Wilk w owczej skórze - Linda H. Staaf

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

To było naj­pięk­niej­sze ciało, ja­kie oglą­dał od dawna. Gdy cienka jak osa ta­lia wy­gi­nała się przed nim na łóżku, wpa­try­wał się w jędrny, wy­tre­no­wany ty­łe­czek, który po­woli bu­jał się w przód i w tył. Gładka skóra do­wo­dziła, że dziew­czyny wciąż była młoda i nie­do­świad­czona. Roz­piął jej biu­sto­nosz i po­pro­sił, żeby się od­wró­ciła. Te­raz miał przed sobą piersi o roz­mia­rach me­lo­nów, jedne z naj­więk­szych, ja­kie wi­dział. Nie­sa­mo­wi­cie go pod­nie­cały. De­li­kat­nie do­ty­kał ję­zy­kiem sut­ków, a ona za­częła ci­cho ję­czeć. Nie było wąt­pli­wo­ści, że go pra­gnie. Jesz­cze kilka po­ca­łun­ków, a po­tem...

Chri­stian St?hl wy­bu­dził się gwał­tow­nie ze snu i kilka se­kund za­jęło mu zo­rien­to­wa­nie się, że za­re­ago­wał na alarm w ko­mórce. Mocno jesz­cze za­spany wy­cią­gnął rękę i do­tknął ekranu, żeby włą­czyć drzemkę. Ni­czego bar­dziej nie pra­gnął niż po­wrotu do snu.

Kurde, zu­peł­nie jak­bym po­ło­żył się spać przed chwilą, po­my­ślał i na­gle po­czuł, jak bar­dzo jest spra­gniony. Wy­schnięte pod­nie­bie­nie było jak pa­pier ścierny dla ję­zyka. Gdyby nie to, że głowę miał jak z oło­wiu, wy­grze­bałby się z łóżka wcze­śniej, ale tego ranka całe jego ciało wrzesz­czało, że nie po­wi­nien słu­chać ro­zumu - trzeba było po pro­stu wy­łą­czyć alarm i spać da­lej.

Po chwili le­że­nia bez ru­chu naj­wy­raź­niej udało mu się jesz­cze zdrzem­nąć, bo przy­śniło mu się źró­dło zim­nej wody, po czym bu­dzik znów za­dzwo­nił.

Cią­gle jesz­cze za­spany zmu­sił się do tego, by usiąść na łóżku. By­wały już w jego ży­ciu chwile, w któ­rych czuł się le­piej. Po­my­ślał, że wie­czo­rem wy­pił chyba o kilka pi­wek za dużo, i przy­po­mniał so­bie, że nie było warto, bo przez cały wie­czór nie spo­tkał ani jed­nej faj­nej la­ski.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej wy­szedł spod prysz­nica i po­ma­lutku od­zy­ski­wał siły. Zro­bił kilka wy­ma­chów ra­mio­nami, żeby roz­grzać mię­śnie. Po­my­ślał, że miło bę­dzie wró­cić do Öster­sund.

Od pra­wie ty­go­dnia sie­dział w ?re, ochra­nia­jąc szczyt eu­ro­pej­skich mi­ni­strów do spraw śro­do­wi­ska i ener­gii.

Przez cały ty­dzień ab­so­lut­nie nic się nie działo. Co­dzien­nie po­li­cjanci byli go­towi do na­tych­mia­sto­wej ak­cji. Tylko cze­kali na sy­gnał. Nic jed­nak nie na­stą­piło. Żad­nych de­mon­stran­tów. Żad­nych in­cy­den­tów. Taka sy­tu­acja okrop­nie go de­ner­wo­wała.

Wy­ko­nał jesz­cze kilka szyb­kich ru­chów, żeby po­bu­dzić krą­że­nie. Po­tem ścią­gnął z wy­tar­tego drew­nia­nego stołka spodnie od mun­duru i je wło­żył, wciąż czu­jąc sztyw­ność w ciele. Bo­lała go głowa. Miał pa­skudny smak w ustach.

Na­cią­gnął ciem­no­nie­bie­ską ko­szulkę, która była jesz­cze na tyle świeża, by wy­trzy­mać ko­lejny dzień. Stwier­dził jed­nak przy oka­zji, że robi się za mała i cia­sno opina mu mię­śnie na piersi. Uśmiech­nął się, gdy wspo­mniał, jak młode dziew­czyny rzu­cały mu pełne po­dziwu spoj­rze­nia, gdy prze­cha­dzał się w po­li­cyj­nym mun­du­rze po uli­cach Öster­sund. Naj­lep­sze ubra­nie do rwa­nia la­sek. Ele­ganc­kie gar­ni­tury nie mo­gły się z nim rów­nać.

Chri­stian wró­cił do ła­zienki, wy­jął z szafki piankę do wło­sów i za­cze­sał swoją krótko przy­cięte włosy do góry i lekko na ukos. Po­pa­trzył z za­do­wo­le­niem na wła­sne od­bi­cie w lu­strze. Po­tem opu­ścił wzrok i spoj­rzał na ze­ga­rek. Pięt­na­ście po siód­mej. Miał jesz­cze sporo czasu na śnia­da­nie przed roz­po­czę­ciem zmiany. Może po­wi­nien za­dzwo­nić i spraw­dzić, czy wszystko go­towe na prze­wie­zie­nie mi­ni­strów na lot­ni­sko Frösön po po­łu­dniu?

Kiedy za­mknął drzwi do ho­te­lo­wego po­koju i szedł w stronę ja­dalni, wy­jął z kie­szeni te­le­fon. Le­piej spraw­dzić o je­den raz za dużo niż o je­den raz za mało. To ostatni dzień tej mi­sji, a jego za­da­niem było do­pil­no­wa­nie, by trans­port od­był się w bez­pieczny spo­sób i bez nie­spo­dzia­nek.

Wie­dział aż za do­brze, że nie ma tu miej­sca na naj­drob­niej­szy błąd.

2

Co za uro­cze miej­sce! Była to pierw­sza myśl in­spek­tor Ma­rity Lan­der, gdy prze­cho­dziła przez hol ze ścia­nami z drew­nia­nych bali, wy­po­sa­żony w okna ze szcze­bli­nami.

W lobby roz­sta­wiono ciemne, obite skórą fo­tele w tra­dy­cyj­nym stylu oks­fordz­kim, a na nie­któ­rych ścia­nach wi­siały do­brze za­cho­wane skóry re­ni­fe­rów. Czuła de­li­katny aro­mat wa­ni­lii. Po­dej­rze­wała, że za za­sługa świe­czek roz­sta­wio­nych na sto­li­kach. Słynny ho­tel Fäbo­dval­len w ?re był do­kład­nie tak przy­tulny, jak można by ocze­ki­wać od tego ro­dzaju gór­skiej pla­cówki.

Ma­rita miała wła­śnie ru­szyć da­lej ze swoim wy­so­kim ko­legą Joh­nem La­xma­nem, prze­cho­dząc pod jed­nym z licz­nych drew­nia­nych skle­pień w stronę re­cep­cji, kiedy wpa­dli na umun­du­ro­wa­nego męż­czy­znę, któ­rego Ma­rita ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa. Za­ło­żyła, że na­leży do tych po­li­cjan­tów, któ­rych wy­po­ży­czono z in­nych okrę­gów do ochrony unij­nego szczytu. Miał do­brze utrzy­mane ciem­no­brą­zowe wąsy, przez które na pierw­szy rzut oka spra­wiał wra­że­nie star­szego niż w rze­czy­wi­sto­ści. Wy­glą­dało na to, że cze­kał na ich przy­by­cie.

Jej nad­mia­rowe ki­lo­gramy, któ­rych przy­by­wało tym szyb­ciej, im bar­dziej pró­bo­wała się ich po­zbyć, spra­wiły, że po­tknęła się, gdy wcho­dzili po scho­dach. Zdą­żyła usły­szeć czy­jąś opo­wieść o tym, jak to ra­zem z ko­legą za­re­ago­wał na zgło­sze­nie, udał się na miej­sce zbrodni i za­bez­pie­czył je, ale do­stał roz­kaz po­zo­sta­wie­nia reszty lu­dziom z wy­działu kry­mi­nal­nego. Ma­rita była za to wdzięczna. Wie­działa, jak to by­wało ze zwy­kłymi po­li­cjan­tami. Mieli do­bre in­ten­cje, ale czę­sto po­peł­niali błędy. Im mniej prze­szka­dzali w śledz­twie ta­kim jak to w spra­wie mor­der­stwa, tym le­piej.

Kiedy po­ko­nali schody, opu­ścili główny bu­dy­nek i po­szli łącz­ni­kiem do jed­nej z do­bu­dó­wek, gdzie wi­dać było sze­reg ho­te­lo­wych po­ko­jów. Ko­ry­tarz był ja­śniej­szy niż lobby i znacz­nie go­rzej utrzy­many. La­xman naj­wy­raź­niej nie był w sta­nie po­wstrzy­mać się od sko­men­to­wa­nia wy­dep­ta­nej wy­kła­dziny, ale nikt nie zwró­cił na to uwagi.

W dal­szej czę­ści ko­ry­ta­rza jedne drzwi po pra­wej stro­nie były otwarte, stał przed nimi po­li­cjant w mun­du­rze. Kiedy się tam zbli­żyli, Ma­rita za­uwa­żyła szyl­dzik przy fra­mu­dze: trzy­sta dwa­dzie­ścia cztery.

Po­słała war­tow­ni­kowi uśmiech, a La­xman znacz­nie po­wścią­gli­wiej przy­wi­tał się z po­li­cjan­tem, który był wy­jąt­kowo wy­soki. We­dług Ma­rity mógł mieć metr dzie­więć­dzie­siąt, ona sama ża­ło­wała, że nie prze­kro­czyła me­tra sześć­dzie­się­ciu, za­nim prze­stała ro­snąć.

We­dług opisu wą­sa­cza ofiarę zna­la­zła tego ranka młoda sprzą­taczka za­trud­niona na se­zon letni. Kiedy za­pu­kała, a nikt nie otwie­rał, we­szła do po­koju, by go po­sprzą­tać, ale na­tknęła się na parę bo­sych stóp wy­sta­ją­cych zza łóżka.

Ma­rita we­szła do po­koju i przed jej oczami sta­nęła taka sama scena, jaką uj­rzała sprzą­taczka.

Męż­czy­zna le­żał na wznak z głową zwró­coną w kie­runku ściany. Miał pół­otwarte oczy, w któ­rych wi­dać było pustkę. Mimo tego po­zba­wio­nego ży­cia spoj­rze­nia Ma­rita nie mo­gła nie za­uwa­żyć tych fa­scy­nu­ją­cych, nie­zwy­kle ja­snych nie­bie­skich oczu. Po­środku czoła wi­dać było czarny otwór o śred­nicy nie więk­szej niż ołó­wek. Kula nie mo­gła zo­stać w czaszce, bo dolna część ściany po­kryta była czer­wo­nymi krop­kami - zo­stała obry­zgana krwią, kiedy po­cisk wy­le­ciał z tyłu głowy.

Biała ko­szulka ofiary była cała we krwi. Po le­wej stro­nie ciała utwo­rzyła się nie­wielka ka­łuża krwi, która już czę­ściowo skrze­pła.

Ma­rita zro­biła jesz­cze je­den krok w stronę le­żą­cego męż­czy­zny.

Do­brze znany za­pach mar­twej tkanki był tym sil­niej­szy, im bli­żej pod­cho­dziła. Od razu stwier­dziła, że ciało nie mo­gło tam le­żeć zbyt długo.

- Co wiemy o ofie­rze?

- Tak na­prawdę nic - od­po­wie­dział dry­blas, wciąż sto­jący w drzwiach. - Wła­śnie przy­szła kie­row­niczka ho­telu, żeby po­móc nam zdo­być ja­kieś in­for­ma­cje.

La­xman wszedł do po­koju, ale za­trzy­mał się tuż za pro­giem. To ra­czej nie wi­dok mar­twego czło­wieka spra­wił, że nie po­szedł da­lej, tylko lęk, że po­bru­dzi so­bie krwią albo tkan­kami ofiary wy­glan­so­wane mo­ka­syny.

- Czy sprzą­taczka ru­szała ciało?

Po­wie­dział to tak, jakby ta kwe­stia miała de­cy­du­jące zna­cze­nie.

Wy­soki ko­lega uśmiech­nął się le­ciutko.

- No ra­czej nie. Wspo­mniała, że się prze­ra­ziła, i wy­pa­dła na ko­ry­tarz od razu, gdy zro­zu­miała, co wi­dzi.

Ma­rita z pew­nym wy­sił­kiem przy­klę­kła, żeby do­brze przyj­rzeć się ofie­rze. Męż­czy­zna wy­glą­dał na mniej wię­cej trzy­dzie­ści lat.

Był krótko ostrzy­żony, włosy - po­pie­laty blond. Do­brze zbu­do­wany, pew­nie re­gu­lar­nie od­wie­dzał si­łow­nię. Jego ra­miona i szyja po­kryte były nie­bie­skimi, czer­wo­nymi i zie­lo­nymi ta­tu­ażami. Przed­sta­wiały noże, węże i broń. Na szyi miał skor­piona.

Te­le­wi­zor był włą­czony. Trwała oży­wiona de­bata mię­dzy pro­wa­dzą­cym a eks­per­tem od sor­to­wa­nia śmieci. Ma­rita wy­łą­czała te­le­wi­zor. Uznała, że mowa o eu­ro­pej­skim szczy­cie w ?re. Czy ze­bra­nym tu mi­ni­strom do spraw ochrony śro­do­wi­ska i ener­gii uda się wpro­wa­dzić ja­kieś po­zy­tywne zmiany? Ma­rita po­my­ślała, że ra­czej nie. Usły­szała, jak La­xman ga­wę­dzi swoim wy­szu­ka­nym ję­zy­kiem z ko­le­gami sto­ją­cymi w drzwiach.

Po­cho­dzili z Lin­köping, ale wy­słano ich na cały ty­dzień jako po­siłki do ?re. Było tu tak spo­koj­nie, że przez więk­szość czasu le­żeli na po­bo­czu, opa­lali się i je­dli lody.

La­xman ro­ze­śmiał się w cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie lekko iry­tu­jący spo­sób, a Ma­rita usil­nie sta­rała się tym nie przej­mo­wać. Od czasu, kiedy opu­ścił Söder­man­land i przy­był do po­li­cji w Jäm­tland nie­całe trzy lata temu, współ­pra­co­wali bez więk­szych pro­ble­mów, a cza­sem na­wet wspól­nie ser­decz­nie się śmiali, mimo że sta­no­wili swoje prze­ci­wień­stwa. Do­piero wtedy, gdy pra­wie sześć mie­sięcy póź­niej, tuż po trzy­dzie­stych pią­tych uro­dzi­nach, zo­stała mia­no­wana kie­row­niczką ze­społu do­cho­dze­nio­wego, ich re­la­cja się zmie­niła. La­xman też sta­rał się o tę po­sadę, a po­nie­waż dys­po­no­wał więk­szym do­świad­cze­niem w pracy i - jak sam uwa­żał - miał spore za­sługi, uwa­żał się za fa­wo­ryta. Jed­nak to ona wy­grała.

Ma­rita za­uwa­żyła, że przez opar­cie ciem­no­nie­bie­skiego fo­tela prze­wie­szono parę gra­na­to­wych dżin­sów, które na tym tle były nie­mal nie­wi­doczne. Na sto­liku mię­dzy fo­te­lem a po­la­kie­ro­wa­nym na czarno krze­słem z sie­dze­niem z ma­te­riału stała pu­sta bu­telka po moc­nym pi­wie marki Carls­berg. Ma­rita schy­liła się i po­pa­trzyła na ety­kietę. Praw­do­po­dob­nie wy­jęte z mi­ni­baru. Obok bu­telki le­żało białe pa­pie­rowe opa­ko­wa­nie po ham­bur­ge­rze, upać­kane czer­wo­na­wym so­sem. Nie­bie­sko-czer­wone logo zdra­dzało, że była to je­dyna po­zo­sta­łość po po­siłku z Si­bylli.

Szła po­woli w stronę drzwi i za­uwa­żyła torbę le­żącą na ławce przy wie­szaku na ubra­nia. Szarą, spor­tową, śred­niej wiel­ko­ści. Wy­glą­dała na nową, nie była wy­tarta ani brudna. Nie była też wy­peł­niona po brzegi. Ma­rita, nie do­ty­ka­jąc jej, zaj­rzała do środka i stwier­dziła, że pa­nuje tam wielki chaos. Czę­ści gar­de­roby, w więk­szo­ści bok­serki i ko­szulki, wy­glą­dały tak, jakby ktoś wrzu­cił je tam bez ładu i składu. Ko­bieta ro­zej­rzała się po po­koju, szu­ka­jąc port­fela i te­le­fonu ofiary. Ni­czego ta­kiego nie zna­la­zła na żad­nym z bla­tów. Nie było ich też w dżin­sach. Ani w nie­bie­skiej kurtce wi­szą­cej na ha­czyku przed drzwiami. W po­koju nie było też chyba lap­topa. Mimo to Ma­rita szybko od­pę­dziła myśl o zwy­kłym ra­bunku, który się nie po­wiódł. Nic w tym po­koju nie su­ge­ro­wało, że do­szło do ja­kie­goś za­mie­sza­nia.

W końcu wy­szła na ko­ry­tarz do po­zo­sta­łych, ale za­nim zdą­żyła co­kol­wiek po­wie­dzieć, do­wo­dze­nie prze­jął La­xman.

- Okej, chło­paki, je­den z was zo­sta­nie tu przed po­ko­jem, żeby nie wszedł do niego nikt nie­upo­waż­niony.

- Oczy­wi­ście, zajmę się tym - od­po­wie­dział wy­soki po­li­cjant.

- A ja ja­kie do­stanę za­da­nie? - spy­tał wą­saty, od­wra­ca­jąc się w stronę La­xmana.

- Ty mo­żesz za­cząć pu­kać do drzwi, żeby spraw­dzić, czy są ja­cyś świad­ko­wie.

- Pu­kać do drzwi? - Mun­du­rowy był cał­kiem zdez­o­rien­to­wany.

- Po­roz­ma­wiaj z go­śćmi ho­telu i do­wiedz się, co wi­dzieli i sły­szeli - od­po­wie­dział La­xman. - Mu­simy wy­ła­pać wszyst­kich ewen­tu­al­nych świad­ków.

Do­bre prze­słu­cha­nia wy­ma­gają pew­nej tech­niki, po­my­ślała Ma­rita, za­sta­na­wia­jąc się, czy wą­saty ma od­po­wied­nie umie­jęt­no­ści, ale za­nim zdą­żyła za­re­ago­wać, La­xman już go ode­słał ru­chem dłoni. Bio­rąc pod uwagę, że miał to być długi i ciężki dzień, pró­bo­wała się uspo­koić, ale nie po­tra­fiła się wy­zbyć iry­ta­cji. To prze­cież ona pro­wa­dziła to śledz­two.

