Tajemnica
Will otworzył oczy. Była noc, a on stał sam pośrodku polany. Nie widział nic poza nieprzeniknioną czernią. Ruszył przed siebie z dziwnym poczuciem, że nie jest sam, chociaż nikogo nie widział. Gdy doszedł do końca polany, znalazł się przed wielkim, starym lasem, a za plecami usłyszał kroki. Odwrócił się w stronę polany powoli, cofając się w głąb drzew. Dostrzegł parę małych czerwonych oczu, które z każdym krokiem stawały się coraz większe i bardziej widoczne. Zaczynały przypominać płomienie. Gdy istota, do której należały, doszła na skraj lasu, oczom Willa ukazała się sylwetka czarniejsza od nocy. Kształtem zaczęła przypominać wielkiego, potężnego zwierza, wilka bądź niedźwiedzia, który zamiast ciała ma najczarniejszy cień. Chłopak znieruchomiał, nie odważył się drgnąć choćby palcem u stopy. Stał tak jakiś czas, gdy nagle bestia ruszyła w jego stronę. Will zaczął uciekać przed siebie, w głąb lasu, najszybciej, jak tylko potrafił. Biegł slalomem pomiędzy drzewami, obijając się co chwilę o ich pnie. Bestia podążała za nim, doganiając go bardzo szybko.
Gdy chłopak dobiegł do krawędzi urwiska, przystanął, patrząc w dół, gdzie zobaczył tylko ciemność. W tej samej chwili poczuł na plecach oddech. Bez chwili zastanowienia skoczył w przepaść, jednak cień zdążył chwycić go za nogę. Leciał w dół, czując ucisk pod prawym kolanem. Leciał tak przez jakiś czas, aż dojrzał na dole małe światełko, które w szybkim tempie zaczęło się rozszerzać. Wpadając w światło, jednocześnie usiadł na łóżku z krzykiem, otwierając oczy.
Był cały mokry i przerażony. Obrócił głowę i spojrzał na stojącą koło jego łóżka Julię z lampką w dłoni.
- Nic ci nie jest? - spytała zmartwiona.
- To był tylko sen... - Odetchnął z ulgą, wypowiadając te słowa.
- Co ci się śniło?
- Nie chcę tego rozpamiętywać. A co ty tu robisz?
- Przysłał mnie ojciec, jest na dole i czeka na ciebie.
Will, wstając z łóżka, poczuł ból i pieczenie w prawej nodze. Usiadł i podciągnął nogawkę spodni do góry. Przeraziło go to, co zobaczył. Poniżej kolana aż do kostki miał wielki czerwony ślad zaciśniętej dłoni. Odcisk nie przypominał ręki ludzkiej istoty.
Julia z przerażeniem w oczach patrzyła na chłopaka, który nie potrafił tego sensownie wytłumaczy. Powtarzał sobie, że to był tylko sen. Po chwili spojrzał na dziewczynę.
- Nie mówmy o tym nikomu, dopóki nie znajdę jakiegoś sensownego wytłumaczenia - rzekł.
Julia spojrzała na niego zmartwionym wzrokiem, ale kiwnęła głową, zgadzając się. Wstał, zarzucił na siebie płaszcz i oboje zeszli na dół, gdzie czekał na nich ojciec dziewczyny.
- Proszę ze mną, panie Willu, udamy się do ratusza, gdzie czeka już na pana Srebrnoręki. Wyszli z gospody i skręcili w lewo. Po paru krokach ich oczom ukazał się mały mostek, najpiękniejszy i chyba najdroższy, jaki chłopak widział w całym swoim życiu. Robert Piwosz spojrzał na niego.
- Tak, jest piękny. Każdy jego element zrobiono z czystego srebra.
Will, przechodząc przez mostek, nie był świadomy, że kroczy po fortunie, za którą mógłby kupić Cztery Wieże na własność i jeszcze sporo by mu zostało.
- Do kogo należy? - zapytał.
- Do wszystkich.
- Do wszystkich? Jest taki piękny, świecący i zadbany, że musi mieć jakiegoś właściciela - stwierdził chłopak.
- Otóż nie. Widzi pan, to jest prezent dla miasta.
- Prezent? Kto stawia tak wspaniałą konstrukcję jako prezent dla miasta? - zdziwił się Will.
- Założyciel Srebrzystej Polany, pierwszy hodowca srebra. On przywiózł nasiona tego metalu w nasze rejony z dalekich krain i on nauczył tutejszych ludzi jego uprawy.
- Któż to taki, jeśli można wiedzieć?
- Tom Fasolka. Ale tutaj jest bardziej znany pod innym imieniem. Nazywamy go Panem Srebra.
- Pan Srebra - zamyślił się chłopak.
- Tak - przytaknął Robert. - Pan Srebra! - powtórzył z taką radością i czcią, aż zatracił się i patrzył ślepo w dal, nie zwracając uwagi na gościa.
- Mhm... - delikatnie chrząknął Will i z grzeczności postanowił poczekać, aż jego rozmówca znajdzie odpowiednie drzwi i wróci do rzeczywistości, w której prowadzi pogawędkę z przedstawicielem Gildii Detektywistycznej w drodze do ratusza.
- Oj, przepraszam pana, zamyśliłem się.
- Nic nie szkodzi. Widzę, że Pan Srebra jest dla pana kimś ważnym.
- Dla mnie? Och, nie. Ale dla tutejszej ludności owszem. Ja go po prostu podziwiam.
- A za co, jeśli wolno wiedzieć?
- Wolno, lecz nie w tym momencie, ponieważ za chwilkę będziemy w ratuszu, gdzie czekają na pana pilniejsze sprawy.
Schodząc z mostka, wyszli na ulicę wyłożoną srebrnymi płytami prowadzącą wprost do ratusza.
- Opowiem panu wszystko później, teraz będzie pan musiał zmierzyć się ze sprawą, która dręczy mieszkańców i powoli doprowadza do nędzy oraz utraty tego, na co tak długo pracowaliśmy - rzekł właściciel gospody.
Gdy szli, Will tak zapatrzył się w piękne srebrne płyty, po których stąpał, że nie zauważył, kiedy wyrósł przed nimi wielki budynek ratusza. Frontowa brama przypominała wielkością bramę obronną warowni lub zamku, była ogromna i masywna, ale coś ją jednak odróżniało od pozostałych. Była arcydziełem, którego nie powstydziłby się żaden król, władca czy też spadkobierca, gdyby była jego własnością. Wykonana była oczywiście ze srebra, a po obu stronach miała piękne rzeźby ręcznie zrobione na specjalne zamówienie. Na lewym skrzydle znajdowały się postacie rolników siejących srebro, na prawym zaś ci sami ludzie dzięki plonom srebra przemieniali się w bogaczy i układali ogromne stosy monet. Pod furtką przywitał ich gruby i niski mężczyzna. Miał krótkie siwe włosy, skórzany pas z piękną, srebrną klamrą, który podtrzymywał mu spodnie, i ogromny brzuch. Mężczyzna był tak wielki, że z daleka wyglądał jak olbrzymia skórzana piłka, ponieważ nosił tylko skórzane odzienie.
- Witaj, Teodorze - odezwał się Robert. - Oto pan Will z Gildii Detektywistycznej. - Wskazał na chłopaka.
- Witam szanownego pana. Nazywam się Teodor. Jestem miejscowym przedstawicielem prawa. Mam nadzieję, że pomoże mi pan rozwiązać zagadkę tych straszliwych zbrodni.
- Miło mi pana poznać - odpowiedział z szacunkiem Will. - O jakich zbrodniach pan mówi?
- Nie tutaj. Porozmawiamy w środku. Pozwolą panowie za mną.
Skierowali się do budynku, lecz przed głównym wejściem Teodor skręcił w prawo i podszedł do malutkich drzwiczek ukrytych w ścianie. Tak naprawdę drzwi były normalnych rozmiarów, ale w sąsiedztwie tak potężnej bramy wydawały się niewielkie i praktycznie niedostrzegalne. Grubas wyciągnął zza pasa srebrny klucz i otworzył drzwi. Z przedostaniem się przez nie do środka miał niemały problem, ale ostatecznie sobie poradził, obracając się bokiem. Śmiał się przy tym głośno, odwracając w ten sposób uwagę od czasu, jaki mu zajęła przeprawa przy wejściu.
- I po co tyle hałasu? Wystarczyłoby, żeby schudł i zajął się patrolowaniem naszych ziem, a nie siedział cały czas w strażnicy i obżerał się dziczyzną - mruczał pod nosem Robert.
Znaleźli się na dziedzińcu, gdzie czekało na nich dwóch mężczyzn. Jeden był ubrany w dostojne srebrne szaty z elementami złota, drugi zaś w szaty czarne. Ten ostatni trzymał w lewej dłoni dużą skórzaną torbę, a twarz miał tak bladą, jakby co najmniej od miesięcy nie wychodził z piwnicy. Podeszli do nich.
- Jesteście wreszcie! To musi być nasz przyjaciel z Gildii Detektywistycznej, żeby nam pomóc w tych trudnych czasach. Nazywam się Jan Srebrnoręki i to ja zwróciłem się do gildii z prośbą o pomoc. To jest Grabarz. - Wskazał na swojego kompana. - Jest miejscowym grabarzem i tak też go tutaj nazywamy.
Przedstawiony mężczyzna skinął głową, nie odzywając się ani słowem.
- Witam panów - odpowiedział grzecznie chłopak. - Bardzo mi miło. Nazywam się Will i jak pan zauważył, zostałem tu przysłany z Czterech Wież, choć nie bardzo jeszcze wiem, jakie mam tutaj zadanie do wykonania. Wszyscy mówią o jakichś okropnościach, ale jak dotąd nie dowiedziałem się niczego konkretnego.
- Za chwilę wszystko się wyjaśni. Musimy zejść do piwnic ratusza, w których znajdzie pan odpowiedzi na wszelkie pytania - oznajmił radny.
Wszyscy przeszli przez dziedziniec, aż doszli do schodów prowadzących do piwnic. Przodem szedł Jan, który miał klucze od zamków. Zeszli na dół i przeszli przez stare drewniane drzwi, które doprowadziły ich do długiego piwnicznego korytarza. Panował w nim półmrok, a jedyne światło, które go rozjaśniało, pochodziło z uchylonych drzwi gdzieś na końcu. Gdy byli w połowie drogi do nich, ich uszu dobiegł tak przeraźliwy krzyk, aż na chwilę przystanęli. Krzyk następnie przemienił się w słowa: "Bestia! Bestia!".
Naraz wszyscy bez wyjątku pędem rzucili się w stronę drzwi, skąd dobiegał hałas. Po wtargnięciu do pomieszczenia ujrzeli dwóch mężczyzn. Jeden leżał na stole, wydając ostatnie tchnienie. Spojrzał na nich i wymamrotał: "Uciekajcie", po czym umarł. Jego ciało było całe pokryte krwią, a twarz wyglądała, jakby wpadła pod stado wściekłych i ostrych jak brzytwa noży. Drugi mężczyzna stał nad nim ze spuszczoną głową, zamykając mu oczy dłonią. Miał na sobie długi skórzany fartuch, cały zakrwawiony, przez co wyglądał jak rzeźnik.
- Panie Teodorze, trzeba natychmiast aresztować tego człowieka! - krzyknął Will.
- Nie trzeba - powiedział Jan Srebrnoręki, podchodząc do łysawego, podstarzałego rzeźnika. - To jest pan Lucjan, nasz miejscowy lekarz i alchemik w jednej osobie.
- Witajcie, przyjaciele - odezwał się Lucjan. - Nic nie mogłem zrobić. Odzyskał na chwilę przytomność, ale jedyne, co mi się udało z niego wyciągnąć, to krzyk i to, co słyszeliście przed chwilą.
- Czy ktoś może mi wytłumaczyć, co się tutaj dzieje i dlaczego ten mężczyzna nie żyje? - zapytał skonfundowany Will.
- Rozwiązanie tej zagadki to pana zajęcie, w końcu po to gildia tu pana wysłała. Jednak zanim opowiemy o naszym problemie, myślę, że powinien pan to zobaczyć. - Jan podszedł do zamkniętych drzwi. - Uprzedzam, to może być szok, chociaż pan w swoim fachu widział pewnie już nie takie rzeczy. - Otworzył je i wszedł do środka, a chłopak ruszył za nim.
