PRZEDMOWA
Książka ta zawiera notatki pozostałe po człowieku, którego nazywaliśmy
"wilkiem stepowym", czyli określeniem, jakiego on sam wielokrotnie
używał w stosunku do siebie. Jest kwestią dyskusyjną, czy jego rękopis
wymaga przedmowy; odczuwam jednak potrzebę dorzucenia do tych zapisków
kilku kartek, na których spróbuję naszkicować moje o nim wspomnienia.
Wiem o tym człowieku niewiele, a zwłaszcza nie znam ani jego
przeszłości, ani pochodzenia. Osobowość jego wywarła na mnie jednak
silne i - muszę przyznać - mimo wszystko sympatyczne wrażenie.
Wilk stepowy, mężczyzna około pięćdziesięcioletni, zjawił się pewnego
dnia - przed kilkoma laty - w domu mojej ciotki, szukając umeblowanego
pokoju. Wynajął mansardę i przyległą izdebkę sypialną, wrócił po kilku
dniach z dwiema walizkami i dużą skrzynią książek i mieszkał u nas
dziewięć czy dziesięć miesięcy. Prowadził życie bardzo ciche i samotne,
i gdyby nie sąsiedztwo naszych pokoi sypialnych, sprzyjające
przypadkowym spotkaniom na schodach i w korytarzu, prawdopodobnie nie
poznalibyśmy się nigdy, gdyż był to człowiek nietowarzyski w stopniu
niespotykanym, prawdziwy wilk stepowy - jak siebie niekiedy nazywał -
istota obca, dzika, a także bardzo płochliwa, istota z innego świata niż
mój. Jak dalece pogrążył się w osamotnieniu z racji swych predyspozycji
i losu, i w jakim stopniu osamotnienie to świadomie uważał za swój los,
o tym - rzecz jasna - dowiedziałem się dopiero z pozostawionych przez
niego zapisków; jednak w pewnej mierze poznałem go już wcześniej z jego
niepozornych gestów i rozmów; doszedłem do wniosku, że obraz, jaki
wyrobiłem sobie o nim na podstawie zapisków, jest w zasadzie zgodny z -
oczywiście bledszym i mniej kompletnym - obrazem ukształtowanym na
podstawie naszej osobistej znajomości.
Przypadek sprawił, że byłem przy tym, kiedy wilk stepowy zjawił się w naszym domu po raz pierwszy i wynajął u mojej ciotki pokój. Przyszedł w porze obiadowej, talerze stały jeszcze na stole, a ja miałem zaledwie
pół godziny czasu przed powrotem do biura. Jeszcze dziś pamiętam dziwne
i sprzeczne wrażenie, jakie wywarł na mnie przy pierwszym spotkaniu.
Wszedł przez oszklone drzwi, pociągnąwszy uprzednio za dzwonek. W mrocznym przedpokoju ciotka spytała, czego sobie życzy. Wilk stepowy
zrazu nie odpowiedział ani też nie wymienił swojego nazwiska, uniósł w górę kanciastą głowę o krótko ostrzyżonych włosach, węszył wrażliwym
nosem dookoła i powiedział: "O, jak tu przyjemnie pachnie". Uśmiechał
się przy tym, a moja poczciwa ciotka uśmiechała się również, mnie zaś te
słowa powitania wydały się raczej śmieszne i usposobiły do niego
negatywnie.
- Prawda - powiedział - przychodzę w sprawie pokoju do wynajęcia.
Dopiero kiedy we trójkę wchodziliśmy po schodach na poddasze, mogłem
dokładniej przyjrzeć się przybyszowi. Nie był wysoki, chodził jednak i trzymał głowę tak, jak ludzie o słusznym wzroście, miał na sobie modny,
obszerny płaszcz zimowy i w ogóle ubrany był dostatnio, lecz niedbale,
był gładko ogolony, a włosy, całkiem krótko ostrzyżone, tu i ówdzie
połyskiwały siwizną. Jego chód początkowo zupełnie mi się nie podobał,
było w nim coś z wysiłku i wahania, co nie harmonizowało ani z jego
ostrym i surowym profilem, ani z tonem i temperamentem jego mowy.
Dopiero później spostrzegłem i dowiedziałem się, że był chory i że
chodzenie sprawiało mu trudności. Z osobliwym uśmiechem, który wówczas
był mi również niemiły, przyglądał się schodom, ścianom, oknom i starym,
wysokim szafom stojącym na korytarzu; odnosiłem wrażenie, że wszystko mu
się podoba, a zarazem w jakiś sposób go śmieszy. W ogóle człowiek ten
sprawiał wrażenie, jak gdyby przybywał do nas z obcego świata, być może
z zamorskich krajów, i uważał, że wszystko tu jest ładne, ale trochę
śmieszne. Był - nie mogę tego określić inaczej - grzeczny, nawet
uprzejmy, podobał mu się dom, zgodził się też natychmiast i bez
zastrzeżeń na pokój, czynsz, śniadania i w ogóle na wszystko, a jednak
człowieka tego otaczała, jak mi się zdawało, niedobra czy też wroga
aura. Wynajął gabinet i pokój sypialny, wysłuchał uważnie i grzecznie
informacji dotyczących opału, wody, obsługi i regulaminu domowego,
zgodził się na wszystko, zaproponował też od razu zadatek; a mimo to był
jak gdyby nieobecny, sam wydawał się sobie śmieszny w swych poczynaniach
i nie brał siebie serio, tak jak gdyby wynajmowanie pokoju i rozmowa z ludźmi po niemiecku była dla niego czymś dziwnym i nowym i jak gdyby w myślach zajęty był zgoła innymi sprawami. Takie mniej więcej było moje
wrażenie i nie mógłbym nazwać go korzystnym, gdyby nie zostało
przeobrażone i skorygowane innymi szczegółami. Przede wszystkim od razu
spodobała mi się twarz tego mężczyzny; spodobała mi się mimo wyrazu
obcości, była to bowiem twarz może trochę dziwna i smutna, ale czujna,
myśląca, przeorana doświadczeniem i uduchowiona. A poza tym nieco mnie
udobruchał rodzaj jego grzeczności i uprzejmości, który - choć zdawało
się, że sprawia mu trochę wysiłku - był całkowicie pozbawiony pychy, a nawet miał w sobie coś nieomal wzruszającego, coś błagalnego, na co
dopiero później znalazłem wytłumaczenie, co mnie jednak od razu trochę
dla niego zjednało.
Jeszcze nim skończyło się oglądanie obu pomieszczeń oraz dalsze
pertraktacje, upłynął czas mojej przerwy obiadowej; musiałem wracać do
biura. Pożegnałem się i zostawiłem go ciotce. Kiedy wieczorem wróciłem
do domu, ciotka oświadczyła, że obcy wynajął mieszkanie i sprowadza się
w najbliższych dniach, prosił tylko, żeby nie zgłaszać jego przybycia
policji, ponieważ dla niego, człowieka chorowitego, formalności,
wystawanie w urzędach policyjnych itd. są nie do zniesienia. Przypominam
sobie dokładnie, jak mnie to zaskoczyło i jak ostrzegałem ciotkę przed
zgodą na te warunki. Z dziwną obcością, cechującą tego człowieka, zdawał
się aż nadto dobrze harmonizować właśnie ów lęk przed policją, który
wręcz rzucał mi się w oczy jako podejrzany. Tłumaczyłem ciotce, że na
spełnienie tego dość dziwnego wymagania, mogącego w pewnych
okolicznościach mieć dla niej bardzo niepożądane skutki, nie wolno jej
się pod żadnym warunkiem zgodzić, zwłaszcza wobec całkowicie obcego
człowieka. Ale okazało się, że ciotka już mu przyrzekła dostosować się
do tego życzenia i że w ogóle dała się już uwieść i oczarować
nieznajomemu; nigdy bowiem nie przyjmowała lokatorów, z którymi nie
mogłaby nawiązać jakiegoś ludzkiego, przyjaznego i rodzinnego albo
raczej matczynego kontaktu, co też przez niejednego z poprzednich
lokatorów było solidnie wykorzystywane. Zdarzało się, że w pierwszych
tygodniach nowemu lokatorowi miałem niejedno do zarzucenia, gdy
tymczasem moja ciotka za każdym razem serdecznie brała go w obronę.
