Rozdział 1
Listopad intensywnie pracował na swoją kiepską reputację. Było pochmurno i zimno, a powietrze pachniało dymem z kominów i nadciągającym deszczem. Albo i pierwszym śniegiem, który przy tej temperaturze szybko zmieni się w pluchę.
Miałam nadzieję, że zdążę wrócić, zanim zacznie padać, ale na wszelki wypadek zabrałam woskowaną kurtkę i solidne buty. Choć wolałabym zostać pod kocem.
Z Mironem i Salcią pilibyśmy hektolitry herbaty, oglądając seriale i grzejąc się w domowym ciepełku, które stanowiło jedyny przebłysk światła w tym upiornym miesiącu. Miałam wszystko, czego mi było potrzeba. Miron po miesiącach nieobecności zakotwiczył w domu. Salcia wpasowała się w nasze życie zaskakująco dobrze, choć wciąż potrzebowała czasu, by się w pełni zaaklimatyzować. Radziła sobie nieźle. Przynajmniej za dnia. Noce to zupełnie inna kwestia.
Mogłabym się przyzwyczaić do tego niespiesznego trybu... najprawdopodobniej. Może po jakimś czasie zaczęłoby mi brakować akcji, ale nie pogardziłabym okazją do sprawdzenia, jak długo dałabym radę funkcjonować w sielskiej beztrosce.
Nawet thornowe trupy szanowały moją potrzebę ciszy i spokoju. Od dwóch tygodni nie działo się w mieście nic poważnego. Żadnej zbrodni, żadnego makabrycznego odkrycia. Nic, co wymagałoby natychmiastowej reakcji Namiestniczki Thornu. I dobrze. Naprawdę potrzebowałam odpoczynku. Dochodziłam do siebie po upiornej sprawie Latarnika i masowych grobów. Czasami odpływałam myślami i nagle znów stałam w lesie, na terenie wilczego terytorium, słysząc łopoczące na wietrze liczne chorągiewki. Cholernie liczne. Katia oznaczyła nimi wszystkie miejsca, w których wyczuła obecność szczątków. Wir traumy wciągnął mnie z powrotem, prosto do chwili, w której zrozumiałam, że to będzie koszmar. Intuicja mnie nie zawiodła - to była jedna z najgorszych spraw w mojej karierze. Zmieniła mnie, ale też - w co chciałam wierzyć - zmieni coś w funkcjonowaniu mojego miasta... Tyle że zmiany nie następują same z siebie. Wymagają pracy, "wychodzenia" nowych rozwiązań i wsparcia u odpowiednich osób, dyskusji o budżecie i potrzebach. Dorzucało mi to sporo dodatkowych obowiązków i wyzwań.
I właśnie dlatego musiałam wyjść w tę paskudną pogodę. Miałam umówione spotkanie z Romanem. Gdybym się nie stawiła, wampirzy Książę marudziłby tygodniami. Poprzedniego wieczoru dzwonił, by się upewnić, czy pamiętam. A co gorsza, wysłał mi link do wirtualnego kalendarza, w którym odnotowano datę i godzinę.
Byłam pewna, że stała za tym Daria. Roman, choć zachowywał się bardzo współczesnie jak na wampira, dotąd nie odczuwał pociągu do cyfryzacji. Wampirzyca rocznikowo była młodsza ode mnie, co samo w sobie uważałam za nieco niepokojące. Przywykłam raczej do tych kilkusetletnich, ledwie nadążających za technologią. W kontaktach z wampirami zazwyczaj wykorzystywałam swoją przewagę w obyciu ze współczesnym światem. Z Darią ten numer nie działał.
I właśnie dlatego wczesnym rankiem maszerowałam zamglonymi ulicami Thornu, klnąc pod nosem i raz po raz stawiając kołnierz kurtki, by lodowata wilgoć nie pełzała mi po skórze.
Mgła była gęsta i żółtawa jak smog. Smakowała kwaskowato i pachniała siarką. Gdyby nie sezon grzewczy, czujnie rozglądałabym się za oznakami demonicznej aktywności. Kilka ostatnich dni - a zwłaszcza nocy - było naprawdę zimnych, więc mieszkańcy dogrzewali domy i mieszkania. Bez wiatru dym wisiał nad miastem, a w połączeniu z mgłą tworzył niepokojącą zawiesinę.
Pchnęłam drzwi eleganckiego pałacyku w centrum - oficjalnej siedziby gniazda i prywatnych kwater Romana. Na widok Gregora, lokaja, wymamrotałam powitanie. Nie zatrzymał mnie, tylko machnął ręką w stronę ukrytej klatki schodowej. Albo miał dostęp do naszego wirtualnego kalendarza, albo chwilowo zrezygnował z prób kontrolowania, kiedy mogę, a kiedy nie mogę odwiedzać jego szefa.
Przynajmniej mieliśmy to już wyjaśnione. Pracował tu ledwie od czterech lat i wciąż kalibrował swoje wyobrażenie o powadze książęcego urzędu. Miał na karku czterdziestkę, najwyżej czterdzieści pięć lat, ale czasem wyłaziła z niego archaiczna odmiana konserwatyzmu. Nadal nie do końca ogarniał, jak kobieta może być Namiestniczką albo jak może rozmawiać z Księciem inaczej, niż klęcząc u jego stóp, z pokornie pochyloną głową.
*
Wspinałam się na najwyższe piętro, w całości zajęte przez okazały apartament Romana. W połowie drogi rozpięłam kurtkę i odplątałam szalik z szyi.
Drzwi do apartamentu zastałam uchylone. Dziwne - zwykle Roman był ostrożniejszy. Nawet z lokajem na parterze i setką wampirów rezydujących w pałacu zawsze zamykał drzwi.
- Roman? - zawołałam ostrożnie, a moja ręka odruchowo powędrowała w stronę kabury z glockiem.
- Robię ci kawę! - odkrzyknął.
- Skąd wiedziałeś, że nie zdążyłam wypić w domu? - spytałam zaskoczona.
- Zwykle pokonujesz te schody prawie czterdzieści sekund szybciej. Choć przyznaję, ostatnio wchodziłaś na wkurwie, więc może muszę od nowa skalibrować pomiary.
- Żartowniś - mruknęłam, wchodząc do mieszkania.
Ściągnęłam kurtkę i szalik, zawiesiłam je na eleganckim stojaku na płaszcze. Miał rację - po schodach wlokłam się niemiłosiernie. Byłam wyczerpana i desperacko potrzebowałam kawy. Najlepiej w kroplówce.
Może to listopad... A może wszystko inne, pomyślałam, wchodząc do salonu.
Stanęłam przed panoramicznym oknem, które nijak nie pasowało do stereotypowego leża wampira. Poza tym o tej porze roku można było przez nie dojrzeć tylko smog i szarość ołowianych chmur.
Na sąsiedniej ścianie wisiał abstrakcyjny obraz - czerwienie i oranże wylewały się z ram, tańczyły jak płomienie. Gdy zmrużyłam oczy, niemal widziałam, jak migoczą. Wzdrygnęłam się.
Opadłam na kanapę i przetarłam powieki. Byłam tak piekielnie zmęczona, że musiałam walczyć z sennością, gdy tylko ciało przybierało względnie komfortową pozycję. Ostatnie noce wyssały mnie do cna.
Roman krzątał się w kuchni jak rasowy gospodarz. Dobiegło mnie znajome buczenie ekspresu. Choć preferował herbatę, kupił luksusowy włoski ekspres ciśnieniowy - może po to, by podnieść ciśnienie swoim gościom, którzy wpadali do niego w innym celu niż pogaduszki. Ale dopóki serwował mi filiżankę - albo wiaderko! - boskiego naparu, nie zamierzałam zaglądać mu w garnki.
W grafitowych spodniach z mięsistej flaneli i czarnym kaszmirowym swetrze wyglądał doskonale. Zaczesane do tyłu włosy, wciąż lekko wilgotne po kąpieli, kręciły mu się za uszami. Pachniał elegancko i wyglądał, jakby miał życie pod kontrolą - poukładane i działające jak sprawnie naoliwiona maszyna. A jego liczny personel regularnie smarował tryby tej maszyny.
Ja, w wytartych dżinsach i bluzie z kapturem, prezentowałam się jak obwieś. Odruchowo przygładziłam włosy. Nie byłam pewna, czy dziś w ogóle się czesałam. Moje życie - jeśli przypominało maszynę, wymagało przeglądu, wymiany paru części i solidnego smarowania. A przecież dopiero co miałam kilka dni urlopu.
Roman spojrzał na mnie uważnie. Żaden szczegół mu nie umknął - ani cienie pod oczami, ani wymięta bluza. Był piekielnie spostrzegawczy. A ponieważ uchodziliśmy za przyjaciół, nie miał oporów przed komentowaniem rzeczy, które wypadałoby przemilczeć.
- Czyżby powrót twojego diabła oznaczał nieprzespane noce? Nadrabiasz miesiące posuchy? - rzucił złośliwie, ze znaczącym uśmieszkiem.
- Gdyby chociaż chodziło o to, co sugerujesz. - Westchnęłam i znów potarłam oczy. Pod powiekami czułam piasek. Spałam tak mało, że nawet orgazm nie zdołał osłodzić tego nieszczęścia.
Roman popatrzył pytająco. A że zapach kawy już unosił się w powietrzu, a on potrafił być małostkową łajzą, która odmawia gościowi kawy, postanowiłam powiedzieć, w czym rzecz.
- To przez Salcię. Wiesz, małą salamandrę, która z nami mieszka. Ma koszmary. A te wywołują ogień... często szybciej, niż zdoła się obudzić. Każdy taki sen może skończyć się pożarem. Do tego mała doświadczyła w życiu tylu paskudnych rzeczy, że koszmary mają się czym karmić.
Roman słuchał w milczeniu. Zapiekły mnie oczy, jak nic od piasku pod powiekami.
- Nie mogę spać. A nawet jeśli zasnę, budzę się co godzinę i sprawdzam, czy wszystko z nią w porządku. Z gaśnicą w pogotowiu i nadzieją, że to wystarczy, by ujarzmić magię salamandry.
Na twarzy Romana pojawił się niepokój. Jak nic obliczał w myślach odległość mojej kamienicy od swojego pałacu.
- A Miron? - zapytał. - Przecież jest na miejscu. Jako pyr chyba bez trudu stłumi ogień, nawet magiczny.
Pokiwałam głową.
- W dzień daje radę. Ale nocą... Cóż, śpi snem sprawiedliwego, więc obudzi go niewiele poniżej wystrzału - przyznałam.
Dwie noce temu musiałam nim nieźle potrząsnąć, gdy odezwał się czujnik zamontowany w sypialni Salci.
- Ręce pełne roboty. Jak to z dzieckiem - podsumował Roman.
Nigdy go nie pytałam, czy miał dzieci w przedwampirzym życiu. Odchował całe stadko młodych wampirów, ale to zupełnie inna liga - tam problemy zwykle wiązały się z brakiem kontroli i przegryzaniem tętnic. Z dwojga złego wolałam jednak zrywać się na dźwięk czujnika dymu.
- Byłoby łatwiej, gdyby nie została straumatyzowana przez drania, który trzymał ją w klatce i wykorzystywał do podpaleń - powiedziałam cicho.
Na samą myśl o tym łajdaku fantazjowałam o przemocy. I żałowałam, że nie mogę go dopaść, by pokazać mu, gdzie popełnił życiowy błąd.
- Rany się goją, blizny bledną. Z czasem przestają mieszać w snach - odparł Roman spokojnie.
Przytaknęłam.
- Damy radę. To dopiero dwa tygodnie poza piekłem. Szukamy terapeuty, który ogarnia takie przypadki. Do tego czasu ma Joshuę. A Miron uczy ją kontrolować płomienie, świadomie i podświadomie. Mała robi postępy. To wszystko proces, prawda? - powiedziałam i aż się skuliłam, słysząc drżenie we własnym głosie.
Nie chodziło o to, że nie cieszyłam się jej obecnością. Polubiłam to dziecko. Widziałam, ile znaczy dla Mirona i jak bardzo nas potrzebuje. Jego bardziej, ale do mnie też zaczynała się przyzwyczajać. Po prostu tęskniłam za przespanymi nocami i miałam nadzieję, że mała powoli oswoi się z nową sytuacją, a koszmary miną.
- Lepiej nie mogła trafić. Nikt przy zdrowych zmysłach by jej nie wziął, ale wy nigdy rozsądkiem nie grzeszyliście - skwitował Roman, stawiając przede mną filiżankę kawy. Potem przez dłuższą chwilę przyglądał mi się spod zmarszczonych brwi.
- Jest coś jeszcze - powiedział z naciskiem. - Już dzień. Nie boisz się, że mała podpali mieszkanie, bo jest z nią diabeł. A mimo to jesteś kłębkiem nerwów. Słyszę twoje tętno, znacznie podwyższone. Dwa tygodnie urlopu to za mało, by aż tak ci siadła kondycja, a te schody wykończyły. Czego mi nie mówisz?
Był zbyt spostrzegawczy. Cholerne wampirze zmysły! Z drugiej strony... może dostrzeże coś, czego ja nie widzę? Pod całą tą wampirzą otoczką nadal krył się niegdyś potężny magiczny.
- Też mam koszmary. Zasypiam na chwilę i od razu spadam w czeluść.
Uniósł brew z zainteresowaniem. Wzruszyłam ramionami.
- Rano nic nie pamiętam. Budzę się przerażona, ale nie wiem czym. Zostają tylko strzępy emocji. Żadnych obrazów, wizji, proroctw, wizyt bóstw. Tylko lęk.
- Od kiedy? - zapytał.
Niemal widziałam, jak w jego mózgu zapalają się żaróweczki, a myśli tworzą siatkę powiązań.
Pokręciłam głową.
- To nie ma nic wspólnego z Latarnikiem i tamtą sprawą. Ani z Salcią. Zaczęło się kilka dni temu, wraz z uporczywym wrażeniem nadciągającej katastrofy. Nie wiem co ani kiedy, ale czuję, że coś pierdolnie.
Roman skrzywił się i burknął:
- Nie wywołuj wilka z lasu, Dora. Starczy nam katastrof w tym roku.
Miał rację. Miasto wciąż dochodziło do siebie po wydarzeniach z końca października. Masowe groby prawie trzydziestu kobiet, przedsiębiorczy zwyrodnialec z szamańskimi umiejętnościami oraz seryjny zabójca do wynajęcia - doskonały przepis na upiorną sprawę i koszmary. Ludzka deprawacja zdawała się nie mieć granic, a im dłużej pracowałam w swoim fachu, tym mniej mnie dziwiło, jak daleko może posunąć się złoczyńca.
Mieszkańcy Thornu nie znali wszystkich szczegółów, ale nawet okrojona wersja wydarzeń była makabryczna.
I sprawa nadal nie została całkowicie zamknięta.
Siergiej i Taszka Ratelowie, rodzeństwo miodożerów, stracili siostrę z rąk tego samego zwyrodnialca. Po tym, jak wspólnie rozpieprzyliśmy lokalną filię organizacji Latarnika i jego samego, ruszyli z własną akcją odwetową. Celowali nie tylko w zbrodnicze korpo Latarnika i jego wszystkie odłamy, lecz także w jego klientów. Daria namierzyła ich po przelewach i operacjach bankowych. Od czasu do czasu dostawałam od Taszki pocztówki z kolejnych miast. Robiło mi się cieplej na sercu, gdy myślałam o wyczynach miodożerów.
Choć nie ukrywam - cieszyłam się, że robią to poza moim terytorium.
Bogna dopiero w zeszłym tygodniu zidentyfikowała ostatnie z niemal trzydziestu ciał, które Katia wydobyła z masowych grobów. Porównywanie szczątków z aktami zaginionych kobiet okazało się żmudne, ale przyniosło efekty. Spotkałyśmy się z rodzinami wszystkich ofiar. Każda zamordowana miała już godny pochówek i imię na nagrobku. A dom pogrzebowy Kamala znów należał tylko do niego - przestał robić za tymczasową przechowalnię szczątków.
Miałam sporo do przetrawienia. Mimo to byłam pewna, że moje koszmary w żaden sposób nie wiązały się ze sprawą Latarnika. Wywoływało je i podsycało coś innego. Czasami łapałam w nich strzępy czyjejś obecności - za mało, by ją rozpoznać, ale dość, by doprowadzała mnie na skraj nerwicy.
- Czułabym się lepiej, gdybym je pamiętała - przyznałam.
- Może wywar wspomagający pamięć? Albo rytuał świadomego śnienia? - podsunął Roman.
Skinęłam głową.
- Pomyślę o tym.
Taki już urok koszmarów wiedźmy. Trudno rozgraniczyć, gdzie kończą się zwykłe złe sny, a zaczynają wizje i proroctwa. Nie miałam typowego daru prekognicji, ale kilka razy sny uratowały życie moje i moich bliskich.
Wzięłam głębszy oddech, zepchnęłam emocje w kąt i upiłam łyk kawy.
- Dobra, koniec pogaduszek. Chciałeś mi coś pokazać?
- Najpierw wypij. Masz być w lepszym humorze, zanim przejdziemy do konkretów - zarządził Roman.
Upiłam kolejny łyk. Mocna jak szatan, słodka jak ulepek i ledwie muśnięta odrobiną mleka. Musiałam się powstrzymać, żeby nie wychylić filiżanki jednym haustem i nie walnąć nią w blat jak kuflem w karczmie. Szkoda porcelany, pomyślałam, próbując delektować się smakiem.
Roman uśmiechnął się pod nosem, poszedł do kuchni i wrócił z niemal pełnym dzbankiem. Postawił go przede mną jak trofeum. Pod pachą niósł plik teczek formatu A2.
- Nic dziwnego, że masz opinię czytającego w myślach - burknęłam.
- Masz napisy na twarzy - odparł. - Twoje pragnienie było doskonale czytelne.
- Dobra, w czym rzecz? - zapytałam, prostując się, zanim miękkość kanapy i aromat kawy rozleniwiłyby mnie na dobre.
Roman zatarł dłonie i zaczął mówić z entuzjazmem godnym lidera piramidy finansowej.
- Chciałaś komisariat! A ja obiecałem, że znajdę odpowiedni budynek. Mam kilku poważnych kandydatów.
Zaczął rozkładać teczki na szklanym stoliku. W każdej były schludnie złożone błękitne arkusze planów architektonicznych i pliki kartek. Niektóre wyglądały na bardzo stare, inne jakby dopiero co wyszły z drukarki.
Wzięłam pierwszą z brzegu partię papierów. Przez chwilę gapiłam się na siatkę linii i kwadratów, ale niewiele do mnie docierało. Przewracałam szeleszczące kalki, próbowałam ogarnąć nakładające się rzuty i poprawki nanoszone różnymi kolorami atramentu - bez skutku. Nawet z grubsza nie umiałam ocenić, jak duży jest budynek.
- A nie możemy po prostu obejrzeć ich na żywo? - zapytałam po minucie bezcelowego gapienia się na enigmatyczne zapisy.
Roman westchnął, wygładził dłonią kolejne arkusze i rzucił:
- Możemy. Ale tu lepiej widać potencjał. Na miejscu... cóż, głównie braki.
W jego głosie wyłapałam ostrożność, która z miejsca rozbudziła moją podejrzliwość.
- Jakie braki?
Machnął ręką, niby lekceważąco, ale spojrzenie uciekło mu w bok.
- A różne. Tu brakuje kilku okien, tam trzeba pociągnąć prąd... Takie tam drobne remonty.
- Nienawidzę remontów - burknęłam.
- Spójrz na to z dobrej strony...
- Remont ma jakieś dobre strony? - zdziwiłam się.
- Oczywiście. Budynek otrzyma drugie życie i przestanie szpecić nasze piękne miasto. A gdy skończymy, będziesz miała lokal idealnie dopasowany do swoich potrzeb. W sumie im większy remont, tym większa kompatybilność z twoimi planami.
