Rozdział 1
Dalsze wpatrywanie się w twarz nieprzytomnego wuja Antoniego stało się dla mnie nie do zniesienia. Dotknęłam lekko ramienia babci Irminy i szepnęłam jej do ucha, że wychodzę na korytarz. Jane, która przybyła do szpitala przed południem, już po pięciu minutach czuwania stwierdziła, że z ojcem nie porozmawia, nie ma więc sensu sterczeć przy jego łóżku. Wystarczy, że czuwać będzie personel szpitala, bo zrobi to lepiej i po prostu fachowo. Nie solidaryzowałam się z nią, ale też godzinne trwanie na posterunku, jak to robiła babcia, przekonana, że brat ją słyszy i czuje jej obecność, stanowiło zadanie kłócące się według mnie z poczuciem realizmu.
Wuj, podłączony do kroplówki i aparatury medycznej monitorującej jego stan, oddychał głęboko. Od prawie szesnastu godzin pozostawał bez kontaktu ze światem.
Babcia Irmina dała w milczeniu znak, że to, co szepnęłam, przyjęła do wiadomości. Podeszłam do drzwi i już miałam je otworzyć, gdy spostrzegłam, że ktoś naciska klamkę z drugiej strony. Zamek puścił, między futryną a skrzydłem pojawiła się szpara, ale nikt nie wszedł. Usłyszałam rozmowę dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Robert. Rozmowa toczyła się po angielsku. Rozumiałam piąte przez dziesiąte.
- Przepraszam, doktorze - powiedział Bob. - Co tu może się wydarzyć w ciągu najbliższych godzin? Pytam, bo, wie pan, muszę jakoś zaplanować swój czas.
- Nic się nie wydarzy, o czym byśmy wcześniej nie rozmawiali - odrzekł lekarz. Tak to przynajmniej zrozumiałam. - Taki stan może potrwać tydzień, nawet dwa. Medycyna jest tu właściwie bezsilna, choć, jak pan wie, robimy, co do nas należy.
Zobaczyłam dłoń lekarza na klamce.
- Jeszcze jedno - rzekł Bob. - Czy może być tak, że ojciec odzyska przytomność?
- Może tak się zdarzyć - odparł lekarz. - Na krótko. - Otworzył drzwi na tyle szeroko, że widziałam jego przedramię. Cofnęłam się o krok, żeby mnie nie zobaczył. - Najczęściej jest to jednak zwiastun nieuchronnego końca, niestety. Ale proszę teraz o tym nie myśleć.
- Dziękuję, doktorze - powiedział Bob.
Lekarz uznał wymianę zdań za zakończoną. W otwartych drzwiach ukazała się cała jego sylwetka.
Ruszyłam przed siebie, udając, że właśnie zmierzałam ku wyjściu. Wymieniłam z doktorem jedynie milczące spojrzenie.
Robert stał nieporuszony. Nie odchodził spod drzwi. Spostrzegłszy mnie, poprosił gestem ręki, bym odeszła z nim kawałek w kierunku recepcji.
- Żadnych zmian? - zapytał po angielsku.
- Wejdź, sam zobaczysz - odrzekłam po polsku, po czym dodałam: - Bez zmian. A co mówi lekarz?
- To samo, co kiedyś mówił - oznajmił Bob. - Że takie coś nastąpi. I nastąpiło. Może tak lepiej jest?
- Czyli jak?
- Że on nie ma świadomości. Nie czuje wcale bólu. Jak mówisz? Nieprzytomny?
- Nieprzytomny. Myślisz, że już powiedział nam wszystko, co miał do powiedzenia?
- Nigdy nie da się powiedzieć wszystko. Ty to nie wiesz?
- W normalnych warunkach, jak człowiek nie chce, nie powie i już. Tak zwyczajnie, w życiu, jak na przykład ty do mnie. Nie mówisz wszystkiego i ja to rozumiem. A jak jest, gdy czujesz, że śmierć nadchodzi? Nie wiem. Może wtedy chce się powiedzieć więcej?
- Człowiek chce tak, jak pragnie mieć przebaczenie. Pójdziemy tam? - Wskazał ręką mały dziedziniec przyległy do szpitala.
- Ale, babcia Irmina. - Zawahałam się. - Ona tam sama.
Bob wykonał uspokajający gest.
- Elen już wraca. Ona tylko z Jane jechała do hotelu. I z Carol.