Ponieważ nie podobała mi się sprawa z niedopełnieniem obowiązku
zameldowania na policji, chciałem przynajmniej usłyszeć od ciotki, co
wie o obcym, o jego pochodzeniu i zamiarach. Okazało się, że wie o nim
już to i owo, choć po moim wyjściu w południe bawił u niej bardzo
krótko. Powiedział, że zamierza zatrzymać się w naszym mieście kilka
miesięcy, korzystać z bibliotek i obejrzeć zabytki. Właściwie ciotce nie
odpowiadało, że chciał wynająć mieszkanie tylko na krótki okres, ale
widocznie już ją sobie zjednał, mimo dość dziwnego sposobu bycia. Krótko
mówiąc, pokoje były wynajęte, a moje zastrzeżenia okazały się spóźnione.
- Dlaczego właściwie powiedział, że tu przyjemnie pachnie? - zapytałem.
Wtedy moja ciotka, która czasami miewa dobre przeczucia, oświadczyła: -
To dla mnie oczywiste. U nas pachnie czystością i porządkiem, atmosferą
pogodnego i przyzwoitego życia i to mu się spodobało. Wygląda tak, jak
gdyby od tego już odwykł i jak gdyby mu tego brakowało.
Niech i tak będzie, pomyślałem. - Ale - ciągnąłem - jeśli nie jest
przyzwyczajony do porządnego i przyzwoitego życia, to co z tego
wyniknie? Co zrobisz, jeśli nie jest schludny i wszystko zabrudzi albo
jeśli będzie nocami wracał pijany?
- To się okaże - powiedziała ciotka, śmiejąc się; poprzestałem więc na
tym.
I rzeczywiście obawy moje okazały się nieuzasadnione. Lokator, choć
absolutnie nie wiódł życia solidnego i rozsądnego, nie przeszkadzał nam
ani nie wyrządzał szkód, dziś jeszcze chętnie go wspominamy. Ale do
naszego wnętrza, do mojej duszy i do duszy mojej ciotki człowiek ten
wniósł jednak wiele zamętu i wyrządził nam krzywdę, a mówiąc szczerze,
długo jeszcze nie będę mógł się z nim uporać. Śni mi się czasem po
nocach i czuję się samym jego istnieniem do głębi poruszony i zaniepokojony, choć stał mi się wręcz drogi.
W dwa dni później woźnica przyniósł rzeczy obcego, który nazywał się
Harry Haller. Bardzo ładna skórzana walizka zrobiła na mnie dobre
wrażenie, a duży płaski neseser zdawał się wskazywać na dawne dalekie
podróże, gdyż był oblepiony spłowiałymi etykietami hoteli i firm
spedycyjnych z różnych, także zamorskich krajów.
W końcu zjawił się on sam, po czym zaczął się okres, w którym stopniowo
poznawałem tego osobliwego człowieka. Zrazu niczym się do tego nie
przyczyniłem. I choć interesowałem się Hallerem od momentu, kiedy tylko
go zobaczyłem, to jednak w ciągu paru tygodni nie uczyniłem niczego,
żeby go spotkać czy nawiązać z nim rozmowę. Natomiast, muszę to
przyznać, obserwowałem go już od początku, wchodziłem niekiedy do jego
pokoju pod nieobecność lokatora i w ogóle trochę go z ciekawości
szpiegowałem.
Powiedziałem już nieco o powierzchowności wilka stepowego. Na pierwszy
rzut oka robił wrażenie człowieka wybitnego, wyjątkowego i niezwykle
uzdolnionego, twarz jego była pełna wyrazu, a niezwykle subtelna i ożywiona mimika odzwierciedlała interesujące, ogromnie wrażliwe, pełne
delikatności i uczuciowości życie duchowe. Kiedy w rozmowie przekraczał
nieraz granice konwenansu i z głębi swej obcości wypowiadał osobiste,
własne myśli, wtedy każdy z nas musiał się mu bezwzględnie
podporządkować, więcej bowiem przemyślał niż inni ludzie i w sprawach
ducha był nieomal rzeczowy, pewny swych przemyśleń i wiedzy, jakimi
odznaczają się tylko ludzie prawdziwie uduchowieni, całkowicie wyzbyci
próżności, którzy nigdy nie pragną błyszczeć, kogokolwiek przekonywać
albo za wszelką cenę postawić na swoim.
Taką wypowiedź, która nie była nawet wypowiedzią, a raczej spojrzeniem,
przypominam sobie z ostatniego okresu jego pobytu u nas. Otóż pewien
sławny historiozof i krytyk kultury, człowiek o europejskim nazwisku,
zapowiedział swój wykład w auli; udało mi się namówić wilka stepowego do
pójścia na ten wykład, choć początkowo wcale nie miał na to ochoty.
Poszliśmy tam razem i siedzieliśmy na sali obok siebie. Gdy prelegent
wszedł na katedrę i zaczął wygłaszać prelekcję, rozczarował swoim nieco
kokieteryjnym i pyszałkowatym wystąpieniem wielu słuchaczy, którzy
spodziewali się dostrzec w nim proroka. Kiedy więc zaczął mówić i na
wstępie zwrócił się do obecnych z paroma pochlebstwami, dziękując
jednocześnie za liczną frekwencję, wilk stepowy rzucił mi krótkie
spojrzenie pełne krytycyzmu zarówno wobec słów, jak i całej osoby
prelegenta; ach, niezapomniane i straszne spojrzenie, o którego
znaczeniu można by napisać całą książkę! Spojrzenie to nie tylko
krytykowało tego właśnie mówcę i unicestwiało sławnego człowieka swoją
nieodpartą, choć łagodną ironią: było raczej smutne niż ironiczne, nawet
przepastnie i beznadziejnie smutne. Treścią bowiem tego spojrzenia była
cicha rozpacz, która w pewnym sensie stała się już nawykiem i formą.
Swoją rozpaczliwą jasnością spojrzenie to prześwietlało nie tylko osobę
nadętego mówcy, ale wyszydzało i osądzało sytuację chwili, oczekiwanie i nastrój publiczności, nieco pretensjonalny tytuł zapowiedzianej
prelekcji - nie - spojrzenie wilka stepowego przenikało całą naszą
współczesność, całą zapobiegliwą krzątaninę, całe karierowiczostwo i próżność, całą powierzchowną grę zarozumiałej, płytkiej duchowości i -
niestety - sięgało jeszcze głębiej, nie tylko do braków i beznadziejności naszych czasów, naszej mentalności, naszej kultury, ale
przenikało aż do serca człowieczeństwa, wymownie wyrażało w jednej
sekundzie całe zwątpienie myśliciela, być może wtajemniczonego w godność
i sens życia ludzkiego w ogóle. Spojrzenie to mówiło: "Patrz, jakimi
jesteśmy małpami! Patrz, jaki jest człowiek!" - i cała sława, cała
mądrość, wszystkie zdobycze ducha, wszystkie dążenia do wzniosłości,
wielkości i trwałości, do tego, co ludzkie, runęły i stały się małpią
igraszką!
