Rozdział 6
Kwiaty dla mojej mamy, a swojej przyszłej teściowej, Giulio kupił jeszcze w Warszawie. Siedem ogrodowych róż przewiązanych czerwoną wstążką i zawiniętych w biały papier. Teraz wiózł je pociągiem do Kornelina, dyskretnie obserwowany przez współpasażerów. Miał na sobie nową białą koszulę i wyczyszczone na glanc letnie buty. Najbardziej jednak intrygował wszystkich ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi.
To był ten sam pociąg, co poprzedniego dnia, istniało zatem niebezpieczeństwo, że trafimy na tego samego konduktora. Tym razem więc, na wszelki wypadek, kupiłam Giuliowi cały bilet.
Nauczeni doświadczeniem z poprzedniej podróży, nie rozmawialiśmy za wiele. Nie wrzucaliśmy głośno do dialogów włoskich słów, w ogóle staraliśmy się nie zwracać na siebie uwagi. Niespecjalnie nam się to udawało. Żeby się do siebie nie odzywać, każde z nas zagłębiło się w lekturze. Giuliowi jednak czytanie polskiej gazety wyraźnie nie szło. Co chwila pokazywał mi palcem jakieś słowo, głównie w tytułach, ja zaś nie zawsze umiałam je przetłumaczyć bądź objaśnić za pomocą wyrazów bliskoznacznych. W pewnym momencie Giulio wskazał w śródtytule artykułu o potędze gospodarki radzieckiej słowo "najmocniejszą".
- Mocny, mocniejszy i... - próbowałam podpowiedzieć mu po polsku, używając stopniowania, ale on pokręcił głową. Ściszyłam więc głos. - Forte, piú forte e ...
Teraz zrozumiał.
- Le piú forte - mruknął zadowolony. - "Rubel najmocniejszą walutą świata" - przeczytał z trudem. - Naprawdę? Ja nie wie to - dodał.
Uśmiechnęłam się blado i spojrzałam szybko po najbliższych pasażerach. Ci jednak, jeśli nawet usłyszeli, nie dali tego po sobie poznać.
- Dlaczego... - zaczął Giulio rozwijać swoją myśl, ale zabrakło mu słów. Pomyślał. - Dlaczego wszyscy chcą cambio mieniać?
- Wymieniać? - podpowiedziałam mu z rosnącą obawą, co też chce powiedzieć.
- Właśnie. Dlaczego dolari, nie rubeli?
Zabrałam mu natychmiast gazetę i wręczyłam czasopismo, które sama przeglądałam.
- Lepiej poczytaj to - poradziłam. - Tamto dla ciebie za trudne.
Zdziwiony Giulio, widząc, że nie doczeka się odpowiedzi, zajął się tygodnikiem. Po chwili lekko trącił mnie łokciem i wskazał następny niezrozumiały wyraz.
- Kulasy? - zapytał, przekręcając po swojemu polskie słowo.
- Kułacy. Kułak to rolnik, który ma dużo ziemi, rozumiesz? - szepnęłam mu do ucha.
- Rozumie - odparł Giulio i pokiwał z aprobatą głową. - Bogaty rolnik.
Byłam zmuszona pokręcić głową.
- Kułak niedobry. Wróg klasowy - wyjaśniłam, zgodnie z linią propagandy.
- A dlaczego on niedobry?
- Bo... - zaczęłam i też utknęłam. Bo jak to objaśnić?
- Ty nie wie? - zdziwił się Giulio. - Ty , studente i nie wie?
- Wiem, ale... - wiłam się. - Ja ci to w domu wytłumaczę.
Siedzący obok mężczyzna w średnim wieku uniósł oczy znad swojej gazety.
- Pan, zdaje się, obcokrajowiec, tak? - zapytał. Wystraszyłam się, że wywiąże się za moment dyskusja na niewygodny temat. Nie było wiadomo, kto jest kim w przedziale, i jaki kto zrobi użytek z tego, co usłyszy. Lepiej już było milczeć. - To i nie rozumie, ot co - ciągnął tymczasem nieznajomy. - A panienka nie wyjaśni, bo to i nam pojąć trudno, nieprawda. Już to mądrzejsi od nas wymyślają.
Giulio słuchał, starając się zrozumieć jego wypowiedź. Na szczęście dla mnie, nim zadał kolejne pytanie, zjawił się konduktor, żeby sprawdzić bilety. Inny niż poprzedniego dnia. Niedługo potem pociąg zatrzymał się na stacji w Kornelinie. Z ulgą opuściła z Giuliem wagon.
Na peronie czekał na nas Antoni. Ledwo się przywitaliśmy, Giulio zaatakował go:
- Antonio, ty mówi, dlaczego kułak zły.
- Co? - Antek aż stanął na moment w miejscu. - Urządzają wam tu pogadanki polityczne? Gdzie to słyszałeś?
- Ja pyta Irmina, a ona nie wie - wyjaśnił Giulio.
- Wie, wie, tylko nie chce zdradzać tajemnicy państwowej - zakpił Antoni, ruszając naprzód. - Komunizm, wszystko wspólne, tak czy nie? - Giulio kiwnął głową. - A kułak nie chce swojej ziemi oddać, żeby wspólna była, rozumiesz? Dlatego on wróg.
- Dlaczego nie chce? To nie jest dobre, jak wszyscy równe?
- Wspólne, czyli niczyje. Wszyscy, czyli nikt, capice?
- A ja by chciałem, żeby fabrica u nas, w Torino, dla wszyscy robotnicy. To postępowe jest i sprawiedliwe.
- Kolego - przerwał mu Antoni. - Dziękuję za taki postęp. Jakby to było takie dobre, to wasi robotnicy by do nas walili przez granicę jak w dym, a nie my do was. I nasi komuniści nie trzymaliby nas tu zamkniętych jak w klatce, tylko pozwolili wyjeżdżać. Wyjechałbyś z Irminą do Włoch nawet jutro. Kapujesz coś z tego?
Giulio słuchał bezradny. Rozumiał piąte przez dziesiąte, lecz sens całej wypowiedzi nie docierał do niego. Wzruszył tylko ramionami.
- Dobra, pożyjesz tu trochę, to skapujesz w czym rzecz - zamknął Antoni temat. - Lepiej powiedzcie, co z waszym ślubem. Ojciec nie jest zachwycony, szczerze mówiąc. Boi się o twoje studia, Irma. Że jak przerwiesz, to już nigdy ich nie skończysz. I jaka przyszłość cię tam czeka. I w ogóle. Ale jak się uprzecie, nie powstrzymają was. Tyle mogę powiedzieć.
Zepsuł mi humor. Zapytałam natarczywie:
- A ty, co powiesz, jak tata spyta cię o zdanie?
- Moje zdanie znasz, nie będę się powtarzał - odrzekł brat.
- Ty jesteś po nasza strona? - zapytał go Giulio, niepewny jego stanowiska, a dostrzegłszy w oczach potencjalnego szwagra potwierdzenie, po męsku wyciągnął do niego rękę.
- Chcę, żeby siostra była szczęśliwa - oświadczył uroczyście Antoni, odwzajemniając mocnym uściskiem znak zgody.
- Obłudnik - mruknęłam.
- Dlatego nigdy nie zostawię jej samej - dodał brat, dla rozwiania wątpliwości.
Giulio znowu przystanął. Zastanowił się, co Antek miał na myśli.
- Ty też chce jechać do Italia? - spytał po chwili zdziwiony.
- Jak Bóg zechce, a partia pozwoli, czemu nie - odparł Antoni zagadkowo.
Giulio roześmiał się, biorąc jego słowa za żart. Ale tylko on się śmiał.
- Ja rozmawia z Boga, żeby nie chce - rzekł, trzymając się w tonie żartu.
- Chcesz, żebym tu skisł? - odgryzł się Antek i zobrazował swoją wypowiedź, robiąc minę nieboszczyka.
- Jak chcesz spotykać ładna ragazza, to kto jest twój największy wróg? - zapytał Giulio sentencjonalnie i zaraz sobie odpowiedział, poklepując Antoniego po ramieniu: - Jej starszy brat.
- Z każdą godziną lepiej mówisz po polsku - odrzekł Antoni. - Żebyś jeszcze w takim tempie wszystko coraz lepiej kapował.
- Antek, proszę cię! - syknęłam przez zęby, po czym dodałam głośniej, kręcąc głową: - Ach, te jego żarty!
- Ten bukiet to dla mamy, prawda? - Antoni zmienił temat. - Pospieszmy się, żeby zdążyć, nim zwiędnie.
Ruszył, przyspieszając zaraz kroku. Pospieszyliśmy za nim.
Doszliśmy do Moreny w dziesięć minut.
Przed furtką spotkaliśmy starego Biernata. Stał wsparty na lasce, ćmił papierosa i przyglądał się naszej trójce.
- Dzień dobry, panie Biernat - przywitałam się, a Antoni na powitanie skinął głową.
- Dobry - odparł starszy mężczyzna, nie spuszczając oka z Giulia. - Z Warszawy, co?
- Owszem - odrzekłam. - Ruch tam teraz, że hej. Dużo gości, z całego świata.
- Właśnie widzę - zauważył Biernat.
- Kolega z Włoch - wyjaśniłam z uśmiechem. - Małe odwiedziny. Rodzice, wie pan. Prababcia nasza była Włoszką podobno.
- Wiem, a jakże! - oznajmił, odprowadzając ich wzrokiem, gdy przechodzili przez furtkę.
- I czego się tłumaczysz temu komuniście - syknął mi Antoni do ucha, gdy odeszliśmy bliżej ganka.
