Willa Morena - pakiet 1 (#1) - Zbigniew Zbikowski

Kup ebooka

49.99 zł
39.99 zł (34,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Znałam go zaledwie kilka dni, a tyle już o nim wiedziałam! Jakbyśmy poznali się najmniej rok temu, a nie przed tygodniem. Może to zabawne, a może dwuznaczne, lecz całą tę wiedzę przyswoiłam sobie przy użyciu najwyżej stu włoskich słówek. Przeważnie tych, którymi dawniej, jeszcze przed wojną, lubił rzucać od czasu do czasu mój ojciec, a także, w większej obfitości, dziadek Ernest. Ten, który sto lat temu zbudował naszą willę.

Po tygodniu znajomości swój skromny zasób włoskich słówek powiększyłam o kolejną setkę, a może więcej. Próbowałam je nawet policzyć w jakimś szaleńczym porywie, gdy pewnego dnia czekanie na Giulia na stacji kolejowej przeciągało się, lecz doszedłszy do czterdziestu pięciu, dałam sobie spokój z rachunkami. Bo i po co mi one.

On z kolei, jakby dla zachowania symetrii w naszych rozmowach, przyswoił sobie raz dwa też przynajmniej sto polskich słów - nie licząc zwrotów grzecznościowych, które opanował przygotowując się do wyjazdu na festiwal - co w połączeniu z moją dziurawą włoszczyzną pozwalało nam prowadzić pełną zabawnych nieporozumień konwersację.

Miałam wrażenie, że odkąd się poznaliśmy, szybko pochłanianej wiedzy ciągle było mu mało. Na każdym kroku pytał mnie, jak się nazywa po polsku to, a jak tamto. Jedne słowa zapamiętywał natychmiast, inne z miejsca puszczał mimo uszu i albo do nich wracał, albo je zapominał na dobre. Podejrzewałam, że niekiedy tylko udawał, że czegoś nie pamięta. Zwłaszcza gdy po raz kolejny pytał "a to co?", wskazując najpierw moje oczy, potem usta, szyję, wreszcie opuszczając palec jeszcze niżej i celując w sam środek mojej klatki piersiowej.

- Giulio! - zawołałam oburzona, gdy zabawiał się w ten sposób po raz pierwszy. - Na dziś wystarczy. I tak tylu słów naraz nie zapamiętasz.

Giulio zaśmiał się wtedy jak łobuziak, uniósł palec ponad moje czoło i oznajmił:

- A to? Wiem. To jest italiano.

- Jakie znowu italiano? - spytałam zdumiona. Jeśli to był żart, nie chwytałam go.

- Si , ty rano mówi na to "włoski". Czicziese włoski. Tak czy nie? A drugi raz ty mówi, że "włoski" to "italiano". To ja nie wie dobrze?

- Głuptas. Przyczeszę włoski, to znaczy... - Pogrzebałam w moim zasobie leksykalnym, ale nie znalazłam odpowiednich słów. Po chwili zorientowałam się z iskier w oczach Giulia, że spryciarz żartuje. - Znowu mnie nabrałeś! - powiedziałam ze śmiechem.

Teraz też, siedząc na twardej ławce otwartego przedziału w wagonie drugiej klasy pociągu mknącego hałaśliwie z Warszawy do Otwocka i dalej, do Lublina, pochylał się co chwila w moją stronę, niby wpatrując się w mijane obiekty i pytając o ich nazwy, by potem, śmiesznie przekręcając słowa, szeptać mi je do ucha. Współpasażerowie obserwowali naszą igraszkę spode łba, rzucając długie, naganne spojrzenia ku mnie i krótkie, pełne wzgardy, ku niemu. Z chust, jakie mieliśmy na szyjach, domyślali się oczywiście, skąd wzięliśmy się w pociągu i kogo reprezentujemy, i nie próbowali nas zagadywać.

W trakcie zabawy Giulio zaczął grzebać w swoim plecaku z grubego zielonego płótna. Wyjął z niego aparat fotograficzny, odpowiednio nastawił i pstryknął mi zdjęcie. Jedno z przodu, drugie z boku, z oknem w tle. Ja udawałam modelkę: targałam włosy, robiłam miny, raz wesołą, raz smutną, wydymałam wargi.

Ledwo minęliśmy stację Wawer, jeden z pasażerów wstał, zabrał swoją wielką brązową teczkę i zniknął. Nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi, zresztą nie było na co. Po chwili mężczyzna z teczką wrócił i usiadł. Dwie minuty po ruszeniu z następnej stacji w przedziale pojawił się konduktor w towarzystwie milicjanta w stopniu plutonowego.

- Bilety - szepnęłam do Giulia, kierując dyskretnie palec w kierunku drzwi. - Kontrola. Ale po co milicja? - zaniepokoiłam się. Wyciągnęłam rękę, żeby podał mi swój bilet.

Konduktor przedziurkował ręcznym dziurkaczem tekturki pasażerów siedzących przy drzwiach i szybko przeszedł do ławek w środku przedziału. Podałam mu bez słowa bilety swój i Giulia.

- Poproszę dokument uprawniający do zniżki - powiedział konduktor z wąsikiem w stylu Bieruta, obejrzawszy najpierw oba kartoniki. Sięgnęłam do torebki i podałam mu swoją legitymację. Ten zajrzał do wnętrza dokumentu. - A więc obywatelka studentka - oznajmił, jakby to było odkrycie. - A obywatel? - zwrócił się do Giulia, podsuwając jednocześnie moją legitymację milicjantowi.

- Kolega jest Włochem - wyjaśniłam szybko. - Jedziemy razem.

- Włoch, nie Włoch, jakiś dokument chyba posiada - mruknął konduktor, nieco zbity z tropu. - Bilet jest zniżkowy.

- Jest studentem. Bo my właśnie, znaczy on, przyjechał na nasz festiwal - zaczęłam tłumaczyć niepewnie. - I jedziemy teraz...

- I nie ma dokumentu? - przerwał mi milicjant.

- Ależ ma - zapewniłam i zwróciłam się do Giulia: - Documenti.

Giulio, przysłuchując się rozmowie, zrozumiał, o co chodzi. Z kieszeni bluzy wyjął kartę uczestnika Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów i podał ją konduktorowi. Ten natychmiast, nie rzuciwszy nawet na nią okiem, przekazał ją milicjantowi. Funkcjonariusz chwilę wpatrywał się w kartę, jakby chciał wyczytać z niej więcej, niż było tam napisane.

- To obywatel Włoch nie wie, że uczestnicy festiwalu mogą opuszczać Warszawę tylko w zorganizowanych grupach i pod opieką wyznaczonych osób?

Giulio wodził bezradnie wzrokiem ode mnie do milicjanta i z powrotem.

- On nie rozumie dobrze po polsku - rzekłam nieśmiało.

- To niech obywatelka przetłumaczy! - huknął plutonowy.

Pasażerowie z sąsiednich miejsc zaczęli po kolei podnosić się i oddalać do wyjścia. Został tylko mężczyzna z teczką.

- Kiedy ja tak dobrze po włosku też nie umiem - odrzekłam.

Pasażer z teczką uśmiechnął się złośliwie.

- Ciekawe. Dotąd jakoś się rozumieli - burknął głośno. - Nawet bardzo dobrze się rozumieli - dodał z przekąsem.

- Czy ta legitymacja upoważnia obywatela Włocha do zniżki? - zapytał szorstko milicjant, zwracając się do konduktora.

Zapytany obejrzał dokładnie dokument Giulia, po czym zdjął i zaraz założył czapkę.

- W zasadzie nic tu nie jest napisane, ale jako student chyba ma prawo - mruczał, próbując wybawić Giulia z kłopotu.

- Czyli nie upoważnia - oznajmił funkcjonariusz. - A to oznacza, że będziemy musieli wysiąść na najbliższej stacji.

- Kiedy my razem - zaczęłam na nowo wyjaśniać.

Konduktor, jakby nagle czymś olśniony, nie dał mi dokończył.

- Kornelin! - powiedział i pstryknął w bilet. - W zasadzie i tak tu wysiadają.

- Que cosa? - dopytywał się Giulio. - O co chodzi?

- No proszę! - rzekł z triumfem milicjant. - Obywatel Włoch udaje Greka, a mówi jednak po polsku.

Giulio uśmiechnął się szeroko, biorąc jego wypowiedź za komplement. Wstał i wyciągnął rękę po swoją kartę uczestnika, ale milicjant powstrzymał go, nakazując energicznym gestem, by usiadł.

- Najpierw spiszemy - oznajmił. - Na stacji.

Siedziałam jak sparaliżowana. Giulio niczego nie pojmował, ja nie umiałam wytłumaczyć mu, co się dzieje, sama też nie rozumiałam, czemu mamy być zatrzymani.

- A obywatela bilet? - zwrócił się konduktor do mężczyzny z teczką.

- Oczywiście - powiedział tamten służalczo i wręczył swój kartonik.

Konduktor tylko rzucił okiem.

- Dokument uprawniający jest? - zapytał.

Mężczyzna podał mu jakąś czerwoną legitymację. Stojący za konduktorem milicjant popatrzył mu przez ramię, po czym odwrócił wzrok. On zaś szybko zamknął dokument i oddał go właścicielowi.

- Dziękuję, w porządku - oznajmił, stukając lekko obcasami. - A obywatel - zwrócił się do Giulia, sięgając do swojej skórzanej raportówki - płaci karę.

- Co? - zapytał zdumiony Giulio, robiąc wielkie oczy i unosząc ramiona. Popatrzył na mnie. - Co ja płaci?

- Kara to jest... - odrzekłam roztargniona. - Nie wiem, jak po włosku jest "kara". Giulio, ja nie wiem, co się dzieje! - zawołałam, już na dobre wystraszona.

- Ja wiem włoski cara mia - rzekł Giulio. - Droga moja.

- Och, nie! - jęknęłam płaczliwie. - To zupełnie inna kara.

- Spokojnie, wszystko się wyjaśni - oznajmił milicjant i usiadł na wolnym miejscu. - Co obywatel tu robi i obywatelka studentka też. Zadzwonimy gdzie trzeba i wyjaśnimy.

Nagle jakbym odzyskała pewność siebie.

- Tu nie ma nic do wyjaśniania - stwierdziłam drżącym z emocji głosem. - Studiuję w Warszawie, a mieszkam w Kornelinie. Jadę z moim narzeczonym przedstawić go rodzicom.

Plutonowy ożywił się.

- Czyli obywatel Włoch to narzeczony? No proszę! Dlaczego obywatelka od razu tego faktu nie ujawniła?

- Bo nikt nie pytał. Ale teraz oświadczam, że tak jest i proszę nas puścić.

- I obywatel Włoch to potwierdza?

- Proszę go zapytać - rzuciłam zuchwale. - Na pewno potwierdzi.

- Będzie trzeba, to zapytam - odrzekł milicjant ze złością. - Teraz niech lepiej zapłaci karę. Wypisana? - zapytał konduktora, co chwila śliniącego przy wypisywaniu kwitu ołówek kopiowy.

- Zasadniczo tu nie ma adresu - zauważył, wpatrując się w kartę Giulia. - To co mam napisać?

Nastąpiła konsternacja. Nikt nie wiedział, co odpowiedzieć.

- Piszcie, że z Włoch. Wystarczy - uznał milicjant. - Zaraz stacja.

Konduktor wpisał jedno słowo, poślinił palec, przełożył kalkę i wydarł z bloczka oryginał. Chciał podać go Włochowi, ale ja wzięłam kartkę szybciej. Popatrzyłam na sumę.

- Co? - zawołałam. - Nie mam tyle przy sobie.

- Nie szkodzi - skomentował konduktor. - To ten obywatel płaci, nie obywatelka.

- On też nie ma - oznajmiłam natychmiast.

Giulio powoli wyciągnął kartkę z mojej dłoni i zaczął się w nią wpatrywać.

- Zapłacicie w takim razie na poczcie w ciągu trzech dni - poinformował konduktor. - Inaczej kara będzie jeszcze wyższa.

Zapiął raportówkę, szykując się do odejścia. Milicjant podniósł się i przytrzymał go za rękę.

- Zaraz. Musi zapłacić na miejscu. Jak go potem znaleźć, jak wyjedzie?

Pociąg dojeżdżał do stacji. Konduktor zasalutował niedbale.

- To już nie moja sprawa. Zrobiłem, co do mnie należy. Teraz muszę wyjść na peron. Taki obowiązek.

Odszedł ku drzwiom wagonu. My z Giuliem wstaliśmy.

- Proszę. - Milicjant wskazał wyjście ręką, w której trzymał nasze dokumenty. Niby uprzejmie, a władczo. - Idziemy na posterunek kolejowy.

Mężczyzna z teczką także się zerwał.

- Gdyby potrzebny był świadek, służę swoją osobą - oznajmił, ale nie doczekał się odpowiedzi.

- Te e io, andiamo con milicjanto - wyjaśniłam swoją łamaną włoszczyzną polecenie plutonowego, patrząc z przerażeniem w oczy Giulia.

On zachowywał powagę. Aby mnie uspokoić, dotknął mojego ramienia, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Mandat schował do kieszeni.

Wysiadł z wagonu pierwszy, ja za nim, następnie plutonowy i obywatel z teczką. Milicjant rozejrzał się po stacji, po czym przywołał ruchem ręki stojącego nieopodal zawiadowcę i zapytał go o posterunek kolejowy.

- Mam dwójkę podejrzanych pasażerów - wyjaśnił. - Muszę ich przesłuchać i spisać raport.

Zawiadowca pokazał, jak dojść do pomieszczenia Straży Kolejowej. Ruszyliśmy, a gość z teczką pod pachą za nami.

We wskazanym pomieszczeniu zastaliśmy samotnego strażnika. Gdy milicjant poinformował go o celu wizyty, ten odstąpił mu swoje biurko. Zamierzał wyjść.

- Proszę zostać! - rzekł plutonowy. - Będzie obywatel świadkiem. - Spojrzał na mężczyznę z teczką. - A czy obywatel chciałby złożyć zeznanie? - zapytał.

- W zasadzie, gdyby była potrzeba, to oczywiście. - Podał znowu swoją legitymację. - Zawsze służę pomocą. Proszę spisać dane, a w razie konieczności zadzwonić do prezydium. Mogę też poczekać, aż obywatel plutonowy tych tu przesłucha.

Milicjant bez słowa otworzył swój notes, spisał dane z czerwonej legitymacji, po czym wstał i oddał ją właścicielowi.

- Dziękuję, obywatelu, za waszą postawę. Ja tu wszystko zrobię jak trzeba, co do mnie należy. A w razie potrzeby na pewno skontaktujemy się - rzekł pojednawczo.

Mężczyzna skłonił się lekko, schował dokument i opuścił pomieszczenie.

Staliśmy z Giuliem przy drzwiach. Strażnik usiadł na drugim krześle. Plutonowy zdjął czapkę i położył ją na biurku.

- Jak długo obywatelka zna tego obywatela? - zwrócił się do mnie.

- Od początku festiwalu. Czyli cały tydzień. - Wydawało mi się, że to kawał czasu.

Milicjant spojrzał na mnie spod brwi i uśmiechnął się zjadliwie.

- I już narzeczeni, co? Studenty, szybko to teraz u was idzie.

- W zasadzie my dopiero zamierzamy się zaręczyć - oznajmiłam. - Giulio miał poznać dziś moich rodziców.

- Znaczy się jednak nie narzeczeni. - Funkcjonariusz spojrzał na mnie groźnie. - To dlaczego obywatelka kłamie?

- Nie kłamię! Ja tylko informuję. O co panu chodzi? Nie zrobiliśmy nic złego. - Zdaje się, że popadałam w panikę.

- Czyli obywatelka jest mieszkanką Kornelina, tak? Przywozi ze sobą obywatela Włocha, który opuścił swoją grupę w Warszawie i udał się w niewiadomym kierunku. Czy ktoś z jego opiekunów wie, że obywatel tu przebywa? - Wzruszyłam ramieniem, dając mu do zrozumienia, że nie mam takiej wiedzy. - A czy obywatelka studentka wie, po co naprawdę obywatel Włoch tu przyjechał? Jakie informacje zbiera? Co ma w tej torbie?

Wskazał na plecak Giulia, nakazując natarczywym gestem, aby ten go otworzył. On, upewniwszy się, że milicjant chce go zrewidować, otworzył plecak i pokazał jego zawartość.

- Żadna bomba tu jest - zażartował.

- Aparat fotograficzny - powiedział milicjant, wskazując palcem małoobrazkowa leikę.

- Si, la macchina fotografica! - potwierdził Giulio z entuzjazmem.

- Co obywatel fotografuje? - zapytał plutonowy, naśladując rękoma czynność, o którą zapytał.

- Co? - zdziwił się Giulio. - Mia ragazza.

- To znaczy co? - Milicjant zwrócił się w moją stronę.

- Mówi, że mnie - odrzekłam. - Ragazza, czyli dziewczyna.

- Tak, tak, dziewczyna - podchwycił milicjant. - Tu niby dziewczyna, a przy okazji nie dziewczyna. To nie wiecie, że obiekty kolejowe są objęte zakazem fotografowania? Czytać nie umiecie? Ja mam was uczyć czujności? Zaczekać. - Zaczął coś pisać w notesie. - Muszę zadzwonić - rzekł po chwili.

- Najlepiej, jak pan zadzwoni do jego przewodnika, opiekuna grupy, i wszystko wyjaśni - poradziłam.

- Już ja wiem, gdzie mam zadzwonić - przerwał jej plutonowy.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do pomieszczenia wszedł drugi strażnik. Powiódł wokół wzrokiem i zatrzymał go na mnie.

- Irmina? - wyrwało mu się.

Zaskoczył mnie kompletnie. Nic nie odpowiedziałam. Nie znałam go.

- Znacie tę obywatelkę? - zareagował natychmiast milicjant.

- No przecież. - Strażnik stropił się, jakby nie był pewny, czy to dobrze, że ujawnił się z tą znajomością. - Panna Ludwiżanka, z Kornelina.

Przyjrzałam mu się uważniej. Znałam go zaledwie z widzenia, z przypadkowych spotkań na stacji. Nic więcej.

- A tego obywatela? - Milicjant wskazał Giulia.

- Jego widzę po raz pierwszy. Ale o co chodzi? Zbroił coś? Zaczepiał ją?

Pokręciłam energicznie głową. Wpatrywałam się teraz w strażnika jak w ostatnią deskę ratunku.

- Chwilowo są zatrzymani, do wyjaśnienia - oznajmił milicjant. - Dobrze, że jesteście. Trzeba ich odprowadzić na posterunek milicji.

- Ale po co odprowadzać i robić zamieszanie? - zapytał strażnik. - Sam zaraz kogoś stamtąd zawołam. To niedaleko. Zaczekajcie.

Nim ktokolwiek zdążył zaprotestować, opuścił pokój, wykonując wcześniej w moim kierunku uspokajający gest. Plutonowy spojrzał na drugiego strażnika.

- A wy nie znacie obywatelki? - zapytał.

Ten raz jeszcze przypatrzył mi się, tym razem uważniej.

- Coś tak jakby. Ale nie, chyba nie - powiedział niepewnie. - Ja nietutejszy, rozumiecie, dojeżdżam - dodał na usprawiedliwienie. - A tamten kolega jest stąd, to zna ludzi.

- No to piszemy - oznajmił plutonowy i raz jeszcze zajrzał do mojej legitymacji studenckiej. - Irmina Ludwig znaczy - rzekł i zasępił się. - Co to w ogóle za imię jest? Jeszcze takiego nie spotkałem. Ruskie? - Wyglądał na niepewnego. Uczepiłam się tej jego niepewności. Postanowiłam nie prostować, że to imię niemieckie. Wykonałam tylko grymas, który on mógł wziąć za potwierdzenie swego domysłu. Rosyjskie imię wprawiło go w lekką konsternację. - Czyli co, rozumiecie? Studentka z Warszawy, tak? Pochodzenie?

- Inteligenckie - odrzekłam cicho.

- Ach, tak! - skomentował kwaśno funkcjonariusz i znów poczuł się pewniej. - Władza ludowa was kształci, inteligenty, a wy tak się odpłacacie? - Spojrzał na Giulia. - Obywatel pewnie też ciężką pracą się nie zhańbił.

- Ojciec obywatela pracuje w zakładach Fiat - oznajmiłam uroczyście, co było zgodne z prawdą, bo Giulio sam mi to powiedział.

- Czyli co, rozumiecie? Wysługuje się wyzyskiwaczom? Nie powiecie chyba, że syna robotnika stać w kapitalizmie na studia. Tam trzeba płacić, nie tak, jak u nas, gdzie obywatelka ma wszystko darmo. Czy nie tak? Nie uczyli was o tym?

- Jego ojciec jest działaczem związkowym - przerwałam mu. - A Giulio przyjechał na festiwal jako członek postępowej organizacji młodzieżowej.

Milicjant postukał końcem ołówka w blat biurka.

- Tak czy inaczej, muszę powiadomić Urząd Bezpieczeństwa - oznajmił.

Poczułam, że blednę.

- Czy to naprawdę konieczne? - zapytałam gwałtownie. - Nie wystarczy skontaktować się z biurem festiwalu? Tam wam powiedzą, co i jak.

- No nie wiem - mruknął pod nosem plutonowy, kalkulując coś w myślach. - Dlaczego nie jesteście w Warszawie? Przecież tam powinniście teraz być. W radiu trąbią, że wszyscy wasi są teraz na wiecu w obronie pokoju. A wy co, rozumiecie, urwaliście się?

- Już mówiłam. Giulio zwolnił się na kilka godzin. Chciałam przedstawić go swoim rodzicom.

- Tak, tak, mówiliście. Trafił się wam narzeczony, nie ma co. Ale karę zapłacić trzeba. - Zawisł z ręką nad telefonem. Nie uniósł jednak słuchawki. - Powiedzcie, taki festiwal to wielka rzecz, co? - rzucił niespodziewanie, oparłszy dłoń na aparacie. - Cały świat się tu zjechał. Wiecie, że ja dotąd, jak żyję, nie widziałem Murzyna? A tu masz! I biali, i żółci, i czarni, i różni, kolorowi. Nie można oczu oderwać. Wszyscy w kupie, jak na jakim filmie. - Zamyślił się. - Ja to bym chciał chociaż zdjęcie sobie z taką czarnulą zrobić - rozmarzył się na moment, po czym przywołał się do porządku. - No tak, a wróg czuwa - mruknął, zmieniając kierunek myślenia. - Przyznajcie się lepiej, coście tam sfotografowali, bo ten gość z teczką nie odpuści, to ważniak z powiatu, będzie się dopytywał, a ja muszę spisać raport, rozumiecie.

Cofnął rękę. W moje rozkołatane serce wstąpiła nadzieja.

- Nic takiego, panie milicjancie - zapewniłam gorąco. - Giulio naprawdę fotografował tylko mnie. Na stacjach zdjęć nie robił. Ten, co na nas doniósł, na pewno nic takiego nie widział.

- Nieważne, co widział, ważne, co zezna - odrzekł plutonowy, coraz bardziej ludzki w postawie. - Eh, studenty, same z wami kłopoty. - Podrapał się ostrzem ołówka po głowie. I co ja mam z wami zrobić? - Mówiąc to, patrzył na milczącego strażnika. - Tak czy siak, karku za was nadstawiać nie będę.

Znowu wyciągnął rękę po słuchawkę. Nim jednak ją podniósł, ktoś ostro zapukał, drzwi się otworzyły, wszedł drugi strażnik z milicjantem w stopniu sierżanta i, wskazując nas stojących przed biurkiem, powiedział:

- To oni!

Plutonowy, widząc starszego stopniem, zerwał się z krzesła, włożył czapkę i przyłożył dwa palce do daszka.

- Co tu się dzieje? - zapytał sierżant.

- Melduję, że ci tu dwoje - zaczął plutonowy, ale drugi milicjant od razu mu przerwał.

- To nasz teren, i ja przejmuję sprawę! - zakomunikował ostro. - Przejdziemy teraz na posterunek.

- Ale ja - rzekł znowu plutonowy. - Ja właśnie zamierzałem zatrzymanych oddać w wasze ręce.

- Znam tę osobę. Jest moją sąsiadką i mogę za nią ręczyć - oznajmił milicjant starszy stopniem.

Poznałam go od razu, gdy tylko wszedł. Nazywał się Eugeniusz Biernat. Mieszkaliśmy kilka lat pod jednym dachem, w naszej willi, do której po wojnie dokwaterowano całą jego rodzinę. Ale na wszelki wypadek przez chwilę nie odzywałam się. Dopiero teraz chciałam coś powiedzieć, potwierdzić, lecz on powstrzymał mnie kategorycznym ruchem dłoni. Milczałam więc dalej.

- Aha, to dobrze - odrzekł z ulgą młodszy. - A obywatel Włoch?

- Zajmiemy się nim. Jeśli jest z nią, to wszystko w porządku.

- Tak też napiszę w raporcie. Że przekazałem obie podejrzane osoby...

- Nie podejrzane, tylko zatrzymane celem wylegitymowania - poprawił go Gienek z przyganą w głosie. - To uczestnicy Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów. Nie rozumiecie? Chcecie, żeby wam na komendzie zmyli za to głowę? Wiecie chociaż, kto te osoby rekomendował na festiwal?

- Nnno, nie.

- A! Widzicie. A jak to jacyś ważni towarzysze?

Plutonowy stropił się.

- Na szkoleniu kazali nam tylko wzmóc w tych dniach czujność. No i ja, jak widzicie, wzmagam.

- I słusznie. Czujność jest ważna. A teraz tak. Nie robimy widowiska, tylko spokojnie, w miłej atmosferze, przechodzimy na posterunek Milicji Obywatelskiej.

Zasalutował na odejście strażnikom, ci odpowiedzieli mu tym samym, po czym przepuścił nas przodem. Gdy we czwórkę opuściliśmy stację, sierżant Biernat, udając, że idzie w towarzystwie ważnych gości, przeprowadził nas przez tory kolejowe i doprowadził do jednego z nielicznych w najbliższej okolicy stacji murowanych budynków, w którym mieścił się posterunek. Tam, nie zważając na dyżurnego, wprowadził nas od razu do najważniejszego pomieszczenia.

- Towarzyszu komendancie! - oznajmił siedzącemu w środku pod portretem Bieruta funkcjonariuszowi w stopniu starszego sierżanta. - Melduję, że mamy niespodziewaną wizytę. Prowadzę dwoje uczestników Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, którzy przybyli do nas prosto z Warszawy, by na miejscu, w terenie, zacieśnić więzy przyjaźni studentów z organami porządku.

Starszy sierżant podniósł się z krzesła.

- Dobra, Biernat, nie pitolcie już, za przeproszeniem - przerwał mu. - A plutonowy to kto?

- Towarzysz plutonowy postanowił sam, nieprzymuszony, z własnej, że tak powiem, inicjatywy, eskortować delegatów, żeby przypadkiem nie doznali nieprzyjemności ze strony nieodpowiedzialnych aspołecznych elementów.

- Ale pitolicie, Biernat. Sam nie umie mówić? - Plutonowy zameldował się przepisowo. Starszy sierżant popatrzył na mnie przenikliwie. - A ja obywatelkę znam - powiedział. - Obywatelka tutejsza, prawda?

Zamierzałam odpowiedzieć, ale Gienek mnie także wyręczył.

- Tak jest - oznajmił. - Mam zaszczyt powiedzieć, że razem się wychowywaliśmy, na jednym podwórku, że tak powiem, zanim nie poszedłem do szkoły milicyjnej. Jest sąsiadką moich rodziców i dobrą znajomą mojego brata Tadeusza, który obecnie też tam mieszka. Właściwie mieszkają w jednym domu, wie komendant, gdzie. Tam, przy Podleśnej, w tej ładnej willi na końcu ulicy. To dla nas zaszczyt, że obywatelka studentka reprezentuje naszą skromną miejscowość na festiwalu. A dziś przywozi nam reprezentanta mas pracujących Włoch. Co prawda studenta, ale klasowo uświadomionego.

Komendant dał znak żeby Biernat przestał i uśmiechnął się.

- W takim razie, proszę, czym możemy towarzyszom służyć?

Plutonowy chciał coś powiedzieć, ale sierżant nie dał mu dojść do głosu.

- Towarzysze studenci spieszą się, wiadomo, tyle jeszcze miejsc muszą odwiedzić, ale uważam, jeśli towarzysz komendant pozwoli, że powinniśmy najpierw powitać ich po naszemu. To znaczy, prawda, serdecznie. - Mówiąc to, pokazał palcami, że pięćdziesiątka wystarczy. - Towarzysz plutonowy też nie odmówi.

- Oj, Biernat! - Komendant pogroził mu. - Na służbie?

- W zasadzie, biorąc pod uwagę okoliczności, obecność gości zagranicznych, w pełni dopuszczalne.

Komendant podrapał się za uchem.

- No cóż, skoro nawet partia jest za, trzeba się zgodzić - uznał.

Przysiadł na krześle i otworzył szafkę biurka po lewej stronie. Wyciągnął stamtąd napoczętą butelkę wódki i kilka niejednakowych kieliszków.

Plutonowemu chyba nie podobało się, że swój raport może wrzucić do kosza. Przestępował z nogi na nogę i wzdychał. Obrzucana co chwila badawczym spojrzeniem przez Gienka Biernata, nie odzywałam się. Giulio nie rozumiał niczego, wodził tylko wzrokiem od jednej osoby do drugiej. Czekał, co z tego wyniknie. Gdy na biurku pojawiło się szkło i wódka, domyślił się, że nasza przygoda, wyglądająca początkowo na groźną, zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu. Podniósł kieliszek i zawołał ochoczo:

- Evviva!

Pozostali podchwycili toast, wołając "Na zdrowie!", i wypili do dna. Giulio lekko się zakrztusił, pozostali chuchnęli mocno i głośno. Ja wypiłam tylko trochę, w zasadzie umoczyłam jedynie usta, a już wcześniej nie pozwoliłam napełnić swojego kieliszka do pełna. Tego tylko brakowało, żeby mnie upili.

Biernat zatarł dłonie.

- Było po jednym, to teraz do roboty - oznajmił. - Pozwoli komendant, że podwieziemy studentów do domu?

- Ależ nie! - zaprotestowałam.

Lecz i tym razem Gienek nie pozwolił mi na przejęcie inicjatywy. Poczekał, aż komendant kiwnie głową i rzekł:

- Kierowca podrzuci, to przecież niedaleko. Idziemy.

Podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się i wyszliśmy. Przed drzwiami, na zewnątrz budynku, Biernat powiedział do plutonowego, klepiąc go po ramieniu:

- No i po sprawie.

- A jak ten z powiatu będzie się dopytywał? - nie dawał za wygraną zmartwiony plutonowy.

- Biorę to na siebie - odpowiedział Biernat i znowu poklepał go po ramieniu. - Jak on się nazywa?

- Sęk w tym, że nie wiem. Przedstawiał się, ale wiecie, zapisałem, tylko kto by spamiętał.

- Można go zapytać - powiedziałam, bo słyszałam ich rozmowę. - Stoi po drugiej stronie ulicy i przygląda się nam.

Teraz także Gienek go zauważył. Przeszedł szybko przez jezdnię i podszedł do mężczyzny z teczką. Zasalutował i zaczęli rozmowę, której spod drzwi posterunku nie dało się słyszeć. Po chwili rozstali się. Mężczyzna odszedł na stację, a Gienek wrócił pod posterunek.

- I co? - zapytał gorączkowo plutonowy.

- Nic, a co ma być? Załatwione - odrzekł sierżant. - Możecie spokojni być, nie będzie się u was o nic dopytywał. - Odwrócił się i zawoławszy kierowcę, wydał mu polecenie, a gdy szeregowy milicjant wskoczył za kierownicę, powiedział do nas: - Wsiadajcie, podrzuci was. - Gdy ruszyliśmy do samochodu, dorzucił: - A, i pozdrówcie ode mnie brata.

- Dziękuję! - odrzekłam, odwracając głowę. - Ale nie wiem, czy go spotkamy. - Bo faktycznie, rzadko go spotykałam, prawie wcale.

Zobaczyłam jeszcze, że Biernat sięgnął po papierosy. Poczęstował plutonowego, przypalił mu i obaj weszli do budynku.

Ledwo ruszyliśmy, zawołałam w popłochu, prawie przerażona:

- Chwileczkę! A moja legitymacja? Ma ją ten plutonowy! Musimy wrócić.

Kierowca przyhamował i wrzucił wsteczny bieg. Za moment byłam już przy wejściu na posterunek. Strażnik przepuścił mnie bez pytania, nawet się uśmiechnął. Niepewnie, cicho stąpając, przeszłam do wewnętrznego korytarza. Ktoś stał za skrzydłem niedomkniętych drzwi jednego z pomieszczeń. Już miałam do tego kogoś zagadać, gdy usłyszałam głos Gienka:

- Co ona o nim mówiła? O tym Włochu. Kto to według niej jest?

Ktoś inny zaciągnął się głęboko i wydmuchnął dym, który kłębem wydostał się na korytarz.

- Mówi, że jej narzeczony, czy coś.

Poznałam głos plutonowego. Gienek Biernat zamilkł na chwilę, jakby kompletnie zaskoczony, a zaraz potem wybuchnął złym śmiechem.

- Narzeczony, mówicie? - prychnął na koniec. - Dobre sobie.

Usłyszałam znowu plutonowego.

- Właściwie mówiła, że dopiero mają się zaręczyć, że znają się tydzień. Podejrzane to.

Tym razem Biernat zaciągnął się dwa razy, głośno wydmuchnął dym, lekko splunął, jakby chciał usunąć drobinę tytoniu z wargi, ale tego nie widziałam.

- Dobra, to dajcie mi teraz ten swój raport, coście go pisali na stacji - rzekł, jakby wydawał polecenie.

- Kiedy nie mogę - odrzekł plutonowy z ociąganiem.

- Dajcie, dajcie! - naparł Biernat zdecydowanie. - Wystarczy mi kopia. Pisaliście przecież przez kalkę, widziałem.

- Czy ja wiem? - Plutonowy ciągle się wahał. - Powinienem właściwie zawiadomić Urząd Bezpieczeństwa.

- Nie bądźcie głupi! - ostrzegł Biernat. Stałam wystraszona, bojąc się ruszyć. Gdyby teraz wszedł strażnik albo komendant, byłabym zgubiona. - Powiem wam tylko, że mój brat, Tadeusz, ten, co mieszka w tym samym domu, co ona, pracuje w UB, i wiecie, co on może. - Zrezygnowany plutonowy sięgnął, jak mi się zdawało, do swojej raportówki i z ociąganiem oddał z trudem przez siebie wypełniony papier. Gienek Biernat powiedział: - To co, żegnamy się? Pociąg powrotny nadjeżdża za dziesięć minut. - Plutonowy stuknął obcasami. Dłużej ukrywać się nie mogłam.

- Halo! - zawołałam. - Jest tu kto? - Oni obaj natychmiast wysunęli się na korytarz i spojrzeli na mnie podejrzliwie. - Legitymacja studencka - powiedziałam grzecznie. - Nie dostałam jej z powrotem. Muszę ją mieć przy sobie.

- A, tak, zgadza się. - Plutonowy pospiesznie sięgnął do kieszeni. - Zapomniałem, rozumiecie.

- Nic dziwnego, przy takiej studentce niejeden by się zapomniał. - Gienek Biernat zaśmiał się fałszywie.

Rozdział 2

- Gdzie mam się zatrzymać? - zapytał młody milicjant, mniej więcej w wieku Giulia, gdy wjechaliśmy w piaszczystą, prowadzącą w kierunku Wisły ulicę zabudowaną po obu stronach drewnianymi willami.

- Na końcu, po prawej - powiedziałam.

- A, to będzie ta Morena, co to wiecie - przeciągnął i uciął.

- Co takiego? Co pan chciał powiedzieć? - zainteresowałam się.

- No ta, co to brat naszego sierżanta w niej mieszka. Ten, wie pani. Z urzędu.

- A, tak, Tadeusz - przyznałam. - Starsi państwo Biernatowie też tam mieszkają. Ile lat temu to już będzie? Osiem, jeśli dobrze liczę. Zajmują górę domu i przybudówkę. Coś ma się zmienić? Wyprowadzą się może? Tadeusz dostał mieszkanie?

- Ja tam nic nie wiem - odrzekł kierowca i zamilkł.

Podjechał pod drewniany podniszczony parkan z ozdobnie wycinanymi, podstarzałymi już sztachetami i taką samą bramą z furtką.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmiłam.

Pokazałam gestem, że trzeba opuścić samochód. Giulio wyszedł pierwszy i pomógł mi wysiąść. Milicjant zasalutował nonszalancko na pożegnanie i ruszył przed siebie, by zaraz gwałtownie zawrócić, wzbijając przy tym tuman kurzu. W jednym z okien willi poruszyła się firanka. Także na piętrze pokazała się za szybą jakaś postać. Podprowadziłam Giulia do furtki i otworzyłam ją.

- Proszę - powiedziałam, wskazując dróżkę.

Ledwie przeszliśmy przez furtkę, otworzyły się drzwi wejściowe i na ganku stanęła moja mama w ciemnej, wizytowej sukni.

- Mamma - szepnęłam do Giulia.

- Buongiorno! - zawołała do nas. - Co tak późno? Pociąg już dawno przejechał.

Podeszliśmy bliżej.

- To jest Giulio - przedstawiłam go, a on uścisnął wyciągniętą do niego rękę.

- Bardzo mi miło - powiedział po polsku z silnym obcym akcentem i uśmiechnął się szeroko.

- Maria Ludwigowa - przedstawiła się mama. - Zapraszam - dodała, kierując rękę ku wnętrzu domu.

Giulio wszedł pierwszy, ja za nim, na końcu mama.

- Milicja? - szepnęła mi do ucha. - Już myślałam, że to Tadeusza przywieźli z powrotem. Bo był tu w południe i odjechał. Stało się coś?

- Nie teraz, mamo - powstrzymałam ją. - To długa historia.

W sieni czekał na nas ubrany w ciemny garnitur ojciec.

- Benvenuto - powiedział na widok Giulia i wyciągnął rękę na powitanie. - Sono Władysław Ludwig.

- Giulio Pavone. Tu wszyscy mówi italiano? - odrzekł mój chłopak mieszanką włoskiego i polskiego, dziwiąc się, że w tej rodzinie każdy coś rozumie w jego języku.

- To oczywiste - wyjaśnił ojciec. - Mój szwajcarski dziadek mówił po włosku na co dzień, ojciec, ożeniony z Polką, też znał ten język, to i ja co nieco się nauczyłem. U nas to rodzinne. Proszę do środka. Plecak można zostawić tutaj - rzekł, wskazując ścienne wieszaki.

Giulio chyba mało rozumiał ze słow ojca i jego gestykulacji, ale domyślił się, o co chodzi. Zostawił plecak w sieni, po czym wszyscy weszliśmy do salonu. Stał tam już zastawiony do posiłku stół.

- Cóż, nie za bogato - powiedziała mama.

- Ależ, mamo, jesteśmy po obiedzie! - zaprotestowałam. - Przecież tam nas karmią na tym festiwalu. - Rozejrzałam się. Nigdzie nie widziałam brata. - A gdzie Antoś?

- Zadzwonił do Biernatów, że nie dojedzie. Musiał zostać dłużej w pracy. Może się spóźni.

Odgadłam pytanie, jakie czaiło się w spojrzeniu Giulia.

- Mój brat, Antoni - wyjaśniłam. - Nie ma. Praca.

Giulio pokiwał głową ze zrozumieniem i także zaczął niespokojnie rozglądać się po domu.

- Jeśli chodzi o toaletę... - domyślił się ojciec. - Poprowadzę.

Gdy obaj odeszli w głąb mieszkania, mama powiedziała:

- Dobrze, że wreszcie mają swoją łazienkę, bo przedtem, sama wiesz, byłoby jak zawsze. - Machnęła ręką. - Flejtuchy. Byłby wstyd przed obcym, w dodatku z zagranicy.

Wrócił ojciec.

- Czy to jakiś komunista, ten cały Giulio? - zapytał bez ogródek.

- Co tacie przychodzi do głowy? - odrzekłam ostro. - Dlaczego zaraz komunista?

- Gdyby był reakcjonistą, jak oni mówią, to by go na ten wasz festiwal nie wzięli. W gazetach piszą, że cała postępowa młodzież świata zjechała do Warszawy. Znaczy lewicowa, komunistyczna. Zbudujemy nowy ład, w którym wszystko będzie lepsze - zakpił słowami popularnej piosenki.

- Giulio to prawdziwy demokrata - weszłam mu w słowo. - W dodatku antyfaszysta. Działa w postępowej organizacji studenckiej. Jest za równością i sprawiedliwością społeczną - wyliczyłam. - To chyba nic złego, nie?

- Miły chłopak - orzekła mama, a napotkawszy wzrok ojca, dodała: - Takie sprawia wrażenie. Dobrze, pójdę po zupę.

- Dlatego podwiozła go do nas milicja? - rzucił ojciec w moim kierunku. - I ciebie razem z nim.

- Oj, tato, zaraz milicja. To nie tak. Najpierw przyczepili się do nas jacyś dwaj w pociągu, bo Giulio robił zdjęcia, w dodatku kupiłam mu bilet ze zniżką studencką, a konduktor uznał, że się nie należy i wlepił karę. Zaprowadzili nas na posterunek.

Ojciec pokręcił głową.

- Czuć od niego alkohol.

- Musiał wypić na milicji. Mnie zresztą też częstowali. Wzięłam tylko kroplę.

- Ej, chyba coś kręcisz. Zatrzymali was na milicji i poczęstowali wódką? Taką wlepili wam karę za jazdę z nieważnym biletem?

- Sam tata widzi, jakie to skomplikowane. Bo jak byliśmy na posterunku, na stacji, pojawił się Gienek Biernat i...

- Idzie - przerwała nam mama, wchodząca akurat do pokoju stołowego z wazą.

Uśmiechnięty Giulio zatrzymał się w drzwiach. Mama postawiła zupę i poprosiła go, by zajął miejsce przy stole. Usiedliśmy wszyscy. Po jednej stronie rodzice, po drugiej my. Mama rozlała zupę jarzynową do talerzy i zaczęliśmy jeść. Giulio najpierw wygłosił pochwały pod adresem gospodyni, że taką wspaniałą zupę wyczarowała z tego, co było pod ręką, w ogródku, po czym rozpoczęła się rozmowa łamanym językiem, trochę po włosku, trochę po polsku, o festiwalu, o rodzinie bliższej i dalszej, o życiu we Włoszech i tak dalej.

- Pan u siebie pewnie codziennie pije kawę, a u nas, niestety, jej nie mamy - rzekła w pewnym momencie mama. - Jest tylko zbożowa. Kiedyś dalszy kuzyn męża ze Szwajcarii przysłał nam kawę w paczce, ale, rozumie pan, więcej z tego nieprzyjemności niż pożytku.

- Nie rozumie - odparł Giulio. - Jak nieprzyjemności? To tylko kawa jest.

- Nie rozumie i nie zrozumie - rzekł ojciec. - Bo wy tam nie macie socjalizmu i nie wiecie, jak to jest wspaniale żyć...

- Władek! - upomniała go mama i rozejrzała się bojaźliwie, kierując przy tym nieznacznie oczy ku górze. - Nie rozmawiamy o polityce.

Giulio jednak nie speszył się. Nabrał powietrza i oznajmił po włosku, że kiedy kapitalizm upadnie, będą mieli socjalizm także we Włoszech.

- Cały świat postęp walczy, żeby wszędzie sprawiedliwość społeczna - zakończył.

Ojciec westchnął głęboko.

- Może tego nie dożyję, kiedy zapanuje - burknął pod nosem. - Bo widzi pan...

- Córka wspomniała, że poznaliście się przy zabawie - przerwała głośno mama wywód ojca, zwracając się wprost do Włocha. - Jak to właściwie było?

Giulio potrzebował usłyszeć kilka włoskich słów, żeby zrozumieć pytanie. Zaczął opowiadać po polsku, ale szybko utknął.

- To może ja powiem - zaoferowałam się. - Zaraz drugiego dnia festiwalu bawiliśmy się na Placu Zamkowym w międzynarodowej grupie w taką czeską grę z chusteczką, wspominałam wam już. U nas małe dzieci też tak się bawią. "Mam chusteczkę kolorową...", znacie przecież. Tu jest taka różnica, że para, która zostaje w kole, musi się na koniec pocałować. Na oczach wszystkich. Jest wtedy dużo śmiechu. I właśnie my z Giuliem, tak się złożyło...

- ...że musieliście się pocałować - dokończyła mama z maskowanym uśmiechem.

- Tak! - podchwycił Giulio. - Irma powiedziała coś italiano i ja bardzo dziwił. To było bardzo miło.

- Tak miło, że zaczęliście się spotykać.

- Każdy dzień! - potwierdził ochoczo Giulio i chciał coś dodać, ale zgromiony moim spojrzeniem, zamilkł.

- Giulio uczy mnie włoskiego - wyjaśniłam. - Już dużo rozumiem.

- Zdolnego masz nauczyciela - rzucił ojciec, podnosząc wzrok, ale nie unosząc głowy znad talerza.

Popatrzyłam na Giulia i roześmiałam się cicho. On przytaknął:

- Irma szybko uczy.

- Się - poprawił ojciec. - Ona uczy się. Pan uczy ją.

- Uczy się - powtórzył Giulio. - Ja też uczę się. Polski.

- Zadziwiająco szybko - uznała mama. - Jak na tydzień nauki, mówi pan znakomicie.

- Ja uczył, się uczył, piccolo, to jest mało, przed jazda do Varsavia. Dzień dobry, dziękuję, proszę, prze-pra-szam, ile kosztuje, takie słowa. I jeszcze taki: ja kocham cię.

- O, o! To najważniejsze - zażartował ojciec i popatrzył na mnie przenikliwie. - Polki to lubią.

- O, tak! - podchwycił Giulio. - Ja teraz mogą powiedzieć: ja kocham Irmina - dodał niespodziewanie.

Poczułam, że się czerwienię, rodzice zapatrzyli się nagle w talerze. Mama odchrząknęła. Żeby przerwać kłopotliwą ciszę, Giulio dodał:

- Ona jest belissima. I taka, jak to się mówi polski, mądra?

- Giulio, przestań! - zganiłam go.

- Ale ja mówi prawda - bronił się. - I ja myśli, Irma pojedzie do Italia. I tam my studiować razem.

Rodzice spojrzeli szybko po sobie. Następnie utkwili wzrok we mnie. Ja spuściłam oczy.

- Bardzo pięknie. Nawet romantycznie - rzekł ojciec. - A długo się znacie? Z tego, co wiem, zaledwie tydzień.

- Ale ja, my, to takie... - Giulio nie znajdował odpowiednich słów. - Ja nie wie. To tak: bum, bum! W serce. I wszystko.

- Od pierwszego wejrzenia - podpowiedziałam.

- Si, si! A prima vista - powtórzył po włosku.

Ojciec odchrząknął. Widać było, że szybko i intensywnie o czymś myśli, i zaraz coś powie. Chrząknął jeszcze raz, jakby chciał ostrzec, by nikt nic nie mówił.

- Pomijam na razie wszystko inne, na przykład czy jako rodzice zgadzamy się, czy nie - odezwał się w końcu. - Załóżmy chwilowo, że jest nasza zgoda. Pan oczywiście wie, jak wygląda procedura wyjazdu na Zachód z Polski polskiego obywatela.

- Noo, ja myśli tak. Paszport... - Giulio podrapał się po głowie. - Normalnie tak.

Ja zerkałam niepewnie w bok. Ojciec roześmiał się wesoło, zadowolony, że udała mu się prowokacja. Potem zaraz spoważniał.

- Mam kolegę w pracy - zaczął opowiadać, wtrącając od czasu do czasu włoskie zwroty dla lepszego zrozumienia. - Jego brat był w armii Andersa, wie pan, druga wojna światowa, polskie wojsko na froncie zachodnim. Nie wrócił do Polski, został we Włoszech.

- Tak? - ucieszył się Giulio. - To mamy tam znajomy?

- Kolega jest na stanowisku - ciągnął ojciec, ignorując pytanie. - Niezbyt eksponowanym, ale zawsze to funkcja kierownicza. Zastępca kierownika szkoły, mój szef. Z bratem zerwał wszelkie kontakty, przynajmniej oficjalnie. Musiał się go wyrzec, bo by stracił pracę, w dodatku mogliby oskarżyć go o szpiegostwo. W rubryce "rodzina za granicą" pisze "nie ma". Rozumie pan?

Giulio powiódł wzrokiem po wszystkich z niedowierzaniem.

- Naprawdę? - zdziwił się. - Dlaczego kłamać? To takie straszne jest, że ktoś z rodzina za granica jest? - Rodzice milczeli. - Kuzyn moja mamma w Ameryka jest, i co? Nic. - Przez sekundę intensywnie myślał. - A, rozumie! - zawołał. - On, ten brat, jest reakcja, nieprzyjaciel, faszysta!

Ojciec roześmiał się gorzko.

- Żaden faszysta - odrzekł. - Patriota. Tylko patriota.

- I nie wraca do Polska? Nie rozumie.

- Kiedyś może zrozumie - rzekł ojciec, kiwając głową. Ja nie próbowałam się wtrącać. - Tak to teraz u nas jest. Oni nie mogą przyjechać, my nie możemy wyjechać.

Giulio popatrzył na mnie, jakby w moich oczach szukał odpowiedzi. Nic jednak nie znalazł. Tak trudno było mi objaśnić najprostszą dla nas rzecz pod słońcem.

- To znaczy, że - Giulio próbował sklecić jakiś wniosek. - Jeśli teraz Irma by jedzie za granica...

- Nie ma obawy - przerwał mu ojciec Irminy. - Nie wypuszczą jej.

- Ale dlaczego? - zaperzył się Giulio. - Ona by uczyła... się.

- Jej nie wypuszczą, zwłaszcza samej, pan natomiast wróci do Włoch bez przeszkód - przerwał mu ojciec. - I tak się skończy wasza piękna przygoda. Smutne, ale prawdziwe.

Gotowa byłam rozpłakać się, zacięłam jednak usta. Giulio siedział zasępiony.

- I nie ma sposób? - zapytał, patrząc najpierw na rodziców, potem na mnie. Wszyscy jednak milczeliśmy. Giulio wiercił się przez chwilę niespokojnie. Wiele bym dała, żeby wiedzieć, co się kłębiło w jego głowie. - A ja myśli, że jest! - zawołał nagle. - Jest!

Szybko opróżnił talerz, rzucając spojrzenia, jakby czekał na pytania.

- Jaki? - zapytała w końcu cicho mama. - Co ma pan na myśli?

Giulio wyprostował się na swoim krześle.