3

Chri­stian skrę­cił na ob­szerny par­king Ho­li­day Club, za­trzy­mał ozna­ko­wane vo­lvo V70 na prawo od wej­ścia i wy­szedł z auta. Po­ranna mgła już się roz­rze­dziła, a mimo wcze­snego przed­po­łu­dnia tem­pe­ra­tura osią­gnęła już dwa­dzie­ścia dwa stop­nie. Po nie­bie pły­nęły nie­liczne nie­groźne chmurki wy­soko po­nad wciąż po­kry­tymi śnie­giem szczy­tami gór. Przy ho­telu, w któ­rym zo­stali za­kwa­te­ro­wani po­li­cjanci, na przed­mie­ściach, słaba bryza z gór spra­wiała, że po­wie­trze było świeże, choć wcale nie zimne, pod­czas gdy tu, w mie­ście, nie­mal wcale nie wiało.

Chri­stian spoj­rzał w kie­runku góry ?re­sku­tan, która strze­lała w niebo jak ma­je­sta­tyczny zie­lo­no­szary ko­los. Za­le­d­wie kilka mie­sięcy wcze­śniej ra­zem z chło­pa­kami ze sta­rej paczki z woj­ska ru­szyli na naj­trud­niej­sze zbo­cza, by po­tem w na­grodę ba­lo­wać po nar­tach w ho­telu Fäbo­dval­len, kil­ka­set me­trów od miej­sca, w któ­rym znaj­do­wał się w tej chwili.

Na wciąż w po­ło­wie pu­sty par­king wje­chały jesz­cze dwa ra­dio­wozy. Po­li­cjantka otwo­rzyła ba­gaż­nik, po czym z auta wy­sko­czył prze­sad­nie roz­ra­do­wany czarny la­bra­dor re­trie­ver i pod­ska­ki­wał jak sza­lony, aż prze­wod­niczka zde­cy­do­wa­nie chwy­ciła za smycz i za­częła iść w stronę Chri­stiana.

- Cześć, mały - przy­wi­tał się Chri­stian, po­chy­la­jąc się, by po­gła­skać psa. Ten od razu od­wró­cił się do niego ty­łem, ka­żąc się dra­pać w tu­łów u na­sady ogona.

- Dzień do­bry - po­wie­działa prze­wod­niczka. - Mo­żemy za­czy­nać?

Była mę­skiej po­stury i mó­wiła dia­lek­tem ze Ska­nii. Nie znał jej, bo na­le­żała do tych, któ­rych ścią­gnięto do tego za­da­nia z in­nych okrę­gów, nie czuł też szcze­gól­nej po­trzeby, by ją po­znać.

- Zde­cy­do­wa­nie - od­po­wie­dział Chri­stian i jesz­cze raz po­gła­skał czwo­ro­noga, po czym wstał i ru­szył w stronę oszklo­nego wej­ścia.

We­szli do przy­po­mi­na­ją­cego halę lobby, przy­wi­tali się zdaw­kowo z re­cep­cjo­ni­stami, po czym skrę­cili w lewo w ko­ry­tarz pro­wa­dzący do hali TV4 Sport Arena. Wszel­kie po­zo­sta­ło­ści po tym, co tu się działo po­przed­niego dnia, zo­stały uprząt­nięte. Stoły i krze­sła ele­gancko po­usta­wiano w dłu­gie rzędy, wszyst­kie skie­ro­wane w stronę sceny.

La­bra­dor do­sko­nale wie­dział, co ma ro­bić, i z pa­sją wpadł do po­miesz­cze­nia, gdy tylko prze­wod­niczka wy­dała mu po­le­ce­nie. Był to już czwarty dzień z rzędu, kiedy pies wy­kry­wa­jący ma­te­riały wy­bu­chowe prze­szu­ki­wał to samo miej­sce. Jak do­tąd nie stwier­dzono żad­nych po­dej­rza­nych przed­mio­tów. Rów­nież dzi­siaj pies nie zna­lazł nic cie­ka­wego, prze­wod­niczka dała mu więc w na­grodę przy­smak i wró­cili do lobby, żeby po­wtó­rzyć pro­ce­durę rów­nież tam. Po za­bez­pie­cze­niu te­renu Chri­stian zor­ga­ni­zo­wał wartę i po­le­cił, by te dwa miej­sca nie po­zo­stały bez nad­zoru na­wet przez se­kundę aż do za­koń­cze­nia spo­tka­nia i opusz­cze­nia bu­dynku przez uczest­ni­ków szczytu.

4

Kie­row­niczka ho­telu Fäbo­dval­len, Jo­hanna G?rd­man, była mniej wię­cej czter­dzie­sto­let­nią ko­bietą, wy­glą­da­jącą tak, jak Ma­rita wy­obra­żała so­bie sze­fową ho­telu, któ­rego wła­ści­cie­lami byli lu­dzie ze Sztok­holmu: ele­gancko ubrana w be­żową mar­mur­kową bluzkę, szy­kow­nie opi­na­jącą jej szczu­pły tu­łów, ja­sno­brą­zowe pro­ste włosy, które praw­do­po­dob­nie się­gały nieco za ra­miona, ze­brała w koń­ski ogon, miała pro­sty, ale per­fek­cyjny ma­ki­jaż.

Nie­wy­soka po­li­cjantka z Nor­r­land z lekką nad­wagą ra­czej nie by­łaby dla niej atrak­cyjna, po­my­ślała Ma­rita.

Nie sta­ra­jąc się ukryć swego dia­lektu z Li­dingö, Jo­hanna opo­wie­działa, że to tak na­prawdę jej wolny dzień, ale jak naj­szyb­ciej udała się do ho­telu, gdy je­den z pra­cow­ni­ków za­dzwo­nił z no­wi­nami.

Ma­rita po­słusz­nie dała się po­pro­wa­dzić za re­cep­cję do biura kie­row­niczki, gdzie usia­dły w fo­te­lach przy sto­liku ka­wo­wym.

- Czy mo­żemy w czymś po­móc? - za­py­tała Jo­hanna, za­kła­da­jąc nogę na nogę w taki spo­sób, że Ma­rita zwró­ciła uwagę na jej be­żowe spodnie, ide­al­nie pa­su­jące do bluzki.

Nie było to ubra­nie, na ja­kie mo­gła so­bie po­zwo­lić zwy­kła po­li­cjantka.

Ma­rita uśmiech­nęła się, przez co jej ró­żowe po­liczki się za­okrą­gliły.

- Mu­simy się do­wie­dzieć, kim jest zmarły. Po­trze­bu­jemy wszyst­kich in­for­ma­cji o jego re­zer­wa­cji i po­by­cie.

Jo­hanna wstała, po­de­szła do sto­ją­cego na biurku kom­pu­tera i na­ci­snęła szybko kilka kla­wi­szy.

- Na­zywa się John Brown... wpro­wa­dził się w czwar­tek...

- John Brown? - prze­rwała jej Ma­rita. - An­glik? Czy Ame­ry­ka­nin?

- Nic na ten te­mat nie wia­domo. Zo­baczmy tu­taj. Po­dał ad­res w Sund­by­berg. Smul­tron­svän­gen 4. Ale oczy­wi­ście może być An­gli­kiem albo Ame­ry­ka­ni­nem.

- Jak długo miał zo­stać?

- Miał zwol­nić po­kój dzi­siaj.

Kie­row­niczka wró­ciła na swój fo­tel.

- Zwró­ci­łam uwagę, że uży­wa­cie kart za­miast klu­czy - ode­zwała się Ma­rita.

- Ma pani na my­śli zamki ko­dowe?

- Wła­śnie. Czy można zdo­być ze­sta­wie­nie tego, które karty były uży­wane do wej­ścia do tego po­koju?

- Nie ma pro­blemu.

- A o ja­kich go­dzi­nach?

- Oczy­wi­ście.

- Zna­ko­mi­cie - po­wie­działa Ma­rita. - Bę­dziemy po­trze­bo­wać ta­kiego wy­ciągu.

Jo­hanna się­gnęła ręką po le­żący na biurku blok i coś za­no­to­wała.

- I jesz­cze z czwartku, kiedy przy­je­chał?

Ma­rita kiw­nęła głową i ro­zej­rzała się po po­koju. Wszystko było ta­kie ele­ganc­kie. Nie­mal pu­ste biurko i ani jed­nego dłu­go­pisu, który le­żałby krzywo. W po­ło­wie pu­ste półki na książki. Cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo jej wła­snego biura. Je­dyną wadą tego po­koju był brak okien.

- Ja­kiego po­kroju lu­dzie miesz­kają w tej chwili w ho­telu?

Kie­row­niczka zmarsz­czyła czoło, wy­glą­dała na ura­żoną.

- Pil­nu­jemy, by utrzy­mać klasę, więc go­ścimy przede wszyst­kim za­możne osoby.

Zu­peł­nie jakby w ?re był kto­kol­wiek inny poza za­moż­nymi sno­bami, po­my­ślała Ma­rita, która ni­gdy nie przy­je­cha­łaby na urlop w ta­kie miej­sce. Co prawda nie jeź­dziła na nar­tach, ale gdyby to ro­biła, to oko­lice ?re i tak nie by­łyby w jej stylu. Bar­dziej pa­so­wa­łyby jej mniej eks­klu­zywne góry w Här­je­da­len.

Po­li­cjantka pró­bo­wała uśmiech­nąć się przy­jaź­nie.

- Cho­dziło mi ra­czej o to, czy są to po­li­tycy, szwedzcy tu­ry­ści, ob­co­kra­jowcy, a może ja­kaś inna ka­te­go­ria.

Po krót­kiej chwili Jo­hanna ci­cho od­chrząk­nęła.

- W ?re jest mniej wię­cej czter­dzie­ści ty­sięcy łó­żek, a w tym ty­go­dniu wła­ści­wie wszystko jest za­jęte. Cza­sami zda­rza się ja­kiś po­je­dyn­czy wolny po­kój, ale poza tym pełne ob­ło­że­nie.

- I co to są za lu­dzie?

- Nasi go­ście, jak ich na­zy­wamy, to re­por­te­rzy, za­równo ze Szwe­cji, jak i z za­gra­nicy. Mamy też tu­ry­stów z Nie­miec, Ho­lan­dii i An­glii.

Ma­rita kiw­nęła głową i za­no­to­wała to.

- No i oczy­wi­ście Nor­we­go­wie. Za­wsze mamy tu Nor­we­gów - do­dała Jo­hanna.

- A ci Nor­we­go­wie to tylko tu­ry­ści?

- Nie, rów­nież biz­nes­meni.

- Oraz mor­derca.

Ten żar­cik zo­stał cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wany. Kie­row­niczka ho­telu od­gar­nęła na bok ko­smyk wło­sów, który uwol­nił się z koń­skiego ogona i wi­siał jej nad twa­rzą, ale poza tym na jej twa­rzy nie drgnął ża­den mię­sień.

- To wszystko, co w tej chwili przy­cho­dzi mi do głowy. Mu­szę zo­ba­czyć w księ­dze go­ści, żeby prze­ka­zać do­kład­niej­sze in­for­ma­cje.

- My też mu­simy ją prze­stu­dio­wać.

- To nie­stety nie­moż­liwe. Trzy­mamy się po­li­tyki, zgod­nie z którą nie ujaw­niamy in­for­ma­cji o na­szych go­ściach.

Ma­rita zmarsz­czyła czoło.

- To zna­ko­mi­cie. Mamy tu jed­nak do­cho­dze­nie w spra­wie mor­der­stwa, a ko­deks po­stę­po­wa­nia kar­nego stoi po­nad wszel­kimi tego ro­dzaju po­li­ty­kami.

Za­pa­dła krótka ci­sza, po czym Jo­hanna uśmiech­nęła się nie­chęt­nie.

- Za­ła­twię pani wy­ciąg.

- Do­brze. Zo­sta­niemy tu w ho­telu jesz­cze co naj­mniej do końca dnia, żeby zba­dać miej­sce prze­stęp­stwa, prze­słu­chać świad­ków i tak da­lej. Za­sta­na­wia mnie coś jesz­cze. O któ­rej go­ście się wy­mel­do­wują?

- O dwu­na­stej, ale więk­szość wy­jeż­dża wcze­śniej.

- O rany - rzu­ciła Ma­rita, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. - To mu­simy za­czy­nać, żeby nie uciekł nam ża­den świa­dek.

Kiedy z pew­nym wy­sił­kiem wstała z cia­snego fo­tela, zwró­ciła uwagę na swoje palce wy­sta­jące z san­da­łów. Znowu za­po­mniała zmyć resztki la­kieru do pa­znokci. Z paru już cał­ko­wi­cie od­padł. Na in­nych wciąż po­zo­sta­wały nie­równe plamki w mo­re­lo­wym ko­lo­rze.

- Czy mogę o coś za­py­tać, za­nim pani pój­dzie? - spy­tała Jo­hanna.

Ma­rita rzu­ciła jej za­chę­ca­jące spoj­rze­nie.

- Czy na­leży uznać, że mor­derca wciąż jest w ho­telu? Czy po­win­ni­śmy się oba­wiać?

- Nie­stety, nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie.

Po­li­cjantka zro­biła kilka nie­pew­nych kro­ków w stronę drzwi, ale za­trzy­mała się i od­wró­ciła do kie­row­niczki z iro­nicz­nym uśmie­chem.

- Ale bio­rąc pod uwagę, że ma­cie tylko za­moż­nych, ele­ganc­kich go­ści, ra­czej nie po­win­ni­ście się ni­czym nie­po­koić. W tej gru­pie spo­łecz­nej rzadko zda­rzają się se­ryjni mor­dercy.

5

Dzie­sięć mi­nut przed roz­po­czę­ciem ko­lej­nej rundy eu­ro­pej­skiego spo­tka­nia na szczy­cie uczest­nicy za­częli ścią­gać do lobby. Więk­szość trzy­mała w rę­kach kubki z kawą i snuła się po po­miesz­cze­niu, a dźwięki roz­ma­wia­ją­cych lu­dzi mie­szały się w gło­śny gwar. We­wnątrz nie czuło się upału, który do­skwie­rał tego dnia.

Chri­stian uśmiech­nął się dys­kret­nie, gdy po­my­ślał, że cały rok czeka na słońce i cie­pło, a te­raz woli się cho­wać w kli­ma­ty­zo­wa­nym bu­dynku.

Aby ni­czego nie prze­ga­pić, wło­żył do ucha słu­chawkę ra­dio­te­le­fonu i śle­dził, choć bez za­an­ga­żo­wa­nia, jak ko­le­dzy roz­ma­wiają na te­mat zło­dzie­jaszka, któ­rego zła­pali w skle­pie Ica.

Wo­bec braku za­mie­szek i bru­tal­nych de­mon­stra­cji jego lu­dzie przez ostat­nie dni sprzą­tali w ca­łym mie­ście. Ni­gdy wcze­śniej w hi­sto­rii ?re nie spi­sano tak wielu zgło­szeń pro­wa­dze­nia po­jazdu pod wpły­wem i prze­stępstw nar­ko­ty­ko­wych. Nie­co­dzien­nie w Jäm­tland od­by­wają się spo­tka­nia na ta­kim po­zio­mie i żadne za­gro­że­nie nie było zbyt małe, by nie zwró­cić na nie uwagi.

Jed­nak po spę­dze­niu kilku spo­koj­nych dni w bu­dynku kon­fe­ren­cyj­nym albo w jego po­bliżu Chri­stian miał już ser­decz­nie do­syć.

Wię­cej działo się na zwy­kłym pa­trolu w Öster­sund.

Na dru­gim końcu lobby za­uwa­żył naj­bar­dziej prze­ciętną osobę, jaką znał.

Per-Olof Hans­son miał rzad­kie włosy, no­sił oku­lary, a ko­szulka opi­nała go w pa­sie. Poza tym był już po czter­dzie­stce i miał ro­dzinę.

Chri­stian kil­koma szyb­kimi kro­kami prze­ciął po­miesz­cze­nie.

Per-Olof przy­wi­tał go chłodno.

- Le­piej się czu­jesz?

- Jesz­cze ni­gdy nie czu­łem się tak świet­nie - od­po­wie­dział Chri­stian, my­śląc, że roz­mówca i tak nie zro­zu­mie jego stanu. Z tego, co wie­dział, Per-Olof ni­gdy się nie upił.

- Czy au­to­bus na lot­ni­sko jest go­towy? - spy­tał.

Męż­czy­zna kiw­nął głową.

- Ta­jest. Bę­dzie stał go­towy na ze­wnątrz, gdy spo­tka­nie się skoń­czy.

Chri­stian po­twier­dził ski­nie­niem ręki, że jest za­do­wo­lony, i wła­śnie miał od­wró­cić się na pię­cie, kiedy zmie­nił zda­nie.

- Na wszelki wy­pa­dek wpu­ścimy psa i sa­pe­rów, żeby przej­rzeli au­to­bus ostatni raz tuż przed wej­ściem mi­ni­strów. Zaj­mij się tym.

Chwilę po­tem ludzki stru­mień za­czął wle­wać się przez drzwi do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Kilka mi­nut póź­niej w lobby było już nie­mal pu­sto. Po­zo­stało kilku pra­cow­ni­ków ho­telu i sporo umun­du­ro­wa­nych po­li­cjan­tów.

Chri­stian sta­nął w roz­kroku, opie­ra­jąc się wy­pu­co­wa­nymi czar­nymi skó­rza­nymi bu­tami o błysz­czącą ka­mienną pod­łogę, wło­żył kciuki za pa­sek i spoj­rzał w stronę głów­nego wej­ścia.

W tym mo­men­cie za­uwa­żył coś dziw­nego. Wpa­try­wał się in­ten­syw­nie, ale za­ska­ku­jąco dużo czasu za­jęło mu zo­rien­to­wa­nie się, co tak na­prawdę ogląda.

Przez wa­ha­dłowe drzwi wszedł szyb­kim kro­kiem wy­so­kim męż­czy­zna. Był cał­ko­wi­cie nagi.

6

Ko­mi­sa­riat po­li­cji w Öster­sund od kilku mie­sięcy miał nową sie­dzibę. Le­żące na pół­noc od cen­trum bu­dynki, które wcze­śniej na­le­żały do zli­kwi­do­wa­nej już woj­sko­wej szkoły tech­nicz­nej, zo­stały od­re­stau­ro­wane i od­po­wied­nio przy­sto­so­wane. Po­miesz­cze­nia w gór­nym le­wym skrzy­dle były nieco więk­sze od po­zo­sta­łych po­koi biu­ro­wych, wi­dać też z nich było w po­godne dni je­zioro Stor­sjön i góry Oviks­fjäl­len. Tu pra­co­wał kie­row­nik ope­ra­cyjny Bo Malm­berg.

Opie­ra­jąc mocno stopy na pod­ło­dze, sie­dział po­chy­lony nad po­tęż­nym biur­kiem ze słu­chawką przy­ci­śniętą do ucha, jed­no­cze­śnie ner­wowo pstry­ka­jąc me­cha­ni­zmem dłu­go­pisu. Słu­chał uważ­nie tego, co Ma­rita miała do po­wie­dze­nia na te­mat mor­der­stwa. Gdy tylko uzy­skał od­po­wie­dzi na swoje py­ta­nia, prze­szedł do tego, co w tej chwili naj­bar­dziej go stre­so­wało.

- Me­dia już zwę­szyły łup. Szef działu in­for­ma­cyj­nego uważa, że po­win­ni­śmy zwo­łać kon­fe­ren­cję pra­sową.

