Wilk - Saša Stanišić
32.00 zł
27.96 zł
(32,00 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Robimy z mamą sałatkę. Uwielbiam robić z mamą sałatkę, rozmawiamy wtedy wyłącznie o sałatce. Cali skupiamy się na niej.
Dziś jest inaczej. Dziś mama, jak gdyby nigdy nic, zaczyna zdanie od: "A tak w ogóle". Zdania, które mama zaczyna od: "A tak w ogóle", nie kończą się dla mnie dobrze.
- A tak w ogóle - odzywa się więc mama, obierając czosnek - zapisałam cię na obóz.
- Pani raczy żartować? - mówię do ogórka udającego mikrofon, a potem podstawiam ogórkowy mikrofon mamie.
- W pierwszym tygodniu wakacji. Nie dostanę wtedy urlopu. Podaj mi, proszę, wyciskacz do czosnku.
- Szanowni państwo - zwracam się do pomidorów. - Czosnkowa dama nie żartuje. - Podaję wyciskacz i także postanawiam podejść do sprawy serio. - Mogę przecież pojechać do babci - proponuję.
- Babcia wyjeżdża na kurs malowania do Malente. - Mama z całej siły wyciska czosnek. - Poza tym odrobina przyrody ci nie zaszkodzi.
- Przyroda? Nie zaszkodzi mi? Mamo, od kiedy my się znamy?
- Wieczory przy ognisku, ziemniaki pieczone w popiele?
- Oczy piekące od dymu, poparzony język? Proszę cię, nie ma nic smutniejszego niż popiół, w którym pieką się ziemniaki!
- Posłuchaj - mówi mama, patrząc mi w oczy. - To tylko tydzień. Obóz znajduje się w środku lasu i...
- W środku lasu? Nie ma mowy, do żadnego lasu się nie wybieram - oświadczam.
- Jadą prawie wszyscy z twojej klasy.
- Mam gdzieś prawie wszystkich z mojej klasy.
- A może przez ten tydzień coś się zmieni? - nie odpuszcza mama.
- A dlaczego miałbym chcieć, żeby coś się zmieniło? - pytam.
Z kieszeni fartucha, niczym magik z kapelusza, mama wyczarowuje folder w jaskrawych kolorach. Widnieje na nim napis:
przygoda w lesie
przygoda z człowiekiem
Na okładce jest zdjęcie kilku domków na leśnej polanie.
- Spójrz, jakie piękne drzewa. - Mama nie daje za wygraną.
- Drzewa podobają mi się tylko w formie szafy.
Mama nadgarstkiem odgarnia kosmyk włosów z twarzy. Ten gest nie pozostawia złudzeń - jest kompletnie wyczerpana.
Z westchnieniem otwieram folder. Las wygląda tu tak, jakby ktoś właśnie przejechał przez niego odkurzaczem, a trawa na polanie, jakby ją ktoś wyczesał. Założę się, że stojące wokół domki wyszorowano specjalnie do zdjęcia. Gdyby człowiek nie wiedział, jak podstępnymi istotami bywają lasy, na podstawie podobnych folderów mógłby je uznać za zupełnie nieszkodliwe.
Żadnych pokrzyw, żadnych chaszczy - no błagam, już na samą myśl o chaszczach robi mi się słabo!
Robali też nie widać, ani śladu kleszczy czy komarów. A komary to naprawdę szczyt wszystkiego. Raz przepytano tysiąc osób, jaki gatunek skazałyby na wymarcie, gdyby miały taką możliwość. No i zgadnijcie, na którym miejscu wylądowały komary?
Tak, prawidłowa odpowiedź.
Oddaję folder mamie.
- Sorry - mówię - ale to naprawdę nie dla mnie.
- Sorry - odpowiada mama - ale to nie podlega dyskusji. Poproszę oliwę.
- Decyzje, które mnie dotyczą - nie odpuszczam - chyba jednak podlegają dyskusji.
- Akurat ta decyzja dotyczy przede wszystkim mnie - mruczy mama, zwracając się nie tyle do mnie, ile do sosu. - A to oznacza: albo obóz w lesie, albo półkolonie w szkole.
I tu mnie ma. Wie dobrze, jak bardzo nienawidzę szkolnych półkolonii. Kiepsko opłacani wychowawcy wymyślają kiepskie atrakcje dla zgrai dzieciaków w kiepskim humorze, które zostały w domu, bo ich rodzice albo nie mogą wziąć urlopu, albo nie mają pieniędzy na wyjazd. Piekło. W zeszłe wakacje od razu pierwszego dnia musieliśmy wybrać pomiędzy "cudami z masy papierowej" a "relaksem w szkolnym ogródku", a ja miałem jedynie ochotę wszystko podpalić: masę papierową, ogródek i ten cały relaks polegający na kopaniu, podlewaniu grządek i stalkowaniu z lupą jakiegoś biednego owada. Uciekłem, schowałem się na cztery godziny w toalecie i przez cały ten czas liczyłem płytki, bo wydało mi się to o wiele ciekawsze.
Mama sieka szczypiorek.
- Też mam plany. Wiesz przecież, jak to jest, z tym... wszystkim - dodaje takim tonem, jakby zrobiło jej się tego szczypiorku żal.
Wiem, oczywiście, że wiem. Odkąd jesteśmy we dwoje i wszystko ogarniamy sami, mama musi strasznie dużo pracować. Dla siebie zostaje jej niewiele czasu i siły.
Nie przeszkadza mi, że ma swoje plany, beze mnie. W porządku. Mamy w ogóle są w porządku. Zresztą nie ma ze mną lekko. Ostatnio próbowałem wysuszyć tiszert w tosterze.
- Pokaż jeszcze raz - mówię i wskazuję na folder, jakby rzeczywiście mogło się w nim kryć coś, co mnie zainteresuje.
Porę wyjazdu wyznaczono oczywiście na godzinę, kiedy wszystko poza spaniem powinno być karalne. Zbiórka na szarym parkingu dla autobusów na szarych obrzeżach miasta. No jasne, będziemy jechać autokarem, trzysta kilometrów huśtania w oparach oddechów czterdziestu nastolatków. Mam nadzieję, że wystarczy worków na wymioty.
Niestety, mama miała rację: prawie wszyscy z mojego rocznika najwyraźniej wybierają się do lasu. Co to się dzieje z dzisiejszą młodzieżą? Wyjątek stanowią Amir, Eset i Özlem - najpewniej czilują już u babć i dziadków w Turcji. Oraz parę bogatych dzieciaków, które w jakimś wypasionym ośrodku grają w tenisa z innymi dzianymi ludźmi.
Jedzie nawet Jörg. Na bank też nie miał wyboru. W głowie mi się nie mieści, żeby Jörg chciał dobrowolnie spędzać z nami czas również w wakacje. Stoi na uboczu, jak zawsze. Czy w ogóle kiedyś był w lesie? Plecak, który zakłada mu ojciec, poprawiając paski tu i tam, jest stary, wyblakły i wygląda, jakby był za mały. I jeszcze te przypinki, już bardziej krindżowo się nie da. Jörg obejmuje się z tatą, po czym wymieniają skomplikowany uścisk rąk. Uśmiechają się do siebie. Słodkie.
A poza tym tak samo jak w szkole: wszędzie grupki. Normiki, gamerzy, sportowcy, kujony, koniary.
Marko i jego dwaj przyboczni: bliźniacy Dreszczykowie. Już teraz w podejrzanie dobrych humorach. Śmieją się przesadnie głośno, tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę. Najpaskudniejszy śmiech to ten nieszczery, no nie?
Co oni tam majstrują przy kołach? Hej, nie chcę zginąć w autokarze przez idiotów w niemal identycznych bezrękawnikach. Okej, chyba wypisują tylko głupie hasła na felgach. Pewnie coś o dziewczynach. Albo o Jörgu.
Rodzice też zbili się w grupki i czekają, aż odjedziemy. Imigranci trzymają się razem, ekolodzy krążą z plastikowymi pudełkami z rzodkiewką, odblaski na kurtkach outdoorowców połyskują bez większego sensu. Najchętniej zabraliby się z nami, to znaczy outdoorowcy i ich kurtki. Rodzice Marka i jego kumpli też się kumplują i też się za głośno śmieją.
Z nikim się nie witam, wrzucam swój plecak do luku bagażowego i od razu wsiadam do autokaru. Zaspany emeryt odhacza moje nazwisko na liście. Mam nadzieję, że takie zachowanie wystarczająco dobrze pokazuje, co o tym wszystkim myślę. Na zewnątrz jednak pogawędki trwają w najlepsze, mój humor nikogo nie interesuje.
Grupka rodziców zebrała się wokół dziewczyny z dredami i faceta z kozią bródką, zapewne wychowawców - ostatnia szansa na pytania. Mamy nie ma w tej grupie, nie stoi też z innymi rodzicami. Opiera się o nasz samochód i pali. Zwykle w takich sytuacjach ktoś postanawia jej, biednej samotnej matce, okazać współczucie. Podchodzi, pyta, co słychać, czy czegoś nie potrzebuje. Myślę, że mama ani trochę tego nie lubi.
Teraz nie podchodzi nikt. Może dlatego, że mama pali? Samotna matka i samotna palaczka to chyba jednak za wiele.
A może mama pali właśnie po to, żeby nikt do niej nie podszedł?
Moim zdaniem to byłoby okej. Chociaż chciałbym, żeby ktoś jednak do niej zagadał.
Zobaczyła mnie przez okno i macha. Jej dłoń wydaje się taka wesoła. Pewnie dlatego, że wyjeżdżam, przechodzi mi przez myśl.
Co za bzdura. Przecież ona uśmiecha się dla mnie, nie dla siebie. Stwierdzam niniejszym jako ekspert od uśmiechów. Papieros między palcami, dyskretny znak dymny.
Mam kluchę w gardle, zupełnie nie wiem dlaczego. Może dlatego, że nawet jeśli nie teraz, to już wkrótce za mamą zatęsknię?
Oczywiście nigdy bym się do tego nie przyznał - chyba musiałbym upaść na głowę. I w końcu też odmachuję mamie.
Według mnie w pierwszej kolejności komary, potem broń, potem niemówienie o swoim prawdziwym samopoczuciu, a jeszcze później długie podróże autokarem. Jedynym plusem na trasie było to, że nie zwymiotowałem!
Za to przez pięć godzin musiałem wysłuchiwać, jak brodaty wychowawca, który przedstawił się jako Piotr Pietricz - "ale możecie mówić do mnie Pietia" - a więc jak ten cały Pietricz czyta przez mikrofon hasło z Wikipedii na temat każdej mijanej po drodze dziury.
Słyszeliście kiedyś o miejscowości "Schluft"? Tak, tak nazywa się wieś, przez którą przejeżdżaliśmy. Założona w 1752 roku przez rymarzy. Ktoś mógłby pomyśleć, że pewnie sami poeci tam mieszkają. Tylko że wcale nie chodzi o rymowanie, ale o... A zresztą sami sprawdźcie.
Swoją drogą rymów nie skazałbym na wymarcie. Odrobina rymowania nikomu nie zaszkodzi.
Pozostali wychowawcy również mają przezwiska. Ta z dredami to Bella, ta umięśniona, wytatuowana, w czarnym tiszercie jakiegoś zespołu to Zora, jest jeszcze Koko, emeryt, który sprawdzał rano listę obecności. Całą podróż przekimał. Zazdro! Tak naprawdę nazywa się Kolender. To znaczy prawdopodobnie nazywa się inaczej, ale wymamrotał swoje nazwisko mniej więcej w taki sposób, więc odtąd to po prostu pan Kolender.
Może istnieje jakiś przepis, który mówi, że wychowawcy na obozie powinni mieć przezwiska? Żeby wydawali się bardziej gites i spoko? A przecież każdy głupi wie, że gites i spoko jesteś wtedy, kiedy mówisz i robisz rzeczy, które są gites i spoko. A wtedy nie ma znaczenia, jak się nazywasz.
Chyba że masz na imię Jörg i jesteś przed pięćdziesiątką. W takim wypadku naprawdę nie zazdroszczę. Jednak nasz Jörg mógłby nosić dowolne imię, a i tak większość uważałaby, że to, co robi, nie jest ani gites, ani spoko. Imię tylko wszystko pogarsza.
A skoro już mowa o Jörgu: nie obserwuję go specjalnie, on po prostu zwraca uwagę.
Albo inaczej: to inni sprawiają, że zwraca uwagę. Jak? Krytykując wszystko, co robi. Choćby to była najzwyczajniejsza rzecz na świecie. Jörg mógłby siedzieć i patrzeć przed siebie, a i tak ktoś podszedłby i zapytał: "No i co tak siedzisz?". Albo: "No i co się tak gapisz?".
Na przykład dziś w autokarze. Jörg zajął miejsce z przodu. Może chciał w spokoju patrzeć przez panoramiczną szybę? Pewnie, kto by nie chciał? Albo wolał usiąść najdalej, jak się da, od Marka i jego kumpli. A ponieważ ci, oczywiście, przepchnęli się na tył, logiczne było, że Jörg wybierze siedzenie po przekątnej od kierowcy.
Szkoda tylko, że wychowawcy też usiedli z przodu. Pietricz, wypluwający z siebie kolejne hasła z Wikipedii, zajął miejsce tuż obok Jörga. W pewnym momencie zapytał go, jak ma na imię. Jörg odpowiedział, że Jörg, a wtedy Pietricz zapytał, czy się cieszy, że jedzie na obóz. Jörg mruknął: "Tak jakby". A skąd to wszystko wiem? Ponieważ Pietricz nie wyłączył mikrofonu, więc w autokarze niosło się każde słowo.
Potem rozmawiali o autobusach, bo w końcu najłatwiej rozmawiać o tym, w czym się akurat siedzi. I normalnie nic by się nie stało, wszyscy pośmialiby się z wpadki z mikrofonem i już.
Lecz w przypadku Jörga rzadko kiedy bywa normalnie. Wiedziałem, że ktoś z tyłu zaraz zacznie rzucać głupie komentarze. Tym razem odezwał się jeden z Dreszczyków. Dreszczyk numer dwa, jak sądzę.
- Lizus! - zawołał przez cały autokar.
Kompletnie bez sensu. Po co ktoś miałby się podlizywać wychowawcy na obozie? Żeby go obudził dziesięć minut później niż pozostałych czy jak? Przecież to śmieszne.
No cóż. Pietricz odwrócił się na siedzeniu, jakby zamierzał coś powiedzieć, w końcu jednak dał za wygraną. Wyłączył mikrofon, a potem znów go włączył, żeby przeczytać z Wikipedii hasło na temat zapadłej wsi o nazwie Finowfurt. Przez cały czas gładził swoją kozią bródkę.
Jörg milczał. Wyjął kostkę Rubika i kręcił nią we wszystkie strony, a kolory tylko śmigały mu pod palcami.