Wyszłam z nim na zewnątrz. Po dziedzińcu spacerowało kilkanaście osób - chorzy i towarzyszące im osoby.
- Pogodzili się? - zapytałam. - Znaczy wujek i twoja siostra. Wczoraj.
- Usiadamy. - Bob pokazał pustą ławkę.
Przysiedliśmy. Robert wsparł łokcie na szeroko rozstawionych nogach i opuścił głowę.
- Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz - powiedziałam.
- Ona dziwna jest - rzekł Bob po chwili. - Moja siostra. Ja nie chciałem, żeby ona uciekała do California, żeby już nie spotykać nas. Ale ona była taka... - Pokazał zaciśniętą pieść. - Jak mówicie?
- Zawzięta?
- Taka, że jak powiedziała, to koniec. Rozumiesz? Nie można odwrócić.
- U Ludwigów to nic niezwykłego. Tacy są.
- Naprawdę? Ty taka jesteś?
- Ja? - Spłoszyłam się. - Ja nie jestem na sto procent Ludwiżanką. Ale twój tata? Albo Irmina? A ty sam?
- Jane jest to samo co nasz ojciec. Oni nie mogli rozumieć się. Tata chciał żeby ona była taka druga, ja nie wiem kto. Taka, jak sobie myślał. A ona nie chciała. Nie lubiła być Janka, ani nawet Giovanna, tylko Jane. Miała grać piano. Grała i grała, a potem nie i koniec. Po college tata chciał, żeby ona prawo studiowała na university i też nie poszła.
- Ty zdaje się także miałeś być prawnikiem.
- To później stało się, bo ona starsza, pierwsza. Zapisała na takie studia... - Bob lekceważąco machnął ręką. - Żeby być actress w jakiś teatr albo film. I tam poznała taki boy, co nie podobał ojcu, bo on nie był katolik i nie był biały.
- Ha, widzę, że historia się powtarza - wtrąciłam niepotrzebnie.
Bob zerknął na mnie z ukosa.
- Ty myślisz o Carol i ten jej chłopak? Nie, ja ci mówiłem, że to inaczej jest! - oznajmił, prostując się. - Ja nie myślę tylko to, że on black jest. Wcale nie myślę. Tylko o to, czy on dobry człowiek jest.
- Przepraszam, nie chciałam, mów o Jane - wycofałam się niezręcznie.
- Jane. - Bob znowu się pochylił. - Kiedy z mamą było już źle, i wszystko było u nas źle, my mało rozmawialiśmy jeden i drugi. Każdy miał swoje życie i nie było communication. Ja mogłem więcej rozmawiać z Jane, ale teraz myślę, ja byłem jak mama, taki closed. - Udał, że ściska powietrze między dłońmi.
- Zamknięty w sobie?
- Takie coś. I wtedy nasza mama, wiesz, w tym jeziorze, utopiła i my troje... pfff! - Złożone dłonie rozrzucił gwałtownie. - I wszystko. Teraz Jane wraca i ona całkiem inna osoba jest.
- Ejże! Naprawdę taka inna? - zwątpiłam. - Mnie akurat bardzo pasuje do twojego opisu. Wtedy była taka i teraz też.
- Taka extravaganza?
- Taka jakby inna. Nie zauważyłeś, że w każdym pokoleniu Ludwigów pojawiają się jacyś artyści? Na przykład wujek Antoni. Był muzykiem, podobno całkiem niezłym, grał fajnie jazz, jeszcze w Polsce. I co? Zmarnowany talent.
- Powiem coś, kiedy ja byłem taki, o! - Uniósł dłoń metr nad ziemię, po czym podniósł ją jeszcze pół metra dla uściślenia, jakiego był wzrostu - Dziesięć lat. Ojciec grał, mama śpiewała, pięknie. I on grał z takie combo, nawet jedną płytę nagrali. Potem piano zniknęło, ojciec sprzedał, jak Jane nie chciała. A ty, Zuzanna, nie jesteś artystka?
Nie zdążyłam zaprzeczyć, bo nim otworzyłam usta, ktoś w długiej do połowy łydki wzorzystej sukni stanął na wprost nas, przenosząc na siebie uwagę.
Gdy unieśliśmy oczy, zobaczyliśmy twarz Jane. Odkąd wyjechała ze szpitala z Elen i Carol, minęło najwyżej półtorej godziny. Czyżby w hotelu zmieniła spodnie i bluzkę na suknię?