Relacją tą wybiegłem daleko w przyszłość i - wbrew moim zamiarom i woli
- powiedziałem o Hallerze w gruncie rzeczy to, co istotne, choć
początkowo zamierzałem odsłaniać jego obraz stopniowo, w miarę
opowiadania o naszej rozwijającej się powoli znajomości.
Skoro już wyprzedziłem fakty, nie pozostaje mi nic innego jak opowiadać
dalej o "zagadkowej" obcości Hallera i szczegółowo zdać sprawę z tego,
jak stopniowo odgadywałem i poznawałem przyczyny i znaczenie tej
obcości, tego niezwykłego, straszliwego osamotnienia. Tak będzie lepiej,
gdyż chciałbym własną osobę pozostawić w cieniu. Nie zamierzam
przedstawiać moich poglądów ani opowiadać bajek czy też uprawiać
psychologii, pragnę jedynie jako naoczny świadek dorzucić coś niecoś do
obrazu tego dziwnego człowieka, który pozostawił po sobie rękopis wilka
stepowego.
Już wówczas, gdy go zobaczyłem po raz pierwszy, kiedy wszedł przez
oszklone drzwi do mieszkania ciotki i wyciągnąwszy głowę do przodu jak
ptak, chwalił przyjemny zapach domu, uderzyła mnie dziwność tego
człowieka; moją pierwszą naiwną reakcją była niechęć. Wyczułem (a moja
ciotka, która w przeciwieństwie do mnie wcale nie jest typem
intelektualnym, wyczuła mniej więcej to samo) - że mężczyzna ten jest
chory, że cierpi na jakąś chorobę psychiczną, chorobę usposobienia lub
charakteru, i instynktem zdrowego broniłem się przeciwko temu. Z biegiem
czasu niechęć moja zmieniła się w sympatię, przejawiającą się w wielkim
współczuciu dla tego głęboko i stale cierpiącego człowieka, gdyż byłem
świadkiem jego osamotnienia i wewnętrznego umierania. W tym też okresie
uświadamiałem sobie coraz wyraźniej, że jego choroba nie polega na
jakichś brakach natury, lecz przeciwnie, na wielkim a niezharmonizowanym
bogactwie uzdolnień i sił. Przekonałem się, że Haller jest geniuszem
cierpienia, że wykształcił w sobie, w sensie niektórych wypowiedzi
Nietzschego, genialną, nieograniczoną i straszliwą zdolność cierpienia.
Przekonałem się równocześnie, że podstawą jego pesymizmu nie była
pogarda dla świata, lecz pogarda dla samego siebie, gdyż mówiąc
bezlitośnie i druzgocąco o instytucjach lub osobach, nigdy nie wyłączał
siebie, zawsze najpierw przeciw sobie kierował ostrze swych strzał,
siebie przede wszystkim nienawidził i negował...
Tu muszę wtrącić pewną uwagę psychologiczną. Choć o życiu wilka
stepowego niewiele mi wiadomo, mam jednak wszelkie powody do
przypuszczenia, że przez kochających, ale surowych i bardzo pobożnych
rodziców i nauczycieli wychowywany był w duchu, którego zasadą jest
"łamanie woli". To unicestwienie osobowości i łamanie woli u tego ucznia
zawiodło, był bowiem zbyt silny i nieugięty, zbyt dumny i inteligentny.
Zamiast unicestwić jego osobowość, zdołano go tylko nauczyć nienawiści
do samego siebie. Przeciw sobie samemu, przeciw temu niewinnemu i szlachetnemu obiektowi kierował odtąd przez całe życie genialność swej
wyobraźni i pełnię swych intelektualnych możliwości. Był bowiem mimo
wszystko na wskroś chrześcijaninem i męczennikiem w tym, że każde
ostrze, każdą krytykę, każdą złośliwość, każdą nienawiść, do jakiej był
zdolny, kierował przede wszystkim przeciw sobie. W odniesieniu do
bliźnich, do otoczenia, podejmował stale bohaterskie i poważne wysiłki,
by ich kochać, by oddać im sprawiedliwość, nie sprawiać bólu; zasadę
miłości bliźniego wpojono mu bowiem równie głęboko jak nienawiść do
samego siebie i w ten sposób całe jego życie stało się przykładem, że
bez miłości własnej niemożliwa jest też miłość bliźniego, że nienawiść
do samego siebie jest tym samym co skrajny egoizm i płodzi w końcu tę
samą okrutną samotność i rozpacz.
Ale czas już przerwać rozmyślania i przejść do rzeczywistości. A więc
pierwszą rzeczą, której dowiedziałem się o naszym lokatorze, po części
przez własne przeszpiegi, po części dzięki uwagom ciotki, były szczegóły
dotyczące jego trybu życia. Niebawem okazało się, że był on
intelektualistą i molem książkowym i że nie wykonywał żadnego
praktycznego zawodu. Zwykle długo leżał w łóżku, często wstawał dopiero
około południa i w szlafroku przemierzał parę kroków, dzielących
sypialnię od położonego naprzeciw gabinetu. Gabinet ten - duża i przyjemna mansarda o dwóch oknach - już po kilku dniach wyglądał inaczej
niż wówczas, kiedy zamieszkiwali go inni lokatorzy. Zapełniał się i z czasem stawał się coraz ciaśniejszy. Na ścianach zawieszono obrazy,
poprzyczepiano rysunki, niekiedy wycięte z czasopism ilustracje, które
się często zmieniały. Był tam krajobraz południowy i fotografie jakiegoś
niemieckiego miasteczka, widocznie rodzinnych stron Hallera, między nimi
wisiały barwne, jasne akwarele, które - jak dowiedzieliśmy się później -
sam malował. Dalej fotografia ładnej młodej kobiety albo młodej
dziewczyny. Przez jakiś czas wisiał na ścianie syjamski Budda, którego
potem zastąpiła reprodukcja Nocy Michała Anioła, a następnie wizerunek
Mahatmy Gandhiego. Książki wypełniały nie tylko wielką szafę
biblioteczną, ale były porozkładane wszędzie, na stołach, na pięknym
starym sekretarzyku, na otomanie, na krzesłach, na ziemi: książki z papierowymi zakładkami, które się ciągle zmieniały. Książek przybywało
stale, gdyż nie tylko znosił całe ich stosy z bibliotek, ale otrzymywał
też często przesyłki pocztowe. Człowiek zamieszkujący ten pokój mógł być
uczonym. Z wrażeniem tym harmonizował snujący się wszędzie dym z cygar i porozstawiane popielniczki z niedopałkami. Duża część książek nie była
jednak treści naukowej. Ogromną większość stanowiły dzieła pisarzy
wszystkich epok i wszystkich narodów. Przez jakiś czas leżało na
tapczanie, na którym często spędzał całe dni, sześć grubych tomów dzieła
z końca osiemnastego wieku pod tytułem Podróż Zofii z Kłajpedy do
Saksonii. Znać było, że często zaglądał do zbiorowych wydań Goethego,
Jean Paula, Novalisa, a także Lessinga, Jacobiego i Lichtenberga. W kilku tomach Dostojewskiego tkwiło mnóstwo zapisanych kartek. Na dużym
stole między tą masą książek i pism stał często bukiet kwiatów, tam też
poniewierała się stale zakurzona kaseta z akwarelami, obok niej
popielniczki, oraz - czego nie należy przemilczeć - różne butelki z trunkami. Butelka w słomianej plecionce była najczęściej napełniona
czerwonym włoskim winem, które przynosił z pobliskiego małego sklepiku,
czasem pojawiała się też flaszka burgunda albo malagi, a pękata butelka
wiśniówki, opróżniona - jak zauważyłem - w bardzo krótkim czasie niemal
całkowicie, znikła w kącie pokoju i tam pokryła się kurzem z nie
umniejszającą się już resztką zawartości. Nie chcę się usprawiedliwiać z uprawianego przeze mnie szpiegowania i przyznaję otwarcie, że początkowo
wszystkie te oznaki życia, wypełnionego wprawdzie intelektualnymi
zainteresowaniami, ale przy tym dość hulaszczego i wyuzdanego, budziły
we mnie odrazę i nieufność. Jestem nie tylko człowiekiem o mieszczańskich nawykach, prowadzącym regularny tryb życia,
przyzwyczajonym do pracy i ścisłego rozkładu godzin: jestem również
abstynentem i nie palę, więc owe butelki w pokoju Hallera jeszcze mniej
mi się podobały niż reszta malowniczego artystycznego nieładu.