Usły­szał w słu­chawce stłu­miony głos Ma­rity.

- A co bę­dziemy z tego mieli? Nie żyje ja­kiś John Brown z Sund­by­berg. Na ra­zie tylko tyle wiemy.

- Czy wi­dzisz ja­kieś po­wią­za­nie mię­dzy nim a mi­ni­strami?

- Z tych in­for­ma­cji, które mamy, nic nie wy­nika.

Malm­berg odło­żył dłu­go­pis i za­czął stu­kać pal­cami w blat. Wpa­try­wał się przed sie­bie po­przez swoje wiel­kie biurko i my­ślał na głos.

- To nie­ko­rzystne, że mamy mor­der­stwo. Cza­sami zda­rza się to na­wet w Jäm­tland. Nie­dawno mie­li­śmy to za­bój­stwo w domu star­ców w Kro­kom.

Zdjął rękę ze stołu. Prze­cią­gnął ją po swo­ich si­wych, ale wciąż gę­stych wło­sach i mó­wił da­lej:

- Ale je­śli ma to zwią­zek z tym eu­ro­pej­skim szczy­tem, roz­pęta się pie­kło.

Nie było żadną ta­jem­nicą, że Malm­ber­gowi zu­peł­nie nie po­do­bało się do­wo­dze­nie tym za­da­niem i po­no­sze­nie naj­więk­szej od­po­wie­dzial­no­ści za pracę po­li­cji pod­czas tego szczytu. Był na to za stary. Jego ka­riera miała się wkrótce skoń­czyć. Mógł wiele stra­cić, a zy­skać nie­wiele. Na­le­żał jed­nak do wy­mie­ra­ją­cego ple­mie­nia lu­dzi ho­noru: tych, któ­rzy tego ro­dzaju za­da­nia trak­tują z naj­wyż­szą po­wagą. Wie­dział aż za do­brze, że bę­dzie od­po­wia­dał za każdy dro­biazg, który się nie uda.

A z tym nie­kom­pe­tent­nym per­so­ne­lem, jaki mam, mu­szę uwa­żać, po­my­ślał.

Po za­koń­cze­niu roz­mowy wstał z krze­sła, wy­szedł na ko­ry­tarz i ru­szył w stronę bu­fetu, by przy­nieść so­bie kawę, ale po kilku kro­kach za­wró­cił do biurka.

Usiadł na sze­ro­kim krze­śle z obi­tym czarną sztuczną skórą, pod­niósł słu­chawkę te­le­fonu i zde­cy­do­wa­nie wy­stu­kał pię­cio­cy­frowy nu­mer, który po­łą­czył go z ko­mórką Chri­stiana St?hla. Ode­brał przed trze­cim sy­gna­łem, a Malm­berg od razu prze­szedł do rze­czy:

- Da­waj ra­port o sy­tu­acji.

- Wszystko jest pod kon­trolą. Mie­li­śmy ja­kie­goś świ­rusa, który wpadł tu na­gu­sieńki i za­czął ry­czeć o Arce No­ego, że mi­ni­stro­wie znisz­czą ten świat i tak da­lej, ale...

Malm­berg mu prze­rwał:

- Co? Był goły?

- Nie miał na so­bie na­wet ni­teczki.

- I to po pro­stu wa­riat?

- Lo­kalni po­li­cjanci z ?re od razu go roz­po­znali. To naj­wy­raź­niej ja­kiś miej­ski głu­pek, cał­kiem nie­groźny.

- Na pewno? Czy mo­żemy mieć pew­ność, że spo­tka­nie nie jest za­gro­żone?

- Zde­cy­do­wa­nie. Wszystko jest w po­rządku. Stoję po­środku lobby w Ho­li­day Club. Spo­tka­nie prze­biega spo­koj­nie. Żad­nych de­mon­stran­tów. Żad­nych ak­ty­wi­stów.

Malm­berg wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc i po­zwo­lił so­bie na chwilę od­prę­że­nia.

- O któ­rej au­to­bus wy­jeż­dża z ?re? - za­py­tał i zdjął ze swo­jej nie­bie­skiej po­li­cyj­nej ko­szuli biały pa­pro­szek.

Ależ bę­dzie miło, kiedy to za­da­nie się za­koń­czy.

- Kwa­drans po dru­giej.

- In­for­muj mnie na bie­żąco - roz­ka­zał Malm­berg i za­koń­czył roz­mowę.

Wy­rów­nał pa­piery na biurku tak, że le­żały w dwóch ele­ganc­kich sto­si­kach. Po­tem pod­jął ko­lejną próbę zdo­by­cia kawy.

7

Ża­den z ho­te­lo­wych go­ści nie wy­glą­dał na se­ryj­nego mor­dercę. Ma­rita usia­dła na kilka mi­nut w lobby, żeby się na­pić kawy. Z przy­jem­no­ścią ob­ser­wo­wała oto­cze­nie. Ho­te­lowe ży­cie wy­da­wało się biec tak jak zwy­kle, mimo że in­for­ma­cja o mor­der­stwie praw­do­po­dob­nie już wszę­dzie się ro­ze­szła. Wszy­scy wi­dzieli też, że umun­du­ro­wani po­li­cjanci za­mknęli część bu­dynku.

Ja­kaś przy­cho­dząca obok para zwró­ciła jej uwagę. Pew­nie dla­tego, że czuć było od nich pie­nią­dze, a Ma­rita przy­po­mniała so­bie stwier­dze­nie kie­row­niczki, że mają tu przede wszyst­kim za­moż­nych go­ści.

Wy­soki i szczu­pły męż­czy­zna miał mniej wię­cej czter­dzie­ści lat, może czter­dzie­ści pięć, ko­bieta była o co naj­mniej dzie­sięć młod­sza. Jej dłu­gie blond włosy opa­dały du­żymi lo­kami na plecy, a na gło­wie miała parę zło­to­brą­zo­wych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. No­siła cienką śnież­no­białą wia­trówkę, ide­al­nie do­pa­so­waną do szczu­płego wy­spor­to­wa­nego ciała. Na no­gach miała brą­zowe skó­rzane buty na wy­so­kim ob­ca­sie, przez co wy­glą­dała na jesz­cze wyż­szą i szczu­plej­szą, gdy tak spa­ce­ro­wała, wi­sząc na ra­mie­niu męż­czy­zny. Rów­nież on miał błysz­czącą białą kurtkę, mo­del że­glar­ski, a Ma­ri­cie udało się za­uwa­żyć jego brą­zowe skó­rzane mo­ka­syny, pew­nie ku­pione w NK albo w ja­kimś dro­gim skle­pie w Öster­malm. Pu­staki, po­my­ślała Ma­rita i za­drżała. Tak różni od niej.

Tuż za nimi szedł ja­kiś prze­ro­śnięty ba­chor, młody męż­czy­zna z ciem­nymi, za­cze­sa­nymi na mo­kro wło­sami, który gło­śno mó­wił do te­le­fonu. Spo­sób, w jaki wy­po­wia­dał sa­mo­gło­ski, od razu zdra­dzał jego po­cho­dze­nie. Przy re­cep­cji stało kilku ro­ze­śmia­nych Nor­we­gów.

Nie, drobne mor­der­stwo z zimną krwią nie jest czymś, czym ci go­ście by się pod­nie­cali, uznała w my­ślach Ma­rita, koń­cząc kawę.

Pierw­szą rze­czą, którą zo­ba­czyła, kiedy kilka mi­nut póź­niej we­szła na schody, był młody męż­czy­zna prze­cha­dza­jący się po ko­ry­ta­rzu. Uznała, że na nią czeka, po­nie­waż kiedy na sie­bie spoj­rzeli, wy­pro­sto­wał się i uniósł brwi, co miało ozna­czać coś w ro­dzaju przy­wi­ta­nia.

Kiedy zbli­żyła się do niego, pod­szedł z wy­cią­gniętą ręką i mocno uści­snął jej dłoń. Był to re­cep­cjo­ni­sta pra­cu­jący tej nocy, o którą jej cho­dziło.

Wy­jął kartę i otwo­rzył drzwi do sali kon­fe­ren­cyj­nej, którą ho­tel od­dał do dys­po­zy­cji po­li­cji. Ma­rita we­szła do środka i stwier­dziła, że po­miesz­cze­nie nie jest szcze­gól­nie wiel­kie, ale wy­star­cza­jące, by zmie­ścić pro­sto­kątny stół i osiem zwy­kłych kon­fe­ren­cyj­nych krze­seł. Przy jed­nej z krót­szych ścian stały biała ta­blica i ekran, który można było roz­wi­nąć, je­śli ktoś chciał uży­wać pro­jek­tora. Na pod­ło­dze le­żały splą­tane ka­ble, gro­żąc śmier­cią każ­demu, kto pró­bo­wałby po­dejść do okna.

To wła­śnie okna były naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nym ele­men­tem po­miesz­cze­nia. Dwie wiel­kie kwa­dra­towe szyby zaj­mo­wały nie­mal całą ścianę, a wi­dok na po­ły­sku­jące je­zioro ?re­sjön i góry po dru­giej stro­nie za­pie­rał dech w pier­siach.

Re­cep­cjo­ni­sta Je­sper Lundh był zwy­czaj­nym męż­czy­zną. Miał dwa­dzie­ścia cztery lata, włosy po­far­bo­wane na czer­wono i nie­bie­sko­zie­lone oczy. Po jego mo­wie Ma­rita nie po­tra­fiła do­kład­nie okre­ślić, skąd po­cho­dził, ale sta­wiała na okręg Väster­götland. A może Fal­köping, zga­dy­wała, za­sta­na­wia­jąc się, na któ­rym krze­śle usiąść. Kiedy w końcu zde­cy­do­wała się usa­do­wić tak, żeby wi­dzieć drzwi, Je­sper, który usiadł przy krót­szym boku stołu, po­wie­dział, że to jego trzeci rok w tym ho­telu. Na pierw­szy se­zon zi­mowy zo­stał za­trud­niony jako sprzą­tacz. Po­tem awan­so­wał na re­cep­cjo­ni­stę i pra­co­wał na zmianę w dzień i w nocy. Tego wie­czoru za­czął zmianę o dzie­sią­tej i miał pra­co­wać do ósmej rano, ale z uwagi na to mor­der­stwo jesz­cze nie po­szedł do domu.

- Noc była taka jak zwy­kle w piąt­kowy wie­czór w se­zo­nie. W noc­nym klu­bie tu obok było mnó­stwo go­ści - po­wie­dział, wska­zu­jąc w stronę bu­dynku są­sia­du­ją­cego z ho­te­lem. - Kiedy w klu­bie jest dużo lu­dzi, w na­szym lobby też zwy­kle jest gę­sto. Mamy wła­sny bar, więc lu­dzie z klubu czę­sto tu za­cho­dzą, biorą piwo i roz­ma­wiają.

- Do­brze, ro­zu­miem - po­wie­działa Ma­rita. - A czy wczo­raj w ba­rze w lobby byli ja­cyś go­ście, któ­rzy nie miesz­kają w ho­telu?

- No cóż, tego się nie da stwier­dzić - od­po­wie­dział i się za­śmiał. - Aż do za­mknię­cia klubu o dru­giej było tu cały czas mniej wię­cej dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści osób. Lu­dzie wcho­dzili i wy­cho­dzili.

Ma­rita za­re­ago­wała na jego śmiech chłod­nym spoj­rze­niem.

- A kiedy mniej wię­cej za­częło się uspo­ka­jać?

- Zwy­kle robi się luź­niej około trze­ciej, więc wtedy było ra­czej tak samo.

- A po­tem?

- No cóż, było cał­kiem spo­koj­nie. Re­cep­cja jest otwarta przez całą noc i ja­cyś lu­dzie wcho­dzili i wy­cho­dzili, ale ni­kogo szcze­gól­nego nie pa­mię­tam.

Ma­rita zwró­ciła uwagę, że mimo swo­jego życz­li­wego na­sta­wie­nia wy­glą­dał na zmę­czo­nego i sen­nego. Miał szkli­ste oczy. Je­śli przy­szedł do pracy o dzie­sią­tej po­przed­niego wie­czoru, to od wielu go­dzin nie spał.

- A męż­czy­zna z po­koju trzy­sta dwa­dzie­ścia cztery? Wiesz coś o nim?

- Ten, który zo­stał za­mor­do­wany?

Ma­rita kiw­nęła głową.

- Za­mel­do­wał się w czwar­tek wie­czo­rem. To ja go przyj­mo­wa­łem. Mia­łem nockę, a on przy­szedł chwilę po roz­po­czę­ciu.

- Która to mo­gła być go­dzina?

Je­sper za­sta­na­wiał się przez chwilę.

- Nie wiem do­kład­nie. A co, je­śli źle oce­nię czas?

- Po­sta­raj się osza­co­wać to jak naj­do­kład­niej.

- Wpół do je­de­na­stej, może je­de­na­sta.

- Był sam czy w to­wa­rzy­stwie?

- Tego przy­naj­mniej je­stem pewny. Był sam. Nie wi­dzia­łem, by ktoś mu to­wa­rzy­szył.

Kla­sycz­nie, po­my­ślała Ma­rita. Po­trze­bo­wała cze­goś wię­cej. By­łoby ła­twiej, gdyby był z nim ktoś, kto mógłby po­twier­dzić, co ro­bił w ?re.

- Czy mo­żesz jesz­cze coś o nim po­wie­dzieć?

- Ra­czej nie.

Ma­rita kiw­nęła głową.

- Okej, dzięki. Ode­zwij się, je­śli przyj­dzie ci do głowy coś, co mo­głoby nam po­móc. Co­kol­wiek.

Kilka mi­nut póź­niej w są­sied­niej sali kon­fe­ren­cyj­nej, która wy­glą­dała tak samo, tylko w lu­strza­nym od­bi­ciu, zna­la­zła La­xmana sie­dzą­cego przy stole i go­rącz­kowo za­pi­su­ją­cego coś w bloku swoim pió­rem marki Mont­blanc.

Kiedy we­szła do po­miesz­cze­nia, pod­niósł wzrok.

- Słu­chaj no, słabo idzie z po­wia­da­mia­niem bli­skich.

Ma­rita rzu­ciła mu pełne za­sko­cze­nia spoj­rze­nie.

- Tak? Dla­czego?

La­xman roz­ło­żył ra­miona i uniósł barki.

- Nie ma żad­nego Johna Browna pod po­da­nym ad­re­sem w Sund­by­berg. Ad­res zresztą też nie ist­nieje. Nie ma ta­kiej ulicy.

- Spraw­dza­łeś też w Go­ogle'u?

- Spraw­dzi­łem dwa razy w róż­nych re­je­strach.

Gdy prze­glą­dał swoje trzy stosy pa­pie­rów, Ma­rita obe­szła stół i usia­dła po dru­giej stro­nie. Tuż przy oknie.

- W ca­łej Szwe­cji jest tylko trzech Joh­nów Brow­nów - kon­ty­nu­ował La­xman. - Je­den ma cztery lata i mieszka w Ro­sen­g?rd.

- My­ślę, że mo­żemy go wy­klu­czyć.

- Jest też John Brown w Väste­r?s. Sześć­dzie­siąt osiem lat.

- Fa­cet w tym po­koju nie ma sześć­dzie­się­ciu ośmiu lat.

- Ten trzeci mieszka w Nor­r­ko­ping. Ma trzy­dzie­ści dwa lata, więc...

Ma­rita spoj­rzała na niego py­ta­jąco.

- ...to on?

La­xman znów wy­szu­kał coś wśród swo­ich po­rząd­nie po­sor­to­wa­nych pa­pie­rów i rzu­cił przed Ma­ritę zdję­cie.

- To jego fo­to­gra­fia pasz­por­towa.

Nie mu­siała się szcze­gól­nie długo przy­glą­dać, żeby stwier­dzić, że męż­czy­zna na zdję­ciu nie był ofiarą le­żącą w po­koju. Ten miał nie­mal łysą czaszkę i ru­dawą brodę. Poza tym nie miał na szyi ta­tu­aży.

- A więc za­mel­do­wał się w ho­telu pod fał­szy­wym na­zwi­skiem?

- Na to wy­gląda. O ile nie jest za­mel­do­wany za gra­nicą. Py­ta­łem kie­row­niczki ho­telu, za­pła­cił z góry go­tówką i nie uży­wał karty kre­dy­to­wej, więc to też ra­czej ślepa uliczka. A ho­tel nie spraw­dził jego toż­sa­mo­ści po przy­by­ciu.

Ma­rita po­czuła, jak wzbiera w niej iry­ta­cja.

- Roz­ma­wia­łeś z kie­row­niczką ho­telu?

La­xman nieco non­sza­lancko kiw­nął głową.

- Ale to prze­cież ja ją prze­słu­chuję. Czy nie by­łoby le­piej, gdy­bym kon­ty­nu­owała ten kon­takt?

- Dajże spo­kój. Nie mamy czasu do stra­ce­nia. By­łaś za­jęta czymś in­nym.

Za­nim zdą­żyła co­kol­wiek po­wie­dzieć, wró­cił do wcze­śniej­szego te­matu.

- Będę da­lej drą­żył i zo­ba­czymy, co to da. Do­póki nie wiemy, kim jest, trudno bę­dzie po­wia­do­mić bli­skich.

La­xman miał ra­cję. Było ważne, żeby do­cho­dze­nie nie stra­ciło tempa. Ma­rita uznała, że jej uraza nie może wpły­wać na dzia­ła­nia.

On nie miał nic złego na my­śli, prze­mknęło jej przez głowę i za­uwa­żyła drobną, przy­po­mi­na­jącą mysz ko­bietę, która po­ja­wiła się w drzwiach. Była ni­ska, py­zata i siwa, a jej oczy wy­glą­dały, jakby coś knuła.

- Je­ste­ście z po­li­cji? - spy­tała.

Za­nim któ­re­kol­wiek z nich zdą­żyło od­po­wie­dzieć, oświad­czyła:

- My­ślę, że wi­dzia­łam mor­der­ców.

8

Timmy pa­trzył na ze­gar po­środku ta­blicy roz­dziel­czej. Od­dy­chał ciężko, nie mógł usie­dzieć w miej­scu i lekko pod­ska­ki­wał na sie­dze­niu pa­sa­żera. Do­brze znał to uczu­cie. Za­wsze tak było przed ak­cją. Mie­siące pla­no­wa­nia. Emo­cjo­nu­jące ocze­ki­wa­nie. I wresz­cie nad­cho­dzi wielki dzień. Taki jak dziś.

Benji otwo­rzył drzwi kie­rowcy, wsiadł i rzu­cił Timmy'emu owi­niętą fo­lią ka­napkę i colę, którą wła­śnie ku­pił na sta­cji ben­zy­no­wej. Szybko je­dli, nie mó­wiąc wiele.

Timmy za­sta­na­wiał się, do­kąd by uciekł, gdyby coś po­szło nie tak. Do matki? To nie dość bez­pieczne. Poza tym sta­ruszka dzia­łała mu na nerwy. Może do Taj­lan­dii? Albo Bar­ce­lony? Miał pewne kon­takty w obu tych miej­scach, ale nie mógł się zde­cy­do­wać, na kim mógł bar­dziej po­le­gać. Naj­pro­ściej by było, gdyby nic się nie po­srało.