Robert nie wstał, tylko odchylił się lekko do tyłu. Z szybkiej wymiany zdań między nimi zrozumiałam niewiele. Na pytanie, co się stało, że wróciła, Jane nie odpowiedziała wprost. Stwierdziła, że była tylko się przebrać. Zapytała brata z wyrzutem, dlaczego nie jest u ojca, kiedy "on tam umiera". Bob rzucił kilka nieznanych mi idiomów i wyjaśnił, że u ojca jest Irmina. Jane oznajmiła, że teraz jest też Elen. Wtedy Robert wstał.
- Porozmawiajmy spokojnie - zaproponował.
- W takim razie ja już pójdę - oświadczyłam i podniosłam się. - Wrócę do babci.
Nie czekając na nic, szybko się oddaliłam. W recepcji pokazałam ochroniarzowi plakietkę gościa i znanymi już korytarzami przeszłam do sali, w której leżał wuj Antoni.
Babcia w czasie mojej nieobecności nie zmieniła nawet pozycji na swoim krzesełku. Dalej wpatrywała się w twarz brata. Elen stała obok niej. Ujrzawszy mnie, zapytała, czy spotkałam Jane. Przytaknęłam. Elen szepnęła mi do ucha, że kiedy dojechały do hotelu, Jane poprosiła, aby chwilę zaczekały, a potem zażądała, by zabrać ją z powrotem do szpitala. Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
- Zaglądał tu doktor - powiedziałam do babci. - Powiedział coś?
- Coś tam - odrzekła. - Ale nie zrozumiałam. Zaraz wyszedł. Może Elen z nim rozmawiała.
Usłyszawszy swoje imię, Elen skierowała spojrzenie na mnie.
- Rozmawiałaś z doktorem? - zapytałam po angielsku.
- Nie, nie - zaprzeczyła. - Tylko Bob z nim rozmawia. On wszystko wie.
- A Jane?
- Jane? - Elen zebrała myśli. - Ona jest jak dzieciak. Wydaje się jej, że czas tu stanął w miejscu, odkąd wyjechała. Ja jej powiedziałam, że to nie jest tak. Że wszystko się odmieniło. Nie może zachowywać się tak, jakby opuściła dom w ubiegłym miesiącu i teraz wystarczy powiedzieć przepraszam, i wszystko będzie w porządku. - Starała się tak dobierać słowa, żebym dobrze ją rozumiała. - Ona jest teraz starsza niż jej ojciec wtedy, kiedy go opuszczała. Nie może myśleć jak ta dziewczyna, która uciekła do Stanów niecały rok po śmierci matki.
- A może ona ciągle jest tą dziewczyną? W psychice.
- Mam wrażenie, że w tym jednym przypadku, gdy chodzi o śmierć matki, na pewno. Żadnych zmian.
Oddech wuja Antoniego stał się nierówny, jego ciało napięło się. Rytmiczne pulsowanie linii na wykresach zostało czymś zaburzone. Babcia odwróciła gniewną twarz.
- Ciii! - szepnęła. - On wszystko słyszy i rozumie. O czym tam gadacie?
Po chwili monitory uspokoiły się.
- Wyjdźmy - zaproponowałam cicho.
Elen poszła pierwsza. Zaraz po wyjściu z sali zauważyłyśmy zbliżających się Roberta i Jane. Jacy oni do siebie niepodobni, pomyślałam. On grubawy, ona wychudzona, on o spojrzeniu otwartym, ona skryta. Tylko ten kolor oczu... A może Antoni i Lucia mieli oczy bardzo podobne?
Szli szybko, w milczeniu, z niechęcią omijając osoby zmierzające korytarzem w przeciwnym kierunku. Zatrzymałyśmy się. Oni, widząc nas, tylko zwolnili.
- Idziemy do taty - oznajmiła Jane, nie zatrzymując się. - Możecie zaczekać?
- Czekamy przed szpitalem - oświadczyła Elen.
Uchwyciwszy jej zdziwione spojrzenie, wyjaśniłam, że brat i siostra odbyli właśnie krótką, ale zapewne ważną rozmowę.
- To znaczy, że Bob przekonał ją, że powinna zmienić nastawienie - zauważyła Elen. - Że ma być dorosła. Mówiliśmy wczoraj o tym.
- Aha, czyli wczoraj nie pogodziła się z ojcem? - podzieliłam się swoim przypuszczeniem, podążając za Elen ku wyjściu. - A dziś już na to za późno.
- Ja nie wiem - odparła Elen. - Nie wiem, o czym mówili, kiedy byli sami, oczywiście nie wiem, co ojciec mówił do księdza i odwrotnie. Bob jest taki...
- Zamknięty?
- Dokładnie. Trzeba mu ciągnąć zęby.
- Proszę?
- Noo... To znaczy... - Elen nie wiedziała, czym zastąpić angielski idiom.
- Wiem. Po polsku mówimy "ciągnąć za język" - oznajmiłam.
- Aha, no tak. Też pięknie. Bob w końcu powie, co ma do powiedzenia, jak się go pociągnie za zęby, albo za język, ale nie zawsze. - Rozmawiając, szłyśmy wolno w kierunku parkingu. - Dziś rano powiedział tylko, że Jane nic nie pojmuje. Że spodziewała się przeprosin i wybaczenia dla siebie, i oczekiwała, że ojciec, umierając, przyzna, że to on doprowadził matkę do śmierci. - Odczekała, aż sobie w myślach przetłumaczę jej słowa. - Sama nie była gotowa, by prosić o wybaczenie. Może nagle coś się zmieniło, może zrozumiała, że popełniła błąd? Rozumiesz, co mówię?
Elen po raz pierwszy, odkąd się spotkałyśmy, próbowała rozmawiać ze mną szczerze o sprawach rodzinnych. Odebrałam to jako rodzaj wyróżnienia. Pomyślałam, że widocznie potrzebowała czasu, by mnie lepiej poznać.
- Rozumiem - potwierdziłam i rozejrzałam się. - A dlaczego Carol nie jest z nami? Była tu przecież.
- Pojechała ze mną i Jane do hotelu. Kiedy Jane oznajmiła mi, że chce wrócić do ojca, poprosiłam Carol, żeby została w mieście. Czułam, że Jane chce mi coś powiedzieć bez świadków.
- I?
- Zadzwoniłam do Boba, a on powiedział, żeby podrzucić Carol do domu, bo ma dla niej zadanie.
- Ale co z Jane? Rzeczywiście miała ci coś ważnego do powiedzenia?
- Właściwie nie. Zapytała tylko, dlaczego Carol jej nie lubi.
- A nie lubi?
Elen przystanęła, odwróciła się na pięcie i spacerowym krokiem Sophi Loren ruszyła w przeciwną stronę. Ja z nią.
- Bob wyraża się o tobie bardzo dobrze, wiesz? - rzekła po kilku krokach. - Mówi, że byłabyś mu pomocą w Ameryce.
- Och, jak zwykle przesadza. Dlaczego to mówisz?
- Sama nie wiem. On zna się na ludziach. Prowadzi business. Wie, komu zaufać.
- Co to za business?
- Nie wiesz? Logistyka. Zaopatruje restauracje w różne towary.
- Nie wiedziałam. Babcia wspominała tylko, że Bob zajmuje się handlem. A to taki handel! Waszą restaurację w Rochester, to znaczy tę, o którą jest spór, też zaopatruje?
Elen uśmiechnęła się niewyraźnie.
- Tu jest konflikt.
- Konkurencja działa?
- Nie tylko, ale można tak powiedzieć.
- I nie ma z nią żartów? - Nie słysząc odpowiedzi, postanowiłam natrzeć mocniej. - Czy dlatego twój mąż nie ma konta na Facebooku, a Carol ma zakaz wrzucania do sieci swoich zdjęć?
Elen położyła dłoń na moim ramieniu.
- Naprawdę jesteś bystra - powiedziała. - Nie ma w tym przesady.
- A jaki jest powód konfliktu?
- Wybacz, Bob byłby niezadowolony, gdybyśmy o tym rozmawiały. A gdyby jeszcze się dowiedział...
Jak miałby się dowiedzieć? Czy ona mu o wszystkim mówi? Ale jak nie na ten temat rozmawiać, to nie.
- Czyli Carol nie lubi Jane - stwierdziłam po chwili.
- Tylko Jane tak uważa - rzekła Elen. -. Prawdopodobnie to samo myśli o tobie, a może i o mnie. Bo mi się zdaje, że ona żąda od wszystkich wokół, żeby ją bezwarunkowo lubili. I podziwiali.
- A ona ich lubi?
- I tu jest problem.
Czyżby psychologia stanowiła ich rodzinne hobby? - pomyślałam.
