Rozdział 5
Kochani, przepraszam raz jeszcze za spóźnienie, ale miałam naprawdę coś ważnego do załatwienia. Sprawa w pewnym sensie rodzinna, nie cierpiąca zwłoki. Ewentualnie zostanę dziś dłużej, jeśli trzeba. Taką właśnie mowę przygotowałam sobie na wejście, lecz nie dane mi było ją wygłosić, bo zaledwie otworzyłam drzwi do biura, rozległy się brawa i chóralne powitanie. Poza trójką najbliższych współpracowników, w pokoju znajdowała się także Ewa.
Pewnie mieli sygnał z portierni, że już jestem, domyśliłam się, inaczej skąd by wiedzieli?
Szefowa przywitała się szczególnie wylewnie - poza potrójnym pocałunkiem, obdarzyła mnie mocnym uściskiem.
- Jesteś wreszcie - powiedziała na koniec.
- Każdego tak witacie po powrocie z urlopu? - spytałam ze śmiechem. - Czy to nowa świecka tradycja?
- Ho, ho, co za sarkazm! - odezwał się Pysio. - Przypominam, że takie odzywki to moja specjalność w tym biurze i nie życzę sobie naśladownictwa.
Ewa spojrzała na niego z przyganą. Następnie wzięła z biurka Izy jakąś broszurę z klejonym grzbietem i uniosła ją na wysokość swego nosa, tak, żeby było widac front okładki.
- To jest powód, nie powrót z urlopu - oznajmiła. - Witamy naszą główną autorkę. Gratuluję w imieniu własnym i zespołu.
Odłożyłam torebkę i wzięłam broszurę do rąk. Od razu zorientowałam się, że jest to moje opracowanie na temat zabytków architektury drewnianej i tak dalej. Wydrukowane i oprawione. Rzuciłam okiem na okładkę.
- Właśnie dziś przyszło! - zapiszczała Iza. - Prosto z drukarni. Jakie to ekscytujące zobaczyć swoje nazwisko w druku! Twoje też jest, zajrzyj do środka.
Przerzuciłam stronę główną, na której poza tytułem opracowania widniała tylko nazwa naszej agencji oraz miejsce i rok wydania, i przebiegłam szybko wzrokiem część informacyjną. Najpierw dowiedziałam się, pod czyim patronatem i za czyje fundusze wydano tę pracę. Następnie zobaczyłam nazwisko Ewy jako dyrektorki instytucji wydającej oraz krótką listę konsultantów z ich stanowiskami. W dalszej kolejności pojawiły się nazwiska zespołu z naszej agencji, który opracowanie stworzył, w tym i moje, a że przyjęto kolejność alfabetyczną, pierwsza wymieniona została Iza, ja jako druga, a Pysio, jako dokumentalista, trzeci. Czwartą osobą była Aga.
- No pięknie - podsumowałam i oddałam broszurę.
- Nie zajrzysz do środka? - zapytała Ewa.
- Treść znam - odrzekłam i uśmiechnęłam się blado. - Mam nadzieję, że nic nie zmieniliście pod moją nieobecność.
- Nastąpiło małe niedopatrzenie - oznajmiła Ewa. - Twoje nazwisko miało być pogrubione, ale przy przerzucaniu tekstu wytłuszczenie chyba zniknęło, a korekta tego nie zauważyła. No, przykro mi.
- A mojego nazwiska miało nie być w ogóle - odezwała się Aga, która uważnie przypatrywała mi się z pewnego oddalenia, pewnie ciekawa, jak zareaguję. - Przecież ja nic tu nie wniosłam. Po co mnie umieściłaś?
- Oj tam! - Ewa zbagatelizowała uwagę. - Byłaś w terenie? Byłaś. Czyli coś wniosłaś. Jak wszyscy, to wszyscy.
- Słusznie - zauważyłam. - Wszyscy byliśmy w terenie i wszystkich należało wymienić.
Pysio zaśmiał się krótko, Aga prychnęła. Zdawało się, że tylko ci dwoje wychwycili kpinę w mojej wypowiedzi.
- Nakład nie jest duży, ale oczywiście egzemplarz autorski dla ciebie mamy - oznajmiła Ewa. - Nawet dwa, gdybyś potrzebowała dla kogoś.
- Mogę oddać ci swój - rzuciła zza moich pleców Aga. - Będziesz miała trzy.
- Aga, nie przesadzaj! - Ewa wyglądała na poirytowaną. - Czasem, jak coś powiesz, to naprawdę. Na promocję przeznaczamy pewną pulę, owszem, z tym że te dodatkowe egzemplarze będą leżały u mnie. No, a teraz opowiadaj - zwróciła się do mnie.