Ro­bili to już wcze­śniej. By­wało, że wszystko szło do­brze, by­wało też wprost prze­ciw­nie. Ja­kiś drań za­ka­po­wał, ktoś po­wią­zał z nimi do­wody rze­czowe albo inne gówno. Obaj z Ben­jim sie­dzieli. Ale nie pi­snęli ani słowa. Ża­den gli­niarz, ża­den cho­lerny pro­ku­ra­tor, na­wet pe­dal­ski sę­dzia nie był w sta­nie zmu­sić ich do pusz­cze­nia pary. Ni­gdy w ży­ciu. Byli lo­jalni wo­bec zle­ce­nio­daw­ców. Na tym ta ro­bota po­le­gała.

Ka­bina mocno się na­grzała przez ten krótki czas, kiedy stali z wy­łą­czoną kli­ma­ty­za­cją, mimo że za­par­ko­wali w cie­niu. Timmy otwo­rzył drzwi pa­sa­żera, żeby prze­wie­trzyć, i wy­pił resztkę coli. Benji jadł dwa razy szyb­ciej, więc już dawno skoń­czył.

Timmy wy­cią­gnął do niego rękę.

- Da­waj śmieci.

- Co?

- Da­waj puszkę i fo­lię, w którą było za­wi­nięte żar­cie.

Benji spra­wiał wra­że­nie, że nic nie ro­zu­mie, ale po­słusz­nie po­dał mu alu­mi­niową puszkę i lepką fo­lię, którą zwi­nął w kulkę. Timmy sta­ran­nie wci­snął opa­ko­wa­nie do puszki, a po­tem zro­bił to samo z wła­snymi od­pa­dami. Po­tem znów spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Czas ru­szać.

Benji prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce w tej sa­mej chwili, w któ­rej Timmy za­mknął drzwi. Do­staw­czak ru­szył z cha­rak­te­ry­stycz­nym mru­cze­niem die­sla.

Kiedy tylko wy­je­chali na główną drogę i przy­spie­szyli, Timmy opu­ścił szybę i jak naj­da­lej od­rzu­cił puszki. Wy­lą­do­wały na po­bo­czu i znik­nęły za nimi.

W sa­mo­cho­dzie nie mo­gły zo­stać żadne ślady DNA.

9

My­szo­wata ko­bieta na­zy­wała się Ann-So­fie Skog i wy­glą­dała na sześć­dzie­siąt lat, cho­ciaż do­bie­gała do­piero pięć­dzie­siątki. Miała duży ty­łe­czek w kształ­cie gruszki, ale jej mocno po­marsz­czona twarz spra­wiała, że mimo to wy­glą­dała szczu­pło. Pa­trząc na dwa kolce, które za­stę­po­wały jej przed­nie zęby, Ma­rita po­my­ślała, że wy­gląda jak prze­ro­śnięta ry­jówka.

Usia­dła na krze­śle, który po­li­cjantka jej pod­sta­wiła, żeby zna­la­zły się po prze­ciw­nych stro­nach stołu.

Kiedy Ma­rita do­peł­niała for­mal­no­ści, Ann-So­fie sie­działa wy­pro­sto­wana z rę­kami na ko­la­nach i stu­dio­wała przez okno wi­dok na je­zioro i góry po dru­giej stro­nie. Była wy­raź­nie pod­nie­cona, ale ra­czej dla­tego, że miała coś waż­nego do po­wie­dze­nia po­li­cji niż z po­wodu im­po­nu­ją­cego wi­doku.

- No więc, jak mó­wi­łam, chyba wi­dzia­łam mor­der­ców - po­wie­działa, gdy skoń­czyli z for­mal­no­ściami.

Ma­rita przy­glą­dała się jej ubra­niu: biała blu­zeczka bez rę­ka­wów z czer­wo­nym i zie­lo­nym ha­ftem na piersi. Wy­glą­dało na to, że przed­sta­wia ukwie­coną łąkę, cho­ciaż trzeba było tro­chę wy­obraźni, by to za­uwa­żyć.

Ma­rita uśmiech­nęła się przy­jaź­nie.

- Pro­szę mó­wić.

- Wczo­raj wie­czo­rem sie­dzia­łam przez chwilę w ho­te­lo­wym lobby. Było pięt­na­ście po siód­mej. Je­stem tego pewna, bo mia­łam iść na górę obej­rzeć wia­do­mo­ści o wpół do ósmej.

Ann-So­fie od­chy­liła się i wy­szep­tała dra­ma­tycz­nym to­nem:

- I na­gle zo­ba­czy­łam dwóch prze­stęp­ców.

- Prze­stęp­ców? Co pani ma na my­śli?

- Wy­glą­dali jak ci mo­to­cy­kli­ści. Gang mo­to­cy­klowy, ro­zu­mie pani.

Ma­rita pod­nio­sła wzrok znad swo­ich no­ta­tek i spoj­rzała na ko­bietę.

- Czy może pani opi­sać ich do­kład­niej?

- Ten je­den był dość po­tężny. Nie miał nad­wagi, ra­czej jakby do­brze zbu­do­wany. Krępy. Tak, krępy. Miał dłu­gie brą­zowe włosy zwią­zane w ku­cyk i białą ko­szulkę. Taką do pod­ry­wa­nia ko­biet.

Po­ło­żyła ręce na ko­la­nach, wpa­try­wała się in­ten­syw­nie w prze­strzeń nad sto­łem i naj­wi­docz­niej spraw­dzała, czy Ma­rita no­tuje jej słowa.

- A ten drugi miał krótko ostrzy­żone włosy, tak mi się wy­daje, a na ra­mio­nach pełno ta­tu­aży. Pa­skudne typy. A do tego nie­trzeźwi. Śmiali się i wrzesz­czeli.

- Śmiali się i wrzesz­czeli, mówi pani...

- Za­cho­wy­wali się w spo­sób prze­ra­ża­jący.

- Je­den z nich miał ku­cyk, tak?

- Ten po­tęż­niej­szy miał włosy zwią­zane na karku. Sie­dział ty­łem do mnie. Miał na so­bie znisz­czone, brudne dżinsy. Ni­gdy nie wi­dzia­łam nic gor­szego. Spodnie miał opusz­czone tak ni­sko, że za każ­dym ra­zem, kiedy się­gał po piwo, wi­dzia­łam górną część...

Ann-So­fie za­wa­hała się na se­kundę, za­nim zna­la­zła od­po­wied­nie słowo:

- ...prze­działka.

Ma­rita się ro­ze­śmiała.

- O rany.

- No, prawda. To było pa­skudne.

Gdy Ann-So­fie pa­plała da­lej, Ma­rita za­sta­na­wiała się, co to mógł być za gang, o któ­rym mó­wiła. I co ro­bił w ?re?

- Co było na­pi­sane na ich ka­mi­zel­kach? - za­py­tała.

- Ka­mi­zel­kach?

- Nie mieli na so­bie ka­mi­ze­lek? Mo­to­cy­kli­ści za­zwy­czaj je no­szą.

Ann-So­fie opu­ściła ra­miona, wy­glą­dała, jakby po­woli ucho­dziło z niej po­wie­trze.

- Nie po­my­śla­łam o tym.

Przez dłuż­szą chwilę po wyj­ściu świadka Ma­rita ana­li­zo­wała tę roz­mowę, szar­piąc się za ko­smyki wło­sów. Już za­częły się pu­szyć, mimo że myła je tego ranka.

Poza my­szo­watą jesz­cze inni lu­dzie po­winni byli za­uwa­żyć mo­to­cy­klowy gang w lobby. Trudno ich prze­oczyć. Być może wszystko to było tak dra­ma­tyczne, że przy­je­chali tu i za­bili swoją ofiarę, na­wet nie sta­ra­jąc się tego ukryć, ale lu­dzie tak się bali, że wo­leli uda­wać śle­pych i głu­chych. Ma­rita sły­szała ta­kie hi­sto­rie od ko­le­gów z po­łu­dnio­wej Szwe­cji, gdzie gangi są znacz­nie bar­dziej po­pu­larne.

Po­szła do dru­giej sali kon­fe­ren­cyj­nej i wsu­nęła głowę do środka. La­xman sie­dział sku­piony przed swoim lap­to­pem.

- Wy­cho­dzę na chwilę.

- Na spo­tka­nie z ta­jem­ni­czym ko­chan­kiem?

Ma­rita nie lu­biła opo­wia­dać ko­le­gom o swoim pry­wat­nym ży­ciu, ro­zu­miała też, że to wła­śnie dla­tego La­xman pró­buje ją pro­wo­ko­wać.

- Spraw­dzę pe­wien trop.

- Jaki znowu trop?

- Na pewno nic waż­nego.

- No po­wiedz! Czy ja też nie je­stem czę­ścią tego śledz­twa? Jak tu współ­pra­co­wać, je­śli mamy przed sobą ta­jem­nice?

10

Kiedy Malm­berg wszedł do no­wo­cze­snej, wy­po­sa­żo­nej w naj­now­sze urzą­dze­nia sali kon­fe­ren­cyj­nej, wszyst­kie krze­sła przy po­dłuż­nym stole były już za­jęte, nie li­cząc tego na szczy­cie, które w oczy­wi­sty spo­sób za­re­zer­wo­wano dla niego.

Mi­nęło mniej niż pięć mi­nut od chwili, w któ­rej zwo­łał bły­ska­wiczne ze­bra­nie sztabu, który stra­te­gicz­nie i ze­wnętrz­nie za­rzą­dzał śledz­twem w ?re z Öster­sund. Po­wi­tały go pełne nie­po­koju, ale też za­cie­ka­wie­nia spoj­rze­nia dy­rek­tora działu in­for­ma­cyj­nego Bengta Vin­gera, szefa sztabu Ulfa Jons­sona i pię­ciu in­nych człon­ków ze­społu.

Malm­berg do­sko­nale wie­dział, że to nie on po­wi­nien pro­wa­dzić to spo­tka­nie. Było to za­da­nie szefa sztabu, a on po­wi­nien tylko sie­dzieć jako nad­zorca i po­dej­mo­wać nie­zbędne de­cy­zje. Jed­nak już zde­cy­do­wa­nie zbyt długo de­ner­wo­wał się tym, jak pro­wa­dzone są różne spo­tka­nia. Bra­ko­wało struk­tury. Bra­ko­wało sku­pie­nia. Lu­dzie ga­dali o in­nych spra­wach. I przede wszyst­kim: od­by­wało się to zbyt wolno. Był już za stary, by zno­sić bi­cie piany, gdy można było coś ro­bić le­piej. Tak więc dziś sam pro­wa­dził spo­tka­nia.

Le­dwo zdą­żył usiąść, a już z po­ważną miną wcią­gnął po­wie­trze głę­boko w płuca i za­czął mó­wić:

- No więc sy­tu­acja jest taka... - dla efektu zro­bił pauzę i upew­nił się, że wszy­scy uwa­żają, za­nim do­koń­czył zda­nie: - W ko­lejce li­no­wej po­wstało za­gro­że­nie bom­bowe.

- O kurwa - wy­buch­nął Ulf Jons­son chra­pli­wym to­nem. Lata pa­le­nia i prze­sa­dza­nia z whi­sky zde­for­mo­wały mu barwę głosu. Ile by nie chrzą­kał, wcale nie było z nią le­piej.

Malm­berg po­pra­wił oku­lary w sta­lo­wej oprawce.

- Groźba wpły­nęła na nu­mer alar­mowy dwa­dzie­ścia mi­nut temu. Ope­ra­tor, który ode­brał, uznał, że głos brzmi to jak prze­ro­biony kom­pu­te­rowo. Ktoś po­in­for­mo­wał, że ko­lejka li­nowa w ?re wła­śnie się za­trzy­mała, a w ja­dą­cym w górę wa­go­niku znaj­duje się bomba.

Jons­son się za­wa­hał.

- I to wszystko?

- Jesz­cze to, że je­śli ktoś ru­szy bombę, to ona wy­buch­nie.

- Wiemy, kto za tym stoi? - za­py­tał kor­pu­lentny i nie­mal cał­ko­wi­cie łysy szef działu in­for­ma­cyj­nego. Udało mu się spra­wić wra­że­nie nie­po­ru­szo­nego.

Bengt Vin­ger był gru­bym sześć­dzie­się­cio­lat­kiem, który otrzy­mał swoją po­sadę zgod­nie ze sta­rymi za­sa­dami mó­wią­cymi, że tylko po­li­cjanci mogą peł­nić spe­cjalne funk­cje w tej służ­bie.

- Nie, na ra­zie w su­mie nic nie wiemy - od­rzekł Malm­berg. - Nie wiemy też, jaki mają cel, ale mu­simy za­kła­dać, że ma to zwią­zek z unij­nym szczy­tem.

Ulf Jons­son od­chrząk­nął i za­czął za­cią­gać swoim dia­lek­tem z Jäm­tland.

- A wiemy, ile osób jest na po­kła­dzie?

Malm­berg po­trzą­snął głową.

- Nie, tego też nie wiemy. Ale ko­lejka rze­czy­wi­ście stoi. Roz­ma­wia­łem przed chwilą z Chri­stia­nem St?h­lem, który to po­twier­dził. Do­stał rów­nież roz­kaz do­wo­dze­nia pracą w te­re­nie.

Mó­wiąc, Malm­berg bęb­nił pal­cami w blat stołu.

Jons­son zro­bił scep­tyczną minę.

- Czy Chri­stian to rze­czy­wi­ście wła­ściwy czło­wiek do ta­kiej ro­boty? Poza tym ma już mnó­stwo pracy z chro­nie­niem mi­ni­strów.

Malm­berg za­ci­snął usta.

- To dzi­kus, wie­cie, że od po­czątku nie chcia­łem, by do­wo­dził ak­cją. - Wa­hał się przez chwilę. - Nie mamy jed­nak w tej chwili ni­kogo in­nego. Kiedy w tej fir­mie szuka się kom­pe­ten­cji, wieje pustką.

- A może po­win­ni­śmy się skon­tak­to­wać z Po­li­cją Bez­pie­czeń­stwa? - za­py­tał młod­szy ko­lega, blon­dy­nek.

Malm­berg zmarsz­czył czoło.

- Nie ma mowy.

Bengt Vin­ger spoj­rzał na niego po­dejrz­li­wie.

- To nie­wąt­pli­wie wy­gląda na akt ter­roru. Nie są­dzisz, że...

Szef mu prze­rwał:

- Wiele razy pró­bo­wa­łem współ­pra­co­wać ze służ­bami i za każ­dym ra­zem wszystko się wa­liło. Chcą do­sta­wać in­for­ma­cje, ale sami się nimi nie dzielą. A mimo to całą ro­botę wy­ko­nu­jemy my. Nie, trzeba ich trzy­mać z dala i nie an­ga­żo­wać wię­cej, niż to ko­nieczne.

Głę­boko wes­tchnął i w po­koju za­pa­dła ci­sza.

Przez nie­mal trzy­dzie­ści lat ka­riery w po­li­cji ni­gdy nie był od­po­wie­dzialny za rów­nie ważne za­da­nie jak chro­nie­nie spo­tka­nia. Te­raz na­de­szła chwila próby.

A naj­gor­sze jest to, że wzrok ca­łej Eu­ropy, a na­wet ca­łego świata pa­trzy na mnie i mo­ich po­li­cjan­tów. To nie jest od­po­wied­nia chwila, żeby prze­ka­zy­wać ko­muś kon­trolę. Zwłasz­cza nie­cier­pli­wym lu­dziom ze Sztok­holmu, po­my­ślał.

- Od tej chwili spo­ty­kamy się co go­dzinę i uzgad­niamy dane. Nikt nie może spóź­nić się na­wet o mi­nutę. Zro­zu­miano?

Wszy­scy po­słusz­nie kiw­nęli gło­wami.

Malm­ber­gowi nieco drżały nogi, kiedy wstał, a to, co miało być ci­chym wes­tchnie­niem, za­brzmiało tak gło­śno, że wszy­scy obecni zro­zu­mieli jego mam­ro­ta­nie.

- Boże mi­ło­sierny. Niech to się do­brze skoń­czy.

11

Dom, w któ­rym miesz­kał re­cep­cjo­ni­sta Je­sper Lundh, na­le­żał do naj­wyż­szych w mie­ście. Zo­stał zbu­do­wany w la­tach osiem­dzie­sią­tych i był źle utrzy­many. Chcieli w nim miesz­kać tylko naj­bied­niejsi i może jesz­cze pra­cow­nicy tym­cza­sowi. Ma­rita za­klęła pod no­sem, kiedy za­uwa­żyła, że winda nie działa. Wspię­cie się na trze­cie pię­tro wy­da­wało się nie­mal tor­turą, zwłasz­cza że na klatce scho­do­wej było nie­mal rów­nie go­rąco, jak na dwo­rze.

Kiedy do­tarła do drzwi i za­dzwo­niła, z tru­dem ła­pała po­wie­trze, a pot spły­wał jej po ple­cach. Mu­siała za­dzwo­nić dwa razy, za­nim Je­sper otwo­rzył. Nie wy­da­wał się za­chwy­cony tym, że go obu­dziła.

- Tak, wiem, o któ­rych cho­dzi - po­wie­dział kilka mi­nut póź­niej, kiedy nie­chęt­nie za­ofe­ro­wał szklankę wody, a Ma­ri­cie opo­wie­działa mu o męż­czy­znach opi­sy­wa­nych przez Ann-So­fie.

Sie­działa na stołku w ko­ry­ta­rzu, po­woli od­zy­sku­jąc siły. Miesz­ka­nie było w nie­ła­dzie, pa­no­wała du­chota. Wy­glą­dało na to, że od kilku dni nie wy­no­szono tu śmieci.

- Kto to taki?

- Nie mam po­ję­cia. Ni­gdy wcze­śniej ich nie wi­dzia­łem.

W tej sa­mej chwili do­tarł do niej za­pach jego od­de­chu. Fa­cet nie umył zę­bów.

- Miesz­kają w ho­telu?

- Nie mam po­ję­cia.

- Co było na ich ka­mi­zel­kach?

Chło­pak za­sta­na­wiał się przez chwilę.

- Nie mieli ka­mi­ze­lek - po­wie­dział w końcu.

- Na pewno?

- Na pewno.

Kurde, po­my­ślała Ma­rita, ślepa uliczka.

Je­sper wciąż stał, tarł oczy i zie­wał.

- Prze­pra­szam, nie chcę być nie­uprzejmy, ale spa­łem w naj­lep­sze i chciał­bym po­spać jesz­cze parę go­dzin, za­nim znowu pójdę do pracy. Czy jesz­cze coś?

Po­li­cjantka wstała i wła­śnie miała otwo­rzyć drzwi, by wyjść, kiedy ją po­wstrzy­mał.

- Mo­ment. Coś mi się przy­po­mniało o tym za­mor­do­wa­nym fa­ce­cie.

Ma­rita od­wró­ciła się w ocze­ki­wa­niu.

- Wi­dzia­łem go wczo­raj wie­czo­rem, jak tylko za­czą­łem nocną zmianę.

- Dwu­dzie­sta druga.

- Słu­cham?

- Około dwu­dzie­stej dru­giej? To wtedy za­czą­łeś zmianę?

- Zga­dza się. Przy­szedł z dworu i mi­nął re­cep­cję, idąc w stronę swo­jego po­koju. Pa­mię­tam, bo miał ze sobą torbę z Si­bylli. By­łem głodny i po­czu­łem za­pach ham­bur­gera.

Ma­rita ro­zu­miała, co miał na my­śli. Sama ko­chała świeżo gril­lo­wane ham­bur­gery z dużą ilo­ścią sosu.

- Był sam?

- Tak, sam, ale roz­ma­wiał przez te­le­fon. Po­wie­dział coś w stylu: "Je­śli mamy wy­ko­nać tę ro­botę, chcemy do­stać więk­szą działkę".

- Coś jesz­cze?

- Nie, ale wy­glą­dał na nie­za­do­wo­lo­nego. Za­cię­tego. Pra­wie agre­syw­nego. Nie był w ta­kim hu­mo­rze, że­bym miał z nim żar­to­wać.

Chło­pak spra­wiał wra­że­nie, że się za­sta­na­wia, czy po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale zdra­dzał ca­łym cia­łem, że jego siły, a przez to skłon­ność do po­mocy za­czy­nają się koń­czyć.

Ma­rita mu współ­czuła. Po wielu la­tach w mun­du­rze aż za do­brze wie­działa, jak czuje się czło­wiek po za­rwa­nej nocy. Wiele razy mu­siała wal­czyć, żeby prze­trwać noc i nie paść ze zmę­cze­nia. To wła­śnie wtedy utra­ciła zdol­ność do opie­ra­nia się po­ku­sie je­dze­nia.

Już pra­wie wró­ciła do sa­mo­chodu, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon. Ka­bel od słu­cha­wek był jak zwy­kle splą­tany, kiedy wy­ła­wiała te­le­fon ze sztruk­so­wej torby. Przez dwie se­kundy bez po­wo­dze­nia pró­bo­wała roz­wi­kłać ten wę­zeł, po czym pod­dała się i wło­żyła do ucha jedną słu­chawkę, z któ­rej zwi­sała plą­ta­nina.

To był La­xman. Wy­da­wał się pod­nie­cony.

- Mam no­winy.

- Po­zna­li­śmy toż­sa­mość ofiary?

- Nie, w tej kwe­stii nic no­wego.

Ma­rita nie mo­gła po­wstrzy­mać roz­cza­ro­wa­nia. Na ra­zie śledz­two nie po­su­wało się do przodu, a to nie­stety ona za nie od­po­wia­dała.

- To po co dzwo­nisz?

- Le­piej tu przyjdź. Mam in­for­ma­cje o mo­to­cy­kli­stach.

12

Chri­stian wy­sko­czył z ozna­ko­wa­nego ra­dio­wozu, gdy tylko Per-Olof za­ha­mo­wał na par­kingu przed dolną sta­cją. Szybko wspiął się po dłu­gich scho­dach pro­wa­dzą­cych do wej­ścia, otwo­rzył drzwi i mi­nął kilku tu­ry­stów sto­ją­cych w ogonku do kasy.

Mó­wił zde­cy­do­wa­nie i gło­śno:

- Chcę roz­ma­wiać z kie­row­ni­kiem ko­lejki.

Ko­bieta za ladą spoj­rzała na niego tro­chę za­sko­czona i tro­chę prze­ra­żona, ale nie za­re­ago­wała wy­star­cza­jąco szybko.

- W TEJ CHWILI! - wrza­snął. - To sprawa ży­cia i śmierci!

Ko­bieta wstała i wska­zała pal­cem pe­ron ko­lejki za szklaną ścianą z le­wej strony.

- Szef jest... tam. Ko­lejka się za- za- za­trzy­mała. On p-pró­buje się do­wie­dzieć, co się dzieje.

Za­nim jesz­cze skoń­czyła mó­wić, Chri­stian prze­szedł już przez szklane drzwi pro­wa­dzące na pe­ron i prze­sko­czył, mimo peł­nego po­li­cyj­nego wy­po­sa­że­nia, nad kil­koma alu­mi­nio­wymi ba­rier­kami od­gra­dza­ją­cymi przej­ścia. Na pe­ro­nie nie było ży­wej du­szy. Chri­stian już miał za­wró­cić i po­biec z po­wro­tem, kiedy za­uwa­żył ko­goś za pe­ro­nem.

Na skale stał męż­czy­zna, który mimo upału miał na so­bie cha­rak­te­ry­styczny strój straż­nika trasy nar­ciar­skiej, czer­woną kurtkę z od­bla­skami. Znaj­do­wał się przy nie­wiel­kim przy­po­mi­na­ją­cym pu­dełko bu­dynku nieco nad pe­ro­nem i za­glą­dał przez otwarte drzwi do środka. Chri­stian zna­lazł me­ta­lowe schody, które spro­wa­dziły go z pe­ronu. Po­biegł w górę.

Za­nim zdą­żył do­trzeć na miej­sce, za­wo­łał:

- Halo, czy to pan od­po­wiada za ko­lejkę?

Męż­czy­zna od­wró­cił się i drgnął za­sko­czony.

- Je­stem tu kie­row­ni­kiem. Ale w tej chwili mamy pro­blem. Ko­lejka się za­trzy­mała i nie po­tra­fimy jej uru­cho­mić. Spa­liła się cen­tralka elek­tryczna. Nie wiem, czego pan chce, ale był­bym wdzięczny, gdyby mógł pan po­cze­kać, aż to na­pra­wię.

Chri­stian wy­char­czał, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze:

- Nie, nie mogę cze­kać. W wa­go­niku jest bomba.

Kie­row­nik chyba tego nie zro­zu­miał.

- Co ta­kiego?

- W wa­go­niku jest bomba. To nie przy­pa­dek, że cała in­sta­la­cja sta­nęła. To sa­bo­taż.

Męż­czy­zna ze­sztyw­niał.

- Żar­tuje pan so­bie ze mnie?

- A wy­glą­dam, jak­bym żar­to­wał? Po­trze­buję pań­skiej po­mocy, i to w tej chwili.

Gdy kie­row­nik prze­tra­wiał in­for­ma­cje, Chri­stian ob­ser­wo­wał te­ren wzdłuż lin ko­lejki. Tuż przed szczy­tem, nad gra­nicą drzew, za­uwa­żył czer­wony wa­go­nik wi­szący na li­nie no­śnej na swoim ol­brzy­mim ra­mie­niu.

Na­wet z tej od­le­gło­ści wi­dać było, że jest czter­dzie­ści, a może i pięć­dzie­siąt me­trów nad zie­mią.

- Jak my tam, do cho­lery, mamy się do­stać? - wy­mam­ro­tał.

Nie spo­dzie­wał się, że to tak wy­soko. Tak na­prawdę nie wie­dział, czego się spo­dzie­wać. Kiedy po­ja­wił się alarm, wsko­czył do sa­mo­chodu i roz­ka­zał Pe­rowi-Olo­fowi za­wieźć się na dolną sta­cję, ale te­raz, kiedy zdał so­bie sprawę ze skali pro­blemu, mu­siał na chwilę się za­trzy­mać, by stwo­rzyć ja­kiś plan.

Za­nim po­zwo­lił kie­row­ni­kowi wró­cić do pracy nad uru­cho­mie­niem ko­lejki, wy­ro­bił so­bie jak naj­lep­szy ob­raz sy­tu­acji, za­da­jąc py­ta­nia, które na ra­zie przy­szły mu do głowy. Za­raz po­tem ode­zwały się sy­reny po­nad tu­zina ra­dio­wo­zów, które pod­jeż­dżały co­raz bli­żej i w kilka se­kund za­ha­mo­wały z pi­skiem opon przed bu­dyn­kiem sta­cji. Chri­stian szybko wró­cił.

Wkrótce cały par­king i wszyst­kie otwarte prze­strze­nie wo­kół sta­cji zo­stały od­gro­dzone nie­bie­sko-białą ta­śmą. Ob­szar ten zo­stał punk­tem zbor­nym, z któ­rego ekipa te­re­nowa miała współ­pra­co­wać ze strażą po­żarną i służbą zdro­wia. Chri­stian pra­co­wał na peł­nych ob­ro­tach zgod­nie z li­stą prio­ry­te­tów, którą tak do­brze mu wpo­jono.

Po pierw­sze: ra­to­wać ży­cie. Po dru­gie: za­bez­pie­czyć do­wody. Po trze­cie: za­bez­pie­czyć mie­nie.

- Groźbę na­leży trak­to­wać z pełną po­wagą! - po­wie­dział do grupy po­li­cjan­tów, która ze­brała się wo­kół niego. - Wiemy, że in­sta­la­cja elek­tryczna ko­lejki zo­stała znisz­czona, a kie­row­nik stwier­dził, że nie da się jej w prze­wi­dy­wal­nym cza­sie uru­cho­mić.

- Nie mają za­pa­so­wego agre­gatu? - za­py­tał młody sta­ży­sta.

Chri­stian prze­wró­cił oczami.

- Mają agre­gat, który już uru­cho­mili, ale od razu się za­trzy­mał. Ktoś spu­ścił pa­liwo i na­lał wody, więc sil­nik się za­tarł.

Wska­zał ręką wa­go­nik.

- Na­sze naj­waż­niej­sze za­da­nie to ura­to­wać pa­sa­że­rów. Na­wet je­śli ozna­cza to za­gro­że­nie na­szego ży­cia, mu­simy to zro­bić. Zro­zu­miano?

Ze­brani nie­pew­nie ki­wali gło­wami.

- Cze­kam na in­for­ma­cje od kie­row­nic­twa ko­lejki na te­mat tego, ile osób jest na tra­sie. Na ra­zie chcę, by trzy­mać me­dia i cy­wi­lów w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. In­for­ma­cje o za­gro­że­niu bom­bo­wym w żad­nym ra­zie nie mogą wy­ciec.

13

W dro­dze po­wrot­nej Ma­rita się de­ner­wo­wała. Je­śli to mo­to­cy­kli­ści po­peł­nili mor­der­stwo, to mu­szą zo­stać za to uka­rani. Do­brze wie­działa, że jej ko­le­dzy z po­łu­dnio­wej Szwe­cji mieli po­tężne pro­blemy z gan­gami i za­gro­że­niem, ja­kie sta­no­wiły dla wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści. Świad­ko­wie byli za­stra­szani, a urzęd­nicy uci­szani, ale był to pro­blem tam­tych oko­lic, a Ma­rita nie chciała za­ak­cep­to­wać tego, że coś w tym ro­dzaju mo­głoby się wy­da­rzyć w okręgu Jäm­tland. Była prze­ko­nana, że w ma­łych mia­stecz­kach, ta­kich jak ?re i Öster­sund, nie jest aż tak źle - przy­naj­mniej na ra­zie - i że mu­szą zro­bić wszystko, żeby nie do­pu­ścić do ta­kich sy­tu­acji.

Kiedy zna­la­zła La­xmana wciąż sie­dzą­cego przy lap­to­pie, sku­pio­nego i bęb­nią­cego szybko w kla­wi­sze, ocze­ki­wała no­wych in­for­ma­cji. Kiedy ją za­uwa­żył, prze­stał, od­chy­lił się do tyłu na krze­śle, a jego twarz su­ge­ro­wała, że coś knuje.

- Usiądź so­bie, droga ko­le­żanko.

La­xman zdjął ni­teczkę, która przy­cze­piła mu się do klapy gar­ni­turu.

- Roz­ma­wia­łem z bar­ma­nem, który pra­co­wał tu wczo­raj wie­czo­rem - po­wie­dział, gdy tylko Ma­rita obe­szła stół i za­jęła miej­sce.

- I co po­wie­dział?

- Po­słu­chaj tylko. On też zwró­cił uwagę na mo­to­cy­kli­stów. Opi­sał dwóch męż­czyzn wy­glą­da­ją­cych mniej wię­cej tak, jak opo­wia­dała świa­dek Ann-So­fie Skog. Po­ja­wili się około dzie­więt­na­stej, za­mó­wili dwa piwa i zo­stali do dwu­dzie­stej dru­giej.

- Okej, a on wie, kim są?

- Te­raz robi się cie­ka­wie. Bar­man roz­ma­wiał przez chwilę z jed­nym z nich. Po­wie­dzieli, że są... - La­xman uśmiech­nął się do niej zło­śli­wie. - ...Po­li­cjan­tami ze Ska­nii. Przy­je­chali tu w związku z za­da­niem.

Ma­rita przez kilka se­kund mil­czała.

- Po­li­cjanci?

- No i tyle było mo­to­cy­klo­wego mor­der­stwa - stwier­dził La­xman. - Nie mó­wi­łaś wcze­śniej, że sprawa jest już w su­mie roz­wią­zana?

La­xman skrzy­żo­wał ra­miona na piersi i się ro­ze­śmiał.

- Prze­piękne za­koń­cze­nie, in­spek­tor Lan­der! - za­wo­łał, nie prze­sta­jąc się śmiać.

- Po­wie­dzia­łam tylko, że to do­bry trop - za­pro­te­sto­wała Ma­rita i się za­my­śliła. - Czy w tych cza­sach po­li­cjanci mogą się no­sić tak, jak chcą? - wy­mam­ro­tała, nie ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi.

Ką­tem oka za­uwa­żyła, że La­xman wciąż sie­dzi od­chy­lony do tyłu z roz­ło­żo­nymi ra­mio­nami. Uśmiech­nął się trium­fu­jąco.

- Jak można po­my­lić po­li­cjanta z mo­to­cy­kli­stą? Jest chyba pewna róż­nica.

- Cie­kawe, że tak my­ślisz. Nie wiem, czy się z tobą zgo­dzę. Jedni i dru­dzy na­leżą do zdo­mi­no­wa­nych przez męż­czyzn or­ga­ni­za­cji, w któ­rej każdy dzień pe­łen jest prze­mocy i siły. Cza­sami je­dyna róż­nica po­lega na tym, że jedna strona uważa, że stoi po stro­nie prawa, pod­czas gdy druga otwar­cie sy­tu­uje się po dru­giej stro­nie.

Ma­rita wstała, by odejść, ale się za­trzy­mała.

- Prawdę mó­wiąc, w rze­czy­wi­sto­ści nie za­wsze tak jest.

Oczy La­xmana po­ciem­niały.

- To naj­głup­sza rzecz, jaką sły­sza­łem. To my je­ste­śmy ci do­brzy. A oni źli. Do cho­lery, to ogromna róż­nica.

Ma­rita po­de­szła do drzwi.

- Do­pil­nuj, żeby prze­słu­chać tych po­li­cjan­tów. Mo­gli wi­dzieć coś waż­nego dla śledz­twa.

Kiedy okrą­żyła stół i zro­biła ostatni krok w stronę drzwi, La­xman pod­niósł rękę, by ją po­wstrzy­mać.

- Bar­man wspo­mniał o in­nej oso­bie, która wy­dała mu się dziwna.

Ma­rita sta­nęła, nie wy­ka­zu­jąc więk­szego en­tu­zja­zmu.

- Co to zna­czy dziwna?

- Ja też o to spy­ta­łem. Wy­ja­śnił, że ko­leś był nie­przy­jemny.

- No i?

La­xman się wy­pro­sto­wał. Sar­kazm gdzieś znik­nął, te­raz w gło­sie męż­czy­zny sły­chać było po­wagę.

- Na po­czątku ku­pił kilka piw i za­pła­cił go­tówką. Stał sa­mot­nie przy ba­rze i z ni­kim się nie kon­tak­to­wał. Póź­niej za­pła­cił kartą, a po­tem za­czął się roz­glą­dać i ga­pić na lu­dzi.

- A co w tym nie­przy­jem­nego?

La­xman wzru­szył ra­mio­nami.

- To było tylko ta­kie po­czu­cie, bar­man nie po­tra­fił tego wy­ja­śnić, ale uznał, że gość przy­gląda się in­ten­syw­nie, do tego cały czas po­pra­wiał karty drin­ków na ba­rze. Kiedy tylko ktoś pod­cho­dził, znów ukła­dał je do­kład­nie w ten sam spo­sób.

- Czy wiemy, kim jest ten fa­cet?

- Nie, poza tym, że miał małe okrą­głe oku­lary, ciemne włosy i był ubrany w fio­le­tową ko­szulę. - La­xman wzdry­gnął się prze­sad­nie, za­nim za­czął mó­wić da­lej: - Bar­man uznał, że fa­cet nie wy­glą­dał na Szweda. Za­py­ta­łem, czy może do­kład­niej okre­ślić, co ma na my­śli, a on od­po­wie­dział, że może po­cho­dził z Eu­ropy Wschod­niej, ale to tylko przy­pusz­cze­nie.

- Czy był go­ściem ho­telu?

- Bar­man uwa­żał, że nie. Ale mó­wił po szwedzku. Na­wet cał­kiem do­brze, cho­ciaż z wy­raź­nym ob­cym ak­cen­tem.

- Sprawdź, czy uda mu się zna­leźć tę płat­ność kartą! Przy odro­bi­nie szczę­ścia mo­żemy przy­naj­mniej do­stać na­zwi­sko wła­ści­ciela.

La­xman rzu­cił jej pełne po­li­to­wa­nia spoj­rze­nie i po­pra­wił koł­nie­rzyk ko­szuli.

- Ma­rita, moja przy­ja­ciółko. Czy ja nie pra­cuję w branży dłu­żej niż ty? Już go o to po­pro­si­łem. Ma się zgło­sić, kiedy znaj­dzie płat­ność.

Nie de­ner­wuj się, Ma­rita, po­my­ślała, kiedy pul­su­jąca krew roz­grzała jej po­liczki. To głąb z ni­ską sa­mo­oceną. Nie przej­muj się nim.

14

Wo­kół ba­rier w punk­cie do­wo­dze­nia ze­brali się tłum­nie dzien­ni­ka­rze, fo­to­gra­fo­wie, ope­ra­to­rzy ka­mer i trudna do oce­nie­nia liczba cie­kaw­skich ga­piów. Ze względu na unijny szczyt w ?re byli już przed­sta­wi­ciele prasy i Agen­cja Reu­tera, a także więk­szych sta­cji te­le­wi­zyj­nych, wszę­dzie świe­ciły nie­bie­skie świa­tła, nie­trudno było przy­być na miej­sce.

W tej sa­mej chwili, w któ­rej Chri­stian za­uwa­żył, że cztery jed­nostki straży po­żar­nej i trzy ka­retki już przy­je­chały, prze­szedł szybko przez par­king w stronę si­wo­wło­sego męż­czy­zny, który wła­śnie wy­siadł z ra­dio­wozu.

Sa­per Sten Mon­tén był ko­legą od­de­le­go­wa­nym z ko­mendy kra­jo­wej na czas tego za­da­nia i mimo dość po­de­szłego wieku wciąż był w for­mie, która mo­głaby wpra­wić więk­szość na­sto­lat­ków w za­kło­po­ta­nie. Przez po­nad dwa­dzie­ścia lat spe­cja­li­zo­wał się w ma­te­ria­łach wy­bu­cho­wych i je­śli cze­goś o nich nie wie­dział, to praw­do­po­dob­nie nie warto było so­bie tym za­wra­cać głowy.

