąć, udać, że się nie doczytało. Prędzej rzuci pracę niż zdradzi literę prawa. Taka jest. Proponuję, wznieśmy toast za to, aby taką pozostała i nigdy się nie ugięła.

- Może najpierw kotlecika, pani inspektor? - Również i ja wpadłam w żartobliwy, kpiący ton. - Nic pani nie je. A takie smaczne domowe jedzenie tu mamy.

- I znowu ziemniaki ostygną - zamartwiła się babcia.

Aga zmuszona była splajtować. Przez chwilę jadłyśmy w milczeniu.

- Coś jeszcze powiedział? - zapytała babcia. - Bo chyba usłyszałam jakieś nazwisko. Czy nie?

Powtórzyłam usłyszaną od Kajetana plotkę o Biernacie. Zataiłam tylko fragment o rzekomym zamążpójściu Pauliny.

- Moim zdaniem to bzdury - skomentowałam bez zwłoki. - Janusz Biernat tu się kręcił, coś oglądał, ludzie go zobaczyli i resztę sami sobie dopowiedzieli. Wiecie, jacy oni są. Z igły widły.

- Jeśli chodzi o Biernatów, niczego nie można być pewnym - oznajmiła babcia, w szczególności kierując te słowa do Agi. - Ale prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. W każdym razie, gdyby mieli zostać naszymi sąsiadami, nie daj Bóg. Jeden raz wystarczy.

Zerknęłam na Agę. Wydało mi się, że napięcie i zamieszanie, w jakie popadła w pracy, powoli ją opuszcza. Z drugiej strony zauważyłam, że słucha babci nieuważnie. Przytakuje, pomrukuje z aprobatą, w rzeczywistości bardziej skupiona jest na swoim problemie niż na tym, co się do niej mówi.

- Gdyby naprawdę miał zamiar tu coś stawiać, to nie dla pięknych widoków - przyznałam. - Moim zdaniem znaczy to, że zwietrzył jakiś interes. I że dla tego interesu, a nie dla zaspokojenia sentymentów, potrzebna mu jest Morena.

- Dziecko drogie! - Babcia przybrała taka pozę, jakby zamierzała powiedzieć coś zasadniczego. - Jaki znowu sentyment? Jaki interes? Oni od trzech pokoleń chcą po prostu przejąć Morenę dla siebie i koniec. Taki jest ich cel.

- Ale to nieracjonalne - stwierdziłam. - Aga, sama powiedz, czy nieracjonalność może być dziedziczna? Może przechodzić z ojca na syna? Uczyli was o tym na studiach?

Aga skończyła jeść i bawiła się kieliszkiem.

- Owszem, są takie teorie - powiedziała, a ponieważ tym lakonicznym stwierdzeniem nie wyczerpała tematu i obie dalej wpatrywałyśmy się w nią, żądając wyjaśnień, dodała: - Powiem tak. Przez geny dziedziczy się skłonności, charakter i te pe, wiecie to przecież. Idee raczej przez kulturę, wychowanie. I one nie muszą być racjonalne. Przykład, zemsta rodowa. Całe południe Europy tym żyje, ba, dyszy, a Włochy to już szczególnie. - Popatrzyła na swoje słuchaczki. - No co? Mam zacytować jakieś autorytety naukowe?

- Dziękuję uprzejmie za uczone wyjaśnienie - powiedziałam, po czym, wzruszywszy ramionami, dodałam: - Tylko, sama powiedz, co to za idea, w dodatku dziedziczna, zamieszkać w cudzym domu!

- Mnie nie pytaj. Nie znam sprawy. Moim zdaniem jest ona równie racjonalna, czy też irracjonalna, jak idea, by za żadne skarby nie oddać swego domu w obce ręce. To tylko dom!

- No, pani Agato! - oburzyła się babcia. - Jest chyba różnica.

- A czy ja mówię, że wyłącznie to, co racjonalne, jest dobre i właściwe? - odrzekła Aga, z głośnym klapnięciem odstawiając pusty kieliszek. - Absolutnie! Niech żyje nieracjonalność! - powiedziała z autoironią. - Jest w niej tyle niewytłumaczalnego piękna i tajemniczości.

Babcia zaczęła składać puste talerze.

- Nie bardzo panią rozumiem - oświadczyła.

- Co tu rozumieć, babciu - rzekłam. - Aga ma poważny dylemat. Ponieważ nie ogarnia go rozumem, zaczyna chwalić nieracjonalność, żeby jakoś opanować swój stan ducha.

- Ty skończyłaś prawo czy psychologię? - mruknęła Aga.

- Nie jesteś pierwsza, która mnie o to pyta - odrzekłam.

- Proszę, nawet w tak prostej sprawie nie stać mnie na oryginalność.

- To ja już sobie pójdę - oznajmiła babcia, gotowa odejść z talerzami.

- Chwileczkę! - powstrzymałam ją. - A naleweczka?

- Za szczęśliwy powrót z Kanady - rzuciła Aga.

- Ja już dziękuję - oznajmiła babcia. - Te kilka kropel starszej pani wystarczy. Ale wy, dziewczęta, nie krępujcie się.

Zabrała talerze i poszła do kuchni.

- Coś ci obiecałam - powiedziałam, zapełniając kieliszki. - Więc jeszcze po jednym.

- Trochę mi przeszło - stwierdziła Aga. - Poza tym, czy pani Irmina nie jest na mnie zła?

- Babcia? - Zdziwiła mnie swoim pytaniem. - Ona rozumie więcej, niż ci się wydaje. Nie jest tylko zbyt wylewna. Pij.

- A co z tą babcią? - zapytała po opróżnieniu połowy kieliszka. - Miałaś wyjaśnić.

- Gabi ci wyjaśni, jak ją spytasz - odrzekłam, nieskora do powtarzania całej opowieści. - Zawiła historia.

- Gabi. - Aga zamyśliła się. - Ta dopiero ma sfiksowaną ideę. Pójdzie dla niej na każdą nieracjonalność, przy której wasza to małe miki. Byle ją zrealizować. Ten jej upór zakrawa mi na obsesję.

- Ale co masz na myśli? Żeby formalnie uznano cię za jej siostrę?

- No tak, tak! Nie spocznie, dopóki tak się nie stanie. Mam w tej sytuacji dwa wyjścia. Albo zgodzić się na jej fanaberię, albo ją stracić. A przecież, sama powiedz, co się między nami zmieni, gdy Gogołek uzna mnie za córkę? No sama powiedz.

- Oczywiście że się zmieni. - Akurat w tej sprawie nie miałam cienia wątpliwości. - Wszystko! Będzie stało w papierach, że jesteście siostrami, ale Gogołkowi, poza tym, że oficjalnie przyzna się do zdrady, przybędzie spadkobierców.

- Mam gdzieś jego majątek! Może go zapisać, komu zechce.

- Zgoda, sprawa drugorzędna - przyznałam. - Pierwszorzędne jest coś innego. Dobrze wiesz, co.

- Nie wiem. Oświeć mnie.

- Zrobię to, ale tylko pod znieczuleniem. - Uniosłam kieliszek. Kiedy wypiłyśmy, powiedziałam: - Pozornie zyskasz rodzinę, faktycznie stracisz ją.

- Zuzi! No co ty!

- Gogołek uzna cię za córkę, co nie znaczy, że cię pokocha. Gabi wróci do Pysia, zamieszkają razem, zgodnie z umową zawartą z jej ojcem. A ty? Co z tobą? Zwłaszcza w sytuacji, gdy Pysio zostanie już oficjalnie twoim szwagrem? - Wycelowałam w Agę wskazujący palec. Ta, zaskoczona, sięgnęła po butelkę. - Ucieczka nic nie da - ostrzegłam ją. - Wierz mi. Całe życie postępowałam tak właśnie, jak ty teraz. Jak pojawiał się problem, to ja w nogi. Dopiero Marcin mnie rozszyfrował. Zamiast uciekać, działaj. Znajdź właściwe rozwiązanie.

- Rozwiązanie? Jakie rozwiązanie. - Aga ujęła w dłoń napełniony kieliszek. - Tu nie ma żadnego rozwiązania.

- Zawsze jakieś jest - oświadczyłam.

- O tak, może Pyszny mi coś podsunie? - rzekła Aga z goryczą. - Już wolę to. - Jednym haustem wypiła całą zawartość kieliszka.

- Naprawdę wolisz samozniszczenie? - zapytałam.

Zauważyłyśmy, że w stołowym pojawiła się babcia Irmina. Niosła na werandę talerz z ciastkami.

- Nic nie upiekłam na dziś, to może chociaż takie coś przegryziecie - powiedziała, stawiając talerz na stole.

- Dziękujemy, babciu - odrzekłam.

Babcia spojrzała na mój pełny kieliszek, następnie na pusty Agi, po czym uniosła brwi w geście zdziwienia i wyszła.

- Czy ja się upiłam? - zapytała Aga. - Twoja babcia tak dziwnie na mnie spojrzała. Pewnie powinnam już wracać do Warszawy. Gdzie moja torebka?

- Siedź! - zdecydowałam. - Wyjdziemy, gdy mi wyjaśnisz, dlaczego żałujesz, że Pysio nas opuszcza.

- Jeśli dobrze pamiętam, to ty miałaś mi to wyjaśnić, bo ja nie kapuję.

- Ale ty moich wyjaśnień nie przyjmujesz. Twierdzisz, że nie zakochałaś się w nim.

- No nie. I co teraz, psycholożko za dychę? Masz nową hipotezę?

- Tak, moja droga. Kochasz się w nim, ale żeby nie dopuścić do siebie tej myśli, wmawiasz sobie i innym, jak bardzo go nie znosisz. Tak bardzo, że wiadomość, iż może on znowu stanowić parę z twoją siostrą, wywołuje w tobie przygnębienie, niestrawność, napływ głupich myśli i ogólny miszmasz.