- Ale co? - Zrobiłam wielkie oczy. Dla efektu oczywiście.
- Jak to co? Nie udawaj. Jak tam było, w Kanadzie.
- Przepraszam, to ja nie mam nic do roboty? Przez dwa tygodnie nic mi nie przybyło?
- No wiesz, Zuzka! - Iza popatrzyła na swoje paznokcie. - Zawsze byłaś pracusiem, ale bez przesadyzmu. Nie chcesz mówić, to nie. Zdjęć na fejsie też jakbyś żałowała.
We mnie wtedy jakby piorun strzelił.
- Powiem wam coś! - wypaliłam, lecz zaraz złagodniałam, bo to, co chciałam wyznać, wypowiedziane w złości zabrzmiałoby źle. - W Montrealu zmarł w tym czasie mój wuj, Antoni Ludwig. Chcecie posłuchać, jak umierał?
Iza ściągnęła usta.
- Na razie nic na ciebie nie zadekretowałam - wyjaśniła Ewa speszona. - Sprawy prawne dostawała Aga lub Iza.
Popatrzyłam w kierunku Agi, ale ta nie odwzajemniła spojrzenia. Pysio nie wytrzymał.
- Koleżanka Izabela wyrosła nam tu niespodziewanie na prawdziwą specjalistkę od prawa - oznajmił poważnym tonem. - Że tak powiem.
Iza pokazała mu język.
- Nad Niagarą byłaś? - zapytała Ewa.
- Byłam - odrzekłam krótko.
- To najważniejsze. Kanada zaliczona - podsumowała szefowa. Wyglądało, że chce szybko zakończyć niefortunny temat. - Na razie, dziewczyny, idę do siebie. A Marcin... - powiedziała do Pysia. - Pozwól ze mną, bo mam do ciebie pewną sprawę.
Kiedy wyszli, żeby zminimalizować niedawny zgrzyt, oznajmiłam:
- Ja naprawdę cieszę się, że znowu jestem z wami. Ten nasz pokój, ta atmosfera, jest nie do podrobienia, nawet w Kanadzie niczego podobnego nie znajdziesz. Z tym że, wybaczcie, dzień po powrocie zaczął się dla mnie nie najlepiej, nie jestem w nastroju. Może za jakiś czas będzie lepiej.
- Ale co, z remontem domu chyba wszystko dobrze? - dopytała Iza. - Wiem od męża, że Filip jest bardzo zadowolony.
- Jest fantastycznie - stwierdziłam. - Jak obiecali, tak zrobili, nawet meble i inne rzeczy są na swoim miejscu. W większości. To nie to. Chodzi raczej sprawy osobiste. Przepraszam, przejrzę zaległe maile - dodałam, żeby Iza nie ciągnęła mnie za język.
- A ja idę na papierosa - oznajmiła Aga i opuściła pokój.
Nie poszłam za nią. Byłby to zbyt jasny sygnał dla Izy, że obie nie chcemy przy niej rozmawiać. Aga miała opinię Izy gdzieś, ja jednak nie chciała zaburzać delikatnej równowagi sympatii i antypatii w pokoju. Skupiłam się więc na kilkuset mailach, na które w większości nie musiałam już odpowiadać, bo nadawcy otrzymali z autorespondera informację, że adresatka przebywa na urlopie. W połowie przeglądu rozległ się sygnał telefonu. Dzwonił Filip. Znalazłam pretekst, żeby wyjść na korytarz. Przed opuszczeniem pokoju zdążyłam tylko powiedzieć do mikrofonu "Cześć!", by w ten sposób dać Izie do zrozumienia, że to rozmowa prywatna.
Filip był oczywiście ciekawy wrażeń z podróży do Kanady, lecz przede wszystkich chciał wiedzieć, jak panie z Moreny oceniają wykonaną przez Ekoreno pracę. Po raz kolejny powiedziałam, jak bardzo obie jesteśmy zadowolone ze zmiany, jaka nastąpiła we wnętrzach i w funkcjonowaniu naszego domu, i że kilka osób także miało okazję dokonać porównania, i że także są pełne podziwu, i tak dalej.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że to dopiero wstęp do właściwej renowacji? - pytanie Filipa przerwało mój potok słów.
- Znaczy co? - zapytałam. - Masz na myśli elewacje?
- No tak. To ona decyduje o charakterze waszego świdermajera. I to ona wpisuje się w niepowtarzalny krajobraz architektoniczny tej okolicy, i go współtworzy. Wiesz, kto tak napisał?
- Wiem, niestety. Ja sama. Gratuluję oczytania - zażartowałam.
- Dlatego muszę się z tobą zgodzić.