- Oj, Antoś, zwykła grzeczność - mruknęłam. - Nikomu nie zaszkodzi.
- Nawet na grzeczność trzeba sobie zasłużyć - odburknął brat i otworzył drzwi wejściowe, po czym puścił nas przodem.
- Jesteśmy! - zawołałam, gdy znaleźliśmy się w sieni.
Rodzice natychmiast wyszli ze stołowego. Giulio skłonił się i podążył z kwiatami wprost do pani domu. Mama, mile zaskoczona, przyjęła bukiet i pozwoliła się ucałować na powitanie. Giulio uścisnął też dłoń ojcu. I zaraz przeszliśmy wszyscy do pokoju stołowego.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się nam w oczy, były dwa olejne obrazy wiszące na ścianie, których poprzedniego dnia w tym miejscu nie było.
- Jednak znalazłeś je! - zawołałam do brata.
- Ja? Skąd! To nie ja - zaprzeczył Antoni.
- Nie udawaj, wczoraj o nich rozmawialiśmy.
- Owszem, ale nie miałem pojęcia, gdzie są. Tata, jak mu o nich powiedziałem, wyciągnął je z lamusa.
Giulio wpatrywał się w nie z zainteresowaniem.
- Podobają się panu? - zapytała uprzejmie mama.
Giulio nie umiał odpowiedzieć.
- Są takie, nie wiem, jakie - stwierdził. - Stranni.
- Nie mówiłam, że dziwne? - rzuciłam triumfalnie. - Giulio mówi to samo.
- Ciekawe, ile są warte - rzekł w zamyśle Antoni. - Nikt nie umie powiedzieć. Może on będzie wiedział?
- Ja? No, no - zaprzeczył Giulio. Podszedł bliżej i przyjrzał się sygnaturze, po czym pokręcił głową. - Ja nie wie. Nie zna, kto artista. To jest rok dwadzieścia? Stranne.
- Dlaczego dziwne? - zainteresowała się Irmina.
- Wtedy nikt tak nie malował. Dopiero dalej, dwadzieścia pięć i później.
- Tak dobrze znasz się na sztuce? - zdziwiłam się. - Myślałam, że studiujesz mechanikę.
Giulio uśmiechnął się tajemniczo.
- Ja zna mało.
- Myślisz, że to jakieś fałszerstwo? - zapytał Antoni.
- Nie, w żadnym wypadku - wtrącił się nasz ojciec. - To na pewno oryginały. Zawsze tu wisiały, odkąd pamiętam. Być może nawet tu, w tym domu zostały namalowane.
- Mogę fotografować? - spytał Giulio, kręcąc z niedowierzaniem głową, że to, co widzi, to obrazy z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku.
- Już? Teraz? - zdziwiła się mama. - Może siądźmy najpierw do stołu.
- Ja by chciałem teraz - rzekł Giulio z ożywieniem i wskazał na okno. - Szi... szi... - męczył się z jakimś polskim słowem. - Luce.
- Światło - pomógł mu Antoni. - Słońce.
- O, o, sole! - podchwycił Giulio. - Luce del sole.
Nie czekając na nic, sięgnął do swojego plecaka i wyjął aparat. Zrobił kilka zdjęć, po czym poprosił, aby wszyscy Ludwigowie ustawili się na tle obrazów. Kiedy sfotografował całą naszą rodzinę, zwrócił się do Antoniego, aby zamienił się z nim miejscami.
- Pokazuję moja famiglia w Torino i w cała Italia - pochwalił się, kiedy Antoni pstryknął mu fotografię, jak stoi pod obrazem w otoczeniu jego rodziców i siostry. - I druga fotografia, ja i Irma.
- Nic z tego. Film się skończył - oznajmił Antoni i oddał aparat. - Wyjedziesz i nawet tych zdjęć nie zobaczymy.
- Nie, nie! Ja daję jutro do ten pan, co w Warszawa, wiesz, mamy adres, i nam robi.
- Możemy wreszcie usiąść? - zapytała mama. - Zaraz stawiam ciasto i herbatę. Bo obiad pewnie jedliście?
Przytaknęłam bez słowa. W pozornie swobodnym zachowaniu wszystkich wyczuwałam rosnące napięcie, którego nikt nie chciał okazać. Rodzice czekali na to, co powie Giulio, choć mogli już poznać jego stanowisko z relacji Antoniego, brat zaś, jak przypuszczałam, szykował się do wypełnienia swej dobrowolnej misji. Ja sama obawiałam się reakcji ojca. Pomyślałam, że najlepiej mieć to wszystko od razu za sobą. Mama jednak wyszła szybko do kuchni, a bez niej nie chciałam zaczynać tak poważnej rozmowy.
- Mama zaczeka, pomogę - zawołałam za nią i też wyszłam.
W kuchni czekała już na stole stygnąca, niedawno wyjęta z piekarnika szarlotka, a na kuchennej płycie świeżo zaparzona herbata. Mama sięgnęła do kredensu po szklanki.
