Znalazłszy się wewnątrz czterech ścian legowiska, Willa umknęła ze snopa księżycowego światła, które sączyło się przez okno. Przykucnęła na podłodze w ciemnym kącie obszaru jadalnianego, a drobne pióra na jej karku się nastroszyły, gdy rozglądała się wokół czujnym wzrokiem.
Gdzie się podział gryzący pies? - zadawała sobie pytanie. I czy wszystkie światłoluby spały na górze, na swoich posłaniach?
Ze wstrzymanym oddechem podpełzła do przejścia, żeby zajrzeć do głównego pomieszczenia. Sprawdzała, skąd mógłby nastąpić ewentualny atak.
Czekała, patrzyła, nasłuchiwała.
Gdyby ją tu przyłapali - wewnątrz swojej siedziby - z pewnością zabiliby ją bez najmniejszych skrupułów. Nie mieli ich przecież, gdy ścinali drzewa w lesie albo polowali na zamieszkujące go zwierzęta. Zamordowali jej matkę i ojca, siostrę bliźniaczkę i wielu innych mieszkańców Głuchej Jamy. Światłoluby nigdy się nie wahały ani nie zastanawiały. Gdy napotykały coś, czego nie umiały zrozumieć - wilki nawołujące w nocy bliskich czy drzewa unoszące ku słońcu potężne konary - od razu to niszczyły. A lasu, do którego przybyły, nie rozumiały prawie wcale.
Willa przesuwała się powoli i ostrożnie, starając się panować nad oddechem. Słyszała tylko dźwięk maszyny ze zwiniętych kawałków metalu, tykającej na gzymsie kominka, i cichy syk dogasającego żaru, którego woń doprowadziła ją do tego miejsca.
Teraz zaś do nozdrzy Willi doleciał jeszcze inny zapach, zaskakująco słodki. Próbowała go zignorować, ale zaburczało jej w brzuchu. Odwróciła się i ujrzała okrągły pojemnik z materiału przypominającego kamień, stojący na płaskiej drewnianej powierzchni na czterech nogach. Nie mogła pozwolić się rozkojarzyć, tak długo jednak dręczył ją głód - cały wczorajszy dzień i dzisiejszą noc...
Poderwała się szybko, uniosła pokrywę naczynia i wepchnęła w usta kilka niedużych, kruchych grudek, zachłannie jak wygłodniały szop pracz. Od słodkiego smaku napłynęła jej ślina, aż uśmiechnęła się mimowolnie, choć pamiętała, by nie zostawić po sobie okruszków, które mogłyby ją zdradzić. Miała ochotę na więcej tych pyszności, więc schowała pozostałe bryłki do worka z trzciny i ruszyła dalej.
Podkradając się do głównego pomieszczenia, zauważyła prostokąt z cienkiej blachy z nieruchomą podobizną rodziny światłolubów niczym zastygłe na wieki odbicie na powierzchni wody: gładko ogolonego mężczyznę, ciemnowłosą kobietę z maluchem na rękach, a także dwoje dzieci, pięcio- i może sześcioletnie. Willa nie przyglądała się im zbyt długo, bo sama myśl o duszach uwięzionych w metalu budziła jej niepokój.
Weź tylko to, po co tutaj przyszłaś, pomyślała, skupiona na swoim zadaniu.
Zerkając nerwowo w kierunku schodów prowadzących na piętro, szukała w głównym pomieszczeniu wartościowych przedmiotów. Znalazła nieduże drewniane pudełko wypełnione czymś brązowym, miękkim i wilgotnym - tytoniem do żucia, jak jej się wydawało. Wepchnęła połowę do swojego worka. Nie była to zdobycz, na której szczególnie by jej zależało, wiedziała jednak, że padaran - przywódca jej klanu - ucieszy się z tak wyjątkowego prezentu. Wyobraziła sobie, jak staje przed jego rosłą sylwetką i opróżnia na podłogę worek, a w jego oczach lśni aprobata.
Zadowolona ze znaleziska, kontynuowała pracę. W ciasnym pokoiku bez okien, wypełnionym wyłącznie ubraniami zwisającymi z dziwnych przedmiotów w kształcie ramion, natrafiła na długi ciemny płaszcz, a w jego kieszeniach na skórzany portfel. Szeroko uśmiechnięta, zabrała połowę banknotów i monet - właśnie takich łupów uczono ją bowiem szukać.
Każdej nocy padaran wysyłał ją wraz z innymi jutami - młodymi łowcami-złodziejami z jej klanu - na plądry, a największą miłość okazywał tym, którzy wracali z pobrzękującymi sakiewkami i innymi rzeczami o dużej wartości.
