Will Grayson, Will Grayson - John Green, David Levithan

-
Proszę czekać

 

Rozmowa między Johnem Greenem i Davidem Levithanem

John Green: Przyznaję, że słyszałem już tę opowieść, ale nigdy mnie ona nie nuży: Jak wpadłeś na pomysł napisania tej książki?

David Levithan: Pomysł napisania książki o dwóch chłopakach o tym samym nazwisku zrodził się z tego, że jeden z moich najlepszych przyjaciół nazywa się David Leventhal. Nie całkiem tak samo jak ja, ale dość podobnie. Obaj studiowaliśmy w Brown i często nas ze sobą mylono. Nie tylko w zwykłych kwestiach (takich jak maile czy telefony), ale też w bardziej niecodziennych i zabawnych sytuacjach. Widzisz, David Leventhal jest świetnym tancerzem. A ja, David Levithan, wręcz przeciwnie. Tymczasem zaczepiali mnie różni ludzie, mówiąc: "Widziałem cię na scenie wczoraj wieczorem. Wydajesz się takim niezdarnym, niezręcznym facetem, ale kiedy tańczysz, masz w sobie tyle gracji!". A ja musiałem odpowiadać: "Yyy, to nie byłem ja". Czułem się tak, jakby gdzieś w campusie żyło moje alter ego. Wreszcie, tuż przed końcem szkoły, zadzwoniłem do niego, spotkaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy. Nie powiedziałbym, że nasza książka jest o tym, jak kochać swoje alter ego, ale o tym, jak drugi człowiek może odblokować - często nieumyślnie - potencjał naszej osobowości. A najlepsze jest to (o czym często zapominam), że jeden ze współlokatorów/najlepszych przyjaciół Davida Leventhala nazywał się... Jon Green. Ciekawy zbieg okoliczności. To prowadzi z kolei do mojego pytania: Jakie ty masz doświadczenia z innymi Johnami Greenami?

JG: Oczywiście są nas setki - począwszy od agentów nieruchomości w Missisipi, a skończywszy na botanikach w Australii. Poznałem kilku Johnów Greenów i wszyscy byli kapitalni. Choć przydarzył mi się też jeden nieprzyjemny incydent kilka lat temu. W Kanadzie mieszka pewien John Green, który jest Bardzo Ważnym Autorytetem w dziedzinie badań nad Wielką Stopą, nazywanych również sasquatcheringiem. (Tworzy książki takie jak Sasquatch: Małpy pośród nas). Kilka lat temu napisałem artykuł do pewnego czasopisma, w którym zdawkowo wspomniałem o tym, że moim zdaniem Wielka Stopa jest postacią fikcyjną. Tydzień po publikacji otrzymałem wściekły list od Johna Greena, słynnego sasquatologisty, oskarżającego mnie, że skalałem dobre imię Johnów Greenów na całym świecie.

Na szczęście moja reputacja nie ucierpiała na tyle, byś nie chciał ze mną współpracować. Napisaliśmy więc pierwsze rozdziały, nie mając pojęcia, o czym pisze ten drugi i czy historia nam się ułoży. Co pomyślałeś, kiedy ci przeczytałem pierwszy rozdział i poznałeś Willa, Kruchego, Jane oraz problem z wyborem przyjaciół i/lub ich nosów?

DL: Nie chcę wydać się łatwy, ale podbiłeś mnie już pierwszym zdaniem. Od razu wiedziałem, że twój rozdział będzie rozpoczynał powieść. A kiedy pojawił się Kruchy... cóż, pomyślałem: "Och, fantastyczna postać". Zachwyca mnie, że takiego bohatera wszyscy spodziewaliby się po mnie, a tymczasem to ty go stworzyłeś. Relacja między nim i twoim Willem jest niesamowita. Poza tym byłem zaskoczony, gdy pojawił się Neutral Milk Hotel. Bo, wiesz, to ja przecież jestem miłośnikiem muzyki. Ale gdybym wiedział, że spędzę około pięciu lat z Holland, 1945 w głowie, to zareagowałbym inaczej.

Jednak przede wszystkim uderzyło mnie to, że obaj stworzyliśmy dwóch zupełnie innych Willów, ale równocześnie postanowiliśmy poruszyć bardzo podobne kwestie. (Zważ, proszę: nie mówię "tematy", bo żaden z nas nie pisze o "tematach"). A jaka była twoja reakcja, gdy usłyszałeś mój pierwszy rozdział?

JG: Bardzo mi się spodobał. Zaskoczyło mnie to, jak błyskawicznie i całkowicie znalazłem się w głowie twojego Willa. Twoja połowa powieści jest bardzo zabawna, ale również pełna gniewu. Nadal mi się podoba, mimo iż czytałem twoje rozdziały już z milion razy, że potrafisz tak absolutnie wejść w umysł osoby cierpiącej na poważną depresję. To nie jest pytanie. Chcę po prostu, żebyś coś o tym powiedział.

DL: Chciałem uchwycić mojego willa w samym środku życia, ponieważ wydaje mi się, że brakuje takich książek o nastolatkach. Nie chciałem natomiast, żeby przepełniała go pogarda do samego siebie za to, że jest gejem - on nie ma z tym problemu, chce jedynie zachować to dla siebie, nie ze strachu, lecz z przekonania, że to jest wyłącznie jego sprawa. Stracił ojca i nie do końca się z tym pogodził, ale też nie dręczy go ten fakt nadmiernie. A co najważniejsze, ma depresję, lecz jest na etapie układania sobie z nią życia, a nie odkrywania jej. Wiele powieści - w tym mnóstwo naprawdę świetnych - dotyczy nastolatków, którzy zaczynają się zmagać z depresją i szukają pomocy. Ale niewiele opowiada o tym, co dzieje się później, kiedy trzeba funkcjonować dalej.

JG: Mógłbyś coś powiedzieć o małych literach w twoim willu graysonie?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

1

Gdy byłem mały, mój tata mawiał:

- Will, masz wpływ na wybór swoich przyjaciół, masz wpływ na kształt swojego nosa, ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół.

Spostrzeżenie to wydawało mi się dość inteligentne, kiedy miałem osiem lat, ale okazało się nieprawdziwe pod kilkoma względami. Przede wszystkim człowiek nie wybiera sobie przyjaciół, bo inaczej ja nigdy bym się nie zadawał z Kruchym Cooperem.

Kruchy Cooper nie jest najbardziej zdeklarowanym gejem na świecie i nie jest też największym człowiekiem na świecie, ale możliwe, że jest największym człowiekiem na świecie, który jest bardzo, bardzo zdeklarowanym gejem, a także najbardziej zdeklarowanym gejem, który jest bardzo, bardzo wielki. Jest też moim przyjacielem od piątej klasy, poza ostatnim semestrem, podczas którego on był zajęty odkrywaniem całego spektrum swojego gejowskiego ego, ja zaś posiadaniem po raz pierwszy w życiu serdecznej Paczki Przyjaciół, którzy przestali ze mną rozmawiać z powodu dwóch błahych wykroczeń:

Po tym, gdy pewien członek samorządu uczniowskiego okazał głębokie zaniepokojenie obecnością gejów w szatni sportowej, wstawiłem się za prawem Kruchego Coopera do bycia zarówno ogromnym człowiekiem (dzięki czemu jest też najlepszym obrońcą w naszej dennej szkolnej drużynie futbolowej), jak i gejem, co wyraziłem w liście do szkolnej gazetki, pod którym z głupoty się podpisałem. Kolega Clint z Paczki Przyjaciół mędrkował na temat tego listu przy obiedzie i w trakcie mędrkowania nazwał mnie "dupościskiem", a ponieważ nie wiedziałem, co to znaczy, zapytałem: "Co masz na myśli?". A on znów nazwał mnie dupościskiem, więc kazałem mu się odwalić, wziąłem swoją tacę i poszedłem.

Więc formalnie rzecz biorąc, chyba sam zerwałem z Paczką Przyjaciół, choć odbieram to na odwrót. Szczerze mówiąc, wydawało mi się, że żadne z nich nigdy tak naprawdę mnie nie lubiło, ale przynajmniej miałem swoją ekipę, co nie jest bez znaczenia. A teraz nie mam, przez co zostałem zupełnie pozbawiony towarzystwa rówieśników.

To znaczy, jeśli nie liczyć Kruchego. Więc chyba muszę go liczyć.

Itakto kilka tygodni po feriach świątecznych w trzeciej klasie siedzę na swoim miejscu na zajęciach z matmy, gdy Kruchy wpada do klasy tanecznym krokiem ubrany w koszulkę piłkarską wetkniętą w chinosy, choć sezon dawno już się skończył. Co dnia jakimś cudem udaje mu się wpasować w ławkę obok mnie i co dnia budzi moje zdumienie, że znów tego dokonał.

Zatem Kruchy upycha swoje wielkie ciało na krześle, ja jestem należycie zdumiony, a potem on odwraca się do mnie i szepcze bardzo głośno, ponieważ w głębi serca chce, by inni też się o tym dowiedzieli:

- Zakochałem się.