- Jak było u koleżanki? - spytała takim tonem, jakby oczekiwała jedynie zdawkowej odpowiedzi, choć zapytanie podszyte było niepokojem.
- Mamo, ja... - zaczęłam niepewnie. Nie chciałam odpowiadać na pytanie. Co innego było teraz ważne. - Chcę mamę uprzedzić, zanim zaczniemy przy stole, żeby mama wiedziała pierwsza. Giulio, a raczej my oboje, znaczy on i ja, postanowiliśmy, że jednak chcemy się pobrać.
Szklanki zadźwięczały na tacy. Mama dostawiła do nich cukiernicę.
- Można było się spodziewać - powiedziała, szybciej oddychając. - No cóż, mam nadzieję, że wiesz, co robisz, dziecko. Myślałam tylko, że moglibyście poczekać, poznać się lepiej. Nie moglibyście?
- Ale jak, mamo? On za tydzień będzie musiał wyjechać. Przecież nie wróci.
- No właśnie.
- A ja... Ja go chyba kocham - szepnęłam z desperacją.
Matka pogłaskała mnie po policzku. Wydawało się, że chce mnie przytulić, jednakże powstrzymała się przed okazaniem czułości. Poprawiła tylko moją suknię, wygładzając widoczne zagniecenia, po czym splotła ręce na piersi.
- Jeśli miałabyś być z tego powodu nieszczęśliwa, to może lepiej niech już to się stanie - rzekła i popatrzyła w dal przez okno. - Ale jesteś jeszcze taka młoda, jeszcze całe studia przed tobą. Pomyślałaś o tym?
- A mama ile miała lat, jak wyszła za tatę? - odrzekłam z wyrzutem, niezbyt delikatnie. - Chyba tyle samo, co ja teraz, jeśli się nie mylę.
- Inne były czasy, poza tym nie studiowałam - westchnęła mama.
- Wie mama co, chyba zmienię tę sukienkę - stwierdziłam niespodziewanie, żeby już nie ciągnąć tego tematu i pobiegłam do swego pokoju.
Wróciłam w nowej wyprasowanej sukni w duże kwiaty. Zdawało mi się, że wyglądałam w niej bardziej świeżo. Przy okazji szybko uczesałam inaczej włosy.
- Teraz dobrze? - zapytałam.
- Znakomicie - odrzekła mama. Odwróciła się do stołu i podniosła tacę. - Cóż, co ma być, niech będzie - oznajmiła, jakby wracając do tematu sprzed mego wyjścia z kuchni. - Bylebyś się na nim nie zawiodła, córko. I na sobie też. Chodźmy, czekają na nas. - Ruszyła do drzwi, ale zatrzymała się jeszcze na moment. - Gdyby jednak naszły cię wątpliwości, pomyśl przez chwilę o losie Sabiny.
Nie dała mi szansy na dopytanie, co miała na myśli, wspominając nasza kuzynkę. Pewnym krokiem przeszła przez sień i weszła do stołowego. Panowie próbowali właśnie na wesoło klecić jakąś rozmowę po włosku. Ojcu szło to całkiem dobrze, Antoni natomiast znał zaledwie kilkanaście słów i mógł się głównie przysłuchiwać. Mimo to co chwila wtrącał swoje trzy grosze.
- Italiani, molto... wesołe ragazzi - mówił akurat.- Jak jest "wesołe" po włosku?
- Allegro - podpowiedziałam, wchodząc do pokoju stołowego. - Brat, słysząc to, klepnął się w czoło, a ja mu jeszcze dołożyłam: - Żeby muzyk tego nie wiedział? Wstyd.
- Zaćmienie pamięci - przyznał ze wstydem Antoni. - Oczywiście! Allegro. Piano, forte, fortissimo, furioso - rzucił kilka terminów muzycznych. - Przebrałaś się? - zauważył.
- Ty umie grać? Na co? - zdziwił się Giulio, a równocześnie, przyglądając się mi, kiwnął głową z aprobatą.
- E tam, tak sobie tylko stukam w klawisze - odparł Antek.
- Tosiek uważa się za pianistę jazzowego - wyjawiłam jego sekret, obracając się na pięcie dla pełnego zaprezentowania nowej sukni. - Tylko mało praktykującego.
- Jazz? Ty gra jazz? - nie przestawał dziwić się Giulio. - To jest spaniale.
- Byłoby wspaniale, gdybym żył na Zachodzie. Cóż, jazz, jako muzyka obca, zachodnia, jest niemile widziana w naszym najwspanialszym z ustrojów - rzekł z kpiną. - W zasadzie jest zakazana, choć do ciupy za to, że ktoś ją gra, jeszcze nie wsadzają.
- Antoś! - upomniała go mama.
Rozstawiwszy szklanki, podeszła do serwantki, by wystawić talerzyki. Ja w tym czasie wyszłam do kuchni po dzbanek z herbatą.
- No co? Nie pamięta mama, jak ten ubek zza ściany doniósł na mnie, że gram jakieś dżezy zamiast Chopina i musiałem się tłumaczyć? - usłyszałam jeszcze.
- Cóż, nie myślę, że naszego gościa interesują takie sprawy - rzekł ojciec koncyliacyjnie. - Siądźmy może do stołu.
- Ale ja by słuchałem, jak Antonio gra na piano! - zawołał Giulio. - Ty może grać?
- Roztrojone - burknął Antek. - Nie mamy pieniędzy na stroiciela.
Giulio nie zrozumiał.
- Ja słyszał w jedna klub. Grali jazz, w Warszawa - oznajmił. - Ja myśli to byli, eee, gości festiwala?
- Może być, teraz trochę odpuścili, akurat na ten festiwal - uznał Antoni. - Nawet sztukę abstrakcyjną pokazują na ulicach. Ale to nie musieli być uczestnicy festiwalu, ja myślę, że to byli nasi muzycy.
- Naprawda? Ja nie wie, że w Polsce gra jazz - zdziwił się Giulio.
- Zagraj, Tosiek - rzekłam, wchodząc z dzbankiem. - Tylko krótko, bo herbata ostygnie.
- No dobra - zgodził się brat i podszedł do pianina w rogu pokoju. - Ale jak by co, to ty się będziesz tłumaczyć temu za ścianą.
Podniósł wieko, przystawił sobie krzesło, wyłamał z chrzęstem palce, uderzył trzy septymowe akordy, wykonał mały pasaż i zaczął grać klasyczny jazz nowoorleański. Najpierw szybko, potem coraz wolniej. Po chwili przeszedł płynnie do improwizacji w stylu cool. Gdyby nie mój brat, nigdy bym tych rzeczy nie wiedziała.
Wstał i ukłonił się. Rozległy się brawa.
- Palce odwykają, jak się nie gra codziennie - oznajmił Antek i podszedł do stołu, dając znak, by wszyscy usiedli do ciasta. - A ja tylko taki niedzielny grajek. Poza tym, faktycznie, instrument trochę niestrojny.
Mama zaczęła rozlewać herbatę.
- Ty pięknie gra, Antonio - stwierdził Giulio. - By mogłeś grać u nas w ristorante, w Torino.
Antek roześmiał się gorzko.
- To się ze mną ożeń, zamiast z Irminą - zaproponował.
Jednym nieopanowanym żartem wywołał zasadniczy temat spotkania. Ojciec zaśmiał się krótko i natychmiast spoważniał. Inni zamilkli. Giulio poczuł, że musi zabrać głos. Mama tymczasem rozdzielała szarlotkę.
Kiedy każdy miał już na talerzu swoją porcję, mój prawie narzeczony wstał i oznajmił:
- Bene, ja powie. Ja chcę ożenić z Irma.
Powiało chłodem. Wszyscy czekali, jak na to oświadczenie zareaguje ojciec.
- Niech pan siada, młodzieńcze - powiedział, pokazując dodatkowo ręką, co Giulio ma zrobić. Ten usiadł. - Spróbujmy szarlotki. Moja żona bardzo się starała. - Odkroił łyżeczką kawałek ciasta i przeniósł go do ust. - Papierówka - powiedział. - We Włoszech takich jabłek nie macie.
- Proszę? - zapytał Giulio i spojrzał na mnie. - Co nie macie? Matrimonio nie macie?
- Di mele - wyjaśniłam, pokazując ciasto. - Jabłka.
Giulio spróbował kawałek.
- Smakuje bardzo - oznajmił.
- Pan oczywiście, jako Włoch, jest katolikiem? - zwrócił się do niego ojciec.
- Ja? - Giulio spłoszył się. - Chiaro, ja był o... okrz... no, jak to mówić? Powiem jak włoski. Fui battezzato.
- Jest ochrzczony - przetłumaczyłam, choć tylko Antek mógł nie zrozumieć.
- To rozumiem - rzekł ojciec. - Ale czy pozostał katolikiem. Z postępową młodzieżą różnie bywa.
- Ja bardzo szanuje la Chiesa i Santo Padre - oznajmił znowu Giulio.
- ...i wezmę ślub w kościele?
- Dlaczego nie? Ja mówił Irma, że w Italia my w chiesa robimy nasze matrimonio.
Ojciec wbił w niego wzrok.
- A dlaczego nie w Polsce?
- Ja tak myśli... - Giulio zaczął się gubić. - Ja tu nie ma certificato de battesimo. Jak to jest?
- Świadectwo chrztu. Można przysłać pocztą, prawda?
Giulio zmarkotniał, ja pobladłam. Antoni odchrząknął, jakby chciał coś powiedzieć.
- Wie tata, jak długo by to szło? - rzucił pytanie, bawiąc się łyżeczką. - Dwa tygodnie w jedną stronę, dwa tygodnie w drugą. I ten ubek - wskazał brodą ścianę - od razu by o wszystkim wiedział. Nie wie tata, jak było z listami ze Szwajcarii?
- Tyle czasu możemy chyba zaczekać - uznał ojciec.
- A gdzie Giulio miałby się podziewać przez ten czas? - jęknęłam. - Gdzie mieszkać?
- No, moi drodzy! - Ojciec odłożył łyżeczkę, aż ta brzęknęła, uderzona o talerzyk. - Ślub to nie są żarty. Musicie się na coś zdecydować. I albo wziąć na siebie wszystkie trudy, albo nie wiem co. Dać sobie spokój.
- Przecież... - Antoni pochylił się nad stołem, podpierając się łokciem. - Tata posłucha. Przecież Giulio ma poważne zamiary. Naprawdę chce się ożenić z moją siostrą. I zrobi to, jestem pewien, po bożemu, w kościele, ale u siebie, we Włoszech. A ten ślub u nas w urzędzie ma być tylko po to, żeby mógł legalnie, formalnie wyjechać z żoną za granicę, prawda?
Giulio i ja zgodnie kiwnęliśmy głowami.
- Nie podoba mi się to - oznajmił ojciec. - Ale wy, młodzi, teraz mądrzejsi chcecie być od wszystkich. Wszystko przewracać do góry nogami. Nowy ład budować. Żebyście się przypadkiem nie poparzyli.
Patrzyłam tępo w stół, dziobiąc ciasto łyżką. Giulio z tonu rozmowy domyślał się, że nie wszystko idzie po jego myśli. Antoni jednak nie załamywał się.
- Czyli tata zgadza się? - zapytał otwarcie.
- Swoje zdanie powiedziałem - odrzekł ojciec. - A czy się zgadzam, czy nie? Zapytaj matkę, co o tym myśli.
- Mamo, co mama powie?
Mama ułożyła dłonie na stole.
- Żeby tylko jakichś kłopotów z tego nie było - powiedziała.
- Czyli mama też się zgadza - wywnioskował Antoni. - No, teraz wasza kolej - zwrócił się do mnie.
- Dziękuję - bąknęłam.
- Ej tam, co za dziękuję? - zirytował się brat. - Giulio, wstań - polecił, a gdy ten powstał, dodał: - A teraz będziesz powtarzał za mną, rozumiesz? Repete. Da capo al fine - posłużył się nowym terminem muzycznym. - Od początku do końca. Capice? - Giulio potwierdził, że rozumie. - Mów więc: Szanowni rodzice, kocham waszą córkę i proszę o jej rękę.
Kiedy Giulio skończył, powtarzając po dwa słowa, prychnęłam, ale bez złości:
- Dobre sobie. Chyba najpierw mnie powinien poprosić.
- Siostra, nie utrudniaj - skarcił mnie Antoni. - Ty już się zgodziłaś. Prośba była skierowana do rodziców. Czekamy na odpowiedź.
- Antek, nie rób sobie żartów - równie karcącym tonem odezwał się ojciec. - Nie mówimy o pójściu na szkolny bal z kolegą, tylko o całym życiu twojej siostry.
- Też ja tak to traktuję - odparł Antoni. - Myśli tata, że nie zależy mi na jej szczęściu? Przepraszam, jeśli za bardzo się wtrącam, ale myślę, że musicie coś postanowić. Dzisiaj, zaraz.
- A ja myślę, że nic nie musimy - odparował ojciec. - Może najpierw Irma powie, jak to sobie wyobraża. Gdzie zamieszkają, po tym niby ślubie.
- Tato, oni wyjadą - upierał się Antoni.
- A zanim wyjadą? I nie mów za siostrę.
- No cóż - zaczęłam. - Jeszcze o tym nie myślałam.
- A należało pomyśleć - uczepił się ojciec nowej przeszkody.
- Na te parę dni? - wtrącił się Antoni. - Mogą chyba zamieszkać u nas.
- Antek, Irma nie potrzebuje adwokata! - upomniał go znowu ojciec. - Mógłbyś na chwilę zamilknąć? Powiedzmy sobie jasno: po takim ślubie u nas zamieszkać razem nie mogą.
- Ojej, najwyżej Giulio zamieszka ze mną w jednym pokoju - wypalił Antek, mimo ojcowskiego nakazu, by milczał.
- O, i to jest jakieś wyjście - rzekła pojednawczo mama.
Ojciec z hukiem postawił szklankę na spodku.
- Widzę, że wszyscy uknuliście tu jakiś spisek! - prychnął zły. - W takim razie czemu pytacie mnie o zdanie?
- Tatku drogi - rzekłam łagodnie. - Nic nie uknuliśmy, a zdanie taty jest dla nas bardzo ważne.
- Pod warunkiem, że jest zgodne z waszym - odciął się ojciec. Wstał gwałtownie od stołu. - Przepraszam, muszę zapalić.
Podszedł do okna i, zapatrzony w dal, przypalił sobie papierosa.
Ja też wstałam i ostrożnie podeszłam do ojca.
- Tato - rzekłam, ale nie wiedziałam, co mówić dalej.
Ojciec wydmuchnął dym i pokręcił głową.
- Najpierw Sabina, teraz ty, a jeszcze wcześniej matka Sabci, moja siostra. Czemu wszystkie młode kobiety uciekają z tego domu?
- Nie uciekam - szepnęłam stropiona. - Kocham was, tylko...
- Wiem, wiem. Taka jest kolej rzeczy. Pewnego dnia przychodzi ten ktoś i zabiera córkę z domu. Tylko dlaczego już, tak szybko?
- Tato, tak się złożyło. Jeśli wyjedzie, więcej go nie zobaczę, ani on mnie.
- Podobno się kochacie - rzekł ojciec z wyrzutem. - A miłość, jeśli jest mocna, prawdziwa, wiele przeszkód potrafi pokonać.
- Pewnie ma tata rację. Nikt tego nie wie lepiej od taty. Ale może my nie musimy wystawiać się na próbę, jeśli jest inna możliwość? Czy musimy zaraz odgrywać grecką tragedię?
Ojciec cały czas patrzył w okno. Teraz odwrócił głowę ku mnie. Uśmiechnął się nieznacznie.
- Moja mała mądralińska - rzekł i zaraz spoważniał. Westchnął. - Jest jeszcze coś, o czym koniecznie muszę ci powiedzieć. Wyjdźmy na zewnątrz.
Przeprosiliśmy pozostałych i pod pretekstem, że musimy porozmawiać na osobności, przeszliśmy na werandę. Ale i tam ojciec nie czuł się pewnie. Zeszliśmy więc do ogrodu i poszliśmy w kierunku młodego lasku wyrastającego na działce obok willi.
- Znasz historię Moreny, prawda? - zaczął ojciec, pewny, że teraz nikt nas nie podsłucha. - Nie chcę ci jej opowiadać, nie ma zresztą teraz na to czasu. Od początku, od jej wybudowania, była w rękach Ludwigów. Twój dziadek...
- Tato, wiem!
- No właśnie. I jego życzeniem było, żeby tak pozostało. Najlepiej na zawsze.
- Ale przecież już nam ją zabrali. Upaństwowili. Biernatowie mieszkają na tych samych prawach, są lokatorami. Prawnie to nie jest nasz dom. O co więc chodzi?
- I tak, i nie. Zarządza gromadzka rada, ale my jesteśmy gospodarzami posesji, nie oni. Właśnie o tym chcę mówić. Wspominałem wczoraj, że przed waszym przyjazdem Biernat był u mnie.
- Tak, pamiętam. Antek też wspominał, ale nic więcej nie powiedział. Czego chciał?
- Otóż Biernat... Jak ci to powiedzieć?
- Zwyczajnie, tato.
- Mówiąc wprost, on szykuje się do przejęcia całej willi.
Poczułam napięcie mięśni twarzy.
- Chce nas wyrzucić? Nie wierzę.
- Niezupełnie. Tego zrobić nie może. Ale...
- Tato, niech tata mówi otwarcie. Co za świństwo szykuje. Jestem dorosła.
- Ba, gdyby i on mówił otwarcie, byłoby prościej. Ale to spryciarz, lawirant, przebiegły lis. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę lat temu bawiliście się razem u nas w stołowym. Co prawda już wtedy... - Znowu utknął. - Nie bez powodu poszedł do pracy w UB. Otóż pozwolił mi wywnioskować ze swoich niejasnych słów, że gdyby kiedyś został twoim mężem, wspólnie moglibyśmy zadbać o los tego domu, bo wszystko by zostało w rodzinie.
Poczułam przyspieszone bicie serca. Zaniemówiłam na sekundę. W końcu wypaliłam:
- Tadeusz? Chciałby ożenić się ze mną? Oszalał chyba.
- Nie, dziecko, a jeśli nawet, w tym szaleństwie jest metoda, jak napisał Szekspir. Nie mówił wprawdzie o ożenku, nie poprosił o twoją rękę, jeśli o to ci chodzi, nie wspomniał nawet o tobie. Rzucił tylko coś takiego: Z takim teściem, jak pan, to moglibyśmy ho, ho, niejedno. Reszty miałem się domyślić, bo szybko zmienił temat, zaczął gadać, że przy jego możliwościach moglibyśmy jakiś remont załatwić, całej willi oczywiście, nie tylko ich części, ale taka hojność, jak miałem wywnioskować z jego słów, musi mieć jakiś cel, jakieś uzasadnienie. I tak dalej.
- A więc to dlatego pomógł mi dostać się na studia! - rzuciłam, jakbym odkryła Amerykę. - Niekoniecznie z przyjaźni. I dlatego śledzi mnie i Giulia.
Ojciec pokiwał głową.
- Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Chciałbym, żebyś dobrze zrozumiała moją decyzję w waszej sprawie - powiedział tonem, który wyrażał jednocześnie prośbę i żądanie. - Jeśli wam pomogę ze ślubem, tobie i temu narwanemu chłopakowi, to nie dlatego, że wasz szalony pomysł mi się podoba, bo nie podoba mi się, ale żeby...
- Żeby mnie chronić przed Tadeuszem?
- Żeby nas wszystkich chronić. Całą rodzinę.
- A co będzie z Moreną?
- Bóg jeden raczy wiedzieć. Moja siostra jeszcze przed wojną zniknęła z panem artystą, nie wiadomo, czy żyje, jej dziecko, które wychowaliśmy jak córkę, uciekło od nas, brat mój pewnie zamęczony w ubeckim więzieniu, teraz moja własna córka chce zbiec do Włoch.
- Tato, nie chcę zbiec. Poza tym ma tata jeszcze syna.
- Antoś? Też ucieknie za granicę przy pierwszej lepszej okazji. Ma naturę dziadka. Przedsiębiorczy, ale artysta. Dobry chłopak, lecz myśli głównie o sobie. Cóż, artyści tacy już są, nic na to nie poradzisz. Mam nadzieję, że ten twój Giulio nie jest z tego gatunku.
- Nie wygląda na takiego. Chociaż co ja o nim wiem? Znamy się dopiero drugi tydzień.
- Otóż to, moje dziecko, to mnie najbardziej martwi! Nic o nim nie wiesz. Ale cóż poradzisz, rozum mówi ci jedno, a serce drugie. I to drugie bierze górę.
- Wiem jedno, kocham go! - wyznałam z pasją.
- Hm - mruknął ojciec, zastanawiając się nad czymś. - Dam ci adres kuzyna w Szwajcarii. Co prawda nie pisujemy już do siebie, ale mam nadzieję, że jest aktualny. Jeśli okaże się, że twój raj, do którego dążysz, to piekło, uciekaj. Taki ślub da się unieważnić.
- Tato!
- No co takiego? Zasady zasadami, ale trzeba też myśleć racjonalnie. - Na chwilę zapadło milczenie. - Tylko Moreny mi szkoda. Dobrze, że dziadek tego nie dożył.
Rzuciłam się ojcu na szyję, lecz zaraz go puściłam.
- Antek na pewno nie pozwoli, żeby Biernatowie... - stwierdziłam, nie kończąc.
- Już ci powiedziałem. Zobacz, gdzie twój brat jest myślami, a usłyszysz odpowiedź.
- Jeśli i on wyjedzie, to ja kiedyś wrócę i zajmę się willą. Z Giuliem.
Ojciec zaśmiał się cicho.
- Wiem, chciałabyś dobrze. Tak właśnie manifestuje się młodzieńczy idealizm.
- Naprawdę, tato! Obiecuję. Jeśli Antek nie zostanie z wami.
Zawróciliśmy do domu. Spostrzegliśmy, że cała trójka, którą zostawiliśmy w willi, stoi teraz na werandzie i macha do nas rękoma. Odpowiedzieliśmy im tym samym.
- Wie tata, jedno mnie dziwi - powiedziałam, nim dało się z werandy usłyszeć, o czym rozmawiają. - Ten Tadeusz. Dlaczego tacie to powiedział? Dlaczego zdradził się ze swoich planów? O co mu chodzi? Mógł przecież spokojnie czekać, jak pająk na swoją ofiarę, aż skończę studia.
- Trafne pytanie, godne przyszłego inżyniera. Myślę, że to jego największy błąd. Zobaczył konkurenta w chłopaku u twego boku i poczuł się zagrożony. Poniosły go emocje. Liczył się z tym, że takie osoby przy tobie się pojawią, lecz nie sądził, że to może stać się już, tak szybko.Postanowił nam obojgu pogrozić, ale nie otwarcie, tylko aluzyjnie, poprzez niedopowiedzenia. Z drugiej zaś strony Antoś twierdzi, że zwierzchnicy wysłali go na szkolenie do Moskwy, czy gdzie tam. A kto, jeśli nie tajna policja jest najlepiej zorientowana w tym, co podskórnie dzieje się w państwie? Może ta jego chęć zawładnięcia całą Moreną to zapowiedź czegoś nowego? Może oni wiedzą coś, czego my jeszcze nie wiemy? W tej sytuacji dziękujmy Bogu, że wykazał się niecierpliwością.
- Co zrobi, jak się dowie, że wychodzę za Giulia?
- Tego nikt z nas nie wie.
Doszliśmy do werandy.
- I jak? - zapytał od razu Antoni. - Jest porozumienie?
Nasze uśmiechnięte twarze musiały mu wystarczyć za odpowiedź.