- Ja ożeni z Irma! Tu, w Polska! - oznajmił triumfalnie. - Jeśli my - ciągnął, wskazując nas oboje - matrimonio, musi wypuszczą. Dobrze mówi ja?

Rodzice zastygli. Ja trąciłam Giulia stopą pod stołem, dając mu znak, żeby przestał.

- Hm, rzeczywiście, bardzo sprytnie i bardzo postępowo - mruknął ojciec sarkastycznie, a głośno dodał: - Pan oczywiście wie, ile Irma ma lat?

- Oczywiście - zapewnił. - Dziewiętnaście. Może sposare, może być żona. Prawo da zgoda.

- A pan?Ile pan ma lat?

- Ja? Dwadzieścia jeden. Też mogę żenić.

- No nie, młody człowiek oszalał! - uznał ojciec. - Irmo, a co ty na to? Powiedz coś!

Wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, co powiedzieć.

- Nie mówiliśmy wcześniej o tym. Też jestem zaskoczona. Giulio teraz to wymyślił, na poczekaniu.

- I co sądzisz o jego pomyśle?

Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Giulio wstał.

- Irma! - powiedział uroczyście. - Ja kocham cię. Ty zostanie moja żona? Scuzi, nie ma kwiaty.

Powiodłam wokół spłoszonym wzrokiem. Jak miałam się zachować? Nie wiedziałam, czy to dzieje się na serio, czy też dalej bawimy się w chusteczkę kolorową. Zasłoniłam oczy dłońmi, odgarnęłam włosy. Miałam chęć uciec bez słowa z pokoju.

- Ja... ja... - jąkałam się. - Giulio, nie, ja nie wiem, co powiedzieć. Tak nagle?

- Tylko tak możemy jechać razem do Italia. Ty powie "tak" i dobrze - nalegał.

Rodzice znowu zamilkli na moment. Zdawało mi się, że rozbawienie mieszało się na ich twarzach z rosnącym niepokojem.

- Irma potrzebuje trochę czasu do namysłu - odezwał się wreszcie ojciec, ratując mnie z opresji. - Pensare - dodał po włosku. - Pomyśli. Jutro.

Giulio usiadł i wziął moje dłonie w swoje.

- Ty myśli i powie si - rzekł. - Pan i pani też powie si . Ja powie to moja familia w Italia. I wszystko dobrze.

Cofnęłam ręce. Próbowałam bez skutku opanować mocne bicie serca. Zamierzałam powiedzieć coś zasadniczego.

- To nie takie proste, jak ci się wydaje - bąknęłam tylko.

- Ja myśli proste - rzekł Giulio. - My nasze documenti, idziemy do biuro i tam matrimonio. I wszystko. Ja wiem, w Italia tak nie można, ale w Polska można.

Kręciłam energicznie głową, dając do zrozumienia, że sytuacja mnie przerasta. Mama chyba poczuła, że teraz ona musi wkroczyć.

- Może kompocik dla ochłody? - zaproponowała, pomagając sobie gestykulacją. - Z owoców z naszego ogrodu - dodała i spróbowała powtórzyć to samo po włosku.

- Ja pije, jak Irma mówi "tak" - odrzekł Giulio butnie.

- Mam propozycję - powiedział ojciec, rozbawiony jego szantażem. - Poczekajmy. Jutro o tej samej porze, jak już ten poczęstunek milicjantów z pańskiej głowy wywietrzeje, zapyta pan jeszcze raz i wtedy Irma odpowie konkretnie. A teraz dokończmy spokojnie posiłek, jakby nic się nie stało.

Przytaknęłam skwapliwie i sięgnęłam po kompot. Giulio zrobił to samo z wyraźnym niezadowoleniem.

- Prawdziwie włoski temperament - orzekła mama. - W gorącej wodzie kąpany. Skąd ja to znam?

- Doprawdy, nie wiem - odparł ojciec, dając tonem do zrozumienia, że wie doskonale.

- Czy to nie po swojej babce, przez ojca, niespełnionego artystę, odziedziczyłeś pewne cechy charakteru, he? Przypomnij sobie, jak to było, gdy my...

- Na szczęście odziedziczyłem też coś innego po dziadku i po ojcu. Mianowicie zdrowy szwajcarski rozsądek - odrzekł ojciec spokojnie.

- Ciekawe, że im starszy, tym bardziej stajesz się szwajcarski, a w młodości byłeś bardziej włoski - droczyła się mama, starając się usilnie wywołać nowy temat rozmowy, by przygłuszyć niefortunne oświadczyny Giulia.

- Zdaje się, że nie są to dobre kierunki inspiracji, jak na dzisiejsze czasy - zauważył cierpko ojciec, zerkając na mojego Włocha, który niewiele z tej wymiany zdań rozumiał. - Dobrze, że przynajmniej matkę miałem z Kijowa.

Zajęci rozmową, nie zauważyliśmy wejścia nowego gościa. Dopiero gdy po raz drugi zapukał mocno we framugę, by zwrócić na siebie uwagę, popatrzyliśmy w jego kierunku.

W drzwiach stał nasz sąsiad. Był w szarym garniturze, bez krawata, w rozpiętej pod szyją koszuli.

- Tadek? - zdziwiła się mama. - Przepraszam, panie Tadeuszu, ja tak odruchowo, jak zwykle.

- Nie szkodzi, pani Mario - odrzekł Tadeusz i postąpił krok naprzód. - Proszę mi mówić po imieniu, jak dawniej, pani wie, że zawsze tego się domagam. Dzień dobry tym, których dziś nie widziałem. Mogę na chwilę przeszkodzić?

- Ależ bardzo proszę - powiedział ojciec, wstając od stołu. - Mamy wprawdzie gościa z zagranicy, studenta...

- Wiem, wiem, słyszałem - oznajmił Tadeusz, kłaniając się wszystkim nieznacznie. - I ja właśnie w tej sprawie.

- To może pan z nami usiądzie - zaproponował ojciec, maskując bladym uśmiechem zaniepokojenie tym, co usłyszał.

Tadeusz przysiadł na przysuniętym krześle, popatrzył uważnie po wszystkich, zatrzymując dłużej wzrok na Giuliu. Oczy mu rozbłysły, jakby delektował się rosnącym wokół jego obecności napięciem, po czym rzekł:

- Dowiedziałem się, że macie kłopoty.

Ojciec odchrząknął.

- Jakie znowu kłopoty? - zapytał.

- Eh, głupstwo, można powiedzieć - odrzekł Tadeusz lekceważąco, poprawił zaczesane do tyłu włosy i pogładził się po gładko wygolonym policzku. - Tym niemniej pytam. Wiem od brata. - Położył dłoń na stole i zabębnił krótko palcami. - Mandat jest, prawda? Za jazdę ze złym biletem.

- Gienek już wygadał? Myślałam, że student, to ma zniżkę - zaczęłam się tłumaczyć. - Przecież u nas wszyscy studenci mają.

- Mogę zobaczyć? - wypowiedział Biernat w formie pytającej ostre polecenie.

- Tak, naturalnie.

Wyjaśniłam pospiesznie Giuliowi o co chodzi, rzucając kilka włoskich słów. Ten sięgnął do kieszeni bluzy i wyjął stamtąd mandat. Tadeusz wyciągnął po niego rękę.

- Widzę, że już nawet po włosku z nim rozmawiasz - rzekł z przekąsem, biorąc papier. - Szybko, no, no, popatrz ty.

- W zasadzie trochę umiałam - bąknęłam. - Zanim zaczął się festiwal. Od dziecka przecież znałam.

Tadeusz spojrzał na ojca. Mina, którą ojciec przybrał w odpowiedzi, miała potwierdzać moje słowa.

- Taa - mruknął Tadeusz i przeniósł wzrok na papier. - Co my tu mamy? Giulio Pavone. Student. Z Włoch. - Zamilkł na dwie sekundy. - Brakuje adresu.

Giulio chciał sięgnąć po kartę uczestnika, ale Biernat go powstrzymał.

- Nieważne - powiedział. - Umówmy się tak. Zatrzymam ten papier i będzie po sprawie.

- Jak to, po sprawie? - próbowałam zaprotestować. - Co z nim zrobisz?

- Pan Tadeusz chce ci tylko pomóc - wtrącił się ojciec. - Nie po raz pierwszy zresztą - dorzucił mrukliwie.

- Wiem, o czym pan mówi. Ale wtedy chodziło o pomoc sąsiedzką i koleżeńską, jeśli pan ma na myśli przyjęcie Irmy na studia - odrzekł Biernat otwarcie, ku widocznemu niezadowoleniu ojca. - Owszem, zrobiliśmy, co w naszych możliwościach. Dziewczyna zdolna przecież jest, a że pochodzenie takie, jakie jest? Tłumaczyłem towarzyszom, że postępową inteligencję trzeba przyciągać do naszych racji, a nie z mety odrzucać. Jak widać, poskutkowało. Natomiast teraz chodzi o rzecz inną, wagi państwowej, można powiedzieć. Co towarzysze włoscy sobie pomyślą, jak sprawa z zatrzymaniem ich delegata do nich dotrze? Jak ocenią naszą polską gościnność? I, więcej, co powiedzą nasi, na górze? Zapraszamy towarzysza na światowy festiwal i wlepiamy mu mandat? Komuś tu zabrakło wyobraźni i trzeba naprawić jego błąd. Oczywiście pod warunkiem, że nie mamy tu do czynienia z samowolą, tylko z oficjalnym, zgłoszonym wyjazdem celem zapoznania się z życiem zwykłej polskiej rodziny. Co prawda nie robotniczej, ale postępowej. Ja przynajmniej tak to rozumiem.

Nie zwracał uwagi na uśmiechy Ludwigów i ich gościa, tylko dalej wpatrywał się w papier.

- Włochy, Włochy - mruczał chwilę pod nosem, po czym ożywił się. - W zasadzie - powiedział głośno - można będzie stwierdzić, że to pomyłka, bo we Włochach nikt taki nie mieszka. Pójdę tam do nich, jak będę w Warszawie, i zaświadczę. Spiszą protokół i anulują. A jak nie, uderzymy wyżej.

Jednak wyszedł z niego niedouczony prostak.

- Nie we Włochach, tylko we Włoszech - syknęłam przez zęby, chcąc go poprawić.

Popatrzył na mnie z politowaniem.

- Chyba wiem, co mówię, nie? - odrzekł koleżeńskim tonem, jakbyśmy dalej mieli po kilkanaście lat i bawili się w ogrodzie, przez co na moment przestał grać ważniaka. - Włochy pod Warszawą. Nie znasz? Może nigdy nie byłaś. Ja znam.

Roześmiałam się. Jednak to ja byłam niedouczona. A on przebiegły.

- Chyba że tak! Dziękuję. Co my bez ciebie byśmy zrobili.

Giulio zaczął dopytywać się, o co chodzi, dlaczego się śmieję, ale ja tylko machnęłam ręką.

- Wszystko w porządku - poinformowałam go i dodałam po włosku: - Tutto bene.

Rodzice kiwali głowami, uśmiechając się niepewnie.

Tadeusz wstał.

- To ja w zasadzie miałem do was tyle - oznajmił. - A kolega pewnie wraca jeszcze dziś do Warszawy?

- Tak, tak - zapewniłam go. - Posiedzimy tylko trochę i wracamy. Może posiedzisz z nami? - zapytałam niepewnie.

- Dziękuję, ale mam dziś sporo pracy. Sama rozumiesz. Festiwal i to wszystko wokół niego. Obowiązki. Wpadłem tylko na moment pożyczonym od Gienka motorem. Zostawiłem przy bramie. A kolega jak? Za parę dni ze swoimi do Włoch, co?

Ojciec zerwał się z krzesła.

- No cóż - powiedział szybko. - Tak to wygląda. Właśnie rozmawialiśmy sobie o życiu, że mimo trudności rozwijamy się i dajemy sobie radę. I słyszymy, jak trudno żyje się robotnikom we Włoszech, bo pan Giulio jest synem robotnika. O związkach zawodowych...

- Jak się podoba w Polsce? - Biernat po raz pierwszy zwrócił się bezpośrednio do Giulia, mówiąc powoli i wyraźnie.

- Bardzo dobrze - zapewnił Giulio, uśmiechając się szeroko. - Bardzo ładnie. I dziewczyny, bardzo bardzo, ja powie, fantastico.

Biernat pogroził mu palcem, łypiąc jednocześnie okiem na mnie, po czym pożegnał się i szybko wyszedł.

- Drugi raz dziś tu zagląda - burknął ojciec chwilę po jego zniknięciu.

- Czego chciał za pierwszym razem? - zapytałam, w gruncie rzeczy niezbyt tym zainteresowana.

Ojciec uniósł obie dłonie i szybko je opuścił.

- Nie warto teraz o tym mówić. Może lepiej przejdźmy się trochę - zaproponował.

Wstaliśmy od stołu. Ojciec wyszedł z salonu jako ostatni, po czym przekręcił klucz w drzwiach i wsunął go do kieszeni. Mama zamknęła na klucz kuchnię. Przeszliśmy przez ganek do ogrodu.

Zobaczyłam, że dopiero teraz Giulio przyjrzał się dokładniej całej willi.

Rozdział 5

Zeszliśmy do stacji Warszawa Śródmieście tymi samymi schodami, którymi opuszczaliśmy peron poprzedniego dnia. Zegar wskazywał pięć minut do dwunastej. Akurat mijały się dwa pociągi, jeden jadący w kierunku wschodnim, drugi w zachodnim, więc tłum przy wyjściu był spory. Stanęliśmy przy jednym z filarów. Naszego nieznajomego nie było nigdzie widać. Nie rozglądałam się jednak zbyt natarczywie, licząc, że jeśli przyjdzie, sam nas rozpozna i podejdzie. Udawaliśmy, że czekamy na następny pociąg.

- Ty boi? - spytał Giulio, obserwujący bacznie moje ruchy.

- Mówiłam ci - odrzekłam zdenerwowana. - To jest nielegalne.

Ujął mnie delikatnie za ramię.

- Ja tu jestem - uspokoił mnie. Przynajmniej spróbował, bo do spokoju miałam daleko.

Jakiś mężczyzna stanął przy nas, odwrócony tyłem.

- Proszę, proszę - powiedział, jakby nie do nas. Poznałam po głosie, że to ten, na którego czekaliśmy. - Państwo młodzi na miejscu, nie zawiedli. Waldziu też nie nawala. Mówi, że jest, to jest. - Odwrócił się. - Państwo też do Otwocka? - Prawą dłonią odsunął brzeg lewego mankietu koszuli, by spojrzeć na naręczny zegarek. Palce tak ułożył, żeby można było bez trudu zauważyć dwie obrączki. Jedną miał nasunięta na palec serdeczny, drugą na mały. Żeby nie było wątpliwości co do jego intencji, poruszył nimi delikatnie. - Czyste złoto, prima sort - dorzucił.

- Ile to będzie kosztowało? - zapytałam natychmiast.

- Ciii - syknął. - Bon ton wymaga, żeby o takich kwestiach z panną młodą nie rozmawiać. To męska sprawa.

- Mam odejść?

- Albo tak, albo my z szanownym narzeczonym udamy się na stronę.

- To już ja wolę się oddalić.

Wyjaśniłam Giuliowi, który nie nadążał za tokiem rozmowy, o co chodzi, i odeszłam kilka kroków w bok. Próbowałam podsłuchać, o czym panowie rozmawiają, lecz ci najwyraźniej porozumiewali się bez słów.

Nim zawarli porozumienie, wydarzyło się coś niepojetego. W pustoszejącej hali przyległej do peronu zauważyłam szybko idącego ku mnie Antoniego. Jednocześnie spostrzegłam, że z drugiej strony podążają naprzeciw niego dwaj nieznajomi mężczyźni. Brat wyglądał na wzburzonego, lecz mimo to przywitał się ze mną serdecznie, jakbyśmy nie widzieli się z od miesięcy. Objął mnie i szepnął do ucha:

- Uważaj, coś się dzieje. Ten ubek gdzieś tu jest.

Giulio natychmiast znalazł się obok mnie. Nieznajomi, którzy szli niemal prosto na nas, nagle przeszli obok.

- Wszystko gra - uspokoiłam mocno zaniepokojonego Giulia. - To jest mój brat.

Waldek obserwował całą scenę, stojąc nieco z boku. Antoni szybko przenosił spojrzenie z jednej osoby na drugą.

- Aha, więc to jest ten...

- Giulio - oznajmiłam.

- A ten? - Antek wskazał wzrokiem handlarza.

- To jak będzie? - włączył się Waldek w tym samym momencie, nie pozwalając mi na wyjaśnienia. - Bo spieszy mnie się. Bierzecie czy nie?

- Panie, nie wiem, w co się bawicie, ale tu jest pełno ubeków - oznajmił Antoni przez zaciśnięte zęby. - Ja na pana miejscu bym pryskał.

- Nie znamy się - rzucił Waldek, i niespiesznie, udając, że znalazł się obok nas przez przypadek, wykonał zwrot w bok, po czym powoli przeszedł w kierunku peronu, następnie odwrócił się, i nagle, jakby sobie o czymś przypomniał popędził ku wyjściu. Nikt go nie zatrzymał, jednak dwaj, którzy przechodzili przed momentem obok nas, podążyli za nim.

- Antoś! - zawołałam, jakbym dopiero teraz ocknęła się. - Ty skąd tu?

Brat stał mocno nachmurzony, łypiąc spod oka na Giulia.

- Co tu się dzieje? - burknął. - Wyjaśnisz mi?

- Może najpierw ty coś wyjaśnisz - odrzekłam poirytowana. - Skąd wiedziałeś, że tu będziemy?

- Wyobraź sobie, że nie wiedziałem.

- W takim razie skąd?

- Musimy najpierw stąd jakoś się wymknąć. Przy wyjściu stoją ubecy.

Spojrzał znowu z ukosa na Giulia. Ten uśmiechnął się i wyciągnął do niego rękę.

- Giulio - przedstawił się.

- Antoni - odburknął brat.

- Antonio! - zakrzyknął mój Włoch. - Antonio! Como mio padre!

- Co on gada? - zwrócił się Antek do mnie.

- Że masz na imię jak jego ojciec.

- I co z tego?

- Nic. Chce być miły. Nie bądź ponury.

- Nie rozumiesz? - Antoni nie podejmował dialogu z Giuliem. - Tu się kroiła jakaś prowokacja. Prawdopodobnie chcieli was zatrzymać pod jakimś pozorem. Co kombinowaliście?

- Zwariowałeś? - zaperzyłam się. - Kto miałby być prowokatorem?

- Nie wiem - odparł Antoni. - Może ten gość, z którym się spotkaliście, a może ten? - syknął przez zęby. Skierował oczy na Giulia, który tylko wodził wzrokiem ode mnie do brata i z powrotem. Teraz to już mocno przesadził. Energicznie potrząsnęłam głową. - Obserwowali was - mówił dalej brat. - Co tu robiliście? Możesz nie kręcić. Ojciec wszystko mi opowiedział.

- Chcieliśmy... - zaczęłam i spojrzałam w oczy Giulia, jakbym szukała w nich ratunku. - To znaczy Giulio chciał.

- No co, mówże! Wymienić obcą walutę u nieznajomego handlarza?

- Kupić obrączki.

- Si, si! - włączył się Giulio. - Dwa ringi.

- Rozmawiam z siostrą! - warknął na niego Antoni. - Bądź łaskaw się nie wtrącać.

- Antek! - upomniałam go. - Giulio to mój narzeczony.

Antoni roześmiał się.

- Słyszałem. Podobno dziś ma się u nas oświadczyć. Nie rozśmieszaj mnie.

Mimo podejrzliwości, spojrzał na Włocha nieco przyjaźniej.

- A ty nie udawaj nie wiem kogo - burknęłam. - Jesteś tylko rok od niego starszy.

- Widać wystarczy - odciął się Antoni. Rozejrzał się. - Wychodzimy - oznajmił. - Najpierw ja, potem wy. Ale dopiero jak wrócę i was zawołam. Na razie nie ruszajcie się.

Odszedł ku schodom. Giulio spojrzał na mnie z troską w oku.

- Ty słucha twój brat. Ja rozumie. U nas to samo. - Milczałam, zmienił więc temat. - Dlaczego on ucieka i nie przedaje ringi? - zapytał. - Mało płaci? Nie rozumie.

- Oj, Giulio - westchnęłam. - Nie rozumiesz? Mówiłam, że to nielegalne jest? Mówiłam. A ty swoje. No i masz. Handlarz się wystraszył, że milicja go zatrzyma, i prysnął.

- Co?

Machnęłam ręką.

- Nieważne - rzekłam.

Giulio wzruszył ramionami.

- No capisco - odrzekł. Oczywiście nic nie rozumiał.

Zaczęliśmy iść powoli w kierunku schodów. Po chwili na ich szczycie pojawił się Antoni. Zachęcił nas ruchem ręki, żebyśmy się pospieszyli. Podbiegliśmy ku niemu, pokonując po dwa stopnie naraz.

- Zmyli się - oznajmił brat. - Może zostawili kogoś nowego, ale nie sądzę. Zorientowali się, że wiemy, że was śledzą, i dali spokój.

Wyszliśmy na zewnątrz, na plac pod Pałacem Kultury. Stanęłam.

- Nie pójdę dalej, dopóki nie wyjaśnisz, skąd tu się wziąłeś - oświadczyłam.

- To proste - odparł Antoni. - Ale nie wiem, czy twój przyjaciel ma chęć tego słuchać. Zwłaszcza że, jak mi się zdaje, niewiele z naszej mowy kapuje.

- Co trzeba, to rozumie - powiedziałam .

- Si, si - zapewnił Giulio. - Ja rozumie polski, ale mało.

- Dobrze, ale krótko - zgodził się Antoni. - Nie ma tu żadnej tajemnicy. Kiedy wczoraj wpadłem na stację w Kornelinie, właśnie odjeżdżaliście. Ojciec potem wszystko mi opowiedział. O tym zwariowanym pomyśle, żeby się pobrać, też. Chociaż, powiem otwarcie, gdyby to chodziło o mnie, nie zastanawiałbym się ani chwili, ale za mną raczej Giulio się nie ożeni. - Roześmiał się głośno z własnego dowcipu. - Wiedziałem od ojca, że macie być przed południem na Rynku na Starym Mieście. Urwałem się z roboty, ale legalnie, żeby coś załatwić, a prywatnie, żeby się z wami spotkać przed waszym przyjazdem do Kornelina. No i na Rynku zamiast was spotkałem tego ubeka.

- Tadeusza?

- Skąd wiesz?

- Nigdy o nim inaczej nie mówisz.

- Zgadza się. Jest ubolem czy nie? Jest. To jak mam mówić?

- Kiedyś bawiliście się razem.

- Skąd mogłem wiedzieć, że wyrośnie z niego taka gnida. - Mówiąc to, Antoni zniżył głos do szeptu.

- Oj, nie mów tak. Przynajmniej nas chroni - broniłam go.

Brat zacisnął zęby i rozejrzał się szybko wokół. Mełł wargi, jakby chciał rzucić jakieś przekleństwo. Opanował się jednak.

- O tym jeszcze pogadamy - mruknął, spoglądając z ukosa na Giulia, jakby sugerując, że do tego tematu nie potrzebują świadka.

- Dziwne, mnie się zdawało, że też mi mignął przed oczami - przypomniałam sobie.

- A widzisz. I, jak myślisz, chciał posłuchać pięknych przemówień przodowników pracy czy przebywał tam służbowo?

- Tyle tam teraz ważnych osób. Pewnie zapewniają im ochronę. Wiesz, ilu wrogów chciałoby wykorzystać nasz festiwal, żeby nam zaszkodzić?

- No nie! Mam siostrę komunistkę - jęknął Antoni.

Giulio, przysłuchując się, zrobił najpierw wielkie oczy, następnie uśmiechnął się.

- Irma nie komunista - odezwał się.

- Co ty tam wiesz - zbył go Antek - Gdyby była komunistką, dawno wyrzuciłbym ją z domu albo sam bym się wyprowadził. A stryj Leon w grobie by się przewrócił. Jeśli go w ogóle gdzieś ma. Z ubeckiego więzienia w każdym razie dotąd nie wyszedł. Dobra, dosyć tego. Mówię, jak było. Zobaczyłem was przy Świętojańskiej, jak odchodziliście z Rynku, i poszedłem za wami. Obserwowałem was. Byliście tak zajęci sobą, że nic innego was nie interesowało. Nie mogliście zauważyć, że ten ubek posłał za wami ogon.

- Antoś, zlituj się, on nie jest tam nikim ważnym - zaoponowałam. - To jego mogli posłać, a nie on kogoś. Ile on ma lat? Tyle, co ty.

- Nie masz pojęcia, kim on jest naprawdę. Był na jakimś przeszkoleniu, sam mi się chwalił, może nawet w Moskwie, albo gdzieś dalej, ale tego nie powiedział. Ma teraz pod sobą ludzi, uważaj. Wsiadłem za wami do autobusu i przyjechałem aż tu, ale nie podchodziłem, nie widzieliście mnie. I co? Tamci dwaj, co za wami szli, też wysiedli. Co więcej, spotkali się z dwoma innymi przy wejściu na stację. Wyobrażasz sobie? Wiedzieli, że tu będziecie! Szykowali jakąś akcję, tylko nie wiedziałem jaką. Teraz wiem. Nakryliby was na nielegalnym handlu. Waluty, złoto, wiesz, co za to grozi?

- Nie wierzę. Po co mieliby to robić?

- Dziewczyno, zrozum! Ten ubek dzięki temu już całkowicie miałby cię w ręku. Do tego dąży. Nas wszystkich miałby w ręku, całą rodzinę. Wiesz, o czym wczoraj rano rozmawiał z ojcem?

- Nie, tata wspominał tylko, że był u niego, ale nic więcej nie powiedział.

- Więc nie wiesz. - Antoni znów łypnął na Giulia. - Jeszcze się dowiesz.

- Ale...

- Ale ja się pojawiłem, nie doszło do transakcji, a tym samym do przestępstwa, i cała akcja została spalona. To chciałaś powiedzieć? W porządku, nie musisz dziękować.

Pewnie wyglądałam na spłoszoną. Teraz zrozumiałam.

- Czy to znaczy, że ten handlarz, Waldzio, czy jak mu tam, był podstawiony? Już w wagonie? Niemożliwe, spotkaliśmy go przypadkiem. Nie mogli wiedzieć, że będziemy jechać akurat tym pociągiem.

- Zapomnij o tym. Mógł być, mógł nie być. Nie wiesz kiedy i jak wsiadł. A jeśli wszedł do pociągu w Kornelinie? Przyglądałaś się, kto wsiada? Mogli też nakryć was wcześniej, jak się umawiacie, bo takie typy są pod obserwacją, a potem go nastraszyli i zgodził się was wkopać. Zupełnie nie znasz się na tych sprawach. Zakładam, że to ich człowiek, jest na usługach UB. - Antoni skończył mówić do mnie i zwrócił się do Giulia. - Czy szanowny kolega rozumie, o czym tu się mówi?

- Ja rozumie, ale nie rozumie.

- Czego kolega szanowny nie rozumie.

- Dlaczego ja nie mogę tak, że idę do sklep i kupuję ringi. Ma pieniądz, liri i kupuje.

- Czyli nic nie rozumie. Socjalizm mamy, władzę ludową. Budujemy szczęście dla mas pracujących. Capite?

Giulio pokręcił przecząco głową. Ruszyliśmy.

Doszliśmy do rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich, gdzie stanęliśmy pod betonowym, wykładanym piaskowcem drogowskazem, pokazującym odległości do nieosiągalnych dla zwykłych obywateli europejskich stolic. Równie dobrze można było pokazać odległość do Księżyca.

- Ty patrzy, Irma, to Roma - powiedział Giulio, pokazując na napis "Rzym". - A tu... - Popatrzył na sąsiedni bok. - Londyn, Madryt, Ateny, cała Europa.

- Aha - potwierdził Antoni. - A w drugą stronę Moskwa. Prawie tak daleko, jak do Rzymu, a zobacz, mamy ją za plecami. - Wyciągnął rękę, by wskazać bielejący świeżością Pałac Kultury i Nauki. - A nawet na gardle.

- Co mówi? - spytał Giulio. - Nie rozumie.

- I w tym rzecz, że nie rozumie - odrzekł Antoni kpiąco. - Tylu was przyjechało, podobno trzydzieści tysięcy, z całego świata, a nikt nic nie rozumie.

- Antonio, ty powie do mnie, ja będę rozumie - poprosił Giulio. - Ja chcę rozumie.

- Nie teraz, kolego - oznajmił Antek. - Teraz niebezpiecznie.

- Co ty znowu! - zirytowałam się. - Jakie niebezpiecznie? Na każdym kroku niebezpiecznie. Już nie przesadzaj.

- Przechodzimy przez ulicę, nie? - zgasił mnie brat. - Tramwaje, samochody, trzeba uważać, nie gadać. Chyba mówię wyraźnie. - Po drugiej stronie Marszałkowskiej, odciągając mnie lekko na bok, szepnął: - Muszę z tobą porozmawiać, zanim zjawicie się znowu w Morenie. Sam na sam, rozumiesz? Jak starszy brat z młodszą siostrą.

- Ale ja... - Usiłowałam coś wymyślić. - Nie mogę go teraz zostawić.

- Jak chcesz. Nie mam za wiele czasu, muszę wracać. Mogę mówić szybko, żeby nie zrozumiał.

- Czemu miałby nie rozumieć?

- Oj, Irma! - westchnął głośno, już przy Giuliu, który zaczął się przysłuchiwać. - Wejdźmy gdzieś. Zafunduję wam lody.

- Gelato! Fantastico! - podchwycił Giulio wesoło, po czym zaraz spoważniał i dodał: - Ja chce rozmawia z Antonio. Jest problemo.

- No masz! - odrzekł Antoni. - Ten też. Każdy ma problem. A ty, człowieku, miej dla każdego dobrą radę. Co ja, Salomon jakiś jestem? - Klepnął Giulia w ramię. - Idziemy.

Zaczęli rozglądać się za najbliższym punktem, gdzie by sprzedawano lody. Poprowadziłam ich na ulicę Chmielną. Uformowała się tam już długa kolejka. Antoni stanął na jej końcu, a my z Giuliem przystanęliśmy z boku, w pewnej odległości od niego.

- Irma - zaczał Giulio, gdy zostaliśmy na chwilę sami. - Ja nie wie, co stało. Ale wie, że nie ma ringi, i co teraz? Ja myśli, Antonio tobie...

- Pomoże? - podpowiedziałam mu słowo, którego nie znał. - Zobaczymy.

Objaśniłam mu jak umiałam, aby stanął w kolejce w miejsce Antoniego, a wtedy ja będę mogła porozmawiać z bratem na osobności. Antek pojął moją intencję. Szybko zgodził się na zamianę.

- A teraz mów, co masz do powiedzenia - powiedziałam do brata, gdy odeszliśmy na bok.

- Dobra. Krótko. Masz moje poparcie, ale pod jednym warunkiem - rzekł i zawiesił głos.

- Czego poparcie? Mów!

- Irma, nie udawaj, wszystko wiem. Jak wyjedziesz, pierwszą rzeczą będzie ściągnięcie mnie do siebie.

- Antoś!

- Przyrzeknij. Jeśli nie, nastawię ojca przeciwko wam. Chłopak na pierwszy rzut oka wygląda porządnie, ale kto wie, co się za tym kryje. Sama tam być nie możesz. Chyba że w razie kłopotów uciekniesz do naszego wuja do Szwajcarii. Ale to może być trudne. Nawet go nie znamy. Poza tym to bardzo daleka rodzina.

Giulio przesuwał się w kolejce coraz bliżej okienka, w którym wydawano lody. Bacznie nas obserwował. Antoni pomachał do niego przyjaźnie, a on odpowiedział tym samym.

- Obiecałam Giuliowi, że cię o coś zapytam. Możesz zdobyć dla nas jakieś tanie obrączki? On płaci lirami.

- Co? Najpierw przyrzeknij.

- Oj, Antoś, przyrzekam, że zrobię, co będę mogła. Co ja dziś mogę wiedzieć? Nawet nie wiem, czy naprawdę chcę wyjść za mąż i wyjechać. To takie nagłe.

- Mówiłem, masz moje poparcie.

- Tak mówisz, bo sam chcesz prysnąć na Zachód.

W jego oczach pojawił się groźny błysk.

- A ty co? Chcesz tu zostać?

- Sama nie wiem. Popatrz dokoła. Kto to wszystko odbuduje? Kto dźwignie kraj z ruin?

- Przestań, nie jesteś na wiecu. Nie wiesz, kto teraz rządzi? Komunistka się znalazła, z drobnomieszczańskim pochodzeniem i stryjem zaplutym karłem reakcji. Świętej pamięci zresztą zapewne. Myślisz, że ten ubek długo będzie cię ciągnął? Albo że pomaga ci bezinteresownie? Właśnie ojciec mi powiedział.

- Co takiego?

- Dobra, o tym później, bo twój ragazzo dochodzi do okienka. A te obrączki się skombinuje, to najmniejszy problem. Przede wszystkim załatwcie formalności, bo to trudniejsze.

- A zostaniesz moim świadkiem?

- Obraziłbym się, gdybyś wzięła innego. Tylko, na miłość boską, zdecyduj się na coś, dziewczyno. Bo chyba się zakochałaś, co?

Uśmiechnęłam się tylko.

- Jesteś moim najlepszym bratem - oznajmiłam, zamiast odpowiedzieć na jego pytanie.

Wzięłam go pod rękę i podeszliśmy do Giulia. W ostatniej chwili, bowiem kobieta z okienka już wychylała się, by go zapytać, jakie lody podać.

- Trzy razy potrójne - powiedział Antoni i sięgnął po portfel.

Odebraliśmy po trzy gałki lodów w stożkowatych wafelkach i przeszliśmy na Nowy Świat.

- Najlepsze lody w Warszawie - oznajmiłam, a Giulio pokiwał z uznaniem głową.

Zdawało się, że Antoni szuka jakiegoś obojętnego tematu rozmowy. Podniósł wzrok na kolorowe kompozycje rozwieszone nad ulicą.

- Wiesz, co mi one przypominają? - zagadnął.

- Nie mam pojęcia - odrzekłam. Bo i nie miałam.

- Pamiętasz te obrazy, które wisiały w stołowym? Te, co potem gdzieś zniknęły. Nie wiem nawet kiedy. Chyba przy remoncie, jak Biernatowie stawiali tę swoją przybudówkę w miejsce małej werandy.

- Te, co to je namalował jakiś tam...

- Nie wiem, kto malował, podobno jakiś znajomy dziadka. Nie w tym rzecz, czyje to obrazy. Mówię tylko, że są podobne do tych tu.

- Zdaje ci się. Co w nich widzisz podobnego? Chyba tylko tyle, że te i tamte nie są, jak to ująć, niezbyt realistyczne.

- O, to właśnie chciałem powiedzieć. Nie pasują do socjalizmu realistycznego. Sztuka społecznie nieużyteczna. Ciekawe, gdzie rodzice je wepchnęli.

- Obrazy? Pewnie do lamusa na górze.

- A, właśnie, przypomniało mi się. Stary Biernat domaga się, żeby opróżnić ten składzik, bo oni chcą w tym miejscu urządzić dodatkowy pokój.

- Dla kogo? Gienek się wyprowadził, a Tadeusz ma już swój pokój. Zresztą rzadko tam bywa.

- Podobno niedługo ich córka ma się wprowadzić z mężem, a jest w ciąży.

Tu mnie zaskoczył.

- Jadzia wraca? Naprawdę? - Nawet się ucieszyłam. - A to niespodzianka! - Odkąd wyjechała, tak jak moja kuzynką Sabina, na Ziemie Odzyskane, nie wiedziałam, co się z nią dzieje. - Nie pisała do mnie. Sabcia zresztą też rzadko się odzywa, sam wiesz, jak jest. No i proszę, masz. Kto ci to powiedział?

- Ojciec. A jemu ten ubek, co wiesz...

- To po to przyszedł do nas wczoraj, jak mnie nie było?

- Eh, żeby tylko po to.

Spostrzegłam, że Giulio próbuje zrozumieć, o czym mowa.

- Scuzi - przeprosiłam. - Mówimy o naszym domu.

- Ja słyszy - rzekł Giulio. - I coś rozumie. Obrazy to znaczy pitturi?

- Pitturi a olio - potwierdziłam. - Czyli olejne. Wisiały na ścianie, a teraz gdzieś są schowane. O nich mówiliśmy.

- Ja mogę zobaczy? - zapytał. - Ciekawe dla mnie arte jest.

- Jak je znajdziemy, czemu nie. Co, Antoś?

Antoni przytaknął mechanicznie. Zamyślił się nad czymś. Po chwili szybko dokończył pochłanianie topniejących w słońcu lodów i wytarł rękę wyciągniętą z kieszeni bawełnianą kraciastą chusteczką.

- Muszę was pożegnać - oznajmił. - I tak mamy się dziś spotkać u nas w domu, prawda?

- Antonio, momento. - Giulio przytrzymał dłużej jego dłoń wyciągniętą na pożegnanie. -Jedna sprawa jest, pamięta?

- Dobrze, dobrze, Antoś już wie. Zdobędzie te obrączki - wyjaśniłam mu, zgadując, o jakiej sprawie chce mówić.

- Jest soldi, ja płaci - dodał Giulio i sięgnął do kieszeni, ale Antoni chwycił jego rękę, nim tamten wyciągnął pieniądze.

- Zobacz, co on wyczynia! - zwrócił się do mnie spokojnie, ale dobitnie. - Jeszcze mi tu ściągnie tajniaków na kark i oskarżą mnie, że handluję walutą. Może tych samych, co byli na stacji, bo pewnie gdzieś tu się kręcą. Wyjaśnij, proszę, narzeczonemu że w naszym najlepszym z ustrojów twarda waluta na ulicy jest źle widziana.

Pokręciłam niecierpliwie głową.

- Nie trzeba płacić - powiedziałam do Giulia. - Nie teraz.

On spojrzał Antoniemu w oczy, uśmiechnął się do niego porozumiewawczo i klepnął go w ramię. Brat jeszcze raz uścisnął mu dłoń.

- Radzę wam zgłosić się do urzędu u nas, w Kornelinie - rzekł na koniec. - W gromadzkiej radzie. Tam najszybciej wszystko się załatwi. Pewnie będziecie musieli przedstawić odpisy aktu urodzenia. Z Irmą nie ma problemu, ale Giulio? Nie wiem, jak on to zrobi. Nie moja sprawa. Może przez ambasadę, czy jak, bo pocztą to długo potrwa. A może jako obcokrajowiec nie musi, wystarczy paszport? To na razie. I pamiętaj. - Uniósł wskazujący palec i skierował go ku mnie. - Umowa między nami stoi. Tak czy nie? - Dałam znak, że pamiętam. - A teraz ciao, wracam do siebie.

- Uno momento! - zawołał znowu Giulio i sięgnął po swój aparat fotograficzny.

Ustawił ostrość, naciągnął migawkę i poprosił pierwszego z brzegu przechodnia o zrobienie fotografii. Zaczepiony chłopak zachowywał się niepewnie, jakby nigdy nie miał aparatu w ręku. Antoni wyjaśnił mu: tu patrzysz, tu naciskasz, i wszystko. Ten jednak, choć podekscytowany, nie zdecydował się. Chętnie oddał kamerę utykającemu mężczyźnie, jakby z protezą nogi, który z zainteresowaniem przyglądał się całej scenie i zgłosił się na ochotnika.

- Eh, robiło się zdjęcia, robiło - westchnął. - Jeszcze przed wojną, panie, turystom na Starówce, w zoo, parom w parku, a teraz co? - Obejrzał z zainteresowaniem aparat. - Leica, to jest firma.

Stanęliśmy we trójkę do zdjęcia. Giulio pośrodku, otaczając ramionami mnie i Antka. Mężczyzna pstryknął i fachowo naciągnął migawkę.

- A może jeszcze jedno? - zaproponował.

Antoni jednak spieszył się. Podziękował i szybko oddalił się w stronę stacji. Mężczyzna z aparatem tak się przymilał, że pozwoliliśmy mu zrobić sobie następne zdjęcie - ustawiliśmy się do niego tylko we dwoje. A potem jeszcze jedno.

- A gdzie pan wywołujesz? - zapytał Giulia, ten jednak tylko bezradnie spojrzał na mnie.

- Wróci do Włoch, to wywoła - powiedziałam i zabrałam mężczyźnie aparat.

- Znaczy italiano, rozumiem. Bo jakby chciał, to ja mam, co potrzeba. Dam adres. I panna by miała fotografię, zanim kawaler odjedzie w siną dal. - Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął z kieszeni małą karteczkę w formie wizytówki z wypisanym ręcznie nazwiskiem i adresem. - Telefonu chwilowo nie posiadam - dodał na usprawiedliwienie. - Ale ktoś zawsze w domu jest. To niedaleko.

Odebrała karteczkę, podziękowałam i rzuciwszy na nią okiem, schowałam do torebki. Mężczyzna odszedł, by upolować kolejnych amatorów wywoływania u niego filmów, a my zostaliśmy sami, stojąc naprzeciw siebie wśród obcych, mijających nas ludzi.

- I co teraz robimy? - spytałam Giulia.

Instynktownie czułam, że nie powinnam przejmować inicjatywy. To Giulio ma teraz decydować i brać odpowiedzialność za to, co się stanie. Nawet w tak drobnej sprawie.

On rozejrzał się. Potem popatrzył na swój naręczny zegarek.

- Teraz czas na obiad - oznajmił. - Po obiad jechać do twoja rodzina. Ja mówię tam ty chce moja żona być. A ja twoja męża.

- Twój mąż - poprawiła go.

- Si, si. Twój mąż. I oni, cała famiglia, zgoda daje.

Zarzuciłam mu ręce na szyję ze śmiechem.

- Zgoda - powiedziałam.

Miałam ochotę mocno go pocałować, ale karcona spojrzeniami przechodniów za niestosowne ich zdaniem zachowanie na ulicy, tylko przyłożyłam mu głowę do ramienia. I wtedy spostrzegłam za jego plecami, w odległości nawet nie dziesięciu metrów, niespokojne oczy Waldzia. Nie podchodził ani nie odchodził. Czekał.

Prolog

I pomyśleć - gdyby nie ta śmieszna dziecięca zabawa, ta jedna jedyna chwila, gdy świat stanął na moment w miejscu, życie moje pobiegłoby zupełnie innym torem. Mniej zawiłym, może nawet banalnym, ale bardziej przewidywalnym i bezpiecznym. Lecz stało się inaczej. Krążąc z kolorową chusteczką po Placu Zamkowym, znalazłam się nagle, zupełnie przypadkowo - bo refren toczony z setki gardeł właśnie w tym momencie ucichł - naprzeciw przystojnego, wesołego Włocha i nastąpiły jakieś czary. Zatrzymaliśmy się. Nasze spojrzenia skrzyżowały się, a wszystkie skrywane nadzieje, pragnienia i oczekiwania powiązane z festiwalem, w którym przyszło nam uczestniczyć, jego i moje, w jednej sekundzie wylały się, wytrysnęły i splątały. I w jednej chwili jego i moje życie wskoczyło na nieplanowany tor, wiodący odtąd nieuchronnie, o czym nie mieliśmy wtedy zielonego pojęcia, ku prawdziwej tragedii.

Staliśmy na wprost siebie jak zaklęci w dwa słupy, aż okrzyki innych uczestników festiwalu biorących udział w zabawie przywołały nas do porządku. Gra musiała toczyć się dalej. Należało się pocałować i przekazać chusteczkę osobie, którą wyznaczył ślepy los, by teraz ona, krążąc po kole, rozpoczęła polowanie na swoją ofiarę. Chętni do wymiany pocałunków poczęli okazywać niecierpliwość. Hej, hej! Już! Buzi, buzi! Mój przypadkowy partner ocknął się, odgarnął grzywę kruczoczarnych włosów i nie zważając na nic, przywarł mocno do moich ust.

Reguły zabawy nie ustalały rodzaju pocałunku - mogło to być zwykłe cmoknięcie w policzek, dłuższe lub krótsze, muśnięcie warg albo namiętne zwarcie. Paolo wybrał wszystkie możliwe warianty, realizując je szybko jeden po drugim, jakby w obawie, że taka okazja więcej się nie powtórzy, a ja poddałam się temu szaleństwu, psując przy okazji innym zabawę. Bo zamiast przekazać chusteczkę Włochowi, oddałam ją najbliżej stojącej dziewczynie i pozwoliłam chłopakowi wyciągnąć mnie poza rozbawiony krąg uczestników ulicznej imprezy zapoznawczej.

Poza kręgiem konwencja zabawy, czyniąca pocałunki z nieznajomymi niewinną igraszką, już nas nie chroniła, ale też żadne z nas nie miało ochoty do niej wracać.

- Giulio - przedstawił się mój Włoch i szeroko uśmiechnięty wyciągnął rękę. - Giulio Pavone.

- Irmina Ludwiżanka - rzekłam w odpowiedzi, łącząc imię i nazwisko w jedno długie słowo, co wprawiło go w osłupienie. Nie był w stanie tego ciagu sylab powtórzyć, co więcej, nie rozumiał, co ja powiedziałam. - Irma - dodałam krótko i pokazałam na siebie.

- Irma - powtórzył powolutku, jakby smakował każdy dźwięk mego imienia. - Che bello!

Jak pięknie! Rozumiałam, bo podstawy włoskiego wyniosłam z domu. Powiedziałam w jego języku, że Giulio to po polsku Julek i zapytałam, czy mogę go tak nazywać, ale on chyba nie zrozumiał i już do końca pozostał Giuliem.

- Irma! - zawołał zachwycony. - Ty mówi italiano!

- O! A ty mówisz po polsku! - odpowiedziałam tym samym tonem.

- Ja mało po polsku - odrzekł i zaraz posmutniał teatralnie, niczym Arlekin z komedii.

- A ja mało italiano - oznajmiłam.

Wybuchnęliśmy śmiechem. Sytuacja nie była szczególnie zabawna, lecz nam chciało się po prostu śmiać. Tak od serca, z radości, jakbyśmy byli sobie potajemnie przeznaczeni, a nieubłagany los zetknął nas już drugiego dnia festiwalu.

- Andiamo? - rzucił Giulio zaproszenie do spaceru. - Ty lubi gelati?

Lody? Kto ich nie lubi! Kiwnęłam głową i ruszyłam obok niego do najbliższej lodziarni. Po paru krokach wziął mnie za rękę. Nie cofnęłam dłoni, choć trzymałam ją sztywną, bez odwzajemniania uścisku. Jeszcze nie wiedziałam, co się wydarzyło. Co znaczy zakochać się od pierwszego wejrzenia.

Kto tu namieszał w naszym życiu? Kto rzucił zaklęcie? Racjonalna w tamtym czasie po najdalsze zakamarki umysłu, nie wierzyłam już w bajki, w których pojawiają się jakieś czary mary i następstwo zdarzeń wymyka się regułom prostej logiki. Jednak w dzieciństwie wiele razy byłam świadkiem, jak mój dziadek Ernest szeptał tajemniczo, że Morena to nie jest zwyczajna willa. Że ma swój rozum i osobowość, i jest w stanie przyciągać do siebie dobrych ludzi a przed złymi się bronić, i słuchałam tego z wielkim przejęciem. Ot, bajeczki, których mała dziewczynka lubiła posłuchać przed snem, a potem, gdy podrosła, naigrawać się z własnej naiwności.

Rozdział 6

Kwiaty dla mojej mamy, a swojej przyszłej teściowej, Giulio kupił jeszcze w Warszawie. Siedem ogrodowych róż przewiązanych czerwoną wstążką i zawiniętych w biały papier. Teraz wiózł je pociągiem do Kornelina, dyskretnie obserwowany przez współpasażerów. Miał na sobie nową białą koszulę i wyczyszczone na glanc letnie buty. Najbardziej jednak intrygował wszystkich ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi.

To był ten sam pociąg, co poprzedniego dnia, istniało zatem niebezpieczeństwo, że trafimy na tego samego konduktora. Tym razem więc, na wszelki wypadek, kupiłam Giuliowi cały bilet.

Nauczeni doświadczeniem z poprzedniej podróży, nie rozmawialiśmy za wiele. Nie wrzucaliśmy głośno do dialogów włoskich słów, w ogóle staraliśmy się nie zwracać na siebie uwagi. Niespecjalnie nam się to udawało. Żeby się do siebie nie odzywać, każde z nas zagłębiło się w lekturze. Giuliowi jednak czytanie polskiej gazety wyraźnie nie szło. Co chwila pokazywał mi palcem jakieś słowo, głównie w tytułach, ja zaś nie zawsze umiałam je przetłumaczyć bądź objaśnić za pomocą wyrazów bliskoznacznych. W pewnym momencie Giulio wskazał w śródtytule artykułu o potędze gospodarki radzieckiej słowo "najmocniejszą".

- Mocny, mocniejszy i... - próbowałam podpowiedzieć mu po polsku, używając stopniowania, ale on pokręcił głową. Ściszyłam więc głos. - Forte, piú forte e ...

Teraz zrozumiał.

- Le piú forte - mruknął zadowolony. - "Rubel najmocniejszą walutą świata" - przeczytał z trudem. - Naprawdę? Ja nie wie to - dodał.

Uśmiechnęłam się blado i spojrzałam szybko po najbliższych pasażerach. Ci jednak, jeśli nawet usłyszeli, nie dali tego po sobie poznać.

- Dlaczego... - zaczął Giulio rozwijać swoją myśl, ale zabrakło mu słów. Pomyślał. - Dlaczego wszyscy chcą cambio mieniać?

- Wymieniać? - podpowiedziałam mu z rosnącą obawą, co też chce powiedzieć.

- Właśnie. Dlaczego dolari, nie rubeli?

Zabrałam mu natychmiast gazetę i wręczyłam czasopismo, które sama przeglądałam.

- Lepiej poczytaj to - poradziłam. - Tamto dla ciebie za trudne.

Zdziwiony Giulio, widząc, że nie doczeka się odpowiedzi, zajął się tygodnikiem. Po chwili lekko trącił mnie łokciem i wskazał następny niezrozumiały wyraz.

- Kulasy? - zapytał, przekręcając po swojemu polskie słowo.

- Kułacy. Kułak to rolnik, który ma dużo ziemi, rozumiesz? - szepnęłam mu do ucha.

- Rozumie - odparł Giulio i pokiwał z aprobatą głową. - Bogaty rolnik.

Byłam zmuszona pokręcić głową.

- Kułak niedobry. Wróg klasowy - wyjaśniłam, zgodnie z linią propagandy.

- A dlaczego on niedobry?

- Bo... - zaczęłam i też utknęłam. Bo jak to objaśnić?

- Ty nie wie? - zdziwił się Giulio. - Ty , studente i nie wie?

- Wiem, ale... - wiłam się. - Ja ci to w domu wytłumaczę.