Will zaniemówił sparaliżowany widokiem, jaki tam zobaczył. W pomieszczeniu po lewej stronie, przy ścianie, leżało siedem ciał przykrytych prześcieradłami, które już dawno straciły swoją biel przesiąknięte krwią ofiar. Było tutaj dosyć jasno, zapewne dlatego, że nad każdym ciałem z niewiadomych dla chłopaka przyczyn została zapalona jedna pochodnia. Przyjrzał się im przez chwilę. Były identyczne. Każdą z nich zrobiono ze srebra i każda miała na przodzie ręcznie wykonaną postać chłopa trzymającego worek z ziarnami tegoż metalu w prawej dłoni.
- Zacznijmy od początku - powiedział Will, próbując ukryć swoje przerażenie. - Może mi szanowny pan wytłumaczyć pokrótce, z czym się tu zmagacie i w czym ja mogę pomóc?
- Może przejdźmy na górę. Napijemy się czegoś mocniejszego na nerwy i postaram się panu powiedzieć, co wiem - zaproponował radny.
- Zgadzam się. Myślę, że po opuszczeniu tego pomieszczenia będzie mi łatwiej zebrać myśli i przeanalizować informacje, jakie od was usłyszę - potwierdził chłopak.
Wszyscy udali się na górę, czując ulgę po wyjściu na powietrze. No może poza Grabarzem, który wyglądał, jakby nic nie odczuwał. W holu ratusza Will przystanął na chwilę, przyglądając się posągowi chłopa trzymającego w prawej dłoni worek z ziarnami srebra, lewą dłonią zaś wskazywał na ogromny monument stojący tuż obok. Posąg ten był dwa razy większy od swojego sąsiada i przedstawił postać dumnego mężczyzny otoczonego przeróżnymi bogactwami.
- To jest Tom Fasolka - powiedział Robert, wskazując na pomnik. - Ten drugi to Pan Srebra.
- Czy to nie ta sama osoba?
- Tak - odpowiedział Jan. - Ale z różnych okresów jego życia. A teraz zapraszam do sali obrad.
Przeszli do pomieszczenia, w którym stał ogromny dębowy stół ze srebrnymi okuciami. Zamiast normalnych nóg stół o kształcie prostokąta miał cztery ogromne łapy niedźwiedzia. Przy nim znajdowało się dwanaście krzeseł, także dębowych ze srebrnymi ozdobami i okuciami u nóg. Srebrnoręki wyciągnął z wielkiej ręcznie rzeźbionej dębowej szafy szklanki i butelkę whisky, po czym nalał każdemu do połowy. Wszyscy wypili po łyku i tylko Will się lekko zakrztusił.
- Mocne - powiedział.
- Ostanie dziesięć lat przeleżała w piwnicach tego budynku. Zaledwie trzy miesiące temu wyciągnęliśmy ją z Panem Srebra, akurat dzień przed początkiem ataków.
- Ataków? - spytał chłopak.
- Tak... ataków. Widzi pan, wszystko zaczęło się trzy miesiące temu, po powrocie Pana Srebra z dalekich krain. Przy każdej pełni zbiorów pojawiały się ataki na zbieraczy i niestety wszyscy ginęli.
- Pełnia zbiorów? Ataki na zbieraczy? A co zbierają, jeśli można wiedzieć? I kto atakował?
Zapadła cisza, a oczy obecnych w sali skupiły się na przedstawicielu gildii, który skrępowany tą sytuacją wziął porządnego łyka whisky, po czym odchrząknął parę razy, próbując złapać oddech.
- Co pan wie o Srebrzystej Polanie? - spytał w końcu Srebrnoręki.
- Właściwie to niewiele.
- Dobrze, więc postaram się to panu wyjaśnić. Otóż tutejsza ludność zajmuje się uprawą srebra. Jest to idealna kraina na taką hodowlę, ponieważ metal ten można zbierać tylko w idealną noc pełni, a u nas taka noc występuje co trzy dni. Trzy miesiące temu na zbieraczy, to znaczy ludzi specjalnie szkolonych do tego typu zbiorów, zaczęły się ataki.
- Kto ich atakował? - zapytał Will.
- Tego nie wiemy. Wszystkich zbieraczy następnego dnia znajdowaliśmy martwych - odpowiedział zmartwiony Jan.