Nie miałam wielkiego doświadczenia z remontami, ale nie byłam zupełnie zielona. Kiedy wiele lat temu kupiłam mieszkanko w Toruniu, trafiłam na ruinę, która wymagała więcej niż odświeżenia. Wciąż wzdrygałam się na wspomnienie spotkań z fachowcami, wyceny i zakupów w marketach budowlanych. Pamiętam, jak siedziałam i ryczałam w rozbebeszonej łazience, gdzie nie działało nic. Ekipa porzuciła mnie dla lepszej roboty po drugiej stronie miasta. Obiecali, że będą do mnie wpadać "w nadgodzinach" - czyli na godzinkę czy dwie po południu. Przez dwa miesiące kąpałam się w komisariacie, a do innych rzeczy musiała mi wystarczyć turystyczna toaleta.
Zadrżałam na to wspomnienie i odruchowo przycisnęłam ręce do brzucha.
Roman, trzeba mu to oddać, zawsze wiedział, co powiedzieć.
- Ja się zajmę remontem - zadeklarował tonem, który dla moich uszu zabrzmiał jak najsłodsza melodia.
- Dostanę to na piśmie? - upewniłam się, zanim dałam się ponieść nadziei.
Prychnął.
- Zatrudnię ekipę, będę kontrolował przebieg prac, dopilnuję każdego szczegółu. Będzie pani zadowolona, kierowniczko. - Uśmiechnął się szeroko.
I słowo daję - wyglądał, jakby naprawdę cieszył się na tę myśl. Zaczęłam podejrzewać, że jego miłość do nieruchomości, budowania i remontów to jakaś nieznana mi z nazwy dewiacja.
- Słowo honoru? - zapytałam jeszcze raz.
Uniósł dwa palce do przysięgi.
- Mam kilka ekip, które pracują dla mnie w mieście, wszystko z nimi ustalę - zapewnił.
Odetchnęłam.
- No dobra. Idziemy obejrzeć te cuda - zdecydowałam.
Roman westchnął i zaczął składać plany architektoniczne. Ewidentnie był nieco rozczarowany, że nie chciałam się w nie wgapiać przez kolejną godzinę.
Cóż, wolałam sprawdzić na własne oczy, czy budynki w ogóle stoją, skoro oficjalna prośba o wyznaczenie lokalu na potrzeby komisariatu poszła do Starszyzny. Roman raczej nie opchnąłby mi dziury w ziemi, ale Gardiasz? Mój najmniej ulubiony członek Starszyzny miał interes w utrzymywaniu chaosu. Jako Pan Umarłych był raczej przeciwnikiem reform.
Miałam rację. Na planach nie było najważniejszej informacji: w jakim stanie są te budynki. Wszystkie były w opłakanym. Wymagały nie drobnego remonciku i świeżej warstwy farby, tylko egzorcyzmów budowlanych. Czułam się jak na wycieczce po ruinach Thornu.
Pierwszym obiektem okazał się piętrowy bliźniak pod miastem. Opuszczony pewnie od trzech dekad. Przynajmniej jedna połowa, bo druga chyba nigdy nie wyszła poza stan surowy zamknięty. Dach istniał tylko symbolicznie, a przy wejściu musiałam się schylić, żeby nie zahaczyć głową o rynnę. W środku zastałam ruinę i trzypokoleniową rodzinę dzikich kotów, która agresywnie zaczęła bronić terytorium przed złym wilkiem i podejrzanym wampirem. W powietrzu unosił się ciężki zapach kociego moczu, choć wszystkie okna były wybite, a po pokojach hulał wiatr. Stąpałam ostrożnie po wilgotnym, wypaczonym parkiecie i gryzłam się w język, żeby nie przeklinać.
- Możemy jechać do następnego? - powiedziałam tylko.
Roman miał dość tupetu, by zapytać:
- Nie dostrzegasz potencjału?
- Jeśli zapragnę nakręcić film postapo, miejscówka jak znalazł.
Drugi budynek okazał się ciasną plombą wciśniętą między okazałe kamienice. Jego jedynym atutem była lokalizacja - samo centrum miasta. Niestety, największe pomieszczenie miało trzy metry szerokości i ciągnęło się na dwadzieścia. Małe okienko z przodu nie dawało rady oświetlić reszty przestrzeni. Idealne miejsce, gdybym planowała zatrudnić kompanię ślepych jamników.