Siedzący obok mężczyzna w średnim wieku uniósł oczy znad swojej gazety.

- Pan, zdaje się, obcokrajowiec, tak? - zapytał. Wystraszyłam się, że wywiąże się za moment dyskusja na niewygodny temat. Nie było wiadomo, kto jest kim w przedziale, i jaki kto zrobi użytek z tego, co usłyszy. Lepiej już było milczeć. - To i nie rozumie, ot co - ciągnął tymczasem nieznajomy. - A panienka nie wyjaśni, bo to i nam pojąć trudno, nieprawda. Już to mądrzejsi od nas wymyślają.

Giulio słuchał, starając się zrozumieć jego wypowiedź. Na szczęście dla mnie, nim zadał kolejne pytanie, zjawił się konduktor, żeby sprawdzić bilety. Inny niż poprzedniego dnia. Niedługo potem pociąg zatrzymał się na stacji w Kornelinie. Z ulgą opuściła z Giuliem wagon.

Na peronie czekał na nas Antoni. Ledwo się przywitaliśmy, Giulio zaatakował go:

- Antonio, ty mówi, dlaczego kułak zły.

- Co? - Antek aż stanął na moment w miejscu. - Urządzają wam tu pogadanki polityczne? Gdzie to słyszałeś?

- Ja pyta Irmina, a ona nie wie - wyjaśnił Giulio.

- Wie, wie, tylko nie chce zdradzać tajemnicy państwowej - zakpił Antoni, ruszając naprzód. - Komunizm, wszystko wspólne, tak czy nie? - Giulio kiwnął głową. - A kułak nie chce swojej ziemi oddać, żeby wspólna była, rozumiesz? Dlatego on wróg.

- Dlaczego nie chce? To nie jest dobre, jak wszyscy równe?

- Wspólne, czyli niczyje. Wszyscy, czyli nikt, capice?

- A ja by chciałem, żeby fabrica u nas, w Torino, dla wszyscy robotnicy. To postępowe jest i sprawiedliwe.

- Kolego - przerwał mu Antoni. - Dziękuję za taki postęp. Jakby to było takie dobre, to wasi robotnicy by do nas walili przez granicę jak w dym, a nie my do was. I nasi komuniści nie trzymaliby nas tu zamkniętych jak w klatce, tylko pozwolili wyjeżdżać. Wyjechałbyś z Irminą do Włoch nawet jutro. Kapujesz coś z tego?

Giulio słuchał bezradny. Rozumiał piąte przez dziesiąte, lecz sens całej wypowiedzi nie docierał do niego. Wzruszył tylko ramionami.

- Dobra, pożyjesz tu trochę, to skapujesz w czym rzecz - zamknął Antoni temat. - Lepiej powiedzcie, co z waszym ślubem. Ojciec nie jest zachwycony, szczerze mówiąc. Boi się o twoje studia, Irma. Że jak przerwiesz, to już nigdy ich nie skończysz. I jaka przyszłość cię tam czeka. I w ogóle. Ale jak się uprzecie, nie powstrzymają was. Tyle mogę powiedzieć.

Zepsuł mi humor. Zapytałam natarczywie:

- A ty, co powiesz, jak tata spyta cię o zdanie?

- Moje zdanie znasz, nie będę się powtarzał - odrzekł brat.

- Ty jesteś po nasza strona? - zapytał go Giulio, niepewny jego stanowiska, a dostrzegłszy w oczach potencjalnego szwagra potwierdzenie, po męsku wyciągnął do niego rękę.

- Chcę, żeby siostra była szczęśliwa - oświadczył uroczyście Antoni, odwzajemniając mocnym uściskiem znak zgody.

- Obłudnik - mruknęłam.

- Dlatego nigdy nie zostawię jej samej - dodał brat, dla rozwiania wątpliwości.

Giulio znowu przystanął. Zastanowił się, co Antek miał na myśli.

- Ty też chce jechać do Italia? - spytał po chwili zdziwiony.

- Jak Bóg zechce, a partia pozwoli, czemu nie - odparł Antoni zagadkowo.

Giulio roześmiał się, biorąc jego słowa za żart. Ale tylko on się śmiał.

- Ja rozmawia z Boga, żeby nie chce - rzekł, trzymając się w tonie żartu.

- Chcesz, żebym tu skisł? - odgryzł się Antek i zobrazował swoją wypowiedź, robiąc minę nieboszczyka.

- Jak chcesz spotykać ładna ragazza, to kto jest twój największy wróg? - zapytał Giulio sentencjonalnie i zaraz sobie odpowiedział, poklepując Antoniego po ramieniu: - Jej starszy brat.

- Z każdą godziną lepiej mówisz po polsku - odrzekł Antoni. - Żebyś jeszcze w takim tempie wszystko coraz lepiej kapował.

- Antek, proszę cię! - syknęłam przez zęby, po czym dodałam głośniej, kręcąc głową: - Ach, te jego żarty!

- Ten bukiet to dla mamy, prawda? - Antoni zmienił temat. - Pospieszmy się, żeby zdążyć, nim zwiędnie.

Ruszył, przyspieszając zaraz kroku. Pospieszyliśmy za nim.

Doszliśmy do Moreny w dziesięć minut.

Przed furtką spotkaliśmy starego Biernata. Stał wsparty na lasce, ćmił papierosa i przyglądał się naszej trójce.

- Dzień dobry, panie Biernat - przywitałam się, a Antoni na powitanie skinął głową.

- Dobry - odparł starszy mężczyzna, nie spuszczając oka z Giulia. - Z Warszawy, co?

- Owszem - odrzekłam. - Ruch tam teraz, że hej. Dużo gości, z całego świata.

- Właśnie widzę - zauważył Biernat.

- Kolega z Włoch - wyjaśniłam z uśmiechem. - Małe odwiedziny. Rodzice, wie pan. Prababcia nasza była Włoszką podobno.

- Wiem, a jakże! - oznajmił, odprowadzając ich wzrokiem, gdy przechodzili przez furtkę.

- I czego się tłumaczysz temu komuniście - syknął mi Antoni do ucha, gdy odeszliśmy bliżej ganka.

- Oj, Antoś, zwykła grzeczność - mruknęłam. - Nikomu nie zaszkodzi.

- Nawet na grzeczność trzeba sobie zasłużyć - odburknął brat i otworzył drzwi wejściowe, po czym puścił nas przodem.

- Jesteśmy! - zawołałam, gdy znaleźliśmy się w sieni.

Rodzice natychmiast wyszli ze stołowego. Giulio skłonił się i podążył z kwiatami wprost do pani domu. Mama, mile zaskoczona, przyjęła bukiet i pozwoliła się ucałować na powitanie. Giulio uścisnął też dłoń ojcu. I zaraz przeszliśmy wszyscy do pokoju stołowego.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się nam w oczy, były dwa olejne obrazy wiszące na ścianie, których poprzedniego dnia w tym miejscu nie było.

- Jednak znalazłeś je! - zawołałam do brata.

- Ja? Skąd! To nie ja - zaprzeczył Antoni.

- Nie udawaj, wczoraj o nich rozmawialiśmy.

- Owszem, ale nie miałem pojęcia, gdzie są. Tata, jak mu o nich powiedziałem, wyciągnął je z lamusa.

Giulio wpatrywał się w nie z zainteresowaniem.

- Podobają się panu? - zapytała uprzejmie mama.

Giulio nie umiał odpowiedzieć.

- Są takie, nie wiem, jakie - stwierdził. - Stranni.

- Nie mówiłam, że dziwne? - rzuciłam triumfalnie. - Giulio mówi to samo.

- Ciekawe, ile są warte - rzekł w zamyśle Antoni. - Nikt nie umie powiedzieć. Może on będzie wiedział?

- Ja? No, no - zaprzeczył Giulio. Podszedł bliżej i przyjrzał się sygnaturze, po czym pokręcił głową. - Ja nie wie. Nie zna, kto artista. To jest rok dwadzieścia? Stranne.

- Dlaczego dziwne? - zainteresowała się Irmina.

- Wtedy nikt tak nie malował. Dopiero dalej, dwadzieścia pięć i później.

- Tak dobrze znasz się na sztuce? - zdziwiłam się. - Myślałam, że studiujesz mechanikę.

Giulio uśmiechnął się tajemniczo.

- Ja zna mało.

- Myślisz, że to jakieś fałszerstwo? - zapytał Antoni.

- Nie, w żadnym wypadku - wtrącił się nasz ojciec. - To na pewno oryginały. Zawsze tu wisiały, odkąd pamiętam. Być może nawet tu, w tym domu zostały namalowane.

- Mogę fotografować? - spytał Giulio, kręcąc z niedowierzaniem głową, że to, co widzi, to obrazy z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku.

- Już? Teraz? - zdziwiła się mama. - Może siądźmy najpierw do stołu.

- Ja by chciałem teraz - rzekł Giulio z ożywieniem i wskazał na okno. - Szi... szi... - męczył się z jakimś polskim słowem. - Luce.

- Światło - pomógł mu Antoni. - Słońce.

- O, o, sole! - podchwycił Giulio. - Luce del sole.

Nie czekając na nic, sięgnął do swojego plecaka i wyjął aparat. Zrobił kilka zdjęć, po czym poprosił, aby wszyscy Ludwigowie ustawili się na tle obrazów. Kiedy sfotografował całą naszą rodzinę, zwrócił się do Antoniego, aby zamienił się z nim miejscami.

- Pokazuję moja famiglia w Torino i w cała Italia - pochwalił się, kiedy Antoni pstryknął mu fotografię, jak stoi pod obrazem w otoczeniu jego rodziców i siostry. - I druga fotografia, ja i Irma.

- Nic z tego. Film się skończył - oznajmił Antoni i oddał aparat. - Wyjedziesz i nawet tych zdjęć nie zobaczymy.

- Nie, nie! Ja daję jutro do ten pan, co w Warszawa, wiesz, mamy adres, i nam robi.

- Możemy wreszcie usiąść? - zapytała mama. - Zaraz stawiam ciasto i herbatę. Bo obiad pewnie jedliście?

Przytaknęłam bez słowa. W pozornie swobodnym zachowaniu wszystkich wyczuwałam rosnące napięcie, którego nikt nie chciał okazać. Rodzice czekali na to, co powie Giulio, choć mogli już poznać jego stanowisko z relacji Antoniego, brat zaś, jak przypuszczałam, szykował się do wypełnienia swej dobrowolnej misji. Ja sama obawiałam się reakcji ojca. Pomyślałam, że najlepiej mieć to wszystko od razu za sobą. Mama jednak wyszła szybko do kuchni, a bez niej nie chciałam zaczynać tak poważnej rozmowy.

- Mama zaczeka, pomogę - zawołałam za nią i też wyszłam.

W kuchni czekała już na stole stygnąca, niedawno wyjęta z piekarnika szarlotka, a na kuchennej płycie świeżo zaparzona herbata. Mama sięgnęła do kredensu po szklanki.

- Jak było u koleżanki? - spytała takim tonem, jakby oczekiwała jedynie zdawkowej odpowiedzi, choć zapytanie podszyte było niepokojem.

- Mamo, ja... - zaczęłam niepewnie. Nie chciałam odpowiadać na pytanie. Co innego było teraz ważne. - Chcę mamę uprzedzić, zanim zaczniemy przy stole, żeby mama wiedziała pierwsza. Giulio, a raczej my oboje, znaczy on i ja, postanowiliśmy, że jednak chcemy się pobrać.

Szklanki zadźwięczały na tacy. Mama dostawiła do nich cukiernicę.

- Można było się spodziewać - powiedziała, szybciej oddychając. - No cóż, mam nadzieję, że wiesz, co robisz, dziecko. Myślałam tylko, że moglibyście poczekać, poznać się lepiej. Nie moglibyście?

- Ale jak, mamo? On za tydzień będzie musiał wyjechać. Przecież nie wróci.

- No właśnie.

- A ja... Ja go chyba kocham - szepnęłam z desperacją.

Matka pogłaskała mnie po policzku. Wydawało się, że chce mnie przytulić, jednakże powstrzymała się przed okazaniem czułości. Poprawiła tylko moją suknię, wygładzając widoczne zagniecenia, po czym splotła ręce na piersi.

- Jeśli miałabyś być z tego powodu nieszczęśliwa, to może lepiej niech już to się stanie - rzekła i popatrzyła w dal przez okno. - Ale jesteś jeszcze taka młoda, jeszcze całe studia przed tobą. Pomyślałaś o tym?

- A mama ile miała lat, jak wyszła za tatę? - odrzekłam z wyrzutem, niezbyt delikatnie. - Chyba tyle samo, co ja teraz, jeśli się nie mylę.

- Inne były czasy, poza tym nie studiowałam - westchnęła mama.

- Wie mama co, chyba zmienię tę sukienkę - stwierdziłam niespodziewanie, żeby już nie ciągnąć tego tematu i pobiegłam do swego pokoju.

Wróciłam w nowej wyprasowanej sukni w duże kwiaty. Zdawało mi się, że wyglądałam w niej bardziej świeżo. Przy okazji szybko uczesałam inaczej włosy.

- Teraz dobrze? - zapytałam.

- Znakomicie - odrzekła mama. Odwróciła się do stołu i podniosła tacę. - Cóż, co ma być, niech będzie - oznajmiła, jakby wracając do tematu sprzed mego wyjścia z kuchni. - Bylebyś się na nim nie zawiodła, córko. I na sobie też. Chodźmy, czekają na nas. - Ruszyła do drzwi, ale zatrzymała się jeszcze na moment. - Gdyby jednak naszły cię wątpliwości, pomyśl przez chwilę o losie Sabiny.

Nie dała mi szansy na dopytanie, co miała na myśli, wspominając nasza kuzynkę. Pewnym krokiem przeszła przez sień i weszła do stołowego. Panowie próbowali właśnie na wesoło klecić jakąś rozmowę po włosku. Ojcu szło to całkiem dobrze, Antoni natomiast znał zaledwie kilkanaście słów i mógł się głównie przysłuchiwać. Mimo to co chwila wtrącał swoje trzy grosze.

- Italiani, molto... wesołe ragazzi - mówił akurat.- Jak jest "wesołe" po włosku?

- Allegro - podpowiedziałam, wchodząc do pokoju stołowego. - Brat, słysząc to, klepnął się w czoło, a ja mu jeszcze dołożyłam: - Żeby muzyk tego nie wiedział? Wstyd.

- Zaćmienie pamięci - przyznał ze wstydem Antoni. - Oczywiście! Allegro. Piano, forte, fortissimo, furioso - rzucił kilka terminów muzycznych. - Przebrałaś się? - zauważył.

- Ty umie grać? Na co? - zdziwił się Giulio, a równocześnie, przyglądając się mi, kiwnął głową z aprobatą.

- E tam, tak sobie tylko stukam w klawisze - odparł Antek.

- Tosiek uważa się za pianistę jazzowego - wyjawiłam jego sekret, obracając się na pięcie dla pełnego zaprezentowania nowej sukni. - Tylko mało praktykującego.

- Jazz? Ty gra jazz? - nie przestawał dziwić się Giulio. - To jest spaniale.

- Byłoby wspaniale, gdybym żył na Zachodzie. Cóż, jazz, jako muzyka obca, zachodnia, jest niemile widziana w naszym najwspanialszym z ustrojów - rzekł z kpiną. - W zasadzie jest zakazana, choć do ciupy za to, że ktoś ją gra, jeszcze nie wsadzają.

- Antoś! - upomniała go mama.

Rozstawiwszy szklanki, podeszła do serwantki, by wystawić talerzyki. Ja w tym czasie wyszłam do kuchni po dzbanek z herbatą.

- No co? Nie pamięta mama, jak ten ubek zza ściany doniósł na mnie, że gram jakieś dżezy zamiast Chopina i musiałem się tłumaczyć? - usłyszałam jeszcze.

- Cóż, nie myślę, że naszego gościa interesują takie sprawy - rzekł ojciec koncyliacyjnie. - Siądźmy może do stołu.

- Ale ja by słuchałem, jak Antonio gra na piano! - zawołał Giulio. - Ty może grać?

- Roztrojone - burknął Antek. - Nie mamy pieniędzy na stroiciela.

Giulio nie zrozumiał.

- Ja słyszał w jedna klub. Grali jazz, w Warszawa - oznajmił. - Ja myśli to byli, eee, gości festiwala?

- Może być, teraz trochę odpuścili, akurat na ten festiwal - uznał Antoni. - Nawet sztukę abstrakcyjną pokazują na ulicach. Ale to nie musieli być uczestnicy festiwalu, ja myślę, że to byli nasi muzycy.

- Naprawda? Ja nie wie, że w Polsce gra jazz - zdziwił się Giulio.

- Zagraj, Tosiek - rzekłam, wchodząc z dzbankiem. - Tylko krótko, bo herbata ostygnie.

- No dobra - zgodził się brat i podszedł do pianina w rogu pokoju. - Ale jak by co, to ty się będziesz tłumaczyć temu za ścianą.

Podniósł wieko, przystawił sobie krzesło, wyłamał z chrzęstem palce, uderzył trzy septymowe akordy, wykonał mały pasaż i zaczął grać klasyczny jazz nowoorleański. Najpierw szybko, potem coraz wolniej. Po chwili przeszedł płynnie do improwizacji w stylu cool. Gdyby nie mój brat, nigdy bym tych rzeczy nie wiedziała.

Wstał i ukłonił się. Rozległy się brawa.

- Palce odwykają, jak się nie gra codziennie - oznajmił Antek i podszedł do stołu, dając znak, by wszyscy usiedli do ciasta. - A ja tylko taki niedzielny grajek. Poza tym, faktycznie, instrument trochę niestrojny.

Mama zaczęła rozlewać herbatę.

- Ty pięknie gra, Antonio - stwierdził Giulio. - By mogłeś grać u nas w ristorante, w Torino.

Antek roześmiał się gorzko.

- To się ze mną ożeń, zamiast z Irminą - zaproponował.

Jednym nieopanowanym żartem wywołał zasadniczy temat spotkania. Ojciec zaśmiał się krótko i natychmiast spoważniał. Inni zamilkli. Giulio poczuł, że musi zabrać głos. Mama tymczasem rozdzielała szarlotkę.

Kiedy każdy miał już na talerzu swoją porcję, mój prawie narzeczony wstał i oznajmił:

- Bene, ja powie. Ja chcę ożenić z Irma.

Powiało chłodem. Wszyscy czekali, jak na to oświadczenie zareaguje ojciec.

- Niech pan siada, młodzieńcze - powiedział, pokazując dodatkowo ręką, co Giulio ma zrobić. Ten usiadł. - Spróbujmy szarlotki. Moja żona bardzo się starała. - Odkroił łyżeczką kawałek ciasta i przeniósł go do ust. - Papierówka - powiedział. - We Włoszech takich jabłek nie macie.

- Proszę? - zapytał Giulio i spojrzał na mnie. - Co nie macie? Matrimonio nie macie?

- Di mele - wyjaśniłam, pokazując ciasto. - Jabłka.

Giulio spróbował kawałek.

- Smakuje bardzo - oznajmił.

- Pan oczywiście, jako Włoch, jest katolikiem? - zwrócił się do niego ojciec.

- Ja? - Giulio spłoszył się. - Chiaro, ja był o... okrz... no, jak to mówić? Powiem jak włoski. Fui battezzato.

- Jest ochrzczony - przetłumaczyłam, choć tylko Antek mógł nie zrozumieć.

- To rozumiem - rzekł ojciec. - Ale czy pozostał katolikiem. Z postępową młodzieżą różnie bywa.

- Ja bardzo szanuje la Chiesa i Santo Padre - oznajmił znowu Giulio.

- ...i wezmę ślub w kościele?

- Dlaczego nie? Ja mówił Irma, że w Italia my w chiesa robimy nasze matrimonio.

Ojciec wbił w niego wzrok.

- A dlaczego nie w Polsce?

- Ja tak myśli... - Giulio zaczął się gubić. - Ja tu nie ma certificato de battesimo. Jak to jest?

- Świadectwo chrztu. Można przysłać pocztą, prawda?

Giulio zmarkotniał, ja pobladłam. Antoni odchrząknął, jakby chciał coś powiedzieć.

- Wie tata, jak długo by to szło? - rzucił pytanie, bawiąc się łyżeczką. - Dwa tygodnie w jedną stronę, dwa tygodnie w drugą. I ten ubek - wskazał brodą ścianę - od razu by o wszystkim wiedział. Nie wie tata, jak było z listami ze Szwajcarii?

- Tyle czasu możemy chyba zaczekać - uznał ojciec.

- A gdzie Giulio miałby się podziewać przez ten czas? - jęknęłam. - Gdzie mieszkać?

- No, moi drodzy! - Ojciec odłożył łyżeczkę, aż ta brzęknęła, uderzona o talerzyk. - Ślub to nie są żarty. Musicie się na coś zdecydować. I albo wziąć na siebie wszystkie trudy, albo nie wiem co. Dać sobie spokój.

- Przecież... - Antoni pochylił się nad stołem, podpierając się łokciem. - Tata posłucha. Przecież Giulio ma poważne zamiary. Naprawdę chce się ożenić z moją siostrą. I zrobi to, jestem pewien, po bożemu, w kościele, ale u siebie, we Włoszech. A ten ślub u nas w urzędzie ma być tylko po to, żeby mógł legalnie, formalnie wyjechać z żoną za granicę, prawda?

Giulio i ja zgodnie kiwnęliśmy głowami.

- Nie podoba mi się to - oznajmił ojciec. - Ale wy, młodzi, teraz mądrzejsi chcecie być od wszystkich. Wszystko przewracać do góry nogami. Nowy ład budować. Żebyście się przypadkiem nie poparzyli.

Patrzyłam tępo w stół, dziobiąc ciasto łyżką. Giulio z tonu rozmowy domyślał się, że nie wszystko idzie po jego myśli. Antoni jednak nie załamywał się.

- Czyli tata zgadza się? - zapytał otwarcie.

- Swoje zdanie powiedziałem - odrzekł ojciec. - A czy się zgadzam, czy nie? Zapytaj matkę, co o tym myśli.

- Mamo, co mama powie?

Mama ułożyła dłonie na stole.

- Żeby tylko jakichś kłopotów z tego nie było - powiedziała.

- Czyli mama też się zgadza - wywnioskował Antoni. - No, teraz wasza kolej - zwrócił się do mnie.

- Dziękuję - bąknęłam.

- Ej tam, co za dziękuję? - zirytował się brat. - Giulio, wstań - polecił, a gdy ten powstał, dodał: - A teraz będziesz powtarzał za mną, rozumiesz? Repete. Da capo al fine - posłużył się nowym terminem muzycznym. - Od początku do końca. Capice? - Giulio potwierdził, że rozumie. - Mów więc: Szanowni rodzice, kocham waszą córkę i proszę o jej rękę.

Kiedy Giulio skończył, powtarzając po dwa słowa, prychnęłam, ale bez złości:

- Dobre sobie. Chyba najpierw mnie powinien poprosić.

- Siostra, nie utrudniaj - skarcił mnie Antoni. - Ty już się zgodziłaś. Prośba była skierowana do rodziców. Czekamy na odpowiedź.

- Antek, nie rób sobie żartów - równie karcącym tonem odezwał się ojciec. - Nie mówimy o pójściu na szkolny bal z kolegą, tylko o całym życiu twojej siostry.

- Też ja tak to traktuję - odparł Antoni. - Myśli tata, że nie zależy mi na jej szczęściu? Przepraszam, jeśli za bardzo się wtrącam, ale myślę, że musicie coś postanowić. Dzisiaj, zaraz.

- A ja myślę, że nic nie musimy - odparował ojciec. - Może najpierw Irma powie, jak to sobie wyobraża. Gdzie zamieszkają, po tym niby ślubie.

- Tato, oni wyjadą - upierał się Antoni.

- A zanim wyjadą? I nie mów za siostrę.

- No cóż - zaczęłam. - Jeszcze o tym nie myślałam.

- A należało pomyśleć - uczepił się ojciec nowej przeszkody.

- Na te parę dni? - wtrącił się Antoni. - Mogą chyba zamieszkać u nas.

- Antek, Irma nie potrzebuje adwokata! - upomniał go znowu ojciec. - Mógłbyś na chwilę zamilknąć? Powiedzmy sobie jasno: po takim ślubie u nas zamieszkać razem nie mogą.

- Ojej, najwyżej Giulio zamieszka ze mną w jednym pokoju - wypalił Antek, mimo ojcowskiego nakazu, by milczał.

- O, i to jest jakieś wyjście - rzekła pojednawczo mama.

Ojciec z hukiem postawił szklankę na spodku.

- Widzę, że wszyscy uknuliście tu jakiś spisek! - prychnął zły. - W takim razie czemu pytacie mnie o zdanie?

- Tatku drogi - rzekłam łagodnie. - Nic nie uknuliśmy, a zdanie taty jest dla nas bardzo ważne.

- Pod warunkiem, że jest zgodne z waszym - odciął się ojciec. Wstał gwałtownie od stołu. - Przepraszam, muszę zapalić.

Podszedł do okna i, zapatrzony w dal, przypalił sobie papierosa.

Ja też wstałam i ostrożnie podeszłam do ojca.

- Tato - rzekłam, ale nie wiedziałam, co mówić dalej.

Ojciec wydmuchnął dym i pokręcił głową.

- Najpierw Sabina, teraz ty, a jeszcze wcześniej matka Sabci, moja siostra. Czemu wszystkie młode kobiety uciekają z tego domu?

- Nie uciekam - szepnęłam stropiona. - Kocham was, tylko...