- Kto by po­my­ślał, że tu, przy bie­gu­nie pół­noc­nym, może być tak cie­pło? Ter­mo­metr w sa­mo­cho­dzie po­ka­zy­wał dwa­dzie­ścia sie­dem stopni.

Chri­stian zi­gno­ro­wał jego uwagę, otarł kro­ple potu z czoła i prze­ka­zał mu skąpe in­for­ma­cje, które miał o rze­ko­mej bom­bie.

Mon­tén zro­bił po­waż­niej­szą minę i ge­sty­ku­lo­wał zde­cy­do­wa­nie.

- Jak na ra­zie rze­czy­wi­ście nie wiemy, czy w wa­go­niku jest bomba, mu­simy więc dzia­łać zgod­nie z za­ło­że­niem, że tam jest, i w każ­dej chwili może wy­buch­nąć.

Chri­stian nie­cier­pli­wie stu­kał bu­tami w as­falt.

- Nie trzeba być sa­pe­rem, żeby to ro­zu­mieć. Po­wiedz mi coś, co po­wi­nie­nem wie­dzieć.

- Je­śli to praw­dziwa bomba, to ist­nieje spore ry­zyko, że to IED, a więc im­pro­wi­zo­wane urzą­dze­nie wy­bu­chowe, a wtedy mu­simy za­ło­żyć, że od­pa­le­nie może na­stą­pić przy uży­ciu te­le­fonu ko­mór­ko­wego...

- Co ozna­cza, że mu­simy unie­moż­li­wić pa­sa­że­rom ko­rzy­sta­nie z ko­mó­rek, bo mogą przez przy­pa­dek wy­słać sy­gnały, które wy­zwolą wy­buch, prawda?

Sa­per kiw­nął głową.

Chri­stian spu­ścił wzrok. We­dług słów kie­row­nic­twa ko­lejki już dzwo­niono do dol­nej sta­cji. Praw­do­po­do­bień­stwo, że wy­ko­ny­wano rów­nież inne roz­mowy, było bar­dzo wy­so­kie. To musi się na­tych­miast skoń­czyć.

Jak spra­wić, by pa­sa­że­ro­wie to zro­zu­mieli? Jak w ogóle można się z nimi sko­mu­ni­ko­wać, gdy wi­szą tak wy­soko nad zie­mią? Czy usły­szą, gdy bę­dzie wo­łał? Wąt­pliwe. Za­wsze mógł sko­rzy­stać z me­ga­fonu, ale wtedy i tak ko­mu­ni­ka­cja by­łaby jed­no­kie­run­kowa. Bo niby jak pa­sa­że­ro­wie mie­liby mu od­po­wie­dzieć? Poza tym w obec­nej sy­tu­acji tylko oni mo­gli zlo­ka­li­zo­wać bombę.

Spoj­rzał na Stena Mon­téna z nie­po­ko­jem.

- We­dług osoby, która dzwo­niła, ła­du­nek wy­buch­nie, je­śli zo­sta­nie na­ru­szony.

Sa­per wy­glą­dał na scep­tycz­nego.

- Żeby zro­bić taki za­pal­nik, ko­nieczne jest wy­ko­rzy­sta­nie bar­dzo za­awan­so­wa­nej tech­niki z rtę­cią. Bio­rąc pod uwagę, że ka­bina do mo­mentu za­trzy­ma­nia była w ru­chu, ła­du­nek praw­do­po­dob­nie też już się po­ru­szał i nie wy­buchł. Skła­niam się ku temu, że musi to być inny typ za­pal­nika niż re­agu­jący tylko na ruch.

- A więc po­win­ni­śmy spró­bo­wać ich skło­nić, żeby wy­rzu­cili bombę?

- W żad­nym wy­padku - od­po­wie­dział bły­ska­wicz­nie Mon­tén. - Ta­kiego ry­zyka nie mo­żemy pod­jąć bez wcze­śniej­szego zba­da­nia, ja­kiego ro­dzaju to urzą­dze­nie.

Kurwa mać, po­my­ślał Chri­stian.

- A więc mamy tu pa­ra­graf dwa­dzie­ścia dwa? Bomba nie może spaść. My nie mo­żemy po nią wejść.

Sten Mon­tén kiw­nął bez­rad­nie głową.

Chry­stian usły­szał za sobą zbli­ża­jące się kroki i się od­wró­cił. Do­szedł do nich Per-Olof.

- W wa­go­niku jest trzy­na­ście osób wraz z ope­ra­to­rem. Więk­szość to za­gra­niczni tu­ry­ści. Czworo dzieci.

Chri­stian tup­nął mocno nogą i wrza­snął z czy­stej fru­stra­cji.

Czworo nie­win­nych dzieci.

Od­wró­cił się w stronę ko­legi.

- Chcę, że­byś po­pro­sił o po­siłki od an­ty­ter­ro­ry­stów. Mu­szą się tu zna­leźć jak naj­szyb­ciej. Do­pil­nuj, żeby wzięli ze sobą ne­go­cja­tora.

Per-Olof wy­glą­dał na za­sko­czo­nego.

- Ne­go­cja­tor?

- Na pewno ktoś się zgłosi z żą­da­niami, a wtedy mu­simy tu mieć za­wo­dowca.

Chri­stian wie­dział, że od­dział może tu do­le­cieć he­li­kop­te­rem ze Sztok­holmu do­piero za pra­wie dwie go­dziny. Nie­wy­klu­czone, że nie dys­po­no­wali ta­kim cza­sem. Do tego mo­mentu los pa­sa­że­rów le­żał w jego rę­kach.

Mu­simy tam wejść. I to w tej chwili, po­my­ślał, czu­jąc przy­pływ ad­re­na­liny we krwi.

Per-Olof wy­jął te­le­fon z uchwytu na piersi, żeby wy­ko­nać roz­kaz.

Chri­stian ru­szył zde­cy­do­wa­nie w stronę kie­row­nika ko­lejki, który sie­dział na be­to­no­wej ba­rierce i ga­pił się w zie­mię.

- Co za­zwy­czaj ro­bi­cie, kiedy wa­go­nik za­trzyma się i trzeba ewa­ku­ować lu­dzi?

Kie­row­nik po­woli pod­niósł wzrok.

- Dzwo­nimy do lu­dzi, któ­rzy po­tra­fią się wspi­nać. Oni wcho­dzą na pod­porę, zjeż­dżają do ka­biny, przy­pi­nają lu­dzi w szel­kach i po ko­lei spro­wa­dzają na zie­mię.

- Czy jest ktoś, do kogo może pan te­raz za­dzwo­nić?

Męż­czy­zna spoj­rzał na Chri­stiana z prze­ra­że­niem.

- Czy pan osza­lał? Ni­kogo nie mogę tam wy­słać. Prze­cież tam jest bomba!

Chri­stian nie mógł nie przy­znać mu ra­cji. Wy­sła­nie ko­goś do wa­go­nika łą­czyło się z za­gro­że­niem ży­cia. Jed­nak na szali le­żało ży­cie trzy­na­stu nie­win­nych osób. Ktoś musi tam pójść, i to szybko.

Po­biegł z po­wro­tem do sa­pera.

- Na ile nie­bez­pieczne jest prze­by­wa­nie w po­bliżu wa­go­nika?

- To oczy­wi­ście za­leży od typu ła­dunku. Po­wie­dział­bym, że nie tylko wspi­na­nie się tam jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczne, lecz także samo prze­by­wa­nie w po­bliżu.

- Co to zna­czy?

- Bomba może wy­wo­łać po­tężną falę ude­rze­niową, a je­śli wy­buch­nie, bę­dzie roz­rzu­cać cięż­kie przed­mioty. Nie mó­wiąc o odłam­kach szkła, które...

Jed­nak za­nim Mon­tén zdą­żył skoń­czyć, Chri­stian już się zde­cy­do­wał. Mimo ry­zyka mu­szą tam wejść i spró­bo­wać skon­tak­to­wać się z pa­sa­że­rami. Jego za­da­niem było ra­to­wa­nie in­nych lu­dzi. Je­śli po­li­cjant nie jest go­towy na­ra­zić się na za­gro­że­nie, to po­wi­nien był wy­brać inny za­wód.

Cho­dził mię­dzy po­li­cjan­tami, stra­ża­kami i ra­tow­ni­kami me­dycz­nymi, któ­rzy stali w go­to­wo­ści w punk­cie zbor­nym i wska­zy­wał, kto po­wi­nien mu to­wa­rzy­szyć. Per-Olof, Sten Mon­tén i ośmiu in­nych.

We­dług kie­row­nika po­łowę drogi w górę można było po­ko­nać sa­mo­cho­dem, ja­dąc wi­jącą się szu­trową drogą, po­tem jed­nak trzeba bę­dzie przy­go­to­wać się na ciężką wy­prawę po stro­mych i ka­mie­ni­stych od­cin­kach. Chri­stian wie­dział, że nie­któ­rzy będą się z tym mę­czyć bar­dziej niż inni, ale nikt nie po­wi­nien wąt­pić w wagę swo­jego za­da­nia.

- Mu­simy ura­to­wać tych lu­dzi! - krzyk­nął, da­jąc gru­pie sy­gnał do wyj­ścia. - Czas po­ka­zać, na co was stać.

15

Ma­rita stwier­dziła, że tech­niczka jest na miej­scu i bada po­kój ho­te­lowy, ale po­zwo­liła jej pra­co­wać w spo­koju. Wróci póź­niej. Za­miast tego po­szła ko­ry­ta­rzem do drzwi po pra­wej stro­nie.

Do mor­der­stwa do­szło w po­koju trzy­sta dwa­dzie­ścia cztery. ona za­pu­kała do trzy­sta dwa­dzie­ścia osiem. Drzwi się otwo­rzyły i Ma­rita od razu roz­po­znała blon­dynkę z lobby. Tę z peł­nymi war­gami i w dro­gich ciu­chach. Roz­po­znała rów­nież śnież­no­białą że­glar­ską kurtkę męż­czy­zny wi­szącą na haku przed drzwiami.

Ko­bieta wy­cią­gnęła rękę, po­chy­liła głowę na bok i uśmiech­nęła się, aż gar­ni­tur jej bie­lut­kich zę­bów pra­wie ośle­pił Ma­ritę.

Hanna Jer­ner. Pach­niała de­li­kat­nie ja­śmi­nem. Jej twarz po­kryta była ma­to­wym pod­kła­dem, a ma­ki­jaż z pew­no­ścią wy­ma­gał wprawy w po­słu­gi­wa­niu się cie­niami, ey­eli­ne­rem i tu­szem.

Ma­ri­cie za­im­po­no­wała jej uroda i umie­jęt­ność spra­wie­nia, że ma­ki­jaż wy­gląda na­tu­ral­nie. Ona sama, choćby naj­bar­dziej się sta­rała, po­tra­fiła je­dy­nie na­ło­żyć tusz do rzęs i pod­kre­ślić oczy, by nie wy­glą­dać jak nie­chluj­nie za­szpa­chlo­wana.

Zo­stała za­pro­szona do środka i od razu zwró­ciła uwagę na fan­ta­styczny wi­dok. Całe okno wy­peł­nione było ośnie­żo­nymi szczy­tami po dru­giej stro­nie skrzą­cego się je­ziora. Gdyby miesz­kała w tym po­koju, za­pa­dłaby się w fo­telu, wzięła do ręki zimne piwo marki Nor­r­lands Guld i go­dzi­nami po­dzi­wiała te uspo­ka­ja­jące wi­doki. Te­raz mu­siała się za­do­wo­lić za­ję­ciem jed­nego z fo­teli sto­ją­cych ty­łem do okna.

Od mun­du­ro­wego wą­sa­cza do­wie­działa się już, że pań­stwo Ste­fan i Hanna Jer­ne­ro­wie prze­by­wali w ?re z krótką wi­zytą w ra­mach urlopu.

Hanna Jer­ner usia­dła na ele­gancko po­sła­nym łóżku, a jej mał­żo­nek za­jął drugi fo­tel. Przy­po­mi­nał Ma­ri­cie biz­nes­mena na wa­ka­cjach, ale sama do­kład­nie nie wie­działa dla­czego. Nie znała żad­nych biz­nes­me­nów, a tym bar­dziej nie wie­działa, jak się ubie­rają na wa­ka­cjach. Miała jed­nak pewne wy­obra­że­nie, a jego strój do­kład­nie wy­obra­że­niu temu od­po­wia­dał. Błę­kitna te­ni­sowa ko­szulka. Be­żowe chi­nosy. Wy­soki i szczu­pły, ale nie­szcze­gól­nie umię­śniony. Na nad­garstku ze­ga­rek Omega Se­ama­ster, który przy­po­mniał Ma­ri­cie o wy­kła­dowcy ze szkoły po­li­cyj­nej, który ku­pił so­bie taki, żeby za­im­po­no­wać oto­cze­niu, ona uznała to za ża­ło­sne.

- Co pań­stwa spro­wa­dziło do ?re? - spy­tała Ma­rita. - Unijny szczyt?

- Nie, broń Boże! - Ste­fan się za­śmiał. - Ta­kie rze­czy nas nie in­te­re­sują. Je­ste­śmy na let­nim urlo­pie i chcie­li­śmy od­wie­dzić La­po­nię, a więc noc­leg w ?re jest jak zna­lazł. Moja żona ni­gdy tu nie była.

- I jak się pani tu po­doba? - za­in­te­re­so­wała się Ma­rita i od­wró­ciła w stronę Hanny.

- Ach, tu w La­po­nii jest prze­pięk­nie - od­rze­kła wy­so­kim, nie­mal dzie­cin­nym gło­sem.

Po­li­cjantka za­śmiała się ci­cho.

- Jest pani w Jäm­tland.

Hanna za­czer­wie­niła się i zro­biła nie­pewną minę.

- La­po­nia, Jäm­tland... dla mnie to to samo. Ka­wał drogi od Sztok­holmu.

Ma­rita od­wró­ciła się z po­wro­tem do Ste­fana.

- Noc­leg w ?re, po­wie­dział pan?

Męż­czy­zna kiw­nął głową.

- A więc przy­je­chali pań­stwo wczo­raj?

- Wczo­raj po po­łu­dniu. Mniej wię­cej o pią­tej. - Ste­fan wy­pro­sto­wał się i zmie­nił po­zy­cję. - No więc, jak już mó­wi­łem pani ko­le­dze, wi­dzie­li­śmy wczo­raj coś, co mo­głoby was za­in­te­re­so­wać.

Hanna po­pra­wiła go zde­cy­do­wa­nym gło­sem:

- Ty wi­dzia­łeś. Ja smacz­nie spa­łam.

- Jak zwy­kle za­snę­łaś przy fil­mie. Moja żona jest okropna. Nie wi­działa końca żad­nego filmu od chyba dzie­się­ciu lat.

Za­śmiał się ser­decz­nie, a Ma­rita uśmiech­nęła się ze zro­zu­mie­niem, bo do­brze wie­działa, o czym mó­wią. Jej part­nerka też na­rze­kała, że za­sy­pia przed te­le­wi­zo­rem.

- Ja mie­wam pro­blemy ze snem - po­wie­dział Ste­fan. - Po­ło­ży­łem się więc i ob­ra­ca­łem z boku na bok. Na dole w klu­bie było strasz­nie gło­śno, cza­sami sły­sza­łem też lu­dzi wrzesz­czą­cych na ulicy. Do­tarły do mnie jed­nak ja­kieś dziwne dźwięki, chyba z ko­ry­ta­rza.

Ma­rita za­no­to­wała parę rze­czy w bloczku, który po­ło­żyła so­bie na ko­la­nach.

- Co to zna­czy "dziwne dźwięki"?

Przy­glą­dała się jego twa­rzy. Po­cią­gła, sza­ro­nie­bie­skie oczy. Nieco znisz­czona cera.

W mło­do­ści mu­siał mieć pro­blemy z trą­dzi­kiem, po­my­ślała. Przy­po­mi­nał jej Har­ri­sona Forda.

- To był inny dźwięk niż uliczny ha­łas. Prawdę mó­wiąc, brzmiało to jak stłu­miony wy­strzał z pi­sto­letu.

- Wie pan, o któ­rej go­dzi­nie to było?

- Było dwa­dzie­ścia sześć po pół­nocy.

- Pa­mięta pan to tak do­kład­nie? - zdzi­wiła się Hanna, na­wi­ja­jąc na palce swoje blond loki. Te­raz wstała za­sko­czona.

- Przez ostat­nie pół go­dziny, kiedy nie mo­głem za­snąć, cią­gle spo­glą­da­łem na ze­ga­rek. W każ­dym ra­zie wsta­łem i wyj­rza­łem na ko­ry­tarz. I wtedy za­uwa­ży­łem osobę, która wy­cho­dziła z po­koju za tam­tymi drzwiami. - Po­ka­zał ręką kie­ru­nek. - A więc z po­koju trzy­sta dwa­dzie­ścia cztery - wy­ja­śnił.

- Spraw­dzi­li­śmy to rano, kiedy usły­sze­li­śmy o mor­der­stwie - po­wie­działa Hanna z gry­ma­sem prze­ra­że­nia.

Ma­rita po­czuła, jak ska­cze jej puls.

- Jak ten czło­wiek wy­glą­dał?

- Oba­wiam się, że nie po­dam pani do­kład­nego ry­so­pisu. Tak na­prawdę wi­dzia­łem tylko plecy, ale chyba miał na so­bie ciemne spodnie. I coś w ro­dzaju kar­di­ganu.

- Czy może pan do­kład­niej opi­sać, jaki był ten kar­di­gan?

- W każ­dym ra­zie miał na so­bie coś ciem­nego i je­stem pra­wie pe­wien, że nie była to ob­ci­sła bluza ani ma­ry­narka. I miał coś na ple­cach. Ja­kiś znak.

- Znak?

- Coś du­żego, okrą­gły sym­bol. Nie zwró­ci­łem uwagi.

Ma­rita za­pi­sała jesz­cze coś, po czym pod­nio­sła wzrok na pana Jer­nera.

- Ko­lor wło­sów?

Nie wa­hał się z od­po­wie­dzią.

- Włosy ciemne, krótko ostrzy­żony, na pewno nie po­cho­dził z pół­noc­nej Eu­ropy.

- Jest pan bar­dzo pewny sie­bie.

- Je­śli o to cho­dzi, mam pew­ność.

- Tęgi, szczu­pły?

Ste­fan za­sta­na­wiał się przez chwilę.

- Trudno mi to oce­nić, a wszystko działo się tak szybko.

Ma­rita uśmiech­nęła się za­chę­ca­jąco.

- Pro­szę spró­bo­wać!

Ste­fan Jer­ner wy­glą­dał na nieco za­gu­bio­nego.

- Po­wie­dział­bym, że ani jedno, ani dru­gie. Nor­mal­nie zbu­do­wany. Nie za wy­soki. Może metr sie­dem­dzie­siąt, może metr sie­dem­dzie­siąt pięć.

- A w którą stronę po­szedł po wyj­ściu z po­koju?

- No więc po­wta­rzam, przyj­rza­łem się tylko przez chwilę, ale my­ślę, że szybko od­szedł w stronę głów­nego bu­dynku.

- Czy za­uwa­żył pan jego wy­raz twa­rzy?