- Uff, zdaję sobie sprawę. Rozliczmy jednak najpierw pierwszy etap.
- Oczywiście. Natomiast jeśli chodzi o drugi...
- Filip! Jeszcze nie wiem, czy będzie nas na niego stać!
- ...nie zacznie się wcześniej niż w październiku, po naszej wrześniowej konferencji. Mam nadzieję, że pojawisz się na niej jako gwiazda.
- Aha, już to widzę. Może jako celebrytka?
- Ha, ha. Jako autorka fundamentalnego opracowania.
- Oj, żebyś się nie przeliczył.
- Przecież jesteś nią. Sam szef cię chwalił.
- Masz tę niby książkę? Zajrzyj do środka. - Nie byłam w stanie ugryźć się w język. - Tam, gdzie wymienieni są autorzy.
- Co tam jest? Gotowej jeszcze nie widziałem, czytałem ją w pliku tekstowym.
- Przyznaj się, dali ci ją, żebyś zrecenzował, a wpisali za ciebie kogoś innego.
- Wiesz, jak to wygląda w praktyce - uciął temat. - Ale co? Nie umieścili cię jako autorki? Nie wierzę.
- Jest napisane, że pracował zespół w składzie. Żona twojego przyjaciela figuruje na pierwszym miejscu. Bo ma nazwisko na "be".
- Iza? Przecież ona robiła tylko redakcję merytoryczną.
- Przepraszam? - To mnie zatkało. - Jaką redakcję?
- Noo... - Filip zawiesił głos. - Taką otrzymałem informację. Ktoś musiał się tego podjąć. Szef zamierzał wrobić w to mnie, bo skoro już czytam, rozumiesz? Ale ja na redakcję nie miałem zupełnie czasu, zwłaszcza że trzeba ją było zrobić w tydzień. Poza tym nie chciałem. Wtedy szef powiedział, że nie ma sprawy, siostrzenica na pewno mu nie odmówi.
Stojąc przy oknie, zauważyłam, że Pysio wyszedł od Ewy i wrócił do naszego pokoju.
- I oczywiście nie odmówiła. Tylko kogo z kolei ona znalazła do tej roboty w tak krótkim czasie? Kto jej nie odmówił? - Głupia, nie brnij w to, zganiłam sama siebie, on się przyjaźni z jej mężem, nie z tobą. - Żartuję - skwitowałam i przybrałam sarkastyczny ton Pysia. - Iza świetnie zna się na temacie.
- Tym niemniej, to ty powinnaś figurować jako główna autorka. - Filip mimo wszystko przyjął ostatnie wyznanie z ulgą. - Pozostali jako współpracownicy.
- Filip, czy to ważne? Honorarium i tak mi nie zapłacą. To praca w ramach etatu.
- Mniejsza o honorarium, chodzi o honor - oświadczył. - Odezwał się specjalista od honoru, przemknęło mi przez myśl. Po tym, jak załatwił Pysia w gazecie? Wtedy trzeba było się wykazać, nie teraz. - Zostaw to mnie - ciągnął. - Już ja się postaram, żeby cię odpowiednio uhonorowano. - Ja dalej milczałam. - Jesteś tam? - zaniepokoił się Filip dłuższą ciszą w telefonie.
- Tak, tak! - zapewniłam gorąco. Właśnie u wylotu korytarza zobaczyłam powracającą do biura Agę. - Dziękuję ci za troskę. A teraz muszę kończyć. Pewnie niedługo znowu pogadamy. Pa, pa! - rzuciłam przyjaźnie i rozłączyłam się, nie bacząc na jego "chwileczkę".
Aga sprawiała wrażenie, że przechodząc obok, nie zatrzyma się. Zmuszona byłam uciec się do fortelu.
- Jeden papieros ci wystarczy? - rzuciłam. Aga zrozumiała aluzję. Zawróciła i przystanęła. Powiedziałam: - Nie poszłam za tobą, bo po twoim wyjściu miałam telefon. Widziałaś. Co się dzieje? - zapytałam.
Aga wzruszyła ramionami.
- To, co zawsze. Tylko jeszcze bardziej.
- To w biurze. A poza nim?
- Też.
- Nie do końca. Wczoraj zobaczyłam coś nowego. Oni naprawdę się godzą ze sobą?
Nie musiałam tłumaczyć, kogo mam na myśli.
- Kto ich wie. Może i tak.
Odniosłam wrażenie, że ta odpowiedź miała zawierać przekaz w rodzaju "co mnie to obchodzi", w istocie jednak obchodziło ją bardzo.