- Na szczęście jesteś lepszą prawniczką niż psycholożką, Zuzi. Nie kocham Pysznego, zrozum to wreszcie. Kocham moją siostrę i nie chcę, żeby spotkało ją nowe nieszczęście. Nie chcę, żeby aż tak dla mnie się poświęcała. Wolę, żeby wszystko było po staremu.

- Zapomnij. Stare przeminęło. Po staremu już się żyć nie da. Mam inną propozycję. Zaproponuj wariant alternatywny. Ale, uwaga, hardcorowy. Powiedz, że to ty zwiążesz się z Marcinem Pysznym i jako córka Gogołka dasz mu upragnionego wnuka.

Aga roześmiała się na głos, aż jej śmiech przeszedł stopniowo w suchy szloch.

- Durna! Przecież on mnie nie kocha! - wybuchła. - Jak mogłabym mieć z nim dziecko.

- Za dychę? - zakpiłam. - A może jednak za stówę?

- Proszę? - Aga opanowała się.

- Właśnie nazwałaś swój problem.

- Że, że co? Że mnie nie kocha? Ha, ha! Ja jego też nie. Nie ma więc żadnego problemu, psycholożko za dychę.

- To się jeszcze okaże. Tymczasem przejdźmy się.

- Po co? Mnie tu dobrze.

- Mały spacer dobrze nam obu zrobi. Chyba że chcesz zostać u mnie na noc.

- Dręczycielka - rzuciła Aga, z trudem unosząc się z krzesła. Miała nieźle w czubie. - Mocna ta nalewka - stwierdziła.

Trzymała się jednak prosto. Wyszłyśmy z werandy i obszedłszy dom, doszłyśmy do furtki. Weszłyśmy na drogę. Zaproponowała, by pójść ku Wiśle.

- Bez sensu - burknęła Aga, mimo to posłusznie poszła za mną.

Przeszłyśmy parędziesiąt metrów wzdłuż parkanu, aż doszłyśmy do utwardzanej drogi ciągnącej się wzdłuż nadwiślańskiego, schodzącego stopniowo w dół grądu i innych zarośli. Zobaczyłyśmy jakieś oznaczenia, słupki i znaki na drzewach przeznaczonych do wycięcia. Dalej stało kilka maszyn budowlanych. Aga w ogóle nie zwróciła na nie uwagi. Mnie przypomniało się, że droga ta miała być modernizowana.

- Zobacz, kładą nam asfalt - poinformowałam.

- Gratuluję - mruknęła Aga. - To chciałaś mi pokazać? Naprawdę, suuuper.

- Idziemy dalej - zdecydowałam i pokazała kierunek w prawo.

- Poskarżę się rzecznikowi praw obywatelskich - ostrzegła Aga. - Na znęcanie się pracowniczki agencji rządowej nad osobą niepełnosprawną. Wywalą cię z roboty.

- Tu gdzieś tkwi odpowiedź na jedno z męczących mnie pytań - oznajmiłam, ignorując skargi Agi. - Pomyśl chwilę. Po co chciałabyś za wszelką cenę mieć w tym miejscu nieruchomość?

- I na zmuszanie jej do myślenia. Na to też się poskarżę. Są jeszcze paragrafy w Rzeczpospolitej!

- Napiszę ci tę skargę osobiście, ale najpierw daj odpowiedź na moje pytanie. Popatrz. Budują nową drogę, przy niej osiedle mieszkaniowe, teren rekreacyjny, mimo bliskości obszaru zalewowego, ale to drobiazg, pewnie mają wszystko skalkulowane, podobno też przystań na Wiśle ma tu być, i ty koniecznie chcesz zamieszkać w pobliżu. Po co?

- A kim ja jestem? - zapytała Aga filozoficznie, co w pierwszej chwili wyglądało na efekt wywołany wprowadzeniem do organizmu za wiele nalewki wiśniowej, na szczęście szybko zrozumiałam sens pytania.

- Jesteś miejscowym restauratorem - odrzekłam. - O ile to określenie nie obraża prawdziwych restauratorów.

Aga wzruszyła ramionami.

- No więc chyba nie po to, żeby otworzyć tu zakład pogrzebowy, nie? - Odpowiedź wydawała się jej oczywista.

- Bingo! - zawołałam. - Nie jesteś tak wstawiona, jak ci się wydaje.

- W sensie?

- Biernat kombinuje przenieść tu swój lokal gastronomiczny. A dokładniej, wybudować nowy. Tu, gdzie znajdzie nowych klientów. Nagle wszystko układa się w logiczną całość. I jego irracjonalne z pozoru dążenie do przejęcia Moreny, i ta durna propozycja, żebym została u niego szefową kuchni, wreszcie plotka, którą przyniósł Kajetan. - Czułam się tak, jakbym rozwiązała kwadraturę koła. - Jeszcze raz skręt w prawo - powiedziałam.

- Znasz inne skręty poza w prawo? - zapytała Aga retorycznie. Zatrzymała się na moment, żeby przetrawić to, co przed chwilą usłyszała. Po tej analizie wypowiedziała tylko jedno słowo: - Aha.

- Nie marudź, koniec twej męki bliski. - Popchnęłam ją lekko w wąską, prawie nieuczęszczaną drogę o piaszczystej nawierzchni, na której kiedyś zatrzymał się podczas nocnych odwiedzin w Morenie Paolo z Wioletą.

Znalazłyśmy się pomiędzy dużą działką Ludwigów, ze stojącą na niej Moreną, a zapuszczonym pustym placem, jedynie z drewnianą budką, który rzekomo kupił Biernat. Teren ten był porośnięty chaszczami i nierówny, niżej położony niż Morena, a jego zagospodarowanie wymagało sporych nakładów. Taka była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy przyjrzałam się działce za prowizorycznym ogrodzeniem. Ale jeśli ktoś ma pieniądze, przedsięwzięcie nie wyda mu się straszne. A może... Następna myśl przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. A może Biernat przyjechał tu z Markiem właśnie w tej sprawie? Może jakimś zbiegiem okoliczności poznali się i dogadali, w rezultacie Biernat, któremu do tego przedsięwzięcia potrzebny byłby dodatkowy inwestor, próbuje wciągnąć go w swoje interesy? Czyli Marek byłby nie tyle świadomym swych czynów kombinatorem i zdrajcą, co ofiarą cudzych matactw?

- No co? - rzuciła przed siebie Aga, patrząc na gęstwinę krzewów. - Będziemy tak stać i podziwiać piękno Mazowsza?

- Już wracamy - oznajmiłam. - Dalej nie ma po co iść. Oszczędzimy lokalnemu społeczeństwu widoku dwóch gąsek, które nałykały się sfermentowanych wiśni.

- Wypraszam sobie - obruszyła się Aga, lecz jej protest nikogo w świecie nie poruszył.

To dlatego obchodzili posesję dookoła, pomyślałam. Żeby obejrzeć tę działkę z bliska. Najpierw Marek z Biernatem, potem z Irkiem. Ale po co z tym drugim spryciarzem?

- Wyobrażasz sobie w tym miejscu gospodę Biernata? - spytałam.

- Dziwne, ale dlaczego nie? Podobno wkrótce ma tu zaroić się od ludzi, to i knajpa się przyda.

- A włoską trattorię?

- Ejże! - zawołała Aga i wsunęła rękę pod me ramię, żeby łatwiej utrzymać równowagę. - Czyżbyśmy były świadkami narodzin nowego projektu naszej niezrównanej prawniczki?

- Pomarzyć dobra rzecz - odrzekłam i przyspieszyłam kroku.

Gdy dochodziłyśmy do Moreny, dostrzegłyśmy stojący przed bramą znajomy samochód.

Rozdział 5

Kochani, przepraszam raz jeszcze za spóźnienie, ale miałam naprawdę coś ważnego do załatwienia. Sprawa w pewnym sensie rodzinna, nie cierpiąca zwłoki. Ewentualnie zostanę dziś dłużej, jeśli trzeba. Taką właśnie mowę przygotowałam sobie na wejście, lecz nie dane mi było ją wygłosić, bo zaledwie otworzyłam drzwi do biura, rozległy się brawa i chóralne powitanie. Poza trójką najbliższych współpracowników, w pokoju znajdowała się także Ewa.

Pewnie mieli sygnał z portierni, że już jestem, domyśliłam się, inaczej skąd by wiedzieli?

Szefowa przywitała się szczególnie wylewnie - poza potrójnym pocałunkiem, obdarzyła mnie mocnym uściskiem.

- Jesteś wreszcie - powiedziała na koniec.

- Każdego tak witacie po powrocie z urlopu? - spytałam ze śmiechem. - Czy to nowa świecka tradycja?

- Ho, ho, co za sarkazm! - odezwał się Pysio. - Przypominam, że takie odzywki to moja specjalność w tym biurze i nie życzę sobie naśladownictwa.

Ewa spojrzała na niego z przyganą. Następnie wzięła z biurka Izy jakąś broszurę z klejonym grzbietem i uniosła ją na wysokość swego nosa, tak, żeby było widac front okładki.

- To jest powód, nie powrót z urlopu - oznajmiła. - Witamy naszą główną autorkę. Gratuluję w imieniu własnym i zespołu.

Odłożyłam torebkę i wzięłam broszurę do rąk. Od razu zorientowałam się, że jest to moje opracowanie na temat zabytków architektury drewnianej i tak dalej. Wydrukowane i oprawione. Rzuciłam okiem na okładkę.

- Właśnie dziś przyszło! - zapiszczała Iza. - Prosto z drukarni. Jakie to ekscytujące zobaczyć swoje nazwisko w druku! Twoje też jest, zajrzyj do środka.

Przerzuciłam stronę główną, na której poza tytułem opracowania widniała tylko nazwa naszej agencji oraz miejsce i rok wydania, i przebiegłam szybko wzrokiem część informacyjną. Najpierw dowiedziałam się, pod czyim patronatem i za czyje fundusze wydano tę pracę. Następnie zobaczyłam nazwisko Ewy jako dyrektorki instytucji wydającej oraz krótką listę konsultantów z ich stanowiskami. W dalszej kolejności pojawiły się nazwiska zespołu z naszej agencji, który opracowanie stworzył, w tym i moje, a że przyjęto kolejność alfabetyczną, pierwsza wymieniona została Iza, ja jako druga, a Pysio, jako dokumentalista, trzeci. Czwartą osobą była Aga.