- Wy­raz twa­rzy? Nie, w ogóle nie wi­dzia­łem jego twa­rzy.

- Nie za­uwa­żył pan, czy no­sił oku­lary?

Jer­ner po­trzą­snął głową. I tak znik­nęła moż­li­wość kon­fron­ta­cji albo roz­po­zna­nia na zdję­ciu.

- Wy­da­wał się spo­kojny czy ze­stre­so­wany?

- Wy­glą­dał tak, jakby po pro­stu chciał stam­tąd odejść. Spie­szyło mu się.

Cho­ciaż fakt, że świa­dek nie wi­dział twa­rzy męż­czy­zny, był nie­for­tunny, Ma­rita była za­do­wo­lona, że ma cho­ciaż szcząt­kowy ry­so­pis. Mu­siała po­my­śleć, jak pójść tym śla­dem, ale te­raz nie­wąt­pli­wie miała coś, czego mo­gła się chwy­cić.

Wstała z fo­tela, zro­biła kilka kro­ków w stronę drzwi i wła­śnie miała się po­że­gnać z Jer­ne­rami, kiedy za­dzwo­nił jej te­le­fon. Po­śpiesz­nie po­dzię­ko­wała za in­for­ma­cje i wy­szła na ko­ry­tarz, pod­no­sząc ko­mórkę do ucha.

To był Ulf Jons­son. Miał złe wie­ści.

16

Bo Malm­berg sie­dział na swoim biu­ro­wym krze­śle i tarł mocno twarz, tak jakby sta­rał się wy­bu­dzić z kosz­mar­nego snu. Nieco da­lej, na jed­nym z fo­teli dla go­ści, za­legł Bengt Vin­ger.

- Mu­simy mieć ja­kąś stra­te­gię po­stę­po­wa­nia z me­diami.

Dla Malm­berga dzien­ni­ka­rze nie byli naj­wyż­szym prio­ry­te­tem. Jego za­da­niem było utrzy­ma­nie po­rządku i za­dba­nie, by eu­ro­pej­scy de­le­gaci mo­gli bez za­kłó­ceń de­ba­to­wać.

Ni­gdy nie in­te­re­so­wało go wy­stę­po­wa­nie w me­diach. Pod­czas gdy nie­któ­rzy wy­soko po­sta­wieni po­li­cjanci uwiel­biali prę­żyć się przed ka­me­rami, on ro­bił wszystko, żeby trzy­mać się od nich z da­leka. W tych nie­licz­nych sy­tu­acjach, w któ­rych mu­siał przed nimi sta­nąć, wy­po­wia­dał się oszczęd­nie. Im mniej wie­dzieli, tym le­piej.

Zde­cy­do­wa­nie nie miał par­cia na szkło. Prawdę mó­wiąc, ni­gdy też nie był ka­rie­ro­wi­czem. Po ukoń­cze­niu szko­le­nia dla sze­fów po­li­cji pra­wie czter­dzie­ści lat temu za­trud­nił się w Jäm­tland i ni­gdy nie przy­szło mu do głowy, żeby szu­kać pracy gdzie in­dziej. Tu miał swoje ko­rze­nie i tu do­brze się czuł.

Z cza­sem jed­nak, po wielu la­tach cięż­kiej pracy, awan­so­wano go na kie­row­nika ope­ra­cyj­nego. Wiek prze­ma­wiał za tym, że bę­dzie to jego ostat­nia po­sada. A jed­nak po dzi­siej­szych wy­da­rze­niach zo­sta­nie być może od­de­le­go­wany do pa­tro­lo­wa­nia ulic i tak do­czeka do eme­ry­tury.

Bengt Vin­ger po­wtó­rzył swoje.

- Na­prawdę mu­simy opra­co­wać stra­te­gię po­stę­po­wa­nia z me­diami.

Malm­berg za­mknął oczy i wziął głę­boki od­dech.

- Już to mó­wi­łeś. Ale dla­czego tu sie­dzisz i mi o tym glę­dzisz? Czy nie jest to twoim za­da­niem?

Bengt Malm­ber­gowi ni­gdy nie im­po­no­wał. Z wy­glądu przy­po­mi­nał mu jedną z trzech świ­nek z opo­wie­ści o du­żym złym wilku. Rów­nie okrą­gły, taka sama błysz­cząca twarz i wy­trzesz­czone oczka.

Vin­ger się nie pod­da­wał.

- Po­win­ni­śmy być o krok na­przód i mieć ja­kiś plan od­no­śnie do tego, co prze­ka­zać, za­nim wy­ciek­nie news, że w wa­go­niku jest bomba.

- Mo­żesz spo­koj­nie ro­bić dłuż­sze i szyb­sze kroki.

Malm­berg po­czuł po­trzebę po­sie­dze­nia w sa­mot­no­ści, żeby móc ze­brać my­śli i roz­ja­śnić umysł. W tej chwili mu­siał się sku­pić na za­gro­że­niu bom­bo­wym i tym, jak ma dzia­łać. Nic nie mó­wiąc, mach­nął ręką, wy­raź­nie su­ge­ru­jąc, by Vin­ger opu­ścił po­miesz­cze­nie.

W tej sa­mej chwili za­dzwo­nił te­le­fon. Chri­stian. Był rów­nie pod­eks­cy­to­wany, jak przez całe przed­po­łu­dnie.

Pod­nie­cony kró­li­czek z re­klamy Du­ra­cell. Te­raz ga­dał o an­ty­ter­ro­ry­stach.

Malm­berg skrzy­wił się scep­tycz­nie.

- Go­tów je­stem przy­znać, że mają pewne za­lety, ale wspi­naczka ra­czej do nich nie na­leży.

- Ow­szem, ow­szem, są wy­ćwi­czo­nymi al­pi­ni­stami.

An­ty­ter­ro­ry­ści. Przy­by­wali, ba­wili się w wojnę i rów­nie szybko zni­kali. Po­tem lo­kalna po­li­cja mu­siała sprzą­tać ba­ła­gan, który po so­bie po­zo­sta­wili. Za­miast otwie­rać drzwi jak nor­malni lu­dzie, wy­wa­lali je. Za­wsze. Nie przej­mu­jąc się kosz­tami i for­mal­no­ściami, które to po­wo­do­wało.

- Czy nic nie mo­żemy zro­bić sami?

Chri­stian od­po­wie­dział, że ra­zem z grupą po­li­cjan­tów i stra­ża­ków spró­bują do­stać się pod wa­go­nik i sko­mu­ni­ko­wać z pa­sa­że­rami, cze­ka­jąc na ewa­ku­ację. Ze względu na ry­zyko wy­bu­chu trzeba spró­bo­wać skło­nić ich, żeby nie uży­wali te­le­fo­nów.

Ale Malm­berg my­ślał o czymś in­nym. Czymś więk­szym i waż­niej­szym.

- Chri­stian, czy osią­gnę­li­śmy wy­soki po­ziom go­to­wo­ści, je­śli cho­dzi o chro­nie­nie mi­ni­strów?

Otrzy­mał od­po­wiedź twier­dzącą, choć nie­jed­no­znaczną, i za­uwa­żył, że to py­ta­nie za­sko­czyło Chri­stiana. Tak musi być. Nic nie jest waż­niej­sze od mi­ni­strów.

- Nic, po­wta­rzam, nic nie może się wy­sy­pać przy tej ak­cji.

Malm­berg wi­dział przed oczami na­główki ga­zet o szczy­cie, który zo­stał wy­sa­dzony w po­wie­trze. Pod jego okiem. Nie, coś ta­kiego nie może się zda­rzyć. Nie uspo­ka­jało go to, że to Chri­stian St?hl do­wo­dził w te­re­nie. Nie­wąt­pli­wie był po­li­cjan­tem am­bit­nym i zdol­nym, ale trzeba go było trzy­mać na smy­czy, żeby nie wpadł w amok.

Nie mogę stra­cić kon­troli, po­my­ślał Malm­berg.

Za­koń­czył roz­mowę i ru­szył my­szą, aż mo­ni­tor obu­dził się i po­ja­wiło się okienko lo­go­wa­nia. Drżącą ręką wpi­sał ha­sło. Na­stępne ze­bra­nie sztabu było za kilka mi­nut. Do tego czasu chciał przej­rzeć ostat­nie wia­do­mo­ści w me­diach. Cze­ka­jąc, aż za­ła­duje się strona ga­zety "Öster­sund­stid­nin­gen", opadł z wes­tchnie­niem na sze­roki czarny fo­tel.

Co za cho­lerny dzień. Ro­zej­rzał się po po­koju nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Po­tem prze­niósł wzrok na ekran.

- Co, do cho­lery?! - wy­buch­nął i zbli­żył twarz do mo­ni­tora.

"Bomba w ko­lejce li­no­wej w ?re. Ży­cie tu­ry­stów za­gro­żone. Na po­kła­dzie córka wło­skiego de­le­gata. Po­li­cja bez­silna".

Pie­kło zstą­piło na zie­mię.

17

Zgod­nie z ra­por­tem le­karki, która wy­sta­wiła akt zgonu, John Brown zmarł praw­do­po­dob­nie w oko­li­cach pół­nocy. Ma­rita przy­po­mniała so­bie, że świa­dek Ste­fan Jer­ner wi­dział ciem­no­wło­sego męż­czy­znę opusz­cza­ją­cego ho­te­lowy po­kój dwa­dzie­ścia sześć mi­nut po pół­nocy. Za­tem Jer­ner praw­do­po­dob­nie wi­dział mor­dercę.

Le­karka stwier­dziła, że w ciele były trzy otwory po ku­lach: je­den w gło­wie i dwa w klatce pier­sio­wej. Cho­ciaż nie chciała prze­pro­wa­dzić ob­duk­cji, uwa­żała za praw­do­po­dobne, że taka wła­śnie była przy­czyna śmierci.

Ma­rita odło­żyła ra­port i prze­szła do re­je­stru ak­tyw­no­ści karty do drzwi ofiary, prze­ka­za­nego przez kie­row­niczkę. Szybko stwier­dziła, że męż­czy­zna w ciągu tych dwóch dni rzadko wy­cho­dził z po­koju. Albo przez pra­wie cały dzień le­żał w łóżku, albo nie było go w po­koju. O dwu­dzie­stej dru­giej szes­na­ście użył karty, co po­winno zga­dzać się z tym, że re­cep­cjo­ni­sta Je­sper Lundh za­uwa­żył go w lobby, kiedy wcho­dził z torbą z Si­bylli i roz­ma­wiał przez te­le­fon. Na pod­sta­wie da­nych z ze­sta­wie­nia nikt inny poza ofiarą i sprzą­taczką nie otwie­rał drzwi w cza­sie, kiedy Brown był za­mel­do­wany.

Po przej­rze­niu li­sty Ma­rita po­ło­żyła wy­druk na stole i jed­no­cze­śnie po­czuła po­tworny głód. Naj­wyż­szy czas, żeby coś zjeść. Wcze­śniej tego po­po­łu­dnia czuła ku­szący za­pach z piz­ze­rii po dru­giej stro­nie ulicy i te­raz do­szła do wnio­sku, że się tam uda. Nie miała szcze­gól­nej ochoty na pizzę, ale w dni ta­kie jak ten wo­lała nie za­przą­tać so­bie głowy zdro­wym od­ży­wia­niem. Szu­ka­nie in­nej re­stau­ra­cji by­łoby mę­czące i cza­so­chłonne. Tym ra­zem może so­bie na to po­zwo­lić. Rów­nież tym ra­zem.

Długo i sta­ran­nie roz­wa­żała, czy po­winna dać so­bie spo­kój z La­xma­nem i pójść tam sama. Przez ostat­nie pół roku bar­dzo się zmie­nił, jakby był zu­peł­nie inną osobą - a być może do­piero te­raz po­ka­zał swoje praw­dziwe ja - i nie była to osoba, z którą lu­biła prze­by­wać.

Wie­działa, że ta prze­miana była spo­wo­do­wana roz­cza­ro­wa­niem, gdy ona do­stała kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko, choć on tak bar­dzo go pra­gnął. Nie­trudno zro­zu­mieć jego za­wód, ale dla­czego upadł tak ni­sko i wy­ży­wał się za to na niej? Ona prze­cież tylko zło­żyła wnio­sek.

Póź­niej usły­szała, że gdy ogło­szono no­mi­na­cję, ze łzami w oczach na­tych­miast opu­ścił biurko i po­szedł do domu. Na­stęp­nego dnia wró­cił i wtedy wła­śnie wszystko się za­częło. Ko­men­ta­rze, na­pa­ści i obe­lgi, które spra­wiały, że Ma­rita czuła się gor­sza. Sy­tu­acja ta kosz­to­wała ją mnó­stwo ener­gii, bo mimo tar­ga­ją­cych nią emo­cji bar­dzo się sta­rała za­cho­wać po­zory obo­jęt­no­ści.

Co za za­sra­niec! Ale osta­tecz­nie prze­cież mu­szą ze sobą współ­pra­co­wać.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej prze­szu­kała już pół ho­telu, ale wciąż go nie zna­la­zła. Za­gi­nął bez śladu, nie od­bie­rał te­le­fonu.

W końcu za­uwa­żyła wy­so­kiego ko­legę w mun­du­rze, któ­rego za­da­niem było pil­no­wa­nie przez całe przed­po­łu­dnie miej­sca zbrodni.

- Wiesz, gdzie jest La­xman?

- Tak, po­szedł z po­zo­sta­łymi coś zjeść. Wy­szli ja­kiś kwa­drans temu.

18

By­wały dni, kiedy Malm­berg lu­bił być w pracy. Po od­świe­ża­ją­cej prze­jażdżce ro­we­rem tuż przed po­ran­nym szczy­tem - o ile można mó­wić o go­dzi­nach szczytu w Öster­sund - wcho­dził do swo­jego ga­bi­netu, prze­bie­rał się w mun­dur, który wi­siał w sza­fie tuż za drzwiami, a po­tem spo­koj­nie sia­dał i czy­tał wia­do­mo­ści. Za­zwy­czaj nie było w nich nic we­sel­szego od skarg pra­cow­ni­czych lub nie­zro­zu­mia­łych okól­ni­ków z cen­trali, ale bar­dzo su­mien­nie prze­glą­dał po ko­lei ma­ile i od­po­wia­dał na nie w ko­lej­no­ści.

Na­stęp­nie za­zwy­czaj scho­dził do bu­fetu dla per­so­nelu, gdzie brał kawę i kromkę ra­zo­wego chleba, którą sma­ro­wał ma­słem, kładł ser i dwa pla­sterki ogórka. Pil­no­wał, żeby scho­dzić tam o róż­nych po­rach, aby go wi­dy­wano wśród pra­cow­ni­ków. Lu­bił przez chwilę prze­ma­wiać do osób, które ota­czały go jako szefa. Zwy­kle to on mó­wił, i to mu się po­do­bało. Nie miał siły ani ochoty słu­chać tych na­dę­tych głup­ków, któ­rzy mar­no­wali jego czas. Za­miast tego opo­wia­dał o swo­jej suce Sigge, rasy se­ter ir­landzki, i o przy­go­dach, ja­kie miała spusz­czona ze smy­czy psina. Tak, zde­cy­do­wa­nie by­wały dni, kiedy Malm­berg do­brze się czuł w pracy.

Dzień dzi­siej­szy do nich nie na­le­żał.

Kiedy wszedł do sali sztabu i rzu­cił na stół wy­druk strony ga­zety na, biła od niego agre­sja.

- Skąd, do dia­bła, ga­zeta może wie­dzieć, że córka wło­skiego de­le­gata jest w ko­lejce, skoro my o tym nie wie­dzie­li­śmy?

Ślina pry­skała mu z ust. Człon­ko­wie sztabu wbili wzrok w stół, ktoś się po­ru­szył i w sali za­pa­no­wała ci­sza.

Gdy nikt się nie od­zy­wał, Malm­berg znów za­czął mó­wić, tym ra­zem nieco spo­koj­niej:

- Wy­star­cza­jąco złe jest już to, że ktoś po­wie­dział me­diom o bom­bie, ale skąd wzięli in­for­ma­cje o córce de­le­gata?

Bengt Vin­ger pod­niósł dwa palce, ale za­czął mó­wić, za­nim szef udzie­lił mu głosu.

- Mają inne źró­dła niż my. I są lepsi w wy­ła­py­wa­niu in­for­ma­cji.

Malm­berg gło­śno par­sk­nął.

- To chyba oczy­wi­ste.

Malm­berg przy­glą­dał się jego świń­skiej twa­rzy. Czy tylko so­bie to wy­obra­żał, czy też Bengt za­wsze wy­cią­gał szyję, kiedy miał po­wie­dzieć coś, co jego zda­niem było ważne?

Ulf Jons­son od­chrząk­nął i wy­pro­sto­wał plecy.

- Wła­śnie się do­wie­dzia­łem, że wło­ski de­le­gat przy­był do ?re we wto­rek w to­wa­rzy­stwie dwu­dzie­sto­dwu­let­niej córki. We­dług niego miała dziś po­je­chać ko­lejką na górę, a po­tem zejść pie­szo. Nie ma ze sobą te­le­fonu, ale per­so­nel wi­dział, jak ko­bieta od­po­wia­da­jąca jej ry­so­pi­sowi wsiada do wa­go­nika, który te­raz dynda tam, na gó­rze.

- Cu­dow­nie - za­kpił Malm­berg.

Ja­kaś ko­bieta, mniej wię­cej czter­dzie­sto­let­nia, z krę­co­nymi wło­sami, za­trud­niona jako cy­wilna ana­li­tyczka, pod­nio­sła rękę.

- Czy wło­skiemu de­le­ga­towi coś grozi?

Jons­son się za­wa­hał.

- Na pewno ktoś może mu gro­zić. We Wło­szech są ja­kieś kon­tro­wer­sje wo­kół te­matu elek­trowni ją­dro­wej, w które on jest za­mie­szany.

Malm­berg nie miał pew­no­ści, czy wszystko ro­zu­mie.

- Ale co to ma wspól­nego z ko­lejką li­nową w ?re?

- Zna­ko­mite py­ta­nie. W tej chwili to wszystko, co wiem. Stoją za tym praw­do­po­dob­nie ak­ty­wi­ści śro­do­wi­skowi.

- Wy­brali so­bie im­po­nu­jący ob­jazd, aby go do­paść - stwier­dził Malm­berg.

Przez lata peł­nie­nia funk­cji ko­men­danta po­li­cji wiele do­świad­czył. Mor­der­stwa, oszu­stwa, prze­stęp­stwa sek­su­alne. Ro­dzinne tra­ge­die i ka­ta­strofy eko­no­miczne. Tu­ry­ści, któ­rzy za­ma­rzali w gó­rach. Pro­te­stu­jący rol­nicy. Ale ni­gdy się nie szar­pał z eks­tre­mi­stycz­nymi, łak­ną­cymi prze­mocy ak­ty­wi­stami eko­lo­gicz­nymi.

19

Tech­niczka kry­mi­na­li­styki Ylva ?slund pra­co­wała w po­li­cji okręgu Jäm­tland przez całe swoje za­wo­dowe ży­cie. Ostat­nie pięt­na­ście lat słu­żyła jako tech­nik i nie­wiele jej zo­stało do pięć­dzie­sią­tych pią­tych uro­dzin.

Kiedy Ma­rita i La­xman po­ja­wili się u niej, była już pra­wie go­towa i stała w drzwiach, pa­ku­jąc sprzęt.

- Co masz dla nas? - spy­tała Ma­rika.

Ylva we­szła do po­koju, mi­nęła spor­tową torbę i za­trzy­mała się na wy­so­ko­ści łóżka, wska­zu­jąc obiema rę­kami na pod­łogę.

- Na pod­sta­wie roz­bry­zgów mogę stwier­dzić, że strze­lec stał mniej wię­cej tu­taj.

Ma­rita zbli­żyła się tro­chę, żeby do­brze wi­dzieć.

- A więc wszedł do po­koju, a po­tem za­czął strze­lać?

- Wła­śnie tak. I za­równo sprawca, jak i ofiara stali, przy­naj­mniej pod­czas pierw­szego strzału. Na pod­sta­wie rany na ra­mie­niu można wy­wnio­sko­wać, że ofiara pró­bo­wała się bro­nić, za­nim do­stała w klatkę pier­siową.

- Czy to ozna­cza, że stali dość bli­sko sie­bie? - do­py­ty­wała się Ma­rita.

- Wszystko na to wska­zuje - po­twier­dziła Ylva. - Wszystko na to wska­zuje.

Na chwilę za­pa­dła ci­sza, a po­li­cjantka omia­tała wzro­kiem po­kój.

La­xman, który do tej pory stał w drzwiach, po­woli wszedł do środka.

Ylva ?slund mó­wiła da­lej:

- Je­śli cho­dzi o do­wody tech­niczne, prze­cze­sa­łam po­kój pod ką­tem śla­dów, ale nie­wiele zna­la­złam.

- Żad­nych przed­mio­tów, na któ­rych mo­żemy po­szu­kać DNA? - chciał wie­dzieć La­xman.

- Nie­stety nie. Zna­la­złam tro­chę od­ci­sków pal­ców i włó­kien, ale nie tak dużo, jak można by ocze­ki­wać po ho­te­lo­wym po­koju. Po­winni do­stać na­grodę za sprzą­ta­nie - od­po­wie­działa Ylva z uśmie­chem.

La­xman się roz­pro­mie­nił.

- No ale od­ci­ski pal­ców to już chyba coś?

Ko­bieta po­trzą­snęła głową.

- Nie­stety są kiep­skiej ja­ko­ści. Nie ma żad­nego ca­łego, tylko czę­ściowe od­ci­ski kciuka i być może palca wska­zu­ją­cego. To nie wy­star­czy, żeby zna­leźć coś w ba­zie da­nych.

Ma­rita przy­glą­dała się ciału, które wciąż le­żało w tej sa­mej po­zy­cji, i wy­mam­ro­tała:

- A na­wet gdyby to coś dało, ra­czej mała szansa, że to od­ci­ski wła­śnie mor­dercy.

Ką­tem oka za­uwa­żyła, jak La­xman rzuca jej ostre spoj­rze­nie, po czym znów od­wró­ciła się w stronę Ylvy ?slund.

- A ślady bu­tów?

- Pew­nie można by roz­ło­żyć na pod­ło­dze fo­lię, żeby po­szu­kać od­ci­sków, ale z tego co zro­zu­mia­łam, sporo lu­dzi już tędy prze­szło. W ta­kich przy­pad­kach jest to znacz­nie trud­niej­sze.

La­xman spoj­rzał w stronę Ma­rity i uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

- No tak, kilka osób już tu wy­dep­tało swoje ścieżki - po­twier­dził.

Ma­rita zi­gno­ro­wała tę ką­śliwą uwagę. Od­ci­ski jej bu­tów, po­zo­sta­wione po kilku wi­zy­tach w tym po­koju, nie ro­biły żad­nej róż­nicy.

- Mam jed­nak je­den dro­biazg - po­wie­działa Ylva i wró­ciła do swo­jej służ­bo­wej torby, wy­jęła z niej to­re­beczkę z prze­zro­czy­stego pla­stiku i trzy­mała tak, żeby po­li­cjanci mo­gli zo­ba­czyć za­war­tość.

- Zna­la­złam łu­skę. Pod łóż­kiem.

Ma­rita i La­xman po­de­szli bli­żej i z cie­ka­wo­ścią przy­glą­dali się zna­le­zi­sku, gdy Ylva mó­wiła da­lej.

- Czy mo­żemy okre­ślić ka­li­ber? - spy­tała po­li­cjantka.

- Tak jest. Wy­gląda na dzie­więć mi­li­me­trów.

Ża­den z go­ści ho­te­lo­wych nie sły­szał strza­łów, po­my­ślała Ma­rita. Tylko Ste­fan Jer­ner, miesz­ka­jący po są­siedzku, wy­chwy­cił ja­kiś stłu­miony dźwięk.

- Szu­kamy więc dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­wej broni z tłu­mi­kiem.

La­xman prych­nął.

- Nie, pi­sto­letu dzie­więć mi­li­me­trów. Nie da się za­ło­żyć tłu­mika na re­wol­wer.

Ma­rita wzięła do ręki to­rebkę z łu­ską i ba­daw­czo jej się przy­glą­dała.

- Ow­szem, da się. To jed­nak skom­pli­ko­wane i wy­maga du­żej wie­dzy. Poza tym re­wol­wer strzela jed­nak gło­śniej od pi­sto­letu, ale w tej chwili nie wiemy do­kład­nie, jak gło­śny był dźwięk, nie mo­żemy więc cał­ko­wi­cie wy­klu­czyć re­wol­weru. Być może na pod­sta­wie łu­ski do­wiemy się, ja­kiej broni użyto, ale ist­nieją na­boje, któ­rych można uży­wać rów­nie do­brze w pi­sto­le­tach, jak i w re­wol­we­rach, więc pew­no­ści nie ma.

La­xman po­słał jej nie­chętne spoj­rze­nie i wy­szedł z po­koju, nie mó­wiąc już nic wię­cej.

Ma­rita słu­chała jed­nym uchem, kiedy Ylva ?slund opo­wia­dała, że za­bie­rze ubra­nie ofiary i inne rze­czy do la­bo­ra­to­rium w Öster­sund, żeby zba­dać je do­kład­niej. My­śli kłę­biły jej się w gło­wie.

Jak do­tąd udało im się zna­leźć ka­wałki ukła­danki, które su­ge­ro­wały, że ja­kiś męż­czy­zna o ciem­nych wło­sach i wy­glą­dzie po­łu­dniowca wy­szedł z po­koju tuż po mor­der­stwie, zbrodni do­ko­nano bro­nią ka­li­bru dzie­więć mi­li­me­trów, a ofiara nie chciała, by kto­kol­wiek wie­dział, że mieszka w tym ho­telu, bo za­mel­do­wała się pod cu­dzym na­zwi­skiem. Mimo to męż­czy­zna zo­stał za­sko­czony i nie udało mu się obro­nić.

In­for­ma­cje te po­zwo­liły im po­su­nąć się na­przód, ale bra­ko­wało jesz­cze wielu ka­wał­ków tej ukła­danki, wiele py­tań po­zo­sta­wało też bez od­po­wie­dzi.

Co ofiara ro­biła w ?re? O co cho­dziło, gdy męż­czy­zna mó­wił: "Je­śli mamy wy­ko­nać tę ro­botę, chcemy do­stać więk­szą działkę"? I kim był dziwny fa­cet w ba­rze?

Jed­nego była już jed­nak pewna: to, że nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nemu męż­czyź­nie ode­brano ży­cie, nie było wy­pad­kiem. Sprawca do­kład­nie i na chłodno za­pla­no­wał mor­der­stwo, a po­tem prze­szedł do dzia­ła­nia we wła­ści­wym mo­men­cie.

20

Gdy tylko Chri­stian zbli­żył się do­sta­tecz­nie do wa­go­nika, po­chy­lił się do przodu, oparł dło­nie o ko­lana i ciężko dy­szał. Nogi drżały mu z wy­siłku. Pot z twa­rzy ka­pał na zimny ka­mień, two­rząc ciemne plamy.

Kiedy opusz­czał dolną sta­cję, wy­da­wało mu się, że wy­żej bę­dzie nieco chłod­niej, ale te­raz miał wra­że­nie, że jest od­wrot­nie. Po pię­ciu głę­bo­kich od­de­chach z tru­dem się wy­pro­sto­wał i ro­zej­rzał do­okoła.

Stał na sto­sun­kowo rów­nej par­tii ka­mieni, wy­star­cza­jąco da­leko od wa­go­nika, żeby nie za­gra­żała mu eks­plo­zja, ale dość bli­sko, żeby pa­sa­że­ro­wie sły­szeli go, kiedy bę­dzie wo­łał przez me­ga­fon.

Parę mi­nut póź­niej, kiedy wy­se­lek­cjo­no­wana grupa po­li­cjan­tów, stra­ża­ków, ra­tow­ni­ków me­dycz­nych oraz kie­row­nik ko­lejki do­łą­czyli do niego, Chri­stian roz­ka­zał, by wszy­scy ze­brali się wo­kół niego i przy­jęli to miej­sce za górny punkt do­wo­dze­nia.

Po wy­pi­ciu kilku ły­ków wody z bu­telki, którą miał ze sobą, pod­niósł me­ga­fon, wciąż ma­jąc lekką za­dyszkę, i za­wo­łał w kie­runku ka­biny:

- Tu po­li­cja! Po­mo­żemy wam zejść na dół!

Czy go usły­szeli? Po­wtó­rzył to samo po an­giel­sku.

Ja­kaś ko­bieca po­stać stała się wy­raź­niej­sza od in­nych. Wy­glą­dało na to, że do niego ma­cha.

- Pro­szę wy­rzu­cić coś przez okno, je­śli mnie sły­szy­cie.

Przy­glą­dał się wa­go­ni­kowi bu­ja­ją­cemu się na sła­bym wie­trze. Pro­mie­nie słońca od­bi­jały się od okien wy­cho­dzą­cych na po­łu­dnie. Raz na ja­kiś czas wi­dać było, że lu­dzie się po­ru­szają, pa­trzą na nich ja­kieś twa­rze, ale nic wię­cej.

Wy­da­wało się, że mi­nęła cała wiecz­ność, ale w końcu Chri­stian za­uwa­żył, jak ktoś prze­ci­ska przez luf­cik cienką, szarą sztukę odzieży, pew­nie kurtkę, i wy­pusz­cza na wiatr.

Chri­stian ode­tchnął z ulgą, ale w na­stęp­nej se­kun­dzie przy­po­mniał so­bie, co sa­per mó­wił o tym, że te­le­fony ko­mór­kowe mogą uru­cho­mić za­pal­nik ewen­tu­al­nej bomby. Zdał so­bie sprawę, że trzeba dzia­łać szybko.

Pod­niósł znów me­ga­fon i za­wo­łał jak naj­gło­śniej w obu ję­zy­kach:

- Pro­szę na­tych­miast wy­łą­czyć te­le­fony ko­mór­kowe!

Cho­ciaż wie­dział, ja­kie py­ta­nia po­wi­nien za­dać, wa­hał się. Je­śli pa­sa­że­ro­wie nie wie­dzieli o bom­bie, to prze­stra­szą się i być może za­czną za­cho­wy­wać nie­ra­cjo­nal­nie.

Może ktoś wpad­nie na po­mysł, by ją wy­rzu­cić, co w naj­gor­szym wy­padku mo­głoby ozna­czać trzy­na­ście ofiar. Ale jak on może pro­wa­dzić ak­cję, skoro nie ma po­trzeb­nych in­for­ma­cji?

Znów pod­niósł me­ga­fon do ust i za­wo­łał, sta­ra­jąc się mó­wić wy­raź­nie i po­woli.

- Na po­kła­dzie może być bomba. Je­śli w wa­go­niku jest ja­kiś przed­miot, który może być bombą, wy­rzuć­cie jesz­cze coś. ALE NIE DO­TY­KAJ­CIE BOMBY!

Chri­stian wstrzy­mał od­dech, sły­szał bi­cie wła­snego serca.

Cze­ka­nie było naj­gor­sze na świe­cie. Co oni tam na gó­rze ro­bią? Jak długo ma cze­kać, za­nim bę­dzie mógł uznać, że nie zna­leźli ni­czego po­dej­rza­nego?

Nie mu­siał od­po­wia­dać na to py­ta­nie. Czer­wona tka­nina po­wo­lutku sfru­nęła z wia­trem i wy­lą­do­wała na omsza­łym ka­mie­niu pod nimi.

Chri­stian po­chy­lił się do przodu, oparł dło­nie o uda i wrza­snął.

- Kurwa mać!

Wy­pro­sto­wał się, prze­cią­gnął ręką przez prze­po­cone włosy i zwró­cił się do Pera-Olofa z pa­niką w oczach.

- Skon­tak­tuj się ze szta­bem i opisz sy­tu­ację.

Jed­no­cze­śnie za­dzwo­nił do ofi­cera znaj­du­ją­cego się w lo­kalu, w któ­rym prze­by­wali mi­ni­stro­wie.

- Sy­tu­acja jest po­ważna. Zo­stanę tu na ra­zie, a ty przej­mij do­wo­dze­nie tam na dole, ale te­raz pod­le­gasz mnie.

- Zro­zu­miano.

- Jak wy­gląda sy­tu­acja?

- Mamy lu­dzi wszę­dzie. Psy pa­tro­lują co pięć mi­nut. Je­ste­śmy w peł­nej go­to­wo­ści i ochrona nie mo­głaby być lep­sza.

- Czy au­to­bus jest już na miej­scu?

- Nie. Jesz­cze tro­chę za wcze­śnie. Ale po­wi­nien się po­ja­wić za ja­kieś pół go­dziny.

- Kiedy tylko przy­je­dzie, sprawdź­cie go z psami i sa­pe­rami, a po­tem trzy­maj­cie pod ści­słą kon­trolą. Nie może zo­stać bez do­zoru na­wet na cho­lerną se­kundę. Ja­sne?

Kiedy Chri­stian się roz­łą­czył, sta­nął w roz­kroku i spoj­rzał w dół na do­linę ?re. Ode­tchnął kilka razy głę­boko, wcią­ga­jąc w płuca świeży za­pach gór.

Z tej od­le­gło­ści wy­raź­nie wi­dział nie­bie­skie świa­tła przy dol­nej sta­cji, ale poza tym do­lina wy­glą­dała zwod­ni­czo spo­koj­nie i ra­do­śnie. Domy wy­da­wały się ma­lut­kie, a roz­le­głe je­zioro ogromne. Ciem­no­zie­lona góra Ren­fjäl­let po dru­giej stro­nie do­liny od­bi­jała się w po­wierzchni wody i trudno było do­kład­nie stwier­dzić, gdzie prze­biega gra­nica mię­dzy ma­sy­wem a od­bi­ciem w wo­dzie. Piękna po­goda spra­wiała, że do­strzegł na­wet spore frag­menty gór Ovik - cały ho­ry­zont był pe­łen szczy­tów.

Ra­zem two­rzyły nie­równy wzór bieli, sza­ro­ści i ciem­nej zie­leni.

Wi­dok ten na­peł­nił go eu­fo­rycz­nym po­czu­ciem wol­no­ści, co było zu­peł­nie ab­sur­dalne, bo w naj­mniej­szym stop­niu nie zga­dzało się z bez­po­śred­nim za­gro­że­niem, które nad nim wi­siało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Pro­log

Z jedną nogą pod koł­drą, a drugą uło­żoną na niej, le­żał na ho­te­lo­wym łóżku, dra­pał się po kro­czu i my­ślał o ko­lej­nym dniu. To wielki dzień. Cho­ler­nie wielki. Chyba naj­więk­szy w jego ży­ciu. Po tym dniu cały świat bę­dzie drżał na dźwięk jego imie­nia.

Włą­czony te­le­wi­zor po­ka­zy­wał ame­ry­kań­ski kry­mi­nał. Pró­bo­wał go oglą­dać, ale nie mógł się sku­pić. Gwar z le­żą­cego ni­żej noc­nego klubu był poza tym chwi­lami tak gło­śny, że le­dwo sły­szał dźwięk. Cią­gle wra­cał my­ślami do planu. Czy coś prze­oczyli? Czy może li­czyć na braci? Czy wie­dzieli, co mają ro­bić? Mu­siał w to wie­rzyć. Te­raz było za późno na ko­lejne oma­wia­nie planu.

Naj­pierw wcale nie za­re­ago­wał na pu­ka­nie do drzwi. To na pewno nie był nikt do niego, więc nie wy­ko­nał żad­nego wy­siłku, żeby się pod­nieść. Kiedy jed­nak znów roz­le­gło się pu­ka­nie, tym ra­zem gło­śniej­sze, po­czuł w brzu­chu ja­kiś cię­żar.

To nie mo­gli być chłopcy. Nie od­wa­ży­liby się wejść do ho­telu. Wie­dzieli, że ab­so­lut­nie nie wolno im się tu po­ja­wiać. Może to ja­kiś pi­ja­czyna z im­prezy na niż­szym pię­trze po­my­lił się i wali do złych drzwi? Chciał zi­gno­ro­wać pu­ka­nie, ale nie usta­wało. W końcu mu­siał wstać, żeby ka­zać pi­ja­kowi spa­dać.

Czu­jąc, jak w jego ciele po­ja­wia się co­raz wię­cej ad­re­na­liny, wstał z łóżka, pod­szedł do drzwi ubrany tylko w ko­szulkę i gatki, na­ci­snął klamkę i otwo­rzył.

Do­brze znał tę twarz.

- A ty co tu ro­bisz?

Za­miast od­po­wie­dzi po­czuł, jak lufa pi­sto­letu przy­ci­ska się do jego twa­rzy.

In­stynk­tow­nie rzu­cił się w tył i pró­bo­wał za­trza­snąć drzwi, ale na­past­nik zdą­żył już wejść za nim do po­koju.

W ca­łym jego ciele eks­plo­do­wała agre­sja. Nikt nie bę­dzie kie­ro­wał broni w jego stronę. Nie jest tchó­rzem, który ak­cep­tuje groźby.

Się­gnął lewą ręką w stronę pi­sto­letu i w tej sa­mej chwili usły­szał stłu­miony huk. Ból spra­wił, że za­ata­ko­wał in­truza jesz­cze moc­niej.

Wtedy padł ko­lejny strzał, który rzu­cił nim z ogromną siłą o ścianę. Po­woli osu­nął się na pod­łogę. Pró­bo­wał coś mó­wić, ale z jego ust wy­do­by­wało się tylko sy­cze­nie.

Wal­czył, by nie stra­cić przy­tom­no­ści. Ciem­ność nie może go po­chło­nąć. Po­woli pod­niósł wzrok, by spoj­rzeć na­past­ni­kowi w oczy, ale zo­ba­czył tylko, jak pi­sto­let znów się pod­nosi.

Nie tak miał umrzeć. To nie­moż­liwe. Miał prze­cież przed sobą naj­waż­niej­szy dzień ży­cia.

Ostat­nią my­ślą, jaka prze­le­ciała mu przez głowę przed trze­cim strza­łem, było to, że zo­stał po­twor­nie oszu­kany.