- I właśnie to cię martwi? - zapytałam, zdradzając tonem zdumienie. Aga wykonała dziwny ruch, jakby w proteście, że takie pytanie w ogóle padło. Chciała odejść bez słowa. - Zaczekaj! - powstrzymałam ją. - Wyjaśnisz mi to jakoś racjonalnie?
- Po co? Ich zapytaj. Zrobią to na pewno lepiej ode mnie.
- Czy dlatego nie chciałaś wczoraj podjechać razem z nimi na lotnisko?
- Bzdury. Powód był banalny. Po co mielibyśmy się gnieść w piątkę w jednym aucie?
Jej odpowiedź nie zabrzmiała dostatecznie wiarygodnie.
- Oj, Aga. Coś mi tu nie gra. Ale dobrze, nie moja sprawa. Na razie mam na głowie parę swoich zmartwień. Idziemy?
Powiedziała, że owszem. Poszłyśmy.
Gdy weszłyśmy do pokoju, Pysio spojrzał na nas tylko przelotnie, a Iza nawet nie oderwała wzroku od monitora. Stanąwszy przy biurku, sięgnęłam do swojej torebki i wyjęłam z niej kilka zapakowanych w niewielkie foliowe torebki drobiazgów.
- Słuchajcie! - powiedziałam do wszystkich. - Mam tu dla was małe prezenciki z Kanady. - Nie tłumaczyłam, że zainspirowana przez Carol, kupiłam je tuż przed wyjazdem z Montrealu. - Takie indiańskie czary mary. - Cała trójka skierowała ku mnie wzrok. - Podobno, według Siuksów i innych Indian, to coś zawieszone nad łóżkiem sprowadza dobry sen. Mówią na to łapacz snów. Wyłapuje wszystkie nocne mary. Tak że jak ktoś ma kłopoty z zasypianiem, niech zastosuje. - Przeszłam od biurka do biurka i rozdałam upominki. - Dla Ewy też mam - dodałam.
- To niesamowite, że o nas pomyślałaś - stwierdziła Iza, przybierając promienny uśmiech.
- Dziękuję, Zuzi - powiedziała Aga, obracając w palcach przyozdobioną koralikami i piórkami bawełnianą siatkę naciągniętą na drewniane kółko.
- Pogański kraj, pogańskie obyczaje - skomentował Pysio.
- Uch, ty to zawsze! - warknęła Iza. - Niczego taki nie uszanuje. Dziewczyna starała się, a ten...
- O co chodzi? - odciął się Pysio. - To tylko cytat. Sienkiewicz ci się nie podoba? "Krzyżaków" na pewno czytałaś.
Przyłożył dłoń do serca i złożył Izie głęboki rycerski ukłon.
- Lepiej nic już nie mów - poradziłam mu.
On tylko westchnął i odrzekł w swoim stylu:
- Niestety, nie mogę milczeć, kiedy dzieją się rzeczy wielkie.
- O ho, ho! - zakrzyknęła Iza. - Trzymajcie mnie, bo zaraz zemdleję.
Pysio nabrał powietrza, żeby oznajmić coś ważnego, lecz rozległ się dzwonek telefonu wewnętrznego. Wyciągnęłam rękę po aparat. Z wyświetlacza dowiedziałam się, że dzwoni Ewa.
- Zuzanna - powiedziałam do słuchawki.
- Słuchaj, Zuzka, nie mówiłam o tym w pokoju, bo to nie miejsce, tym niemniej jest pewne zadanie dla ciebie - usłyszałam od Ewy. - Dziś niewiele masz do roboty, no wiesz, pierwszy dzień po urlopie, nie chciałam ci zwalać od razu wszystkiego na głowę. Ale pamiętasz, za niecały miesiąc mamy tę konferencję. - Mówiła szybko, nie pozwalając niczego wtrącić. - Z naszym udziałem oczywiście. No i jest taka propozycja, żebym ja tam coś powiedziała w związku z tym naszym opracowaniem. A wiesz, co ja tam mam powiedzieć? Gdybyś mi przygotowała, przynajmniej w punktach, co by należało poruszyć, to ja już bym jakoś rozwinęła. Pomyśl.
- Pomyślę - mruknęłam.
- Tylko wiesz, żeby te punkty nie były zbyt lakoniczne, tylko takie bardziej rozbudowane, żebym tam nie dukała, a tak bardziej płynnie, rozumiesz.
- Rozumiem. Mam napisać ci całe wystąpienie.
- No. Przynajmniej w ogólnym zarysie.To by było pierwsze zadanie dla ciebie.
Gdy odłożyłam słuchawkę, Pysio uznał, że może wrócić do swego oświadczenia.