- Wiem, wiem. Taka jest kolej rzeczy. Pewnego dnia przychodzi ten ktoś i zabiera córkę z domu. Tylko dlaczego już, tak szybko?

- Tato, tak się złożyło. Jeśli wyjedzie, więcej go nie zobaczę, ani on mnie.

- Podobno się kochacie - rzekł ojciec z wyrzutem. - A miłość, jeśli jest mocna, prawdziwa, wiele przeszkód potrafi pokonać.

- Pewnie ma tata rację. Nikt tego nie wie lepiej od taty. Ale może my nie musimy wystawiać się na próbę, jeśli jest inna możliwość? Czy musimy zaraz odgrywać grecką tragedię?

Ojciec cały czas patrzył w okno. Teraz odwrócił głowę ku mnie. Uśmiechnął się nieznacznie.

- Moja mała mądralińska - rzekł i zaraz spoważniał. Westchnął. - Jest jeszcze coś, o czym koniecznie muszę ci powiedzieć. Wyjdźmy na zewnątrz.

Przeprosiliśmy pozostałych i pod pretekstem, że musimy porozmawiać na osobności, przeszliśmy na werandę. Ale i tam ojciec nie czuł się pewnie. Zeszliśmy więc do ogrodu i poszliśmy w kierunku młodego lasku wyrastającego na działce obok willi.

- Znasz historię Moreny, prawda? - zaczął ojciec, pewny, że teraz nikt nas nie podsłucha. - Nie chcę ci jej opowiadać, nie ma zresztą teraz na to czasu. Od początku, od jej wybudowania, była w rękach Ludwigów. Twój dziadek...

- Tato, wiem!

- No właśnie. I jego życzeniem było, żeby tak pozostało. Najlepiej na zawsze.

- Ale przecież już nam ją zabrali. Upaństwowili. Biernatowie mieszkają na tych samych prawach, są lokatorami. Prawnie to nie jest nasz dom. O co więc chodzi?

- I tak, i nie. Zarządza gromadzka rada, ale my jesteśmy gospodarzami posesji, nie oni. Właśnie o tym chcę mówić. Wspominałem wczoraj, że przed waszym przyjazdem Biernat był u mnie.

- Tak, pamiętam. Antek też wspominał, ale nic więcej nie powiedział. Czego chciał?

- Otóż Biernat... Jak ci to powiedzieć?

- Zwyczajnie, tato.

- Mówiąc wprost, on szykuje się do przejęcia całej willi.

Poczułam napięcie mięśni twarzy.

- Chce nas wyrzucić? Nie wierzę.

- Niezupełnie. Tego zrobić nie może. Ale...

- Tato, niech tata mówi otwarcie. Co za świństwo szykuje. Jestem dorosła.

- Ba, gdyby i on mówił otwarcie, byłoby prościej. Ale to spryciarz, lawirant, przebiegły lis. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę lat temu bawiliście się razem u nas w stołowym. Co prawda już wtedy... - Znowu utknął. - Nie bez powodu poszedł do pracy w UB. Otóż pozwolił mi wywnioskować ze swoich niejasnych słów, że gdyby kiedyś został twoim mężem, wspólnie moglibyśmy zadbać o los tego domu, bo wszystko by zostało w rodzinie.

Poczułam przyspieszone bicie serca. Zaniemówiłam na sekundę. W końcu wypaliłam:

- Tadeusz? Chciałby ożenić się ze mną? Oszalał chyba.

- Nie, dziecko, a jeśli nawet, w tym szaleństwie jest metoda, jak napisał Szekspir. Nie mówił wprawdzie o ożenku, nie poprosił o twoją rękę, jeśli o to ci chodzi, nie wspomniał nawet o tobie. Rzucił tylko coś takiego: Z takim teściem, jak pan, to moglibyśmy ho, ho, niejedno. Reszty miałem się domyślić, bo szybko zmienił temat, zaczął gadać, że przy jego możliwościach moglibyśmy jakiś remont załatwić, całej willi oczywiście, nie tylko ich części, ale taka hojność, jak miałem wywnioskować z jego słów, musi mieć jakiś cel, jakieś uzasadnienie. I tak dalej.

- A więc to dlatego pomógł mi dostać się na studia! - rzuciłam, jakbym odkryła Amerykę. - Niekoniecznie z przyjaźni. I dlatego śledzi mnie i Giulia.

Ojciec pokiwał głową.

- Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Chciałbym, żebyś dobrze zrozumiała moją decyzję w waszej sprawie - powiedział tonem, który wyrażał jednocześnie prośbę i żądanie. - Jeśli wam pomogę ze ślubem, tobie i temu narwanemu chłopakowi, to nie dlatego, że wasz szalony pomysł mi się podoba, bo nie podoba mi się, ale żeby...

- Żeby mnie chronić przed Tadeuszem?

- Żeby nas wszystkich chronić. Całą rodzinę.

- A co będzie z Moreną?

- Bóg jeden raczy wiedzieć. Moja siostra jeszcze przed wojną zniknęła z panem artystą, nie wiadomo, czy żyje, jej dziecko, które wychowaliśmy jak córkę, uciekło od nas, brat mój pewnie zamęczony w ubeckim więzieniu, teraz moja własna córka chce zbiec do Włoch.

- Tato, nie chcę zbiec. Poza tym ma tata jeszcze syna.

- Antoś? Też ucieknie za granicę przy pierwszej lepszej okazji. Ma naturę dziadka. Przedsiębiorczy, ale artysta. Dobry chłopak, lecz myśli głównie o sobie. Cóż, artyści tacy już są, nic na to nie poradzisz. Mam nadzieję, że ten twój Giulio nie jest z tego gatunku.

- Nie wygląda na takiego. Chociaż co ja o nim wiem? Znamy się dopiero drugi tydzień.

- Otóż to, moje dziecko, to mnie najbardziej martwi! Nic o nim nie wiesz. Ale cóż poradzisz, rozum mówi ci jedno, a serce drugie. I to drugie bierze górę.

- Wiem jedno, kocham go! - wyznałam z pasją.

- Hm - mruknął ojciec, zastanawiając się nad czymś. - Dam ci adres kuzyna w Szwajcarii. Co prawda nie pisujemy już do siebie, ale mam nadzieję, że jest aktualny. Jeśli okaże się, że twój raj, do którego dążysz, to piekło, uciekaj. Taki ślub da się unieważnić.

- Tato!

- No co takiego? Zasady zasadami, ale trzeba też myśleć racjonalnie. - Na chwilę zapadło milczenie. - Tylko Moreny mi szkoda. Dobrze, że dziadek tego nie dożył.

Rzuciłam się ojcu na szyję, lecz zaraz go puściłam.

- Antek na pewno nie pozwoli, żeby Biernatowie... - stwierdziłam, nie kończąc.

- Już ci powiedziałem. Zobacz, gdzie twój brat jest myślami, a usłyszysz odpowiedź.

- Jeśli i on wyjedzie, to ja kiedyś wrócę i zajmę się willą. Z Giuliem.

Ojciec zaśmiał się cicho.

- Wiem, chciałabyś dobrze. Tak właśnie manifestuje się młodzieńczy idealizm.

- Naprawdę, tato! Obiecuję. Jeśli Antek nie zostanie z wami.

Zawróciliśmy do domu. Spostrzegliśmy, że cała trójka, którą zostawiliśmy w willi, stoi teraz na werandzie i macha do nas rękoma. Odpowiedzieliśmy im tym samym.

- Wie tata, jedno mnie dziwi - powiedziałam, nim dało się z werandy usłyszeć, o czym rozmawiają. - Ten Tadeusz. Dlaczego tacie to powiedział? Dlaczego zdradził się ze swoich planów? O co mu chodzi? Mógł przecież spokojnie czekać, jak pająk na swoją ofiarę, aż skończę studia.

- Trafne pytanie, godne przyszłego inżyniera. Myślę, że to jego największy błąd. Zobaczył konkurenta w chłopaku u twego boku i poczuł się zagrożony. Poniosły go emocje. Liczył się z tym, że takie osoby przy tobie się pojawią, lecz nie sądził, że to może stać się już, tak szybko.Postanowił nam obojgu pogrozić, ale nie otwarcie, tylko aluzyjnie, poprzez niedopowiedzenia. Z drugiej zaś strony Antoś twierdzi, że zwierzchnicy wysłali go na szkolenie do Moskwy, czy gdzie tam. A kto, jeśli nie tajna policja jest najlepiej zorientowana w tym, co podskórnie dzieje się w państwie? Może ta jego chęć zawładnięcia całą Moreną to zapowiedź czegoś nowego? Może oni wiedzą coś, czego my jeszcze nie wiemy? W tej sytuacji dziękujmy Bogu, że wykazał się niecierpliwością.

- Co zrobi, jak się dowie, że wychodzę za Giulia?

- Tego nikt z nas nie wie.

Doszliśmy do werandy.

- I jak? - zapytał od razu Antoni. - Jest porozumienie?

Nasze uśmiechnięte twarze musiały mu wystarczyć za odpowiedź.

Rozdział 4

Nie ruszałam się dłuższą chwilę. Na granicy snu i jawy, nie otwierając oczu, próbowałam uświadomić sobie gdzie się znajduję i dlaczego akurat tu. Leżałam w obcej pościeli, w samej bieliźnie. Prawdopodobnie w pojedynkę, choć nie ruszając się, trudno było to stwierdzić, w każdym razie nie wyczuwałam w pobliżu niczyjej obecności. Głowa mi nieco ciążyła. Gdybym spała z koleżanką z akademika, jak to niejeden raz się zdarzało, miałabym na sobie jej nocną koszulę, tymczasem na gołym ciele czułam tylko prześcieradło i powłokę.

Nagle wydarzenia poprzedniego wieczoru przemknęły przez moją głowę jak błyskawica. Giulio! Leży obok? Raczej nie, usłyszałabym przecież jego oddech. Czyżby zostawił mnie samą? Nie sprawdzając tymczasem niczego, dalej leżałam z zamkniętymi oczami.

Poprzedniego wieczoru, ledwie zjawiliśmy się w akademiku, otoczyła nas hałaśliwa gromada Włochów, i nim zdążyliśmy cokolwiek wyjaśnić, wciągnięci zostaliśmy do wspólnej zabawy. A kiedy w atmosferze wesołości Giulio poinformował głośno szefa grupy, że zamierza ożenić się z tą tu dziewczyną, czyli ze mną, emocje sięgnęły szczytu. Nikt nie brał jego słów na serio, ale z radością przyjęto je jako powód do dalszego imprezowania. Znalazło się nagle nie wiadomo czemu dotąd nie wypite włoskie wino, każdy wyciągnął co miał do zjedzenia, i tym sposobem urządzono nam wieczór zaręczynowy. Na koniec szalonej, spontanicznej imprezy, wylądowaliśmy z Giuliem w pokoju dziewcząt. Szumiało mi w głowie, wina było chyba za dużo, całowaliśmy się, to pamiętam. Czy ktoś był jeszcze? Były jakieś pary, jacyś znajomi z widzenia, i obcy, pierwszy raz spotkani. Giulio zaklinał się, że naprawdę się żeni, ja plotłam coś po włosku, tak mi się przynajmniej wydawało. Na koniec wszyscy gdzieś zniknęli, zostaliśmy tylko my dwoje.

Uniosłam lekko powieki. Widniało. Otworzyłam oczy i powiodłam nimi wokół, nie ruszając głową. W kilkuosobowym pokoju z piętrowymi łóżkami zdawałam się być sama. Podniosłam się lekko. Zaskrzypiała sprężyna. Moja sukienka i reszta odzieży leżały ułożone na nocnej szafce obok łóżka. Usiadłam i na nic nie zważając, zaczęłam szybko się ubierać. Wtedy ktoś poruszył się na leżu nade mną. Z górnego łóżka wychyliła się czarnowłosa dziewczęca głowa.

- Buongiorno - przywitała się. - Sono Marina.

- Dzień dobry - odrzekłam i wymieniłam swoje imię.

Wstałam i sięgnęłam po swoją sukienkę. Rozglądałam się dość niepewnie. Spojrzałam na zegarek. Minęła godzina ósma, niewiele czasu zostało na zjedzenie śniadania. Marina uśmiechała się.

- Tutto bene? - zapytała.

Wszystko dobrze, oczywiście. Potwierdziłam uśmiechem. Nie czułam się jednak specjalnie komfortowo.

- A Giulio? - rzuciłam. - Gdzie?

- Il ragazzo - stwierdziła Marina. - On chłopak - dodała z trudem po polsku i roześmiała się. - Tu nie wolno.

- Ale wczoraj tu był - zaczęłam, a widząc, że Marina nie rozumie, rzekłam to samo po włosku, jak mi się zdawało.Dziewczyna zeskoczyła z góry na podłogę i zaczęła coś szybko tłumaczyć w swoim języku, na co rozłożyłam ręce. Dałam jej do zrozumienia, że mówi za szybko i przy tym tempie mówienia ja nic nie pojmuję. - Wolniej. Piu lentamente.

Marina narzuciła na siebie koszulę. Machnęła ręką, lekceważąc to, co dotąd powiedziała.

Oznajmiła po włosku, że idziemy do łazienki, po czym pokazała, którędy należy iść, co zrozumiałam bez problemu.

Znałam dobrze ten akademik, nie musiałam więc błądzić po korytarzu w poszukiwaniu ubikacji czy umywalni. Dom studencki opustoszał, bo większość gości festiwalowych zdążyła już wyjść na posiłek poranny. Po korytarzu kręcili się nieliczni maruderzy. Widocznie Marina specjalnie została, żeby mi towarzyszyć, gdy się w końcu obudzę. Pomyślałam, że właśnie to chciała mi przed chwilą wytłumaczyć. Ale co z Giuliem?

Dzięki temu, że przed wyjściem z domu wrzuciłam do swojej torebki podstawowy zestaw higieniczny i zapasową bieliznę, mogłam teraz szybko wykonać poranną toaletę. Kiedy wyszłyśmy na korytarz, Marina z powrotem zaprowadziła mnie do pokoju.

- I co teraz? - zapytałam i powtórzyłam to samo po włosku.

- Czekamy - odrzekła Marina. - Tak mówi polski?

Łamiąc język, próbowałam dowiedzieć się czegoś o nich obojgu: Marinie i Giuliu - jak długo się znają i co ich łączy. Okazało się, że nie znali się wcześniej, a poznali się przy okazji wyjazdu na festiwal, jak większość osób z ich grupy.

Nie czekałyśmy długo. Nie minął kwadrans, jak w drzwiach stanął uśmiechnięty Giulio. W ręku trzymał papierową torbę.

- Wita moja żona! - zawołał. - Ja mam twoja śniadanie. I dla Marina. - Postawił torbę na stoliku, podszedł do mnie i objął mnie mocno. - Teraz ja twoja mąż.

Pozwoliłam się pocałować, po czym lekko go odepchnęłam.

- Nie żona, nie mąż - zaprotestowałam. - Nie było ślubu.

- Ale będzie - oznajmił. - Marina sera il nostre testimone. Jak po polsku? Taki persone do ślub, dwa testimone.

- Świadek? Marina będzie naszym świadkiem?

- Si, si! - zawołał Giulio. - Ja tak nie powie, trudne. Szi-wy-ja-dek?

Marina roześmiała się. Zaproponowała, że zaparzy w kuchni kawę przywiezioną z Włoch. Niewiele już jej zostało, ale na trzy filiżanki miało wystarczyć. Kiedy wyszła, Giulio znów zabrał się do całowania. Szybko wyzwoliłam się z jego ramion.

- Co przyniosłeś? - zapytałam i zajrzała do torby.

Zobaczyłam bułki i kromki chleba z masłem przełożone plasterkami kiełbasy oraz sera.

- Co jest w stołówka - odrzekł. - Ty jada.

Sięgnęłam po jedną z bułek i ugryzłam kęs.

- Wiesz, wczoraj wieczorem... - powiedziałam, nie przestając gryźć.

- Ty nic nie mówi - przerwał Giulio. - Cudowny wieczorem.

Odwróciłam się do niego bokiem, żeby nie patrzył mi w oczy.

- I co teraz będzie? - zapytałam.

- Ja mówi dużo razy, a ty nie słucha. Matrimonio. Idziemy do uffizie, taki biuro...

- Urząd - poprawiłam go. - Urząd stanu cywilnego.

- To ja mówię. Urząd.

Wzruszyłam ramionami.

- Rodzice nie zgodzą się. Nawet gdyby byli zmuszeni, to ślub musi być w kościele. Urząd nie wystarczy.

- Ślub w chiesa? - zdziwił się. - W Polska trzeba matrimonio w chiesa, żeby paszport dawać? Nie rozumie.

- Pewnie, że nie rozumiesz. Mówię, że rodzice nie zaakceptują takiego ślubu, który tylko w urzędzie, bez księdza.

Twarz Giulia rozjaśniła się.

- Można w chiesa. Nie problema. W Italia. Tam każdy ślub w chiesa. I moja famiglia cieszy.

- Się. Rodzina cieszy się - poprawiłam go z irytacją w głosie, choć nie błąd językowy był powodem złości.

- Irma, cara mia - powiedział, ujmując moją lewą rękę, w której nie trzymałam bułki. - Ja uczę się polski i, ty wierzy, będę mówi dobrze. Dla moja Irma.

Wyrwałam dłoń.

- Giulio, nie o to chodzi. Mówisz pięknie i dużo rozumiesz. Sama nie wiem, jestem taka podminowana.

- Co to znaczy?

- No właśnie. Jak ci to wyjaśnić. Emocje, rozumiesz? To, co się wczoraj stało. Boję się, co teraz będzie. Capisco?

Ugryzłam ze złością przedostatni kęs. Giulio znów mnie objął.

- Ty nie boi się. Ja tu jestem. Twój difensore.

Wzruszyłam się, choć ostatni kawałek bułki utrudniał mi odwzajemnienie uścisku. Przełknęłam. Czułam się jak na huśtawce emocji. Nagle złość przeszła w czułość. Poczułam wilgoć w oczach.

- Dla każdej dziewczyny jesteś taki dobry, mój obrońco? - zapytałam z przekorą.

Puścił mnie.

- Jak kocha, dla każda - stwierdził butnie.

- A Włoszki żadnej nie kochasz?

Patrząc mi poważnie w oczy, oznajmił z powagą:

- Teraz ja kocha tylko jedna Polka.

- Aha, tak mówisz. A moja babcia powtarzała, że Włosi to urodzeni kłamcy - odrzekłam z uśmiechem, przełykając już tylko łzy wzruszenia, po czym wsunęłam do ust ostatni kawałek bułki. - A ona już znała się na was.

Giulio z błyskiem w oczach chciał gwałtownie zaprotestować, ale właśnie rozległo się pukanie do drzwi. Weszła Marina z niedużym dzbankiem. Zapachniało prawdziwą kawą. Zapach ten kojarzył mi się z wielkim świętem w domu, kiedy trzy czy cztery razy przyszły paczki od kogoś ze Szwajcarii, i przez kilka tygodni, aż do wyczerpania zapasu, dom pachniał jakoś szczególnie. Jako dziecku kawy mi oczywiście nie podawano, a kiedy mogłam już raczyć się kofeiną, paczki się skończyły. Raz jeden Antek namówił mnie w konspiracji do wypicia kilku łyków lury, którą pod nieobecność dorosłych sam zaparzył ze zwietrzałych resztek, ukrytych w sobie tylko znanym miejscu. Miałam wtedy niecałe trzynaście lat i poczucie wtajemniczenia w świat z bajki za siedmioma górami. Antek mówił, że to świat za żelazną kurtyną i że on sam kiedyś do niego dołączy.

Marina postawiła dzbanek na stoliku. Zajrzała do dwóch szafek. Wyciągnęła z nich trzy fajansowe kubki mające teraz pełnić rolę filiżanek. Każdy z nich napełniła kawą do połowy.

- Prego - zachęciła do picia.

Giulio sięgnął po kubek pierwszy. Wypił szybko kilka łyków. Westchnął głęboko.

- Aaaa! - jęknął z rozkoszą, wydychając powietrze. - Italia. - Uniósł oczy ku górze. - Na stołówka też kawa, ale...

Zamiast dokończyć, pokręcił głową.

- Zbożowa - dokończyłam. - Wszyscy tu taką pijemy.

Ostrożnie wypiłam pierwszy łyk, delektując się smakiem. Potem łyknęłam drugi. Kawa, jaką można było dostać w kawiarni, nawet w połowie nie była tak intensywna w smaku.

Marina zajrzała do papierowej torby, sięgnęła po drugą bułkę i bez słowa zaczęła ją zjadać. Najpierw popijała posiłek delikatnie, powoli, po czym, zjadłszy całą bułkę, opróżniła kubek kilkoma dużymi łykami.

Giulio tylko popijał, raz wtrącając coś po włosku, raz po polsku. Złożoną z dwóch kromek chleba kanapkę wręczył mi. Kiedy mówił do Mariny, z potoku słów wydobywałam jedynie pojedyncze znane mi słowa, gdy dziewczyna mu odpowiadała bądź sama o coś pytała, było jeszcze trudniej. Czułam się wtedy wśród nich niepewnie i obco. Tamci tak dobrze się rozumieli. Jak ja miałabym poradzić sobie teraz we Włoszech ze swoją znajomością języka? Kim bym tam była? Stałabym się całkowicie uzależniona od Giulia. Ale on jest taki czuły i dzielny, na pewno nie zechce mnie skrzywdzić, pomyślałam.

Musiałam przyznać, że jestem w nim zakochana po uszy.

Po śniadaniu Giulio sięgnął po papierosy. Chciał poczęstować Marinę, ale ta odmówiła. Przeczesała grzebieniem niezbyt długie czarne włosy, przygładziła palcem brwi, pociągnęła szminką usta i, zarzuciwszy na ramię torebkę, oznajmiła, że musi już iść, bo na nią czekają. Zamierzała zostawić nas samych.

- Momento! - powstrzymał ją Giulio, przypalając sobie jednocześnie papierosa.

Okazało się, że wybiera się razem z nią, byli przecież z jednej grupy narodowej. Ja natomiast, żeby nie narazić się na gniew Anki, powinnam dołączyć do swoich. Giulio spojrzał na zegarek.

- Za trzy godziny spotykamy przy ten pałac - przypomniał. - No wiesz, stazione, gdzie pociąg, ten pan, co ring - tłumaczył, pokazując na palcu miejsce na obrączkę. Na koniec oznajmił, że teraz idziemy na przystanek autobusowy całą trójką.

Dojechaliśmy do śródmieścia, gdzie kręciło się już sporo młodzieży z sześciu kontynentów. Jedni ubrani po europejsku, inni w egzotycznych strojach narodowych. Szczególnie ci z Afryki, w długich powłóczystych szatach i z turbanami na głowach, budzili zainteresowanie przechodniów. Większość pojedynczo, parami i w większych grupach ciągnęła na Stare Miasto, gdzie miał się odbyć festyn z udziałem przodowników pracy.

- Ja muszę najpierw tramwajem na politechnikę - oznajmiłam. - My tam się spotykamy.

- A może nie? - Giulio powstrzymał mnie. - Ty idzie z nami, do parka, tam italiani potykają.

- Spotykają się - poprawiłam go. - Nie mogę. Anka sprawdzi, czy jestem na zbiórce. Jeśli mnie nie znajdzie, będzie zła. Zobaczymy się na Rynku.

Pożegnałam się i poszłam w kierunku przystanku tramwajowego przy Marszałkowskiej. Po kilku metrach zatrzymałam się i popatrzyłam na oddalającą się parę Włochów. A jeśli Giulio i Marina to nie tylko przygodni znajomi? Tak do siebie pasują! Na pewno nic ich nie łączy? Zazdrość! Nic nie mogłam poradzić. Pal licho Ankę. Podbiegłam do nich i oznajmiłam, że jednak dołączę w Ogrodzie Saskim do grupy włoskiej, a potem poszukam swoich. Tylko niech wytłumaczą mnie przed przewodniczącą. Marina uśmiechnęła się, a Giulio chwycił mnie w ramiona i uniósł tak, że moje stopy straciły łączność z ziemią.

- Giulio, wariacie! - wrzasnęłam. - Puść mnie natychmiast!

Postawił mnie ostrożnie na chodniku.

- Andiamo! - zarządził.

Przeszliśmy we trójkę kilkaset metrów do miejsca zbiórki kilkunastu Włochów. Ci urządzili nam natychmiast owacyjne powitanie. Wczorajsze zapewnienie Giulia, że wkrótce ożeni się ze mną, musiało jeszcze brzmieć im w uszach, choć pewnie dalej traktowali je jako rodzaj specyficznego żartu.

Na rynku Starego Miasta stała już zbita z desek scena, a rozstawione w wielu miejscach głośniki eksplodowały taktami pieśni sławiących pracę, odbudowę i wspaniałą przyszłość. Fronty kilku niedokończonych kamieniczek przykrywały portrety Stalina i Bieruta, na mniejszych stelażach rozmieszczono podobizny przodowników pracy z informacjami o przekroczonych przez nich normach i pobitych rekordach w układaniu cegieł czy wydobyciu węgla. Dla najważniejszych gości festynu rozstawiono przed sceną krzesła. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Ruch regulowały posterunki milicyjne rozstawione w uliczkach dochodzących do rynku.