- Ba! Żeby tylko byli martwi - wtrącił Teodor. - To była masakra!
- Jak to? Nie rozumiem. Panie Srebrnoręki, zastanawia mnie jeszcze jedno. Skoro powiedział pan, że jest to jedyna grupa odpowiednio szkolona do zbierania srebra, jak to możliwe, że po pierwszym ataku nastąpiły kolejne? Przecież wszyscy zginęli - zapytał z powagą Will, lecz tak naprawdę po głowie chodziło mu słowo przed chwilą wypowiedziane przez lokalnego przedstawiciela prawa. Masakra - chłopak powtórzył to w myślach jeszcze parę razy, zanim do jego uszu dotarły słowa radnego.
- Panie Willu? - Jan starał się zwrócić jego uwagę.
Will spojrzał na niego wzrokiem osoby dopiero co wybudzonej ze snu, nie bardzo rozumiejącej, co się dzieje dookoła.
- Przepraszam, zamyśliłem się.
- Zbieracze, aby uzyskać najczystsze srebro, muszą używać specjalnej techniki, która wymaga od nich sporych zasobów energii. To pozwala im pracować tylko dwa razy w miesiącu, dlatego mamy w Srebrzystej Polanie kilkanaście grup zbieraczy, żebyśmy mogli wykorzystać wszystkie noce w miesiącu. Po dwóch atakach zbieracze nie chcieli wychodzić, to zrozumiałe, ale bez srebra nasze miasto zaczęło tonąć w długach. Postanowiliśmy, jako rada miasta, wynająć najemników do ich ochrony. Niestety nic to nie dało, ponieważ najemników też znaleźliśmy martwych.
- Nie martwych - odezwał się Grabarz. - To, co zbieram na polach i chowam w ziemi, to resztki, jakie pozostały po martwych ludziach.
- Nie! - krzyknął Robert. - Co ty, do cholery, gadasz?! Resztki?! Mam powiedzieć mojej córce, że w grobie zamiast jej matki leżą resztki? Powiedz mi?!
- Uspokój się, Robercie - powiedział Jan, podchodząc do niego i kładąc na jego ramieniu rękę. - A ty zważaj na słowa, Grabarzu. To są... byli ludzie i nimi pozostaną.
- Ja tylko stwierdzam fakt - odpowiedział chłodno i bez emocji na twarzy.
- Nie pora teraz na kłótnie. Napijcie się i uspokójcie. Panie Willu, jak pan widzi, nasza sytuacja jest coraz gorsza - zwrócił się radny w stronę chłopaka. - Musi pan wiedzieć, że jest pan naszą jedyną nadzieją. Otóż zwróciliśmy się do gildii z dwoma problemami. Po pierwsze: chcemy, żeby pan spróbował odnaleźć Pana Srebra. Zaginął po pierwszym ataku i nikt nie widział go od tamtej pory. Z tego, co zdołał ustalić Lucjan, jego ciała nie było wśród szczątków ofiar pierwszego ataku. Po drugie: chcemy, żeby ustalił pan, kto stoi za tymi atakami i w miarę możliwości zlikwidował sprawcę lub sprawców, bo raczej wątpię, by stała za tym jedna osoba.
- Po tym, co zobaczyłem na statku, tutaj już nic mnie raczej nie zdziwi - powiedział sam do siebie. - Będę potrzebował do pomocy kogoś znającego miasto i będę chciał jeszcze raz zejść na dół, żeby zobaczyć ciała i porozmawiać z panem Lucjanem, ale najpierw chciałbym dowiedzieć się coś więcej o zniknięciu Pana Srebra. - Tym razem zwrócił się do wszystkich.
- Oczywiście, służymy wszelką pomocą. Teodor będzie pomagał panu w poszukiwaniach. A wracając do Pana Srebra, jak już mówiłem wcześniej, zaginął po pierwszym ataku. Oczywiście szukaliśmy go, żeby opowiedzieć mu o tym, co się stało tamtej nocy, lecz nigdzie nie mogliśmy go znaleźć. Nie martwiliśmy się zbytnio o niego, ponieważ często gdzieś znikał i po tygodniu czy dwóch wracał, by opowiedzieć nam o swoich przygodach i miejscach, które odwiedził. Jednak tym razem jest inaczej, minęły już ponad trzy miesiące, a jego nadal nie udało się zlokalizować. Zarówno wśród żywych, jak i wśród martwych.
- A gdzie i dlaczego Pan Srebra znikał od czasu do czasu?
- Dobre pytanie - uśmiechnął się Jan. - Tego, gdzie tak naprawdę znikał, do końca nie wiemy. Opowiadał nam tylko o swoich przygodach, miejscach, które odwiedził, i bestiach, jakie spotkał. Oczywiście tylko dzieci wierzyły w te bajki o stworach i dalekich krainach. Mnie się wydaje, że wydawał swoje bogactwa na różne przyjemności i podróże.
- Jak zdobył bogactwo?
- To bardzo długa historia, a ja mam swoje obowiązki i nie mogę poświęcić panu aż tyle czasu. Teodor zaprowadzi pana do piwnicy, gdzie będzie pan mógł obejrzeć zwłoki i porozmawiać z Lucjanem. Ja na razie pana opuszczę, bo choć czasy trudne to obowiązki pozostają obowiązkami i nikt ich za mnie nie wypełni.
Srebrnoręki wyszedł z sali, a zaraz za nim wstał i bez słowa pożegnania z kamiennym wyrazem twarzy pomieszczenie opuścił Grabarz. Po chwili milczenia Will i Teodor natomiast udali się do lochów, gdzie Lucjan właśnie zabierał się do upuszczenia krwi ze świeżego trupa.
- Nie! - krzyknął Will. - Niech pan niczego nie robi. Chcę najpierw zbadać zmarłego.
- W jakim celu? - spytał Lucjan zdziwiony obecnością gości. - Już stwierdziłem zgon. Może mi pan wierzyć, że ten człowiek jest martwy.
- Wierzę panu, ale czyniąc to, co pan zamierzał, zniszczy pan ślady, jeżeli jakiekolwiek pozostały. Muszę go dokładnie obejrzeć. I resztę zwłok w sąsiedniej sali również, jeżeli to możliwe.
- Oczywiście! Służymy wszelką pomocą - powiedział Teodor.
- Jeśli wolno mi coś zasugerować, proponuję udać się do domu - zaproponował Lucjan. - Zaraz się ściemni, a lepiej nie poruszać się po zmroku, gdy grasują mordercy. To muszą być brutalni zawodowcy i jest ich co najmniej kilkunastu, ponieważ moim zdaniem jeden człowiek nie siałby takiej masakry niezauważony. Dawno już by go zabili najemnicy wynajęci do ochrony zbieraczy. Dlatego uważam, że musi to być dobrze zorganizowana grupa. Tylko dlaczego nie czekają, aż zbieracze pozyskają żywe srebro?
- Mam nadzieję, że niedługo się tego dowiemy - powiedział Teodor, spoglądając na Willa. - Jednak na razie Lucjan ma rację i powinniśmy wrócić do domu. Zatrzymał się pan w gospodzie Srebrzysty Kociołek, tak?
- Tak - odpowiedział chłopak.
- Wspaniale! - odpowiedział Teodor. - Zjawię się u pana o świcie i zaczniemy od miejsca, które pan wyznaczy.
- Zgadzam się, może tak będzie lepiej. Muszę wszystko sobie dobrze poukładać. Proszę już niczego dzisiaj nie robić - zwrócił się do Lucjana. - I wstrzymać się ze wszystkimi czynnościami do jutra. Rozgryzienie tego zajmie mi trochę czasu i nie zaszkodzi przestudiować informacji, jakie od was uzyskałem, chociaż jestem pewien, że jest to tylko ziarnko piasku z wiedzy, jakiej będę potrzebował do rozwiązania tej zagadki.
We trzech udali się na górę, gdzie w sali obrad siedział samotnie zamyślony Robert Piwosz. Na widok Willa, Teodora i Lucjana zerwał się na równe nogi. Wszyscy podeszli do niego, po czym detektyw i właściciel gospody po symbolicznym pożegnaniu pozostałych obecnych poprzez uścisk dłoni oddalili się do gospody. Tam czekała na nich Julia z kolacją, a konkretniej mówiąc, z pieczonym ptakiem podobnym do bażanta i pajdą świeżo upieczonego chleba, który przygotowywała na szczególne okazje.