- Przykro mi, że czynię to w tym podniosłym momencie, gdy Zuza rozdaje prezenty i tak dalej, ale, no cóż, wiadomości tej nie mogę dłużej pozostawiać tylko dla siebie. Uczciwość mi nie pozwala. - Wiadomo było, że patetycznym wstępem pobudzi ciekawość pozostałych. - Otóż chcę was uroczyście poinformować, że niedługo się rozstaniemy. - Nie, czyżby informował nas, że jednak się rozwodzi? Jego poza świadczyła, że po dwusekundowym zawieszeniu nastąpi ciąg dalszy. - Pewnego ranka, raczej prędzej niż później, nie zastaniecie mnie tutaj.
- Co? - Świeżo po rozmówce z szefową, zareagowałam jako pierwsza. - Chcesz powiedzieć, że Ewa cię wywala?
- Ująłbym to inaczej - odrzekł Pysio wyniośle. - Nasza szefowa przychyliła się do mojej wyrażonej na piśmie prośby. Inaczej mówiąc, to nie mnie zwolniono, a ja się zwolniłem, na co właśnie otrzymałem przyzwolenie najwyższego kierownictwa.
Mimowolnie spojrzałam na Agę. Ta patrzyła uparcie w ekran. Dopiero czując na sobie mój wzrok, podniosła oczy.
- To bądź uczciwy do końca i powiedz jeszcze, gdzie teraz będziesz pracował - rzekła kpiąco.
Nabrałam podejrzeń, że wiedziała o odejściu Pysia z agencji, zanim on to ogłosił.
Iza natomiast wyglądała na zaskoczoną, choć prędzej to ona powinna dysponować jakimś przeciekiem od Ewy. Lecz widać nie dysponowała.
- Mimo wszystko szkoda - powiedziała znudzona. - Facet w pracy to jednak facet, nawet jak nie pozwala się polubić.
Pysio roześmiał się głośno.
- I za to cię lubię, Izabelo - oświadczył. - Niestety, uczciwość wobec nowego pracodawcy każe mi trzymać informację, o którą pyta Aga, jeszcze jakiś czas w tajemnicy.
- Co ty trujesz, Pyszny - zgasiła go Iza. - Ą, ę, Francja elegancja, a wszyscy i tak wiedzą, że wracasz do mediów. I co na to teraz powiesz?
- No właśnie, co powiesz? - przyłączyła się Aga.
- Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, pani redaktor.
- Nie mów! - Po jego klasycznym zwrocie nagle mnie oświeciło. - Będziesz rzecznikiem prasowym?
- Praca w tak inteligentnym gronie, jak to, jest dla mnie przyjemnością i zaszczytem - stwierdził Pysio, kierując ukłon w moją stronę. - Temat uważam za zamknięty, a dalsze pytania za zbędne.
- Rzecznikiem? Czyim? - Sens wiadomości dopiero teraz dotarł do Izy.
- Za zbędne - powtórzył Pysio.
- O rety! - Iza aż stęknęła. - Wielka mi tajemnica. I tak się dowiem.
- Dobrze. Jak już się dowiesz, powiadom mnie, proszę. - Pysio nie przestawał zabawiać się kosztem Izy. - Też chciałbym to wiedzieć. Jest rzeczą bardzo frustrującą, wychodzić rano do pracy i nie wiedzieć, dokąd się udać.
- Przepraszam, możecie skończyć to gadanie? - włączyła się poirytowana Aga. - Mam robotę do wykonania. Muszę się skupić.
- Tym bardziej zbędne - oznajmił Pysio i zamilkł.
Tymczasem ja faktycznie nie miałam wiele do roboty. Przejrzałam resztę maili, skasowałam spam, który mimo zapór przedarł się do głównej skrzynki, w kilku przypadkach, gdy uważałam to za celowe i konieczne, wysłałam odpowiedź, po czym wzięłam się za kartkowanie swojego opracowania, którego jeden egzemplarz spoczywał na biurku. Żeby przygotować Ewie wystąpienie, nie musiałam czytać go na nowo. Otwierałam broszurę na chybił trafił. Rozpoznawałam swój tekst, właściwie pozostawiony bez jednej interwencji. Pani redaktor nie napracowała się zanadto, pomyślałam, rzucając spojrzenie na Izę.