- Czym się zajmujesz w Buffalo, Elen? - zapytałam.
- Zadajesz pytania jak Carol. Żadnego respektu dla starszych. - Tonem głosu dała do zrozumienia, że nie mówi tego serio. - Jane na przykład bardzo takich sytuacji nie lubi. Kiedy Carol spytała ją w samochodzie, co robi w Kalifornii, odpowiedziała, że to nie jej sprawa. Jeśli zaś chodzi o mnie, przeciwnie, skoro pytasz, odpowiem. Bob prowadzi firmę, a ja prowadzę dom. Zadowolona?
- Po prostu byłam ciekawa. Jesteś moją taką trochę daleką ciocią, tak czy nie?
- Owszem, tak samo, jak Jane. Ona nawet bardziej.
- Czy musimy ciągle o niej mówić?
Znowu znalazłyśmy się przed wejściem do szpitala. Żadna z nas nie miała ochoty wchodzić do środka. Zawróciłyśmy.
- Przepraszam, ale ja ciągle nie wiem, co jej odpowiedziałaś - stwierdziłam, nawiązując do pytania sprzed chwili.
- Powiedziałam, że jest w błędzie. Że Carol bardzo ją lubi, tylko nie umie tego odpowiednio wyrazić. Powiedziałam więcej: że wszyscy ją polubiliśmy, odkąd się pojawiła, problem w tym, że ona tego nie widzi i nie pozwala nikomu zbliżyć się do siebie. Stąd to jej wrażenie.
- Przecież to nieprawda.
- A jeśli tylko w ten sposób można jej pomóc? Uważa się za odrzuconą i skrzywdzoną. Wydaje się jej, że każdy z nas ją potępia.
- Dziwne to wszystko - podsumowałam.
- Co oni tam tak długo robią? - zastanowiła się głośno Elen. - Może jednak wrócimy do nich?
Nie czekając na odpowiedź, skierowała się do wejścia.
Kiedy zajrzałyśmy do sali Antoniego, znowu zastałyśmy tylko babcię Irminę.
- Gdzie oni są? - zapytałam natychmiast.
- Bob i Jane? - upewniła się babcia. - Poszli do lekarza. Tylko tyle wiem. Ale... - Pokręciła głową i zamilkła.
- Co takiego? - zapytałam, po czym półgłosem poinformowałam Elen, gdzie jest jej mąż i szwagierka.
- Mówiłam, że on wszystko słyszy i reaguje - powiedziała cicho babcia, odwracając głowę. Następnie wstała z krzesełka i przeszła ze mną w kąt pomieszczenia. - Miałam dowód. Kiedy ta Jane powiedziała coś do niego, zaczął szybciej oddychać i ruszał oczami. To nie może być przypadek.
- A co powiedziała?
- Nie wiem, nie rozumiałam. Głos miała żałosny. O coś prosiła, bo mówiła "please".
- A Bob?
- Powiedział "okej, okej", "stop" i coś tam jeszcze.
- Musimy się stąd zbierać. Dla nich to już pora lunchu - stwierdziłam.
- Nie ma mowy - zaoponowała babcia. - A jak Tosiek się obudzi i nikogo przy nim nie będzie?
- Ma przecież opiekę medyczną. Zawiadomią nas. Nie możesz tu przebywać na okrągło.
- Bob poprosi, żeby mi pozwolili.
- Obiecał?
- Jeszcze o tym nie rozmawiałam.
Elen stała nieporuszona u szczytu łóżka. Czekała na zakończenie rozmowy.
Wtedy drzwi się otworzyły i weszła pielęgniarka. Powiedziała "sorry" i wyjaśniła, że wszyscy muszą opuścić salę, bo będą przeprowadzane zabiegi.
- Trudno, wychodzimy - powiedziałam.
Przeszłyśmy na korytarz. Przy recepcji natknęłyśmy się na Boba i Jane. Elen wyjaśniła im, co się dzieje w sali Antoniego.
- W takim razie wracamy wszyscy do domu - zarządził Robert i powtórzył to po polsku.
- Ale ja... - próbowała zaprotestować babcia Irmina. - Bob, czy mógłbyś coś zrobić, żebym ja tu...
- Nie ma mowy - odrzekł Bob. - Teraz jemy lunch. Dla ojca jest tu dobra opieka. Jeszcze tu przyjedziemy, potem ja wyjadę.
- A czym wrócimy do domu? - zainteresowałam się.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.