Diabeł
Naraz coś przed nim się pojawiło. Ciemna, pokraczna sylwetka, jakby z samej czerni utkana.
– Witaj, przyjacielu – rzekł stwór.
Oniemiały człowiek długo nie umiał dobyć słowa. Wreszcie przełamał się i zapytał: – Kimże jesteś? Skąd się wziąłeś? Przecież cię nie było…
– Jestem twoim przyjacielem. Nazywają mnie diabłem.
– Diabeł jest moim przyjacielem? Nie wierzę…
– Spełnię każde twoje życzenie i nie chcę niczego w zamian.
– Nie chcesz mojej duszy?
– Po co mi ona? Ludzkich dusz u nas dostatek.
– Hm… – mruknął speszony drwal. Naprawdę nie wiedział, jak powinien się zachować.
– Może pragniesz sławy, pieniędzy, kobiet, władzy? Tylko rzeknij słóweczko…
– Dlaczego mam ci wierzyć?
– Bo jestem, kim jestem.
– Mam ci wierzyć, dlatego, bo jesteś, kim jesteś? Niewiele z tego rozumiem. Jesteś zjawą, maligną… opętaniem…
Drago otarł pot z czoła. Cały drżał.
– Udowodnię ci moją moc…
– Jak?
– W taki sposób, w jaki sobie zażyczysz…
Drago milczał.
– Znam twoje myśli. Znam twoje pragnienia, nawet te najskrytsze, nawet takie, o których jeszcze nie wiesz. Oczywiście, pragniesz kobiet, sławy i bogactw, ale to wszystko nic w porównaniu z pragnieniem zemsty. Świat cię skrzywdził i chcesz mu za to odpłacić.
– Wszyscy są winni!
– Widzisz! Dotknąłem czułej struny. Co ci przeszkadza? Strach. Pozbądź się lęku.
– Niczego się nie boję.
– Tylko tak gadasz. Każdy boi się kary. A gdybym zagwarantował ci bezkarność?
– Jak?
– Mocą swej władzy nad stworzeniem niższego rzędu.
– Ty też zostałeś stworzony… o ile jesteś tym, za kogo się podajesz!
Drago przypomniał sobie kazanie wygłoszone onegdaj przez wędrownego kaznodzieję. Trwało ono i trwało, albowiem zakonnik nie znał miejscowego języka i trzeba je było tłumaczyć, zdanie po zdaniu. Mimo to zgromadzeni na podzamczu osobnicy płci obojga chciwie nadstawiali uszu, żądni jakiegokolwiek urozmaicenia w ich monotonnym życiu.
– Mylisz się – odpowiedział stwór. – Bardzo się mylisz. Jesteście oszukiwani. To znaczy, jeśli mam być w pełni zgodny z prawdą, Pan mój jest przedwieczny i On nas z głębin swych wyemanował. Szkopuł w tym, że Adonai również istniał przed początkiem Czasu. Aliści on was nie uszczęśliwia – przeciwnie. Bez ustanku zsyła na was przeróżne plagi, choćby pod postacią chorób i nieszczęść wszelakich.
– Czyli zostałeś stworzony?
– Zostałem – niechętnie przyznał diabeł, jakby się tego wstydził. – Zaprawdę powiadam ci, przyjacielu, moc posiadam wielką i cząstkę jej mogę na ciebie przelać.
– Dlaczego chcesz to zrobić?
– Albowiem nie potrafię spokojnie zdzierżyć twojej krzywdy.
– Nie mam aż tak źle – odrzekł Drago. – Nie musisz się mną zamartwiać.
– Nie muszę, ale się o ciebie troszczę!
– Dzięki!
– Przyjemnie ci Drago?
– O tak, zaraz mi raźniej…
– Coś ci dam.
– Co?
– Ciekawyś! Pewien przedmiot. Pas.
– Pas? – zdziwił się Drago. – Nie potrzebuję…
– Obwiązujesz się sznurkiem. Widzę… Wiedziałem to jeszcze przed twoimi narodzinami.
– Jak to możliwe?
– My żyjemy poza czasem i przestrzenią. Czas i przestrzeń to złudy właściwe tylko ludziom. Nawet zwierzęta tego nie znają.
– Nie rozumiem.
– Rozumienie nie jest potrzebne. Wystarczy wiara. Ona cię uskrzydli.
– Będę latał?
– A chcesz?
– Niee… właściwie po co?
– Pas ci jest potrzebny, nie skrzydła. Pas uczyni cię potężnym i wielkim. – W dłoniach rozmówcy Drago pokazał się właśnie ten przedmiot, z pozoru jak najbardziej zwyczajny parciany pas, z rodzaju takich, jakimi ściska się kaftan.
– Załóż go.
Drago z wielkim strachem założył pas, przekonany święcie, iż zaraz stanie się coś niesłychanego. Tymczasem nie stało się nic, nic nie uległo zmianie.
– Co czujesz?
– Nic… A powinienem coś czuć? Chyba powinienem?
– Niekoniecznie. Przecież jeszcze nie jesteś gotowy.
– Gotowy do czego?
– Do szukania zemsty.
Drago odpiął pas. Diabeł jednak nie przyjął go z powrotem; zanim zniknął, co wnet nastąpiło, powiedział jedną rzecz: rzekł mianowicie, iż Drago musi strzec tego daru jak oka w głowie, bowiem ilekroć zapragnie szukać pomsty za swe krzywdy, pas umożliwi mu przemienienie się w potężnego wilka, a to z kolei zapewni mu nie tylko skuteczność, lecz i bezkarność.
Po tym spotkaniu Drago długo nie mógł usnąć. Nie spał przez kilka nocy, wiercił się na posłaniu (rozłożonym już na piecu, bo ziąb zaczął robić się coraz większy, co wskazywało na przedwczesną zimę), często wychodził z chaty, patrzył w czarne, bądź rozgwieżdżone niebo, i wyobrażał sobie, że jest drapieżnikiem, spragnionym surowego mięsa i świeżej krwi wilkiem, bądź chociażby człowiekiem – przewodnikiem wilków, o jakich opowiadali starzy bywalcy jednej gospody.
Bezsenność dokuczała mu, ale i ekscytowała. Niewątpliwie było to nowe doświadczenie, a dla młodego człowieka, do tego jeszcze żyjącego z dala od innych ludzi, każde nowe doświadczenie ma jakby posmak dotknięcia Tajemnicy, uwznioślającej Tajemnicy.
Córeczki narzekały na te ojcowe wypady, a najmłodsza, a i zarazem najodważniejsza, nawet ośmieliła się kiedyś na niego nakrzyczeć.
Źle trafiła! Drago nie należał do rodziców uległych wobec dzieci. Dla niego rozwrzeszczany bachor, własny czy cudzy, był tylko bachorem… Pacnął ją więc w ucho.
Niezbyt mocno, lecz na tyle silnie, żeby uparty dzieciar rozryczał się na dobre. Znów się na nią zamierzył… Teraz już wszystkie krzyczały. Opamiętał się i wybiegł na świeże, zimne powietrze.
Nagle obok niego stanął Świetlisty Człowiek. Drago już zapomniał o jego istnieniu. Drgnął.
„Nie tędy droga” – enigmatycznie rzekł przybysz i zaraz zniknął. Drago, trochę przestraszony, wrócił do chaty i dobrze zawarł jedyne drzwi, podpierając je balem.
Raz był na uczcie w zamku – oczywiście jako usługujący pachoł. (Przypomniał sobie o niej, kiedy znowu szedł przez las, sprawdzić zastawione sidła: ciągle bowiem dręczyło go pytanie, co poza kaszą będą jeść tej zimy i czy kaszy naprawdę starczy; dla niego i tych czterech nienasyconych istotek.) Był tylko raz i zdarzyło się to rok temu, ale nie umiał (nie chciał?) o tym zapomnieć.
Najpierw: gwar i nauki kuchmistrza, przestrzegającego przed wszystkimi możliwymi błędami. Nauki głównego kamerdynera; instrukcje wydawane przez przełożonego lokajów. Pocieszny strój, który musiał przyodziać. Niespokojnie migoczące światło licznych pochodni i jeszcze liczniejszych kaganków ze śmierdzącą oliwą – cuchnącą, lecz dającą dobre światło. Okna, w które wstawiono prawdziwe szyby z zielonkawego szkła. Wielki, ustawiony w podkowę stół. Na nim – bezcenne tkaniny. Ławy i zydle, krzesła z miękkimi oparciami. Hrabia i jego dwaj przyjaciele w haftowanych srebrem i złotem kaftanach. Hrabia – i jego marsowa mina. Przed nim – srebrny, powleczony cieniutką warstwą złota talerz (starszy sługa objaśnił mu, że nie jest to talerz szczerozłoty: szczerozłoty leży sobie spokojnie w żelaznej skrzyni i czeka na godniejszą okazję).
Zaczęło się od popisów muzyków i błaznów. Jeden z błaznów wzbudził szczególny entuzjazm gości, ponieważ przyprowadził na łańcuchu karlicę. Łańcuch przytwierdzony był do obroży, obroża zaś opasywała cienką szyję karliczki. Dziewka miała nawet dość przyjemne oblicze. Wcale nie była wystraszona. Publiczny występ musiał być dla niej nie pierwszyzną. Upadła na cztery kończyny i udawała psa. Goście pokładali się ze śmiechu. Błazen uczył karliczkę trudnej sztuki aportowania; ta zaś udawała ostatniego głąba – nic jej nie wychodziło. Pewną damę tak to rozbawiło, że po prostu puściła gazy.
– Och! – krzyknął gospodarz. – Nasza lady już pierdzi, mimo że nic jeszcze nie zeżarła! Pora na wniesienie jedzenia!
Na pierwszy ogień poszły półmiski z pieczonym ptactwem. Drago niósł bażanty. Tacę postawił tak nieszczęśliwie, że jeden ptak zsunął się z misy i zapaskudził obrus. Goście nie zareagowali; już myślał, że ujdzie mu to na sucho, lecz kiedy wrócił na swoje miejsce, poczuł silnego kuksańca: to przełożony zamkowych sług przypomniał mu o obowiązku czujności podczas posługiwania przy stole.
Przed każdym biesiadnikiem stały talerze w postaci spłaszczonych bochnów chleba; wśród nie do opisania zgiełku, goście sięgali do mis z mięsem i kładli je na tych spłaszczonych bochnach w kształcie nieregularnego prostokąta. Jedzono rękami; tylko najważniejszym biesiadnikom przysługiwały łyżki i noże, ale i oni woleli posługiwać się dłońmi. Główną atrakcją był upieczony niedźwiedź z wydłubanymi ślepiami, w których kaprys mistrza ceremonii umieścił kawałki brązowego cukru.