Przerzuciłam kilkadziesiąt kolejnych stron i przeszłam do końcowych wniosków. Jak się spodziewałam, a raczaj obawiałam, pod moją nieobecność ktoś przerobił je tak, by nie brzmiały ogólnikowo, jak wskazówki, lecz miały formę konkretnych propozycji, przygotowanych pod przyjętą z góry tezę. Albo szeregu tez. Musiałam przyznać, że układały się one w logiczny ciąg. Wychodziły od mojego generalnego wniosku, że aby zachować unikalny charakter architektury drewnianej w krajobrazie wiejskim i małomiasteczkowym, potrzebne jest wsparcie państwa. Zarówno w sferze prawnej, jak i przy stosowaniu prawa w praktyce. Zaproponowałam stworzenie państwowego systemu zachęt. Takiego, w którym każdy, kto zechce zachować tradycyjne obiekty, może uzyskać finansową pomoc, by burzenie starego i budowanie od nowa nie okazywało się tańsze od remontowania. I takie tam podobne bleblanie w urzędniczym stylu. Ale sama nie napisałam nic, co by wyglądało wprost na rządowe propozycje, które wystarczy ująć w formę rozporządzenia i zastosować.
Dopisane wnioski, mimo że osadzone w tych ogólnikach, nie były po mojej myśli. Wynikało z nich, że należy jak najszybciej utworzyć odpowiednią agencję rządową lub obciążyć tym zadaniem którąś z agencji już funkcjonujących, by można było rozdzielać koncesje i dotacje, powoływać komisje i ogłaszać konkursy, a wszystko zostało tak pomyślane, żeby pierwszą firmą spełniającą wszystkie kryteria, mogło okazać się Ekoreno. Czy nie dlatego firma należąca do jednego z wujków Izy, a przy tym brata posła z komisji ochrony środowiska, z taką ochotą podjęła się remontu Moreny?
Pięknie, pomyślałam. Dałam się zrobić na szaro, jak nic. Niech tylko teraz któryś dziennikarz, choćby ten, co się interesuje historią naszego świdermajera, nie mówiąc o pewnym wścibskim policjancie, co już węszy wokół Moreny, połączy te dwa fakty. Może dobrze się stało, że mojego nazwiska nie wybili na stronie tytułowej, jak chciał Filip, ani nawet nie wytłuścili, jak tego podobno chciała Ewa.
Znowu zadzwonił telefon. Tym razem dzwonili z sekretariatu.
Sekretarka poinformowała, że szefowa chciała ponownie ze mną rozmawiać, lecz nagle musiała wyjść dokądś na dobry kwadrans. Prosi o przekazanie, że wróci do tematu zaraz po powrocie. I żebym była na to gotowa.
Coś nowego. Dlaczego Ewa nie zadzwoniła osobiście? Zawsze tak czyniła. Spieszyła się? Ktoś ją wezwał? Przekazała sekretarce polecenie w biegu?
Napisałam maila do Pysia: Dlaczego wczoraj nie wspomniałeś, że odchodzisz z agencji?
Odpisał: Wczoraj to nie było pewne. Decyzja ostateczna zapadła dziś. Gdzie jemy lunch? Chińczyk czy Włoch?
Włoska trattoria! Moje ulubione miejsce w śródmieściu Warszawy. Do wczoraj. Do rozmowy z komisarzem Makułą, gdy dowiedziałam się o zatrzymaniu Paola. Czy jeden niegodziwiec, przypadkiem Włoch, w dodatku nie stuprocentowy, jest w stanie zohydzić mi wszystko, co włoskie? A jednak! Na myśl o włoskim jedzeniu, włoskich nazwach i melodiach, odczuwałam nieprzyjemny skurcz w sercu. Język włoski wydał mi się językiem wężowym, a czarne oczy Paola oczami złoczyńcy. Spojrzałam na swoje zniekształcone oblicze odbite w metalicznym kloszu biurkowej lampy. W porywie złości gotowa byłam znienawidzić także własne ciemnobrązowe tęczówki i włoską odnogę w swoim drzewie genealogicznym.
Odpowiedziałam: Nie wiem, czy w ogóle będzie dziś lunch. Ewa każe mi czekać na siebie do jej powrotu.
Pysio zareagował błyskawicznie: Nie daj się znowu wykorzystać!
Nie podjęłam tematu. Czy nie on sam ostrzegał mnie kiedyś, że zbyt szczere prywatne maile w służbowej sieci to proszenie się o kłopoty? Teoretycznie każdy z nich jest do odczytania przez administratora. I - czysto teoretycznie, jak Pysio zapewniał, bo praktycznie komu by się chciało, ale przypadki chodzą po ludziach - ich treść może dotrzeć do przełożonych.
- Słuchajcie! - odezwała się nagle Iza, przerywając przedłużającą się ciszę w pokoju. - A może wpadniemy na lunch we czwórkę do tego waszego Chińczyka? Co, Zuza? Tak bym chciała od ciebie usłyszeć, jak ludzie żyją w Kanadzie, co jedzą, jak się ubierają i w ogóle jak tam jest.
- Ja nie mogę - zastrzegła od razu Aga.
Pysio podrapał się za uchem.
- Jak by to powiedzieć... Arkady Fiedler, Kanada pachnąca żywicą. Lektura z lat młodzieńczych mojego ojca.
- Dobra - zareagowała lekceważąco rozdrażniona Iza. - Znowu te twoje zagadki! Nie wiem, o co ci w nich chodzi. Daję jednak głowę, że też nie możesz.
- W rzeczy samej - zgodził się Pysio. - Jak na to wpadłaś?
- Kobieca intuicja - odrzekła Iza i stuknęła się trzy razy palcem w okolice serca. - Ale ty tego nie skumasz.
- No nie, biuro wariatów! - Aga irytowała się coraz bardziej. - Mam do napisania jedno debilne pismo, już kończę, moglibyście więc się zamknąć przynajmniej na dziesięć minut?
- Nie przejmuj się, kiedyś ci opowiem - zwróciłam się porozumiewawczo do Izy. - Jak będzie spokojniej. A dziś, sama widzisz. Poza tym muszę czekać na Ewę.
Aga przeszyła mnie wzrokiem, jakby chciała dojrzeć zmaterializowane w mojej głowie myśli. Zaraz jednak wróciła do tworzenia swojego debilnego pisma.
- Potrzebny mi zastrzyk kofeiny - oznajmił Pysio. - Inaczej zwariuję.
Wstał, by wyjść do kącika kuchennego. Nim zamknął za sobą drzwi, stwierdziłam głośno, że to dobry pomysł i wyszłam za nim.
- Zaskoczyłeś mnie - powiedziałam po drodze. - Kiedy odchodzisz?
- Po tej zakichanej konferencji - odpowiedział. - Czyli w październiku. A ty?
- Co ja?
- Kiedy ty odchodzisz?
- Przestań. Nie zamierzam tymczasem.
Pysio wydał krótki, nieartykułowany dźwięk oznaczający powątpiewanie.
- Tak ci się tylko wydaje - powiedział.
- Wybacz, ale chyba wiem, co mam w głowie. Aż tak źle ze mną nie jest.
- Za długo cię tu nie było - stwierdził Pysio. - Nie nadążasz.
- To oświeć mnie łaskawie. - Szarady Pysznego zaczynały działać także mi na nerwy.
Doszliśmy do pomieszczenia w końcu korytarza, w którym stał automat do kawy. Pysio jako pierwszy wsunął kapsułkę, podstawił filiżankę i nacisnął przycisk.
- Lód jest kruchy, stąpaj ostrożnie - poradził i zaraz wyjaśnił: - Będą cię potrzebować gdzie indziej. Ale ty, to moja przyjacielska porada, zupełnie bezpłatna, nie daj się wykorzystać. Lód może się załamać, gdy będziesz daleko od brzegu. Zbyt daleko.
- Czy nie taką właśnie gadkę nazywa się językiem ezopowym?
- Brawo, pani magister. Z literatury piątka - powiedział, wręczając mi filiżankę z kawą. - A teraz przejdźmy do psychosocjologii małych grup. Miałaś taki przedmiot na studiach?
Ponownie załadował automat i podstawił drugą filiżankę.
Zdobyłam się na fałszywą autoironię.
- Wybacz, studiowałam zaocznie - oznajmiłam.
- Trudno - rzekł Pysio. - Poznasz działanie jej praw od razu w praktyce, z pominięciem teorii.
- Podaj przykład. - Zmuszana przez Pysia do wejścia na wyższy poziom myślenia, wpadłam na pomysł, jak złapać go w jego własne sidła. Dolałam do kawy trochę mleka i powiedziałam: - Żebym później mogła zweryfikować twoje proroctwa, bo inaczej w każdym przypadku powiesz "a nie mówiłem?".
- Sprytna w myśleniu, naiwna w działaniu, oto nasza panna Zuzanna - podsumował Pysio. Zabrał swoją kawę spod maszyny i upił nieco. - Ale koniec z tym. Nadchodzi czas dojrzałości. Życiowej - dodał, nim zaprotestowałam, że okres dojrzewania ma za sobą.
- Nie da się dziś z tobą normalnie rozmawiać - stwierdziłam.
- Przykład? Proszę bardzo - powiedział Pysio, wskazując ręką drogę powrotną. - Lektura twojego opracowania. Prowadzi ona do przypuszczenia graniczącego z pewnością, że całe to towarzystwo będzie chciało wkrótce powołać nową międzyresortową agencję, biuro, centrum, jak zwał tak zwał, i ktoś będzie musiał im to coś zorganizować.
- I ty myślisz, że ja? - Roześmiałam się szczerze. - Ja jestem od czarnej roboty, panie kolego, nie od zaszczytów.
- Słuszna konstatacja - pochwalił Pysio. - I właśnie ktoś taki będzie im na początek potrzebny.
- A potem?
Pysio uniósł brwi i szeroko otworzył oczy.
- Kruchy lód, uważaj. Chyba że do tego czasu zmienisz swoją życiową regułę.
- Na jaką? O ile jakąś mam.
- Sprytna także w działaniu.
- To twoja reguła?
- E, cwaniara! - Pysio na sekundę zmienił skórę, grając kogoś innego niż zwykle. Widać przymierzanie różnych masek sprawiało mu przyjemność. - Pamiętaj, że jestem starszy i miałem więcej czasu na naukę.
Gdy zamykaliśmy za sobą drzwi pokoju, dostrzegłam wychodzącą z windy Ewę. Zaraz też, zaledwie usiadłam i łyknęłam trochę kawy, otrzymałam telefon z sekretariatu, że szefowa wróciła. Zabrałam więc swoją torebkę i wyszłam.
- Pani Jadziu, taki drobiazg dla pani - powiedziałam, wręczając sekretarce małą szklaneczkę z napisem "Niagara Falls, Canada". - Na pamiątkę.
- Dziękuję, pani Zuzanno. To bardzo miłe z pani strony. - U pani Jadzi pojawiły się symptomy zmieszania. - Postawię tu gdzieś, niech wszyscy widzą. Bo pani była w Kanadzie, prawda? Tak słyszałam.
- No właśnie, a to pamiątka spod Niagary. Tego wodospadu.
- Aha, no tak, tu napisane. - Sekretarka odstawiła szklaneczkę, nie przestając się uśmiechać. - Pani Ewa czeka.
Weszłam do pokoju szefowej. Ewa nerwowo przestawiała jakieś papiery na biurku.
- Siadaj - powiedziała.
Sama nie usiadła. Podeszłam do niej z ostatnim łapaczem snów.
- Każdy w pokoju dostał, mam i dla ciebie - powiedziałam, wyciągając rękę. - Największy. Cudowne urządzenie kanadyjskich Indian do odstraszania złych myśli. Wieszasz nad łóżkiem i masz spokojny sen.
- Naprawdę? - Ewa wzięła delikatny łapacz do ręki, rzuciła na niego okiem i odłożyła. - Dziękuję. Przyda się. W biurze też działa?
- Nie wiem. Wypróbuj.
Cofnęłam się i usiadłam. Ewa także zajęła swoje krzesło. Jej zachowanie, ton głosu, wyraz oczu, nie wróżyły niczego dobrego.
- Słuchaj - zwróciła się do mnie, obracając w palcach długopis. - Przemyślałam w międzyczasie to, co ci mówiłam. To o tym wystąpieniu na konferencji. Pomyślałam, że zrobimy inaczej. Ja powiem kilka słów na okrągło, takie tam wprowadzenie, a zasadnicze, merytoryczne wystąpienie zostawię tobie. Co ty na to?
Jak dla mnie, niespodziewanie odpaliła granat.
- No, co ja mogę? Jak uważasz. Ja tu tylko pracuję. Będzie, jak zdecydujesz.
- Super. Myślę, że uda mi się przekonać organizatorów do drobnej zmiany porządku. W końcu to głównie twoja praca, należy ci się wyróżnienie.
Oj, Filip, Filip! Działasz błyskawicznie. Ale sam zobacz, coś ty narobił! Po coś w ogóle się wtrącał? - pomyślałam. A ty po coś mu się skarżyła, odpowiedziałam zaraz sama sobie. Trzeba było w porę ugryźć się w język, a nie skarżyć.
- Bez przesady - bąknęłam pod nosem. - Każde z nas coś wniosło.
- Tak że taka sprawa - zakończyła Ewa. - Zajmiesz się teraz swoim wystąpieniem. I pokaż mi je, jak skończysz. - Uchwyciła natychmiast moje ostre spojrzenie. - Żadna cenzura - zastrzegła. - Chodzi o to, żebym wiedziała, do czego nawiązać we wstępie.
- Czyli to wszystko? - spytałam i wstałam.
- A jak tam remont waszej willi? Zadowolona? - usłyszałam zaskakujące pytanie.
Pyta w związku czy bez związku? - pomyślałam błyskawicznie.
- Całkowicie - odrzekłam.
- To świetnie - stwierdziła Ewa. - Jednak co fachowcy, to fachowcy. Nie to, co ci miejscowi partacze.
Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że za zmuszaniem "miejscowych partaczy" do rezygnacji od remontu dachu Moreny, nie stał żaden Biernat, lecz zupełnie ktoś inny.