Rozglądałam się za swoją grupą, ale nigdzie nie mogłam jej dojrzeć. Zostawiłam Włochów i zaczęłam kręcić się po Rynku. Krzesła w pierwszym szeregu poczęły się zapełniać, dochodziło coraz więcej grup i grupek w różnych strojach, a Anki wciąż nie było. Kiedy tak się rozglądałam, w pewnej chwili wydało mi się, że u wylotu uliczki prowadzącej ku Wiśle widzę Tadeusza Biernata. Żeby się przekonać, czy to na pewno on, zrobiłam kilka kroków w jego kierunku, ale w gęstniejącym tłumie szybko straciłam go z oczu. Gdy tak stałam zdezorientowana, ktoś zawołał mnie po imieniu. Odwróciłam głowę. Natychmiast poznałam znajomą twarz.

- Jesteś! - powiedział kolega z grupy. - A myśmy na ciebie czekali na politechnice. Anka zła na ciebie i...

Nie musiał kończyć. Przewodnicząca stała trzy metry od niego. Jej mina mówiła wszystko.

- Irma! - zawołała. - Kolektyw stracił przez ciebie pół godziny. - Jak się wczoraj umawiałyśmy? To jest niepoważne i przede wszystkim niekoleżeńskie, co zrobiłaś. Już drugi raz.

- Przepraszam - bąknęłam skruszona. - Nie sądziłam, ze będziecie na mnie czekać.

- Zawiodłaś nas! - oznajmiła Anka oschle. - Jeśli to amory przeszkadzają ci w wypełnianiu obowiązków delegata, to... - Chciała coś palnąć, ale powstrzymała się. - To sama wiesz, co. Ja, jak widzisz, jestem na posterunku.

Stanęłyśmy naprzeciw siebie. Ona w odprasowanej organizacyjnej bluzie, ja we wczorajszej letniej sukni.

- Ale w czym rzecz? - Udawałam, że nie wiem, o co jej chodzi. - Z akademika miałam tu bliżej. Po co miałam jechać na politechnikę?

- Nie rozumiesz? - zdziwiła się Anka. W tym momencie z głośników popłynął głos konferansjera prowadzącego imprezę, który na razie wykonywał tylko próbę mikrofonu. - Naprawdę nie rozumiesz? - powtórzyła. - Muszę ci tłumaczyć, co znaczy kolektyw, jak komuś ideowo nieuświadomionemu? Jakie to ważne zademonstrować jedność, zwłaszcza przed towarzyszami radzieckimi?

- Czyżby Jurij przyszedł z wami? - wyrwało mi się.

- Jurij przyszedł ze swoją grupą wcześniej - rzekła Anka dobitnie, prawie obrażona. - Jeszcze tego brakowało, żeby i oni na ciebie czekali.

- I co teraz będzie? - spytałam stropiona, bo mogłam spodziewać się najgorszego. Moje słowa zmieszały się z gorącym powitaniem prowadzącego, któremu odpowiedziała owacja tłumu.

- Co będzie? - rzuciła Anka wprost do mojego ucha. - Nie wiem, kolektyw zadecyduje. Ale nie teraz. Na razie uczestniczymy aktywnie w festynie. Mam nadzieję, że rozumiesz.

Patrząc ponad jej głową, dostrzegłam niezbyt serdeczne powitalne gesty pozostałych członków naszej grupy. Byli pewnie na mnie źli. Odpowiedziałam im bladym uśmiechem.

Prowadzący witał dostojnych gości, wymieniając każdego po kolei z funkcji, stanowiska i nazwiska. Na koniec poprosił o zabranie głosu najważniejszego z nich. Przestałam słuchać. Szumiało mi w głowie. Narażenie się Ance osobiście oznaczało, że na najbliższym zebraniu organizacyjnym, zaraz po festiwalu, będę musiała mocno się tłumaczyć, dlaczego wyłamałam się z kolektywu, przyszłam na festyn sama, a właściwie z Giuliem, co na pewno ktoś mi wytknie, zmusi do złożenia samokrytyki, wypomni oczywiście także pochodzenie i indywidualizm, i nie wiadomo, czym to się skończy.

Wtem wszyscy zgromadzeni na staromiejskim rynku zaczęli bić brawo, więc i ja się przyłączyłam. Potem rozległa się muzyka na żywo, wykonywana na scenie przez grajków i śpiewaków. Ktoś nowy rozpoczął podniosły tekst o walce o pokój postępowych sił demokratycznych, o tym, że walka ta pod przewodnictwem partii toczy się na każdym odcinku, także w szkołach, uczelniach i zakładach pracy. I o bohaterach tej walki, którymi są przodownicy pracy, przekraczający każdego dnia normy, by w rezultacie dogonić i przegonić, i pokazać wrogom postępu, i dać świadectwo całemu obozowi pokoju i demokracji, któremu przewodzi nieugięty Związek Radziecki.

Miałam wrażenie, że znam już wszystkie te teksty na pamięć, tyle razy słyszałam je w radiu, na wiecach i zebraniach. Stojąc w tłumie i bijąc wespół ze wszystkimi brawo, więcej myślałam o tym, że najdalej za godzinę powinnam się stąd urwać, żeby zdążyć z Giuliem na stację śródmiejską, gdzie mieliśmy się spotkać z jakimś Waldziem z pociągu, niż o tym, co się dzieje na scenie. Drobnymi krokami zaczęłam przesuwać się w kierunku chodnika okalającego plac, a gdy w końcu dotarłam pod ściany kamieniczek, odwróciłam się i spacerowym wolnym krokiem poszłam ku ulicy Świętojańskiej, prowadzącej na Plac Zamkowy.

Nim doszłam do wylotu uliczki, natknęłam się na Jurija. Stał w otoczeniu kilku dziewcząt i coś im tłumaczył. Ujrzawszy mnie, uśmiechnął się, pomachał do mnie ręką, a na koniec wykonał gest przywołujący mnie do siebie. Szłam akurat w jego kierunku, nie mogłam więc go zignorować i ominąć.

- Dawajtie, paznakomties! - rzekł Jurij do mnie i do swoich koleżanek, z którymi chciał mnie poznać. Powiedział, że to jest Irmina z Warszawy, a to moje przyjaciółki z Moskwy. I dał wyraz zadowoleniu, że znowu się spotykamy. Na koniec rzucił w tonie wymówki: - Was żdali waszi tawariszczi.

Wiadomo, towarzysze czekali i się nie doczekali.

Ostatnią rzeczą, jakiej w tej chwili potrzebowałam, była rozmowa z delegatami radzieckimi o tym, dlaczego nie stawiłam się na zbiórkę na politechnice. Zwłaszcza że widziałam już Giulia idącego z przeciwnego kierunku. On też mnie spostrzegł. Przystanął niepewnie i czekał. Trzeba było szybko rozwiązać ambarans. Przywitałam się z Rosjankami i oznajmiłam Jurijowi, że rozmawiałam z Anką, a ona pytała o niego. Jednocześnie pokazałam ręką, gdzie może ją znaleźć. On natychmiast spojrzał w tym kierunku, a moskwiczanki popatrzyły na mnie z niechęcią.

- A mnie nada tam - oznajmiłam, pokazując kierunek przeciwny i nim ktokolwiek wpadł na pomysł, by mnie powstrzymać, szybko się oddaliłam. Nie było to uprzejme, ale skuteczne.

- Irma! - rzucił Giulio, kiedy przechodziłam obok niego, pewny, że go nie widzę.

- Andiamo - rzekłam, nie zmieniając kroku i nie patrząc na niego.

On natychmiast podążył posłusznie za mną. Dopiero przy Świętojańskiej przystanęłam.

- Scuzi - przeprosiłam za niezrozumiałe dla niego zachowanie. - Dużo znajomych.

- Ale...

Chciał pewnie dopytać o szczegóły, lecz ja, nie słuchając, co ma do powiedzenia, ujęłam go pod rękę i poprowadziłam ku przystankowi autobusowemu.

Ani na przystanku, ani w zatłoczonym autobusie nie rozmawialiśmy o celu naszej wyprawy. Dopiero przy wysiadaniu Giulio szepnął mi do ucha:

- Ja ma liri. Nie wie, ile trzeba. Dużo liri.

Przyłożyłam palec do ust, żeby już o tym zamilczał.

Rozdział 7

Niecierpliwie wyglądałam ojca, lecz on wciąż nie nadchodził. Umówiliśmy się w biurze Gromadzkiej Rady Narodowej w Kornelinie. Mieliśmy z samego rana załatwić termin ślubu, ale że ojciec był zmuszony najpierw pójść do szkoły i tam zwolnić się na godzinę, nie opuściliśmy domu razem. Ja wyszłam pół godziny później. Znałam urzędniczkę, która miała załatwić moją sprawę, lecz bez ojca nie chciałam zaczynać. Co chwila zapewniałam ją więc, że "tata lada moment nadejdzie".

Poprzedniego wieczoru postanowiliśmy, że nie wrócę z Giuliem do Warszawy, bo czas nagli i trzeba jak najszybciej udać się do urzędu. Wprawdzie Giulio też miał chęć zostać na noc w Morenie, lecz jego nieobecność w akademiku wzbudziłaby zbyt wielki niepokój, zgodził się więc z argumentacją, że powinien wrócić. Tym zaś, kto uda się wraz z nim w charakterze towarzysza podróży, pilnującego, by nie spotkała go jakaś niemiła niespodzianka, będzie Antoni. Obaj przyszli szwagrowie mieli przy okazji lepiej się poznać.

Antek wyjechał i do rana nie wrócił. Uprzedzał, że tak będzie. Prosto od kolegi w Warszawie miał udać się do swojego zakładu pracy.

Urzędniczka też już się niecierpliwiła.

- Panno Irmino, a jaką to sprawę macie do mnie? Może bez tatusia możemy zacząć? Jakieś zezwolenie potrzebne? - zapytała.

W jej biurze załatwiane były nie tylko sprawy cywilne, także kontraktacje i różne pozwolenia, toteż nie mogła się domyślić, z czym do niej przyszłam.

- Nie, nie, pani Helenko, zaczekam jeszcze chwilę - zaoponowałam. - Tata zaraz powinien nadejść. Ma teraz przerwę w lekcjach.

- Dobrze, to ja załatwię następnego petenta - zaproponowała urzędniczka. - A jak pan Ludwig przyjdzie, przyjmę was bez kolejki.

Zgodziłam się, ale kiedy po kolejnych pięciu minutach ojca nie było, a petent odszedł, zaczęłam jednak sama.

- Chodzi o to, pani Helenko, że ja mam taką sprawę. Może mi pani powiedzieć, jakie dokumenty są potrzebne do ślubu?

- O! A któż to od państwa wchodzi w związek małżeński? Brat? - Pokręciłam przecząco głową. - Pani może?

- No właśnie. Tak się składa, że ja.

Urzędniczka obrzuciła mnie spojrzeniem od stóp do głów, dłużej zatrzymując wzrok na moim brzuchu.

- A to niespodzianka - rzekła na koniec. - No więc, jeśli chodzi o ślub, to zwyczajnie, metryka i dowód osobisty.

- Tak, oczywiście. Z tym że jeśli pan młody, że tak powiem, jest obcokrajowcem, to jak?

- To pani ma takiego narzeczonego? - rzuciła urzędniczka zdziwiona i, obróciwszy się na krześle, jeszcze raz uważnie przyjrzała mi się. - Ho, ho! A skąd, jeśli można wiedzieć?

- Z Włoch. I właśnie, czy ta metryka jest niezbędna?

Ołówek kopiowy w urzędniczej dłoni zaczął stukać o blat biurka.

- Z Włoch, mówi pani. Czyli narzeczony jest Włochem. Pani zaczeka - poleciła pani Helenka.

Uniosła słuchawkę telefonu i zakręciła korbką. Za moment poprosiła o połączenie z osobą, którą wymieniła z nazwiska, ale ja jej nie znałam.

- Stasia? - zapytała po chwili, mówiąc do słuchawki. - Powiedz mi, kochana, taką rzecz. Jak obcokrajowiec chce się żenić u nas z Polką, to co musi przedstawić? No, zwyczajnie, chce zarejestrować związek w urzędzie... Nie, ja mam taki przypadek... Toć chyba powinnaś wiedzieć... Ale jak da taką metrykę po włosku, to co ja zrozumiem? Ba, w Warszawie, jak panna od nas, z Kornelina jest... Rozumiem, nie mieliście przypadku, a co ja mam powiedzieć? No, dobra, niech będzie. A u was jak tam, w porządku?

Wyglądało na to, że rozmowa przez telefon rozkręci się na dobre, lecz nim pani Helenka zaczęła opowiadać co u niej, w drzwiach pojawił się mój ojciec.

- Przepraszam - rzucił zdyszany. - Trochę się spóźniłem, ale musiałem porozmawiać ze znajomym, żeby zasięgnąć języka. Dzień dobry pani.

Urzędniczka natychmiast skończyła rozmowę i odłożyła słuchawkę.

- Dzień dobry - odpowiedziała. - Czegóż to ja się dowiaduję, proszę pana, że panna Irmina za mąż wychodzi? I to za kogo! Za obcokrajowca! Tego w Kornelinie dawno nie było.

- Tak, tak, tak - odrzekł pospiesznie ojciec, podchodząc bliżej barierki oddzielającej biurko od petenta. - Tak właśnie. I chodzi o to, znaczy o dokumenty tego obcokrajowca. Rozmawiałem w tej sprawie ze znajomym adwokatem z Warszawy i on właśnie uświadomił mi, że w tym wypadku wystarczy paszport i poświadczenie z ambasady w języku polskim.

- No ale skąd ja, dajmy na to, będę wiedzieć, że obywatel narzeczony nie ma już żony we Włoszech i nie zachodzi przypadek bigamii?

Spojrzeliśmy z ojcem szybko po sobie. Ojciec uniósł palec.

- Właśnie na tę okoliczność potrzebne jest zaświadczenie - oznajmił. - A ponadto oświadczenie osoby wstępującej, znaczy, w związek małżeński, że jest świadoma skutków i tak dalej. Wszystko to załatwimy, tylko proszę powiedzieć, czy za tydzień możemy z tym przyjść.

- Za tydzień? - zdziwiła się urzędniczka. - Ale państwu spieszno - rzuciła i znowu zerknęła na mój brzuch. Ojciec sięgnął do teczki trzymanej pod pachą. Pani Helenka otworzyła duży zeszyt w twardej oprawie. - Za tydzień, to za tydzień. Za wiele ślubów o tej porze nie mamy, ale żniwa się kończą, to niedługo się zacznie. Na którą godzinę by państwu pasowało?

- Może w samo południe? - zaproponowałam, a ojciec przytaknął. - To taka ładna pora.

- Może być w południe - uznała urzędniczka i sięgnęła po pióro. - Jak nazwisko narzeczonego?

Umoczyła stalówkę w kałamarzu. Wtedy poczuła ogarniającą mnie falę gorąca.

- Giulio - bąknęłam.

- Jak? - Kobieta za biurkiem zawahała się. - Dziuljo? Jak ja mam to napisać?

Zaczęłam literować, jednocześnie intensywnie myśląc, jak Giulio się nazywa. Słyszałam jego nazwisko kilka razy, ale jak się je pisze, nie byłam pewna.

- Giulio Padove - zaryzykowałam, ale zaraz spłoszyłam się. - Nie, nie, Pavoni.

- Pavone - poprawił ojciec, który na pewno już to sprawdził. - Tak przynajmniej się przedstawił - szepnął mi do ucha.

Kobieta odłożyła pióro.

- Może by się państwo na coś zdecydowali? - poprosiła zirytowana.

Ojciec wygrzebał z teczki tabliczkę czekolady "Jedyna".

- Pani Helenko, to dla pani, za przychylność - powiedział grzecznie, a gdy ta, uśmiechając się, zapewniała, że nie trzeba, wyciągnął rękę i położył czekoladę na biurku. Urzędniczka natychmiast schowała ją do szuflady. - Pani coś tam zaznaczy u siebie, a my jutro przyjdziemy z paszportem narzeczonego i spiszemy wszystko dokładnie, litera po literze, bo to, sama pani widzi, w obcych nazwiskach pomylić się łatwo, a problemów potem z tym, że hej. Może mieć tych imion więcej, a my ich wszystkich jeszcze nie poznaliśmy.

- No dobrze - zgodziła się udobruchana pani Helenka. - Tylko proszę być u mnie z samego rana.

- Można? - zapytał ktoś za ich plecami, wtykając głowę do pomieszczenia przez uchylone drzwi.

- Chwileczkę, chyba załatwiam, nie? - zawołała do niego pani Helenka. - Pan po kwit na węgiel?

- Nie, na wapno, byłem wczoraj i przedwczoraj.

- Aha, no tak, pan zaczeka, zaraz kończę. - Gdy mężczyzna zamknął drzwi, dorzuciła: - Widzicie państwo sami, ciągle ktoś coś chce. Co za ludzie.

- To my już idziemy, i jutro z rana wracamy. Do widzenia - powiedział ojciec i skierował się na korytarz.

- Do widzenia. O dwóch świadkach z dokumentami chyba nie muszę państwu przypominać? - zawołała jeszcze urzędniczka za nami.

- Oczywiście, pani Helenko, dziękujemy - odrzekł ojciec, otwierając już drzwi.

Przed budynkiem prezydium zatrzymaliśmy się na chwilę.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Rozdział 3

- Szkoda, że Antek nie zdążył. Na pewno polubiliby się z Giuliem - westchnęłam z żalem, gdy żegnałam się z rodzicami na stacji w Kornelinie przed powrotem do Warszawy.

- Będzie jeszcze okazja - odrzekł ojciec. - Może jutro?

Nadszedł moment na oznajmienie trudnej dla mnie prawdy.

- Dziś już chyba nie wrócę - oznajmiłam. Szczerze mówiąc, czekałam z tym oświadczeniem do chwili, gdy pociąg wtoczy się na peron, żeby za wiele nie tłumaczyć. Widząc niespokojne wzajemne spojrzenia rodziców, dorzuciłam szybko: - Kiedy dojedziemy, będzie za późno na powrót, poza tym za dużo by było tego podróżowania, jak na jeden dzień. Dwa razy tam i z powrotem? - Mimo wszystko tłumaczyłam się. - Przenocuję lepiej u koleżanki w akademiku. Od rana znowu mamy same spotkania, więc wiecie, jak to będzie. Najpierw Starówka, festyn z przodownikami pracy, potem sama już nie wiem, co.

- Uważaj tylko na siebie - rzekła mama z troską w głosie, jak to matki mają w zwyczaju.

- I słuchaj mamy - dodał ojciec.

Podziękował za wizytę i za stworzenie rzadkiej dla niego możliwości porozmawiania po włosku. Giulio na koniec, tuż przed wejściem do pociągu, oznajmił, bijąc się w pierś:

- Ja mówi serioso. Ja chce ożeni z Irma i jadę razem jak żona do Italia.

Ojciec pokiwał głową, uśmiechając się przy tym. Zanim Giulio wskoczył za mną na stopień wagonu, poklepał go po ramieniu.

- Jutro, młodzieńcze w gorącej wodzie kąpany - powiedział. - Pomyśl dobrze i powiedz to jutro.

- Jutro ja idę w Varsavia do takie biuro, gdzie matrimonio daje, anagrafe po włoski, nie wiem, jak polski, ja pyta gdzie to jest. Irma wie.

Mówił coraz szybciej, bo zawiadowca dał znak odjazdu i pociąg powoli ruszał. Mama milczała, ale z jej drobnych nerwowych ruchów dało się wyczytać, że to, co może się wydarzyć w związku z uporem Giulia, mocno ją niepokoi.

Giulio zatrzasnął drzwi wagonu i rozejrzeliśmy się za wolnym miejscem. Niestety, mimo wieczorowej pory, wszystkie ławki były zajęte. Pozostało stanąć w przejściu.

Tym razem nie odzywaliśmy się za wiele, aby nie ściągać na siebie uwagi pasażerów. Porozumiewaliśmy się jedynie spojrzeniami. Ty wariacie, mówiło moje spojrzenie, co narobiłeś! Dlaczego nie powiedziałeś tego najpierw mnie, na osobności? Giulio uśmiechał się. Taki jestem, zdawał się mówić, sypiąc iskry z oczu. Co w sercu, to na języku. Kocham i każdą przeszkodę pokonam. Choćby nie wiem co. Pokręciłam głową. I co teraz będzie? - zapytałam oczami. Dobrze będzie, odpowiedziały czarne źrenice Giulia. Tylko mi zaufaj. Ufam ci, wariacie, powiedziały moje oczy. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej i wsunęłam dłoń pod jego ramię. Staliśmy tak blisko siebie, kołysząc się w rytm stukotu kół pociągu, zastanawiając się, co będzie jutro.

Szybko jednak porzuciłam te rozważania. Zdałam się na los. Ten sam, który przez przypadek pozwolił mi poznać Giulia i sprawił, że dopadło nas obustronne zauroczenie. Obok nas przelewał się wielobarwny tłum gości z wszystkich kontynentów, którzy przyjechali na warszawski festiwal, młodych ludzi różnych kultur i języków, my zaś, jak zaślepieni, staraliśmy się każdą wolną chwilę spędzać z sobą, jakby nie bacząc na to, co się wokół nas dzieje. Szalone tempo wydarzeń i krótka perspektywa sprawiały, że różne pary i paczki w tej masie zawiązywały się i rozpadały w ciągu dnia bądź nocy, niekiedy w ciągu kilku godzin, a my, jakby na przekór wszechogarniającej atmosferze tymczasowości, trwaliśmy razem, aż najbliżsi znajomi z naszych grup tak do tego przywykli, że traktowali nas jak parę papużek. I pewnie coraz częściej zastanawiali się, jak będzie wyglądało nasze rozstanie.

Oczywiście wiedziałam, że swoje uczestnictwo w festiwalu, tak jak studia na politechnice, zawdzięczałam w pewnym sensie Tadeuszowi. Bo niby spełniłam wszystkie wymogi co do wiedzy - dobrze się uczyłam do matury i zdałam egzamin wstępny, ale jako córka niezaangażowanego politycznie pracownika oświaty, a więc inteligenta, w dodatku syna pracownika sektora bankowego, miałam małe szanse na zdobycie indeksu. Znacznie mniejsze niż dzieci robotników i chłopów, zwłaszcza tych z partyjną legitymacją. Kiedy więc przyjęcie na studia wisiało na włosku, Tadeusz, którego prawdziwe stanowisko w organach bezpieczeństwa publicznego nie było nam właściwie znane, wsparł moje podanie rekomendacją kogoś znaczącego. On sam bowiem, jako funkcjonariusz wprawdzie, lecz niewiele ode mnie starszy, nie miał odpowiedniej siły przekonywania.

Ojciec przystał na to wsparcie z ociąganiem. Raz kiedyś usłyszałam, co powiedział o tym do mamy, że za tę przysługę przyjdzie nam kiedyś zapłacić, nie wiadomo tylko jak i kiedy. Mama ofuknęła go wtedy, że tu chodzi o przyszłość córki, a jeśli ojciec ma lepszy pomysł, to, proszę, niech działa, i sprawi, że ją, czyli mnie, przyjmą na studia. Więcej rozmowy na ten temat nie było. Przypomniałam sobie o tym wszystkim, mając w pamięci niespodziewane najście Tadeusza sprzed dwóch godzin, który zapragnął ni stąd ni zowąd wybawić nas z kłopotu z mandatem.

Pomyślałam wtedy, czy przypadkiem Tadeusz ze swoją rekomendacją nie stał też za tym, że właśnie mnie uczelniana instancja Związek Młodzieży Polskiej wysunęła jako kandydatkę na uczestniczkę festiwalu. Nic wprawdzie o tym nie wspominał, a lubił sprawiać, żeby o każdej jego takiej przysłudze wszyscy w domu wiedzieli, lecz może tym razem zrobił to dyskretnie? A ta jego troska o to, czy Giulio niebawem wyjedzie? Co miała znaczyć?

- Co myślisz? - szepnął mi do ucha Giulio tak, żeby inni nie słyszeli. - O jutro?

Uśmiechnęłam się. Pokręciłam głową.

- O dzisiaj - odrzekłam wymijająco. - Piękny dzień mamy.

- Jutro bardziej piękny - stwierdził. - Ty moja żona.

- Jutro? - spytałam spłoszona. - To niemożliwe. Może we Włoszech, ale w Polsce tak szybko się nie da. Poza tym ja jeszcze nie wiem, czy to dobry pomysł.

- Ty chcesz jechać ze mną do Italia?

Spojrzałam mu w oczy.

- Chciałabym.

- Znasz inna droga? Powiedz. - Wzniosłam ramiona w geście bezradności, wyraził więc swoją wątpliwość po włosku.

Zobaczyłam, że stojący najbliżej nas pasażer, dość młody i modnie wystrzyżony, w samej koszuli z kieszeniami na piersiach i obszernych spodniach, słysząc obce słowa, zerknął na nas ukradkiem. Ostrzegawczo ścisnęłam dłoń Giulia. Dość już mieliśmy kłopotów z powodu używania obcego języka w drodze do Kornelina.

- Zobacz, bociany! - powiedziałam głośno, wskazując brodzące wśród nadwiślańskich traw dwa wielkie, czerwonodziobe i biało-czarnopióre ptaki.

- Cicogne! - powtórzył po włosku Giulio, podążywszy wzrokiem za moją wskazówką, a ja jeszcze mocniej ścisnęłam jego palce.

Sąsiad znowu nadstawił uszu. Wpadłam w popłoch.

- Czy konie? - zdziwiłam się na pokaz i posłałam ciekawskiemu pasażerowi uśmiech. - Nie konie, głuptasie, tylko bociany! Tam!

Giulio, nie rozumiejąc, o czym mowa, i co się wokół niego dzieje, zamilkł na dłużej. Sąsiad sięgnął po papierosy. Wyglądało na to, że zamierza nimi poczęstować współpasażerów i zagadnąć Włocha o cokolwiek, byle nawiązać kontakt. Na szczęście pociąg zaczął hamować. Po chwili zatrzymał się na stacji. Dosiedli się nowi pasażerowie, powiększając ciżbę, toteż naciskani przez wsiadających, zmieniliśmy miejsce.

Ciekawski jednak nie rezygnował. Ćmiąc papierosa, przesuwał się coraz bliżej. W końcu zagadał:

- Przepraszam, że pytam, ale pan to chyba nie Polak jest, co?

Giulio spojrzał na mnie, ja zaś w zdenerwowaniu odpaliłam napastliwie:

- A pana co to obchodzi?

- Ogólnie i szczegółowo absolutnie nic - odparł tamten, robiąc przy tym strapioną minę. - Tak tylko pytam. Ale - szepnął i pochylił się nad moim uchem. - Taki etranżer, rozumie pani, dolary może przy sobie mieć, a to, rozumie pani, duże obciążenie jest, spiesząc z pomocą, ulżyć by można.

- O czym pan mówi? - oburzyłam się, także zniżając głos.

- Nie mówię, że bezinteresownie - mruknął obcy i zaciągnął się papierosem. - Zasady obowiązują, nie? Dużo teraz tego towaru jest na rynku, więc, rozumie pani, kurs poszedł w dół. Ale krzywdy by nie było.

- Przecież to nielegalne - syknęłam.

- Ale że co, detalicznie? Tak tylko mówię, ogólnie, jak jest. Informacyjnie, że tak powiem, rozumie pani. Przez grzeczność. Że piękna pogoda jest, bociany i koniki w przyrodzie, i w ogóle pięknie. A jak by co, to ja pomocą służę. Państwo na Główną?

- Na Śródmieście - odparłam automatycznie.

- W porządku - skomentował nieznajomy. - W razie co, czekam na peronie.

Zaciągnął się raz jeszcze i przecisnął się między pasażerami kilka metrów dalej. Tam stanął i aż do dworca Warszawa Wschodnia na nas nie spojrzał.

- Co on mówi? - zapytał cicho Giulio.

- Chce kupić dolary - szepnęłam. - To nielegalne jest u nas, na pewno wiesz. Kara może być.

- Ta kara? - spytał Giulio, wskazując na kieszeń, w której trzymał mandat.

- Większa - odrzekłam i pokręciłam głową.

Ułożyłam palce obu dłoni tak, by przypominały więzienną kratę, i uniosłam je na wysokość oczu.

- Ojojoj! - wyszeptał Giulio znany mu skądś polski wykrzyknik, by dać wyraz swemu przerażeniu.

- Carcere - szepnęłam mu do ucha po włosku, żeby nie miał wątpliwości, co mu sugerowałam.

Giulio pokiwał głową i zamilkł. Coś rozważał, co chwila na mnie zerkając.

- Nie ma dolari - rzekł po chwili.

- To i nie ma problemu - stwierdziłam.

- Ma liri - ciągnął Giulio. - Ja chce cambio. J ak to polski?

- Wymiana. Ale, Giulio, nie wolno.

- Nie ma tyle złoty. Ja muszę kupować ring. No, jak to jest?

Pokazał serdeczny palec, pocierając przy tym miejsce, gdzie zwykle nosi się biżuterię.

- Obrączka? - zapytałam i pokręciłam ze zdziwieniem głową. - Oszalałeś?

- Nie. Nie oszalałeś. Trzeba, co ja kupi. Ile liri?

- Nie mam pojęcia! - Zdenerwowana, mówiłam coraz głośniej, aż zorientowałam się, że zwracam uwagę współpasażerów i znowu zniżyłam głos. - Nie wiem.

- Ty zapyta ten człowiek - szepnął Giulio i wskazał osobnika, który próbował go zagadnąć.

Znowu pokręciłam energicznie głową, tym razem na znak odmowy.

- Ja sam zapyta - oznajmił Giulio i wykonał gest, jakby zamierzał ruszyć w kierunku nieznajomego.

- Nie! - powstrzymałam go. - Nie tu. Na dworcu - dodałam ciszej, ustępliwie. - On będzie czekał.

- Bene - uznał Giulio i uśmiechnął się wesoło. - Dobra ragazza.

Na dworcu Warszawa Wschodnia zrobiło się w wagonie luźniej, lecz nieznajomy, który był chętny kupić od Giulia obcą walutę, nie zbliżył się do nas na krok ani nie dał żadnego znaku. Obserwował nas jednak dyskretnie, gotów za nami wysiąść, gdybyśmy zdecydowali się opuścić pociąg wcześniej. Tak dojechaliśmy do dworca Śródmieście.

Po wyjściu z wagonu chwilę staliśmy na peronie, czekając, aż tłum pasażerów odpłynie, po czym ruszyliśmy ku wyjściu. Wtedy zza załomu wychynął ich nieznajomy z pociągu.

- Przepraszam za pardon - zagadnął - ale czy państwo rozważyli moją ofertę pomocy? Obsługa pierwsza klasa gwarantowana.

- Jeśli chodzi o dolary... - zaczęłam, wyraźnie płosząc gościa.

- Ciii! - syknął, rozglądając się z uwagą. - Kto tu mówi o dolarach? Nieporozumienie.

- Myślałam, że tak - odrzekłam zdezorientowana. - To o co chodzi?

- Normalnie, sałata, rozumie pani, przyroda itepe. Jeśli mamy wspólne zainteresowania, to wychodzimy na górę i cześć.

Ruszyliśmy we trójkę na zewnątrz. Po chwili znaleźliśmy się na placu Stalina, na którym wprost z morza ruin wyrastał bielejący w słońcu dopiero co oddany przez budowlańców, ale oficjalnie jeszcze nieotwarty Pałac Kultury i Nauki.

- Przepraszam, że zapytam - odezwał się nieznajomy. - Czy szanowny pan reprezentuje może Włochy? - Giulio, widząc, że mężczyzna zwraca się do niego, przyjrzał mu się uważniej. - Italia? - dopytał tamten.

- Si, si, Italia - podchwycił Giulio. - Rozumie italiano?

- Czy ja capisco italiano? Nieszczególnie, ale co trzeba, skapuję - odrzekł towarzyszący im mężczyzna. - Uno, due, tre i tak dalej, do tysiąca i więcej. Czyli ile?

- Ja nie chce dolari przeda - oznajmił Giulio. - Ja chce kupi ring - wyjaśnił i pokazał miejsce na palcu.

- Rozumiem, złoty pierścioneczek dla pięknej dziewczyny - powiedział nieznajomy. - W zasadzie w tym towarze nie robię, ale jak trzeba, czemu nie?

- Jemu chodzi raczej o obrączki, nie o pierścionek - sprostowałam.

Tamten zagwizdał.

- Ach, takie buty! - powiedział. - Czy mnie to interesuje? Absolutnie. Nie pytam, co i jak. Klient żąda, Waldzio dostarcza, rozumie pani. Obsługa pierwsza klasa i towar pierwsza klasa. Ale to musi trochę potrwać. O wiele państwo życzą sobie zaczekać.

Giulio spojrzał na mnie bezradnie. Nie rozumiał, co się mówi.

- Jutro, południe, tutaj - rzekł mężczyzna powoli. - Jest sałata, jest towar. Capice?

- Capisco - odrzekł Giulio. - Dwa ringi. Ile liri?

- Liry, powiadasz pan? - Nieznajomy podrapał się za uchem. - Niech będą liry, nie wybrzydzam. Popatrzymy, jak dziś stoją, i coś się ukręci. A te obrączki jakie? Złote, to jasne. Ale cienkie, grube?

- Cieniutkie - odezwałam się. - Jak najcieńsze, żeby nie były drogie.

- Też trafili mi się klienci - mruknął młodzieniec. - Cieniutkie. Zakochani, jak nic. Żenić się macie zamiar, czy jak? - Popatrzył uważnie na nas oboje. - Pardon, nie było pytania. Klient nasz pan, Waldzio nie jest wścibski. Jutro w południe zjawia się z kółkami dla młodej pary. Arrivederci.

Odszedł i za moment zniknął nam z oczu. My z Giuliem poszliśmy w przeciwną stronę. Na Alejach Jerozolimskich zmieszaliśmy się z tłumem przechodniów. Przeszliśmy przez Marszałkowską i idąc ku Wiśle, skierowaliśmy się na Nowy Świat.

Na Warszawę spływał ciepły sierpniowy wieczór. Samochody osobowe i ciężarowe przejeżdżały z rzadka, częściej dzwoniły tramwaje i warczały autobusy. W drugim tygodniu festiwalu obca mowa nie zwracała już szczególnej uwagi ulicy. Mogliśmy głośno i swobodnie mieszać słówka polskie i włoskie, i śmiać się z językowych nieporozumień. Niemal całe śródmieście ustrojone było flagami, transparentami i portretami. Słowa "Pokój" i "Młodzież" pojawiały się na fasadach domów oraz w poprzek ulic we wszystkich najważniejszych językach świata. Nad Nowym Światem pojawiły się abstrakcyjne kompozycje plastyczne.

- Czy już mówiłam, że takich pikasowskich obrazków, jak te tutaj, dotąd na ulicy nie widziałam? - rzekłam do Giulia. - Raz na jednym zebraniu mówili nam, że to formalizm, sztuka nieprzydatna, społecznie niezaangażowana, dekadencka i jakaś tam, że tylko realizm socjalistyczny, a teraz, proszę. Wywieszają, pozwalają oglądać. Rozumiesz coś z tego?

- Lubi arte, tak? - zapytał Giulio, poruszony widać moją mową, choć mało co z niej zrozumiał, a ja gorąco potwierdziłam ruchem głowy, że to prawda. - I ty zna - dodał. Nieprawda, nie znałam się prawie wcale. Przed wojną na naukę byłam za mała, w czasie okupacji szkoły nie było, po wojnie przechodziłam kurs przyspieszony. Antoś, jako starszy, miał więcej szczęścia, przynajmniej zaczął uczyć się gry na pianinie. - W Italia dużo arte jest. Ty zobaczy, jak pojedzie.

- Może tak, może nie - mruknęłam i wzięłam go pod rękę.

- A dlaczego ty studiuje chemia, a nie scuola del arte?

- Akademia Sztuk Pięknych? - roześmiałam się w głos. - Tam to już na pewno by mnie nie przyjęli. Lubię sztukę, ale jej nie tworzę i słabo ją znam, rozumiesz? Nie jestem artystką. Poza tym, popatrz dookoła. Widzisz te ruiny? Ktoś je musi odbudować. Dziś w Polsce bardziej nam potrzeba inżynierów niż artystów. - Mówiłam, jakbym wróciła z zebrania ZMP. - Rozumiesz?

Giulio pokiwał głową.

- Rozumie. A ty będzie inżynier artysta.

- Inżynier chemik - uściśliłam. - Jeśli w ogóle do tego dojdzie. Paru artystów i mecenasów sztuki w rodzinie już mieliśmy. Inżyniera dotąd żadnego.

Kiedy zaczynałam mówić swobodniej po polsku, Giulio gubił się. Wtedy musiałam tłumaczyć mu powoli, przywołując dla lepszego zrozumienia znane mi włoskie słówka.

- Moja famiglia, robotnicy, ja pierwszy studio - przyznał, gdy zrozumiał, co powiedziałam. - Dwabraci, dwa sorelle.

- Wiem, masz dwóch braci i dwie siostry. Mówiłeś.

- Oni praca, una fabbrica. Dwa ragazzini, brat, mały, i la... siostra - wymieniał najmłodsze rodzeństwo, pokazując ręką ich wzrost - uczy, szkoła.

- Najmłodszy brat i siostra chodzą do szkoły?

Giulio przytaknął.

- Siostra chce być studente, rozumie, uniwersytet, jak ja, ale nie ma liri.

- Musicie płacić za studia, a nie ma czym?

- Na państwowy nie płaci dużo, ale żyć trzeba. Ja uczy się i pracuje, i mam liri.

- Ta twoja praca! Dwa razy cię pytałam, gdzie pracujesz , a ty...

- Praca to praca - rzekł szybko Giulio. - Ristorante. Nie ma co mówić. Dobra płaci.

Zamyśliłam się. Przypomniałam sobie słowa ojca.

- A ja? Jak miałabym żyć we Włoszech? - zapytałam po chwili poważnie. - Za co się utrzymać?

- Ja pracuje - oznajmił Giulio żywo. - Mam soldi. Dużo soldi - zaśmiał się.

- Pieniądze! A mieszkanie? Gdzie mielibyśmy mieszkać?

- Questo semplice.

Gdy się rozkręcał, zaczynał mówić więcej po włosku niż po polsku.

- To proste? - zdziwiłam się. - Czyli gdzie?

- Z moja familia! Razem. Wszyscy.

- Wszyscy na kupie? - zawołałam przerażona. Pokazałam siedem palców. - Was jest siedmioro w jednym mieszkaniu!

- Otto - poprawił mnie Giulio i odgiął dodatkowy palec. - Plus moja nonna.

- Jeszcze twoja babcia? Mieszka z wami? I do tego ja miałabym tam zamieszkać?

- Normale.

- Ile pokoi macie w tym mieszkaniu?

- Proszę? - Nie zrozumiał. Powtórzyłam, jak umiałam, po włosku. On wyciągnął otwartą dłoń i rozwarł wszystkie palce. - Cinque - oznajmił.

Zaczął je zaginać po kolei, opisując, kto zajmuje każde z pomieszczeń. Ostatni palec skierował ku sobie.

- Masz sam do dyspozycji jeden pokój?

- Nie każdy dzień. Od raz do raz jeden brat idzie spać u moja pokój. Teraz on tam śpi jeden każda noc.

- To on by mnie raczej nie polubił.

- Ciebie wszyscy lubi. Ty dobra ragazza. Mamma będzie lubi. Jak mamma lubi, wszyscy lubi.

Roześmiałam się. Miły był.

- Mało jeszcze o mnie wiesz, Giulio. Twoja mama nie zna mnie nic a nic, nawet o mnie nie słyszała. Może wcale ci się nie spodobam, jak mnie lepiej poznasz.

- Jak kocha, to podoba... się.

- A jak nie kocha?

Giulio przyciągnął mnie do siebie i otoczył ramieniem. Nie protestowałam.

- Ja chce ty pojedzie do Italia - rzekł z przekonaniem.

- To się nie uda, Giulio! - jęknęłam. On kompletnie nie znał naszych realiów. - Nie rozumiesz, jak to jest. Nie dostanę paszportu.

- Dlaczego ty nie ma paszport? W Italia każdy ma paszport. Jak chce, idzie do taki urząd i ma.

- Tu nie Włochy, u nas tak nie ma. Gdyby tak było, to ho, ho!

- Ale ty będzie żona. Idziemy do ambasada, nasza, ambasada italiana, tam mówi co trzeba i daje wiza.

- Po co wiza? Najpierw muszę mieć paszport.

- Najpierw matrimonio. Bez matrimonio nie ma paszport dla ciebie.

- Wariat jesteś, wiesz?

Przylgnęłam mocniej do jego ramienia. Giulio wykazywał tyle inicjatywy i desperacji w dążeniu do realizacji naprędce rzuconego celu, tyle było w nim opiekuńczości, że moje serce, już i tak mu oddane, topniało przy nim jak plastelina przy gorącym piecu. Nie wiedziałam, co z tego wariactwa wyniknie, czy przypadkiem następnego dnia szalony zamysł nie rozwieje się jak wieczorny miraż, po którym o świcie nie ma śladu. Gdyby nawet tak miało w przyszłości się stać, tego dnia pomysł ślubu z każdym kwadransem podobał mi się coraz bardziej. Przez te kilka godzin, odkąd został rzucony przy stole w Morenie, zdążyłam poddać się jego urokowi, jak jakiemuś zaklęciu.

A tak naprawdę - czy to nie ja sama zaczęłam tę grę, gdy przy milicjancie nazwałam Giulia narzeczonym? Nie było w tym wyrachowania, jedynie desperacja w szukaniu ratunku. Zdawało się, że on tego mojego rozpaczliwego fortelu nie zrozumiał, ale kto wie, może zrozumiał i spodobał mu się? Żona Włocha - jak to brzmi? Atrakcyjnie? A dlaczego nie? W końcu w tej rodzinie to nic zaskakującego. Skoro mój szwajcarski dziadek miał matkę Włoszkę (podobno, bo w domu prawie nic o niej się nie mówiło), ja, Polka, mogę mieć za męża Włocha. Męża!

Już? Tak szybko? Ledwie zaliczyłam pierwszy rok studiów i miałabym pójść za mąż? Popatrzyłam na Giulia. Jakiż on przystojny i męski. I zaledwie dwa lata starszy. Gotów żenić się z mało mu przecież znaną dziewczyną, żeby tylko umożliwić jej wyjazd z kraju, z którego nikomu normalnie wyjechać nie wolno. A może to jednak zauroczenie? Miłość? Żaden kolega ze studiów, ani z roku, ani z całej uczelni, z organizacji młodzieżowej, nikt z Kornelina ani z Otwocka aż tak dla mnie nie zwariował. A ten tutaj, z obcego kraju...

Jakaś para idąca z naprzeciwka zaczęła przyjaźnie machać do nas rękoma. W dziewczynie od razu rozpoznałam Ankę, przewodniczącą zarządu ZMP na naszym wydziale. Towarzyszącego jej młodzieńca o wschodniosłowiańskich rysach widziałam po raz pierwszy.

- Irma! - zawołała Anka. - Cześć! Co za spotkanie!

Zatrzymali się naprzeciw nas.

- Eee... witaj, Aniu - odrzekłam niepewnie. Nie powiem, żebym się uradowała na jej widok.

- Co z tobą? - ofuknęła mnie od razu Anka. - Dlaczego nie widziałam cię na naszym spotkaniu ze studentami z Moskwy? - Spojrzała najpierw wymownie na Giulia, następnie skierowała oczy na swojego towarzysza. - To właśnie jest Jurij z Uniwersytetu Łomonosowa. - Jurij przywitał się ze mną mocnym uściskiem dłoni. - A kolega to na pewno ten, no...

- Giulio z Turynu, też student - dokończyłam za nią, bo pewnie już o nim słyszała, ale zapomniała imię.

- Saluto! - zawołał Giulio i uścisnął obojgu ręce.

- To ty mówisz po włosku? - zdziwiła się Anka, zwracając się tylko do mnie. - No, no, nie przyznawałaś się. Czy może kolega zna nasz język?

Spojrzała na niego badawczo.

- Mówi mało polski - oznajmił Giulio z uśmiechem - rozumie dużo. Coraz więcej dużo.

Anka roześmiała się sztucznie. Poprawiła włosy.

- Jurij mówi dużo, a rozumie wszystko - powiedziała z dumą. - My dogadujemy się bez problemu po rosyjsku. Pewnie jeszcze nie wiecie, bo nie było was na spotkaniu. Chce mnie zaprosić do Moskwy.

- Da, toczno - potwierdził Rosjanin. - My z Annoj bardzo dobrze panimajemsia.

Nastąpiła chwila kłopotliwej ciszy.

- Czyli co - odezwała się Anka. - Spotykamy się jutro na festynie z przodownikami pracy, tak?

- Oczywiście - potwierdziłam skwapliwie, a Giulio kiwnął głową.

Już mieli się rozejść, gdy Jurij przejął inicjatywę.

- Riebiata! - zawołał. - Dawajtie, paguljajem razem. - Spojrzał na Ankę, oczekując jej aprobaty. - Nu, kak, Anna?

- Oczywiście - podchwyciła koleżanka przewodnicząca. - Przespacerujmy się wspólnie. Taki piękny wieczór. Porozmawiamy sobie o tym i owym.

- Kiedy my właśnie w przeciwną stronę - próbowałam wykręcić się od spaceru i nawet wykonałam gest, jakbyśmy chcieli z Giuliem odejść.

- Gdzie wam tak spieszno? - powstrzymała mnie Anka. - Dziś w programie nic już nie mamy. - Skoro Jurij zaprasza, nie wypada odmówić.

- Chyba że tak - bąknęłam pod nosem, po czym, używając swojej łamanej włoszczyzny, pod bacznym spojrzeniem Jurija wyjaśniłam Giuliowi, o co chodzi. - Pół godziny możemy pospacerować - oznajmiłam. - Potem jednak musimy jechać do akademika.

Nim doszliśmy do ruin Zamku Królewskiego, zawróciliśmy i idąc wolnym krokiem w jednym szeregu, zajmując przy tym pół chodnika, poszliśmy drugą stroną Krakowskiego Przedmieścia w kierunku uniwersytetu.

Najwięcej pytań zadawał Jurij. Anka poczuwała się zobowiązana do tłumaczenia jego zapytań na polski, mimo że całkiem dobrze je rozumiałam, a ja przekładałam je, na ile potrafiłam, na włoski. Na szczęście dla nas, rozmawiając w ten sposób, zbyt wielu kwestii nie udało się poruszyć. Ja przy tym cały czas drżałam, czy Giulio nie zacznie przechwalać się swoimi planami matrymonialnymi i wyjazdowymi. Gdy jeden raz rozmowa niebezpiecznie zeszła na plany na najbliższe dni, tak silnie ścisnęłam mu ramię, że on, zrozumiawszy, co gest miał oznaczać, więcej w tej sprawie się nie odezwał.

W pewnej chwili Jurij zwrócił się wprost do Giulia, a Anka przetłumaczyła na polski jego długie, mocno rozbudowane pytanie z ukrytą tezą, jakby wprost wycięte z jakiejś broszury:

- Jak komuniści z Włoch zapatrują się na kwestię walki z przeżytkami społeczeństwa mieszczańskiego w kraju, w którym, jak by nie patrzeć, urzęduje głowa Kościoła katolickiego, czyli głównej siły wstecznej współczesnego świata?

Wystraszyłam się, nie powiem. Jak to powiedzieć po włosku? Giulio, który zrozumiał połowę, albo nawet ćwierć, popatrzył na mnie z nadzieją, że mu objaśnię, w czym rzecz. Kiedy zdało się, że wreszcie pojął pytanie, podrapał się po głowie.

- Ja nie wie dobrze, co komunista - odrzekł zakłopotany. - Ja taka organizacja studenta dla postęp, libera, nie comunista. My za wolność i pokój, i sprawiedliwość na cały świat.

- A sprawa rewolucji? - wtrącił się Jurij.

- Rewolucja? Contro tirrania? Si, si! - zawołał Giulio z zapałem.

Zatrzymali się. Młode drzewka, nawet w dzień nie rzucające wielkiego cienia, teraz, przy zapadającym zmroku, kładły na chodnik długie, wąskie kreski.

- Przeciw tyranii... - próbowałam powiedzieć po polsku, to, co Giulio rzekł po włosku, ale Jurij nie dał mi dokończyć.

- Ja charaszo panimaju - oświadczył dobitnie.

Dalej też mówił po rosyjsku. Że to postawa romantyczna, ale niedojrzała. Że nie wystarczy obalić tyranię, trzeba jeszcze doprowadzić do wyzwolenia uciskanych mas, dać im władzę, a ogniska wstecznictwa zniszczyć, by się nie odrodziły. Dopiero wtedy można mówić o prawdziwym postępie społecznym. I że taką dojrzałość przejawiają jedynie komuniści. A Giulio, jeśli chce mienić się prawdziwym postępowcem, w końcu będzie musiał do nich przystąpić.

Nic na to nie mówiłam. Znałam dobrze ten język z zebrań i z radia. Tymczasem Giulio, wysłuchawszy pouczenia naszego moskiewskiego towarzysza, rwał się do polemiki. Pozwolił sobie zauważyć, że postęp na świecie dokonuje się nie tylko na drodze rewolucyjnej, także poprzez nacisk na rządzących i odgórne reformy, bez niszczenia państwa. Na co Rosjanin odrzekł, że skutki postępu można utrzymać jedynie poprzez rewolucję i dyktaturę proletariatu. Giulio znowu chciał zaprotestować, poczuł jednak i moje nieustanne natarczywe uściski dłoni i w końcu zrozumiał, że to nie oznaki sympatii. Pokiwał głową, jakby chciał się zgodzić z przedmówcą.

- Ty dobrze mówi, Jurij - rzekł pojednawczo. - Ja rozumie. Ale w Italia...

- Charaszo, wy charaszo gawaritie, Jura - podchwyciłam jego myśl, żeby wreszcie zakończyć tę bezsensowną dysputę. - Spasiba balszoje. Dziękujemy. To bardzo mądre, co mówicie. Tylko że my musimy wracać, bardzo nam przykro. Za niecałe pół godziny Giulio musi się zameldować u szefa jego grupy, obiecał mu to.

Jurij zaczął protestować, zatrzymywać nas, mówić, że to "się załatwi", proponować wypicie czegoś "za spotkanie", za przyjaźń radziecko-włosko-polską i za wzajemne zrozumienie, aż Anka, widząc, na co się zanosi, szepnęła mu coś do ucha. Wtedy on uśmiechnął się i przestał nalegać. Zaproponował tylko, aby spotkać się następnego dnia i kontynuować rozmowę.

Posłałam Ance pełne wdzięczności spojrzenie. Bez zwłoki wyciągnęłam rękę na pożegnanie.

- Jutro, pamiętaj, żadnych ucieczek, żadnych romantycznych spacerów tylko we dwoje - przypomniała Anka tonem, jakim jako przewodnicząca prowadziła zebrania. - Widzimy się wszyscy czworo na festynie.