- No pięknie - podsumowałam i oddałam broszurę.

- Nie zajrzysz do środka? - zapytała Ewa.

- Treść znam - odrzekłam i uśmiechnęłam się blado. - Mam nadzieję, że nic nie zmieniliście pod moją nieobecność.

- Nastąpiło małe niedopatrzenie - oznajmiła Ewa. - Twoje nazwisko miało być pogrubione, ale przy przerzucaniu tekstu wytłuszczenie chyba zniknęło, a korekta tego nie zauważyła. No, przykro mi.

- A mojego nazwiska miało nie być w ogóle - odezwała się Aga, która uważnie przypatrywała mi się z pewnego oddalenia, pewnie ciekawa, jak zareaguję. - Przecież ja nic tu nie wniosłam. Po co mnie umieściłaś?

- Oj tam! - Ewa zbagatelizowała uwagę. - Byłaś w terenie? Byłaś. Czyli coś wniosłaś. Jak wszyscy, to wszyscy.

- Słusznie - zauważyłam. - Wszyscy byliśmy w terenie i wszystkich należało wymienić.

Pysio zaśmiał się krótko, Aga prychnęła. Zdawało się, że tylko ci dwoje wychwycili kpinę w mojej wypowiedzi.

- Nakład nie jest duży, ale oczywiście egzemplarz autorski dla ciebie mamy - oznajmiła Ewa. - Nawet dwa, gdybyś potrzebowała dla kogoś.

- Mogę oddać ci swój - rzuciła zza moich pleców Aga. - Będziesz miała trzy.

- Aga, nie przesadzaj! - Ewa wyglądała na poirytowaną. - Czasem, jak coś powiesz, to naprawdę. Na promocję przeznaczamy pewną pulę, owszem, z tym że te dodatkowe egzemplarze będą leżały u mnie. No, a teraz opowiadaj - zwróciła się do mnie.

- Ale co? - Zrobiłam wielkie oczy. Dla efektu oczywiście.

- Jak to co? Nie udawaj. Jak tam było, w Kanadzie.

- Przepraszam, to ja nie mam nic do roboty? Przez dwa tygodnie nic mi nie przybyło?

- No wiesz, Zuzka! - Iza popatrzyła na swoje paznokcie. - Zawsze byłaś pracusiem, ale bez przesadyzmu. Nie chcesz mówić, to nie. Zdjęć na fejsie też jakbyś żałowała.

We mnie wtedy jakby piorun strzelił.

- Powiem wam coś! - wypaliłam, lecz zaraz złagodniałam, bo to, co chciałam wyznać, wypowiedziane w złości zabrzmiałoby źle. - W Montrealu zmarł w tym czasie mój wuj, Antoni Ludwig. Chcecie posłuchać, jak umierał?

Iza ściągnęła usta.

- Na razie nic na ciebie nie zadekretowałam - wyjaśniła Ewa speszona. - Sprawy prawne dostawała Aga lub Iza.

Popatrzyłam w kierunku Agi, ale ta nie odwzajemniła spojrzenia. Pysio nie wytrzymał.

- Koleżanka Izabela wyrosła nam tu niespodziewanie na prawdziwą specjalistkę od prawa - oznajmił poważnym tonem. - Że tak powiem.

Iza pokazała mu język.

- Nad Niagarą byłaś? - zapytała Ewa.

- Byłam - odrzekłam krótko.

- To najważniejsze. Kanada zaliczona - podsumowała szefowa. Wyglądało, że chce szybko zakończyć niefortunny temat. - Na razie, dziewczyny, idę do siebie. A Marcin... - powiedziała do Pysia. - Pozwól ze mną, bo mam do ciebie pewną sprawę.

Kiedy wyszli, żeby zminimalizować niedawny zgrzyt, oznajmiłam:

- Ja naprawdę cieszę się, że znowu jestem z wami. Ten nasz pokój, ta atmosfera, jest nie do podrobienia, nawet w Kanadzie niczego podobnego nie znajdziesz. Z tym że, wybaczcie, dzień po powrocie zaczął się dla mnie nie najlepiej, nie jestem w nastroju. Może za jakiś czas będzie lepiej.

- Ale co, z remontem domu chyba wszystko dobrze? - dopytała Iza. - Wiem od męża, że Filip jest bardzo zadowolony.

- Jest fantastycznie - stwierdziłam. - Jak obiecali, tak zrobili, nawet meble i inne rzeczy są na swoim miejscu. W większości. To nie to. Chodzi raczej sprawy osobiste. Przepraszam, przejrzę zaległe maile - dodałam, żeby Iza nie ciągnęła mnie za język.

- A ja idę na papierosa - oznajmiła Aga i opuściła pokój.

Nie poszłam za nią. Byłby to zbyt jasny sygnał dla Izy, że obie nie chcemy przy niej rozmawiać. Aga miała opinię Izy gdzieś, ja jednak nie chciała zaburzać delikatnej równowagi sympatii i antypatii w pokoju. Skupiłam się więc na kilkuset mailach, na które w większości nie musiałam już odpowiadać, bo nadawcy otrzymali z autorespondera informację, że adresatka przebywa na urlopie. W połowie przeglądu rozległ się sygnał telefonu. Dzwonił Filip. Znalazłam pretekst, żeby wyjść na korytarz. Przed opuszczeniem pokoju zdążyłam tylko powiedzieć do mikrofonu "Cześć!", by w ten sposób dać Izie do zrozumienia, że to rozmowa prywatna.

Filip był oczywiście ciekawy wrażeń z podróży do Kanady, lecz przede wszystkich chciał wiedzieć, jak panie z Moreny oceniają wykonaną przez Ekoreno pracę. Po raz kolejny powiedziałam, jak bardzo obie jesteśmy zadowolone ze zmiany, jaka nastąpiła we wnętrzach i w funkcjonowaniu naszego domu, i że kilka osób także miało okazję dokonać porównania, i że także są pełne podziwu, i tak dalej.

- Ale zdajesz sobie sprawę, że to dopiero wstęp do właściwej renowacji? - pytanie Filipa przerwało mój potok słów.

- Znaczy co? - zapytałam. - Masz na myśli elewacje?

- No tak. To ona decyduje o charakterze waszego świdermajera. I to ona wpisuje się w niepowtarzalny krajobraz architektoniczny tej okolicy, i go współtworzy. Wiesz, kto tak napisał?

- Wiem, niestety. Ja sama. Gratuluję oczytania - zażartowałam.

- Dlatego muszę się z tobą zgodzić.

- Uff, zdaję sobie sprawę. Rozliczmy jednak najpierw pierwszy etap.

- Oczywiście. Natomiast jeśli chodzi o drugi...

- Filip! Jeszcze nie wiem, czy będzie nas na niego stać!

- ...nie zacznie się wcześniej niż w październiku, po naszej wrześniowej konferencji. Mam nadzieję, że pojawisz się na niej jako gwiazda.

- Aha, już to widzę. Może jako celebrytka?

- Ha, ha. Jako autorka fundamentalnego opracowania.

- Oj, żebyś się nie przeliczył.

- Przecież jesteś nią. Sam szef cię chwalił.

- Masz tę niby książkę? Zajrzyj do środka. - Nie byłam w stanie ugryźć się w język. - Tam, gdzie wymienieni są autorzy.

- Co tam jest? Gotowej jeszcze nie widziałem, czytałem ją w pliku tekstowym.

- Przyznaj się, dali ci ją, żebyś zrecenzował, a wpisali za ciebie kogoś innego.

- Wiesz, jak to wygląda w praktyce - uciął temat. - Ale co? Nie umieścili cię jako autorki? Nie wierzę.

- Jest napisane, że pracował zespół w składzie. Żona twojego przyjaciela figuruje na pierwszym miejscu. Bo ma nazwisko na "be".

- Iza? Przecież ona robiła tylko redakcję merytoryczną.

- Przepraszam? - To mnie zatkało. - Jaką redakcję?

- Noo... - Filip zawiesił głos. - Taką otrzymałem informację. Ktoś musiał się tego podjąć. Szef zamierzał wrobić w to mnie, bo skoro już czytam, rozumiesz? Ale ja na redakcję nie miałem zupełnie czasu, zwłaszcza że trzeba ją było zrobić w tydzień. Poza tym nie chciałem. Wtedy szef powiedział, że nie ma sprawy, siostrzenica na pewno mu nie odmówi.

Stojąc przy oknie, zauważyłam, że Pysio wyszedł od Ewy i wrócił do naszego pokoju.

- I oczywiście nie odmówiła. Tylko kogo z kolei ona znalazła do tej roboty w tak krótkim czasie? Kto jej nie odmówił? - Głupia, nie brnij w to, zganiłam sama siebie, on się przyjaźni z jej mężem, nie z tobą. - Żartuję - skwitowałam i przybrałam sarkastyczny ton Pysia. - Iza świetnie zna się na temacie.

- Tym niemniej, to ty powinnaś figurować jako główna autorka. - Filip mimo wszystko przyjął ostatnie wyznanie z ulgą. - Pozostali jako współpracownicy.

- Filip, czy to ważne? Honorarium i tak mi nie zapłacą. To praca w ramach etatu.

- Mniejsza o honorarium, chodzi o honor - oświadczył. - Odezwał się specjalista od honoru, przemknęło mi przez myśl. Po tym, jak załatwił Pysia w gazecie? Wtedy trzeba było się wykazać, nie teraz. - Zostaw to mnie - ciągnął. - Już ja się postaram, żeby cię odpowiednio uhonorowano. - Ja dalej milczałam. - Jesteś tam? - zaniepokoił się Filip dłuższą ciszą w telefonie.