Znów spojrzała na schody, świadoma, że potencjalne zagrożenie nadciągnie właśnie stamtąd. Zgromadziła już całkiem pokaźny łup - i choć wiedziała, że mądry jut wie, kiedy się wycofać, czuła niedosyt.
Kiedy poprzedniej nocy wróciła do Głuchej Jamy, jej worek był lekki i padaran zdzielił ją wierzchem dłoni w twarz tak mocno, że upadła na ziemię i równie zdumiona, co zawstydzona, starła krew z wargi. Sądziła, że w ciągu ostatnich miesięcy wkupiła się w jego łaski, stała się jego ulubienicą, a tymczasem on uderzył ją jak każdego innego juta, z którego nie był zadowolony. Wciąż czuła szczypanie policzka, i właśnie dlatego dziś zamierzała zdobyć więcej, pokazać, na co ją stać.
Stanęła pod schodami. Przyłożyła dłonie do uszu, żeby lepiej słyszeć, i zamknęła oczy, skoncentrowana na dźwiękach dolatujących z pomieszczeń nad jej głową. Męskie chrapanie, tylko jednej osoby, ale pewnie było ich tam więcej, bo światłoluby przesypiały noc całymi gromadami.
Tylko gdzie się podział przeklęty pies, który oznaczał śmierć? Już wcześniej zdarzało jej się stanąć na drodze tych zębatych bestii, które głośno szczekały, drapały i gryzły bez opamiętania. Przecież czuję jego smród, myślała. Użyła nawet jego drzwiczek, by dostać się do legowiska. Gdzie on był, dlaczego jeszcze się na nią nie rzucił?
Większość znanych jej jutów wolała kraść rzeczy z niepilnowanych wozów, pogrążonych w mroku podwórzy czy stodół, w których nad ranem nie było żywego ducha. Tylko nieliczni umieli znaleźć w sobie odwagę, żeby zakraść się wprost do legowiska światłolubów, a i to wyłącznie wtedy, gdy mieli pewność, że nikogo nie zastaną w środku. Jutów zawsze szkolono, by działali w małych grupach i unikali ryzyka. Willa postawiła jednak nogę na trzeszczącym stopniu i zaczęła wspinać się najciszej, jak to możliwe, po tych osobliwych płaskich kładkach niepodobnych do niczego, co można było znaleźć w lesie.
Dotarłszy na piętro, zdała sobie sprawę, że drżą jej nogi. Przesuwała się nieśpiesznie wąskim tunelem przypominającym jaskinię w stronę uchylonych drzwi pierwszego pomieszczenia. W lesie mogła korzystać ze swojego kamuflażu i innych mocy, które tutaj, w wewnętrznym świecie światłolubów, stawały się bezużyteczne. Tutaj każdy mógł ją zobaczyć, pojmać i zabić.
Pociły jej się dłonie, kiedy zajrzała do pokoju śpiącego mężczyzny.
Podczas poprzednich plądrów zorientowała się, że dorosłe światłoluby śpią dwójkami, ale ten mężczyzna był sam - zajmował bok posłania, jakby osoba, z którą je dzielił, nie wróciła na noc do legowiska. Znalazł się za to pies, którego wcześniej wyczuła. Pogrążona w twardym śnie kudłata czarno-biała bestia o lśniących kłach i ostrych pazurach, dobrze widocznych w blasku księżyca.
Mężczyzna miał gęste bokobrody. Leżał na pościeli w pomiętych, zniszczonych ubraniach, jakby padł tam z wyczerpania i od razu stracił przytomność. Poza tym wszystko wskazywało na to, że doszło tu do szarpaniny, bo krzesło i stolik były przewrócone, a na podłodze leżało sporo innych przedmiotów światłolubów. Na głowie mężczyzny Willa dostrzegła ranę, a sierść na łopatce psa sklejała zaschnięta krew.
Na ten widok serce zabiło jej mocniej. Przełknęła głośno ślinę. Czyżby ta dwójka zaatakowała w lesie jakieś stworzenie i dostała za swoje? Zaraz jednak zmarszczyła czoło, bo walka w lesie w żaden sposób nie tłumaczyła bałaganu w pokoju...
I wtedy to dostrzegła. Na łóżku, obok mężczyzny i psa, leżał długi przedmiot, dwie metalowe rurki zakończone drewnianym uchwytem.
Przecież to bum-pałka, zorientowała się Willa, tuż przy jego ręce! Odetchnęła ostrożnie, walcząc z instynktownym pragnieniem ucieczki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki