1
Krew powoli zalewa mi prawe oko. Pierwsza kropla, druga. Oślepia i piecze. Naprawdę dotkliwie. Krzywię się, a z ust wyrywa mi się piskliwy jęk bólu.
Ból jest prawdziwy.
Jęk nie.
Jeżeli dotychczasowe dwadzieścia trzy lata życia w ogóle czegokolwiek mnie nauczyły, to tego: kobiecy ból dodaje mężczyznom pewności siebie. Budzi w nich jakąś odruchową, głęboko zakorzenioną emocję. Jego widok sprawia, że czują nad nami przewagę, nawet w sytuacji, gdy wszystkie inne poszlaki wskazują, że jest wprost przeciwnie.
Pewność siebie z kolei sprawia, że mężczyźni stają się nieostrożni.
A nieostrożny mężczyzna jest łatwym celem.
Dzisiejszego wieczora walkę zorganizowano w Dzielnicy Południowej, w starym składzie żarwina. W powietrzu snuje się woń zepsutych owoców. Ring otaczają rozpalone pochodnie, których płomienie rzucają dokoła roztańczone, chybotliwe cienie.
Widzowie milczą, panuje atmosfera wyczekiwania. Sala wygląda na wypełnioną po brzegi. I bardzo dobrze - większy tłum oznacza większą wygraną.
Dolatuje mnie głuchy stukot. Przeciwnik - wielki, nabity facet - zbliża się powolnym, ciężkim krokiem. Przerasta mnie o przynajmniej paręnaście centymetrów, co bez wątpienia zapewnia mu poczucie siły. Nie wygląda na człowieka świadomego, że wdzięk również może zabijać.
- Pożałujesz, żeś się urodziła, dziewczynko. Kiedy z tobą skończę, będą cię musieli pogrzebać w zamkniętej trumnie.
O bogini, co za nudziarz. Publiczność jednak jest zachwycona, bo chyba o tym świadczy wypełniająca nagle magazyn wrzawa.
Do oka spływają mi kolejne piekące krople. Ten prawy sierpowy w skroń naprawdę mu wyszedł, nie przeczę.
Obracam głowę na drugi bok, markuję słabość. Nie odrywam policzka od ubitej ziemi. Wśród rechoczących, zagrzewających do walki kibiców ktoś się przeciska. Podchodzi na sam skraj ringu.
Lee. Musiał dopiero co skończyć zmianę.
Splata umięśnione ramiona na szerokiej piersi. Nie pasuje do szemranego towarzystwa - ubrany jest w nieskazitelnie czystą bluzę królewskiego kuriera. Spogląda na mnie i znacząco unosi brew. Sprawia wrażenie rozbawionego.
Niemal słyszę jego głęboki ton: Meryn, przestań się wreszcie bawić i skończ z nim. Noc jeszcze młoda. Mamy inne zajęcia. Lepsze.
Oczywiście ma rację. Zdecydowanie bardziej wolałabym teraz siedzieć mu na kolanach, niż leżeć w tej cuchnącej dziurze twarzą na klepisku.
No dobra, rzeczywiście pora na finał przedstawienia.
Rywal podchodzi jeszcze bliżej. Wydaję z siebie jeszcze jeden zwodniczy jęk. Czekam, aż stanie w konkretnym miejscu. Nie przeczuwa pułapki, choć to przecież oczywiste. Stosuję ten wybieg niemal w każdym starciu.
Lecz on nie chce jej dostrzec, dlatego że wprawiłam go w przesadne poczucie pewności siebie. Jest przekonany, że już wkrótce będzie się mógł chełpić, że pokonał Meryn Cooper, słynną Drapieżną Kocicę z Dzielnicy Wschodniej.
Idiota.
Wreszcie staje tuż przy mnie. Szykuje się. Może chce na mnie usiąść albo zacząć mnie dusić - na sto procent nie wymyślił nic bardziej oryginalnego. Tłumem kibiców znowu wstrząsa ryk. Sala pełna jest zaślinionych, podpitych hazardzistów. Wszyscy modlą się w tej chwili, by ten mięśniak mnie załatwił. Obstawili przeciwko kobiecie i chcą zarobić.
Przeciwnik pochyla się nade mną; śmierdzący oddech omiata mi twarz. Właśnie wtedy uderzam.
Raptowny ruch nogą i wbijam piętę od tyłu w mięsiste kolano. Wkładam w to całą siłę. Zaraz potem przetaczam się na bok, usuwam się przed rywalem i gwałtownie wstaję.
- Kurwa! - Mężczyzna pada z impetem na ziemię, wyraźnie czuję drżenie pod stopami. Powietrze z szumem wylatuje mu z ust.
Podpiera się dłońmi. Próbuje się podnieść, lecz nie pozwalam mu dokończyć manewru. Atakuję. Kopię go w nos, za co nagradza mnie przyjemne chrupnięcie pękającej kości. Rubinowoczerwona krew zalewa mu twarz, pryska na klepisko. Energia ciosu odrzuca go w tył; facet pada na plecy.
Nie daję mu nawet chwili, nie chcę, żeby się otrząsnął. Wskakuję na rywala i tłukę go kolanem w krocze. Następnie dosiadam go okrakiem i zasypuję twarz uderzeniami pięści. Nie chcę zabić; jasne, nie walczę honorowo, ale też nie przesadzam. Muszę się jednak upewnić, że już nie wstanie. Pokrywające moje palce blizny i strupy pękają, krew ścieka po zaciśniętych pięściach. Przez moment pławię się w rozkosznej fali adrenaliny. Cieszę się bólem i czystością umysłu, jaką ze sobą przynosi.
Zaraz potem napieram przedramieniem na krtań powalonego. Zaczyna się dławić.
- Poddaję się - charczy.
Wymierzam mu siarczysty policzek. Tak dla zabawy. Chcę zobaczyć, jak jego głowa odskakuje na bok. Bardzo widowiskowa scena.
- Głośniej! Z przekonaniem! Niech cię usłyszą aż na zamku.
- Poddaję się!
Od strony publiczności dolatują mnie gniewne pomruki. Uwalniam przeciwnika, ocieram krew z czoła. Organizator dzisiejszych walk, przysadzisty człowiek z sumiastym wąsem, wchodzi na ring, podrywa moje ramię ku górze i ogłasza:
- Zwycięża Drapieżna Kocica! Następne starcie za dwadzieścia minut.
Srebrne monety przechodzą z rąk do rąk. Większość trafia do tych nielicznych, którzy okazali się dość mądrzy, by postawić na mnie.
Zaskakujące, jak wielu ludzi wciąż stawia na moich rywali. Mimo że doświadczenie jasno pokazuje, że nie powinni.
Wtem opada mi na twarz rzucony ręcznik. Ściągam go i widzę Igora, mojego trenera i zarazem sąsiada. Taksuje mnie wzrokiem; ciemna, pomarszczona twarz nie wyraża żadnej emocji. Pochylam się, przechodzę pod okalającymi ring linami. Sugestywnie wyciągam ku niemu otwartą dłoń.
- Co? Jak zwykle nie możesz się doczekać wypłaty? - mruczy Igor.
- Kto? Ja? - Trzepoczę rzęsami. - Ależ skąd - dodaję słodziutkim głosikiem. - Wytworne damy nigdy nie myślą o sprawach tak prymitywnych i przyziemnych jak srebrniki. Zajmują mnie wyłącznie wieczory przy herbacie, nowe kreacje i ploteczki.
- Ostrożnie, bo znowu krew ci z czoła pójdzie. - Igor wciska mi wygraną do ręki. - Było całkiem nieźle, młoda. Choć jak na mój gust, niepotrzebnie tak się guzdrałaś. A te teatralne piski i pojękiwania? Myślałaś o karierze w trupie aktorskiej?
Wzruszam ramionami. Przeliczam monety, przeprowadzam w myślach błyskawiczny rachunek. Osiem srebrników. Ta suma pozwoli mi zapłacić aptekarzowi za lekarstwo dla matki. I to na dwa tygodnie.
- Wiesz, że kibice lubią mieć nadzieję. Poza tym kiedy przeciwnikom wydaje się, że mają szansę, wszyscy lepiej się bawimy.
- Walcz, jak chcesz, młoda, byleś wygrywała. - Igor podaje mi butelkę z wodą. Pociągam spory łyk. - Za dwa tygodnie Davey organizuje walkę Colbridge'owi. Szuka właśnie przeciwnika. Pamiętasz tego cwanego skurczybyka z zeszłego roku? Może masz ochotę na powtórkę?
Wyciągam szyję, rozglądam się po zatłoczonej sali. Szukam Lee. Choć jestem nieprzeciętnie wysoka, trudno mi cokolwiek zobaczyć ponad głowami zebranych.
- Pewnie. Pod warunkiem że przypilnujesz, żebym nie była faworytką. Aptekarz podniósł ceny. Ponoć niektóre potrzebne zioła rosną w pobliżu linii frontu i zaczęły się kłopoty z dostawami. Następnym razem chciałabym zarobić dwa razy tyle, co dziś.
Zmarszczki na czole Igora dodatkowo się pogłębiają. Ten człowiek wiecznie sprawia wrażenie głęboko zafrasowanego. Naprawdę. Martwi się czymś bez przerwy, odkąd go znam, czyli przez całe moje życie. Przypuszczam, że zaraz zaproponuje mi pomoc w opłacaniu lekarstwa dla matki. Robi to od lat, a ja regularnie odmawiam. Nikomu nie jest lekko, nie chcę odbierać mu chleba. Poradzimy sobie, jak zawsze.
Nagle otacza mnie czyjeś ciepłe ramię. Uderza mnie zapach czystości i sosnowego mydła, aromat znajomy i odprężający. Opieram się o twarde ciało Lee, podnoszę wzrok i zerkam na jego twarz - ostro zarysowana, porośnięta trzydniową szczeciną szczęka, oszałamiające oczy, błękitne jak morze.
Nie opuszcza żadnej mojej walki. To bardzo przyjemne. Dobrze choć raz mieć przy boku człowieka, który niezawodnie mnie wspiera.
Lee rzuca mi łobuzerski uśmieszek, przez który muszę zacisnąć uda. Pokazuje mi niedużą, pobrzękującą sakiewkę.
- Świetna walka, kociaku. Kup ode mnie coś ładnego siostrze na imieniny. - Wsuwa mi trzosik do kieszeni, a ja wspinam się na palce, zarzucam mu ramiona na szyję i przyciągam ku sobie jego twarz. Tak rozpaczliwie pragnę jego dotyku.
Nim jednak udaje mi się go pocałować, ktoś obok chrząka. Ogarnięta mgłą pożądania rzucam okiem.
- To ja pogadam z Daveyem i załatwię ci tę następną walkę. - Skrępowany Igor przestępuje z nogi na nogę. - Widzę, że przyda się wam chwila sam na sam. Tylko, Meryn, znajdź mnie jeszcze, zanim wyjdziesz.
Odwraca się i odchodzi w niejakim popłochu. Nie jestem w stanie powstrzymać śmiechu.
- Biedny Igor, chyba się zawstydził.
Lee mierzy mnie leniwym spojrzeniem. Kładzie mi dłonie na biodrach, chwyta mocno, dotykiem, w którym kryje się mroczna obietnica. Przysuwa wargi do mojego ucha.
- Ciesz się, że nie potrafi czytać mi w myślach - szepcze, a temperatura jego słów sprawia, że serce zaczyna mi bić jak opętane. - Do końca życia nie mógłby spojrzeć mi w oczy.
Wtulam się w niego, lecz w sali wybucha nagle jakieś zamieszanie. Przez tłum kibiców przebija się niechlujny, rozczochrany mężczyzna. Jego żółte, rozbiegane oczy świdrują mnie bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem.
- Ty pizdo! - mamrocze niewyraźnie i rusza chwiejnie w moją stronę. - Ustawiłaś zakłady, głupia dziwko. Nie wmówisz mi, że nie!
Parskam śmiechem.
- A fe! Nieładnie tak mówić. Mamusia chyba inaczej uczyła?
Lee obserwuje wypadki spokojnie, jest rozbawiony. Kąciki jego ust wędrują nieznacznie ku górze.
Nieznajomy wyciąga z kieszeni nóż; tępe, stołowe narzędzie. Ostrze błyska w przyćmionym świetle. Normalka. Zawsze napatoczy się ktoś, kto nie potrafi się pogodzić z moim zwycięstwem. Niektórym po prostu odbija.
- Ostatnie srebrniki przez ciebie straciłem! Zapłacisz mi za to.
Wyciąga ostrze w moim kierunku, lecz zanim zdążył wykonać choć krok, jestem już w ruchu. Błyskawiczny kopniak trafia go w nadgarstek. Nóż wypada mu z ręki. Wyławiam go z powietrza i tym samym płynnym ruchem przystawiam ostry czubek pod grdykę napastnika.
- Zdradzisz może, jaki miałeś właściwie plan? Wymyśliłeś, że... Co? Że weźmiesz do ręki ten śmieszny nożyk i rzucisz się z nim na dziewczynę, która dosłownie przed momentem wygrała brutalne starcie wręcz? Chciałeś mnie zastraszyć tym swoim sztućcem czy jak?
Napieram ostrzem mocniej na jego gardło. Ze skaleczenia wypływa cienka, czerwona strużka krwi. Nieznajomy się krzywi. Wokół rozchodzi się nieprzyjemny zapach moczu. Posikał się. Żałosne.
- Widzisz? Tak to się kończy, jak ktoś obstawia przeciwko kobiecie. Wypad mi stąd. A jeśli zobaczę twoją gębę na choć jednej swojej walce, dokończę, co zaczęłam.
Pechowiec rzuca mi ostatnie, dzikie spojrzenie, po czym odwraca się i znika w tłumie. Nikt nie poświęca mu uwagi. Publiczność jest zbyt zajęta oczekiwaniem na następne starcie.
- Pieprzony kretyn - syczy Lee pod nosem. Łapie mnie wielką dłonią za rękę i ciągnie za sobą ku stojącym pod przeciwległą ścianą składu stolikom. Siadamy, a on otwiera swój plecak, z którego wyciąga odkażającą maść i bandaż.
Przysuwa mnie sobie wraz z krzesłem. Długie palce mocno chwytają mój podbródek. Przytrzymuje mnie i nakłada mi maść na poranione czoło. Żaden mężczyzna nie dotykał mnie równie delikatnie.
- Nie wierć się, kociaku. - Surowy, wykluczający dyskusje ton. - Paskudnie to wygląda.
Podobny rytuał odbywa się każdej walce, odkąd rok temu zaczął mnie oglądać. Ja obrywam, Lee składa mnie do kupy. Lubię te chwile, bardziej nawet, niż jestem skłonna przyznać. Podoba mi się, że ktoś się o mnie troszczy.
Poznaliśmy się na targu w Dzielnicy Północnej. Odebrałam właśnie Saelę ze szkoły i kiedy wracałyśmy do domu, spłoszony koń wyrwał się handlarzowi. Popędził prosto na moją młodszą siostrę, a ja stałam za daleko, by cokolwiek zrobić. Byłam bezradna, pewna, że mała zginie na moich oczach.
Nagle jednak tuż przed konia wskoczył Lee. Rozłożył uspokajającym gestem ramiona i wylęknione zwierzę po prostu... stanęło. Lee uratował Saeli życie.
Podeszłam podziękować i gdy tylko spotkaliśmy się spojrzeniami, zrozumiałam, że będę jego. Okiełznać dzikie stworzenie może tylko wyjątkowy mężczyzna.
- Czyżbyś się zmartwił? To przez tego faceta, który na mnie naskoczył? - pytam.
Lee wydaje się niecodziennie milczący. Spogląda mi głęboko w oczy, ale nie potrafię stwierdzić, co myśli.
- Nie. Wiem, że Drapieżna Kocica nie da sobie w kaszę dmuchać. Wolałbym jednak, żebyś kończyła walki szybciej. Niepotrzebnie narażasz się na takie rany jak ta na czole. Pewnego dnia, Meryn... Któregoś dnia możesz się natknąć na przeciwnika, który okaże się sprytniejszy od ciebie. Kogoś, kto cię zaskoczy.
Muska palcem mój policzek. Wdrapuję mu się na kolana. Przyciągam go blisko, bardzo blisko.
- Dziękuję - szepczę prosto w jego usta. - Dziękuję, że za każdym razem mnie łatasz. I za to, że martwisz się moimi ranami.
Lee wplata dłoń w moje ciemne włosy, przytrzymuje mnie i miażdży moje wargi swoimi. Drugą ręką chwyta mnie w krzyżu i wciąga jeszcze głębiej na siebie. Czuję, jak twardnieje. Doznanie prowokuje mój jęk. Lee odsuwa głowę, rozbiera mnie wzrokiem.
- Przyjdź dziś do mnie - rzuca. To żądanie, nie prośba.
Lee ma w Dzielnicy Północnej własne, niewielkie mieszkanie, aczkolwiek jako królewski kurier nocuje tam tylko czasami. Najczęściej, o ile ma wolną chwilę, łapie po prostu kilka godzin snu w zamkowym dormitorium. Odwiedzam go tak często, jak mogę, ale ze względu na chorobę matki i konieczność opieki nad Saelą widujemy się rzadziej, niżbyśmy sobie życzyli.
Już mam się zgodzić, kiedy dolatuje mnie poważny głos:
- Meryn. - Igor przebija się zamaszystym krokiem przez tłum. Ma ściągniętą twarz. - Usłyszałem, jak ludzie gadają. We Wschodniej zaginęło kolejne dziecko.
Mam wrażenie, że w moim żołądku rozwarła się pustka. Błyskawicznie zsuwam się z kolan Lee, wstaję.
- Dziecko? Wiesz coś więcej?
- Dziewczynka. Około dziesięcioletnia. Mówią... Mówią, że ma ciemne włosy i orzechowe oczy.
Nie.
Zerkam pospiesznie na Lee, jednocześnie zaczynam się zastanawiać, którędy najszybciej dotrę do domu.
- Leć. - On również podnosi się z krzesła. - Musisz.
Kiwam głową.
- Meryn - wtrąca trener - to może być sto innych dziewczynek.
Nie odpowiadam. Przebijam się już przez rozochoconą publiczność. Moje serce wybija niespokojne staccato. Otwieram pchnięciem ciężkie, nieprzyjemnie szorstkie drzwi magazynu, za którymi owiewa mnie zimne, nocne powietrze. Wiatr bije we mnie jak pięść. Wypadłam z sali tak szybko, że zapomniałam zabrać swoje rzeczy. Nie założyłam nawet znoszonego płaszcza. Nic to, Igor go weźmie. Na pewno.
Zresztą, komu potrzebny płaszcz, kiedy w żyłach płonie czysta panika?
Ulice Południowej, położonej najdalej od zamku ze wszystkich dzielnicy miasta, toną jak zwykle we mgle. Jest ciemno i dość upiornie. Mieszkańców nie stać na trwonienie pieniędzy na latarnie. Zresztą z tej okolicy i tak nie sposób przegnać ciemności; mrok już dawno przeniknął ją do głębi. Do Południowej udają się ludzie, którzy zamierzają zrobić coś nielegalnego, zakazanego bądź nikczemnego. Kilka latarni niczego by nie zmieniło.
Błyskawicznie kalkuluję. Zazwyczaj droga z Dzielnicy Południowej do Wschodniej zajmuje przynajmniej czterdzieści pięć minut. Mam na myśli trasę tradycyjną, przez Dzielnicę Centralną. Ja jednak jestem szybka, zawdzięczam to długim, umięśnionym nogom. Świetnie znam też miasto, szczególnie te jego rejony, w które nie powinien się zapuszczać nikt z dobrego domu.
Jeśli pójdę bocznymi alejkami, dotrę do celu w dwadzieścia minut. Może nawet w kwadrans.
Biorę więc głęboki, pokrzepiający wdech i puszczam się biegiem. Mijam liczne walące się magazyny. Nogi niosą mnie przez brudny plac targowy w Południowej, a następnie zagłębiam się w obstawione czynszówkami zaułki mieszczące się na granicy dzielnic Centralnej i Wschodniej.
Powietrze cuchnie tutaj ubóstwem. Żeby nie wdychać fetoru niemytych ciał, staram się oddychać przez usta. Choć najbiedniejszą dzielnicą jest Południowa, we Wschodniej sprawy wcale nie wyglądają wiele lepiej. Prawdę powiedziawszy, w królewskim mieście Sturmfrost nikomu nie wiedzie się dobrze.
Docierają do nas pogłoski o wystawnym życiu członków Wilczego Stada. Nie wiem, jak wygląda prawda, lecz jestem pewna, że ci elitarni żołnierze nie muszą się martwić o to, że ktoś wedrze się do ich domu w środku nocy i porwie śpiące dziecko.
Saela...
Myśl o siostrze dodaje mi sił. Przyspieszam. Płuca i nogi palą żywym ogniem. Gdy zbliżam się do granicy Centralnej i Wschodniej, ukazuje mi się górująca nad całym miastem sylwetka zamku króla Cyrila. Twarda, szara, kamienna. Spływający z jasno oświetlonych murów blask sprawia, że uliczki są tu widniejsze.
Przemykam pod sznurami schnącego prania, przeskakuję nad ziejącymi w bruku dziurami, szybciej i szybciej, i szybciej. Mknę wzdłuż granic Wschodniej i w końcu docieram na plac targowy swojej dzielnicy. Tutaj jest znacznie czyściej niż na podobnym rynku w Południowej. Moi sąsiedzi naprawdę korzystają z tego miejsca.
W nocnym powietrzu roznosi się matczyne zawodzenie. Proszę, bogini, nie.
Dostrzegam we mgle jakieś zbiegowisko. Przeciskam się naprzód, rozpycham między ludzkimi ciałami. Wreszcie docieram do środka tłumu.
Byle nie moja matka. Byle nie moja matka.
Klęcząca na ulicy kobieta podnosi na mnie spojrzenie. Ma wilgotne oczy. To pani Sawyer, szwaczka mieszkająca kilka ulic od nas. Stoją przy niej mąż i starsi synowie. Kobieta znów zaczyna zawodzić.
- Leesa! - skarży się płaczliwie. - Leesa!
Węzeł w mojej piersi nieco się rozluźnia, lecz nie znika.
Leesa Sawyer jest dobrą koleżanką Saeli. Chodzą razem do podstawówki. Bez przerwy prosi mnie, bym ją nauczyła się bić, ale wiem, że jej zasadniczym rodzicom bardzo by się to nie spodobało. Dziewczynka ma jasne oczy, jest wesoła i bystra. Jest albo była. W tej chwili stała się kolejną pozycją na coraz dłuższej liście zaginionych dzieci.
A Kradzieje nigdy nie oddają uprowadzonych maluchów.
Wycofuję się z tłumu, staram się uspokoić oddech, nadal przyspieszony po męczącym biegu. Ruszam w stronę domu. Otaczające mnie budynki wzniesiono z drewna i kamienia. Tak samo jak nasz, aczkolwiek nasz jest niższy niż sąsiednie. Ojciec ciągle powtarzał, że trzeba w końcu dobudować pierwsze piętro.
Oczywiście nie dobudował. Nigdy nie wrócił z wojny.
Idę naszą ulicą, zatopioną w mroku. Echo moich kroków odbija się od ścian. Zauważam, że dachówki na naszym domu są w opłakanym stanie. Jeszcze jedno zadanie na kiedyś. W środku jest ciemno; tylko w salonie, na pustej, drewnianej półce nad kominkiem pełga płomień samotnej świecy.
Matka krąży w tę i z powrotem. Ciemne włosy ma w nieładzie. Mamrocze coś do siebie, co chwila szarpie rąbki przeżartej przez mole koszuli nocnej, którą założyła na lewą stronę. Kiedy mnie zauważa, jej oczy rozpala straszny, pusty błysk. Rozpoznała we mnie kogoś, ale nie mnie. Odruchowo się zastanawiam, kim jestem dla niej dzisiaj.
Opada mnie przygnębienie. W takich momentach nigdy mnie nie poznaje. Nie poznaje nikogo, błądzi w świecie stworzonym przez jej własny umysł. Czasami obłęd sprawia, że staje się urocza, kochająca, rozszczebiotana. Innymi razy wpada w szał, niszczy kolejne przedmioty z naszego skromnego dobytku. Podnosi na nas rękę.
Jeżeli zaczyna się tak zachowywać, a mnie akurat nie ma, Saela wie, że powinna się zamknąć w naszym pokoju. Tylko ja mam klucz.
- Lumina! - wykrzykuje nieszczęśliwym głosem matka. Podbiega i chwyta mnie za ramię, kurczowo, niemal boleśnie. - Och, Lumina. Bliźnięta były dzisiaj okropne. Próbują cię znaleźć, ale mnie za nic nie chcą posłuchać, nigdy, przenigdy...
- Matko, spokojnie... - Gładzę jej włosy, łagodnie, kojąco. Lumina i bliźnięta należą do jej najczęściej pojawiających się fikcyjnych znajomych. - Chodźmy do łóżka. Za chwilę zapomnisz o bliźniętach.
Prowadzę matkę do jej pokoju, gdzie pomagam jej ułożyć się na gruzłowatym materacu. Następnie sięgam po stojącą na szafce butelkę z lekarstwem, tym, które kupujemy od aptekarza. Obaj, wraz z lekarzem, twierdzą, że ten specyfik świetnie zapobiega nawrotom choroby, a te, które mimo wszystko się zdarzają, wydatnie skraca. Czasami rzeczywiście tak jest, lecz często lek nie pomaga wcale. Wsuwam matce do ust łyżkę gęstej, nieprzyjemnie pachnącej substancji, po czym nakrywam ją drapiącym, zbyt cienkim kocem.
Matka przyjmuje lek bez skargi. Powieki opadają jej praktycznie od razu, gdy składa głowę na poduszce. Przyglądam się jej i czuję ucisk w żołądku. To zawsze boli. Podaję własnej rodzicielce narkotyk. W końcu zaczyna oddychać miarowo, a ja idę zobaczyć, co u Saeli.
Jak przypuszczałam, siostra zamknęła się w naszym pokoju. Wyciągam klucz, wchodzę do środka.
Mała leży w swoim małym łóżku, mocno śpi. Ciemne włosy rozsypały się po cienkiej poduszce. Ma dziesięć lat, prawie jedenaście - tyle, co Leesa Sawyer. We śnie bardzo przypomina naszego ojca, którego nie zdążyła nawet poznać. Odziedziczyła po nim uparty podbródek, ma też identyczny orli nos. Moje wspomnienia o tacie z upływem lat uległy zatarciu, lecz dzięki siostrze jego postać wciąż pozostaje żywa.
Siadam na łóżku, gładzę palcem miękki policzek Saeli.
- Nie pozwolę, by spotkało cię cokolwiek złego - obiecuję szeptem. W piersi płonie mi gorący płomień instynktu opiekuńczego. - Przyrzekam.
To mdlące odczucie w żołądku, strach - mam go, kurwa, serdecznie dosyć. Dość mam życia, w którym muszę się godzić z całkowitym brakiem wpływu na cokolwiek. Życia, w którym dziecko może tak po prostu zniknąć i nikt nie zamierza kiwnąć w tej sprawie palcem. Dzisiejszej nocy naprawdę niewiele brakowało.
A jeśli nikt tego nie powstrzyma, to... cóż. Sama się tym zajmę.
2
Jeszcze raz! - woła Igor następnego ranka na treningu. Nie przejmuje się moim ciężkim oddechem, nie wzrusza go widniejąca na mojej bluzie plama potu.
Patrzę mu w oczy i jęczę. Unosi tylko siwiejącą brew, krzywi usta.
- Jeszcze raz - powtarza. - I tym razem nie pokazuj, co zrobisz za chwilę. Pamiętaj, czego cię uczyłem.
Prostuję się. Z wysiłkiem uspokajam oddech. Uda wrzeszczą bólem. Napracowały się już wcześniej, kiedy w pralni, gdzie pracuję, dźwigałam niezliczone kubły z wodą. Zajęcie to przejęłam po matce, która przestała się tam pojawiać jedenaście lat temu.
Nieważne, że jestem wykończona. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, a Igor nie toleruje żadnych wymówek. Nie w ringu, a już z całą pewnością nie na swoim podwórku, gdzie zwykle ćwiczę.
Swoją drogą, ma rację. Nie wolno mi okazywać słabości. Na taki luksus po prostu mnie nie stać.
Nie, jeżeli chcę nadal zwyciężać. A dodatkowy zarobek jest nam potrzebny.
Moja stopa trafia w kukłę. Trener wydaje pomruk zadowolenia, największy wyraz uznania, na jaki mogę liczyć w trakcie tych spotkań. Dla wprawy wykonuję cios jeszcze raz, dwa razy, trzy, a następnie odskakuję, pochylam się i sięgam po szmatę, którą przecieram mokrą od potu twarz.
Na podwórku aż się roi od starych, zużytych kukieł treningowych, ciężarów do wyrabiania mięśni oraz uszkodzonych mebli. Jestem w pełni świadoma, że Prina, żona Igora, wolałaby, by poświęcał czas na ich naprawę, a nie na treningi ze mną.
- Jak tam, Kocico? W porządku? - Odbiera mi ścierkę. - Coś nieswoja dziś jesteś.
Rzucam mu wymowne spojrzenie. Ten człowiek jest irytująco spostrzegawczy. No ale cóż, odgrywa w moim życiu rolę rodzica i robi to znacznie lepiej niż matka.
- Nie mogę przestać myśleć o Leesie Sawyer - przyznaję.
W sercu wciąż czuję płomyk wczorajszej wściekłości. Iskrę gotową przerodzić się w pożar. Rozmyślałam nad tą sprawą przez cały dzień i jestem już niemal pewna, że wiem, co powinnam zrobić.
Igor kiwa głową. Jednocześnie wskazuje mi kukłę - daje mi znać, że mogę rozmawiać, nie przerywając ćwiczeń.
- Ciężki temat. Mała Sawyerówna. Taka porządna rodzina. Naprawdę dobrzy ludzie. Rodzice szukali jej podobno całą noc - mówi, gdy zasypuję kukłę błyskawiczną kombinacją kopniaków i uderzeń pięścią. - Ale jeszcze nie słyszałem, żeby znalazł się choć jeden z tych zaginionych dzieciaków.
- Nie masz przypadkiem wrażenia, że to się dzieje coraz częściej? Wiesz, mówię o Kradziejach - pytam między ciosami.
Taka głupia, dziecinna nazwa. Nadały ją porywaczom same obawiające się ich maluchy. Słysząc to słowo, niemal trudno traktować zagrożenie poważnie. I w pewnym sensie o to właśnie chodzi. Jeżeli można coś wyśmiać, nie wydaje się do końca prawdziwe. Kradzieje. Jakby postacie ze zmyślonej bajeczki.
Niestety niebezpieczeństwo jest aż zbyt rzeczywiste.
Dzieci znikają, odkąd się urodziłam. Może nawet od początku wojny. Wszyscy wiemy, kim są Kradzieje. To Syfoni, nasz starożytny, potworny wróg z sąsiadującej z naszym krajem Astreony. Wykradają dzieci z łóżek i przenoszą na drugą stronę granicy. A tam traktują je jak żywe zbiorniki krwi. Karmią się nimi, wysysają z najmłodszych ich potężną energię życiową, ostatecznie je w ten sposób zabijając. Niedobrze mi się robi, kiedy myślę o tych nikczemnych, nieśmiertelnych wampirach, które mogą wygrać wojnę dzięki rzezi naszych niewiniątek.
- Hmm - mruczy Igor. - Może faktycznie. Wyżej kop, dobra?
Robię, co każe. Nogi wciąż bolą.
- Czy nie wystarczy, że nasi synowie, córki i ojcowie giną z rąk Syfonów na froncie? W domu powinniśmy być bezpieczni, prawda? Co król w ogóle robi w tej sprawie?
- Prawdę mówiąc, nie sądzę, by się przejmował. Jest zbyt skoncentrowany na wojnie, a ona rozgrywa się setki kilometrów stąd. Nie zwraca uwagi na to, co dzieje się tuż pod jego nosem, w sercu stolicy.
Syczę i wymierzam kukle kolejny cios.
- A czy nie po to mamy radcę Sturmfrostu? Myślałam, że zarządzanie miastem to jego obowiązek. Przecież król nie musi myśleć o wszystkim sam.
- Nie wiem, co ci powiedzieć, dzieciaku. - Trener prycha pod nosem. - Po każdym porwaniu poszkodowani rodzice idą prosto do niego. A on za każdym razem bardzo wiele obiecuje. Tyle że potem nic się nie zmienia.
- Nie mogę się temu bezczynnie przyglądać. - Łapię oddech, zerkam na niego z ukosa. - Muszę coś zrobić.
Igor nie wyśmiewa mojego patetycznego oświadczenia; nie słyszę, że jestem głupia, wierząc, że na coś wpłynę. Równie dobrze jak ja rozumie, że jeśli ktoś chce, by w tym mieście cokolwiek się zmieniło, musi o to zadbać osobiście.
Zamiast komentować, podchodzi do jednego z zasłanych drobiazgami stołów i rozwija płócienne zawiniątko. Ukazuje mi się kilkanaście starannie oszlifowanych, pobłyskujących ostrzy.
- Mam wrażenie, że jesteś mocno wkurzona. Noże?
- Jestem. I tak, chętnie - odpowiadam ze śmiechem. - Już się bałam, że nigdy nie zaproponujesz.
W walkach, w których biorę udział, nie używamy noży. Niemniej Igor uczy mnie rzucać tak czy inaczej. Twierdzi, że nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie przedziurawić komuś czaszkę.
- A wymyśliłaś coś konkretnego? - pyta, kiedy podchodzę do stołu i wybieram niewielki, bardzo ostry sztylecik.
- Dzięki tobie potrafię się bronić - mówię i zwracam się przodem do tarczy, którą trener ustawił po drugiej stronie podwórka. - Teraz już nie porwie mnie żaden Kradziej. Na pewno nie bez walki. Pomyślałam, że moglibyśmy tego samego uczyć dzieciaki. Mogę je szkolić w samoobronie.
Rzucam nożem. Sunie w powietrzu i trafia w zewnętrzną obręcz tarczy. Słabo.
Igor prycha i siada na skrzypiącym krześle. Podnosi wzrok i patrzy na zwiastujące śnieg chmurzyska.
- Ale akurat ty od początku miałaś smykałkę do bójek. Niewiele maluchów tak goni za niebezpieczeństwem, jak ty goniłaś.
- Jak gonię, chciałeś powiedzieć - żartuję, starając się butnym tonem ukryć bolesną falę wspomnień.
Kiedy ojciec zginął, miałam dwanaście lat. Zostałam sama z ciężarną, chorą psychicznie matką. Z dnia na dzień zmieniło się wszystko. Wkrótce przyszła na świat Saela. Okazała się taka idealna, maleńka i dobra. A ja, również dziecko, musiałam się nią zająć. Wściekłam się na cały świat. Naprawdę rwałam się do bójek. Zaglądałam w zakazane zaułki i prowokowałam do bitki starszych, dwakroć wyższych chłopaków. Po to tylko, żeby mieć kogo uderzyć. Żeby poczuć coś innego niż nieustanny, przepastny ból serca.
Po pewnym czasie Igor stwierdził, że nie będzie dłużej patrzeć, jak jego mała sąsiadka wraca do domu poobijana. Któregoś dnia pojawił się w alejce za domem, złapał mnie za kołnierz i zaciągnął, szarpiącą się, plującą, do swojej kuchni. Usadził mnie na rozklekotanym krześle i syknął:
- Chcesz, dzieciaku, żeby cię w końcu zatłukli?
Kiedy nie zaprzeczyłam, wydał z siebie przeciągłe westchnienie.
- Dobra. Skoro już musisz włóczyć się po ciemnych uliczkach jak jakaś bezdomna kocica, powinnaś umieć też walczyć jak kot. Chodź ze mną.
Zaprowadził mnie na swoje podwórko i zaczął mnie szkolić - trenowałam tamtego pierwszego dnia i codziennie potem. Pomógł mi przekuć dziki, bezkształtny gniew w naprawdę groźną broń.
Stałam się niebezpieczna.
A kiedy chłopcy z dzielnicy zaczęli spoglądać na mnie ze strachem, Igor pomógł mi znaleźć nowy, zdrowy sposób na kanalizowanie wściekłości. Obecnie również prowokuję dwukrotnie wyższych facetów. Ale teraz dostaję za to pieniądze.
Wyciągam nóż z tarczy i spoglądam na trenera.
- Masz rację. Jestem inna. Ale nie każdy musi być od razu zawodowcem. Gdyby te dzieciaki znały choć kilka najprostszych trików, mogłyby przynajmniej w razie czego narobić hałasu, wezwać pomoc...
- Tylko niech ci się nie wydaje, że wymigasz się w ten sposób od własnych treningów - uprzedza Igor. Już wiem, że kupił mój pomysł.
- Nie, za nic w świecie nie chciałabym pozbawić cię przyjemności. Wiem, jak lubisz mną komenderować - żartuję.
Igor rzuca we mnie nożem. Uchylam się bez trudu, ze śmiechem.
***
Po treningu, późnym popołudniem, ruszam na zachód do zamożniejszej w mieście Dzielnicy Centralnej, żeby odebrać Saelę ze szkoły. Przebijam się zatłoczonymi ulicami. Zachodzące słońce od czasu do czasu wygląda zza chmur, malując szyby domów mieszkalnych i sklepów czerwonymi refleksami.
Dawniej siostra chodziła do podstawówki w naszej okolicy, lecz regularnie okazywała się najlepszą uczennicą w klasie i przed rokiem nauczycielka zasugerowała jej przeniesienie do szkoły średniej, właśnie w Centralnej.
Nie jest to wygodne, a w dodatku pochłania pieniądze - może i niewiele, ale obecnie każda suma jest dla nas zbyt wysoka. No, ale dla Saeli warto się poświęcić. Nie pozwolę, by jak wiele innych dzieci wyleciała ze szkoły i zaczęła harować od rana do nocy po to tylko, żeby przeżyć. Chcę, żeby w tym pełnym ślepych zaułków świecie zawsze miała jakieś inne wyjście.
Saela jest inna niż ja. Lubi się uczyć, wprost przepada za książkami. Jest pełna optymizmu. I niewinna. Owszem, ma niewyparzony język, w czym dopatruję się własnej zasługi, ale poza tym? Pozostałe cechy musi mieć po ojcu, bo po prostu taka się już urodziła.
Kiedy docieram pod szkołę, Saela czeka na mnie samotnie przed wejściem. Ciemne warkocze spływają jej na plecy. Rozdrażniona mruży powieki.
- Znowu się spóźniasz. - Mierzy mnie karcącym spojrzeniem.
- Przepraszam, mała. - Obejmuję ją ramieniem. - Chyba musisz się wreszcie pogodzić z tym, że twoja starsza siostra nie jest punktualna. Jak tam w szkole?
- Normalnie - odpowiada zwięźle. Zauważam, że coś ją gryzie.
- Normalnie? - przedrzeźniam ją. - Wiesz, skoro płacimy tyle pieniędzy za normę, to chyba trzeba cię przenieść z powrotem do Wschodniej i...
- Meryn! - jęczy Saela.
- Przepraszam. - Podnoszę ręce. - Ale tak serio? Co się dzieje?
Siostra wzdycha. Ruszamy po bruku, kierujemy się ku gwarniejszej ulicy prowadzącej na targ.
- No bo dzisiaj na historii omawialiśmy wojnę z Astreoną.
- Ach! Było o Syfonach?
Saela kiwa głową, zaciska wargi w wąską kreskę. Kiedy była mała, przez pewien czas nękały ją koszmary, w których główną rolę odgrywali właśnie Syfoni. Mimo że nie znała ojca, świadomość jego śmierci położyła się cieniem na jej dzieciństwie i ukształtowała całą resztę życia.
- Kilkoro dzieci mówiło o tym, że Syfoni karmią się zwykłymi ludźmi. Że piją naszą krew, żeby nie umrzeć. Ale chodzi o to, że opowiadali o tym, jakby to było coś, no nie wiem... fajnego. - Na policzki małej wypływa rumieniec oburzenia. - Ja w tym nic fajnego nie widzę - dodaje półgłosem.
- Wiesz - przyciągam ją bliżej do siebie - jestem pewna, że w twojej klasie są inne dzieci, które straciły na wojnie rodziców lub kogoś bliskiego. Na pewno nie tylko ty poczułaś się dotknięta.
- Mniej więcej połowa - potakuje Saela. - Ale nauczycielka mówiła tak, jakbyśmy... - Nagle przystaje i świdruje mnie zaniepokojonym spojrzeniem wielkich, orzechowych oczu. - Czy my przegrywamy?
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem - odpowiadam szczerze. Wojna trwa od pięciuset lat, lecz ze względu na udział walczących po naszej stronie wilczych jeźdźców i siłę Syfonów Astreony rzadko dochodzi do sytuacji, że któraś ze stron zyskuje większą przewagę. A wszyscy wiemy, co by się stało, gdyby to Astreona zwyciężyła. Syfoni wyłapaliby wszystkich ludzi i pozbawili ich krwi. - Ale tutaj, w Sturmfroście, jesteśmy bardzo daleko od frontu. W całej Nocturnie trudno znaleźć bardziej bezpieczne miejsce. Tutaj nic ci nie grozi. - Te słowa zostawiają mi w ustach ziemisty posmak. Obie wiemy, że skłamałam. Wczorajszej nocy została porwana przyjaciółka Saeli. - Chodźmy. - Biorę siostrę za rękę i prowadzę za sobą na rynek. - Wiem, co poprawi ci humor.
Targowiska znajdują się we wszystkich dzielnicach, lecz to w Centralnej jest zdecydowanie największym ośrodkiem handlu w całym mieście. Można tu spotkać kupców wszelkiego rodzaju, są sprzedawcy ryb, piekarnie oraz drogie perfumerie. Podobno działał tu nawet jubiler, ale to historia sprzed kilkudziesięciu lat. Potem władza zaczęła zachęcać obywateli do pozbywania się kosztowności, którymi opłaca się wysiłek wojenny królestwa. Wszystko w imię patriotyzmu.
Obie z Saelą lubimy w drodze do domu oglądać kramy i wystawy, to nasz codzienny rytuał. Marzymy o słodkościach, które byśmy kupiły, gdyby tylko było nas stać.
Udajemy się prosto przed piekarnię Diersinga. Mała aż wzdycha. Pokazuje mi palcem połyskujący tort pokryty grubą warstwą fioletowych owoców.
- Chyba ten wezmę.
- Zapamiętam - mówię i znów zaczynam się zastanawiać nad zbliżającymi się imieninami Saeli. Ten tort byłby świetną niespodzianką. A mam przecież kilka dodatkowych srebrników, które dostałam wczoraj po walce od Lee.
Na myśl o chłopaku i naszej niespełnionej nocy oblewa mnie rumieniec. Na szczęście za dwa dni będzie znów mógł wyrwać się z zamku i znowu się zobaczymy.
Już mam powiedzieć, o którym frykasie marzę ja, lecz za naszymi plecami wybucha jakieś zamieszanie. Odwracamy się. Tłum się rozstępuje, ludzie stają wzdłuż ścian placu.
- Co się dzieje? - pytam przechodnia.
- Wilczy jeźdźcy - odpowiada. - Zaraz tędy przejadą.
Co? Co oni tu robią?
Członkowie Wilczego Stada stanowią najbardziej doborową jednostkę królewskiego wojska. To żołnierze związani duchową więzią z olbrzymimi, straszliwymi wilkorami. Walczą, jeżdżąc na ich grzbietach, a plotka głosi, że są nawet w stanie posługiwać się magiczną energią tych bestii. Jeżeli akurat nie wracają z frontu, rzadko pojawiają się w cywilnych okolicach miasta, a nawet i wówczas zwykle trzymają się przedmieść. Do nich należy dzielnica położona po drugiej stronie zamku, sąsiadująca z łańcuchem górskim, z którego pochodzą budzące lęk wilkory.
- Możemy popatrzeć? - Saela podnosi na mnie wzrok. Jej oczy aż skrzą się z emocji.
To dziecko ma na punkcie żołnierzy ze Stada prawdziwą obsesję. W sumie zupełnie się jej nie dziwię - superatrakcyjni wojownicy dosiadający mistycznych drapieżnych stworzeń, a w dodatku posiadający zagadkową, magiczną moc? Co najmniej intrygujące. Oczywiście jeśli ktoś potrafi na moment zapomnieć o ich skrajnym przeświadczeniu o własnej wyższości.
Wzdycham i ujmuję dłoń siostry. Zrobiłabym dosłownie wszystko, byle zobaczyć jej uśmiech.
- Dobrze, ale musisz się mnie trzymać - uprzedzam i prowadzę ją w tłum gapiów. Przepychamy się na czoło.
Zgromadzeni milkną. Na jednej z prowadzących na plac alejek pojawiają się jeźdźcy. Tutejsze uliczki są dość ciasne, trochę zbyt wąskie dla tak wielkich zwierząt, przez co wilcza kawaleria wydaje się jeszcze bardziej imponująca.
Ludzie z jednej strony traktują członków Stada jak idoli, z drugiej nimi gardzą. Teoretycznie do tej jednostki może wstąpić każdy, a udział w Próbie Więzi, urządzanej w okresie, kiedy wilkory mają wystarczająco wiele młodych, jest obowiązkowy dla wszystkich rekrutów naszej armii.
Każdy jednak wie, że wilkory wybierają niemal wyłącznie osoby pochodzące z rodzin członków Wilczego Stada. Uprzywilejowani rodzą uprzywilejowanych. Obieg zamknięty.
W samych jeźdźcach nie kryje się żadna magia, lecz wskutek trwającego od pokoleń doboru naturalnego ci ludzie wyglądają inaczej niż my.
Są wysocy. Piękni. Sprawne, stworzone do walki maszyny.
Dzisiaj jest ich czwórka. Wszyscy mają na sobie skórzane jeździeckie stroje. Pochód prowadzi czarna kobieta o surowej twarzy, jadąca na srebrnym wilkorze. Tuż za nią pojawia się blady mężczyzna o gęstej, jasnej czuprynie. Dosiada płowego wilka. Na kolejnym siedzi starsza kobieta. Oliwkowa cera, szary wierzchowiec.
Czwartego wilkora i jego właściciela praktycznie nie zauważam - jestem zbyt zajęta gapieniem się na to, co ciągną za sobą.
Co lub raczej... kogo.
Tłum zaczyna szemrać. Rozlegają się stłumione okrzyki. Przerażeni ludzie cofają się, rozstępują. Wilk ciągnie za sobą człowieka. Związany w kabłąk, podskakuje bezradnie na nierównym bruku. Twarz ma całą we krwi, posiniaczoną, lecz nawet nie próbuje się szarpać. Sprawia wrażenie zrezygnowanego.
Skapitulował.
Wściekłość wypełnia mi żyły. Jak śmią?
Gdy parada wilkorów dociera na środek placu, coś chwyta mnie za gardło.
Znam tego człowieka. To ten idiota, który po wczorajszej walce wyskoczył do mnie z kuchennym nożem.
Podnoszę wzrok na ciągnącego go wilkora. Powiedzieć, że jest wielki, to jak nic nie powiedzieć. Przerasta większość bojowych rumaków, których dosiada konna kawaleria. Sierść ma czarną jak noc, a w ślepiach połyskuje żądza krwi. Obnaża kły, ostrzejsze od sztyletów. Równie groźnie prezentuje się jeździec. Na moje oko dobiega trzydziestki. Śniada twarz i czarne, rozczochrane włosy, wśród których mieni się szkarłatne pasemko. Podobnie jak wszyscy członkowie Wilczego Stada, których w życiu widziałam, jest niezaprzeczalnie przystojny. Te głębokie, piwne oczy, ten zarost na kształtnej żuchwie. Ale...
Zauważam tatuaże pokrywające jego szyję i ręce. Z miejsca przyspiesza mi tętno. Niewiele jest w stanie mnie przestraszyć, ale to? Uciekaj - odzywa się we mnie zwierzęcy instynkt. - Niebezpieczeństwo.
Nawet my, gmin, wiemy, co te tatuaże oznaczają. Każdy symbolizuje własnoręcznie zabitego człowieka.
Żeby pokryć się nimi tak całkowicie...
Zabił setki ludzi. Może i więcej.
Potwór. Ten facet to pieprzony psychol, bezduszny morderca.
Spoglądam na jego twarz i kiedy spotykamy się wzrokiem, czuję skurcz żołądka. Jeździec po prostu zabija mnie spojrzeniem. Wykrzywia wargi w pogardliwym uśmiechu. Być może to przez mój strach, który z pewnością odcisnął mi się na twarzy. Odwracam się.
Ciemnowłosy mężczyzna dosłownie emanuje siłą. Kimkolwiek jest, musi odgrywać w królewskim wojsku ważną rolę. Jest młody, więc byłoby to wspaniałe osiągnięcie... gdyby tylko nie był tak skrajnie przerażający.
Mężczyzna zeskakuje z wilkora z wprawą i wdziękiem. Jak na tak rosłego człowieka porusza się płynnie jak woda. Dwa kroki i już stoi nad uwiązanym do wilka jeńcem.
Podrywa go z bruku jedną ręką, demonstrując iście nieludzką siłę. Być może wspomógł się magią swojego wierzchowca.
- Oto widzicie - donośny, głęboki ton niesie się nad głowami milczących gapiów - zbiegłego z frontu dezertera. Król ma w głębokiej pogardzie wszystkich, którzy mają czelność porzucić towarzyszy broni w potrzebie. Czy zaprzeczysz swojej winie? - zwraca się do związanego.
- Nie - odpowiada dezerter, z trudem poruszając opuchniętymi wargami.
Żołnierz zwraca się do tłumu.
- Sprowadziliśmy go tutaj, by mieć pewność, że wszyscy obywatele Sturmfrostu dowiedzą się, jaki los spotyka tchórzy.
Unosi więźnia jeszcze wyżej i nagle dociera do mnie, co wydarzy się za moment. Nie przepadam za dezerterami, szczególnie za tym gnojem. Jednak nie mogę pozwolić, żeby moja siostra zobaczyła coś takiego.
- Zatkaj uszy - szepczę do Saeli, która posłusznie zaciska je dłońmi. Przesłaniam rękoma jej oczy, mocno tulę jej drobne, ciepłe ciało do siebie.
Jeździec dobywa wolną ręką sztylet i rozcina pierś skazańca od pępka po szyję. Krzywię się. Na placu rozlega się przeraźliwy wrzask, odbija się echem od okolicznych budynków. Zaraz potem, na oczach zdjętego grozą tłumu, żołnierz wbija rękę w otwarty brzuch dezertera i wyszarpuje na zewnątrz jelita. Jego ofiara jakimś cudem wciąż żyje. Krew bulgocze, bucha mu z ust, spływa po podbródku.
Żołnierz ciska dezertera swojemu wilkowi, który jeszcze w locie chwyta go potężnymi szczękami. Zwierzę wypluwa ofiarę na bruk, po czym zaciska mu zębiska na gardle i potrząsa. Raz. Drugi. Skazaniec - ciało skazańca - zastyga w bezruchu.
Wilkor przystępuje do uczty. Szkarłatne plamy pokrywają czarny pysk.
Zmuszam się do patrzenia i robię to tak długo, jak długo tylko jestem w stanie wytrzymać. Chcę, by ta scena utrwaliła mi się w pamięci jak wyryta w kamieniu, nie chcę jej zapomnieć do końca życia.
Muszę zapamiętać, jak kurewsko okrutni są żołnierze Wilczego Stada i jak niesprawiedliwie życie rozdało karty wszystkim pozostałym.
W końcu jednak dopadają mnie mdłości i odwracam spojrzenie. Po to tylko, by ponownie zobaczyć oczy tego brutalnego, obłąkanego jeźdźca. Przygląda się mi, ocenia. Ciekawe, czy bawi go widok cudzego bólu i strachu. Może go to kręci?
Zadzieram głowę wyżej. Nie boję się ciebie, dupku - warczę w duchu, mimo że trzęsą mi się dłonie; mimo że bijąca od niego aura arogancji i przemocy wstrząsa mną do szpiku kości.
Ciemne oczy żołnierza wyzute są z uczuć, nie widać w nich nic.
Owszem, naszym wrogiem są Syfoni, ale jestem pewna, że prawdziwe oblicze zła widzę w tej chwili. W tym człowieku.
3
Na pierwszy trening Igorowi i mnie udało się zebrać kilkunastu znajomych Saeli i sąsiadów. Zawsze to jakiś początek. Parę dni potem spotykamy się już regularnie, tuż po powrocie mojej siostry ze szkoły.
Krzywię się ze współczuciem. Właśnie przed chwilą dzieciak kilka lat młodszy od Saeli wylądował twarzą na ziemi. Takie upadki bolą, choć naturalnie jego młode ciało w żaden sposób nie ucierpiało. Chłopczyk błyskawicznie dochodzi do siebie, podrywa się jak zając i szeroko uśmiecha. Domaga się powtórki.
Nie tylko po ciosach muszą się otrząsnąć te dzieci. Także po tym, co stało się wczorajszej nocy.
- Który to? - Igor podchodzi bliżej i pyta szeptem. Nie chce, by nasi podopieczni go podsłuchali.
- Tamten... Timun, ten patykowaty - wskazuję. Timun ma dwanaście lat i niedawno zaczął gwałtownie rosnąć. Sprawia w tej chwili wrażenie, jakby nie był do końca pewien, gdzie jego ciało się zaczyna, a gdzie kończy.
Poprzedniej nocy próbował go dorwać Kradziej, lecz chłopiec zdołał się obronić. Posłużył się niewielkim nożem do mięsa, który od pewnego czasu zawsze trzymał przy materacu. Skorzystał też z kilku innych sztuczek, poznanych na naszych treningach.
Rano przybiegła do mnie w te pędy jego matka. Chciała opowiedzieć mi o wszystkim osobiście. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek w życiu poczułam większe uniesienie, niż kiedy zobaczyłam wypisaną na twarzy pani Sulvan radość. Pomogłam uratować jej dziecko.
- Powinnaś być z siebie dumna - szepcze Igor. Rumienię się.
- Niestety nie zdążył się przyjrzeć twarzy tego drania - podejmuję z żalem. - Było ciemno, a napastnik miał maskę.
- Hmm - mruczy trener. Oboje milkniemy. Obserwujemy Timuna, który z entuzjazmem tarza się po ziemi z dwoma innymi chłopcami. Ćwiczą uwalnianie się z uścisku. Po wczorajszych przeżyciach nie ma już śladu. Przynajmniej z pozoru.
- Dobra w tym jesteś, dzieciaku - mamrocze Igor pod nosem. Komplement mocno mnie zaskakuje, nie potrafię nawet znaleźć żadnej ciętej riposty. - Wiesz, mogłabyś się zastanowić, czy nie brać za to pieniędzy.
- Co? Od tych dzieci? Przecież ich rodzice ledwie mają za co je ubrać. Ciągle chodzą w za małych ciuchach.
- Nie - odpowiada trener ze śmiechem. - Miałem na myśli raczej zajęcia w Północnej. Tam ludzie mają wypchane kieszenie. - Urywa, zastanawia się nad czymś. - Nawet w lepszych dzielnicach robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Głowę dam, że rodzice chętnie zapłacą za lekcje samoobrony. - Odpycha się od płotu i przeciąga. Słyszę, jak trzaskają mu kręgi w szyi i plecach. - Tak czy siak, przemyśl sobie. Dzięki temu nie musiałabyś dłużej się kisić w tej gorącej, zaparowanej pralni.
Rzeczywiście jest to jakiś pomysł. Kiwam głową, po czym odwracam się i zwołuję uczniów.
- Świetnie, dobra robota - rzucam, gdy stają wokół mnie kręgiem. Podnoszą ku mnie uważne spojrzenia. - Od razu widać, że ćwiczycie wszystko, czego się dotąd uczyliśmy.
Zawieszam głos. Sunę wzrokiem po tuzinie dzieci zebranych na placyku, który w tej szkole uchodzi za plac treningowy. Większość jest nieco zbyt chuda, wyglądają, jakby przydało się im kilka dodatkowych obiadów. Widać jednak także oznaki rodzicielskiej miłości: drobne akcenty w rodzaju łaty w kształcie serca, którą sześcioletnia Sami nosi na lewej nogawce spodni.
Wywołuję Saelę naprzód i zwracam się do całej grupy:
- Zademonstrujemy wam kilka nowych chwytów, które możecie zastosować, jeżeli napastnik złapie was od tyłu.
Siostra dumnie zadziera głowę. Wypina pierś. Uśmiecham się.
- Gotowa? - pytam na tyle cicho, by nie usłyszał nikt inny.
- Od urodzenia - prycha Saela i przewraca oczyma.
- No to skupcie się - rzucam podopiecznym.
Cofamy się obie o kilka kroków, żeby wszyscy mogli zobaczyć. Staję za małą i atakuję. Łapię ją, oplatam długimi ramionami szczupły tors. Przyciskam jej ręce do boków. Saela waha się przez mgnienie oka, lecz zaraz potem reaguje w sposób, który od kilku dni ćwiczyłyśmy w domowym zaciszu.
Wiotczeje, przez co staje się dla mnie ciężarem. Osuwa się, zmuszając mnie do zmiany chwytu. Dzięki temu zyskuje kilka bezcennych sekund.
Zaraz potem przydeptuje z całej siły moją stopę. Uderza piętą - trochę za mocno jak na tego rodzaju pokaz. Z ust wyrywa mi się wielce przekonujący pisk. Mała, widząc, że wytrąciła mnie z rytmu, szarpie się, rozluźnia mój chwyt, po czym wymyka się, nurkuje mi pod pachą i udaje, że ucieka w siną dal. Obserwujące nas dzieciaki głośno wiwatują.
- Świetnie się spisałaś. - Pochylam się i rozcieram przez but obolałą stopę. - Chyba nawet trochę za bardzo się wczułaś, co?
Siostra chichocze.
- No dobra. Czy wszyscy zwrócili uwagę, jak Saela wykorzystała przeciw mnie swoje rozmiary? - Dzieci kiwają głowami. Większość rozumie przynajmniej podstawowe zasady. - Czasami dobrze jest być małym. Napastnik się spodziewa, że drobna ofiara będzie słaba i nie stawi oporu. Oczywiście słabość też można udawać.
- Tak jak ty na ringu! - woła z przejęciem nastoletni chłopak.
- Ale ty oczywiście nic o tym nie wiesz, prawda? - Posyłam mu żartobliwie surowe spojrzenie.
Dzieciaki chichoczą. Walki nie są najlepszymi widowiskami dla dzieci, lecz to wcale nie powstrzymuje niektórych ojców zgrywających twardzieli od prowadzania na nie dorastających synalków. Nawet tych, którzy są moim zdaniem na to za mali.
- Wasza kolej! - Dzielę podopiecznych na trzyosobowe grupki, starając się, by nikt nie ćwiczył z partnerem z poprzedniego treningu.
Lekcja dobiega końca z nastaniem zmierzchu. Gdyby zatrzymała uczniów dłużej, spóźniliby się na kolację, a dla każdego z tych dzieciaków byłaby to niepowetowana strata.
Po wszystkim ruszamy z Saelą do domu. Zarzucam jej rękę na barki. Mała opowiada o swoim dniu, snuje jakąś historyjkę o myszy, która na matematyce wdarła się do klasy. Nie potrafię się jednak skupić. Raz po raz wracam myślami do pomysłu Igora.
Co jeśli to naprawdę dobra myśl? Czy mój talent do walki mógłby się przydać do czegoś więcej niż nocnej tułaczki po podejrzanych miejscach, z których wracam zakrwawiona i posiniaczona? Może kursy samoobrony rzeczywiście okazałyby się przepustką, dzięki której wyrwę się z tej podupadłej dzielnicy?
***
Kilka dni później zaraz po treningu gnam do domu. Muszę się wyszykować na przyjście Lee. Już od kilku miesięcy odwiedza mnie raz na dwa tygodnie. Zdrowie matki mocno wtedy podupadło i nie czułam się dobrze, zostawiając z nią Saelę samą na całą noc.
Od tamtej pory te nasze randki przy kolacji - odbywające się pod okiem całej mojej rodziny - stały się jednymi z niewielu okazji, kiedy możemy się spotkać inaczej niż przy okazji moich walk.
Zauważam go jeszcze przed domem. Lee wychodzi zza rogu i skręca w naszą ulicę. Korzystam z szansy, by tak po prostu się na niego... pogapić.
Jest ode mnie kilka lat starszy, a przy tym wyższy, co bardzo sobie cenię, jako że sama jestem, jak na kobietę, wysoka i muskularna. Tego wieczora nie ma na sobie kurierskiego munduru. Spod płaszcza wygląda niebieska koszula, świetnie akcentująca głęboki błękit oczu. Gdy na jego twarz pada blask wiszącej na murze pochodni, bezwstydnie podziwiam wyrazisty zarys żuchwy i wydatnych kości policzkowych.
Lee zauważa mój wzrok i uśmiecha się łobuzersko. Widok jego warg rozpala w mych trzewiach gorący płomień. Jest taki przystojny...
- Przyniosłem ten chleb, który ostatnio tak zasmakował twojej mamie - rzuca na powitanie. Podchodzi i wręcza mi zawiniątko. Pieczywo jest jeszcze ciepłe.
- Dziękuję - odpowiadam, wzruszona tym drobnym, ale wiele znaczącym gestem. - A skoro mowa o matce...
Wcześniej w tym tygodniu wybrałam się z nią do lekarza. I była to najtrudniejsza z dotychczasowych wizyt. Gdy zrelacjonowałam jej ostatnie zachowania, medyk wyraźnie się stropił. W dodatku matka przez cały czas przebywała zupełnie gdzie indziej, bełkotała, toczyła dokoła pustym wzrokiem. Niestety lekarz nie potrafił zrobić nic więcej - już wcześniej zalecił jej największą możliwą dawkę lekarstwa.
W związku z tym muszę się przygotować na przyszłość, w której matka będzie w złym stanie przez cały czas. Lee mierzy mnie cierpliwym spojrzeniem, czeka, aż skończę.
- Ostatnio jest z nią fatalnie - dopowiadam słabym głosem. Nie mam ochoty szczegółowo opisywać jej najnowszych omamów.
- Bardzo mi przykro, Meryn - mówi Lee półgłosem. - Wiem, jak trudno ci ją oglądać w takich chwilach.
Zarzucam mu ręce na szyję, przymykam oczy i wtulam czoło w jego ramię. Jest taki konkretny i krzepiąco ciepły. Nigdy nie wypowiada się o mojej sytuacji rodzinnej krytycznie; to jeden z powodów, dla których go kocham. Unosi dłoń, odgarnia mi z policzka kosmyk włosów. Gorący oddech owiewa mi szyję.
Leciutko chwyta zębami moją skórę. Drżę, przywieram do niego jeszcze mocniej. W moim brzuchu rozpala się płomień.
- Jeśli nie przestaniesz, w życiu nie dotrzemy na tę kolację - zauważam ochryple.
Lee wydaje z siebie teatralne westchnienie, odsuwa się. Niesforny kosmyk zakłada mi za ucho.
- Niech będzie po twojemu. Panie przodem. - Wskazuje dłonią drzwi.
Kiedy wchodzimy do środka, na moment zamieram. Wita mnie zaiste niezwykły widok: matka gotuje. A przecież nie zaglądała do kuchni od... nie jestem nawet pewna, od kiedy.
Zerkam pytająco na Saelę. Siostra siedzi przy stole z kredą w ręku i wypisuje na niewielkiej tabliczce matematyczne równania. Przypominam sobie, że jutro ma klasówkę.
Mała odpowiada uśmiechem. Wzrusza ramionami.
- Matko! - Nachylam się i całuję ją w policzek.
- Za co tyle czułości, kochanie? - Spogląda na mnie rozpromieniona.
- Za nic. - Głośno przełykam ślinę. - Po prostu... świetnie to pachnie.
Nagle coś sobie uświadamiam. Ostatnio matka tak rzadko jest sobą, że wydaje mi się to aż dziwne, niemal nienaturalne. Coś chwyta mnie za serce i żeby zająć myśli, spoglądam na Lee.
- Dawaj ten chleb - rzucam szorstko. - Pokroję. Zjemy go razem z...
Odwracam się do matki, zadaję jej wzrokiem nieme pytanie.
- Potrawka rybna. Ulubione danie twojego ojca. Nigdy nie miał jej dosyć. - Matka urywa i miesza spokojnie w garnku. Być może nie zauważyła nawet milczenia, które zapadło w kuchni. Obie z Saelą czekamy na ciąg dalszy rzadkich wspomnień o nieżyjącym tacie.
Lee zerka na nas, po czym podchodzi do blatu, sięga po nóż i odwija bochenek.
- Usiądź, Meryn, odpocznij sobie.
Opadam na krzesło obok siostry. Stopy pulsują mi bólem. Od rana nie usiadłam nawet na chwilę. Opuszczam powieki, rozkoszuję się wonią posiłku, ciepłem piecyka i trzaskającego po drugiej stronie kuchni paleniska.
- Ty, siostra, zbudź się! - Saela puka mnie w czoło kawałkiem kredy.
Parskam śmiechem i odwracam się do niej. Podnoszę do oczu jej tabliczkę, chcę zobaczyć, nad czym tak pracowała. Zaczynamy rozmawiać o jej dniu, o szkole. Słucham jednak tylko jednym uchem, drugie nastawiam ku Lee i matce. Teraz gotują razem.
Moje serce wypełnia fala czułości. Nagle na moment zamieram. Ta scena. Jest... zbyt normalna.
Próbuję odepchnąć tę myśl od siebie. Nie chcę w tej chwili pamiętać, że to tylko ulotna chwila. Chcę się cieszyć.
Wreszcie zasiadamy wszyscy do stołu. Saela zarzuca Lee pytaniami o Wilcze Miasto - dzielnicę położoną po drugiej stronie zamku, dostępną jedynie dla członków Stada oraz ich rodzin. Siostra mocno się nimi interesuje od dnia, kiedy oglądałyśmy ich przemarsz przez plac. Smaruje masłem kromkę przyniesionego przez Lee chleba, ale nawet na nią nie patrzy. Wzrok ma utkwiony w chłopaku.
- Czyli co? Widziałeś Wilcze Miasto na własne oczy? - upewnia się.
- Tak, niby tylko z daleka, ale z górnych pięter zamku można naprawdę sporo zobaczyć. - Uśmiecha się na widok jej zafascynowanej miny.
- I jak tam jest? - Mała podpiera twarz rękoma.
- Cóż - mruczy Lee - od razu widać, że wszystko tam zbudowano z myślą o Wilczym Stadzie. Na przykład ulice są na tyle szerokie, że wilkory mogą się swobodnie wyminąć. Bo na węższych bez przerwy by się ocierały i targały sobie sierść. O tak! - rzuca i tarmosi dziewczynce włosy.
- A czy z zamku widać też wilki? - Saela jest tak pochłonięta, że nawet się nie rozzłościła.
- Czasami. - Lee kiwa głową. - Raz nawet udało mi się zobaczyć szczeniaka, dasz wiarę? Nawet ich młode są olbrzymie! Zazwyczaj nie pozwalają im wchodzić do naszej części miasta, bo w tym wieku są niezmiernie skore do zabaw, a nie wiedzą, ile szkód mogą spowodować. Bo widzisz, te szczenięta są niemal tak duże jak konie.
- Muszą być prześliczne! - Saela aż się zachłystuje.
Lee zerka na mnie i przewraca oczyma. Wybucham śmiechem.
- Wiesz, Meryn? Coś mi mówi, że twoja siostrzyczka nie do końca rozumie, co mogą zrobić niebezpieczne, potworne wilki z kłami długimi jak ta łyżka - mówi chłopak, unosząc sztuciec.
Przechodzimy do salonu. Matka stawia przed nami miski z potrawką. W tej samej chwili coś się w niej zmienia. Widać to po oczach - stają się szkliste. Nienawidzę tych momentów. Miska w jej rękach kołysze się na boki, gęsty wywar i cząstki warzyw chlapią na podłogę. Ku memu przerażeniu matka spogląda prosto na Lee i zaczyna bełkotać.
Wyrywam jej naczynie i odstawiam na stół. Przyspiesza mi puls.
- Nocturn jest w pułapce - syczy matka, tak zjadliwie, że przebiegają mnie ciarki. - Tkwi w potrzasku, a kiedy się wyzwoli, rozszarpie świat na strzępy - dodaje, po czym rzuca się na chłopaka i chwyta go za koszulę. Lee widywał już jej ataki, lecz nigdy nie padł ich ofiarą. Oblicze matki zasnuwa cień przemocy.
Było tak doskonale. To oczywiste, że ten moment nie mógł potrwać zbyt długo. Podobne chwile właściwie nie powinny mnie już zaskakiwać. A jednak - znów pozwoliłam sobie poczuć nadzieję. Zbiera mi się na płacz.
- Matko - próbuję zwrócić jej uwagę na siebie, uspokoić ją. O bogini, co Lee sobie pomyśli?
Osiągam tyle, że matka ponownie wybucha:
- A ty... - Przeszywa mnie dzikim spojrzeniem. - Nie jesteś tam, gdzie powinnaś być.
Podrywa rękę, chce mnie uderzyć, lecz łapię ją za przegub i mocno przytrzymuję. Srebrna zaręczynowa bransoletka, prezent od ojca, błyskotka, której matka nie zdejmuje nawet na chwilę, zsuwa się po jej chudym ramieniu. Krzywi się, gdy wstaję i obezwładniam ją na dobre.
- Przepraszam - rzucam w kierunku Lee. Palą mnie policzki. Nie jestem w stanie na niego spojrzeć. Nie chcę, by zobaczył trwogę, jaka z pewnością odciska się na mojej twarzy. - Zaraz wracam.
Na pół wyprowadzam, na pół wynoszę matkę z pokoju.
- Bądźcie przeklęci! Słyszycie? - woła po drodze.
Słyszę, że Saela zrywa się z krzesła i rusza po szmatę do podłogi. Boję się odwrócić. Boję się zobaczyć minę Lee. Nigdy nie powiedział o mojej matce złego słowa, ale nigdy też nie oglądał jej w takim stanie.
Prowadzę matkę do łóżka, do którego kładzie się na szczęście bez oporu. Naciąga na siebie kołdrę. Jej wzrok nie wyraża niczego.
- Matko... - zaczynam, ale nie mam pojęcia, co dalej. Nie wiem, czy słowa mogą cokolwiek zmienić. - Poczekaj, dam ci lekarstwo - dodaję po chwili i sięgam po fiolkę czekającą na stołku służącym jako nocna szafka.
Oleisty syrop paskudnie cuchnie. Gorzka, ostra woń. Smaku wolę sobie nie wyobrażać, lecz matka przyjmuje łyżeczkę posłusznie i przełyka. Zaraz potem odwraca się do ściany. Wciąż mamrocze. Kolejne nazwiska i klątwy.
Siadam obok niej na materacu. Krzywię się, czując pod sobą gruzły - od dawna trzeba to posłanie wymienić, ale nigdy nie udaje się zebrać odpowiedniej sumy srebrników.
Powoli, ostrożnie wyciągam dłoń i gładzę matczyne ramię. Nie przestaję, dopóki nie czuję, że zaczyna się odprężać, a jej oddech staje się równomierny.
Równocześnie staram się zapanować nad sobą. Raz po raz napominam się, że to nie jej wina; że nie chciała przecież taka się stać. Bo tak, bywa, że muszę sobie o tym przypominać - dzisiaj jest właśnie jeden z takich dni.
Boli mnie przede wszystkim jedno, głęboko w sercu - głupia byłam, myśląc, że spędzimy ze sobą normalny wieczór.
Teraz normą stała się choroba.
Gaszę lampę i wychodzę na palcach. Nie chcę jej zbudzić. Mam nadzieję, że nie wstanie do rana i da nam święty spokój. Nienawidzę w tej chwili sama siebie. Nie powinnam w ten sposób myśleć o własnej matce.
Niechętnie wsuwam głowę do salonu. Saela i Lee zostawili potrawkę na stole. Nie dojedli. Zsunęli krzesła i chłopak czyta z jej książki legendę o zakochanych bóstwach. Mała przywarła do jego boku i słucha, przejęta opowieścią. Przyglądam im się przez chwilę, oparta o framugę. Lee podnosi na mnie spojrzenie. Jego spokojny wzrok mówi mi wszystko - nie ucieknie, nawet po takim przedstawieniu.
Ucisk w mojej piersi łagodnieje. Podchodzę i siadam przy nich na podłodze.
- Meryn najlepiej potrafi naśladować boginię! - chwali mnie z dumą Saela. - Meryn, przeczytaj następny fragment!
- Zgoda, ale tylko jeden rozdział, a potem dokończ lekcje i kładź się spać - rzucam i śmieję się, słysząc zawiedziony jęk siostry.
- Bogini została zamknięta w wysokiej wieży i nikt nie wiedział, że tam trafiła - odczytuję dobrze sobie znane słowa. - Rozumiała, że jeśli chce uciec, będzie musiała to zrobić o własnych siłach...
***
Kiedy siostra leży już w łóżku, odprowadzam Lee przed dom. Spogląda na mnie z bardzo poważną miną. Na zmarszczonym czole miękko osiadają płatki śniegu.
- Meryn, jak często się to powtarza?
Wzdycham, składam głowę na jego piersi. Czuję, jak gładzi mnie po ramionach.
- Pytasz o omamy? Codziennie.
Lee zaciska palce na moich bicepsach. Spoglądam mu w oczy.
- Nie miałem na myśli omamów. Wiesz, o co pytam.
Z trudem przełykam ślinę. Uciekam wzrokiem. Kobieta z salonu - ta, która próbowała mnie uderzyć - nie była moją matką. Jak dotąd zawsze opowiadałam o niej Lee bez ogródek, widział ją na własne oczy nie raz i nie dwa. Nigdy jednak nie wspomniałam o przemocy. Miałam wrażenie, że ubierając ją w słowa, zdradzę tę matkę, którą znałam wcześniej.
Być może pora pogodzić się z faktem, że tej matki już nie ma.
Ukryłam przed Lee coś jeszcze, coś, co bez przerwy dręczy mnie w nocnych koszmarach. Moja babka również cierpiała na tę odmianę obłędu. A przed nią także jej matka. Szaleństwo noszę we krwi, kryje się w cieniu i tylko czyha, by przy pierwszej sposobności pociągnąć mnie w odmęty.
- Jak widziałeś, mam wszystko pod kontrolą - mamroczę pod nosem.
- Nie o ciebie się martwię. To jasne, że dasz sobie radę. Ale co z Saelą? Ten dom nie jest dla niej bezpiecznym miejscem. Co, jeśli do czegoś podobnego dojdzie, kiedy ciebie akurat nie będzie?
W moich żyłach krąży czysta frustracja. Podnoszę na niego spojrzenie, usilnie próbuję powstrzymać łzy zbierające się w oczach. Wiem, że ma rację, ale...
- No to co ja mam zrobić? Zostawić matkę z nadzieją, że jakimś cudem utrzyma się sama? Zabrać Saelę i zamieszkać gdzie indziej? Jak niby opłacę dwa mieszkania? I kto się wtedy zaopiekuje matką?
- Przenieście się do mnie - rzuca Lee. - Zadbam o was obie. Matka może na razie zostać tutaj. Będziemy ją regularnie odwiedzać.
- Jak to sobie wyobrażasz? - Śmieję się zaskoczona. - Przecież twoje mieszkanie jest maleńkie. Nie pomieścimy się we troje.
- Jeśli rzeczywiście, to się przeprowadzimy. Znajdziemy coś większego. Albo umieścimy tam twoją matkę, a my z Saelą zamieszkamy tutaj. Coś się wymyśli, kociaku. Chcę po prostu zadbać o ciebie i ochronić twoją siostrę. Pozwól mi.
Tak, teraz już płaczę otwarcie. Łzy spływają mi po policzkach gorącymi strugami, stygną na mroźnym, zimowym powietrzu. Ucisk w piersi powraca, dławi. Nagle nie mogę zaczerpnąć tchu. Kiedy ostatnio ktoś naprawdę szczerze oferował nam pomoc? Ile czasu minęło, odkąd ktoś, kto zna moje położenie, zaproponował jakieś wyjście?
Zaproponował, a nawet więcej - nalegał, bym się zgodziła.
Skąd się ten facet wziął? Mężczyzna, przy którym moje serce topnieje niczym kawałek wosku? W tej chwili sprzedałabym słońce, niebo i samo światło, byle tylko zyskać pewność, że nigdy go nie stracę.
Obejmuję go i przyciągam ku sobie. Rozpaczliwie pragnę poczuć dotyk jego warg. Lee prowadzi mnie za dom, w boczną alejkę biegnącą prostopadle do ulicy. Tutaj blask latarni nie sięga i możemy wtopić się w mrok. Żadnej bardziej intymnej kryjówki nie mamy.
Z zapartym tchem opieram się plecami o mur. Pociągam za sobą chłopaka, który przywiera do mojego ciała. Czuję bijący od niego żar, gdy twarde mięśnie przyciskają mnie do kamienia.
Kiedy nasze usta nareszcie się spotykają, nie ma w tym łagodności. Jest za to zachłanność. Zatracam się w pożądliwej plątaninie pocałunku, błądzę dłońmi wokół jego talii, wciskam zziębnięte palce za pasek i natrafiam na gorącą skórę.
Lee głucho warczy prosto w moje wargi, szorstko przypiera mnie do muru. Czuję jego twarde, natarczywe podniecenie. Podsuwam mu biodra, pławię się w dźwiękach, które wyrywają się z jego ust. Chłopak wyszarpuje moją koszulę ze spodni, bierze mnie jedną ręką za biodro, a drugą przesuwa po gładkim brzuchu ku górze i ujmuje moją pierś. Jego dłoń od mojego sutka oddziela wyłącznie cienka warstwa tkaniny. Zalewa mnie fala gorąca. Przerywam pocałunek i spoglądam mu w oczy. Patrzymy na siebie tak, jakbyśmy czekali, które odważy się posunąć dalej.
- Jeszcze nie skończyliśmy tego omawiać - zaznacza Lee.
- Prawda - potakuję. - Później.
Atakuje mnie ustami, wsysa moją dolną wargę. Pieści ją wargami, dopóki nie słyszy mojego jęku.
Moje niespokojne palce znajdują wreszcie to, czego szukały. Czuję w dłoni jego podniecenie, ściskam je przez spodnie i gładzę posuwistym ruchem. Odrywamy się od siebie. Zdyszany Lee opiera czoło o moje ramię.
- Idziemy do mnie? - Jego ton łączy w sobie pytanie i rozkaz. O bogini, naprawdę chciałabym go posłuchać. Co prawda wypiłam comiesięczną dawkę antykoncepcyjnego kordiału, który kupuję w aptece, gdzie zaopatruję się w lekarstwa dla matki, ale...
Nie chcę zostawiać Saeli samej na całą noc. Nie po niedawnym porwaniu Leesy. Mieszkała przecież ledwie kilka przecznic dalej.
Sama myśl o tym wystarcza, by zgasić gorejący we mnie ogień.
Chłopak wciąż jest zarumieniony. Włosy ma w nieładzie. Czuję ukłucie żalu. Wiem jednak, że zanim nie sprawdzę, co u siostry, nie będę mogła myśleć o niczym innym. Muszę mieć pewność, że wszystko w porządku.
- Kiedy indziej. Słuchaj, teraz powinieneś już iść, ale pomyślę o twojej propozycji i... rzeczywiście jakoś to urządzimy.
- Cieszę się - mówi i całuje mnie na pożegnanie.
Wracam do domu, starannie zamykam drzwi na klucz i ruszam od razu do pokoju, który dzielę z Saelą. Wchodzę i owiewa mnie zimny wiatr. Dygoczę.
Dziwne - przecież tu nie powinno wiać.
Spoglądam na okno. Jest otwarte na oścież. Wpuszcza lodowate podmuchy. Z rozkołatanym sercem podbiegam do łóżka małej.
Jest puste.
Saela zniknęła.
4
To nieprawda. To niemożliwe.
Gapię się w puste posłanie. Myśli gonią jedna za drugą, a moje ciało zamienia się w sopel lodu.
Saela. Saela.
Zaciskam powieki, odliczam do dziesięciu i otwieram oczy z powrotem. Łóżko nadal jest puste, a z otwartego okna ciągnie przeraźliwy ziąb. Musi istnieć jakieś wytłumaczenie. Jak ktokolwiek mógłby się tu dostać, skoro byłam tuż przed domem? Jak mogłam przegapić kogokolwiek obcego? To Saela... Na pewno nie poddałaby się bez walki. Uczyłam ją, jak się bronić. I z pewnością nie siedziałaby cicho.
Nie moja siostra. Nie moja Saela.
Może jest u matki? Skostniałe mięśnie ożywają. Wypadam z pokoju i gnam krótkim korytarzykiem do drugiej sypialni. Szarpię za klamkę, otwieram i rozglądam się po mrocznym pomieszczeniu. Ani śladu siostry.
Zaspana matka siada na posłaniu. Mruga i spogląda na mnie. Nie jestem w stanie jej tego powiedzieć, nie potrafię.
Sprawdzam w łazience.
W salonie i w kuchni.
Nie ma jej. Zostały tylko płaszcz i buty, równiutko ustawione przy drzwiach wyjściowych. Przyglądam się im otępiała, po czym wracam do naszego pokoju. Oddech mi przyspiesza, staje się płytki. Wysuwam głowę za okno. W zimnym powietrzu krążą płatki śniegu. Z ust wypływają mi białe obłoczki. Patrzę wszędzie dokoła, uważnie badam spojrzeniem każdy centymetr otoczenia, marząc o tym, by dostrzec w mroźnej ciemności jakąkolwiek wskazówkę. Niczego jednak nie widzę. Żadnej podpowiedzi. W alejce panuje całkowity bezruch.
Kiedy cofam się z powrotem do pokoju, zauważam jednak coś, czego nie zobaczyłam wcześniej. W samym rogu ramy okiennej, zaczepiony na długiej drzazdze: niewielki skrawek białego materiału.
Tkanina identyczna jak ta, z której uszyto koszulę nocną mojej siostry.
Osuwam się na podłogę. Dolatuje mnie przenikliwa, płaczliwa skarga. Po kilku chwilach dociera do mnie, że to ja zawodzę. Roztrzęsiona biję potylicą o ścianę. Boli, lecz ból sprawia mi ulgę.
Albo Saela wykradła się z domu, wyszła na śnieg, w środku nocy, ubrana tylko w koszulę nocną, albo... została porwana.
Kiedy ja cieszyłam się białym puchem, gdy snułam z Lee plany lepszej przyszłości, moją siostrę ktoś uprowadził.
Mimo że umysł nie chce przyjąć tych słów do wiadomości, ciało reaguje. Zatrzaskuję okno, wciągam buty, narzucam płaszcz i wybiegam w mrok.
Lee nie mógł odejść daleko; rozstaliśmy się właściwie przed chwilą. Skręcam za nim w lewo i pędzę w kierunku Dzielnicy Północnej. Już po kilku minutach zauważam wysoką sylwetkę. Idzie energicznym krokiem po opustoszałej ulicy.
- Lee! - drę się.
Odwraca się, zauważa mnie, a jego usta rozświetla uśmiech. Uśmiech, który błyskawicznie więdnie, gdy dostrzega mój strach.
Podbiega, czoło przecina mu zmarszczka niepokoju.
- Meryn! Co się...? - Chwyta mnie za ramię.
- Saela... - mówię zziajana, zmęczona pogonią. Brzmienie imienia siostry wywołuje we mnie ukłucie bólu. - Kiedy wróciłam, już jej nie było. - Myśli znów zaczynają kreślić dzikie spirale. Nie, nie, nie, nie...
Lee przytrzymuje mnie mocniej, zakorzenia w rzeczywistości, sprowadza z powrotem do chwili obecnej.
- Poszukamy jej - mówi. Biją od niego spokój i autorytet. Wiotczeję i przywieram do jego piersi. - Wracajmy do waszej dzielnicy. Stamtąd zaczniemy. Pobudzimy sąsiadów. Znajdziemy ją, Mer. Nie może być daleko.
Nie ubrał w słowa mojej największej obawy. Nie wypowiedział na głos jedynego logicznego wniosku: moja siostra została porwana.
Czas na przemian to rozciąga się w nieskończoność, to pędzi naprzód wielkimi susami.
Koncentruję się na powrót tuż przed drzwiami Igora. Tłukę w nie pięścią.
- Igor! - rzucam przez łzy. Wykrzykuję imię trenera raz za razem, łomoczę dłonią o deski. Uspokaja mnie dopiero Lee, który lekko muska mi ramię.
W sąsiednich domach uchylają się drzwi, zaintrygowane twarze wyglądają z przedsionków, sprawdzają, co to za zamieszanie. Rozpoznaje mnie dawna nauczycielka Saeli. Wychodzi w samej tylko koszuli nocnej, grubym szaliku i wysokich butach.
- Meryn? To ty?
Drzwi trenera stają wreszcie otworem. Na progu stoi jego żona Prina. Za moment pojawia się sam Igor. Oboje patrzą na mnie z przejęciem. W brzuchu otwiera mi się przepaść, moje trzewia falują, jakby rozpętała się tam burza.
- Saela... - udaje mi się wykrztusić. - Moja siostra... Porwali ją i...
- Musimy jej poszukać - wchodzi mi w słowo Lee. - Możecie nam pomóc? Gdybyście przetrząsnęli północną część dzielnicy, my moglibyśmy zajrzeć na zachód, a potem sprawdzić targ w Centralnej.
Igor podchodzi do mnie dwoma zamaszystymi krokami. Zamykają się wokół mnie jego wielkie ramiona. Drżę.
- Meryn... - szepcze i w tych dwóch krótkich sylabach zawiera się cała przemowa. - Oczywiście, że pomożemy - dodaje, lecz słyszę w jego tonie coś, czego nie chciał powiedzieć.
- Nie! - Wyrywam się mu gwałtownie. - Nie! Nie straciłam jej! Nie możemy się poddać...
Igor zdążył już zabrać z domu płaszcz, założył buty. Przyłącza się do nas nauczycielka. Ona także naciągnęła pospiesznie spodnie.
- Nikt się nie poddaje, Meryn. Jesteśmy z tobą.
Piecze mnie gardło, toczę dokoła dzikim spojrzeniem. W głowie mam pustkę.
- Powinniśmy...
- My z Meryn pójdziemy na zachód - powtarza Lee, widząc, że odpływam. - Dacie radę rozejrzeć się na północy?
Łapie mnie za rękę, ciągnie.
Lodowate pocałunki śnieżnych płatków pozwalają mi odzyskać koncentrację. Pada coraz gęściej, zauważam mimochodem.
Biegniemy truchtem, po chwili przyspieszamy. Przemierzamy wszystkie ulice i każdą alejkę, raz po raz wykrzykujemy imię małej. O tej porze okolica jest opustoszała, natykamy się tylko na kilka wygłodniałych szczurów i jednego wyraźnie znękanego bezdomnego psa, który łypie na nas spod mijanego ganku. Pod butami chrzęszczą mi kawałki szkła i lód, odgłosy toną w sypiącym się z nieba puchu. Przesłonięte bielą ulice sprawiają upiorne wrażenie.
Po mniej więcej półgodzinnych poszukiwaniach przystajemy dla nabrania tchu.
- Może powinniśmy...
- Rozdzielić się? - dopowiada Lee. Podchodzi do mnie, zamyka moją twarz w dłoniach. - Tak, przeczesalibyśmy wtedy większy teren, ale Meryn... Czy ty...
Majacząca w jego oczach troska doprowadza mnie do szału. Wyrywam się.
- Nic mi nie jest! Idź. Najlepiej w stronę Centralnej. Saela mogła tam pójść... Spotkamy się rano u mnie w domu. Powiesz, czy cokolwiek znalazłeś. Dobrze?
Nie czekam, nie oglądam się nawet, by sprawdzić, czy mnie posłuchał. Wbiegam w kolejny zaułek.
Biegnę szybciej i szybciej. Chodzę po ulicach zakosami, zaglądam za każdy zakręt, sprawdzam wszystkie cienie, każde miejsce, w którym mogłaby się kryć siostra. Staram się nie słyszeć głosu, który powtarza mi w duchu, że zaginione dzieci nigdy się nie odnajdują. Że nie można nic zrobić.
Nie. Nie zgadzam się. Muszę coś zrobić.
Po kilku godzinach wstaje nowy dzień, zimny i mokry. Śnieg zamienia się w szare, chlupiące pod nogami błoto. Z rynien kapie mieszanka sadzy z wodą, zbiera się w dziurach na bruku. Pierwsi robotnicy wynurzają się z kamienic. Obchodzą mnie szerokim łukiem, unikają mojego wzroku.
Świat zasnuwa mgła, wyczerpanie przyćmiewa mi umysł. Nie mam pojęcia, która jest godzina. Ostatecznie uznaję się za pokonaną i zawracam w stronę domu.
Igor i Lee czekają już na miejscu. Siedzą pod drzwiami. Nie muszę pytać. Wiem, że nie znaleźli nawet śladu.
Wchodzę do środka. Lee próbuje mnie zatrzymać. Odskakuję, wymykam się mu. Słyszę, że coś mówi, lecz wszystkie odgłosy świata toną w głuchym szumie. Chowam się w swoim pokoju, zatrzaskuję drzwi tuż przed nosem chłopaka.
Wszystko przeze mnie.
***
Czas płynie.
Leżę bezmyślnie w łóżku Saeli, owinięta kocem, z którego wciąż jeszcze tchnie jej zapach.
Kilka razy zagląda do mnie matka. Oprzytomniała na tyle, że wie, co się stało. Rozumie. Kiedy widzę jej przygarbione plecy i wilgotne oczy - istny obraz nieszczęścia - odwracam się do ściany.
Wpadają sąsiadki - znajome praczki, mamy szkolnych koleżanek Saeli, dawne przyjaciółki matki, których nie widziałam tu od lat. Przynoszą jedzenie, chleb, nieśmiało wchodzą do mojego pokoju, a kiedy milczę, zostawiają talerze na podłodze.
Potem rozmawiają ściszonymi głosami z moją matką. O ile ona akurat jest w stanie rozmawiać. Najczęściej jednak wychodzą, nie słysząc nawet słowa podziękowania.
Nie potrafię się tym przejąć. Talerze stoją pod łóżkiem nietknięte.
- Nie zjadła nawet kęsa - dobiega mnie głos matki. Kilka godzin bądź kilka dni później.
Matka sprawia wrażenie przytomnej. Jakby utrata córki pomogła jej osłabionemu umysłowi wrócić do normy.
- Dokładnie tak samo miał jej ojciec. Kiedy pojawił się w domu po pierwszym roku na froncie, nie odzywał się do nas przez bite pięć dni. Zmarnował w ten sposób pół przepustki. - Głos odmawia matce posłuszeństwa. Rozpalają się we mnie wyrzuty sumienia.
Ojciec. Miał nas chronić. A potem nas porzucił. Wyszedł i już nie wrócił.
Ja miałam chronić Saelę. Obiecałam jej.
Sunę palcami ku czekającemu przy łóżku sztyletowi. Po śmierci ojca czasami się to sprawdzało - własnoręcznie zadany sobie ból pozwalał mi się skupić, poczuć coś innego. Rany pomagały przegnać z głowy mrok, przez chwilę czułam jedynie stal kaleczącą ramię czy udo. Nie wystarcza mi jednak energii. Nawet na to. Gapię się w sufit. Obserwuję dziwaczną wędrówkę sunących nade mną cieni. Dzień przechodzi w noc, znów nastaje dzień.
Gdy po raz kolejny zapada zmrok, w drzwiach pokoju pojawia się Igor. Pochyla się pod belką i wchodzi do środka.
- Dość tego, Meryn. - Jego ton rozcina powietrze niczym świeżo naostrzona brzytwa.
W odróżnieniu od wszystkich innych nie mówi z politowaniem. Nie słyszę współczucia.
- Nie jesteś taka. Wstawaj.
Moje ciało jest jak z kamienia. Czekam, czując wrzące w sercu wstyd i gniew. Zaciskam oczy. Nie chcę na niego patrzeć. Trener czeka. Czeka może nawet kilka godzin. Nie wiem, jak długo. W końcu jednak wychodzi.
Jakiś czas potem po cichu zakrada się do mnie Lee. Nie odwracam się, lecz wiem, że to on. Poznaję jego sosnowy zapach, rytm pewnie stawianych kroków.
Nie odzywa się. Po prostu kładzie się ze mną do łóżka. Przywiera mi piersią do pleców, kolana podsuwa do moich. Jest ciepły i kiedy to czuję, zaczynają mnie swędzieć oczy. Szlocham. Płaczę po raz pierwszy od chwili porwania. Płaczę bez końca, a on mnie tuli. Gdy łzy wreszcie ustają, oboje wciąż milczymy.
Lee trzyma mnie za rękę. Gładzi kciukiem grzbiet mojej dłoni. W tę i z powrotem, raz po raz.
Zapewne zasnęłam. Kiedy otwieram oczy, w pokoju jest jasno. Razi mnie światło wpadające przez okno.
Lee zniknął, ale trzymam coś mocno w ramionach - poduszkę Saeli. Skupiam na niej spojrzenie i zauważam kilka jej włosków. Kasztanowe, o odcień ciemniejsze od moich. Kosmyk połyskuje w jasnych promieniach słońca.
Siadam.
Coś w mojej piersi pękło i zrosło się na powrót. Obiecałam jej. Przyrzekłam Saeli, że nie pozwolę, by spotkało ją cokolwiek złego.
A ja, kurwa, dotrzymuję słowa.
***
Działające w Dzielnicy Wschodniej wojskowe biuro werbunkowe mieści się tuż obok sklepu rzeźnika. Stosownie - myślę ponuro, czekając, aż żołnierz odszuka na liście moje nazwisko.
Podobne biura znajdują się we wszystkich dzielnicach. Widać, że zamek dba o nie bardziej niż o całą resztę - w kominku trzaska wesoły ogień, płonące drewno rozsiewa suchy, przyjemny zapach. Jest zupełnie innego gatunku niż cuchnące wilgocią i torfem polana, którymi palimy w domu. Ściany wyłożone są tapetą, co stanowi luksus niespotykany we Wschodniej. Meble są wprawdzie poobijane i lekko zużyte, lecz jakościowo dalece przewyższają większość innych, które widuję.
Obrzucam spojrzeniem mundur werbownika, zerkam na stosy papierów na biurku, rozmaite formularze i wykazy. Rozkołysany płomyk lampy naftowej rzuca tańczące cienie. Kładą się na dłoniach żołnierza. Zupełnie jakby próbowały dosięgnąć mnie.
- A, mam! - odzywa się w końcu. - Cooper. Ale... - Mierzy mnie podejrzliwym wzrokiem, mruży oczy. - Nie otrzymałaś powołania do służby. Mam tu adnotację, że zostałaś zwolniona jako samotna opiekunka.
Wcześniej czy później powołanie otrzymuje każdy. Wyjątek stanowią ludzie sprawujący opiekę nad krewnymi - nieletnimi, chorymi bądź w zaawansowanym wieku. Adnotacja, o której wspomniał, pojawiła się przy moim nazwisku, zanim jeszcze osiągnęłam wiek poborowy.
Z trudem przełykam ślinę. Ojciec przewróciłby się w grobie, gdyby wiedział, że idę w jego ślady. Że chcę na własne oczy zobaczyć wojnę, która prześladowała go w koszmarach do końca życia.
Ale ojca tu nie ma.
- Wiem - odpowiadam mocnym głosem. - To nieistotne. Chcę się zgłosić na ochotnika.
To jedyny sposób. Kradzieje przerzucają porwane dzieci za granicę, oddają je Syfonom. Tylko tak mogę odnaleźć Saelę. Nie mam dość gotówki, by pojechać w okolice frontu za własne pieniądze. Lecz jeśli dowiezie mnie tam wojskowy transport, przekroczę granice i poszukam siostry.
Wiem, że plan jest głupi i w najlepszym razie niedopracowany, ale zawsze to coś. Dzięki niemu mogę przynajmniej cokolwiek zrobić.
Przez moment mierzymy się z werbownikiem spojrzeniami. Wreszcie żołnierz kiwa głową, burczy coś niewyraźnie pod nosem i notuje kilka słów w rozłożonym na stole formularzu.
- Cóż, w takim wypadku...
- Jak szybko możecie mnie wysłać na front?
Werbownik pochyla głowę na bok, zastanawia się.
- Świeżych rekrutów wzywamy na ćwiczenia co pół roku. Zazwyczaj daje im to czas na uporządkowanie spraw. Najbliższa tura rusza akurat jutro, ale sugerowałbym zaczekać, dopóki...
- Stawię się - przerywam mu w pół zdania. - Poproszę o rozkaz.
Żołnierz przygląda mi się przez moment, odnoszę wrażenie, że sprawdza, czy nie żartowałam. Wyraz mojej twarzy musi być jednak dość przekonujący, ponieważ werbownik ponownie kręci głową, po czym stawia na dokumencie pieczęć.
- Gotowe. Rekrutko Cooper, witamy w Królewskich Siłach Zbrojnych.
5
Po wyjściu z biura werbunkowego kieruję się prosto do Lee. Moje oddechy zawisają w mroźnym powietrzu białymi chmurkami. Otulam się ciaśniej znoszonym płaszczem. Szkoda, że nie mam szalika, ale wypadłam rano z domu z taką determinacją, że nawet o nim nie pomyślałam.
Lee bywa w swoim małym mieszkaniu ledwie kilka dni w tygodniu. Resztę nocy spędza w dormitorium zamkowej służby. Na szczęście znam jego rozkład i wiem, że dzisiaj powinnam zastać go w domu. Wciąż czuję gonitwę myśli. Zaciskam zęby i w drodze powrotnej rozglądam się po zabudowaniach Północnej. Robię wszystko, byle nie zastanawiać się nad tym, co czeka mnie jutro.
Na panikę znajdę czas później. Teraz muszę wytłumaczyć swoją decyzję chłopakowi.
Północna dzielnica, położona najbliżej górującego nad całym miastem zamku, nie jest tak obca jak ta, w której mieszkają wilczy jeźdźcy. Od Wschodniej różni się jednak bardzo. Domy są tu wyższe, a ulice szersze. Po śmietnikach nie krążą wygłodniałe bezdomne kundle węszące za skrawkami jedzenia. A przede wszystkim nic tu nie cuchnie. Powietrze nie jest czyste, lecz nie unosi się w nim fetor zbyt wielu ludzi ściśniętych na niewielkiej przestrzeni.
Nawet jednak znośny zapach nie koi moich skołatanych nerwów. Od chwili, w której zaciągnęłam się do wojska, czuję się spięta. Bardzo chcę, żeby Lee zrozumiał. Musi zrozumieć. Jest moją opoką, kotwicą, która utrzymuje mnie w miejscu, gdy rozszalałe fale emocji próbują unieść mnie na głębinę. Jeżeli kiedy usłyszy, co zrobiłam, popatrzy na mnie jak na wariatkę, naprawdę trudno mi będzie nie zwątpić w siebie choć trochę.
A na wątpliwości nie mam teraz czasu.
Budynek, w którym mieszka Lee, jest częściowo drewniany, podobnie jak mój. Ten jest jednak szeroki i aż trzypiętrowy. Wnętrze zostało podzielone na nieduże kwatery, zasiedlone głównie przez innych służących króla. Lee mieszka obecnie sam, choć jego rodzinny dom również znajduje się w Północnej. Jego ojciec także pracuje w pałacu, ale ich wzajemne relacje od dawna są niełatwe. Szczerze mówiąc, z opowieści domyślam się, że ojciec Lee jest... cóż, zwykłym dupkiem. Matka z kolei zmarła, gdy chłopak był mały. Kiedy jako nastolatek został kurierem, bez wahania wyprowadził się od ojca i zamieszkał osobno.
Wchodzę na klatkę, wspinam się po schodach. Mój żołądek skręca się w ciasny węzeł. Boję się, że sprawię mu zawód. Mam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok.
Pukam do drzwi. W jednym z sąsiednich mieszkań rozlega się głośny stukot. Piętro wyżej ktoś pokrzykuje. Serce bije mi jak oszalałe. Palce wciąż mam zziębnięte, więc zaczynam na nie chuchać. Nie jestem w stanie czekać bezczynnie.
Szczęka zamek, drzwi stają otworem. I...
Sama nie wiem, dlaczego tak jest... Kiedy go widzę, nagle wszystko się układa. Nie pamiętam już, czym się tak potwornie stresowałam. Z Lee tak właśnie jest. Wystarcza mi jedno spojrzenie na jego wysoką sylwetkę - na jego szerokie barki, wystającą ze spodni koszulę, lekko zmierzwione ciemnoblond włosy, takie, z jakimi zawsze wstaje po krótkiej drzemce - i już czuję się bezpieczna. Lee nie odrywa dłoni od klamki; gdy dociera do niego, że to ja, zaciska palce mocniej. Jego oczy mają przepiękny, kryształowy odcień błękitu, barwę nieba w zaskakująco chłodny, zimowy dzień. Widać to wyraźnie nawet w ciemnym korytarzu.
- Kociaku - wita mnie ciepłą chrypką. - Wróciłaś.
Świetnie wiem, co ma na myśli. Tak, wróciłam. Pożegnałam się z tą wersją siebie, która mogła się rozpaść w drobny mak, tą, która wylewała łzy w jego ramionach. Ona wciąż we mnie jest, głęboko ukryta, lecz od tej chwili o niczym już nie zdecyduje. Nie pozwolę jej na to.
- Wróciłam - powtarzam jak echo.
A teraz uważaj, bo zaraz usłyszysz, co jeszcze zrobiłam...
Lee wciąga mnie w ciepło mieszkania, otacza silnym ramieniem moją talię, zamyka drzwi. Przywieram czołem do jego piersi, zaciągam się jego zapachem. Wonią, która mnie oplata, wita i gości.
- Muszę ci o czymś powiedzieć. - Zadzieram głowę, patrzę mu w oczy.
Lee kiwa głową. Prowadzi mnie do kuchni; nie licząc łóżka, tylko tutaj jest na czym usiąść. Podsuwa mi drewniane krzesło i zaprasza gestem.
- No to mów - zachęca i siada naprzeciwko. Wpatruje się we mnie spokojnie, jest odprężony.
Muszę to zrobić szybko - tłumaczę sobie w duchu. - Jakbym wyciągała drzazgę.
- Zaciągnęłam się. Chcę trafić na front i znaleźć Saelę.
W pierwszej chwili Lee nie reaguje w ogóle. Nawet nie drgnął. Wciąż mierzy mnie nieruchomym wzrokiem. Nie jestem pewna, czy nie wolałabym, żeby od razu zaczął krzyczeć. Nieświadomość tego, co się stanie za moment, jest wystarczająco okrutną karą.
Wreszcie przymyka oczy i wydaje z siebie głębokie westchnienie. Unosi dłoń, ściska palcami grzbiet nosa. Rozpacz bije od niego wezbranymi falami. Teraz już wiem, pomyliłam się. To jest zdecydowanie gorsze od milczenia.
- Och, kociaku. Coś ty najlepszego zrobiła? - Na powrót podnosi powieki i posyła mi spojrzenie, w którym miłość miesza się z bólem złamanego serca.
Bezradność sprawia, że zachowuję się jak ostatnia zołza. Stroszę się.
- Musiałam, Lee - rzucam tonem ostrym jak brzytwa. - Nikt z tym nic nie robi. Władz nic to nie obchodzi, a... - Głos mi się łamie. - Lee, muszę ją znaleźć. Zanim będzie za późno. Muszę przynajmniej spróbować. - Zaciskam pięść. Taka straszna chwila. - Przecież chodzi o Saelę. Jak możesz nie rozumieć?
Pytanie zabrzmiało oskarżycielsko. Lee jednak nie zniża się do mojego poziomu. W jego oczach wciąż widzę jedynie zranioną dobroć. A przecież przed chwilą niemal odgryzłam mu głowę.
- Rozumiem - odpowiada. I nagle, ot tak, mój gniew gdzieś pryska. Powiedział to w taki sposób, bym wiedziała, że nie kłamie.
Lee bierze głęboki wdech, odchyla się w krześle. Opiera rękę na dzielącym nas stole. W zamyśleniu skrobie blat długimi palcami. Nagle przez jego twarz przemyka grymas. Jakby go zabolało. A może to wyrzuty sumienia? Frustracja? Cały wachlarz paskudnych emocji.
- Gdybym tylko mógł, poszukałbym jej za ciebie - odzywa się w końcu.
Rodzina królewska wybiera na służących dzieci innych służących, trwa to od pokoleń. Wszyscy ci ludzie zarabiają lepiej niż większość innych, lecz od momentu wstąpienia na służbę oczekuje się, że pozostaną w niej do końca życia. Wyjątków nie ma.
- Zrobiłbym dla ciebie wszystko, Meryn. Ale to...
- Myślisz, że zwariowałam? - Krzywię się.
- Nie. - Jego twarz zasnuwa cień. To jedno słowo wywarczał tak, jakby chciał rzucić wyzwanie wszystkim, którzy podadzą stan mojej psychiki w wątpliwość. - Po prostu to... kurewsko nieodpowiednia chwila.
- Chwila?
Lee przeczesuje palcami swoje gęste włosy, pozwala dłoni opaść na kolano.
- Niedługo rozpoczynają się Próby Więzi.
Równie dobrze mógłby mnie uderzyć w żołądek.
Próby Więzi. Sprawdzian dający szansę zostać członkiem elitarnej jednostki króla. Nawiązać więź z olbrzymim, agresywnym wilkorem. Skoro tak, mogę nawet nie dotrzeć na front. Próby są równie niebezpieczne jak wojna. Tak przynajmniej słyszałam.
- Skąd... - Coś zatyka mi pierś. - Skąd wiesz?
Próby Więzi organizowane są nieregularnie, a ich data stanowi pilnie strzeżoną tajemnicę. Nikt nie chce wystraszyć zawczasu kandydatów na żołnierzy. Udział w nich jest jednak obowiązkowy. Kiedy zostają ogłoszone, każdy rekrut musi spróbować nawiązać więź. W tej kwestii również nie ma wyjątków.
- Podsłuchałem na zamku. Ludzie szepczą po kątach. Instruktorzy zostali już poinformowani - tłumaczy Lee. Marszczy czoło. Nie patrzy mi w oczy. Wiem dlaczego. Dopiero co usłyszał, że znajdę się w położeniu najbardziej niebezpiecznym z możliwych, a zna mnie na tyle, że wie, że nie wybije mi tego z głowy. Nie może nic zrobić, a ponad wszystko nie znosi bezradności. Nienawidzi jej prawie tak samo gorąco jak ja.
- Nie zrezygnuję - mówię. - Nie mogę.
- Wiem. - Lee kiwa głową. - Posłuchaj, zmuszą cię do pierwszej próby. Z tego, co słyszałem, polega ona na trudnej wspinaczce na wysoką górę, na szczycie której czekają wilkory. Ale nie musisz starać się nawiązać więzi. Wystarczy, że przeżyjesz. Jeśli nie nawiążesz więzi i przetrwasz, zostaniesz natychmiast odesłana na front wraz ze zwykłymi żołnierzami.
- W porządku. - Chwytam głęboki, rozedrgany oddech. Opis tego zadania nie zabrzmiał jakoś wyjątkowo strasznie.
Oczy chłopaka znajdują moje. Widzę w jego spojrzeniu płomień, który napawa mnie poczuciem siły.
- Jeżeli ktokolwiek może z tego wyjść cało, to właśnie ty - zapewnia z przekonaniem. Głęboko w mojej piersi rozpala się ogień odwagi. - Walcz, Meryn. Walcz i zwycięż. Znajdź Saelę i wróć do mnie.
- Tak zrobię. Ko... Kocham cię, Lee.
- Ja ciebie też kocham - odpowiada i łagodnie gładzi mój policzek.
Nie pierwszy raz pada między nami podobne wyznanie. Dzisiaj jednak nabiera innego brzmienia. Dzisiaj "kocham cię" wydaje się cholernie bliskie słowu "żegnaj".
Nachylam się, całuję go i czuję na wargach smak soli. To łzy, dociera do mnie - moje własne. Tak bardzo skupiłam się na siostrze, że wcale nie pomyślałam o tym. O nim. O bardzo realnej ewentualności, że nie wrócę i że ta chwila może naprawdę być ostatnią, jaką kiedykolwiek spędzimy razem.
Po raz kolejny pęka mi serce.
Oczy Lee również stają się szkliste. Pieści moją twarz kciukiem, a po chwili leciutko drapie mnie paznokciami po szyi i ramieniu. Rozkwita we mnie pragnienie - rozpaczliwa potrzeba, by poczuć go na sobie, w sobie, by zapamiętać każdy dotyk na zawsze. Chcę, żeby spisał na moim ciele całą naszą historię. Nie chcę nigdy zapomnieć, że walczę także o niego.
Znaleźć Saelę, wrócić do Lee.
Łapię go za koszulę i przyciągam ku sobie.
Rzuca się na mnie bez wahania. Podrywa się z krzesła i żarliwie całuje. Jedną dłonią chwyta oparcie mojego krzesła, drugą zamyka na moim karku. I nagle nie panuję już nad niczym.
Nie odzywamy się słowem. Spotykamy się wzrokiem. Lee patrzy tak intensywnie, że aż wzdycham. Jego dłonie suną w dół. Wtem, jednym płynnym ruchem, podrywa mnie i kładzie na kuchennej podłodze. Zagarnia mnie pocałunkiem.
Układam się, podpierając rękoma. Lodowaty chłód posadzki sączy mi się w dłonie, sięga pośladków, krzyża. Z drugiej strony zalewa mnie ciepło ciała chłopaka. Dygoczę z rozkoszy.
Wargi Lee zostawiają za sobą rozpalony szlak, od mojego ucha po szyję. Zasysa moją wrażliwą skórę, kąsa ją. Drażni. Opada mi głowa, stuka o podłogę.
Jego usta znikają. Podpieram się na łokciu, lecz już zaraz opadam ponownie. Lee zsuwa mi spodnie z bioder i zdziera ze mnie bieliznę. Wpatruję się w niego zdyszana. Wykrzywia usta w zaborczym uśmiechu. Moje ciało ogarnia pożar.
Lee powoli klęka, rozsznurowuje spodnie. Jęczę na widok jego penisa, już w tej chwili twardego i nabrzmiałego. Pociera główkę dłonią, raz, drugi, a ja wiję się przed nim. Całą sobą pragnę objąć go nogami i przyciągnąć, przyjąć go w siebie już teraz. Z doświadczenia wiem jednak, że teraz to on rządzi, nie ja.
Lee nachyla się i zadziera mi koszulę po szyję. Dwoma ruchami ściąga z moich piersi ściskające je pasy. Twarde sutki owiewa chłodne powietrze, a kiedy chłopak skręca w palcach lewy, niemal podrywam się z posadzki.
Zamyka dłoń na drugiej piersi. Na przemian gładzi je i szczypie, aż z moich ust płynie niegasnący jęk. W końcu, nareszcie, przenosi rękę na mój brzuch i niżej. Przyciska mnie do podłogi, zmienia lekko pozycję i wkłada mi dłonie między uda, rozsuwa je szeroko. Pochyla głowę.
Ociekam już cała pragnieniem, uwrażliwione ciało drży od jego gorących oddechów. Cała jestem pustką, oczekiwaniem, by mnie wypełnił. By uczynił mnie całą.
Pierwsze muśnięcie języka jest czystym grzechem. Mało brakuje, a doszłabym od razu. Lee z miejsca się cofa. Rozumie, jak blisko dotarłam. Unoszę się i spoglądam w jego ostre oczy. Nie musi nic mówić, bym zrozumiała. Oboje zdajemy sobie sprawę, że to może być ostatnia szansa, byśmy byli ze sobą blisko. Ostatnia na... na dłuższy czas.
Lee nie dopuści, by to skończyło się zbyt szybko.
Z wolna, irytująco powoli, powracają jego usta. Język nurza się we mnie, okrąża łechtaczkę, rozgrzewa mnie stopniowo, a kiedy znów niemal szczytuję, znika. W tej chwili już nie milczę. Mówię. Błagam go. Wypowiadam jakieś słowa, choć nie mam pojęcia jakie.
Kiedy chłopak się odsuwa, uda mam całe mokre. Klęka, przeszywa mnie mrocznym spojrzeniem.
- Wyciągnij ręce za głowę - rozkazuje. - Złap za nogę od stołu.
Rozdygotana wykonuję polecenie. Lee śledzi wzrokiem każdy mój ruch.
- I trzymaj - dodaje z błyskiem w oku. - Nie puszczaj, choćbyś nie wiem jak chciała się dotknąć.
Nie ma już mowy o łagodnych pieszczotach sprzed chwili. Gdy wreszcie się we mnie wbija, słyszę własny głos. Wykrzykuję jego imię. Oplatam go nogami, zachęcam, by wszedł głębiej, a Lee nie stawia oporu. Wbija się zachłannie, cofa i atakuje ponownie.
Przez cały czas ściskam szorstką, drewnianą nogę stołową. Mocno. Jej kanty wbijają mi się w dłonie, prawie kaleczą palce; rozkoszne doznanie jego pchnięć miesza się z bezradnością; nie wolno mi się zaspokoić. Zaczynam piskliwie błagać. Trzymam się stołu, jakbym bez niego mogła spaść poza krawędź świata.
Rżnie mnie dokładnie tak, jak chciałam. Głębokimi, boleśnie szybkimi uderzeniami bioder, od których fale rozkoszy rozchodzą się po całym moim ciele. Mimowolnie wychodzę mu naprzeciw, podsuwam krocze, wciągam go łydkami, otwieram się coraz szerzej, oddaję się bez reszty.
A Lee nawet na chwilę nie przestaje patrzeć mi w oczy - widzę jego oczy, te idealne, kryształowo przejrzyste, błękitne oczy.
Gdy wyczuwam, że bezlitosny rytm jego pchnięć zaczyna się łamać, wykrzykuję:
- Proszę, proszę cię. Pieprz mnie. Proszę, Lee.
Uśmiecha się i nie przestaje. Podoba mu się, że rozpadam się pod jego dotykiem, targana impulsami wzbierającej ekstazy. Lee jęczy i nareszcie sięga kciukiem do mojej łechtaczki. Eksploduję natychmiast. Trwałam na skraju tak długo, że nie potrafię się oprzeć.
Oślepia mnie jaskrawa rozkosz. Drżę, moje mięśnie zaciskają się wokół niego. Lee przyspiesza. Wbija się w mój orgazm głęboko, zapalczywie. I nagle również się poddaje. Dochodzi z dzikim okrzykiem, wchodząc we mnie ostatnim, brutalnym pchnięciem.
Po chwili dochodzę z wolna do siebie. Oddycham spokojniej. Unoszę powieki, lekko mąci mi się w oczach.
Lee śmieje się cicho, zaspokojony, i wysuwa się, a moje mięśnie zaciskają się kurczowo wokół pustki. Chłopak ponownie sięga kciukiem do łechtaczki i drażni nadwrażliwe nerwy. Jęczę.
Wreszcie podnosi się z wdziękiem, podaje mi rękę, pomaga wstać.
- Wszystko w porządku, kociaku?
Zastanawiam się, co odpowiedzieć. Boli mnie głowa. Szczytując, uderzyłam pewnie o podłogę. Jestem też wycieńczona i poocierana, w najlepszym możliwym sensie. Czuję się, jakbym została pożarta.
- Lepiej niż w porządku - szepczę. Zamykam na moment oczy i próbuję wykonać krok.
Lee zarzuca sobie moje ręce na szyję. Prowadzi mnie tyłem, prawie mnie niesie, aż docieramy do sypialni i przyległej do niej łazienki. Wypuszcza mnie ze śmiechem i sam rusza do łóżka, a ja myję się roztrzęsionymi rękoma.
Gdy jestem czysta, rzucam się na posłanie obok niego. Przywieram do jego boku. Otacza mnie ramieniem, przyciska moje biodra do siebie, między naszymi ciałami nie ma nawet jednej szczeliny.
Skubie zębami moją szyję i szepcze:
- Wiesz, nie musisz wcale nic robić. Mogłabyś tu zostać. Dokładnie tak jak teraz.
- Nie mogę, Lee. Po prostu nie mogę. - Boli mnie cała pierś. Nie chcę płakać, więc ignoruję pieczenie oczu.
- Wiem - odpowiada. Siada i podaje mi rękę. - Chodź, powinniśmy iść.
Podnosi mnie z łóżka. Zbiera porozrzucane po całej kuchni ubrania i podaje mi.
- Ubieraj się - mówi.
- Dokąd idziemy? - pytam.
- Na zakupy. Jeśli masz przetrwać pierwszą próbę, potrzebujesz lepszego sprzętu.
- Wiesz przecież, że nie mam pieniędzy - markotnieję. - Poradzę sobie.
Delikatnie zakłada mi kosmyk włosów za ucho.
- O srebrniki się nie martw. Mam, ile trzeba. Od pewnego czasu oszczędzałem. Na... bransoletkę. A co mi po bransoletce, jeśli kandydatka do niej zabije się na jakimś zboczu, bo nie będzie miała porządnego sprzętu?
O. Ojej. Lee zbierał pieniądze na zaręczynową bransoletkę!
Rozkołatane emocje nie pozwalają mi teraz o tym myśleć, aczkolwiek jego słowa sprawiają, że w moim sercu kiełkuje krucha nadzieja. Przyszłość, o której bałam się choć marzyć, majaczy nagle tuż-tuż, niemal w zasięgu ręki... Ale ziści się tylko pod jednym warunkiem: muszę wrócić.
- No dobra - udaje mi się wykrztusić przez zaciśnięte gardło. - Dokąd idziemy?
***
Lee prowadzi mnie do sklepu kaletniczego działającego tuż przy głównym placu targowym w Centralnej. Pełno tam pięknych rzeczy, nigdy w życiu nie kupiłam nic równie kunsztownego.
Wraz ze sprzedawcą wybierają dla mnie cały zestaw potrzebnych przedmiotów. Za każdym razem, gdy protestuję i tłumaczę, że coś jest zbędne, zgodnie mnie ignorują.
Nowy plecak z olbrzymią liczbą przegródek, kieszeni i pasków.
Nowy bukłak, lekki, a przy tym spory i wytrzymały.
Nowe buty, uszyte ze specjalnie wyprawionej i zaimpregnowanej skóry, odpowiednio miękkiej, bym nawet po całodziennym marszu nie nabawiła się odcisków.
Nowa kurtka, skórzana, dłuższa i grubsza od tej, którą noszę od lat. Z wyściełanymi futrem kieszeniami pozwalającymi ogrzać ziębnące dłonie.
Para rękawiczek, przylegających, lecz elastycznych i niekrępujących ruchów.
Mam do siebie sporo pretensji. Lee wydaje na moje wyposażenie wszystkie pieniądze, które pieczołowicie odkładał przez całą naszą znajomość. A przecież miały ułatwić nam wspólną przyszłość. Ale tak, ma rację. Jeżeli zginę, żadnej przyszłości po prostu nie będzie.
Dlatego zgadzam się, by wydał ten z trudem zgromadzony majątek, a on zgadza się, byśmy odrobili stratę oboje po moim powrocie.
Zakupy nie kończą się na tym pierwszym sklepie. W górach będzie mroźnie, tłumaczy Lee. Muszę być gotowa na kaprysy pogody. Zabiera mnie w boczną uliczkę, której nigdy wcześniej nawet nie zauważyłam. Wchodzimy do działającego w piwnicy sklepiku, dosłownie wypchanego sprzętem myśliwskim. Widzę też przybory traperskie i wędkarskie.
Pod jedną ze ścian piętrzy się ekwipunek przydatny do wspinaczki. Raki, górskie obuwie. Sprzedawca starannie montuje raki do moich nowych butów. Oglądamy kije, którymi niektórzy myśliwi pomagają sobie zimą na oblodzonych szlakach. Ostatecznie uznaję jednak, że wolę mieć wolne ręce. Wolną ręką zawsze można sięgnąć po broń, a to... może się przydać.
Gdy wychodzimy, wciąż jestem oszołomiona liczbą rzeczy, jakich potrzebuję po to tylko, by przetrwać. Lee proponuje, że odprowadzi mnie do domu, lecz wiem, że wówczas spóźniłby się na początek swojej zmiany na zamku. Odmawiam. Rzucam na pożegnanie jakiś głupi żart. Lee udaje, że go rozbawił.