- Tak, tak! - zapewniłam gorąco. Właśnie u wylotu korytarza zobaczyłam powracającą do biura Agę. - Dziękuję ci za troskę. A teraz muszę kończyć. Pewnie niedługo znowu pogadamy. Pa, pa! - rzuciłam przyjaźnie i rozłączyłam się, nie bacząc na jego "chwileczkę".

Aga sprawiała wrażenie, że przechodząc obok, nie zatrzyma się. Zmuszona byłam uciec się do fortelu.

- Jeden papieros ci wystarczy? - rzuciłam. Aga zrozumiała aluzję. Zawróciła i przystanęła. Powiedziałam: - Nie poszłam za tobą, bo po twoim wyjściu miałam telefon. Widziałaś. Co się dzieje? - zapytałam.

Aga wzruszyła ramionami.

- To, co zawsze. Tylko jeszcze bardziej.

- To w biurze. A poza nim?

- Też.

- Nie do końca. Wczoraj zobaczyłam coś nowego. Oni naprawdę się godzą ze sobą?

Nie musiałam tłumaczyć, kogo mam na myśli.

- Kto ich wie. Może i tak.

Odniosłam wrażenie, że ta odpowiedź miała zawierać przekaz w rodzaju "co mnie to obchodzi", w istocie jednak obchodziło ją bardzo.

- I właśnie to cię martwi? - zapytałam, zdradzając tonem zdumienie. Aga wykonała dziwny ruch, jakby w proteście, że takie pytanie w ogóle padło. Chciała odejść bez słowa. - Zaczekaj! - powstrzymałam ją. - Wyjaśnisz mi to jakoś racjonalnie?

- Po co? Ich zapytaj. Zrobią to na pewno lepiej ode mnie.

- Czy dlatego nie chciałaś wczoraj podjechać razem z nimi na lotnisko?

- Bzdury. Powód był banalny. Po co mielibyśmy się gnieść w piątkę w jednym aucie?

Jej odpowiedź nie zabrzmiała dostatecznie wiarygodnie.

- Oj, Aga. Coś mi tu nie gra. Ale dobrze, nie moja sprawa. Na razie mam na głowie parę swoich zmartwień. Idziemy?

Powiedziała, że owszem. Poszłyśmy.

Gdy weszłyśmy do pokoju, Pysio spojrzał na nas tylko przelotnie, a Iza nawet nie oderwała wzroku od monitora. Stanąwszy przy biurku, sięgnęłam do swojej torebki i wyjęłam z niej kilka zapakowanych w niewielkie foliowe torebki drobiazgów.

- Słuchajcie! - powiedziałam do wszystkich. - Mam tu dla was małe prezenciki z Kanady. - Nie tłumaczyłam, że zainspirowana przez Carol, kupiłam je tuż przed wyjazdem z Montrealu. - Takie indiańskie czary mary. - Cała trójka skierowała ku mnie wzrok. - Podobno, według Siuksów i innych Indian, to coś zawieszone nad łóżkiem sprowadza dobry sen. Mówią na to łapacz snów. Wyłapuje wszystkie nocne mary. Tak że jak ktoś ma kłopoty z zasypianiem, niech zastosuje. - Przeszłam od biurka do biurka i rozdałam upominki. - Dla Ewy też mam - dodałam.

- To niesamowite, że o nas pomyślałaś - stwierdziła Iza, przybierając promienny uśmiech.

- Dziękuję, Zuzi - powiedziała Aga, obracając w palcach przyozdobioną koralikami i piórkami bawełnianą siatkę naciągniętą na drewniane kółko.

- Pogański kraj, pogańskie obyczaje - skomentował Pysio.

- Uch, ty to zawsze! - warknęła Iza. - Niczego taki nie uszanuje. Dziewczyna starała się, a ten...

- O co chodzi? - odciął się Pysio. - To tylko cytat. Sienkiewicz ci się nie podoba? "Krzyżaków" na pewno czytałaś.

Przyłożył dłoń do serca i złożył Izie głęboki rycerski ukłon.

- Lepiej nic już nie mów - poradziłam mu.

On tylko westchnął i odrzekł w swoim stylu:

- Niestety, nie mogę milczeć, kiedy dzieją się rzeczy wielkie.

- O ho, ho! - zakrzyknęła Iza. - Trzymajcie mnie, bo zaraz zemdleję.

Pysio nabrał powietrza, żeby oznajmić coś ważnego, lecz rozległ się dzwonek telefonu wewnętrznego. Wyciągnęłam rękę po aparat. Z wyświetlacza dowiedziałam się, że dzwoni Ewa.

- Zuzanna - powiedziałam do słuchawki.

- Słuchaj, Zuzka, nie mówiłam o tym w pokoju, bo to nie miejsce, tym niemniej jest pewne zadanie dla ciebie - usłyszałam od Ewy. - Dziś niewiele masz do roboty, no wiesz, pierwszy dzień po urlopie, nie chciałam ci zwalać od razu wszystkiego na głowę. Ale pamiętasz, za niecały miesiąc mamy tę konferencję. - Mówiła szybko, nie pozwalając niczego wtrącić. - Z naszym udziałem oczywiście. No i jest taka propozycja, żebym ja tam coś powiedziała w związku z tym naszym opracowaniem. A wiesz, co ja tam mam powiedzieć? Gdybyś mi przygotowała, przynajmniej w punktach, co by należało poruszyć, to ja już bym jakoś rozwinęła. Pomyśl.

- Pomyślę - mruknęłam.

- Tylko wiesz, żeby te punkty nie były zbyt lakoniczne, tylko takie bardziej rozbudowane, żebym tam nie dukała, a tak bardziej płynnie, rozumiesz.

- Rozumiem. Mam napisać ci całe wystąpienie.

- No. Przynajmniej w ogólnym zarysie.To by było pierwsze zadanie dla ciebie.

Gdy odłożyłam słuchawkę, Pysio uznał, że może wrócić do swego oświadczenia.

- Przykro mi, że czynię to w tym podniosłym momencie, gdy Zuza rozdaje prezenty i tak dalej, ale, no cóż, wiadomości tej nie mogę dłużej pozostawiać tylko dla siebie. Uczciwość mi nie pozwala. - Wiadomo było, że patetycznym wstępem pobudzi ciekawość pozostałych. - Otóż chcę was uroczyście poinformować, że niedługo się rozstaniemy. - Nie, czyżby informował nas, że jednak się rozwodzi? Jego poza świadczyła, że po dwusekundowym zawieszeniu nastąpi ciąg dalszy. - Pewnego ranka, raczej prędzej niż później, nie zastaniecie mnie tutaj.

- Co? - Świeżo po rozmówce z szefową, zareagowałam jako pierwsza. - Chcesz powiedzieć, że Ewa cię wywala?

- Ująłbym to inaczej - odrzekł Pysio wyniośle. - Nasza szefowa przychyliła się do mojej wyrażonej na piśmie prośby. Inaczej mówiąc, to nie mnie zwolniono, a ja się zwolniłem, na co właśnie otrzymałem przyzwolenie najwyższego kierownictwa.

Mimowolnie spojrzałam na Agę. Ta patrzyła uparcie w ekran. Dopiero czując na sobie mój wzrok, podniosła oczy.

- To bądź uczciwy do końca i powiedz jeszcze, gdzie teraz będziesz pracował - rzekła kpiąco.

Nabrałam podejrzeń, że wiedziała o odejściu Pysia z agencji, zanim on to ogłosił.

Iza natomiast wyglądała na zaskoczoną, choć prędzej to ona powinna dysponować jakimś przeciekiem od Ewy. Lecz widać nie dysponowała.

- Mimo wszystko szkoda - powiedziała znudzona. - Facet w pracy to jednak facet, nawet jak nie pozwala się polubić.

Pysio roześmiał się głośno.

- I za to cię lubię, Izabelo - oświadczył. - Niestety, uczciwość wobec nowego pracodawcy każe mi trzymać informację, o którą pyta Aga, jeszcze jakiś czas w tajemnicy.

- Co ty trujesz, Pyszny - zgasiła go Iza. - Ą, ę, Francja elegancja, a wszyscy i tak wiedzą, że wracasz do mediów. I co na to teraz powiesz?

- No właśnie, co powiesz? - przyłączyła się Aga.

- Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, pani redaktor.

- Nie mów! - Po jego klasycznym zwrocie nagle mnie oświeciło. - Będziesz rzecznikiem prasowym?

- Praca w tak inteligentnym gronie, jak to, jest dla mnie przyjemnością i zaszczytem - stwierdził Pysio, kierując ukłon w moją stronę. - Temat uważam za zamknięty, a dalsze pytania za zbędne.

- Rzecznikiem? Czyim? - Sens wiadomości dopiero teraz dotarł do Izy.

- Za zbędne - powtórzył Pysio.

- O rety! - Iza aż stęknęła. - Wielka mi tajemnica. I tak się dowiem.

- Dobrze. Jak już się dowiesz, powiadom mnie, proszę. - Pysio nie przestawał zabawiać się kosztem Izy. - Też chciałbym to wiedzieć. Jest rzeczą bardzo frustrującą, wychodzić rano do pracy i nie wiedzieć, dokąd się udać.

- Przepraszam, możecie skończyć to gadanie? - włączyła się poirytowana Aga. - Mam robotę do wykonania. Muszę się skupić.

- Tym bardziej zbędne - oznajmił Pysio i zamilkł.

Tymczasem ja faktycznie nie miałam wiele do roboty. Przejrzałam resztę maili, skasowałam spam, który mimo zapór przedarł się do głównej skrzynki, w kilku przypadkach, gdy uważałam to za celowe i konieczne, wysłałam odpowiedź, po czym wzięłam się za kartkowanie swojego opracowania, którego jeden egzemplarz spoczywał na biurku. Żeby przygotować Ewie wystąpienie, nie musiałam czytać go na nowo. Otwierałam broszurę na chybił trafił. Rozpoznawałam swój tekst, właściwie pozostawiony bez jednej interwencji. Pani redaktor nie napracowała się zanadto, pomyślałam, rzucając spojrzenie na Izę.

Przerzuciłam kilkadziesiąt kolejnych stron i przeszłam do końcowych wniosków. Jak się spodziewałam, a raczaj obawiałam, pod moją nieobecność ktoś przerobił je tak, by nie brzmiały ogólnikowo, jak wskazówki, lecz miały formę konkretnych propozycji, przygotowanych pod przyjętą z góry tezę. Albo szeregu tez. Musiałam przyznać, że układały się one w logiczny ciąg. Wychodziły od mojego generalnego wniosku, że aby zachować unikalny charakter architektury drewnianej w krajobrazie wiejskim i małomiasteczkowym, potrzebne jest wsparcie państwa. Zarówno w sferze prawnej, jak i przy stosowaniu prawa w praktyce. Zaproponowałam stworzenie państwowego systemu zachęt. Takiego, w którym każdy, kto zechce zachować tradycyjne obiekty, może uzyskać finansową pomoc, by burzenie starego i budowanie od nowa nie okazywało się tańsze od remontowania. I takie tam podobne bleblanie w urzędniczym stylu. Ale sama nie napisałam nic, co by wyglądało wprost na rządowe propozycje, które wystarczy ująć w formę rozporządzenia i zastosować.

Dopisane wnioski, mimo że osadzone w tych ogólnikach, nie były po mojej myśli. Wynikało z nich, że należy jak najszybciej utworzyć odpowiednią agencję rządową lub obciążyć tym zadaniem którąś z agencji już funkcjonujących, by można było rozdzielać koncesje i dotacje, powoływać komisje i ogłaszać konkursy, a wszystko zostało tak pomyślane, żeby pierwszą firmą spełniającą wszystkie kryteria, mogło okazać się Ekoreno. Czy nie dlatego firma należąca do jednego z wujków Izy, a przy tym brata posła z komisji ochrony środowiska, z taką ochotą podjęła się remontu Moreny?

Pięknie, pomyślałam. Dałam się zrobić na szaro, jak nic. Niech tylko teraz któryś dziennikarz, choćby ten, co się interesuje historią naszego świdermajera, nie mówiąc o pewnym wścibskim policjancie, co już węszy wokół Moreny, połączy te dwa fakty. Może dobrze się stało, że mojego nazwiska nie wybili na stronie tytułowej, jak chciał Filip, ani nawet nie wytłuścili, jak tego podobno chciała Ewa.

Znowu zadzwonił telefon. Tym razem dzwonili z sekretariatu.

Sekretarka poinformowała, że szefowa chciała ponownie ze mną rozmawiać, lecz nagle musiała wyjść dokądś na dobry kwadrans. Prosi o przekazanie, że wróci do tematu zaraz po powrocie. I żebym była na to gotowa.

Coś nowego. Dlaczego Ewa nie zadzwoniła osobiście? Zawsze tak czyniła. Spieszyła się? Ktoś ją wezwał? Przekazała sekretarce polecenie w biegu?

Napisałam maila do Pysia: Dlaczego wczoraj nie wspomniałeś, że odchodzisz z agencji?

Odpisał: Wczoraj to nie było pewne. Decyzja ostateczna zapadła dziś. Gdzie jemy lunch? Chińczyk czy Włoch?

Włoska trattoria! Moje ulubione miejsce w śródmieściu Warszawy. Do wczoraj. Do rozmowy z komisarzem Makułą, gdy dowiedziałam się o zatrzymaniu Paola. Czy jeden niegodziwiec, przypadkiem Włoch, w dodatku nie stuprocentowy, jest w stanie zohydzić mi wszystko, co włoskie? A jednak! Na myśl o włoskim jedzeniu, włoskich nazwach i melodiach, odczuwałam nieprzyjemny skurcz w sercu. Język włoski wydał mi się językiem wężowym, a czarne oczy Paola oczami złoczyńcy. Spojrzałam na swoje zniekształcone oblicze odbite w metalicznym kloszu biurkowej lampy. W porywie złości gotowa byłam znienawidzić także własne ciemnobrązowe tęczówki i włoską odnogę w swoim drzewie genealogicznym.

Odpowiedziałam: Nie wiem, czy w ogóle będzie dziś lunch. Ewa każe mi czekać na siebie do jej powrotu.

Pysio zareagował błyskawicznie: Nie daj się znowu wykorzystać!

Nie podjęłam tematu. Czy nie on sam ostrzegał mnie kiedyś, że zbyt szczere prywatne maile w służbowej sieci to proszenie się o kłopoty? Teoretycznie każdy z nich jest do odczytania przez administratora. I - czysto teoretycznie, jak Pysio zapewniał, bo praktycznie komu by się chciało, ale przypadki chodzą po ludziach - ich treść może dotrzeć do przełożonych.

- Słuchajcie! - odezwała się nagle Iza, przerywając przedłużającą się ciszę w pokoju. - A może wpadniemy na lunch we czwórkę do tego waszego Chińczyka? Co, Zuza? Tak bym chciała od ciebie usłyszeć, jak ludzie żyją w Kanadzie, co jedzą, jak się ubierają i w ogóle jak tam jest.

- Ja nie mogę - zastrzegła od razu Aga.

Pysio podrapał się za uchem.

- Jak by to powiedzieć... Arkady Fiedler, Kanada pachnąca żywicą. Lektura z lat młodzieńczych mojego ojca.

- Dobra - zareagowała lekceważąco rozdrażniona Iza. - Znowu te twoje zagadki! Nie wiem, o co ci w nich chodzi. Daję jednak głowę, że też nie możesz.

- W rzeczy samej - zgodził się Pysio. - Jak na to wpadłaś?

- Kobieca intuicja - odrzekła Iza i stuknęła się trzy razy palcem w okolice serca. - Ale ty tego nie skumasz.

- No nie, biuro wariatów! - Aga irytowała się coraz bardziej. - Mam do napisania jedno debilne pismo, już kończę, moglibyście więc się zamknąć przynajmniej na dziesięć minut?

- Nie przejmuj się, kiedyś ci opowiem - zwróciłam się porozumiewawczo do Izy. - Jak będzie spokojniej. A dziś, sama widzisz. Poza tym muszę czekać na Ewę.

Aga przeszyła mnie wzrokiem, jakby chciała dojrzeć zmaterializowane w mojej głowie myśli. Zaraz jednak wróciła do tworzenia swojego debilnego pisma.

- Potrzebny mi zastrzyk kofeiny - oznajmił Pysio. - Inaczej zwariuję.

Wstał, by wyjść do kącika kuchennego. Nim zamknął za sobą drzwi, stwierdziłam głośno, że to dobry pomysł i wyszłam za nim.

- Zaskoczyłeś mnie - powiedziałam po drodze. - Kiedy odchodzisz?

- Po tej zakichanej konferencji - odpowiedział. - Czyli w październiku. A ty?

- Co ja?

- Kiedy ty odchodzisz?

- Przestań. Nie zamierzam tymczasem.

Pysio wydał krótki, nieartykułowany dźwięk oznaczający powątpiewanie.

- Tak ci się tylko wydaje - powiedział.

- Wybacz, ale chyba wiem, co mam w głowie. Aż tak źle ze mną nie jest.

- Za długo cię tu nie było - stwierdził Pysio. - Nie nadążasz.

- To oświeć mnie łaskawie. - Szarady Pysznego zaczynały działać także mi na nerwy.

Doszliśmy do pomieszczenia w końcu korytarza, w którym stał automat do kawy. Pysio jako pierwszy wsunął kapsułkę, podstawił filiżankę i nacisnął przycisk.

- Lód jest kruchy, stąpaj ostrożnie - poradził i zaraz wyjaśnił: - Będą cię potrzebować gdzie indziej. Ale ty, to moja przyjacielska porada, zupełnie bezpłatna, nie daj się wykorzystać. Lód może się załamać, gdy będziesz daleko od brzegu. Zbyt daleko.

- Czy nie taką właśnie gadkę nazywa się językiem ezopowym?

- Brawo, pani magister. Z literatury piątka - powiedział, wręczając mi filiżankę z kawą. - A teraz przejdźmy do psychosocjologii małych grup. Miałaś taki przedmiot na studiach?

Ponownie załadował automat i podstawił drugą filiżankę.

Zdobyłam się na fałszywą autoironię.

- Wybacz, studiowałam zaocznie - oznajmiłam.

- Trudno - rzekł Pysio. - Poznasz działanie jej praw od razu w praktyce, z pominięciem teorii.

- Podaj przykład. - Zmuszana przez Pysia do wejścia na wyższy poziom myślenia, wpadłam na pomysł, jak złapać go w jego własne sidła. Dolałam do kawy trochę mleka i powiedziałam: - Żebym później mogła zweryfikować twoje proroctwa, bo inaczej w każdym przypadku powiesz "a nie mówiłem?".

- Sprytna w myśleniu, naiwna w działaniu, oto nasza panna Zuzanna - podsumował Pysio. Zabrał swoją kawę spod maszyny i upił nieco. - Ale koniec z tym. Nadchodzi czas dojrzałości. Życiowej - dodał, nim zaprotestowałam, że okres dojrzewania ma za sobą.

- Nie da się dziś z tobą normalnie rozmawiać - stwierdziłam.

- Przykład? Proszę bardzo - powiedział Pysio, wskazując ręką drogę powrotną. - Lektura twojego opracowania. Prowadzi ona do przypuszczenia graniczącego z pewnością, że całe to towarzystwo będzie chciało wkrótce powołać nową międzyresortową agencję, biuro, centrum, jak zwał tak zwał, i ktoś będzie musiał im to coś zorganizować.

- I ty myślisz, że ja? - Roześmiałam się szczerze. - Ja jestem od czarnej roboty, panie kolego, nie od zaszczytów.

- Słuszna konstatacja - pochwalił Pysio. - I właśnie ktoś taki będzie im na początek potrzebny.

- A potem?

Pysio uniósł brwi i szeroko otworzył oczy.

- Kruchy lód, uważaj. Chyba że do tego czasu zmienisz swoją życiową regułę.