Uniosłam rękę i dotknęłam sufitu bez stawania na palcach. Jamnikom czy hobbitom wysokość pomieszczeń może nie robiłaby różnicy, ale większość piekielników, pierzastych i zmiennych raczej czułaby się tu jak w trumnie. O zahaczaniu głowami o lampy nie wspominając.
- Dobra, Roman, czy możemy już pojechać do budynku, który naprawdę chcesz mi opchnąć? - zapytałam.
- Pojęcia nie mam, o czym mówisz - odpowiedział z niewinną miną.
- Chciałeś dać mi złudzenie wyboru, ale już zdecydowałeś. Pokazujesz mi te ruiny, żeby "ten właściwy" budynek wypadł korzystniej na ich tle.
- To wysoce obraźliwe sugestie - nadął się teatralnie.
- Co najwyżej drażni cię, że się zorientowałam. Skróćmy tę grę wstępną i przejdźmy do rzeczy. Jest za zimno i za mokro na bezcelowe spacerki. Załatwmy to, a potem wróćmy do ciebie ustalić szczegóły. Tam, gdzie ciepełko, kawa i ciasteczka.
- Skąd pomysł, że mam ciasteczka? - zapytał, ale uśmiech czaił mu się w kąciku ust.
- Bo twoja gospodyni jest wspaniałą kobietą i nie zostawiłaby ciebie, a mnie przy okazji, na pastwę listopada bez ciasteczek.
Machnął ręką.
- Dobra, ruszajmy. Tylko zachowaj otwarty umysł.
*
Cóż, trzeci budynek - starsza dwupiętrowa kamienica - naprawdę wymagał otwartego umysłu. Owszem, był w lepszym stanie niż poprzednie, ale poprzeczka wisiała tak nisko, że wystarczyło, by miał dach i okna. Nadal wymagał generalnego remontu, nie miałam złudzeń, ale przynajmniej nie był wystawiony na pastwę żywiołów przez ostatnie dekady.
Mieścił się zaledwie pięć minut od siedziby Starszyzny, kwadrans od mojego mieszkania. Głęboka piwnica świetnie nadawała się na biuro koronera, z chłodnią, pomieszczeniami na sekcje, laboratorium i gabinetem. Obchodziłam puste pokoje. Zaczynałam widzieć tu potencjał.
- I jak? - zapytał Roman, stojąc w drzwiach z rękami w kieszeniach płaszcza. Jak nic trzymał kciuki.
- Remont potrwa miesiące - zauważyłam.
- Raczej rok - poprawił mnie. - Wszystkie instalacje trzeba wymienić, całą resztę zrobić od zera.
- To będzie kosztować fortunę. Nie chcę zmarnować całego budżetu na budynek i remont.
- Budynek dostaniecie w darowiźnie - powiedział lekko Roman.
- Od kogo? - zdziwiłam się. - Należy do miasta?
- Należy do mnie.
- Oczywiście, że do ciebie. Czy gromadzenie nieruchomości to jakaś wampirza przypadłość, czy twoje osobiste zboczenie?
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Oczywiście, że nie wiesz.
Rozejrzałam się raz jeszcze. Naprawdę mogłam sobie wyobrazić w tym miejscu komisariat. Coś ścisnęło mnie w gardle. Nadal trudno mi było uwierzyć, że moja histeria po odkryciu zbiorowych grobów rzeczywiście coś zmieniła. W miastach takich jak Thorn wszystko toczyło się siłą rozpędu. Członkowie Starszyzny mieli po kilkaset lat (lub więcej, nie licząc Borysa, który był po czterdziestce) i czas płynął im inaczej. Co nagle, to po diable, po co coś zmieniać, po co się spieszyć... Klasyczny zestaw wymówek, żeby zostawić wszystko po staremu - nawet jeśli dawno przestało działać.
- Czyli co, mamy to? - zapytał wampir.
- Tak myślę. Choć rok remontu nadal mnie przeraża - przyznałam.
- Minie jak z bicza strzelił - zapewnił, a oczy jarzyły mu się entuzjazmem. Dewiant, jak nic.
- W piwnicy urządzimy biuro koronerki, więc chłodnie i reszta, instalacja musi to wytrzymać.
- Tym się nie martw, wytrzyma wszystko! Moja w tym głowa.
*
Wyszliśmy na ulicę. Siąpiło smętnym deszczem, a zimno natychmiast zaczęło wdzierać mi się pod kurtkę. Założyłam kaptur. Chciałam coś powiedzieć, ale nagle wezbrała we mnie fala emocji. Serce waliło mi w piersi, dostałam zawrotów głowy, do tego żołądek ścisnął się jak pięść. Kwas podszedł do gardła, ostry ból szarpał wnętrznościami, jakbym umierała z głodu. Jęcząc, oparłam dłonie na kolanach i pochylona do przodu, czekałam, aż przejdzie. Mięśnie mi drżały, jakbym właśnie przebiegła maraton, a pot spływał wzdłuż kręgosłupa.
- Co jest? - zaniepokoił się Roman.
- Nie wiem... Coś - wydyszałam.
- Magia?
- Cholera wie...
Nie rozpoznałam smaku magii na języku, moje osłony nie reagowały, ale czułam się bombardowana emocjami. Nie należały do mnie. Własne ataki paniki znałam doskonale - ten był inny. Do tego potworny głód szarpał mnie od środka, jakbym pościła od tygodnia.
- Co mogę zrobić? - zapytał wampir, a w jego głosie brzmiała autentyczna troska. Musiałam wyglądać fatalnie.
- Chcę jeść - rzuciłam krótko. Nie miałam pewności, czy to pomoże, ale wiedziałam, że nic lepszego nie wymyślę, skręcając się z głodu.
- Czy ty aby nie jesteś w ciąży? - zapytał podejrzliwie.
- Roman! - warknęłam.
- No co? Kto wie, czy ciąża z diabelskim nasieniem nie przebiega... gwałtownie?
Wyprostowałam się, wciąż czując zawroty głowy.
- Jestem w połowie wiedźmą płodności, myślisz, że potrzebowałabym diagnozy wampira, bo sama przegapiłabym ciążę?
Wzruszył ramionami, nadal zaniepokojony. Choć nie tak bardzo jak ja.
Krew szumiała mi w uszach, serce tłukło się w piersi, a płuca płonęły, jakbym przebiegła sprintem całe miasto. Jakaś obecność otarła się o moją świadomość - zbyt krótko, bym mogła ją uchwycić, ale byłam prawie pewna, że już ją czułam. W koszmarach.
Rozejrzałam się, szukając spojrzeniem potencjalnego źródła kłopotów. Ulica była pusta. Wzięłam głęboki wdech, przytrzymałam powietrze w płucach i wypuściłam wolno, żeby nie zacząć hiperwentylować.
- Szkoda, że nie pamiętasz swoich snów - rzucił nagle Roman.
Spojrzałam na niego spod zmarszczonych brwi.
- Coś z tym trzeba będzie zrobić, nie? - mruknęłam. Jeśli koszmary i ten dziwny atak miały jakiś związek, musiałam to wiedzieć. Zanotowałam w myślach, że trzeba zamówić zioła u Jemioły. Albo u Witkaca. Miał lepszych dostawców.
Roman nadal wyglądał na zaniepokojonego, mimo to rzucił z przekąsem:
- Jeśli to apokalipsa, możesz ją przesunąć na po Nowym Roku? Mam plany na sylwestra.
Zaoferował mi ramię, ale nie mogłam sobie pozwolić, by pół miasta widziało mnie wiszącą na nim jak wiotka debiutantka.
- Nie wygłupiaj się - powiedziałam i ruszyłam w stronę pałacu. - Muszę kupić jakieś żarcie, zanim wrócimy do ciebie. Dużo żarcia.
- Diabelski pomiot potrzebuje kalorii? - zażartował, doganiając mnie.
Dźgnęłam go łokciem.
- Mówisz, że masz plany na sylwestra? Uwzględniają może młodą, zadziorną wampirzycę? Jak tam Daria? Napięcie rośnie?
Prychnął.
- Jak będziesz miła, wypożyczę ci ją na noc jako niańkę dla Salci. Zaliczę jej to jako godziny społeczne dla dobra miasta. W twoim stanie sen jest szczególnie ważny - dodał.
Uchylił się, zanim zdążyłam go szturchnąć. Ból mnie spowalniał. Nie byłam sobą.