Przewracam oczami, bo Kruchy równo co godzinę zakochuje się w jakimś kolejnym biedaku. Wszyscy oni wyglądają tak samo: chudzi, spoceni i opaleni - obrzydlistwo, bo każda lutowa opalenizna w Chicago jest sztuczna, a faceci ze sztuczną opalenizną - nieważne, czy geje, czy nie - są żałośni.

- Jesteś taki cyniczny - żali się Kruchy, z rezygnacją machając ręką.

- Nie cyniczny - prostuję - tylko racjonalny.

- Jak cyborg - stwierdza on.

Kruchy uważa, że jestem niezdolny do tego, co ludzie nazywają uczuciami, ponieważ nie płakałem od siódmych urodzin, kiedy to obejrzałem film Wszystkie psy idą do nieba. Pewnie powinienem się był domyślić po tytule, że ta historia nie może się skończyć wesoło, ale na swoją obronę podkreślę, że miałem zaledwie siedem lat. Tak więc od tamtej pory nie uroniłem ani jednej łzy. Prawdę mówiąc, nie rozumiem, jaki sens ma płakanie. Ponadto uważam, że bez problemu można się przed nim uchronić w każdym wypadku - może poza śmiercią krewnych lub czymś w tym rodzaju - jeśli przestrzega się dwóch prostych zasad: 1. Nie przejmować się niczym. 2. Siedzieć cicho. Wszystkie godne pożałowania sytuacje, jakie kiedykolwiek mi się przytrafiły, wynikały z tego, że nie zastosowałem się do jednej z powyższych reguł.

- Wiem, że miłość jest prawdziwa, bo ją czuję - ciągnie Kruchy.

Najwyraźniej lekcja już się zaczęła, choć tego nie zauważyliśmy, ponieważ pan Applebaum, który, tak się niefortunnie składa, uczy nas matmy, a przede wszystkim uczy mnie, że ból i cierpienie należy znosić po stoicku, pyta:

- Co czujesz, Kruchy?

- Miłość! - oznajmia chłopak. - Czuję miłość.

Wszyscy się odwracają i albo śmieją się, albo prychają z dezaprobatą pod adresem Kruchego, a ponieważ siedzę obok niego i jest moim najlepszym, a także jedynym kumplem, śmieją się i prychają również pod moim adresem. Właśnie z tego powodu nigdy bym nie wybrał Kruchego Coopera na przyjaciela. Za bardzo zwraca na siebie uwagę. Ponadto wręcz patologicznie nie potrafi przestrzegać żadnej z moich zasad. Porusza się tanecznym krokiem, za bardzo się wszystkim przejmując i nigdy nie siedząc cicho, a potem jest zdziwiony, gdy świat wylewa na niego pomyje. I oczywiście z tego prostego powodu, że ja trwam przy boku Kruchego, świat wylewa te pomyje również na mnie.

Gdy po lekcji przeglądam zawartość swojej szafki, zastanawiając się, jakim cudem zostawiłem Szkarłatną literę w domu, Kruchy podchodzi ze swoimi przyjaciółmi z Gay-Straight Alliance[1] - Garym (który jest gejem) oraz Jane (która być może jest lesbijką, nigdy nie pytałem) - i oznajmia:

- Oczywiście wszyscy uważają, że wyznałem ci miłość na matmie. Ja zakochany w Willu Graysonie! Czy to nie najdurniejsza rzecz, jaką słyszałeś w życiu?

- No pięknie... - wzdycham.

- Ludzie są takimi kretynami - ciągnie. - Jakby zakochanie było w jakimś sensie złe.

Gary wydaje głośny jęk. Gdyby można było wybierać przyjaciół, rozważałbym kandydaturę Gary'ego. Kruchy zakumplował się z nim, jego chłopakiem Nickiem, i Jane, gdy dołączył do GSA podczas mojego stażu w roli członka Paczki Przyjaciół. Ledwie znam Gary'ego, ponieważ przestaję znów z Kruchym dopiero od dwóch tygodni, ale odnoszę wrażenie, że to najnormalniejsza osoba, z jaką mój przyjaciel się kiedykolwiek kolegował.

- Istnieje różnica - zauważa Gary - między zakochaniem a ogłaszaniem tego na matmie. - Kruchy zaczyna protestować, ale kumpel go ucisza. - Nie zrozum mnie źle. Masz wszelkie prawo kochać Zacha.

- Billy'ego - koryguje Kruchy.

- Chwila, a co się stało z Zachem? - pytam, bo gotów byłbym przysiąc, że jeszcze na matmie Kruchy był zakochany w Zachu. Lecz od chwili wyznania minęło czterdzieści siedem minut, więc może zmienił już obiekt zainteresowań. Kruchy miał już około 3900 chłopaków, z czego połowę wyłącznie przez Internet.

Gary, równie skołowany nagłym objawieniem się Billy'ego, opiera się o szafkę i lekko uderza głową o metalowe drzwiczki.

- Kruchy, to, że jesteś taki puszczalski, nie robi dobrze naszej sprawie.

Patrzę na przyjaciela.

- Czy możemy sprostować plotki o naszej miłości? - proszę. - Znacznie redukują moje szanse u pań.

- Nazywanie ich "paniami" też raczej nie pomaga - wytyka mi Jane.

Kruchy się śmieje.

- Serio - upieram się. - Mam przez to pod górę.

Mój przyjaciel wreszcie spogląda na mnie poważnie i kiwa lekko głową.

- Choć gwoli wyjaśnienia - mówi Gary - mógłbyś trafić znacznie gorzej niż na Willa Graysona.

- I zrobił to - stwierdzam.

Kruchy, śmiejąc się, wykonuje piruet i staje na środku korytarza, po czym woła:

- Szanowny świecie, wiedz, że nie lecę na Willa Graysona. Ale, świecie drogi, musisz wiedzieć coś jeszcze! - Zaczyna śpiewać broadwayowskim barytonem, potężnym jak obwód jego pasa: - Ja po prostu nie umiem bez niego żyć!

Ludzie śmieją się, pohukują i klaszczą, gdy on wykonuje swoją serenadę, a ja ruszam na angielski. To długa droga, a staje się jeszcze dłuższa, gdy koledzy zatrzymują mnie i pytają, jakie to uczucie uprawiać sodomię z Kruchym Cooperem i jak mi się udaje znaleźć jego "małego gejowskiego fiutka" pod tym tłustym brzuchem. Reaguję tak jak zawsze: spuszczam wzrok i szybko idę dalej. Wiem, że to tylko żarty. Wiem, że bycie wrednym to taki koleżeński rytuał czy coś w tym rodzaju. Kruchy zawsze ma w zanadrzu jakąś błyskotliwą ripostę, na przykład: "Jak na kogoś, kto teoretycznie mnie nie pragnie, dziwnie dużo czasu poświęcasz na myślenie i mówienie o moim penisie". W jego wypadku to działa, a w moim nie. W moim działa milczenie. Trzymanie się zasad. Zatem jestem cicho, nie przejmuję się, idę dalej, i wkrótce jest po wszystkim.

Po raz ostatni otwarcie wyraziłem swoją opinię, gdy napisałem ten przeklęty list do gazetki na temat przeklętego Kruchego i jego przeklętego prawa do bycia gwiazdą naszej beznadziejnej drużyny futbolowej. W najmniejszym stopniu nie żałuję, że go wysłałem, a jedynie że go podpisałem. To było ostre pogwałcenie zasady o siedzeniu cicho i proszę, dokąd mnie zaprowadziło: siedzę cicho sam we wtorkowe popołudnie, wgapiając się w swoje czarne trampki.

Tego wieczoru wkrótce po tym, gdy zamawiam pizzę dla siebie i rodziców, którzy - jak zawsze - zostają do późna w szpitalu, Kruchy dzwoni do mnie i oznajmia szybkim, dramatycznym szeptem:

- Neutral Milk Hotel ma się znowu zebrać i dać koncert w Kryjówce. W ogóle tego nie reklamują i nikt o tym nie wie, i kurka wodna, Grayson, kurka wodna!

- Kurka wodna! - krzyczę. Kruchy ma tę niewątpliwą zaletę, że gdy w mieście dzieje się coś fantastycznego, on dowiaduje się o tym pierwszy!

Zazwyczaj niezbyt łatwo ulegam ekscytacji, ale Neutral Milk Hotel tak jakby odmienił moje życie. Wydali absolutnie fantastyczny album In the Aeroplane Over the Sea w 1998 roku i od tamtej pory nikt ich nie słyszał, rzekomo dlatego, że ich wokalista zamieszkał w jaskini w Nowej Zelandii. Ale tak czy owak jest geniuszem.

- Kiedy?

- Nie wiem. Dopiero się dowiedziałem. Zawiadomię też Jane. Lubi ich prawie tak bardzo jak ty. Okay, dobra. Słuchaj. Musimy natychmiast jechać do Kryjówki.

- Właściwie już jadę - odpowiadam, otwierając drzwi do garażu.

Dzwonię do mamy z samochodu. Mówię jej, że Neutral Milk Hotel grają w Kryjówce, a ona pyta:

- Kto? Co? Jaka ryjówka?

Nucę kilka taktów jednej z ich piosenek i mama ogarnia.

- A, znam ten utwór. Jest na tej składance, którą dla mnie zrobiłeś.

- Brawo - chwalę ją.

- Masz wrócić przed jedenastą - oznajmia.

- Mamo, to historyczne wydarzenie - protestuję. - Historia nie zna godziny policyjnej.

- Przed jedenastą - powtarza mama.

- Jezu, dobra - prycham, a ona musi już kończyć i wyciąć komuś raka.

Kruchy Cooper mieszka w wielkiej rezydencji z najbogatszymi rodzicami świata. Chyba żadne z nich nie pracuje, ale są tak odrażająco zamożni, że Kruchy nawet nie mieszka z nimi, tylko w osobnej powozowni, całkiem sam. Ma w tym cholerstwie trzy sypialnie i lodówkę zawsze pełną piwa, a rodzice nigdy nie zawracają mu głowy, więc możemy siedzieć u niego cały dzień, grać w nogę na konsoli i pić miller lite, choć tak naprawdę Kruchy nienawidzi grać na konsoli, a ja nie znoszę piwa, więc gramy tylko w rzutki (ma tarczę), słuchamy muzyki, rozmawiamy i się uczymy. Zaczynam wymawiać pierwszą literę jego imienia, gdy wypada z pokoju w jednym czarnym skórzanym mokasynie na nodze, z drugim w ręku, i woła:

- Biegnij, Grayson, biegnij!

Na trasie wszystko układa się idealnie. Na Sheridan nie ma zbyt wielkiego ruchu. Wchodzę w zakręty, jakby to było Indy 500, i słuchamy mojej ulubionej piosenki NMH Holland 1945. Potem wjeżdżamy w Lake Shore Drive, fale jeziora Michigan rozbijają się o skały wzdłuż drogi, uchylamy okna, żeby wywietrzyć auto, a brudne, choć orzeźwiające, zimne powietrze wdziera się do środka. Uwielbiam zapach Chicago - pachnie słonawą jeziorną wodą, sadzą, potem i smarem, i kocham tę woń, i kocham tę piosenkę, a Kruchy mówi: "Kocham tę piosenkę", po czym opuszcza daszek czapki niżej, żeby artystycznie potargać sobie włosy. Przychodzi mi do głowy, że Neutral Milk Hotel zobaczą mnie, tak jak ja będę widział ich, więc przeglądam się we wstecznym lusterku. Moja twarz wydaje się zbyt kwadratowa, a oczy zbyt wielkie, jakbym był nieustająco zdziwiony, ale nie ma w moim wyglądzie nic, co mógłbym poprawić.

Kryjówka to undergroundowy pub w budzie skleconej z desek, znajdujący się między jakąś fabryką a budynkiem Wydziału Transportu. Nie ma w nim nic wyjątkowego, ale choć jest dopiero siódma, przed drzwiami stoi kolejka. Ustawiam się w niej wraz z Kruchym, by poczekać, aż pojawią się Gary i Może Homoseksualna Jane.

Jane ma na sobie koszulkę z wycięciem w karo z ręcznie wykonanym napisem "Neutral Milk Hotel" pod rozpiętym płaszczem. Dziewczyna wkroczyła w życie Kruchego mniej więcej wtedy, gdy ja z niego wypadłem, więc nie znamy się za dobrze. Jednak mógłbym chyba stwierdzić, że jest moim czwartym w kolejności najlepszym kumplem i że najwyraźniej ma dobry gust, jeśli chodzi o muzykę.

Stoimy przed Kryjówką na szczypiącym w twarz mrozie, a Jane mówi "cześć", nie patrząc na mnie. Odpowiadam jej, po czym ona dodaje:

- To absolutnie genialna kapela.

- Wiem - potwierdzam.

Jest to chyba najdłuższa rozmowa, jaką odbyłem z Jane. Lekko kopię kamienistą ziemię i obserwuję, jak miniaturowa chmura pyłu wznosi się wokół mojej stopy. Wyznaję, że uwielbiam Holland, 1945, a Jane mówi:

- Ja wolę ich mniej popularne kawałki. Te głośne, polifoniczne.

Kiwam tylko głową w nadziei na to, że wyglądam, jakbym wiedział, co oznacza słowo "polifoniczne".

Kruchemu nie da się szepnąć nic na ucho, nawet jeśli ktoś jest całkiem wysoki tak jak ja, ponieważ ten drań ma ponad dwa metry wzrostu. Trzeba go najpierw klepnąć w gigantyczne ramię, a potem kiwnąć głową, aby zrozumiał, że chce się mu coś dyskretnie powiedzieć. Tak więc robię, a on się pochyla.

- Hej - mówię cicho - czy Jane jest w homo- czy w heteroseksualnej sekcji GSA?

Kruchy zbliża usta do mojego ucha i szepcze :

- Nie wiem. Chyba w pierwszej klasie miała chłopaka.

Ja na to przypominam mu, że w pierwszej klasie miał 11 542 dziewczyny, a wtedy on daje mi kuksańca w ramię, który w zamierzeniu ma być żartobliwy, ale w praktyce powoduje trwałe uszkodzenie nerwu.

Gary rozciera ramiona Jane, żeby ją rozgrzać, a kolejka w końcu rusza. Jakieś pięć sekund później z pubu wychodzi załamany dzieciak. Jest dokładnie w typie drobnego opalonego blondasa, w którym gustuje mój przyjaciel.

- Co się stało? - pyta go Kruchy.

- Wpuszczają tylko powyżej dwudziestu jeden lat - odpowiada młodzian.

- T-ty - zwracam się do Kruchego, zacinając się - t-ty dupościsku. - Nadal nie wiem, co to znaczy, ale brzmi odpowiednio do sytuacji.

Cooper ściąga usta i marszczy brwi. Patrzy na Jane.

- Masz fałszywy dowód?

Dziewczyna potakuje skinieniem głowy.

- Ja też - rzuca Gary.

A ja zaciskam pięści, zagryzam zęby i mam ochotę wrzeszczeć, ale zamiast tego mówię:

- No to ja wracam do domu. - Ponieważ nie posiadam fałszywego dowodu.

Lecz wtedy Kruchy szybko wydaje polecenia ściszonym tonem:

- Gary, kiedy będę pokazywał swój dowód, uderzysz mnie w twarz najmocniej, jak potrafisz, a ty, Grayson, przejdziesz wtedy za moimi plecami, jakby nigdy nic.

Przez chwilę nikt się nie odzywa, aż w końcu Gary protestuje zdecydowanie zbyt głośno:

- Ja nie umiem nikogo uderzyć.

Zbliżamy się już do bramkarza z wielkim tatuażem na łysej głowie, więc Kruchy szepcze:

- Umiesz. Po prostu wal mocno.

Zostaję trochę z tyłu i obserwuję. Jane podaje dowód bramkarzowi, który świeci na niego latarką, zerka na twarz dziewczyny i oddaje dokument. Teraz kolej Kruchego. Biorę kilka szybkich, krótkich wdechów, ponieważ gdzieś wyczytałem, że ludzie z dużą ilością tlenu we krwi wyglądają na spokojniejszych, i patrzę, jak Gary wspina się na palce, bierze zamach i zasuwa Kruchemu w prawe oko. Głowa mojego przyjaciela lekko odchyla się do tyłu, a Gary wrzeszczy:

- O Boże, ałć! Kurka, moja ręka!

Bramkarz doskakuje do niego, Cooper odwraca się tak, by mnie zasłonić, a ja wchodzę do klubu, jakby Kruchy był moimi drzwiami obrotowymi.

Już z wnętrza pubu zerkam w tył. Bramkarz trzyma za ramiona Gary'ego, który z grymasem na twarzy gapi się na swoją rękę. Wtedy Kruchy klepie osiłka po ramieniu, mówiąc:

- Ziom, tylko się zgrywaliśmy. Niezły prawy sierpowy, Dwight.

Dobrą minutę trwa, zanim dociera do mnie, że Gary to Dwight. Albo Dwight to Gary.

- On ci przypierdzielił w oko - zauważa bramkarz, a Kruchy odpowiada:

- Należało mi się.

Po czym wyjaśnia, że on oraz Gary\Dwight grają w drużynie futbolowej Uniwersytetu DePaul i że wcześ­niej na siłowni Kruchy źle go asekurował przy wycis­kaniu, czy coś w tym rodzaju. Bramkarz zwierza się, że w liceum grał w obronie, i chłopaki wdają się w miłą pogawędkę, podczas której łysy sprawdza wybitnie fałszywy dowód Gary'ego. Po chwili cała nasza czwórka znajduje się w Kryjówce, sam na sam z Neutral Milk Hotel i jakąś setką nieznajomych.

Morze ludzi otaczające bar rozstępuje się, Kruchy bierze dwa piwa i proponuje mi jedno z nich. Odmawiam.

- Dlaczego akurat Dwight? - pytam Gary'ego.

- W dowodzie jestem Dwightem Davidem Eisenhowerem IV - wyjaśnia.

- Skąd, u licha, wszyscy bierzecie podrabiane dowody? - dziwię się.

- Są takie miejsca.

Postanawiam, że też sobie załatwię taką fałszywkę, i dodaję:

- A właściwie to napiję się piwa.

Przede wszystkim dlatego, że chcę coś trzymać w ręku. Kruchy podaje mi to, które już napoczął, a ja przeciskam się pod scenę, bez niego, Gary'ego i Może Homoseksualnej Jane. Jestem tylko ja i scena, która ma raptem wysokość sześćdziesięciu centymetrów, więc jeśli główny wokalista NMH jest bardzo niski - ma na przykład sto dwadzieścia centymetrów wzrostu - to za chwilę spojrzę mu prosto w oczy. Pozostali widzowie też gromadzą się pod sceną i wkrótce robi się ścisk. Bywałem już w Kryjówce wcześniej na koncertach bez ograniczeń wiekowych, ale nigdy nie było aż tak - piwo, którego nie piję i nie zamierzam pić, poci mi się w ręce, i otacza mnie tłum wytatuowanych, zakolczykowanych nieznajomych. Najbardziej denna osoba w tym pubie jest fajniejsza od najfajniejszego członka Paczki Przyjaciół. Ci ludzie nie sądzą, że ze mną jest coś nie tak - oni mnie nawet nie zauważają. Zakładają, że jestem jednym z nich, co wydaje mi się ukoronowaniem mojej licealnej kariery. Oto ja, na koncercie dla ludzi powyżej dwudziestego pierwszego roku życia w najlepszym klubie drugiego co do wielkości miasta Ameryki, w gronie około setki odjechanych osób, czekam na koncert najbardziej fantastycznej niszowej kapeli ostatniej dekady.

Na scenie pojawia się czterech kolesiów, którzy nie są uderzająco podobni do członków Neutral Milk Hotel, ale mówię sobie, co tam, przecież widziałem ich zdjęcia tylko w Internecie. Lecz wtedy niestety zaczynają grać. Nie bardzo wiem, jak opisać ich muzykę. Może tak, że brzmi, jakby sto tysięcy łasic wrzucono do wrzącego oceanu. I wtedy na dobitkę jeden z nich zaczyna śpiewać.

Ona kochała mnie, jeee, Teraz nie cierpi mnie. Ona pieprzyła mnie, jeee, Teraz puszcza się Z innymi Z innymi

Zakładając, że wokalista Neutral Milk Hotel nie przeszedł lobotomii przedczołowej, nie ma takiej opcji, żeby wymyślił, nie mówiąc o napisaniu, podobny tekst. I nagle mnie olśniewa: czekałem na zewnątrz w lodowatym, ponurym, przesyconym spalinami chłodzie i przyczyniłem się do tego, że Gary ma najprawdopodobniej połamane kości dłoni, aby posłuchać zespołu, który najwyraźniej n i e jest Neutral Milk Hotelem. I choć nie widzę winnego nigdzie w otaczającym mnie tłumie milczących, ogłuszonych fanów NMH, natychmiast wrzeszczę:

- Niech cię szlag, Kruchy!

Gdy utwór się kończy, moje podejrzenia zostają potwierdzone, ponieważ wokalista mówi w absolutnej ciszy:

- Dziękuję! Bardzo wam dziękuję. NMH nie mógł dojechać. Nazywamy się Ashland Avenue i damy czadu!

Nie, myślę, nazywacie się Ashland Avenue i dacie dupy. Ktoś stuka mnie w ramię, więc odwracam się i staję twarzą w twarz z niewiarygodnie seksowną dwudziestoparolatką z barbarzyńskim piercingiem i płomiennorudymi włosami, ubraną w botki do kolan.

- Myśleliśmy, że będzie grał Neutral Milk Hotel? - mówi z pytającą intonacją.

Spuszczam wzrok i odpowiadam:

- Ja... - Milknę na chwilę, po czym kończę: - Też tak myślałem. Przyszedłem tu dla nich.

Dziewczyna nachyla się do mojego ucha, by przekrzyczeć atonalny arytmiczny afront dla przyzwoitości, jakim jest Ashland Avenue.

- Ashland Avenue to zdecydowanie nie jest Neutral Milk Hotel!

Tłum w sali, a może nieznajomość nieznajomej, rozwiązuje mi język, więc krzyczę w odpowiedzi:

- Ashland Avenue puszczają terrorystom, żeby zaczęli sypać!

Dziewczyna uśmiecha się i dopiero teraz uświadamiam sobie, że zauważa różnicę wieku między nami. Pyta, do której szkoły chodzę, a ja odpowiadam:

- Evanston.

- Liceum? - dziwi się.

- Tak, ale nie mów barmanowi - proszę.

- Czuję się perwersyjnie - oznajmia ona.

- Dlaczego?

W odpowiedzi śmieje się zmysłowo. Wiem, że tak naprawdę wcale na mnie nie leci, ale czuję się odrobinę uwodzony.

Wtem na moje ramię spada ogromna łapa. Zauważam obrączkę, którą Kruchy dostał na zakończenie podstawówki i którą od tamtej pory nosi na małym palcu, i wiem z całą pewnością, że to może być tylko on. Pomyśleć, że niektórzy idioci uważają, iż geje mają wyczucie stylu.

Odwracam się, a Kruchy płacze ogromnymi łzami. W jednej jego łzie można by utopić kociaka. Samym ruchem warg pytam: "CO JEST?", bo Ashland Avenue wyje tak głośno, że i tak by mnie nie usłyszał. Kruchy podaje mi swój telefon i odchodzi. Spoglądam na jego profil na Facebooku ze zbliżeniem na status.

Zach: im dłużej o tym myślę tym bardziej się zastanawiam po co niszczyć piękną przyjaźń? Ale nadal uważam że Kruchy jest zarombisty.

Przeciskam się wśród ludzi do przyjaciela, ciągnę go za ramię i krzyczę mu do ucha:

- TOTALNA MASAKRA!

- RZUCIŁ MNIE PRZEZ ZMIANĘ STATUSU NA FEJSIE! - skarży się.

- ZAUWAŻYŁEM. MÓGŁ CHOCIAŻ WYSŁAĆ SMS. ALBO MAIL. ALBO GOŁĘBIA POCZTOWEGO.

- CO JA TERAZ ZROBIĘ? - wrzeszczy mi Kruchy do ucha.

Chciałbym odpowiedzieć: Znajdź sobie faceta, który wie, jak się pisze "zarąbisty", ale tylko wzruszam ramionami, klepię go mocno po plecach, a potem odprowadzam dalej od Ashland Avenue i bliżej baru.

To okazuje się błędem. Tuż przed barem zauważam Może Homoseksualną Jane opartą o wysoki stolik. Mówi mi, że Gary wyszedł totalnie zniesmaczony.

- To chyba zagrywka marketingowa Ashland Avenue - dodaje.

- Żaden fan NMH nie słuchałby tej nędzy - odpowiadam.

Jane spogląda na mnie, robiąc wielkie oczy, wydyma usta, a następnie wyznaje:

- Mój brat jest ich gitarzystą.

Czuję się jak kompletny kretyn.

- Przepraszam, stara - mówię.

- Chryste, żartuję - uspokaja mnie. - Gdyby był, wyrzekłabym się go.

W którymś momencie naszej czterosekundowej rozmowy tracę z oczu Kruchego, co niełatwo osiągnąć, opowiadam więc Jane o jego facebookowej ścianie płaczu. Dziewczyna nadal się śmieje, gdy Kruchy pojawia się przy stoliku z tacą, na której stoi sześć kieliszków pełnych zielonkawej cieczy.

- Ja nie piję - przypominam kumplowi, więc podsuwa kieliszek Jane, która tylko kręci przecząco głową.

Kruchy wypija jednego głębszego, krzywi się i głośno wypuszcza powietrze.

- Smakuje jak ognisty wytrysk szatana - mówi i popycha kieliszek w moją stronę.

- Brzmi pysznie, ale spasuję - odpowiadam.

- Jak on mógł - żali się Kruchy i osusza następną lufę - rzucić mnie - kolejna lufa - na Facebooku, gdy mu wyznałem, że go kocham - i następna. - Do czego zmierza ten cholerny świat? - Kolejny kieliszek. - Naprawdę go kocham, Grayson. Wiem, że uważasz mnie za pokręconego, ale poczułem, że go kocham, gdy tylko się pocałowaliśmy. Niech to szlag! Co ja teraz zrobię? - I tłumi szloch ostatnim kielonkiem.

Jane ciągnie mnie za rękaw koszuli, pochylając się w moją stronę.

- Będziemy mieli spory problem, jak mu to wszystko uderzy do głowy.

Przyznaję jej rację, a poza tym Ashland Avenue jest zupełnym koszmarem, więc pora czym prędzej opuścić Kryjówkę.

Odwracam się, by oznajmić Kruchemu, że czas iść, ale on zniknął. Spoglądam na Jane, która patrzy w stronę baru z wyrazem głębokiej troski na twarzy. Wkrótce potem Cooper wraca. Tym razem niesie tylko dwa kieliszki, dzięki Bogu.

- Napij się ze mną - prosi, a ja kręcę głową. Lecz Jane natychmiast szturcha mnie w plecy i uświadamiam sobie, że powinienem przyjąć lufę od Kruchego. Jedynym pewnym sposobem, by powstrzymać przyjaciela od obalenia reszty zielonej jak roztwór plutonu wódy, jest wypić ją samemu. Sięgam do kieszeni i podaję Jane kluczyki do samochodu. Podnoszę kieliszek, a Kruchy mówi:

- Pierdolić go, Grayson. Pierdolić wszystkich.

- Wypiję za to - zgadzam się.

I piję, a alkohol wypala mi jamę ustną. Mam wrażenie, że to koktajl Mołotowa - z kieliszkiem włącznie. Odruchowo wypluwam wszystko z dużym rozbryzgiem na koszulę Kruchego Coopera.

- Monochromatyczny Jackson Pollock - komentuje powstałą plamę Jane. - Zmywamy się - oznajmia Kruchemu. - Ta kapela jest jak leczenie kanałowe sans znieczulenia.

Wychodzimy, zakładając (słusznie, jak się okazuje), że Kruchy, upstrzony moim strzałem z odpadów nuklearnych, pójdzie w nasze ślady. Ponieważ nie udało mi się przełknąć żadnego alkoholu ufundowanego przez przyjaciela, Jane wysokim łukiem rzuca mi kluczyki. Łapię je i siadam za kółkiem, zanim ona zdąża wpakować się do tyłu. Kruchy bezwładnie opada na siedzenie pasażera z przodu. Przekręcam kluczyk i moja randka z epickim muzycznym rozczarowaniem dobiega końca. Nie mam jednak szans na roztrząsanie swojego zawodu, ponieważ Kruchy cały czas rozpacza z powodu Zacha. Tak to już jest z moim przyjacielem: jego problemy są tak potężne, że twoje chowają się w ich cieniu.

- Jak można się tak okropnie pomylić? - pyta przez skrzekliwy jazgot kawałka NMH, który Jane lubi najbardziej (a ja najmniej).

Jedziemy wzdłuż Lake Shore i słyszę, że dziewczyna z tyłu podśpiewuje, trochę nie w tonacji, ale na pewno lepiej, niż ja bym to robił w czyjejś obecności, czego jednak nigdy nie robię zgodnie z Zasadą Siedzenia Cicho. Za to Kruchy nie siedzi cicho.

- Jeśli nie możesz polegać na własnej intuicji, to na czym?

- Możesz polegać na założeniu - odpowiadam - że z zasady angażowanie się nie prowadzi do niczego dobrego.

To prawda: zaangażowanie nie prowadzi do nieszczęścia często, lecz zawsze.

- Mam złamane serce - oznajmia mój przyjaciel, jakby nigdy mu się to jeszcze nie przytrafiło. I może w tym właśnie tkwi problem: może każde kolejne zerwanie wydaje mu się tak radykalnie nowym przeżyciem, że w pewnym sensie nie doświadczał go nigdy wcześniej. - A ty ni pomgaszszsz - dodaje, dzięki czemu zauważam, że plącze mu się język. Jeśli nie utkniemy w korku, to za dziesięć minut będziemy u niego i zapakujemy nieszczęśnika do łóżka.

Ale niestety tempo jazdy nie dorównuje tempu, w jakim pogarsza się stan Kruchego. Zanim zjeżdżam z Lake Shore - stamtąd zostaje jeszcze sześć minut drogi - on połyka słowa, a do tego zanosi się szlochem, bezustannie wałkując tematy Facebooka, śmierci uprzejmego społeczeństwa i tak dalej. Jane głaszcze go po słoniowych ramionach dłońmi o pomalowanych na czarno paznokciach, lecz on nie przestaje rozpaczać. Sheridan rozwija się przed nami powoli, bo nie zdążam na ani jedno zielone światło. Gluty i łzy mieszają się ze sobą, aż koszulka Kruchego wygląda jak mokry gałgan.

- Daleko jeszcze? - pyta Jane.

- Mieszka za Central - wyjaśniam.

- Jezu - wzdycha. - Spokojnie, Kruchy. Musisz się tylko wyspać, skarbie. Rano wszystko będzie wyglądało trochę lepiej.

W końcu skręcam w boczną alejkę i lawiruję między dziurami, aż dojeżdżamy do powozowni Kruchego. Wyskakuję z auta i składam swoje siedzenie, żeby Jane mogła wysiąść od strony kierowcy. Potem oboje podchodzimy do drzwi pasażera. Jane je otwiera, a następnie, dokonawszy jakiegoś cudu akrobatycznego, sięga do klamry i odpina pas.

- Dobra, Kruchy - mówi. - Czas do łóżka.

- Jestem durniem - odpowiada chłopak i wpada w spazmy, które prawdopodobnie zostają odnotowane na skali Richtera w Kansas. Ale wysiada i idzie wężykiem do tylnych drzwi. Ruszam za nim, żeby się upewnić, czy trafi do łóżka, co okazuje się niezłym pomysłem, ponieważ wcale do niego nie zmierza.

Zamiast tego robi trzy kroki przez salon, po czym zatrzymuje się jak wryty. Odwraca się i gapi, mrużąc oczy, jakby nie widział mnie nigdy wcześniej i nie mógł zrozumieć, co w ogóle robię w jego domu. Potem ściąga koszulkę. Nadal przygląda mi się ze zdziwieniem, a następnie takim głosem, jakby był trzeźwy jak świnia, oznajmia:

- Trzeba coś zrobić.

- Yyy? - odpowiadam.

- Bo co jeśli skończymy jak ci wszyscy w Kryjówce?

Już mam znowu powiedzieć: "Yyy?", bo "ci wszyscy" byli o niebo bardziej odjazdowi niż nasi szkolni koledzy i niż my, ale nagle rozumiem, o co mu chodzi. Chce powiedzieć: A co jeśli będziemy dorosłymi ludźmi, czekającymi z nadzieją na zespół, który nie zamierza nigdy wrócić? Kruchy wpatruje się we mnie tępo, kiwając się w przód i tył niczym drapacz chmur na wietrze. A następnie pada na twarz.

- O raju - wzdycha Jane za moimi plecami i dopiero wtedy zauważam, że ona też tu jest. Kruchy z twarzą w dywanie znów zaczyna płakać. Przez dłuższą chwilę patrzę na Jane, a jej usta powoli rozciągają się w uśmiechu. Gdy się uśmiecha, cała jej twarz się zmienia - to unoszący brwi, pokazujący idealne zęby, wywołujący zmarszczki wokół oczu uśmiech, którego albo nigdy do tej pory nie widziałem, albo nigdy nie zauważyłem. Jane staje się ładna tak nagle, że to wręcz zakrawa na magiczną sztuczkę. Ale nie chodzi o to, że mi się podoba, czy coś w tym rodzaju. Nie chcę wyjść na palanta, lecz ona naprawdę nie jest w moim typie. Włosy ma zbyt kręcone i zadaje się głównie z chłopakami. Mój typ jest trochę bardziej dziewczęcy. A właściwie szczerze mówiąc, wcale tak bardzo nie lubię mojego typu dziewczyn, nie wspominając o innych typach. Nie jestem aseksualny - po prostu wszelkie rozterki miłosne wydają mi się absolutnie odpychające.

- Połóżmy go do łóżka - proponuje w końcu Jane - żeby rodzice nie znaleźli go tak rano.

Przyklękam i proszę Kruchego, by wstał, ale on tylko płacze i płacze, więc razem z Jane chwytamy go z lewej strony i przetaczamy na plecy. Wstaję i łapię go mocno pod pachę, Jane robi to samo z drugiej strony.

- Raz - zaczyna odliczać.

- Dwa - mówię ja.

- Trzy! - rzuca Jane i dźwigamy go, stękając z wysiłku.

Ale on ani drgnie. Jane jest dość drobna i widzę, jak się napinają mięśnie na jej szczupłych przedramionach. Ja też nie daję rady ruszyć mojej części Kruchego, więc postanawiamy go tak zostawić. Jeszcze zanim Jane przykrywa go kocem i podkłada mu poduszkę pod głowę, przyjaciel zaczyna głośno chrapać.

Już mamy wyjść, gdy wtem gluty Kruchego w końcu wydostają się na zewnątrz i chłopak zaczyna wydawać dźwięk przypominający chrapanie, tylko bardziej złowieszczy i mokry. Pochylam się nad jego twarzą i widzę, że wdycha i wydycha obrzydliwe, pieniące się pasma śluzu wyprodukowane w trakcie ostatniego spazmotonu. Jest tego tak dużo, że obawiam się, czy się nie zadławi.

- Kruchy - mówię - musisz wydmuchać nos.

Nie reaguje. Przykładam więc usta do jego ucha i wrzeszczę:

- Kruchy!

Nic. Jane uderza go w twarz, naprawdę całkiem mocno. Nada. Tylko koszmarne, zasysające gluty chrapanie.

Właśnie wtedy uświadamiam sobie, że Kruchy Cooper nie ma teraz żadnego wpływu na swój nos, co przeczy drugiej części teorematu mojego ojca. I chwilę później na oczach Jane obalam ten teoremat całkowicie, kiedy oczyszczam drogi oddechowe Kruchego z gili. W skrócie: Nie mogę sobie wybrać przyjaciela, on nie może sobie wybrać nosa, ale ja mogę - nie mogę, lecz muszę - wytrzeć go za niego.

1 GSA - kluby w Ameryce zrzeszające młodzież LGTB i straight. Ich celem jest zwalczanie homofobii w systemie szkolnym. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

 

2

jestem cały czas rozdarty pomiędzy decyzją, czy zabić siebie, czy też zabić wszystkich wokół.

wydaje się, że to jedyne opcje. cała reszta to tylko zabijanie czasu.

zmierzam właśnie przez kuchnię do tylnego wyjścia z domu.

mama: zjedz śniadanie.

nie jem śniadań. nigdy nie jadam śniadań. nie jadam ich, od kiedy po raz pierwszy udało mi się wyjść tylnymi drzwiami bez jedzenia śniadania.

mama: dokąd idziesz?

do szkoły, mamo. powinnaś sama tego spróbować.

mama: odgarnij włosy z twarzy. nie widzę twoich oczu.

ależ widzisz, mamo, i w tym, cholera, problem.

żal mi jej - naprawdę. straszny przypał, że musiała mnie urodzić. bo nie jest łatwo mieć mnie za syna. nic nie może przygotować człowieka na tego rodzaju rozczarowanie.

ja: pa.

nie mówię "miłego dnia". uważam, że to jeden z najdurniejszych zwrotów, jakie wymyślono. nie można na przykład powiedzieć "przykrego dnia", "złego dnia" albo "mam gdzieś twój dzień". za każdym razem to musi być miły dzień. ale ja w to nie wierzę. wierzę w coś wręcz przeciwnego.

mama: miłego d-

drzwi zamykają się w połowie słowa, ale chyba się domyślam dalszego ciągu. kiedyś mówiła: "widzimy się później!", aż pewnego ranka miałem tak dosyć, że jej odpowiedziałem: "nie, nie widzimy się nigdy".

za bardzo się stara i dlatego to jest takie przykre. chciałbym powiedzieć: "przepraszam cię, naprawdę". ale to mogłoby zapoczątkować rozmowę, rozmowa mogłaby doprowadzić do kłótni, a potem miałbym takie poczucie winy, że uciekłbym do portland czy gdzieś indziej.

muszę się napić kawy.

co rano modlę się, by szkolny autobus miał wypadek i żebyśmy wszyscy zginęli w płonącym wraku. wtedy mama mogłaby pozwać firmę transportową za to, że nie wyposażyła autobusów szkolnych w pasy, i dostałaby za moją tragiczną śmierć więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek zarobię w moim tragicznym życiu. gdyby prawnicy z firmy transportowej nie dowiedli przed sądem, że i tak byłbym kompletnym zerem. wtedy spławiliby mamę używanym fordem fiestą i uznali, iż są kwita.

maura nie czeka na mnie (w sensie dosłownym) przed szkołą, ale wiem, i ona też to wie, że będę się za nią rozglądał. zazwyczaj liczymy na to, że będziemy mogli chociaż uśmiechnąć się do siebie zdawkowo, zanim zaczną się lekcje. jest z nami trochę tak, jak z tymi ludźmi, którzy nawiązują przyjaźń w więzieniu, mimo że nawet by się do siebie nie odezwali w normalnych okolicznościach. chyba tak właśnie jest ze mną i z maurą.

ja: daj trochę kawy.

maura: sam sobie kup cholerną kawę.

i podaje mi swoje kupaccino w rozmiarze XXL z dunkin donuts, a ja wypijam ogromny łyk. gdyby mnie było stać na kawę, przysięgam, że bym ją kupował, ale tymczasem widzę to tak: jej pęcherz nie uważa mnie za dupka, nawet jeśli reszta organów jest innego zdania. tak jest ze mną i z maurą, od kiedy pamiętam, czyli gdzieś od roku. możliwe, że znam ją nieco dłużej, a może nie. w pewnym momencie jej przygnębienie spotkało się z moim zatraceniem i maura uznała, że to dobry mariaż. ja nie jestem tego pewien, ale przynajmniej zyskałem na tym układzie kawę.

derek i simon podchodzą do nas. to dobrze, bo oszczędzi mi to czasu w przerwie obiadowej.

ja: daj zadanie z matmy.

simon: jasne. masz.

dobry kumpel.

rozlega się pierwszy dzwonek. jak wszystkie dzwonki w naszej cudownej instytucji edukacyjnej nie jest to wcale dzwonek tylko długi sygnał, jakby prowokujący, by zostawić po nim wiadomość na poczcie głosowej, że masz najgorszy dzień w życiu. niestety nikt jej nigdy nie wysłucha.

nie mam pojęcia, dlaczego ludzie chcą zostawać nauczycielami. trzeba spędzać całe dnie ze smarkaczami, którzy albo cię nienawidzą, albo ci się podlizują, aby dostać lepsze oceny. po jakimś czasie musisz zrozumieć, że otacza cię grupa ludzi, którzy nie polubiliby cię z żadnego prawdziwego powodu. współczułbym nauczycielom, gdyby nie byli takimi sadystami i frajerami. sadystom chodzi wyłącznie o władzę i kontrolę. uczą, żeby mieć oficjalny pretekst do terroryzowania innych. a znakomita większość pozostałych to frajerzy, począwszy od tych, którzy są zbyt niekompetentni, by robić cokolwiek innego, po tych, którzy chcą przyjaźnić się ze swoimi uczniami, ponieważ kiedy sami byli jeszcze uczniami, nie mieli w szkole żadnych przyjaciół. i są jeszcze ci, którzy szczerze wierzą, że po egzaminach końcowych zostanie nam w głowach choć słowo z ich nauk. spoko.

co jakiś czas trafia się też nauczyciel taki jak pani grover, która jest sadystyczną frajerką. to pewnie niełatwe być nauczycielką francuskiego, ponieważ tak naprawdę nikt nie chce się uczyć tego języka. zatem ona całuje prymusów w derrieres, a do zwykłych uczniów ma pretensje, że zabierają jej czas. odreagowuje, robiąc nam codziennie kartkówki i zadając pedalskie projekty takie jak "zaprojektuj własną atrakcję w eurodisneylandzie". a potem udaje całą zdziwioną, gdy mówię coś w rodzaju "moja atrakcja w disneylandzie to minnie używająca dildo, żeby się zabawić z mikim". ponieważ nie mam pojęcia, jak jest dildo po francusku (dildot?), mówię po prostu "dildo", a ona udaje, że nie wie, o co mi chodzi, i stwierdza, że minnie i miki jedzący bagietki to nie atrakcja. zapewne wstawi mi pałę. wiem, że powinienem się tym przejąć, ale naprawdę trudno wyobrazić sobie coś, co obchodziłoby mnie jeszcze mniej niż ocena z francuskiego.

jedyna warta zachodu rzecz, którą robię przez całą godzinę lekcyjną - a dokładniej przez całe rano - to gryzmolenie w zeszycie isaac, isaac, isaac. potem rysuję spidermana, który wymawia to imię pisane pajęczyną. kompletny obciach, ale nic mnie to nie obchodzi. nie robię tego, by się popisać.

w stołówce siedzę z simonem i derekiem. zachowujemy się jak podróżni w poczekalni. co jakiś czas któryś coś mówi, ale głównie ograniczamy się do przestrzeni wyznaczonej przez obrys naszych krzeseł. czasami czytamy czasopisma. jeśli ktoś podejdzie, podnosimy wzrok. ale nie zdarza się to często.

ignorujemy większość przechodzących osób, nawet te, które powinny budzić nasze zainteresowanie. choć derek i simon nie za bardzo emocjonują się dziewczynami. wolą komputery.

derek: myślicie, że oprogramowanie do X18 wyjdzie przed wakacjami?

simon: czytałem na blogu trust mastera, że to możliwe. super by było.

ja: dzięki za zadanie domowe.

patrząc na chłopaków i dziewczyny przy innych stolikach, zastanawiam się, co mogą mieć sobie do powiedzenia. wszyscy oni są tacy nudni, a próbują to tuszować, gadając zdecydowanie zbyt głośno. wolę posiedzieć osobno i coś zjeść.

mam taki rytuał: gdy dochodzi druga, zaczynam się cieszyć, że szkoła dobiega końca. tak jakbym zakładał, że jeśli dotrwam do tego momentu, mogę wziąć wolne na resztę dnia.

dziś ten moment wypada na matmie, na której maura siedzi obok mnie. już w październiku odkryła, co robię, więc teraz codziennie o drugiej podaje mi liścik z kilkoma słowami. na przykład "gratulacje" albo "możemy już iść?", lub też "jeśli ta lekcja się zaraz nie skończy, rozpłatam sobie czaszkę". wiem, że powinienem jej odpisywać, ale zazwyczaj tylko kiwam głową. podejrzewam, że chciałaby umówić się ze mną na randkę czy coś w tym rodzaju, i nie wiem, co począć z tym fantem.

wszyscy w naszej szkole mają jakieś zajęcia pozalekcyjne.

moim jest pójście do domu.

czasami chwilę jeżdżę na desce po parku, ale nie w lutym, nie na tym lodowatym wygwizdowie na przedmieściach chicago (znanym miejscowym jako naperville). gdybym tam teraz poszedł, odmroziłbym sobie jajka. nie żebym jakoś miał z nich korzystać, ale mimo wszystko wolę je mieć, tak na wszelki wypadek.

poza tym mam lepsze rzeczy do roboty, niż słuchać, jak bumelanci z college'u mówią mi, kiedy będę mógł wjechać na rampę (zazwyczaj... nigdy), albo znosić pogardliwe spojrzenia skatepunków z naszej szkoły, bo nie jestem dość równy, by z nimi pić i palić, ani też by być straightedge[2]. jeśli o nich chodzi, to jestem bezideowy. kiedy skończyłem dziewiątą klasę, przestało mi zależeć, by dostać się do ich elity, która udaje, że nie jest elitą. deska nie jest sensem mojego życia.

lubię mieć dom dla siebie, gdy do niego wracam. jeśli mamy nie ma, nie muszę czuć wyrzutów sumienia, że ją ignoruję.

najpierw kieruję się do komputera i sprawdzam, czy isaac jest on-line. nie ma go, więc robię sobie kanapkę z serem (jestem zbyt leniwy, żeby ją zapiec), a potem trzepię gruchę. zajmuje mi to jakieś dziesięć minut, nie żebym mierzył sobie czas.

kiedy wracam, isaaca nadal nie ma. jest jedyną osobą na mojej "liście znajomych", co jest najgłupszą możliwą nazwą dla listy. czy my mamy po trzy lata?

ja: hej, isaac, chcesz być moim znajomym?

isaac: pewnie, stary! chodźmy razem na ryby!

isaac wie, że te rzeczy wydają mi się totalnie durne, i ma o nich takie samo zdanie. tak jak lol[3]. jeśli istnieje coś głupszego od listy znajomych, to tylko lol. gdyby ktoś kiedyś tak się do mnie zwrócił, wyrwałbym komputer z gniazdka i roztrzaskał go na najbliższej głowie. przecież nikt się nie śmieje w głos z rzeczy, które loluje. powinno się to wymawiać "łoł", jak dźwięk wydawany przez pacjentów po lobotomii. łoł. łoł. nie umiem już myśleć. łoł.

albo ttyl[4]. kurna, przecież nie gadasz. to wymaga kontaktu głosowego. czy też <3. sądzisz, że to przypomina serce? jeśli tak, to wyłącznie dlatego, że nigdy nie widziałeś moszny.

(rofl[5]! co? naprawdę tarzasz się po podłodze ze śmiechu? to proszę nie wstawaj przez chwilę, aż ci nakopię do dupy).

musiałem powiedzieć maurze, że przez mamę postanowiłem zrezygnować z komunikatora internetowego, bo przyjaciółka pojawiała się za każdym razem, gdy próbowałem coś zrobić.

gothblood4567: co tam?

finalwill: pracuję.

gothblood4567: nad czym?

finalwill: nad listem samobójczym. nie wiem, jak go zakończyć.

gothblood4567: lol.

zabiłem więc swojego nicka i zmartwychwstałem pod innym. zna go tylko isaac i niech tak pozostanie.

sprawdzam skrzynkę mailową, w której jest głównie spam. chciałbym wiedzieć, czy naprawdę gdzieś na świecie jest ktoś, kto dostaje mail od hlyywkrrs@hothotmail.com, czyta go i mówi do siebie: "wiecie co, naprawdę chcę powiększyć swojego penisa o 33%, a osiągnę to, wysyłając 69,99$ do tej miłej pani ileny w VIRILITY MAXIMUS CORP przez ten bardzo pomocny link!". jeżeli ludzie rzeczywiście się nabierają, to nie o swoje penisy powinni się martwić.

ktoś przysłał mi zaproszenie do grona znajomych na facebooku, więc usuwam je, nawet nie sprawdzając profilu, bo to nie jest naturalne. bo przyjaźń nie powinna być taka łatwa. tak jakby ludzie wierzyli, że wystarczy lubić te same zespoły, żeby być pokrewnymi duszami. albo książki. omg... lubisz wyrzutki 2... jesteśmy identyczni! wcale nie jesteśmy. mamy tylko tego samego belfra od angielskiego, a to pewna różnica.

jest prawie czwarta, isaac zazwyczaj o tej porze jest już w sieci. ustalam sobie durny system nagród za zadanie domowe - jeżeli sprawdzę, w którym roku majowie wynaleźli wykałaczki, będę mógł zobaczyć, czy isaac się pojawił. a potem jeśli przeczytam kolejne trzy akapity o znaczeniu ceramiki w kulturach prymitywnych, będę mógł sprawdzić konto na yahoo. i w końcu jeśli udzielę odpowiedzi na wszystkie trzy pytania kontrolne, a isaaca nadal nie będzie, znów będę się masturbował.

jestem dopiero w połowie odpowiedzi na pierwsze pytanie, dotyczące jakichś bzdur na temat tego, dlaczego piramidy majów są o wiele fajniejsze niż egipcjan, kiedy oszukuję, zerkam na listę znajomych i widzę, że pojawiło się tam imię isaaca. już mam pomyśleć: dlaczego nie dał mi znać?, kiedy okienko powiadomienia wyskakuje na ekranie. jakby czytał w moich myślach.

boundbydad: jesteś tam?

grayscale: tak!

bounbydad: :-)

grayscale: :-) x 100

boundbydad: myślałem o tobie przez cały dzień

grayscale: ???

boundbydad: tylko dobre rzeczy

grayscale: to fatalnie :-)

boundbydad: zależy co się uważa za dobre :-):-)

tak było od początku. po prostu swobodnie. najpierw byłem trochę zdezorientowany jego nickiem[6], ale szybko mi wyjaśnił, że to przez imię isaac, bo ostatecznieojciecpostanowilzabicjagniezamiastmnie było za długie na dobrego nicka. zapytał mnie o mojego poprzedniego nicka, finalwill, a ja mu wyjaśniłem, że mam na imię will, i tak się zaczęła nasza znajomość. byliśmy w jednym z tych dennych chatroomów, w których co dziesięć sekund zapada kompletna cisza, dopóki znów nie padnie pytanie "jest tu ktoś?", a inni odpowiadają: taa, jasne, jaha, nie dodając nic więcej. niby miało to być forum pewnego piosenkarza, którego wtedy lubiłem, ale nie mieliśmy o nim wiele do powiedzenia poza tym, które kawałki ma lepsze, a które gorsze. było naprawdę nudno, ale tak właśnie poznaliśmy się z isaakiem, więc pewnie zaprosimy tego piosenkarza, żeby wystąpił na naszym weselu. (to wcale nie jest zabawne.)

już po niedługim czasie wymienialiśmy się zdjęciami, muzą i narzekaliśmy, że wszystko jest do bani, ale o ironio, kiedy o tym mówiliśmy, świat przestawał być tak bardzo do bani. oczywiście poza tym etapem na końcu, kiedy trzeba było wracać do realu.

to takie niesprawiedliwe, że on mieszka w ohio, bo to wcale nie jest tak daleko, ale ponieważ żaden z nas nie ma prawa jazdy, a za nic na świecie nie poprosi mamy: "hej, mogłabyś mnie zawieźć na drugi kraniec indiany na spotkanie z chłopakiem?", utknęliśmy w martwym punkcie.

grayscale: czytam o majach.

boundbydad: angelou?

grayscale: ???

boundbydad: nieważne. my ominęliśmy majów. przerabiamy teraz tylko "amerykańską" historię.

grayscale: ale oni przecież żyli w ameryce.

boundbydad: nie według mojej szkoły. <jęczy>

grayscale: to kogo dzisiaj prawie zabiłeś?

grayscale: "zabiłeś" oznacza "chciałeś, by zniknął", na wypadek gdyby naszą rozmowę monitorował admin...

boundbydad: potencjalna liczba ciał: jedenaście. dwanaście, jeśli liczyć kota.

grayscale: ...albo służby bezpieczeństwa.

grayscale: cholerny kot!

boundbydad: cholerny kot!

nie wspominałem nikomu o isaacu, bo to wyłącznie moja sprawa. podoba mi się, że on zna wszystkich, a jego nie zna nikt. gdybym miał przyjaciół, z którymi mógłbym szczerze porozmawiać, powodowałoby to pewien konflikt. ale ponieważ obecnie wszyscy, którzy zechcieliby przyjść na mój pogrzeb, zmieściliby się w jednym samochodzie, to jest okay.

niestety isaac musi kończyć, ponieważ właściwie nie powinien korzystać z kompa w sklepie muzycznym, w którym pracuje. na moje szczęście zdaje się, że nie ma tam wielkiego ruchu, a jego szef jest chyba dilerem narkotyków, czy kimś takim, bo ciągle zostawia isaaca samego i idzie "spotkać się z pewnymi ludźmi".

odchodzę od kompa i szybko kończę lekcje. potem idę do salonu i włączam prawo i porządek, ponieważ jedyne, na co mogę w życiu liczyć, to to, że zawsze, gdy włączę telewizor, będzie leciał jakiś odcinek prawa i porządku. dziś jest o facecie, który dusi jedną blondynę po drugiej, i choć właściwie jestem pewien, że widziałem ten odcinek już jakieś dziesięć razy, oglądam go, jakbym nie miał pojęcia, iż atrakcyjna reporterka, z którą koleś rozmawia, zaraz skończy ze sznurem od zasłon na szyi. opuszczam ten fragment, bo jest naprawdę głupi, ale gdy już policja łapie gościa i rozpoczyna się proces, robi się spoko.

prawnik: koleś, maleńki fragment twojej skóry został na sznurze, kiedy ją dusiłeś. zbadaliśmy go pod mikroskopem, więc jesteś totalnie udupiony.

gość oczywiście żałuje, iż nie włożył rękawiczek, ale one pewnie zostawiłyby mikroskopijne włókna, więc i tak byłby totalnie udupiony. odcinek się kończy i zaczyna się następny. wydaje mi się, że go jeszcze nie oglądałem, dopóki pewien celebryta nie przejeżdża hummerem dziecka i myślę: a, to ten, w którym celebryta przejeżdża hummerem dziecko. i tak go oglądam, bo nie mam nic lepszego do roboty. potem wraca mama i my też mamy powtórkę odcinka.

mama: jak ci minął dzień?

ja: mamo, oglądam film.

mama: będziesz mógł zjeść obiad za piętnaście minut?

ja: mamo, oglądam film!

mama: dobrze, nakryj do stołu w przerwie na reklamę.

ja: DOBRA.

zupełnie tego nie czaję - czy może być coś nudniejszego i bardziej żałosnego niż nakrywanie do stołu tylko dla nas dwojga? z tymi wszystkimi serwetkami, widelcami do sałatki i tak dalej. kogo ona oszukuje? oddałbym wszystko, żeby nie spędzić następnych dwudziestu minut, siedząc naprzeciwko niej, ponieważ ona nie uznaje ciszy. nie, musi ją wypełniać gadaniem. chcę jej powiedzieć, że po to słyszy się głos w głowie, by móc czasami milczeć. ale ona nie chce być ze swoimi myślami, jeśli ich nie wypowiada.

mama: jeżeli mi się dziś poszczęści, może wpadnie nam kilka dodatkowych dolarów na kupno samochodu.

ja: naprawdę nie musisz tego robić.

mama: nie wygłupiaj się. mam dzięki temu powód, by wybrać się na babskiego pokera.

naprawdę chciałbym, żeby już odpuściła. dużo gorzej niż ja znosi fakt, że nie mam samochodu. przecież nie jestem palantem, który sądzi, że gdy tylko skończy siedemnaście lat, ma dane od Boga prawo do nowiutkiego chevroleta na podjeździe. wiem, jak wygląda nasza sytuacja, i wiem, że mamie nie podoba się, iż muszę pracować w weekendy w cvs, abyśmy mogli sobie pozwolić na zakupy w tym samym cvs. ale jej ciągłe przygnębienie z tego powodu nie poprawia mi wcale nastroju. i oczywiście prócz finansowego ma jeszcze inny powód do gry w pokera. potrzebuje towarzystwa przyjaciół.

pyta, czy zażyłem lekarstwa, zanim wyszedłem rano, a ja odpowiadam, że owszem, bo czyż nie utopiłbym się już w wannie, gdybym ich nie wziął? nie podoba jej się to, więc mówię, że to tylko żart, i notuję w pamięci, że matki nie są najlepszymi adresatkami humoru medycznego. postanawiam, że nie dam jej na dzień matki bluzy z napisem: "najlepsza na świecie matka depresyjnego popaprańca", jak planowałem. (no dobra, nie ma takiej bluzy, ale gdyby istniała, widniałyby na niej kociaki chowające pazury).

prawda jest taka, że myślenie o depresji działa na mnie megadepresyjnie, więc znów wracam do salonu i oglądam kolejny odcinek prawa i porządku. isaac nigdy nie siada do kompa przed ósmą, więc czekam. dzwoni do mnie maura, ale nie mam energii, żeby jej opowiadać cokolwiek poza streszczeniem tego, co się dzieje w prawie i porządku, a ona nie znosi, gdy to robię. pozwalam więc, by zgłosiła się za mnie poczta głosowa.

ja: tu will. po co do cholery do mnie dzwonisz? zostaw wiadomość, może oddzwonię. [bip]

maura: hej, frajerze. dzwonię z nudów. pomyślałam, że jeśli nie masz nic do roboty, mogłabym ci urodzić dzieci. no, ale cóż... chyba zadzwonię do józefa i poproszę, żeby mnie przeleciał w żłóbku i spłodził kolejne święte dzieciątko.

zanim zaczyna mi się chcieć, robi się prawie ósma. ale nawet wtedy nie chce mi się na tyle bardzo, by do niej oddzwonić. tak to już między nami jest z tym oddzwanianiem, że rzadko nam się udaje. zamiast tego siadam przed kompem i zamieniam się w małą dziewczynkę, która po raz pierwszy ujrzała tęczę. jestem podekscytowany, zdenerwowany, pełen nadziei i stęskniony. zabraniam sobie sprawdzać obsesyjnie listy znajomych, ale równie dobrze mogłaby się wyświetlać pod moimi powiekami. o 8.05 pojawia się jego imię i zaczynam odliczać. dochodzę tylko do dwunastu, kiedy wyświetla się wiadomość:

boundbydad: witam!

grayscale: i pozdrawiam!

boundbydad: cieszę się, że tu jesteś.

grayscale: i ja się z tego cieszę

boundbydad: dzisiaj w pracy = najsłabszy dzień w życiu. jedna dziewczyna próbowała kraść i nawet nie robiła tego dyskretnie. kiedyś miałem trochę sympatii dla złodziei sklepowych.

boundbydad: ale teraz życzę im tylko, żeby trafili za kratki. kazałem jej odłożyć towar na półkę, a ona udawała całą zdziwioną: "jaki towar?", więc wyciągnąłem jej płytę z kieszeni. a co ona na to? "och".

grayscale: nawet nie przeprosiła?

boundbydad: nie.

grayscale: dziewczyny są do bani.

boundbydad: a chłopaki to anioły? :-)

tak sobie gawędzimy przez godzinkę. chciałbym z isaakiem porozmawiać przez telefon, ale rodzice nie pozwalają mu na komórkę, a moja mama czasami sprawdza rejestr połączeń, kiedy biorę prysznic. ale i tak jest miło. to jedyny fragment mojego dnia, gdy czas ma jakąś wartość.

jak zwykle poświęcamy dobre dziesięć minut na pożeg­nania.

boundbydad: naprawdę muszę już lecieć.

grayscale: ja też.

boundbydad: ale nie chcę.

grayscale: ja też nie.

boundbydad: jutro?

grayscale: jutro!

boundbydad: dobrej nocy.

grayscale: tobie też.

to niebezpieczne, ponieważ z zasady nie pozwalam sobie na życzenia. gdy byłem dzieckiem, zbyt wiele razy składałem ręce, zaciskałem powieki i cały się oddawałem nadziei na coś. nawet uważałem, że są w moim pokoju miejsca lepsze i gorsze do wypowiadania życzeń - pod łóżkiem było okay, ale na łóżku już nie; w szafie było dobrze, jeśli trzymałem na kolanach pudełko po butach z kartami bejsbolowymi. nigdy, przenigdy przy biurku, ale zawsze przy otwartej szufladzie na skarpety. nikt mi nie podpowiadał tych zasad - sam je sobie opracowałem. potrafiłem spędzać całe godziny na wypowiadaniu jednego życzenia. i za każdym razem natykałem się na mur absolutnej obojętności. czy chodziło o kupno chomika, czy o to, by moja mama przestała płakać. szuflada na skarpety była otwarta, a ja siedziałem za skrzynią na zabawki z trzema figurkami w dłoni i matchboxem w drugiej. nigdy nie miałem nadziei, że ogólnie wszystko będzie lepiej - chciałem tylko jednej rzeczy. i nigdy się nie udawało. w końcu spasowałem. i pasuję każdego kolejnego dnia.

ale nie z isaakiem. czasami przeraża mnie, że tak bardzo pragnę, by nam się udało.

później tego wieczoru dostaję mail.

mam wrażenie, że moje życie się rozlatuje. jakby zamieniło się w podartą na strzępy kartkę papieru, a ktoś włączył wiatrak. ale gdy z tobą rozmawiam, czuję, że wiatrak jest przez chwilę wyłączony. jakby wszystko miało jednak sens. składasz mnie w całość i jestem ci za to bardzo wdzięczny.

BOŻE, JESTEM TAKI ZAKOCHANY.

2 sXe, subkultura ruchu punkowego, której członkowie wyrzekają się spożywania wszelkich używek i okazywania skłonności do nihilizmu.

3 Laughing out loud (ang.) - Śmiejąc się głośno.

4 Talk to you later (ang.) - Pogadamy później.

5 Rolling on floor laughing (ang.) - Tarzając się ze śmiechu po podłodze.

6 Bound by dad (ang.) - Związany przez tatę.