- Na jaką? O ile jakąś mam.

- Sprytna także w działaniu.

- To twoja reguła?

- E, cwaniara! - Pysio na sekundę zmienił skórę, grając kogoś innego niż zwykle. Widać przymierzanie różnych masek sprawiało mu przyjemność. - Pamiętaj, że jestem starszy i miałem więcej czasu na naukę.

Gdy zamykaliśmy za sobą drzwi pokoju, dostrzegłam wychodzącą z windy Ewę. Zaraz też, zaledwie usiadłam i łyknęłam trochę kawy, otrzymałam telefon z sekretariatu, że szefowa wróciła. Zabrałam więc swoją torebkę i wyszłam.

- Pani Jadziu, taki drobiazg dla pani - powiedziałam, wręczając sekretarce małą szklaneczkę z napisem "Niagara Falls, Canada". - Na pamiątkę.

- Dziękuję, pani Zuzanno. To bardzo miłe z pani strony. - U pani Jadzi pojawiły się symptomy zmieszania. - Postawię tu gdzieś, niech wszyscy widzą. Bo pani była w Kanadzie, prawda? Tak słyszałam.

- No właśnie, a to pamiątka spod Niagary. Tego wodospadu.

- Aha, no tak, tu napisane. - Sekretarka odstawiła szklaneczkę, nie przestając się uśmiechać. - Pani Ewa czeka.

Weszłam do pokoju szefowej. Ewa nerwowo przestawiała jakieś papiery na biurku.

- Siadaj - powiedziała.

Sama nie usiadła. Podeszłam do niej z ostatnim łapaczem snów.

- Każdy w pokoju dostał, mam i dla ciebie - powiedziałam, wyciągając rękę. - Największy. Cudowne urządzenie kanadyjskich Indian do odstraszania złych myśli. Wieszasz nad łóżkiem i masz spokojny sen.

- Naprawdę? - Ewa wzięła delikatny łapacz do ręki, rzuciła na niego okiem i odłożyła. - Dziękuję. Przyda się. W biurze też działa?

- Nie wiem. Wypróbuj.

Cofnęłam się i usiadłam. Ewa także zajęła swoje krzesło. Jej zachowanie, ton głosu, wyraz oczu, nie wróżyły niczego dobrego.

- Słuchaj - zwróciła się do mnie, obracając w palcach długopis. - Przemyślałam w międzyczasie to, co ci mówiłam. To o tym wystąpieniu na konferencji. Pomyślałam, że zrobimy inaczej. Ja powiem kilka słów na okrągło, takie tam wprowadzenie, a zasadnicze, merytoryczne wystąpienie zostawię tobie. Co ty na to?

Jak dla mnie, niespodziewanie odpaliła granat.

- No, co ja mogę? Jak uważasz. Ja tu tylko pracuję. Będzie, jak zdecydujesz.

- Super. Myślę, że uda mi się przekonać organizatorów do drobnej zmiany porządku. W końcu to głównie twoja praca, należy ci się wyróżnienie.

Oj, Filip, Filip! Działasz błyskawicznie. Ale sam zobacz, coś ty narobił! Po coś w ogóle się wtrącał? - pomyślałam. A ty po coś mu się skarżyła, odpowiedziałam zaraz sama sobie. Trzeba było w porę ugryźć się w język, a nie skarżyć.

- Bez przesady - bąknęłam pod nosem. - Każde z nas coś wniosło.

- Tak że taka sprawa - zakończyła Ewa. - Zajmiesz się teraz swoim wystąpieniem. I pokaż mi je, jak skończysz. - Uchwyciła natychmiast moje ostre spojrzenie. - Żadna cenzura - zastrzegła. - Chodzi o to, żebym wiedziała, do czego nawiązać we wstępie.

- Czyli to wszystko? - spytałam i wstałam.

- A jak tam remont waszej willi? Zadowolona? - usłyszałam zaskakujące pytanie.

Pyta w związku czy bez związku? - pomyślałam błyskawicznie.

- Całkowicie - odrzekłam.

- To świetnie - stwierdziła Ewa. - Jednak co fachowcy, to fachowcy. Nie to, co ci miejscowi partacze.

Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że za zmuszaniem "miejscowych partaczy" do rezygnacji od remontu dachu Moreny, nie stał żaden Biernat, lecz zupełnie ktoś inny.

Rozdział 4

Rano jako pierwsza zjawiła się pod Moreną ekipa niejakiego Sebastiana, nieznanego mi z nazwiska, która wystawiała i zabezpieczała meble przed remontem.

- ...ooobry! - przywitał się sam szef w towarzystwie dwóch pracowników. - My dokończyć robotę, bo nieskończona. I dobrze, że panie są.

Niezachęcony, bezceremonialnie wszedł do sieni.

- Ale co tu jeszcze? - zdziwiłam się.

Byłam już ubrana, gotowa do wyjścia. Spieszyłam się do Otwocka. Zdążyłam nawet zadzwonić do swojego biura, żeby poinformować, że z ważnych powodów dojadę dziś później.

- Pokaż pani - zwrócił się Sebastian do swojego pracownika. - Ma być, jak było, nie? - Pracownik pokazał tablet. - Na tę okoliczność mamy zabezpieczoną pełną dokumentację. Chyba że panie sobie nie życzą, to proszę podpisać zgodę na piśmie.

- Raczej niezgodę - zauważyłam pod nosem.

- Proszę?

- Nie, oczywiście, pomoc bardzo się przyda. Przenieść dywany i chodniki, porozkładać, ale firany to chyba już we własnym zakresie?

- Wedle życzenia. W umowie mamy, żeby wszystko. To jak?

Babcia Irmina wyjrzała ze stołowego. Wracała właśnie z ogrodu.

- Panowie z firmy, chcą wieszać firany - poinformowałam ją. - I zasłony. I dywany rozłożyć.

- Ale firany? Niepoprane - zmartwiła się babcia. - Chyba że zrobimy inaczej. - Zastanawiała się przez moment. - Założymy stare?

- Nam obojętne - stwierdził Sebastian. - Klient chce, klient ma. Zleceniodawca płaci.

- To ja zostawiam panów z babcią, dogadajcie się sami, bo na mnie czas - oznajmiłam. Zabrałam torebkę i pożegnałam się. Przy drzwiach przystanęłam. - A dotychczasowej roboty gratuluję - powiedziałam. - Naprawdę, wszystko jest na swoim miejscu.

- To nasza dewiza, szanowna pani - oświadczył pracownik z tabletem, a Sebastian poklepał go po plecach.

- Tylko nie daj Boże, żeby ta wasza dokumentacja miała wpaść w ręce złodziei - postraszyłam ich, licząc w duchu, że zostaną wprawieni w zakłopotanie.

- Spokojna głowa - zapewnił Sebastian niespeszony. - Mamy to obcykane. W razie co, policja nas pierwszych by wzięła na przesłuchanie, czy nie? Dotąd nie było przypadku.

- To jak się zabezpieczacie?

- Zwyczajnie. Po dwóch tygodniach, jak nie ma reklamacji, kasujemy zdjęcia. Dokumentnie.

Rzuciłam krótkie spojrzenie na każdego z mężczyzn. Przybrali miny trójki niewiniątek.

- Do widzenia panom zatem - powiedziałam i szybko wyszłam z domu.

Dojazd kolejką do Otwocka trwał krócej niż przemarsz z domu na stację, zwłaszcza że wdziałam tego dnia buty na podwyższonym obcasie i o przyspieszonym kroku nie mogło być mowy. Podobnie w Otwocku - dojście ze stacji do powiatowej komendy kosztowało mnie kwadrans marszu. W tym kilka minut na rozglądanie się po terenie, byłam bowiem w tym miejscu po raz pierwszy. Korzystałam naturalnie z internetowego przewodnika.

Kiedy weszłam do budynku komendy, zostałam najpierw obrzucona badawczym spojrzeniem przez dyżurnego, próbującego zgadnąć, z kim ma do czynienia. Słysząc "ja do komisarza Makuły", zapytał:

- A wezwanie jest?

- Nie, ja bez wezwania. Ale jestem umówiona - wyjaśniłam.

Po sprawdzeniu, że rzeczywiście jestem oczekiwana przez komisarza Makułę, dostałam przepustkę i przeszłam do wydziału dochodzeniowo-śledczego. Tam skierowano mnie do pokoiku, w którym ktoś już oczekiwał na rozmowę.

- Pan komisarz Makuła prosi, aby zechciała pani chwilę zaczekać, aż skończy przesłuchanie innej osoby - powiedziała do mnie dyżurna funkcjonariuszka.

Usiadłam na jednym z wolnych krzeseł, bokiem do czterdziestoletniego na oko mężczyzny, bardzo niespokojnego. Wykonywał mnóstwo drobnych ruchów, bezustannie kręcąc się na swoim krześle.

- Pani też w tej sprawie? - zapytał po krótkiej chwili.

- A pan w jakiej? - odrzekłam.

- No tego niby Włocha. - Pokręcił ze złością głową. - Było w gazecie. - Nie pozostało mi nic innego, jak milczeniem potwierdzić jego przypuszczenie. - To kobiety też naciągał? Makaroniarz jeb... o, przepraszam. Nosi mnie, że tak się dałem wrobić.

Czułam, że człowiek ma potrzebę opowiadania o sobie i swojej przygodzie, a czekanie na przesłuchanie jest dla niego udręką.

- Gdzie to się stało? - zapytałam neutralnie, bez emocji. - Znaczy, w pańskim przypadku.

- Gdzie? A, tutaj, pod marketem. Pod nosem policji, można powiedzieć. Bo ja jestem spod Otwocka, wie pani. Jak przeczytałem dziś w gazecie, że go mają, od razu przyjechałem. Niech i mnie zamkną za kupowanie towaru na lewo, ale jemu nie popuszczę, draniowi!

- Pocieszę pana, za to nie zamykają - poinformowałam go.

- To i lepiej - stwierdził nieznajomy. - Pani patrzy. - Wyciągnął z kieszeni mały kartonik. - Co tu napisane? Jakiś Franco Moreno, manager. Dalej nie rozumiem. Pani też tak się przedstawił? Że niby handlowiec, spieszy się na samolot, odlot z Okęcia ma za dwie godziny, pyta, czy na pewno zdąży. A, i jeszcze taki numer zakłada, że pyta: czy pan mówi po włosku? Ale po co pyta, jak mówi po polsku. Ja nie mówię, ledwie po rusku coś tam ze szkoły pamiętam. Zdrastwujcie i doswidania. No dobra, to ja do niego, że przez Most Siekierkowski jak nic zdąży, jeszcze takim samochodem, to na sto procent. Bo wóz miał po zbóju, niezły wypas. Zresztą, co ja gadam, musiała sama pani widzieć, jak i panią nabrał. To on wtedy, że ma taki kłopot, że mu zostały po wystawie jakieś piły, jakiś generator, wie pani, taki sprzęt. - Słysząc to, pokiwałam głową. - Pani też tak nawijał? No proszę. I też mówił, że musi to zostawić, bo na samolot nie wezmą? Stały numer. W gazecie tak pisali, tylko trochę niekonkretnie, pewnie specjalnie, żeby świrusów nie ściągać na policję. Bo pani wie, jak zapytają, jaki sprzęt oferował, a ktoś powie, że na przykład bosza, a nie hondę albo sztila, to już wiadomo, że zmyśla i tylko liczy na odszkodowanie, ewentualnie, no to won z takim.

Zwiesił głowę i zamilkł na chwilę.

- Chyba że naprawdę jednym oferował bosza, a innym hondę - podsunęłam mu myśl, żeby zachęcić go do dalszych zwierzeń.

- By mogło być - zgodził się tamten. - Ale mnie szwagier już wytłumaczył, że Chińczyki, jak chodzi o generatory prądu, najczęściej podrabiają Japończyków, a z Niemców to sztila. Bo pani na pewno wie, to co będę tłumaczył, że ten jego super sprzęt to podróby, tylko że człowiek od razu tego nie widzi, dopiero jak rozpakuje i próbuje uruchomić. A on może i Włoch, ale oszust, nie handlowiec. Ale tak: paszport pokazał, tylko przekartkował, do środka nie zaglądałem, fakturę dał, gwarancję też. No, normalnie zgłupiałem. Pani nie? Też, za przeproszeniem, panią wyrolował, bo pani tu siedzi. - W pewnym sensie mnie wyrolował, pomyślałam, delikatnie przytakując głową. - No widzi pani. Ale pani na tym się zna? Taka lala? Na sprzęcie znaczy.

- Nie bardzo - przyznałam.

- A widzi pani. A ja się znam, może nie super, tak w miarę, jak to facet, i też mnie wpuścił w maliny. Niby chciał to wszystko zostawić, bo mu się nie opłaca zabierać do Rzymu, tylko żeby mu jakąś część zapłacić, symbolicznie. No i...

Otworzyły się drzwi, stanął w nich komisarz Makuła w cywilnym ubraniu. Od razu skierował się do mnie:

- Już jestem wolny. Zapraszam - powiedział.

- Chwila! - zaprotestował nieznajomy. - Jakaś kolejność chyba obowiązuje? Pani przyszła później.

- A pan na wezwanie? - zapytał energicznie komisarz.

- Nie, skąd! Sam z siebie. Żeby złożyć zeznanie. Czytałem w gazecie naszej, że ten Makaroni...

- To musi pan poczekać. Ta pani była umówiona na godzinę.

- Chyba że tak. - Gość popatrzył na mnie podejrzliwie.

- Albo skieruję do pana któregoś z podoficerów - zdecydował komisarz. - Chodzi o co dokładnie?

- No o tego Włocha, jak i tej pani.

- A, a, a... - Makuła pogładził się po nosie. - Zaraz ktoś do pana przyjdzie.

Wprowadził mnie do sąsiedniego pokoju i wskazał krzesło. Sam usiadł po drugiej stronie biurka. Podniósł słuchawkę, wybrał numer i zerkając na mnie, polecił komuś spisanie zeznania mężczyzny z poczekalni.

- Taa - powiedział, odłożywszy słuchawkę. - Się porobiło, jak to mówią, co?

Ja w obcisłych czarnych spodniach, czerwonej bluzce, czarnej kusej kurteczce, z mocniejszym niż zwykle makijażem, szminką w kolorze bluzki i lakieru paznokci, słowem, odpicowana - jak sama o sobie z rana pomyślałam - wyglądałam atrakcyjnie i zdawałam sobie z tego sprawę. Nie sprawiałam przy tym wrażenia słodkiej idiotki, tylko raczej chłodnej, wyrachowanej mądrali.

- Mam kłopoty? - spytałam rzeczowo.

- Nie, no skąd! Nie pani w każdym razie.

- Mogę się z nim zobaczyć?

Makuła rozłożył bezradnie ręce.

- Dobro śledztwa. Pani jest prawniczką, nie muszę tego tłumaczyć.

- Chciałam tylko wiedzieć. Nie zależy mi na widzeniu.

- O, a to dlaczego? - zapytał komisarz, udając zaskoczenie.

- Nie mam mu nic do powiedzenia.

- To mi wygląda na demonstrację. - Makuła popatrzył na mnie spod brwi. - Tak mówią kobiety zawiedzione, oszukane, może zdradzone.

- Może naiwne - dorzuciłam do jego listy. - Ale, panie komisarzu, proszę łaskawie porzucić tanią psychologię. Z tym panem nic mnie nie łączy, w sensie emocjonalnym.

- Wcześniej odniosłem inne wrażenie - stwierdził policjant, niewzruszony szpilą, którą próbowałam mu wbić. Teraz bawił się długopisem, obracając go w palcach. - Bardzo pani zależało na wykazaniu, że jest niewinny.

- Nie tak, panie komisarzu. Twierdziłam w pana obecności, że nie jest sprawcą pożaru w gospodzie. To nie to samo. O oszustwach nie mówiliśmy.

Siedziałam sztywno, ściskając w dłoniach torebkę. Starałam się zapomnieć, że spotkaliśmy się z Makułą dwa razy niemal towarzysko, choć w sprawie służbowej, i być jak najbardziej oficjalna.

- A teraz? - Komisarz postukał długopisem o blat biurka. - Powtórzyłaby pani to samo?

- A pan? - zapytałam odważnie. - Powtórzyłby pan swoją sugestię, że ktoś z góry chce wpłynąć na wynik śledztwa?

- Ja coś takiego sugerowałem? - Zdumienie Makuły zdawało się nie mieć granic. - Widocznie coś palnąłem w ferworze dyskusji, a pani kompletnie źle mnie zrozumiała.

- Widocznie - mruknęłam i dodałam zdecydowanie: - Teraz to chyba nie ma najmniejszego znaczenia. Ma pan do mnie konkretne pytania?

- O, i teraz możemy przejść do adremu, jak to mówią. - O ile wcześniej wygibasy słowne Makuły mnie bawiły, teraz zaczynały irytować. - Kiedy widzieliście się ostatnio?

- Ostatnio? - Nie musiałam długo grzebać w pamięci, żeby to sobie przypomnieć. - Jakieś dwa tygodnie temu. Przyjechał niespodziewanie na Okęcie, żeby się z nami pożegnać. Pojawił się tuż przed naszym odlotem do Kanady - wypaliłam bez zastanowienia. - Widzieliśmy się krótką chwilę. - Komisarz nie wyglądał na zaskoczonego. Ściągnął wargi. Uchwyciłam jego niepewną minę. - Wie pan o tym, prawda? Niech pan przyzna.

Nie zaprzeczył ani nie potwierdził. Poczułam złość. Skoro wie, czemu pyta? Żeby zweryfikować moją prawdomówność? Od mojego wylotu widzieć się z Paolem przecież nie mogliśmy. Z lodowatą miną myślałam intensywnie, kto mu doniósł o spotkaniu na lotnisku. Ten dziennikarz, który pojawił się niespodziewanie i odwiózł nas z domu na lotnisko? Fotoreporter, który się przyczaił, żeby zrobić zdjęcie? Makuła coś wspominał, że prasa pomogła policji schwytać oszusta. Więc to tak! O to chodziło! Nie o żaden wywiad o Morenie. Chyba że jeszcze ktoś inny nas śledził, na przykład z policji.

- Poszukiwany był od dawna - oznajmił Makuła, teraz już innym tonem. - Nie mogliśmy go jednak długo namierzyć. Nie mieliśmy nawet jego zdjęcia, tylko portret pamięciowy sporządzony według zeznań jednej z jego ofiar. Na tej podstawie wytypowano osoby do obserwacji. Z tym że wie pani, Włochów, okazało się, mieszka w Polsce sporo, a policja nie ma tylu sił i środków, żeby uganiać się za takimi typami, jak ten, gdy dzieją się rzeczy naprawdę poważne, które trzeba ścigać z urzędu. To tak między nami. Dostałem tę sprawę, gdy gość pojawił się na naszym terenie. Pożar i całe to zamieszanie, rozumie pani. W sprawę wmieszała się prasa. Zaczęli prowadzić własne śledztwo, zbierać swoje materiały.

- Aha, i wtedy wpadł pan na pomysł, że jak wy nam dacie coś, to i my wam damy.

- Przecież jest pani inteligentną kobietą. Już raz to mówiłem, prawda?

- Nie pamiętam. Ale to miły komplement - Rzuciłam mu krótkie spojrzenie. - I tak, w wyniku śledztwa, rzekomy Franco Moreno został "ożeniony" z naszą willą Moreną. Skojarzenie nasuwało się samo.

Makuła pokiwał głową.

- Przypomni mi pani, jak nazywał się pierwszy mąż pani Irminy? Jeśli dobrze pamiętam imię starszej pani.

- Dobrze. Nazywał się Giulio Pavone. Po co to panu wiedzieć?

- Po to. - Wyciągnął rękę z wizytówką, którą miał przygotowaną na biurku. - Proszę spojrzeć na adres.

Była to taka sama wizytówka, jak ta, którą pokazał jej człowiek w poczekalni. Na środku nazwisko "Franco Moreno", poniżej tytuł "manager", z boku logotypy znanych marek, a w dolnym rogu rzymski adres. Nie mogłam uwierzyć. Stało tam jak byk: "via Pavoni". Podniosłam wzrok. Makuła triumfował.

- Jeden zbieg okoliczności może się zdarzyć, choć też byłby zastanawiający - powiedział. - Ale dwa? I do tego włoski paszport na nazwisko Paolo Vecchi. Jakieś wątpliwości?

- Nie, żadnych - odrzekłam. - Nie rozumiem tylko, po co mu to wszystko? Mógł przecież wymyślić sobie tyle innych nazwisk i adresów, z niczym się nie kojarzących.

- A ja myślałem, że to pani coś mi powie, wyjaśni te zastanawiające podobieństwa. Sprawdziliśmy. W Rzymie naprawdę jest taka ulica, znaczy via Pavoni, ale podany numer nie istnieje. Nie ma też oczywiście firmy, dla której rzekomo ten Włoch pracuje.

Manewry Makuły coraz bardziej mnie irytowały. Wolałabym, żeby powiedział wprost, o co mu chodzi.

- Że go czymś pogrążę? O tym pan myślał? - wyrzuciłam z siebie. - Nawet gdybym chciała, ja nic nie wiem. Nie znam jego adresu, ani we Włoszech, ani w Polsce, nie kontaktuję się z nim telefonicznie ni mailowo, on dzwoni do mnie kiedy chce, a przeważnie nie chce, jeśli już dzwoni, w sumie chyba dwukrotnie, to za każdym razem z innego numeru. - Podczas tej wyliczanki odginałam z zaciśniętej dłoni kolejne palce. - Wcześniej brałam te zachowania za szczególne środki ostrożności, bo poszukiwaliście go w związku z pożarem i oskarżeniem Biernata, że to on podpalił, ale teraz sama już nie wiem. Postawiono mu w końcu jakiś zarzut?

- Jest z tym, niestety, problem. Dziś rano skontaktował się przez tę kobietę, z którą prawdopodobnie mieszka, ze swoim adwokatem. Jeśli nic konkretnego na niego nie będziemy mieli, bo to, co mamy, nie kwalifikuje się na tymczasowy areszt, prokurator nie podpisze nakazu, a nawet jak podpisze, to sąd oddali, wtedy najdalej pod wieczór go wypuścimy. Zna pani prawo. Nie ma rady. Nawet oskarżenia o podpalenie nie da się utrzymać bez konkretnych dowodów. A wtedy ptaszek frrruuu... i znowu szukaj wiatru w polu, jak to mówią.

- Przykro mi, tu akurat pana nie wesprę - przyznałam. - Nie wiem nic, co by pomogło go zatrzymać na dłużej. - Makuła na to nadął policzki, po czym rozchylił usta, gwałtownie wypuszczając powietrze niczym z balonu. Zapytałam: - Czy to znaczy, że mogę już iść?

- Niech pani idzie - powiedział. - Tylko przepustkę pani podpiszę. - Skrobnął zamaszyście podpis i oddał karteczkę. - Do widzenia.

Wstałam z krzesła.

- A protokół z przesłuchania? Nie muszę go podpisać?

Machnął ręką.

- Straszna formalistka z pani. O jakim przesłuchaniu pani mówi? - Także wstał. - Gdyby jednak coś sobie pani przypomniała, albo zaszłyby nowe okoliczności... - Błądził wzrokiem po biurku, niby czegoś szukając, ale ja wiedziałam; bronił się w ten sposób przed skupianiem oczu na mojej sylwetce. Źle mu to jednak wychodziło. Podszedł do drzwi. Nie do tych, którymi weszliśmy z sąsiedniego pomieszczenia, tylko w przyległej ścianie. Otworzył je. - Rozumie pani. Telefon mój pani ma. Trafi pani do wyjścia?

- Oczywiście, panie komisarzu - odrzekłam i wyszłam wprost na korytarz.

Na ulicy, zdążając powoli w kierunku stacji kolejowej (smartfon podpowiedział, że najbliższy pociąg w kierunku Warszawy mam za niecałe pół godziny), rozmyślałam nad rozmową z Makułą. Faktycznie, trudno byłoby nazwać ją przesłuchaniem, nie miałam zresztą formalnego wezwania w tej sprawie. Być możem jednak cała sytuacja z Paolem Vecchim i miejsce, gdzie rozmawialiśmy - w końcu to komisariat policji, a nie lokal gastronomiczny - sprawiły, że komisarz pokazał mi się z jeszcze innej strony. Wydawało mi się, że wcześniej, spotykając się we włoskiej restauracji, nawiązaliśmy jakąś nić porozumienia, a tymczasem dziś porozumienie to, o ile naprawdę zaistniało, prysło jak bańka. Dlaczego?

Idąc w zamyśleniu, niemal zderzyłam się ze zdążającą z naprzeciwka starszą panią. Obie w ostatniej chwili wykonałyśmy unik i tylko otarłyśmy się o siebie. Kobieta burknęła coś nieprzyjemnego, ja przeprosiłam. Uważaj, ostrzegłam sama siebie.

Wracałam na stację inną drogą. Najpierw ulicą Andriollego (zaraz przypomniał mi się Pysio z jego pomysłem na Andriolli-party), potem skręciłam ku torom kolejowym. Mimo ostrzeżenia, dalej rozmyślałam.

Zmiana w zachowaniu komisarza wydała mi się oczywista i wytłumaczalna. Paolo okazał się nie ofiarą przypadku bądź złej woli Biernata, jak usiłowałam przekonać Makułę (ach, czy nie sam Paolo narzucił mi to zadanie?), lecz notorycznym oszustem. I bardzo możliwe, że Makuła na serio podejrzewa mnie, iż biorę udział w grze "tego Włocha", tylko wprost mi tego nie powiedział. Nie zachowałam się przecież dziś jak sojuszniczka policji - nie pomogłam śledczemu w zdobyciu materiałów obciążających zatrzymanego.

A gdybym je miała, czy przekazałabym mu? - zastanowiłam się. Nie leży w moim charakterze donoszenie na członka rodziny. Dalekiego bardzo, to prawda, może wyrodnego, ale najprawdopodobniej potomka Ludwigów, jak ja. Komisarz nic nie wie o tej relacji i najlepiej, żeby nie wiedział jak najdłużej, bo gotów nabrać nowych podejrzeń albo utwierdzi się w przekonaniu, że ja i Irmina tworzymy z nim - jak to babcia ujęła - jedną szajkę.

Nagle przerwałam rozmyślania, gdyż ujrzałam budynek cudo, w stylu podobny do Moreny, ale o wiele większy i bardziej zdobny. I przede wszystkim bardziej zadbany. Tak, to musiał być słynny zakład leczniczy doktora Gurewicza, klasyczny świdermajer, którego dotąd nie miałam okazji oglądać. O, gdyby kiedyś Morenę udało się doprowadzić do takiego stanu, byłoby cudownie, pomyślałam. Przeszłam wzdłuż torów, minęłam ratusz miejski i już byłam na stacji.

Swoją drogą, jak doszło do samego zatrzymania? Nie zapytałam, nikt mi nie powiedział. Przystanęłam przy ulicznym kiosku, żeby kupić gazetę, w której podobno incydent ten został opisany. Ale która to gazeta? Jeśli intuicja mnie nie zawodzi, powinien to być tytuł owego dziennikarza, który odwoził mnie i babcię na lotnisko. Poprosiłam o "Ekspress".

Pierwsza strona nie zapowiadała żadnej sensacji z Włochem w roli głównej. Zatrzymałam się na uboczu chodnika, by przejrzeć kilka dalszych stron. Niestety, nic nie rzuciło mi się w oczy, żaden tytuł ni zdjęcie. Pomyślałam, że wiadomość ukazała się jednak nie w tej gazecie. Mogłabym zadzwonić do Pysia i dopytać, o którą z nich chodzi, lecz czy to najważniejsza rzecz w tym momencie? Zapytam w biurze. Złożyłam gazetę i poszłam dalej.

Pociąg kolei miejskiej, zaczynający bieg w Otwocku, zaoferował mi mnóstwo wolnych miejsc. Usiadłam przy oknie w pustawym wagonie i nie mając nic lepszego do roboty, wróciłam do przeglądania prasy. Tknięta nowym przeczuciem, zajrzałam do kroniki wydarzeń lokalnych. Oczywiście! Osobnik spotkany w komendzie pewnie od tej rubryki rozpoczyna czytanie gazety. Zaczynała się ona od informacji, że w sobotnie popołudnie otwoccy policjanci zatrzymali obcokrajowca, prawdopodobnie Włocha, który przed marketem usiłował sprzedać przygodnym klientom sprzęt techniczny znanych marek po okazyjnych cenach. Jednakże już po pierwszej próbie uruchomienia go, naiwny kupiec przekonałby się, że rzekomy sprzęt najwyższej klasy to tylko marna chińska podróbka. Zatrzymanie stało się możliwe dzięki temu, że tym razem kupujący, pod pozorem, że musi pobrać pieniądze z bankomatu, oddalił się i powiadomił o incydencie policję, a ta zareagowała błyskawicznie. Jak się dowiedziała gazeta, oszust nie miał szczęścia, gdyż zaczepił człowieka, który jest pracownikiem firmowego serwisu i na oko, po szczegółach, potrafi odróżnić sprzęt oryginalny od podróbki.

Rzeczywiście Paolo, miałeś wyjątkowego pecha, pomyślałam. Komu innemu bowiem chciałoby się w takiej sytuacji dzwonić na policję? Wzruszyłby ramionami, ewentualnie powiedział, co myśli, i poszedł dalej. A ten nie. Wykazał się postawą. No i pięknie. Twój pech, nasze z babcią szczęście, kuzynie.