Tak jak w spaniu i pracy, tak też w sprawach kulinarnych gość nasz
prowadził bardzo nieregularny i kapryśny tryb życia. Niekiedy wcale nie
wychodził z domu i niczego nie brał do ust prócz rannej kawy, niekiedy
ciotka znajdowała skórkę od banana jako jedyną pozostałość całego
obiadu, ale znów w inne dni jadał bądź w dobrych i wykwintnych
restauracjach, bądź w małych podmiejskich knajpkach. Wydawało się, że
zdrowie ma nie najlepsze. Poza niedowładem nóg, często utrudniającym mu
wchodzenie po schodach, zdawał się cierpieć również z powodu innych
dolegliwości; kiedyś wspomniał mimochodem, że już od wielu lat nie sypia
i nie trawi normalnie. Przypisywałem to przede wszystkim piciu. Później,
kiedy towarzyszyłem mu czasem do którejś z jego knajp, byłem nieraz
świadkiem, jak duszkiem i z fantazją wlewał w siebie wino, ale ani ja,
ani nikt inny nie widział go naprawdę pijanym.
Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego bardziej osobistego spotkania.
Znaliśmy się ot tak, jak znają się lokatorzy sąsiadujących pokojów w tym
samym mieszkaniu. Pewnego wieczoru, gdy wróciłem z biura do domu, ku
mojemu zdumieniu zobaczyłem pana Hallera siedzącego na schodach między
pierwszym a drugim piętrem. Siedział na najwyższym stopniu i usunął się
na bok, aby mnie przepuścić. Zapytałem, czy nie czuje się źle, i wyraziłem gotowość odprowadzenia go na górę.
Haller spojrzał na mnie; odniosłem wrażenie, że wyrwałem go z jakiegoś
transu. Powoli zaczął się uśmiechać swoim ujmującym i smutnym uśmiechem,
który tak często kładł mi się na sercu ciężarem, po czym prosił, żebym
usiadł przy nim. Podziękowałem, mówiąc, że nie zwykłem siadywać na
schodach przed mieszkaniami obcych ludzi.
- Ach tak - powiedział, uśmiechając się swobodniej. - Ma pan rację. Ale
proszę poczekać chwilkę, chciałbym wyjaśnić panu, dlaczego musiałem tu
trochę posiedzieć.
Wskazywał przy tym na podest przed mieszkaniem na pierwszym piętrze,
zajmowanym przez jakąś wdowę. Na tej niewielkiej powierzchni, wyłożonej
parkietem, między schodami, oknem i oszklonymi drzwiami, stała przy
ścianie wysoka mahoniowa szafa, ozdobiona w górze staromodnym gzymsem, a przed szafą na ziemi, na dwóch małych, niskich postumencikach
umieszczono dwie rośliny w dużych doniczkach: azalię i araukarię.
Rośliny wyglądały ładnie, były zawsze utrzymane czysto, bez zarzutu, co
i ja już z przyjemnością zauważyłem.
- Widzi pan - ciągnął dalej Haller - ten mały podest z araukarią pachnie
tak bajecznie, że często nie mogę tędy przejść, żeby nie zatrzymać się
choć na chwilę. U pańskiej szanownej ciotki także pachnie przyjemnie,
panuje porządek i wzorowa czystość, ale tu ten kącik z araukarią aż
błyszczy schludnością, jest tak odkurzony, wytarty i wymyty, tak
nieskazitelnie czysty, że po prostu promienieje. Muszę się tu zawsze
narozkoszować tym zapachem do syta... Czy i pan go czuje? Woń wosku z lekką domieszką terpentyny, zmieszana z wonią mahoniu, wilgotnych liści
i w ogóle ze wszystkim, dają w sumie zapach, będący superlatywem
mieszczańskiej czystości, staranności i dokładności, spełniania
obowiązków i wierności w rzeczach małych. Nie wiem, kto tu mieszka, ale
za tymi oszklonymi drzwiami istnieje chyba raj czystości i odkurzonego
mieszczaństwa, a także raj ładu i wzruszająco trwożnego oddania się
małym przyzwyczajeniom i obowiązkom.
Ponieważ milczałem, ciągnął: - Proszę nie sądzić, że mówię to
ironicznie! Nic nie jest mi bardziej obce, drogi panie, niż chęć
wyśmiewania tych mieszczańskich cnót i porządków. To prawda, że sam żyję
w innym świecie i... być może... nie zdołałbym wytrzymać choćby jednego dnia
w mieszkaniu z takimi araukariami. Ale jeśli nawet jestem starym i trochę nieokrzesanym wilkiem stepowym, to przecież i moja matka była
mieszczką, hodowała kwiaty, dbała o pokój i schody, o meble i firanki i starała się włożyć w swoje mieszkanie i swoje życie tyle schludności,
czystości i porządku, ile potrafiła. O tym właśnie przypomina mi
delikatny zapach terpentyny i araukaria, więc siedzę tu od czasu do
czasu, spoglądam w ten cichy, mały ogródek porządku i cieszę się, że coś
takiego jeszcze istnieje.
Chciał wstać, jednak sprawiało mu to trudności i nie protestował, kiedy
mu trochę pomogłem. Milczałem dalej, ale uległem - podobnie jak to się
uprzednio przytrafiło mojej ciotce - jakiemuś urokowi, roztaczanemu
niekiedy przez tego dziwnego człowieka. Powoli wchodziliśmy razem po
schodach na górę i przed drzwiami, kiedy już trzymał klucze w ręku,
spojrzał mi raz jeszcze prosto i przyjaźnie w twarz, mówiąc: - Czy wraca
pan z biura? No cóż, nie znam się na tych sprawach, wie pan, żyję trochę
na uboczu. Przypuszczam jednak, że i pana interesują książki i podobne
sprawy. Pańska ciotka mówiła mi kiedyś, że pan skończył gimnazjum i dobrze znał grekę. Otóż dziś rano znalazłem u Novalisa pewne zdanie, czy
mogę je panu przeczytać? Z pewnością i panu sprawi ono przyjemność.
Zabrał mnie do swego pokoju, mocno pachnącego tytoniem, wyciągnął ze
stosu książek jakiś tom, odwracał kartki, szukał.
- To też jest dobre, bardzo dobre - powiedział - niech pan posłucha:
"Powinno się być dumnym z bólu... każdy ból jest przypomnieniem naszej
wysokiej rangi". Świetne! Osiemdziesiąt lat przed Nietzschem! Ale nie o tym zdaniu myślałem... niech pan poczeka... już je mam. Otóż: "Większość
ludzi nie chce pływać, dopóki nie nauczy się pływania". Czy to nie
dowcipne? Oczywiście nie chcą pływać! Urodzili się przecież dla ziemi,
nie dla wody. I oczywiście nie chcą myśleć, gdyż stworzeni zostali do
życia, a nie do myślenia! Tak, a kto myśli i kto z myślenia czyni sprawę
najważniejszą, ten wprawdzie może w tej dziedzinie zajść daleko, ale
taki człowiek zamienił ziemię na wodę i musi kiedyś utonąć.
Ujął mnie tym i zainteresował, pozostałem chwilę u niego i odtąd
zdarzało się dość często, że kiedy spotykaliśmy się na schodach lub na
ulicy, rozmawialiśmy trochę ze sobą. Przy tym początkowo miałem zawsze
wrażenie, podobnie jak przy araukarii, że odnosi się do mnie z ironią.
Ale było inaczej. Żywił dla mnie, podobnie jak dla owej araukarii, wręcz
głęboki szacunek, był tak głęboko przekonany o swoim osamotnieniu, o swoim pływaniu po wodzie, o swoim wykorzenieniu, że szczerze i bez
cienia szyderstwa wprawiał go niekiedy w zachwyt widok jakiejś
zwyczajnej mieszczańskiej codzienności, na przykład punktualność, z jaką
chodziłem do biura, albo powiedzenie woźnego czy konduktora
tramwajowego. Początkowo wydawało mi się to śmieszne i przesadne, niby
pańska, kawalerska fantazja lub jakieś zgrywanie się na sentymentalizm.
Ale stopniowo coraz bardziej przekonywałem się, że on rzeczywiście z punktu widzenia swej próżni, swej obcości i wilczej natury po prostu
podziwiał i kochał nasz mały mieszczański światek jako coś trwałego,
niewzruszonego i pewnego, dla niego zaś dalekiego i nieosiągalnego, jako
rodzaj gniazda rodzinnego i spokoju, do którego nie wiodła żadna z jego
dróg. Przed naszą posługaczką, kobietą zresztą poczciwą, zawsze
zdejmował kapelusz z prawdziwym uszanowaniem, a jeśli się zdarzyło, że
moja ciotka gawędziła z nim przez chwilę albo zwracała mu uwagę na
konieczność naprawienia bielizny lub na wiszący guzik przy palcie,
słuchał tego z dziwnym skupieniem i uwagą, jak gdyby zadawał sobie
nieopisany i beznadziejny trud, żeby przez jakąś szparę wtargnąć do tego
małego, spokojnego światka i zadomowić się w nim choćby na jedną
godzinę.
Już podczas pierwszej rozmowy przy araukarii, kiedy nazwał się wilkiem
stepowym, zrobiło mi się przykro i zdziwiłem się trochę. Cóż to za
określenie? Wnet jednak zacząłem godzić się na ten wyraz nie tylko z racji przyzwyczajenia; sam nazywałem tego człowieka w myślach już nie
inaczej jak wilkiem stepowym, a i dziś jeszcze nie znalazłbym
trafniejszego określenia dla tej przedziwnej postaci. Wilk stepowy,
zabłąkany wśród nas, wśród miast i życia gromadnego - żaden inny obraz
nie mógłby ukazać go dobitniej, jego trwożliwego osamotnienia, jego
dzikości, niepokoju, nostalgii i bezdomności.
Kiedyś miałem sposobność obserwować go przez cały wieczór podczas
koncertu symfonicznego; ku memu zdziwieniu siedział w pobliżu, wcale
mnie jednak nie widząc. Najpierw grano szlachetne i piękne utwory Händla
- lecz wilk stepowy pogrążony był w sobie, oderwany od muzyki i otoczenia. Siedział zagubiony, samotny i obcy, spoglądając w ziemię z chłodnym, ale pełnym troski wyrazem. Potem grano inny utwór, małą
symfonię Friedemanna Bacha, i wtedy to zdumiałem się, widząc, że po
kilku zaledwie taktach mój dziwak zaczął się uśmiechać i ulegać czarowi
muzyki, pogrążając się całkowicie w sobie, i chyba w ciągu dziesięciu
minut sprawiał wrażenie w pełni uszczęśliwionego i zatopionego w rozkosznych marzeniach, tak że więcej zwracałem uwagi na niego niż na
muzykę. Gdy utwór dobiegł końca, ocknął się i wyprostował, zdawało się,
że chce wstać i odejść, pozostał jednak i wysłuchał jeszcze ostatniego
punktu w programie, wariacji Regera, muzyki, którą wielu odczuwało jako
przydługą i nużącą. I także wilk stepowy, słuchający początkowo uważnie
i chętnie, znów opadł na krześle, wsunął ręce w kieszenie i pogrążył się
w sobie, ale tym razem bez wyrazu błogości i marzycielstwa, był raczej
smutny, wreszcie zagniewany, jego twarz była daleka, szara, zgaszona,
wyglądał na człowieka starego, chorego i niezadowolonego.
Po koncercie zobaczyłem go znowu na ulicy i poszedłem jego śladem;
otulony w płaszcz szedł smutno i ociężale w kierunku naszej dzielnicy,
zatrzymał się jednak przed małą, staroświecką restauracyjką, z wahaniem
spojrzał na zegarek i wszedł do środka. Czyniąc zadość chwilowej
zachciance, wszedłem tam za nim. Siedział przy typowym na owe czasy
okrągłym stoliku, gospodyni i kelnerka przywitały go jak stałego
bywalca, ukłoniłem się i przysiadłem do niego. Siedzieliśmy tam godzinę
i podczas gdy ja wypiłem dwie szklanki wody mineralnej, on kazał sobie
podać pół litra czerwonego wina, a potem jeszcze ćwiartkę. Wspomniałem,
że wracam z koncertu, ale nie zareagował na to. Czytał etykietę na
flaszce mojej wody i zapytał, czy nie chciałbym napić się wina, na które
mnie zaprasza. Gdy usłyszał, że nigdy nie pijam wina, zrobił znów
bezradną minę i powiedział: "No tak, ma pan rację. Ja też przez wiele
lat żyłem wstrzemięźliwie i długi czas pościłem, ale obecnie znajduję
się znów pod znakiem Wodnika, a to znak ciemny i wilgotny".
Kiedy żartując, napomknąłem, że wydaje mi się nieprawdopodobne, iżby
właśnie on wierzył w astrologię, przybrał znów uprzejmy ton, który mnie
często urażał, i powiedział: - Całkiem słusznie, również i w tę naukę
nie mogę, niestety, uwierzyć.
Pożegnałem się i wyszedłem, on zaś wrócił do domu dopiero późną nocą,
ale jego krok był normalny; jak zwykle nie od razu położył się do łóżka,
słyszałem to dokładnie przez ścianę, lecz chyba z godzinę jeszcze
siedział w swoim pokoju przy świetle.
Pamiętam również jeszcze inny wieczór. Byłem sam w domu, ciotka wyszła,
ktoś zadzwonił do drzwi wejściowych, a kiedy otworzyłem, stała przede
mną młoda, bardzo ładna osoba i pytała o pana Hallera; poznałem ją od
razu. Była to pani z fotografii w jego pokoju. Pokazałem jej drzwi
lokatora i wycofałem się, pani pozostała chwilę na górze, wkrótce jednak
usłyszałem, jak razem schodzili ze schodów i wychodzili z domu, żartując
przy tym wesoło i z ożywieniem. Byłem bardzo zdziwiony, że nasz
pustelnik ma kochankę, w dodatku taką młodą, ładną i elegancką, i znowu
zachwiały się wszystkie moje domysły na temat jego życia i jego osoby.
Ale w niecałą godzinę wrócił do domu sam, ciężkim, smutnym krokiem, z trudem stąpał po schodach, po czym całymi godzinami chodził w swoim
pokoju tam i z powrotem, cicho, jak wilk w klatce, światło paliło się u niego przez całą noc, prawie do rana.
Nie wiem nic o tym związku, chciałbym tylko dodać, że raz jeszcze
widziałem go z tą kobietą na jakiejś ulicy miasta. Szli pod rękę,
wyglądał na człowieka szczęśliwego, dziwiłem się znowu, że jego
zatroskana, wyobcowana twarz potrafi zdradzać - zależnie od okoliczności
- tyle wdzięku, tyle wręcz dziecinnego uroku, i zrozumiałem tę kobietę,
zrozumiałem również współczucie, jakie moja ciotka miała dla tego
człowieka. Ale i w tym dniu wrócił wieczorem do domu smutny i zbiedzony;
spotkałem go przy bramie, miał, jak nie raz, butelkę włoskiego wina pod
płaszczem i przesiedział przy niej pół nocy w swojej jaskini na górze.
Żal mi go było, bo też jakże beznadziejne, stracone i bezbronne było to
jego życie.
No, ale dość już gadania. Nie trzeba więcej relacji ani opisów, by
wykazać, że wilk stepowy prowadził życie samobójcy. Mimo to nie wierzę,
by sobie je odebrał owego dnia, kiedy nagle i bez pożegnania, ale po
zapłaceniu wszystkich zaległości opuścił nasze miasto i zniknął. Nigdy
więcej nie dał znaku życia i ciągle jeszcze przechowujemy kilka listów,
które do niego przyszły. Niczego nie pozostawił po sobie prócz rękopisu,
który sporządził podczas pobytu w naszym domu i który w kilku słowach
mnie zadedykował, zaznaczając, że mogę z nim zrobić, co uznam za
stosowne.
Nie miałem możności stwierdzić, ile prawdy zawierają przeżycia opisane w notatkach Hallera. Nie wątpię, że po większej części są fikcją, ale nie
w sensie dowolnego zmyślenia, lecz w sensie próby znalezienia wyrazu dla
głęboko odczutych przeżyć duchowych, próby, która przedstawiłaby je w szacie konkretnych zdarzeń. Te po części fantastyczne przygody w opowieści Hallera pochodzą przypuszczalnie z ostatniego okresu jego
pobytu w naszym mieście i nie wątpię, że ich podstawą jest również pewna
doza prawdziwych, realnych faktów. W owym czasie gość nasz rzeczywiście
zmienił się w wyglądzie i sposobie bycia, często przebywał poza domem,
niekiedy nie było go nawet całymi nocami, a jego książki leżały
nietknięte. Podczas nielicznych wówczas spotkań wydawał mi się wyjątkowo
ożywiony i odmłodzony, a parę razy wręcz uradowany. Oczywiście zaraz
potem następowała kolejna ciężka depresja, całymi dniami leżał w łóżku,
nie dopominał się o jedzenie i na ten okres przypada również niezwykle
ostra, nawet brutalna kłótnia z jego kochanką, która pojawiła się znów
na horyzoncie; kłótnia ta poruszyła cały dom, za co nazajutrz Haller
przeprosił moją ciotkę.
Nie, jestem przekonany, że nie odebrał sobie życia. Żyje jeszcze i chodzi gdzieś po świecie na swoich umęczonych nogach, w górę i w dół po
schodach obcych domów, gdzieś tam gapi się na wyfroterowane posadzki i starannie pielęgnowane araukarie, w ciągu dnia przesiaduje w bibliotekach, noce spędza w knajpach albo leży na wynajętym tapczanie i wsłuchuje się w żyjący za oknami świat i ludzi, i wie, że jest
wykluczony z tego wszystkiego, jednak się nie zabija, gdyż resztka wiary
powiada mu, że cierpienia tego musi w sercu zakosztować do końca i że na
to cierpienie musi umrzeć. Często myślę o nim, nie ułatwił mi życia, nie
miał daru wspierania i rozwijania tego, co we mnie silne i radosne,
przeciwnie! Ale ja nie jestem nim i nie prowadzę życia w jego stylu,
lecz moje własne, małe i mieszczańskie, bezpieczne i wypełnione
obowiązkami. Dlatego możemy go wspominać spokojnie i z przyjaźnią, ja i moja ciotka, która umiałaby o nim powiedzieć więcej, ale to pozostanie
na zawsze ukryte w jej poczciwym sercu.
A co się tyczy notatek Hallera, notatek dziwnych, po części
chorobliwych, po części pięknych, pełnych zadumy i fantazji, to muszę
przyznać, że gdyby te kartki przypadkiem wpadły mi w ręce, a ich autor
nie byłby mi znany, z pewnością wyrzuciłbym je z oburzeniem na śmietnik.
Ale moja znajomość z Hallerem umożliwiła mi częściowe ich zrozumienie, a nawet zaaprobowanie. Gdybym widział w nich tylko patologiczne urojenia
jednostki, jakiegoś chorego na umyśle biedaka, miałbym skrupuły, czy
podać je do wiadomości innym. Dostrzegam w nich jednak coś więcej,
dokument czasu, gdyż choroba umysłowa Hallera - wiem to dzisiaj - nie
jest dziwactwem jednego tylko człowieka, lecz chorobą epoki, neurozą
całego pokolenia, do którego należy Haller, neurozą, której nie ulegają
bynajmniej tylko osobowości słabe i mniej wartościowe, lecz właśnie
silne, najbardziej uduchowione, najbardziej uzdolnione.
Zapiski Hallera - bez względu na to, czy opierają się na wielu, czy na
niewielu wydarzeniach z życia - są próbą przezwyciężenia wielkiej
choroby czasu, nie przez jej omijanie i upiększanie, lecz przez próbę
uczynienia z samej choroby przedmiotu opowiadania. Oznaczają dosłownie
drogę przez piekło, bądź pełną lęku, bądź odważną, drogę przez chaos
mrocznego świata duszy, podjętą w celu przejścia przez to piekło,
stawienia czoła chaosowi, przecierpienia zła do końca.
Jedna uwaga Hallera dała mi klucz do zrozumienia tego. Kiedyś, po
rozmowie o tak zwanych okrucieństwach średniowiecza, powiedział do mnie:
- W rzeczywistości nie były to wcale okrucieństwa. Człowiek
średniowiecza odczułby znacznie większy wstręt do stylu całego naszego
dzisiejszego życia, jako do czegoś okrutnego, przerażającego i barbarzyńskiego! Każda epoka, każda kultura, każdy obyczaj i tradycja
mają swój styl, swoją specyfikę, swoje subtelności i ostrości, uroki i okrucieństwa, każda epoka uważa pewne niedomogi za oczywiste, a inne zło
znosi cierpliwie. Prawdziwym cierpieniem, piekłem, staje się życie
ludzkie tylko tam, gdzie krzyżują się dwie epoki, dwie kultury i religie. Gdyby człowiek antyku musiał żyć w średniowieczu, zginąłby
marnie, podobnie jak zginąłby dzikus w naszej cywilizacji. Bywają
okresy, w których całe pokolenie dostaje się między dwie epoki, między
dwa style życia, tak że zatraca ono wszelką naturalność, wszelki
obyczaj, wszelkie poczucie bezpieczeństwa i niewinności. Rzecz jasna,
nie wszyscy odczuwają to jednakowo silnie. Filozof taki jak Nietzsche
przecierpiał dzisiejszą nędzę wcześniej o całe jedno pokolenie - to, co
on świadomy prawdy musiał znieść sam, stało się dziś udziałem tysięcy.
W trakcie lektury notatek często musiałem myśleć o tych słowach. Haller
należy do ludzi, którzy dostali się między dwie epoki, którzy zostali
wytrąceni ze stanu bezpieczeństwa i niewinności, do tych, których
przeznaczeniem jest przeżywać w spotęgowaniu całą problematykę ludzkiego
życia jako osobistą męczarnię i piekło.
W tym tkwi - jak się wydaje - sens, jaki jego zapiski mogą mieć dla nas,
i dlatego zdecydowałem się je opublikować. Zresztą nie chcę ich brać w obronę ani osądzać: niech każdy czytelnik uczyni to zgodnie z własnym
sumieniem!
Tylko dla obłąkanych
Dzień minął, jak mijają dni; zepchnąłem go, zniszczyłem delikatnie moją
prymitywną i nieśmiałą sztuką życia; pracowałem kilka godzin, wertowałem
stare książki, miałem przez dwie godziny bóle, jakie zwykle miewają
ludzie starsi, zażyłem pigułkę i cieszyłem się, że bóle dały się
przechytrzyć, leżałem w gorącej kąpieli i wchłaniałem błogie ciepło,
trzy razy odbierałem pocztę i przeglądałem wszystkie te zbędne listy i druki, odbyłem ćwiczenia oddechowe, ale darowałem sobie dziś z lenistwa
gimnastykę myśli, byłem godzinę na spacerze i obserwowałem piękne,
delikatne i niecodzienne desenie pierzastych chmurek, wrysowane w niebo.
To było bardzo przyjemne, tak jak czytanie starych książek, jak leżenie
w ciepłej kąpieli, ale - wziąwszy wszystko razem - nie był to wcale
zachwycający, promienny dzień szczęścia i radości, lecz właśnie jeden z tych dni, jakimi już od dłuższego czasu powinny dla mnie być dni
normalne i zwykłe: w miarę przyjemne, całkiem znośne, nie najgorsze,
nijakie dni starszego, niezadowolonego pana, dni bez szczególnych
dolegliwości, bez szczególnych trosk, bez istotnego zmartwienia, bez
rozpaczy, dni, w których nawet pytanie, czy nie należałoby pójść za
przykładem Adalberta-Stiftera i ulec nieszczęśliwemu wypadkowi przy
goleniu, rozważa się rzeczowo i spokojnie, bez podniecenia i bez uczucia
strachu.
Kto zakosztował tamtych dni złych, z atakami artretyzmu albo z dotkliwym
bólem głowy, umiejscowionym za gałkami ocznymi, szatańsko zmieniającym
każdą radość oka i ucha w udrękę, albo owych dni umierania duszy,
niedobrych dni wewnętrznej pustki i rozpaczy, w których wśród
wyniszczonej i wyeksploatowanej przez kartele ziemi na każdym kroku aż
do mdłości szczerzy do nas zęby świat ludzki i tak zwana kultura w swoim
zakłamanym, prostackim i obłudnym blasku jarmarcznym, skoncentrowana i doprowadzona do szczytu obrzydliwości we własnym chorym Ja - kto
zakosztował tych piekielnych dni, ten jest zadowolony z normalnych i połowicznych, podobnych do dzisiejszego, ten siedzi z wdzięcznością przy
ciepłym piecu, z wdzięcznością stwierdza przy czytaniu rannej gazety, że
i dzisiaj nie wybuchła znów wojna, że nie ogłoszono nowej dyktatury, że
nie wykryto ani w polityce, ani w gospodarce szczególnie jaskrawego
świństwa, z wdzięcznością stroi swą zardzewiałą lirę na umiarkowane,
wcale pogodne, niemal radosne tony dziękczynnego psalmu, którym zanudza
swego cichego, łagodnego, trochę bromem odurzonego bożka zadowolenia, a w tej letniej, zagęszczonej atmosferze nudy, pełnej dobrego samopoczucia
i godnego wdzięczności znieczulenia, ci dwaj: ów monotonnie kiwający
głową półbożek i ów z lekka posiwiały i przytłumionym głosem śpiewający
psalm półczłowiek, są podobni do siebie jak bliźniaki.
Jest coś pięknego w tym zadowoleniu, w tej bezbolesności, w tych
znośnych, przyczajonych dniach, kiedy ani ból, ani rozkosz nie mają
odwagi krzyczeć, kiedy wszystko tylko szepcze i skrada się na palcach.
Niestety ze mną jest tak, że źle znoszę uczucie zadowolenia, szybko
staje mi się ono nienawistne i wstrętne i pełen rozpaczy muszę szukać
innych temperatur, o ile to możliwe, w rozkoszy, a w razie konieczności
- również i w cierpieniu. Jeśli przez jakiś czas nie doznałem ani
rozkoszy, ani bólu i oddychałem letnią, mdłą i znośną atmosferą tak
zwanych dobrych dni, wtedy dziecinną moją duszę ogarnia tak ogromny
smutek i taka żałość, że zardzewiałą lirę wdzięczności ciskam sennemu
bożkowi zadowolenia w sytą twarz, wolę bowiem czuć w sobie prawdziwie
diabelny ból niż zdrową temperaturę pokojową. Wtedy rozpala się we mnie
dzika żądza mocnych wrażeń, żądza sensacji, wściekłość na wymuskane,
płaskie, unormowane i wysterylizowane życie i obłędna chęć zniszczenia
czegoś, na przykład domu towarowego albo katedry, albo siebie samego;
chciałbym wtedy popełnić jakieś zuchwałe głupstwa, zedrzeć peruki paru
czczonym bożyszczom, zaopatrzyć paru zbuntowanych sztubaków w wymarzony
bilet do Hamburga, uwieść małą dziewczynkę lub skręcić kark kilku
przedstawicielom mieszczańskiego ładu. Gdyż przede wszystkim
najszczerzej nienawidziłem, brzydziłem się i przeklinałem zadowolenie,
zdrowie, wygodnictwo, ten wypielęgnowany optymizm burżuja, tę tłustą,
prosperującą hodowlę wszystkiego, co mierne, normalne, przeciętne.
W takim nastroju, przy zapadającym zmroku, zakończyłem ten znośny,
tuzinkowy dzień. Nie zakończyłem go jak przystało na mężczyznę trochę
cierpiącego, w sposób normalny i zdrowy, nie skusiło mnie pościelone
łóżko z przynętą w postaci termoforu, lecz niezadowolony i pełen wstrętu
na myśl o odrobinie dokonanej dzisiaj pracy, z niechęcią włożyłem buty,
wśliznąłem się w płaszcz i w ciemności i mgle poszedłem do miasta, by w restauracji "Pod Stalowym Hełmem" wypić to, co pijący mężczyźni starym
zwyczajem nazywają "szklaneczką wina".
Zszedłem więc z mojej mansardy na dół po schodach, po owych trudnych do
schodzenia schodach na obczyźnie, owych na wskroś mieszczańskich,
wyfroterowanych, czystych schodach jednego z wielce przyzwoitych
trójrodzinnych domów czynszowych, gdzie na poddaszu mam moją pustelnię.
Nie wiem, jak to się dzieje, ale ja, bezdomny wilk stepowy i samotny
wróg małomieszczańskiego świata, zawsze mieszkam w prawdziwie
mieszczańskich domach, to taki stary mój sentyment. Nie mieszkam ani w pałacach, ani w proletariackich ruderach, lecz właśnie w tych bardzo
przyzwoitych, bardzo nudnych, nienagannie utrzymanych małomieszczańskich
gniazdach, gdzie pachnie trochę terpentyną i trochę mydłem, gdzie
ogarnia nas przerażenie, jeśli nam się przytrafi głośno zatrzasnąć drzwi
albo wejść do pokoju w zabłoconych butach. Niewątpliwie lubię tę
atmosferę z czasów mojego dzieciństwa i moja skryta tęsknota za czymś
takim jak gniazdo rodzinne prowadzi mnie niezmiennie na te same głupie
ścieżki. A poza tym lubię również kontrast, jaki zachodzi między moim
samotnym, pozbawionym miłości, gorączkowym i na wskroś nieporządnym
życiem a owym środowiskiem rodzinno-mieszczańskim. Lubię na schodach
zapach ciszy, porządku, schludności, przyzwoitości i swojskości, który
mimo mej nienawiści do mieszczaństwa ma dla mnie zawsze coś
wzruszającego, i lubię także przekraczać próg mojego pokoju, gdzie to
wszystko się kończy, gdzie wśród stosu książek poniewierają się
niedopałki cygar i stoją flaszki z winem, gdzie wszystko jest
nieporządne, obce i zaniedbane, a książki, rękopisy, myśli są naznaczone
i przesycone biedą samotnych, problematyką bytu ludzkiego, tęsknotą za
nadaniem nowego sensu życiu człowieka, które stało się bezsensowne.
Minąłem właśnie araukarię. Na pierwszym piętrze tego domu schody
mianowicie prowadzą przez mały podest przed mieszkaniem, które z pewnością utrzymane jest jeszcze bardziej nienagannie, jeszcze czyściej
i troskliwiej niż inne, gdyż ten mały podest promieniuje jakimś
nadludzkim zadbaniem, jest małą lśniącą świątynią ładu. Na parkiecie, na
którym lękamy się postawić nogę, stoją dwa zgrabne stołeczki, a na
każdym z nich wielka doniczka; w jednej rośnie azalia, w drugiej dość
okazała araukaria, zdrowe, silne drzewko o doskonałej symetrii, którego
nawet ostatnia igiełka na ostatniej gałązce lśni czystością. Czasem,
kiedy wiem, że nikt mnie nie obserwuje, przychodzę tu jak do świątyni,
siadam powyżej araukarii na jednym ze schodów, odpoczywam trochę,
składam ręce i patrzę z nabożeństwem na ten ogródek ładu, którego
wzruszające wypielęgnowanie i samotna śmieszność w jakiś sposób chwytają
mnie za serce. Za tym podestem, niejako w świętym cieniu araukarii,
domyślam się mieszkania pełnego błyszczących mahoniów i życia
nacechowanego statecznością i zdrowiem, wczesnym wstawaniem, spełnianiem
obowiązków, z uroczystościami rodzinnymi w miarę wesołymi, z niedzielnym
chodzeniem do kościoła i wczesnym układaniem się do snu.
Z udaną wesołością szedłem po wilgotnym asfalcie uliczek, łzawe, spowite
mgłą światła latarń patrzyły przez chłodną, wilgotną szarugę i wysysały
z mokrej ziemi leniwe odbicia światełek. Przyszły mi na myśl moje
zapomniane młodzieńcze lata - jakże lubiłem wtedy takie ciemne i posępne
wieczory późnej jesieni i zimy, jak chciwie i z jakim upojeniem
wchłaniałem wówczas nastroje samotności i melancholii, kiedy otulony
płaszczem, w deszczu i burzy, biegłem przez wrogą, odartą z liści
naturę, samotny już wtedy, ale przepojony rozkoszą i przepełniony
wierszami, które spisywałem przy świecy w mojej izdebce, siedząc na
brzegu łóżka! No cóż, to już minęło, ten kielich wychyliłem do dna i nigdy dla mnie się już nie napełnił. Czy tego szkoda? Nie, nie szkoda.
Nie szkoda niczego, co minęło. Szkoda tylko tego, co jest teraz i dzisiaj, szkoda tych wszystkich godzin i dni, które traciłem, które
tylko cierpliwie znosiłem, które nie przynosiły ani darów, ani
wstrząsów. Ale, Bogu dzięki, bywały też wyjątki, zdarzały się niekiedy,
rzadko, również i inne godziny, które przynosiły wstrząsy, przynosiły
dary, burzyły ściany i znowu sprowadzały mnie, zbłąkanego, z powrotem do
żywego serca świata. Smutny, a jednak do głębi poruszony, usiłowałem
przypomnieć sobie ostatnie przeżycie tego rodzaju. Było to podczas
koncertu, grano cudowną starą muzykę, gdy nagle, między dwoma ściszonymi
taktami, wykonanymi na drewnianych instrumentach dętych, otworzyła się
przede mną brama w zaświaty, przefrunąłem przez niebo i widziałem Boga
przy pracy, cierpiałem błogie bóle i nie broniłem się już przed niczym w świecie, nie bałem się już niczego, akceptowałem wszystko, wszystkiemu
oddawałem moje serce. Doznanie to nie trwało długo, może kwadrans, ale
powróciło tej samej nocy we śnie i odtąd przez wszystkie jałowe dni
rozbłyskiwało niekiedy skrycie, czasem w ciągu minut widziałem wszystko
wyraźnie, jak wijący się przez moje życie złoty, boski ślad, prawie
zawsze pokryty błotem i głęboko zasypany kurzem, potem znów świecący
złotymi iskrami, zdawało się, że nigdy już nie zginie, a przecież
niebawem znów gdzieś przepadał w głębi. Kiedyś zdarzyło się, że podczas
bezsennej nocy nagle zacząłem mówić wiersze, wiersze zbyt piękne i zbyt
dziwne, abym mógł myśleć o spisaniu ich; rano już ich nie pamiętałem, a jednak spoczywały we mnie ukryte, jak ciężki orzech w zmurszałej,
kruchej łupinie. Innym razem nawiedzało mnie to przy czytaniu jakiegoś
poety, przy analizowaniu jakiejś myśli Descartesa, Pascala, kiedy
indziej znowu rozbłyskiwało i prowadziło dalej złotym śladem w niebiosa,
gdy byłem u kochanki. Ach, trudno jest znaleźć ślad Boga wśród życia,
jakie wiedziemy, wśród tego zadowolonego, tak bardzo mieszczańskiego,
tak bardzo bezdusznego czasu, na widok tej architektury, tych interesów,
tej polityki, tych ludzi! Jakże nie mam być wilkiem stepowym i nędznym
pustelnikiem pośrodku świata, którego celów nie podzielam, którego
radości są mi obce! Nie mogę długo wytrzymać ani w teatrze, ani w kinie,
zaledwie zdołam przeczytać gazetę, rzadko współczesną książkę, nie
rozumiem, jakiej przyjemności i zabawy ludzie szukają w przepełnionych
pociągach i hotelach, w zatłoczonych kawiarniach, przy hałaśliwej,
natrętnej muzyce, w barach i kabaretach eleganckich, luksusowych miast,
w światowych wystawach, na korsach, na odczytach dla złaknionych wiedzy,
na wielkich boiskach sportowych - nie mogę zrozumieć ani podzielać tych
wszystkich przyjemności, które przecież byłyby dla mnie dostępne i o które starają się i dobijają tysiące ludzi. Natomiast to, co w rzadkich
chwilach staje się moim udziałem i radością, co dla mnie jest rozkoszą,
przeżyciem, ekstazą i podźwignięciem, to świat zna, kocha i tego szuka
chyba tylko w poezji, w życiu zaś uważa za obłęd. W istocie, jeśli świat
ma rację, jeśli rację mają masowe rozrywki, kawiarniana muzyka,
zamerykanizowani ludzie, zadowoleni z byle czego, w takim razie ja nie
mam racji, jestem szaleńcem, jestem naprawdę wilkiem stepowym - jak
często sam siebie nazywałem - jestem zwierzęciem, zabłąkanym w obcym i niezrozumiałym świecie, zwierzęciem, które nie może już znaleźć swego
legowiska, swego pożywienia i chęci do życia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki