PROLOG
Zanim zaczniemy zastanawiać się, czym jest dzisiaj Wall Street, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czym była kiedyś. Wall Street, którą znały opisane tu kobiety, dawno już nie ma. Mowa tu o czasach, gdy na Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych (NYSE) tłoczyli się maklerzy, pracownicy administracyjni i posłańcy, nieustannie rozlegał się odgłos przestawianych metalowych płytek z numerami maklerów zainteresowanych dokonaniem transakcji, wszędzie pełno było papieru, zamiatanego na olbrzymie stosy, który po zakończeniu sesji był wywożony taczkami przez pół nocy, ponieważ często zbierały się go nawet trzy tony. W tamtych czasach na giełdzie pracowała też liczna armia sekretarek, teletypistek i pracownic zajmujących się wprowadzaniem danych. Ci wszyscy ludzie wylewali się rano ze stacji metra, a co bardziej ambitni zostawali po godzinach, by studiować wieczorowo w szkole biznesowej przy New York University albo w Institute of Finance, ponieważ obie te uczelnie znajdowały się nieopodal Kościoła Św. Trójcy na Wall Street. Były to czasy, w których na giełdzie obecne były już wielkie marki - JP Morgan, Goldman Sachs, Lehman Brothers, Bear Stearns - ale działały tam również mniejsze firmy, dzięki czemu Wall Street miała swój niepowtarzalny charakter. To właśnie w tych małych domach maklerskich najbardziej śmiałe kobiety forsowały ten bastion męskości. W tamtych czasach to był męski świat i tylko w mniejszych firmach kobiety mogły zająć jakiś przyczółek.
Pionierki Wall Street, czyli opisywane tu Wilczyce, wypływały na całkowicie nieznane wody i nie wiedziały, co je tam czeka. W zasadzie pewne mogły być tylko jednego - że mężczyzn było tam bez liku, ale mało który powita je z otwartymi ramionami. Jeden ze specjalistów, wówczas człowiek bardzo wysoko postawiony w hierarchii NYSE, szepnął Alice Jarcho, pierwszej kobiecie, która podjęła się pełnoetatowej pracy na parkiecie: "To nie jest miejsce dla ciebie".
Wilczyce pojawiły się na Wall Street w tym samym momencie, w którym rodziły się ruchy kobiece. W 1968 roku koncern tytoniowy Philip Morris wprowadził na rynek papierosy Virginia Slims, kierowane właśnie do kobiet. Slogan reklamowy tej marki brzmiał: "You've Come a Long Way, Baby!" ("Skarbie, szmat drogi za tobą!"). Ta fraza błyskawicznie się przyjęła i była używana aż do lat 90., weszła do popkultury, gdzie żonglowano nią i wykorzystywano w najróżniejszych kontekstach. Czasy opisywane w tej książce to czasy ewolucji tego sloganu reklamowego, przy czym ja zadaję tutaj również pytanie: "Skarbie, czy faktycznie masz szmat drogi za sobą?".
Paul Tudor Jones, miliarder z funduszu hedgingowego Tudor Investment Corporation, podczas dyskusji w 2013 roku na University of Virginia został wywołany do odpowiedzi. Zapytano go, dlaczego w panelu biorą udział wyłącznie "bogaci, biali mężczyźni w średnim wieku". Odpowiedział, co następuje: "Wybitnych kobiet inwestorów lub maklerów nigdy nie będzie tyle samo co mężczyzn. Koniec i kropka. [...] Weźmy na przykład dziewczynę w moim wieku... cofnijmy się do lat 70. O ile pamięć mnie nie myli, w E.F. Hutton pracę razem ze mną zaczynały tylko dwie kobiety. Po czterech latach, w 1980 roku, gdy ja przygotowywałem się do założenia własnej firmy, one były już po ślubie, obie. Potem obie urodziły dzieci. Gdy tylko usta niemowlaka obejmą pierś takiej kobiety, jest po sprawie. [...] Widziałem takie sytuacje wielokrotnie..."[1].
Historie opowiedziane w tej książce podważają wszystkie te stwierdzenia.
ROZDZIAŁ 1NOGA WSTAWIONA W DRZWI
Epoka nazywana "latami go-go" zawitała również na Wall Street. W 1960 roku w dobry dzień na giełdzie NYSE obracano 4 milionami akcji, natomiast w 1967 roku dzienne obroty zbliżały się już do 10 milionów akcji. Inwestorzy rzucali się na papiery modnych spółek o futurystycznych nazwach (Xerox!)[2]. Tak zwana grupa Nifty Fifty (czyli 50 spółek o największej kapitalizacji rynkowej, coś jak dzisiejsze FAANG - Facebook, Apple, Amazon, Netflix, Google) obejmowała między innymi podmioty wówczas najbardziej innowacyjne technologicznie, takie jak Polaroid, Texas Instruments, Telex, Kodak. Ówczesnymi celebrytami byli "rewolwerowcy", czyli śmiali młodzi mężczyźni, stojący na czele nowych i agresywnych funduszy inwestycyjnych. W 1967 roku firma maklerska Harris, Upham, Inc. napisała w swoim biuletynie, że rynki podążają w tym samym kierunku co spódnice. Dołączono tam również nakreślony ołówkiem wykres przedstawiający długość spódnic na przestrzeni lat wraz ze zwrotami z rynku akcji. "Od 1897 roku, gdy obowiązywały spódnice zakrywające kostki, do roku 1967 i spódniczek pani Twiggy rynek wygenerował zwrot na poziomie 2100 procent"[3]. Faktem jest natomiast, że minispódniczka a la Twiggy czy jakakolwiek inna spódnica nie były na Wall Street mile widziane. Ten niewielki obszar na Dolnym Manhattanie stanowił królestwo mężczyzn - jedni szli na drinka w prywatnym klubie India House, inni wpadali tam, by pucybut wypolerował im obuwie, a jeszcze inni jeździli tamtejszymi ulicami w samochodach pełnych certyfikatów akcji, pięknie zdobionych dzieł sztuki, które należało przetransportować do zlokalizowanych w podziemiach depozytów.
Gdy Alice Jarcho została skreślona z listy studentów Queens College i wyprowadziła się z rodzinnego domu, by zacząć wszystko od nowa na Manhattanie, nie planowała trafić na Wall Street. Przez myśl jej nawet wtedy nie przeszło, że zostanie pierwszą kobietą, która będzie na poważnie zajmować się maklerką na parkiecie nowojorskiej giełdy. Miała 19 lat i potrzebowała pieniędzy na życie, więc zatrudniła się jako recepcjonistka w Hirsch & Company, jednej z wielu małych firm maklerskich, które w tamtych latach wyrastały na Wall Street niczym grzyby po deszczu. Po pracy wracała do mieszkania w zaniedbanym i tylko częściowo zamieszkanym budynku w Yorkville, nieopodal zamkniętego niedawno browaru Jacob Ruppert. Była to kawalerka, którą Alice dzieliła ze studentką pielęgniarstwa[4]. Mieszkanko - z miesięcznym czynszem 157,60 dolara miesięcznie - było tak ciasne, że po rozłożeniu sofy do spania trzeba było po niej przejść, by dostać się do łazienki. Mimo to pensja Alice z Hirsch & Company nie wystarczała jej na pokrycie rachunków. Gdy powiadomienia o niezapłaconych zobowiązaniach zaczęły się piętrzyć, znalazła lepiej płatną pracę.
Zależało jej jedynie na wolności, na niczym więcej. Wychowywała się w szeregowcu w Forest Hills w dzielnicy Queens. Jej matka była zadeklarowaną komunistką (przynajmniej do 1956 roku, gdy Chruszczow poinformował publicznie o zbrodniach Stalina)[5]. Nie grała w kanastę, nie chodziła do kosmetyczki jak inne matki[6]. Dniami i nocami pracowała w biurze Amerykańskiej Partii Pracy, a w wolnym czasie chodziła na pikiety albo stawała z siedmioletnią Alice przed domem handlowym i rozdawała egzemplarze komunistycznej gazety "Daily Worker". Dom w Forest Hills, pełen książek, stanowił miejsce spotkań politycznych, nie był więc bezpiecznym miejscem - częstymi "gośćmi" byli tam funkcjonariusze FBI[7].
Alice, która już zdążyła pożegnać się z Wall Street, przypadkowo spotkała Jane Larkin w kolejce po bilet na film Ingmara Bergmana. Larkin, córka detektywa z Manhattanu, stanowiła na Wall Street prawdziwą rzadkość i jednocześnie wyjątek potwierdzający regułę: była kobietą odnoszącą sukcesy w finansach jako analityk i wspólnik w Hirsch & Company, tej samej, z której dopiero co odeszła Alice w poszukiwaniu lepszej płacy. Później, gdy ruchy kobiece nabrały rozpędu, Larkin podkreślała: "Nie jestem feministką"[8]. Pod tym względem jako kobieta doskonale uosabiała ówczesne czasy. Larkin wzięła Alice na stronę i zaczęła namawiać ją do powrotu do Hirsch & Company, ponieważ otwierali nowy oddział i przydałaby się im sekretarka. Alice przystała na tę propozycję, pod warunkiem wszakże, że tym razem pensja wystarczy jej na rachunki[9].
Zgodnie z obietnicą Larkin oddział był nowiutki, miał przeszklone biura i dużą, otwartą przestrzeń, zajmowaną przez mężczyzn pomnażających pieniądze. Na jednej ze ścian wisiała tablica wyświetlająca ceny akcji, jeżeli jednak ktoś miał poczucie, że coś mu umknęło, zawsze mógł podejść do starej maszyny, przez cały dzień wypluwającej długi pasek papieru z symbolami spółek i cenami ich akcji. Gdy na akcjach którejś spółki pojawiał się nagły ruch w górę lub w dół, ktoś informował o tym całe pomieszczenie krzykiem.
Hirsch & Company była firmą detaliczną, co oznacza, że jej klientami byli przede wszystkim inwestorzy indywidualni, w odróżnieniu od dużych instytucji. Tutejsi maklerzy dużo czasu pracy poświęcali na dzwonienie do potencjalnych klientów, tylko że to był dla nich dobry okres. Na rynku panowała hossa, a prowizje od transakcji były stałe i nie podlegały negocjacji. Inwestor płacił maklerowi od każdej transakcji, a kwota zależała od wolumenu kupowanych lub sprzedawanych papierów. Makler nie musiał zatem zadawać sobie trudu, nie musiał nawet za bardzo znać się na giełdzie - wystarczyło, że będzie generował obroty, zachęcając klientów do kupowania i sprzedawania akcji. Wysiłek miał się pojawić później, wraz z pojawieniem się poważnych pieniędzy.
Alice ledwie zaczęła orientować się w nowej pracy, gdy pewnego dnia do pracy przyszedł kierownik i z szuflady biurka wyciągnął pistolet. Przez przeszkloną ścianę jego gabinetu wszyscy dokładnie widzieli, jak wymachuje bronią, więc błagali go, żeby przestał, żeby ją odłożył. Gdy przyjechała policja, a chwilę później karetka, został aresztowany i zabrany na noszach. Jeszcze tego samego dnia Alice Jarcho, sekretarka, przeistoczyła się w Alice Jarcho, pełniącą obowiązki kierownika biura. Facet będący teoretycznie zastępcą dotychczasowego szefa oddziału z powodzeniem zarabiał na prowizjach od transakcji, zajmował prominentne miejsce na środku otwartej przestrzeni i nie zamierzał rezygnować ze swojego lukratywnego zajęcia, by prowadzić biuro. W związku z tym wszystkie te obowiązki spadły na Alice, miała zatrudniać teletypistki, zakładać rachunki nowym klientom i naprawiać błędy transakcyjne (zlecenia kupna i sprzedaży były wypisywane w pośpiechu i chaosie panującym na parkiecie NYSE, więc zdarzało się, że papiery po obu stronach transakcji się nie zgadzały).
Część zadań, które wykonywała Alice - a konkretnie otwieranie rachunków w imieniu klientów oraz kontakty z klientami - wykonywała nielegalnie. Przepisy stanowiły, że takie czynności może podejmować tylko Zarejestrowany Przedstawiciel, czyli makler, osoba po zdanych egzaminach. Odpowiedzialność z tego tytułu ponosiła firma, a przecież aby wszystko odbywało się zgodnie z prawem, ona musiała jedynie podejść do egzaminu licencyjnego (od 1974 roku nazywanego egzaminem Series 7) i go zdać. Poruszyła ten temat w rozmowie ze wspólnikami, poprosiła, by ją w tym wsparli, ale oni odmówili wyłożenia 300 dolarów z tytułu opłaty egzaminacyjnej, ponieważ... była kobietą[10]. Ta sama firma, która zrobiła Jane Larkin wspólnikiem, nie była skłonna zainwestować 300 dolarów w to, by Alice Jarcho mogła działać zgodnie z prawem.
Jane Larkin, szczupła kobieta o kasztanowych włosach, mogła zostać wspólnikiem tylko dzięki temu, że była analitykiem, a nie maklerem. Kobiety nadawały się do pisania na maszynie i odbierania telefonów, nie tylko na Wall Street, ale wszędzie. Działy analityczne, pracujące za kulisami i mające jakiś wpływ na transakcje, ale niemogące ich wykonywać, były skłonne tolerować pojedyncze kobiety w swoim gronie. Sprzedaż i zawieranie transakcji, czyli działalność generująca zyski, była zarezerwowana dla mężczyzn. To była zasada święta i nienaruszalna.
Alice dorastała w duchu kwestionowania kapitalizmu, ale to nie tym kierowała się w swoich działaniach. Motywowało ją zupełnie coś innego. Jej matka przez całe życie "obalała rząd"[11], więc Alice nie wyniosła z domu zbyt dużego poszanowania dla autorytetu i zwierzchności. Skoro w 1969 roku w Hirsch & Company traktowano ją w taki sposób dlatego, że jest kobietą, nie zamierzała tam dłużej tkwić. Odeszła i zatrudniła się w Oppenheimer, w dziale inwestowania instytucyjnego, gdzie podlegała maklerowi zajmującemu się arbitrażem. Firma Oppenheimer odnosiła sukcesy, obsługując inwestorów instytucjonalnych, czyli podmioty dysponujące dużymi środkami: firmy ubezpieczeniowe, fundusze emerytalne, związki zawodowe. Tam zgodzili się umożliwić Alice zrobienie licencji.
Została pracownikiem administracyjnym w biurze transakcyjnym, czyli w samym centrum akcji, między mężczyznami. Nikt jej nie przeszkolił. Codziennie dopytywała o szczegóły związane z arbitrażem, a jej szef "walił pięścią w blat"[12] za każdym razem, gdy mówiła, że czegoś nie rozumie. (Później miała definiować arbitraż jako "równoczesne nabywanie i zbywanie tych samych papierów wartościowych, które z powodu zmienności na rynku mają w danym momencie różne ceny kupna i sprzedaży"). Dopiero po pewnym czasie wszystko nabrało sensu.
Do jej obowiązków należało ogarnianie papierów szefa, składanie zleceń, sprawdzanie ich pod kątem błędów, znajdowanie materiałów i informacji dla analityków, realizacja zamówień złożonych przez maklerów. Obroty rosły, a to sprawiało, że praca administracyjna była coraz ważniejsza. Zanim weszły komputery, każda transakcja opierała się w swej istocie na zaufaniu między kupującym i sprzedającym. O bezproblemowy przebieg takiej transakcji dbał pracownik administracyjny. Należało rzetelnie zanotować cenę i nazwę akcji, uzgodnić obie strony transakcji przed jej wykonaniem, by uniknąć błędnych przypadków przeniesienia własności gotówki i papierów wartościowych. Była to trudna praca, wymagająca rzetelności i dokładności, a przy tym nie oferowała ani krztyny chwały, natomiast gdy coś poszło nie tak, wiadomo było, kto ponosił za to winę. Nic dziwnego, że to właśnie tam kobiety dostrzegły szansę, by wstawić nogę w drzwi.
Szef Alice był wyjątkowo inteligentny, ale był też "wariatem" i często "krzyczał"[13]. Pewnego razu, gdy Alice coś przeoczyła, chwycił aparat telefoniczny - urządzenie starego typu, kawał plastiku i metalu o wadze jakichś dwóch kilogramów - i cisnął nim w nią, nieomal trafiając ją w głowę. Ona stała tam, mrugała oczami i usiłowała zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. W pierwszej chwili pomyślała, że to on wyszedł na kompletnego idiotę, zaraz przyszło jednak otrzeźwienie i myśl, że on ma najlepsze wyniki w firmie i w związku z tym nie poniesie żadnych konsekwencji. Obróciła się na pięcie i ruszyła prosto do łazienki, gdzie inna kobieta próbowała ją uspokoić i pocieszyć. Kiedy pierwszy szok minął, Alice uznała całą tę sytuację za tak absurdalną, że aż zabawną.
Oprócz jej szefa przy obsłudze zawieranych transakcji pracował jeszcze jeden facet, umieszczony w hierarchii firmy znacznie wyżej niż Alice, który "nie przestawał chwalić się rozmiarami swojego członka"[14]. Rysował dla niej obrazki tegoż przyrodzenia, a ona miała je podziwiać. Szefa arbitrażu Alice oceniała chłodnym okiem i uznawała, że to niepoważne, by dorosły mężczyzna pozwalał sobie na takie wybuchy w miejscu publicznym, natomiast w przypadku tego drugiego mężczyzny zastanawiała się, co dzieje się w jego głowie. Miał żonę i dwie córki, których zdjęcia dumnie eksponował na swoim biurku[15].
Któregoś dnia w końcu ją olśniło: ci faceci mieli frajdę z szarpania łańcuchem, na którym ją trzymali. Była dla nich atrakcją! Szczupła, ładna, metr sześćdziesiąt wzrostu. Była dla nich "nową zabawką, nową błyskotką"[16]. Obaj panowie nie wiedzieli, że Alice wychowywała się z dwoma braćmi, którzy niemal prześcigali się w torturowaniu jej - dusili ją karniszem od zasłon i napadali w Halloween[17]. Potrafiła emocjonalnie odciąć się od swego oprawcy. Podobnie jak wiele innych kobiet, które początkowo trafiały na Wall Street różnymi okrężnymi drogami, życie nauczyło Alice, jak "omijać dysfunkcyjność"[18]. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że ona dzięki dysfunkcjom kwitła, była ich koneserem. Znalazła się na Wall Street, w miejscu wprost wymarzonym, by tę umiejętność dalej doskonalić.
***
Istniała również bardziej bezpośrednia droga na Wall Street, czyli szkoła biznesowa. Najbardziej prestiżową z nich była Harvard Business School. Pod koniec lata 1963 roku - na kilka lat przed tym, jak na Wall Street znalazła się Alice - do Cambridge w stanie Massachusetts zjechali reporterzy, ponieważ najlepsza szkoła biznesowa w Ameryce miała wpuścić je w swoje mury - je, czyli kobiety.
Na dwuletnie studia MBA przyjęto wówczas osiem kobiet. Elaine Luthy, 20-letnia studentka anglistyki na Stanfordzie, została telegramem powiadomiona, że jest "pierwszą kobietą" w Harvard Business School. "The Boston Herald" okrzyknął ją "Blondwłosą Bombą"[19]. Na oficjalnych zdjęciach szkoły z jej pierwszego dnia widać ją z włosami zaczesanymi na jedną stronę, w czarnym golfie, ołówkowej spódnicy z tweedu i takiej też garsonce. Styl Jackie Kennedy.
Elaine Luthy zapisuje się na zajęcia pierwszego dnia nauki w Harvard Business School, 1963
Luthy dołączała do 7 innych kobiet i 624 mężczyzn na roku. Choć to właśnie teraz z pompą ogłaszano początek przyjmowania tam kobiet, to tak naprawdę pierwsze studentki pojawiły się tam wcześniej. Już od 1959 roku HBS oferowała absolwentkom jednorocznego programu MBA (ustanowionego z myślą o kobietach w 1938 roku w Radcliffe, siostrzanej uczelni Harvardu) możliwość kontynuowania nauki na drugim roku znacznie bardziej prestiżowego, dwuletniego programu dla mężczyzn. Pierwszego roku trwania tego eksperymentu trzy kobiety - żona doktoranta HBS, córka bankowca ze Środkowego Zachodu oraz córka samotnej matki, która pracowała jako sprzątaczka - otrzymały szansę doświadczenia nauki w amfiteatralnych salach oraz metod opartych na dyskusji, którymi szczyciła się ta szkoła[20]. Poza tym musiały radzić sobie z pogardą ze strony męskiej części studentów oraz wykładowców. Warto jednak podkreślić, że tego samego doświadczały wszystkie studentki programu MBA w Radcliffe. Ann Leven wspominała profesora, który pomstował: "Ten sam materiał wykładałem dziś rano chłopcom i oni go rozumieli. Co jest z wami nie tak? Jesteście jakieś głupie czy co?"[21]. Ann w geście protestu wyszła wtedy z zajęć, a za nią ruszyły wszystkie pozostałe dziewczęta. Nie wróciły na zajęcia, dopóki tamten wykładowca nie został usunięty.
Studentki z Radcliffe od czasu do czasu zapraszano na wspólne zajęcia z mężczyznami po drugiej stronie rzeki, choć można było odnieść wrażenie, że miały tam pełnić rolę konsumenckich "świnek doświadczalnych"[22]. Jedna z nich wspominała, że inna dziewczyna została wywołana na środek, by zaprezentowała zebranym swoją sukienkę od Diora i na jej przykładzie omówiła zalety produktu od dobrego projektanta w porównaniu z tanimi odpowiednikami na rynek masowy. Innym razem studentki z Radcliffe zaproszono do udziału w dyskusji o tym, czy damskie kapelusze sprzedawałyby się dobrze w supermarkecie.
Przez długi czas Ann Leven uważała, że "nie potrzebowały Glorii Steinem"[23], że ona i jej koleżanki z roku potrafią o siebie zadbać bez wsparcia ze strony ruchu kobiet. Dzisiaj uważa, że wszystkie strasznie naiwnie podchodziły wówczas do kwestii dyskryminacji - problem zauważały wyraźnie tylko wówczas, gdy na nie wrzeszczano.
W latach 60. nie one jedyne pozostawały ślepe na otaczające je realia. W 1961 roku 95 procent amerykańskich kobiet deklarowało, że po zakończeniu nauki zamierza rozpocząć karierę zawodową[24]. Betty Friedan w swojej książce The Feminine Mystique z 1963 roku pisała tymczasem, jak to się stało, że w ramach kontrrewolucji wobec zjawiska zatrudniania kobiet (w zastępstwie mężczyzn wyjeżdżających wówczas masowo na front), którego symbolem była Rosie the Riveter, po wojnie zaczęto oczekiwać, że będą się realizować nie w pracy, a w ramach zmitologizowanego ideału czwórki dzieci, dwóch samochodów, domku z ogródkiem i szkolnych zebrań. Gdy pierwszą wiceprezes domu towarowego w Chicago zapytano, jakie szanse mają takie kobiety jak ona, odparła sarkastycznie: "Kobieta zdeterminowana do gry na tak nierównych zasadach musi być gotowa na to, by wyglądać jak nastolatka, zachowywać się jak dama, myśleć jak facet i harować jak wół"[25]. W 1966 roku "Newsweek" nawiązał do wyników ankiety, w której pytano mężczyzn ze świata biznesu, czy byliby skłonni pracować pod kierownictwem kobiety - niemal wszyscy określili tę wizję jako "zdecydowanie odpychającą"[26].
Dokładnie takie podejście dominowało w Harvard Business School, choć oczywiście w gronie studentów płci męskiej zdarzali się "ci dobrzy", dzisiaj nazywani "sojusznikami". To samo można powiedzieć o wykładowcach, choć akurat oni, gdy nie byli nastawieni antagonistycznie, to najczęściej nie wiedzieli, jak się zachować. Pewna niezadowolona studentka zapytała, dlaczego on nie wybiera jej do odpowiedzi. Powiedział jej, że nie miał pewności, że ona chce być wywołana. Dziewczyna musiała mu wyjaśnić, że gdy podnosi rękę i jeszcze wymachuje nią jak szalona, to zdecydowanie chce. Inny profesor poprosił studentkę, która była mężatką i matką, by opuściła salę wykładową, ponieważ zamierzał pokazać zdjęcia (w domyśle: przedstawiające nagą kobietę) w związku z prowadzoną dyskusją o Playboy Club[27]. Jeden profesor finansów konsekwentnie zwracał się do studentki per "pan" i nie umiał spojrzeć jej w oczy.
Większość ówczesnych studentek była trzymana na dystans od wykładowców i studentów płci męskiej nie tylko metaforycznie, ponieważ mieszkały one na terenie Radcliffe Graduate Center, zlokalizowanego w dużej odległości od kampusu szkoły biznesowej. Ta odległość miała znaczenie, w szczególności w zimowe wieczory - gdy dziewczęta szły mostem nad rzeką Charles, powiew mroźnego powietrza był niczym wymierzony siarczysty policzek.
Nikt - czy to w rektoracie, czy gdziekolwiek indziej - nie myślał o komforcie i bezpieczeństwie kobiet, które musiały przemieszczać się między dwoma kampusami, często w późnych godzinach wieczornych. Nie można tam było dojechać komunikacją miejską. Ubrane w przepisowe garsonki, niosły w torebkach buty na obcasach i pończochy, które zakładały w jedynej damskiej łazience, jaką udostępnił im kampus.
Mężczyźni mieszkali blisko budynków szkoły i blisko siebie, a to oznaczało, że mogli tworzyć grupy, w których się uczyli i dzielili między siebie związaną z tym pracę. Studenci otrzymywali po dwie-trzy analizy przypadków na jeden wieczór i mieli opracować potencjalne strategie i rozwiązania, które omówią nazajutrz na zajęciach[28]. Tę pracę trzeba było dzielić, inaczej było tego po prostu za dużo. Kobiet w kampusie nie było, więc nie mogły w czymś takim uczestniczyć. Poza tym naiwnie przejmowały się szkolnymi zasadami, zakazującymi studentom z różnych kierunków i lat tworzenia wspólnych grup w celach uczenia się.
Izolacja potrafiła być równie osłabiająca jak porywy wiatru znad rzeki Charles - Jane Lack weszła na zajęcia pierwszego dnia w szkole i zajęła miejsce, po czym zauważyła, że żaden z wchodzących do sali mężczyzn nie usiadł blisko niej - żaden z nich nie chciał siedzieć obok niej ani za nią, ani przed nią[29]. Czuła się niczym parias, jeszcze nigdy nie doświadczyła takiej izolacji. Wspominając swój rok, Roberta Lasley, córka kobiety pracującej jako sprzątaczka, stwierdziła: "Niektórzy byli mili, a inni to byli kretyni, część była ode mnie mądrzejsza, ale wielu z nich było ode mnie głupszych, a przy tym byli naprawdę aroganccy"[30].
Jednym z ważniejszych elementów programu studiów Harvard Business School były pisemne analizy przypadków. W piątki studenci dostawali dodatkowy przypadek[31] i mieli przygotować jego analizę w formie pisemnej wraz z wykresami i ilustracjami. Musieli uwinąć się do wskazanej godziny w sobotę i przygotowaną analizę przypadku włożyć w specjalną szczelinę w drzwiach. W tamtych latach nie było jeszcze kalkulatorów, więc obliczenia trzeba było mozolnie wykonywać z pomocą suwaka logarytmicznego i spisywać na maszynach do pisania, takich na taśmy z tuszem. Kobiety po drugiej stronie rzeki nie tylko musiały na czas złożyć swoje analizy przypadków, ale jeszcze uwzględnić czas dotarcia na miejsce, a w sobotę most był często zatłoczony, ponieważ tłumy ciągnęły nim na mecz. Miały prawo czuć się tak, jak gdyby ktoś kazał im płynąć pod prąd.
Jak gdyby tej izolacji było mało, kobietom nieustannie powtarzano, że odbierają miejsca mężczyznom. Ich koledzy z roku mówili im wprost i bez ogródek, że to mężczyzna - jako głowa rodziny i osoba tę rodzinę utrzymująca - bardziej zasługuje na miejsce w Harvard Business School. Część studentów płci męskiej zadała sobie trud poznania koleżanek, niektórzy nawet je polubili, ale nadal nie mogli pojąć, dlaczego one w ogóle się tam znalazły. Lata 50. dawno się już skończyły, a mimo to ciasno trzymały kobiety w swych kulturowych mackach. Po drugiej wojnie światowej amerykański biznesmen - mężczyzna - stał się nowym symbolem powojennego sukcesu Stanów Zjednoczonych. Inaczej niż przed wojną, teraz przeważnie miał już wyższe wykształcenie, a "długie" godziny pracy (od 53 do 62 godzin tygodniowo - czyli niemal spacerek jak na dzisiejsze amerykańskie standardy) miały dowodzić jego energii i wytrzymałości. W 1955 roku w magazynie "Fortune" ukazał się artykuł, który w taki oto sposób opisywał typowy dzień rzeczonego biznesmena: wstawał o siódmej, jadł duże śniadanie, w pracy był o dziewiątej, wychodził z biura o szóstej po południu, pędził do domu, jadł kolację, a potem sadowił się w łóżku z pracą, którą przywiózł ze sobą[32].
Atrybutem równie ważnym jak wyprasowany garnitur, wykrochmalona koszula i neseser była żona biznesmena. Na kawalerów patrzono podejrzliwie. Zdecydowanie lepiej było być rozwiedzionym niż nigdy nie mieć żony. Dobra żona przedstawiciela amerykańskiego świata korporacyjnego również miała zazwyczaj wyższe wykształcenie, już choćby po to, by mogła utrzymywać zdrową równowagę intelektualną w związku i uniknąć losu tej, "która została w tyle"[33], jak się wtedy mówiło. Uważano również za korzystne, gdy kobieta popracowała trochę zawodowo przed ślubem, ponieważ wtedy miała rzekomo lepiej rozumieć realia życia męża.
Korporacje upatrywały w żonach wyznacznika potencjału mężów, dlatego miały na ich temat sporo do powiedzenia. Idealna żona menedżera "potrafi się znakomicie dostosowywać, odnajduje się w towarzystwie i rozumie, że jej mąż należy do korporacji"[34]. Wskazówki dla żon menedżerów obejmowały takie rzeczy, jak zakaz rozmów o pracy z "dziewczynami" (czyli innymi żonami), utrzymywanie atrakcyjności fizycznej (ponieważ istnieje wysoka korelacja między "sukcesem menedżera a wyglądem jego żony"), utrzymywanie telefonicznej relacji towarzyskiej z sekretarką męża, a także "absolutny zakaz spinania się na firmowych imprezach"[35]. Od żon korpomężów oczekiwano również, że zapewnią spokojne i przyjemne warunki swoim skonanym 53-godzinnym tygodniem pracy partnerom. Same żony często również wyznawały te ideały, a nawet godziły się na zewnętrzną kontrolę niezbędną do utrzymania status quo. W 1957 roku przeprowadzono badania ankietowe na próbie 4000 żon menedżerów i okazało się, że 55 procent z nich uważa, że firma zatrudniająca mężczyznę powinna zaprosić na rozmowę również jego żonę i sprawdzić, jak ona zachowuje się w stosunku do męża (czy za dużo nie marudzi) oraz jak reaguje na alkohol[36]. To wszystko działo się tak czy owak, tyle że w mniej formalny sposób. Na porządku dziennym były sytuacje, w których potencjalnego przyszłego pracownika wraz z żoną zapraszano do lokalnego country clubu. Znany jest przypadek, w którym mężczyzna stracił pracę, ponieważ jego żona ośmieliła się założyć na firmowe przyjęcie suknię ze zbyt głębokim dekoltem[37].
Wzorzec korporacyjnej żony prześladował również kobiety studiujące w HBS. To o takim ideale marzyli po nocach kawalerowie w akademickim kampusie. Studentki z Radcliffe Graduate Center po drugiej stronie rzeki były przeciwieństwem tego ideału, przeciwieństwem żony doskonałej - były tymi, które miały czelność zabierać mężczyźnie jego miejsce, zamiast skupić się na poprawianiu mu poduszek.
***
Osiem "pierwszych kobiet", które w 1963 roku ustawiły się do zdjęcia w bibliotece HBS, było białych.
Zdjęcie grupowe pierwszych kobiet oficjalnie przyjętych do HBS, Baker Library, 1963: Elaine F. Luthy (MBA 1965), Elizabeth F. Trotman (MBA 1965), Cecilia B. Rauch (MBA 1965), Caryl Maclaughlin Brackenridge (MBA 1965), Susan Lauer Holt (MBA 1965), Lynne Sherwood (MBA 1965), Michelle Roos Turnovsky (MBA 1965), Dixie Marchant (MBA 1965)
Cztery lata później, w 1967 roku, Lillian Novela Hobson wysiadła z pociągu po dziesięciogodzinnej podróży z Waszyngtonu. W jednej ręce trzymała walizkę, za sobą ciągnęła wielki kufer. Gdy taksówkarz wysadził ją pod akademikiem przy Ash Street 6, stwierdziła z zawodem, że Radcliffe Graduate Center, "ten nijaki budynek z cegły"[38], liczący sobie niecałe dziesięć lat, nie tylko nie znajduje się na terenie kampusu Harvard Business School, ale jest istotnie od niego oddalony[39]. Drzwi otworzyła jej dyrektorka placówki. Być może była zaskoczona widokiem młodej czarnej kobiety, jednak nie dała tego po sobie poznać, ale też nie powitała jej zbyt wylewnie. Odhaczyła Lillian na liście, po czym stwierdziła, że jej pokój będzie gotowy dopiero o godzinie 15, a do tego czasu dziewczyna może zaczekać w pobliskim parku.
Siedziała na parkowej ławce, rozglądała się wokół i zachodziła w głowę: "Po co ja tu przyjechałam?"[40]. W.E.B. Du Bois, pierwszy czarny doktorant na Harvardzie, który obronił się w 1895 roku, pisał: "Jestem na Harvardzie, ale tu nie należę"[41]. Siedemdziesiąt dwa lata później Lillian czuła się podobnie. Tęskniła za domem, gdzie jej ojciec prowadził niezbyt dochodową uprawę tytoniu, a matka była emerytowaną nauczycielką.
W Ballsville w stanie Wirginia, gdzie mieszkało nieco ponad 200 osób, czarni bez własnej ziemi uprawnej musieli pracować albo w roli parobków, albo pomocy domowej. Gdy Lillian była mała, donaszała sukienki po innych dzieciach, ale czasami bywało gorzej - matka szyła jej sukienki z 25-kilogramowych worków po paszy[42]. W szkolnej stołówce to ona jadła kanapki z chleba wypiekanego w domu, a nie z tego lepszego, kupowanego w sklepie. W szkołach obowiązywała segregacja, a gdy w 1954 roku ją zniesiono, życie Lillian zmieniło się na gorsze. Przebywanie wyłącznie w gronie osób czarnych dawało jej siłę, a teraz okazało się, że jej ulubieni nauczyciele zostali zmuszeni do odejścia z zawodu. W szkole średniej tylko jedna rzecz zmieniła się dla niej na lepsze: dzięki temu, że jej kuzynka pracowała jako pokojówka u zamożnej rodziny z Richmond, właścicieli sieci sklepów jubilerskich i dostawała od nich używane ubrania po ich córkach, Lillian mogła się znacznie lepiej ubierać.
Szkołę średnią ukończyła z trzecim wynikiem w swoim roczniku, a stypendia na studia przyznawało się zwykle dwóm najlepszym absolwentom. Uznała zatem, że jej jedyna droga na studia właśnie się zamknęła. Zabrakło tak niewiele. Zdecydowała się na inne rozwiązanie: przeniosła się do Nowego Jorku, wierząc, że "poza systemem segregacji"[43] musi być jakoś lepiej - przecież gdy odwiedzali ich krewni z Nowego Jorku, "przyjeżdżali fajnymi samochodami". Dzięki pomocy tychże krewnych dostała posadę pokojówki - młodym czarnym kobietom niczego innego nie proponowano - w ekskluzywnym ośrodku wakacyjnym w Hamptons. Tak oto utkwiła na całe lato na Long Island, bez samochodu i dostępu do transportu publicznego. Okazało się, że to dla niej za dużo. Jesienią przeprowadziła się do małego mieszkanka w Harlemie, dzielonego z dwoma kuzynkami. Z jedną z nich dzieliła łóżko, podczas gdy druga spała na kanapie. W ciasnej kuchni królowały karaluchy. Jako młoda czarna kobieta nie miała zbyt wielu możliwości na rynku pracy, musiała w końcu przełknąć dumę i zatrudnić się jako pomoc domowa w rodzinie mieszkającej przy Piątej Alei.
To tam po raz pierwszy zetknęła się z prawdziwą zamożnością. Szafy były pełne ubrań, urządzenia kuchenne lśniły, a służba - w tym Lillian - była na najmniejsze skinienie rodziny. Ona też pragnęła takiego życia, ale by to osiągnąć, musiała znaleźć inną pracę. Próbowała aplikować do Macy's, ale gdy przyznała otwarcie, że nie ma doświadczenia w pracy biurowej, została odesłana z kwitkiem. Gdy wróciła tam, szukając pracy sezonowej, również nic nie wskórała. Za trzecim razem nie tyle dopisało jej szczęście, co była już mądrzejsza. Na pytanie o wcześniejsze doświadczenie zawodowe odpowiedziała twierdząco, wymieniła przygotowane wcześniej nazwy trzech zmyślonych firm, do tego zaprezentowała się bardzo spokojnie, ponieważ ćwiczyła przed lustrem. Gdy skończyła test z pisania na maszynie, rekrutująca ją kobieta zrobiła zaniepokojoną minę. Lillian obawiała się najgorszego, ale niepotrzebnie - poradziła sobie tak dobrze, że kobieta zastanawiała się, czy firmę stać na zatrudnienie jej. Lillian z całych sił starała się nie roześmiać. Przyjęła stanowisko biurowe w dziale zaopatrzenia za 45 dolarów tygodniowo.
Nowy Jork nie należał jednak do najtańszych miejsc. Lillian żyła od wypłaty do wypłaty, choć nie pozwalała sobie na żadne szaleństwa. W końcu doszła do wniosku, że to taka sama ślepa uliczka jak praca pomocy domowej, więc wyjechała do Waszyngtonu, gdzie zapisała się na studia na Washington University. Poznała tam profesora H. Naylora Fitzhugha, jednego z pierwszych czarnych mężczyzn, który ukończył studia MBA na Harvardzie. Fitzhugh przekonał się na własnej skórze, że w 1933 roku nawet dyplom z Harvardu nie gwarantował czarnej osobie zatrudnienia: "Realia były takie, że nawet gdybym chciał, nie dostałbym pracy ekspedienta w sieci sklepów spożywczych w dzielnicy zamieszkałej przez czarnych w Waszyngtonie"[44]. Jako nauczyciel Fitzhugh postanowił zmienić sytuację czarnych osób startujących w biznesie. To właśnie on podszedł do Lillian na trzecim roku jej studiów i zasugerował, że powinna złożyć podanie do szkoły biznesowej. Niemal jednym tchem dodał: "Dlaczego nie spróbować na Havard?"[45].
W sumie dobrze się stało, że nie wiedziała, na co się decyduje i w co się pakuje. W tamtym roku w gronie 800 nowych studentów nadal było tylko 18 kobiet. Już wkrótce miała się również przekonać, że rzeka Charles "symbolizowała wielki podział, oddzielała liberałów z Harvardu od ich konserwatywnych kolegów"[46]. Tamtejsi studenci nazywali swoją szkołę "West Point amerykańskiego kapitalizmu", a samych siebie określali dumnie jako "kapitalistyczne świnie"[47].
W latach 60. Cambridge było centrum kontrkultury. W tym samym roku, w którym Lillian przybyła do HBS, Patricia Chadwick - która wyrwała się właśnie z heretyckiej społeczności katolickiej i która miała wylądować ostatecznie na Wall Street - uczyła się, by zostać certyfikowaną sekretarką. Jako członkini katolickiej społeczności fineitów o Beatlesach nawet nie słyszała, a teraz odreagowywała poprzez bunt - "nosiłam czarną mini ze skóry, obcisły sweterek z golfem i buty na dziesięciocentymetrowej platformie, dzięki którym byłam wyższa niż moje metr sześćdziesiąt pięć"[48]. Choć głosowała na Richarda Nixona, w pełni otworzyła się na Cambridge: "Hipisi, zaniedbani i nieumyci, z długimi włosami, szwendali się wszędzie w sandałach i koszulkach tie-dye, mieszali się z intelektualistami, studentami i mnichami Hare Krishna w żółtych szatach"[49].
Lillian była tym miejscem mniej zauroczona, gdy szła nad rzeką w drodze na zajęcia. W swoim biznesowym kostiumie, rajstopach i butach na obcasie czuła się jak dziwak, ogólnie jednak dostrzegała obecną w tym wszystkim ironię: kobiety na studiach MBA, ubrane równie konserwatywnie jak mężczyźni w ich "szarych flanelowych garniturach"[50], były tak naprawdę "forpocztą" przygotowującą się do walki niczym wojowniczki.
***
Dopiero w momencie, gdy nowi studenci z rocznika 1969 zebrali się w auli (jedynym miejscu zdolnym ich wszystkich pomieścić) i gdy ich szeregi zasilili studenci powracający na drugi rok nauki, Lillian w pełni zrozumiała, jak wygląda jej sytuacja. Zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu innych czarnych twarzy i ostatecznie naliczyła ich pięć. Byli to wyłącznie mężczyźni.
Grupa D, do której ją przypisano, liczyła oprócz niej 97 białych mężczyzn i dwie białe kobiety. Na całym kampusie nie było choćby jednej czarnej kobiety w kierownictwie. Wykładowcy i pracownicy szkoły po prostu ją ignorowali. Gdy mijała któregoś z wykładowców na korytarzu, ten często przyspieszał kroku, "jak gdyby pędził peronem, by zdążyć na pociąg"[51]. Ze wzrokiem spuszczonym w dół, a gdy Lillian się poszczęściło, to z lekkim uśmiechem skierowanym w podłogę, taki profesor burknął coś pod nosem i udawał się w swoją stronę. O choćby zdawkowym "Dzień dobry" czy "Jak się pani ma?" mogła zapomnieć.
Białe studentki na roku Lillian również nie miały łatwo. "Jeszcze nigdy wcześniej" nie znajdowały się "w grupie tak kipiącej testosteronem, w towarzystwie często najbardziej agresywnych mężczyzn na świecie"[52]. Gdy profesor zadawał pytanie, nie zdążył jeszcze skończyć, a "ręce już strzelały w górę niczym rakiety [...] i mężczyźni zaczynali wykrzykiwać odpowiedzi przypominające spadające bomby".
Większość kobiet wolała siedzieć cicho, chciały po prostu przeżyć to bombardowanie i to nawet mimo faktu, że aktywny udział w zajęciach był ważną składową oceny końcowej. Robin Foote, koleżanka Lillian z roku i pierwsza laureatka nagrody Baker Scholar, najwyższego wyróżnienia akademickiego, jako jedyna z kobiet na równi konkurowała z mężczyznami. Błyskawicznie zgłaszała się do odpowiedzi i dbała o to, by została wysłuchana, co wielu facetów "wkurzało"[53]. Jak sama przyznawała: "niektórzy mnie nie znosili".
Robin i jeszcze jedna kobieta zdołały dostać się do jednej z grup uczących się wspólnie studentów, natomiast Lillian i pozostałe studentki uczyły się same. Lillian siedziała w swoim ciasnym pokoju z jednoosobowym łóżkiem, małą szafą i biurkiem, a towarzystwa dotrzymywała jej muzyka takich grup jak "The Temptations, Gladys Knight and the Pips, The Four Tops czy The Platters"[54]. Czasami na pogaduchy wpadała do niej Nancy Pelz[55]. Nancy uznała, że przetrwa to tylko w jeden sposób: nigdy, przenigdy nie odezwie się na zajęciach.
Jakaś równość panowała przynajmniej w przypadku sobotnich zadań WAC, które wykonać musieli wszyscy. Gdy kampusowe dzwony wybiły właściwą godzinę, studenci wrzucali swoje prace we wskazany otwór, a zebrany wokół tłumek bił brawo i wiwatował. Czytaniem tych prac zajmowały się zwykle młode absolwentki uczelni dla kobiet, w szczególności Smith College. Lillian i jej koleżanki z roku były tym faktem oburzone: "Kto wpadł na to, że te uprzywilejowane kobiety z ich dyplomami ze sztuk wyzwolonych są kompetentne do tego, by oceniać naszą wiedzę biznesową? Przecież to absurd. Może one i znały się jako tako na gramatyce i interpunkcji, co zresztą było widać po wszystkich tych poprawkach naniesionych na czerwono na nasze prace pisane niebieskim atramentem, ale oceniać naszych umiejętności analitycznych i umiejętności rozwiązywania problemów one po prostu nie potrafiły"[56]. W tej kwestii Lillian się myliła.
Od lat 20. XX wieku mężczyźni studiujący w HBS byli oburzeni, że ich prace oceniają kobiety, ponieważ uważali, że ich "powstające w bólach teksty zasługują na męską opinię". Prawda jest taka, że początkowo to właśnie mężczyźni próbowali pracować przy ocenie WAC, w HBS uznano jednak, że "kompetentne młode damy można zatrudnić i wyszkolić do bardziej uważnej i rzetelnej pracy niż większość mężczyzn gotowych rozpatrzyć tego typu zatrudnienie". Żadna z nowo przyjętych oceniających nie była dopuszczona do prac oddawanych przez studentów, dopóki nie przeszła pełnego przeszkolenia w zakresie rachunkowości, wykonywania analiz przypadków oraz innych zagadnień biznesowych. Oferowane wynagrodzenie to były "drobne - 57 dolarów tygodniowo"[57], jednak konkurencja o te miejsca była duża, ponieważ jak zauważył jeden z wykładowców: "Byliśmy wówczas jedynym pracodawcą w Bostonie, który zatrudniał kobiety do pracy umysłowej".
Kobiety oceniające WAC były krytykowane przez wszystkich. John Loeb Jr., człowiek rodem z Wall Street, którego matka wywodziła się z Lehmanów (tych od Lehman Brothers), a jego ojciec z Loebów (z tych od Loeb, Rhodes & Co.), ukończył Harvard Business School w 1954 roku. Twierdził - niby w żartach - że mężczyźni, którym zależało na jak najlepszych ocenach, celowo umawiali się z kobietami oceniającymi WAC. Na pytanie, czy wie, kim te kobiety mogły być, odpowiedział: "Nie mam pojęcia"[58].
Niemal 20 lat później tę samą opinię wyraziły kobiety, które ukończyły HBS w 1972 roku. Uważały, że kobiety oceniające WAC przymilały się do studentów płci męskiej, dając im lepsze stopnie. Dowodem w tej sprawie miało być również to, że najlepsze oceny w gronie kobiet otrzymywały studentki "zauważalnie starsze", a więc takie, które "nie stanowiły dla oceniających zagrożenia towarzyskiego ani matrymonialnego"[59].
Tak naprawdę konkurencja o stanowisko osoby oceniającej WAC przez wiele lat była jeszcze ostrzejsza niż o dostanie się do Harvard Business School[60]. W pewnym momencie doszło do tego, że odsetek przyjmowanych kandydatek na to stanowisko wyniósł 1 procent wszystkich aplikujących - młode kobiety aż tak desperacko poszukiwały pracy, w której mogłyby wykorzystywać intelekt. Można zatem powiedzieć, że studentki HBS i kobiety oceniające WAC znajdowały się w tej samej trudnej sytuacji: pomimo niewielkich szans starały się zapewnić sobie satysfakcjonujące życie zawodowe.
***
Priscilla Rabb była na tym samym roku co Lillian, tyle że wywodziła się z kompletnie innego środowiska. Maxwell Rabb, jej ojciec, był starszym doradcą prezydenta Eisenhowera. Rodzina Priscilli miała korzenie żydowskie, jednak jej ojciec utrzymywał bliskie stosunki z senatorem Henrym Cabotem Lodge'em Juniorem, wywodzącym się z prominentnej republikańskiej rodziny białych anglosaskich protestantów. Gdy rodzina Rabbów przeniosła się na Manhattan, Priscilla trafiła do Panny Hewitt, do swego rodzaju szkoły dobrego wychowania dla młodych dam. Zjawiła się tam jako ta "nowa", w męskim swetrze "wywróconym na lewą stronę", podkolanówkach i trampkach, a także z medalionem na łańcuchu na szyi[61]. Po ukończeniu surowej szkoły średniej w 1963 roku została przyjęta do Smith College.
Dzięki wstawiennictwu ojca, który znał się z Johnem Loebem Seniorem, dostała się na wakacyjny staż w Loeb, Rhoades & Co., pracowała w dziale analiz spółek komunalnych. Większość młodych kobiet nie byłaby tym zachwycona, jednak Priscilla nie posiadała się z radości. Przychodziła do pracy również w soboty i niedziele, gdy miała wolne. Wkrótce zaczęła widzieć swoją przyszłość w bankowości inwestycyjnej. Gdy w Smith College pojawili się ludzie rekrutujący do Harvard Business School, Priscilla zgłosiła się jako jedna z pierwszych. Na rozmowę kwalifikacyjną weszła przekonana, że chodzi o studia MBA, tymczasem rekruterzy szukali kobiet do oceniania WAC. Priscilla powiedziała im, że nie jest zainteresowana - zależało jej na szkole biznesowej.
Nawet jej elitarne pochodzenie oraz dobre wrażenie, jakie robiła, nie spowodowały, że czuła się tam bardziej na miejscu. Pierwszego dnia na zajęciach z zachowań ludzkich najbardziej chciała nie rzucać się w oczy. W tym celu wspięła się do najwyższego rzędu w sali amfiteatralnej, ale znalazła się tam między dwoma postawnymi mężczyznami. Wykładowca od razu zwrócił na nią uwagę.
- Proszę sobie wyobrazić, że idzie pani korytarzem i podchodzi do pani ktoś nieznajomy. Co mu pani o sobie powie? - zapytał.
- Nic mu nie powiem, ponieważ rodzice zabronili mi rozmawiać z nieznajomymi - odparła sparaliżowana i kompletnie pogubiona.
Inni studenci z pewnością się wtedy zaśmiali - Priscilla była zbyt wyprowadzona z równowagi, by cokolwiek w tym momencie słyszeć - natomiast profesorowi zdecydowanie nie było do śmiechu. Odwrócił się do niej plecami, jak gdyby postanowiła sobie z niego zakpić, i już do końca semestru ją ignorował.
Do tego na co dzień musiała sobie radzić z falą uwag o tym, że HBS to nie miejsce dla niej. Jeden student deklarował, że zje własny kapelusz, jeśli za dziesięć lat Priscilla nie będzie mieć dzieci i będzie mieć na koncie choć jeden przepracowany dzień (Priscilla do dziś jeździ na zjazdy swego roku w nadziei, że go tam spotka, by mogła zobaczyć, jak wcina kapelusz).
Priscilla miała to szczęście, że mogła liczyć na szeroki system wsparcia, którego nie miała Lillian. Była biała i pochodziła z zamożnego środowiska, a ponadto nosiła pierścionek zaręczynowy z dużym diamentem. W tamtych czasach działał on niczym zbroja, pozwalał unikać nachalnych zachowań. Jako że jej narzeczony jednak nigdy nie odwiedzał jej w kampusie, szybko zaczęły krążyć plotki na jej temat. Czy jest skrytą lesbijką? Czy pochodzi z tych Rabbów od imperium Stop & Shop? A może miała już prężnie działającą firmę w Nowym Jorku, którą wizytowała w weekendy? W prawdę o niej zbyt trudno było uwierzyć. Była po prostu dobrze sytuowaną dziewczyną ze Smith College, która nie chciała oceniać prac WAC, ponieważ interesowała ją kariera w bankowości inwestycyjnej.
Mimo wszystko te ambitne kobiety - odnoszące czasem wrażenie, że zostały porzucone na środku oceanu - miały przecież poprzedniczki, które mogłyby być dla nich wzorami do naśladowania, a przynajmniej drogowskazami w pewnych kwestiach. Problem polegał na tym, że Priscilla i Lillian - podobnie jak większość innych ludzi - nigdy o nich nie słyszały.
ROZDZIAŁ 2FORSOWANIE MURU
Powiada się, że w 1792 roku 24 maklerów zebrało się pod platanem przy 68 Wall Street[62]. W ramach zawartego tam porozumienia ustalili, że będą zawierać transakcje wyłącznie między sobą i będą trzymać się przy tym ściśle ustalonych reguł, pobierając od każdej transakcji stałą opłatę. Tworząc ten ekskluzywny klub, gwarantowali pewien poziom zaufania między sobą, tylko że pod wieloma względami był to również kartel, który w przyszłości miał dać początek Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych (NYSE), sercu amerykańskiego kapitalizmu.
Wall Street otrzymała swoją nazwę w nawiązaniu do drewnianej palisady, którą postawił holenderski gubernator Peter Stuyvesant w celu obrony przed lokalnymi plemionami rdzennych Amerykanów. To jednak wspomniane porozumienie - Buttonwood Agreement, gdzie buttonwood to po angielsku platan - utworzyło dzisiejszą, charakterystyczną przestrzeń Wall Street. Wszyscy 24 sygnatariusze ulokowali się w okolicy, przy Wall Street, Borad Street, Pearl Street, Hanover Square, Nasay Street, Broadway. Te ulice miały stać się nowojorskim centrum handlu, a nazwa "Wall Street" miała skrótowo opisywać całą tę okolicę. Pierwsza siedziba NYSE znajdowała się w pomieszczeniu na drugiej kondygnacji Tontine Cofee House na rogu Wall Street i Water Street. Po drugiej stronie ulicy mieścił się targ, gdzie do 1762 roku organizowano aukcje niewolników z Afryki oraz ujętych rdzennych Amerykanów. Obok w porcie trwał rozładunek kawy, herbaty, cukru, melasy i tkanin.
Tontine Coffee House pełen był ubezpieczycieli, maklerów, kupców, handlarzy i polityków, którzy kupowali, sprzedawali, przemycali albo ubezpieczali, a inni pozostawali łasi na wszelkie wieści i nowinki. Na schodach i tarasie budynku pełno było ludzi wykrzykujących oferty albo wsłuchujących się w głosy kilku osób prowadzących aukcje, stojących na beczkach cukru, beczkach rumu albo belach bawełny. Doniosłym głosem oznajmiali: "Po raz pierwszy!", "Po raz drugi!", "Kto da centa więcej?", "Dziękuję, panowie!", a następnie uderzeniem młotka przekazywali dobra wystawione po drugiej stronie ulicy najlepszemu oferentowi. Rampa budynku oraz narożniki Wall Street i Pearl Street [...] były zapchane wózkami, wozami konnymi i taczkami. Był taki tłok, że nie dawało się przejść[63].
Pierwszymi kobietami, których obecność na Wall Street mogła zostać zauważona, były siostry Tennessee Claflin i Victoria Woodhull. Pojawiły się tam w drugiej połowie XIX wieku. Początkowo pracowały jako wróżki i jasnowidzki, a gdy stały się powszechnie rozpoznawalne, otwarły w Nowym Jorku salon spirytualistyczny. Gdy nadszedł moment, by rozwinąć działalność, zwróciły się z tym do giganta transportu kolejowego i morskiego, Corneliusa Vanderbilta, który lubił obie kobiety i na dodatek wierzył w jasnowidztwo. Tennessee Claflin została jego kochanką, a on został cichym inwestorem obu pań. Przekazał im czek na 57 tysięcy dolarów, a one sfinansowały z tych pieniędzy własny dom maklerski na Wall Street, a konkretnie przy 44 Broad Street. Tak powstał Woodhull, Claflin & Co.
Firma wywołała sensację i cieszyła się dużym powodzeniem wśród klientów. Dotyczyło to w szczególności kobiet, dla których przewidziano specjalne tylne wejście, by mogły po cichu przychodzić i deponować swoje środki. Dom maklerski odwiedził również poeta Walt Whitman i nazwał go "proroctwem przyszłości"[64]. Susan B. Anthony wychwalała je na łamach prasy dla sufrażystek: "Te dwie damy (bo zaiste damami są) są zdeterminowane, by zarabiać na życie dzięki swojemu intelektowi, energii i wiedzy biznesowej. [...] Założenie firmy na Wall Street przez te dwie kobiety zwiastuje nadejście nowej epoki"[65]. Siostry zaczęły ubierać się w męskie garnitury. W Delmonico's, słynnej restauracji na Wall Street, kobietom nie wolno było stołować się bez towarzyszącego im mężczyzny. Siostry rozwiązały ten problem, zapraszając do stolika przypadkowego woźnicę z ulicy.
Tennessee Claflin i Victorię Woodhull interesowało jednak nie tyle inwestowanie, co raczej rozgłos, chciały pokazać się jako kobiety niezwykle ambitne. Pierwsza kobieca firma na Wall Street stała się narzędziem skupiania uwagi na ich ewoluującej działalności. Victoria coraz chętniej rozważała karierę w polityce, więc dla niej Wall Street była głównie narzędziem autopromocji. W 1870 roku ogłosiła zamiar startu w wyborach prezydenckich. Wówczas siostry zaczęły wydawać własny tygodnik, "Woodhull and Claflin's Weekly", gdzie otwarcie wyrażały swoje wolnościowe poglądy. Nawet Cornelius "Commodore" Vanderbilt, ich skryty (ale nie tak znowu bardzo) fundator, nie był chroniony przed progresywnymi atakami Victorii. W 1872 roku wzięła ona na cel jego i innych przemysłowców w związku z problemem ewidentnie nierównego rozkładu zamożności. Powoli traciła jednak poparcie, ponieważ jej poglądy na małżeństwo, wolną miłość i gospodarkę stopniowo się radykalizowały. W tym samym czasie problemy zaczęła mieć firma maklerska sióstr, ponieważ jej działalność inwestycyjna sprowadzała się wyłącznie do spekulacji na złocie. W końcu obie siostry przeprowadziły się do Anglii, gdzie korzystnie wyszły za mąż. Mimo to znalazły swoje miejsce w historii: choć często bagatelizowano je jako amatorki, jasnowidzki bawiące się w inwestowanie, tak naprawdę jednak znakomicie rozumiały urok i potęgę Wall Street, potrafiły je również wykorzystać.
Najlepiej znaną kobietą i finansistką na Wall Street w okresie tzw. epoki pozłacanej była Henrietta "Hetty" Green, nazywana również "Wiedźmą z Wall Street"[66]. Swego czasu była nawet wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa jako "największy sknera" wszech czasów[67]. Nie dość, że odziedziczyła fortunę, to jeszcze znała się na finansach - będąc dzieckiem, musiała czytać na głos finansowe strony gazet ojcu, który tracił wzrok. W związku z tym inwestowała mądrze, kupowała aktywa tanio i trzymała je długo, dzięki czemu z czasem została najbogatszą kobietą w Ameryce. W przeciwieństwie do sióstr Claflin i Woodhull, Henrietta nie chciała rozgłosu, choć skupiała na sobie uwagę choćby tym, że słynęła ze skąpstwa, braku zainteresowania modą i skłonności do pozywania innych do sądu (mieszkała w obskurnych mieszkaniach w szemranych dzielnicach, by unikać płacenia podatków, a ponadto codziennie nosiła tę samą czarną suknię, pod którą upychała gazety, by zaoszczędzić na ogrzewaniu)[68]. Jej niesławne wystąpienia przed sądem i ciągnące się procesy miały na celu ochronę jej majątku i utrzymanie kontroli nad nim. Instytucje i osoby prywatne zaczęły zgłaszać się do niej z prośbami o pożyczkę, więc Hetty Green została de facto "prywatnym bankiem"[69]. Codziennie siadała za biurkiem podnajmowanym jej przez Chemical National Bank i doglądała swego rosnącego portfela. Prasa chwaliła ją za "męską smykałkę do finansów"[70], co chyba należy uznać za zawoalowany komplement.
Hetty Green nie dało się zignorować, ale pod koniec XIX wieku również inne kobiety próbowały swoich sił w handlu akcjami. Do tego grona zaliczyć należy Mary Gage, córkę słynnej sufrażystki Frances Dany Gage. Mary otwarła giełdę tylko dla kobiet przy 71 Broadway, gdy stwierdziła, że ma już serdecznie dość złych doświadczeń z maklerami mężczyznami[71]. W odróżnieniu od większości opisanych tu kobiet, Maggie Walker, córka byłej niewolnicy i białego pisarza abolicjonisty, została zaskakująco dobrze przyjęta jako pierwsza czarna prezes banku, po części wynikało to jednak z faktu, że do Wall Street było jej daleko. W tamtych czasach firmy będące własnością czarnych były promowane przez liderów społeczności afroamerykańskiej, natomiast należące do białych banki nie chciały pożyczać im kapitału. Walker należała do rady dyrektorów St. Luke's Mutual Benefit Society w Richmond w stanie Wirginia. W 1901 roku postawiła na swoim i doprowadziła do utworzenia banku, którego została prezesem. Miał on służyć czarnej społeczności.
Znalazłoby się kilka kobiet, które przecierały szlaki nowych terytoriów finansowych, uważano jednak, że amerykańskie kobiety większe piętno odcisną w inwestowaniu. Stany Zjednoczone wyłoniły się z pierwszej wojny światowej jako gospodarcza potęga, a kobiety chciały zarabiać na rynkowej hossie na równi z mężczyznami. Spółkę Pennsylvania Railroad nazywano "Liniami Białogłów"[72], ponieważ połowę jej akcji posiadały kobiety. Skoro damska klientela była tak liczna, na rynku pojawiła się nisza dla kobiet chcących oferować obsługę maklerską innym kobietom. W okresie wielkiego boomu w latach 20. XX wieku domy maklerskie w całych Stanach Zjednoczonych otwierały "działy dla pań", czyli specjalne pomieszczenia, gdzie obsługiwano jedynie kobiety.
Coraz bardziej widoczne były pieniądze należące do kobiet. Pod olbrzymim wrażeniem tego zjawiska była dziennikarka Eunice Fuller Barnard. Tak oto opisywała jeden z takich działów na łamach "North American Review": "Można to niemal pomylić z klubem. Takie samo dyskretne oświetlenie, takie same obszerne sofy, co kawałek jakaś ozdoba z brązu. W głębokich fotelach wygodnie rozparte siedzą kobiety z papierosem w dłoni. Wpatrują się w jeden punkt w pomieszczeniu, gdzie przesuwa się świetlna smuga: "PAK-3/4... BDLA-1/2" - symbole niczym z kabały przesuwają się na pasku z cenami". Młode i piękne asystentki, "przypominające sklepowe manekiny"[73], kryły się na moment w boksie maklerskim, by w pośpiechu pochłonąć kanapkę na lunch, natomiast klientki niemalże zupełnie zapominały o jedzeniu, były wprost przeklejone do taśmy giełdowej. Barnard poetycko opisywała najnowsze zmiany w inwestycyjnym krajobrazie również na łamach "New York Timesa": "Za kulisami, gdzie eksperci uważnie analizują papiery wartościowe w portfelach klientek, raczej dominują już mężczyźni. W wyłożonych marmurem hallach banków, gdzie jeszcze pięć lat temu o zatrudnianiu kobiet nikt nawet nie myślał, dzisiaj zupełnie oczywistym widokiem są sekretarki, kasjerki, także kierowniczki działów dla kobiet". Kobiety w realiach zawodowych zaczęły robić to samo, co od kilkudziesięciu lat robili mężczyźni - zaczęły tworzyć własne organizacje zawodowe, takie jak National Association of Bank Women czy Women's Bond Club. Ludzie mówili, że w działach dla kobiet zaczyna zachodzić "przemiana społeczna" - twierdzili, że wykorzystanie potęgi inwestycyjnej kobiet przysłuży się ich sprawie bardziej niż "wszystkie te hałaśliwe kampanie sufrażystek"[74].
Jednocześnie kobiety pracujące w opisywanych tu działach banków dopadły trzeźwiące realia - nie miały dokąd stamtąd pójść. To był ich szklany sufit, choć to określenie wówczas jeszcze nie funkcjonowało. "Do męskiej sali posiedzeń zarządu kobieta przenika rzadko, czy to w roli klientki, czy pracownika administracyjnego. Może robić zakupy, głosować, jeździć metrem i pracować w biurze z mężczyznami, ale jeśli chodzi o obrót akcjami, obowiązuje ścisła segregacja"[75]. W latach 20., gdy kobiety chciały wydawać swoje pieniądze na akcje, sprzedaż tych papierów była jednym, a obrót nimi czymś zupełnie innym.
Jeżeli chodzi o Nowojorską Giełdę Papierów Wartościowych, która w 1903 roku przeniosła się do obecnego, neoklasycznego budynku z kolumnową fasadą na rogu Broad Street i Wall Street, mówiło się - choć nikt nie umiał potwierdzić tego na pewno - że w 1927 roku, na krótko przed krachem, jakaś kobieta zamierzała wykupić sobie miejsce na tej giełdzie. Rada Gubernatorów NYSE przejrzała jej statut i ustaliła, że nie istnieją formalne przeszkody, by członkiem giełdy została kobieta. Od członka wymagano jedynie "odpowiedzialności, charakteru i obywatelstwa"[76].
W październiku 1927 roku doszło do krachu na giełdzie, a wraz z cenami akcji runęły departamenty dla kobiet i wszystkie związane z nimi nadzieje. Bardzo wielu Amerykanów w latach wcześniejszych dosłownie masowo kupowało akcje i teraz okazało się, że całe oszczędności ich życia wyparowały, więc cały kraj zwrócił się przeciwko Wall Street. Wściekła opinia publiczna zaczęła nazywać bankierów "banksterami"[77]. Wall Street zarzucano, że zamieniła się w Dziki Zachód, więc wkroczyć musiał amerykański rząd - obiecywał, że coś takiego już nigdy się nie powtórzy.
Do tego momentu banki na Wall Street pełniły dwojaką rolę - banków komercyjnych i banków inwestycyjnych. Zwykli ludzie chodzili tam deponować oszczędności i zaciągać kredyty, ale można tam było również kupować, sprzedawać oraz emitować akcje. Teraz uznano, że między tymi dwoma funkcjami bankowości występuje konflikt interesów, na skutek którego oszczędności obywateli zostały narażone na ryzyko, ponieważ banki wykorzystywały depozyty klientów jako kapitał we własnej działalności inwestycyjnej. W 1933 roku uchwalono Glass-Steagall Act[78] i tak oto banki stanęły na rozdrożu - nie mogły już prowadzić jednocześnie bankowości komercyjnej i inwestycyjnej. Słynny JP Morgan wybrał sferę komercyjną, natomiast sześciu dotychczasowych partnerów tej spółki wkrótce się od niej oddzieliło i utworzyli bank inwestycyjny, który zasłynął jako Morgan Stanley. Zamysł był taki, by w ten sposób ustabilizować system finansowy, oddzielić Wall Street od codziennej działalności bankowej. Postanowienia zawarte w Glass-Steagall Act miały zostać uchylone dopiero w 1999 roku, jednak banki zaczęły powoli demontować tę ustawę już na początku lat 60[79].
***
Gdy Stany Zjednoczone przystąpiły do drugiej wojny światowej i mężczyzn powołano do służby wojskowej, we wszystkich branżach kobiety zaczęły obejmować stanowiska wcześniej zarezerwowane dla płci męskiej. Parkiet NYSE nie był wyjątkiem. Osiemnastoletnia Helen Hanzelin z Queens została "pierwszą kobietą, która pojawiła się na parkiecie w godzinach otwarcia giełdy"[80], jeżeli nie liczyć "dziewczyny w zespole muzycznym, który przed trzema laty zagrał tam na sylwestra", jak uszczypliwie donosił "New York Times". O godzinie 9.30, 28 kwietnia 1943 roku, Henzelin weszła na parkiet jako telefonistka Merrill Lynch, Pierce, Fenner & Beane, a przywitała ją tam "fala gwizdów, nieprzyzwoitych okrzyków i drwin"[81]. Opisywano ją jako "szczupłą, opanowaną młodą kobietę o zgrabnej figurze, lekko szpiczastym nosie, brązowych oczach i kręconych - ale nie lokowanych - włosach w kolorze brązowym lub intensywnie kasztanowym". Nazajutrz jej zdjęcia publikowały wszystkie gazety. Miesiąc później na parkiet trafiła druga telefonistka Merrill Lynch, Helen Kowalski, szybko okrzyknięta "Heleną II"[82].
12 lipca 1943 roku, pięć tygodni później, sama NYSE zatrudniła 35 kobiet do pracy na parkiecie w roli osób wspierających. Chodziło o wykonywanie obowiązków gońców (znajdowali się na samym dole giełdowej hierarchii, biegali po parkiecie, przenosząc zapisane na kartkach papieru zlecenia między maklerami i pracownikami administracyjnymi), raportujących (stali na stanowiskach specjalistów, a gdy zawarta została jakaś transakcja, zgłaszali ją do sprzedawcy) oraz pracowników administracyjnych (odbierali telefony przy biurkach maklerów i przyjmowali zlecenia na transakcje). Nowo zatrudnione kobiety otrzymały mundurki NYSE, zaprojektowane specjalnie dla nich - żakiety z włóczki wełnianej, bluzki "w kolorze niebieskim i z wyszytymi literami NYSE na lewej kieszonce, a do tego granatowe spódnice"[83].
Kobiety w roli gońców na parkiecie NYSE, 1943
Przez moment wyglądało na to, że szlak wreszcie został przetarty, że kobiety wreszcie zadomowią się na Wall Street, ponieważ gdy wojna się skończyła, na parkiecie pracowało ich 66. Lucy Greenbaum, jedna z nielicznych kobiet w redakcji reporterów "New York Timesa", nie podchodziła do tego tak optymistycznie. Sama została zatrudniona w gazecie w 1940 roku, jednak spychano ją tam w dużej mierze na boczny tor, miała zajmować się tematami obyczajowymi, więc gdy w maju 1945 roku zaczęła pisać o przymusowym exodusie kobiet z NYSE, z pewnością temat ten był dla niej ważny osobiście. Wskazywała, że Wall Street nie przypomina innych branż, w których kobiety mogły wykorzystać swoje wojenne etaty jako "przyczółki dające im oparcie również w czasach pokoju". Kobiety z Wall Street, potrzebne tam w okresie wojny, teraz musiały stawić czoła kontrze mężczyzn oraz zakorzenionemu pośród nich przekonaniu, że "kobieta jest w stanie udźwignąć finanse domowe, o ile mąż jej na to pozwoli, ale od Wall Street powinna się trzymać co najmniej na odległość rzutu srebrną jednodolarówką"[84]. Związaną z tym frustrację być może najlepiej wyraziła młoda "gończyni", która - jak raportowała Greenbaum - nie wytrzymała i oświadczyła mężczyznom na parkiecie: "Zatrzymaliście się w czasach zebrania pod platanem. Mamy 1945 rok". Greenbaum dodawała: "Rynek nie zareagował na te doniesienia"[85].
Krzyk rozpaczy młodej posłanniczki rzeczywiście wybrzmiał niewysłuchany[86]. Niektóre kobiety nie zamierzały poddać się bez walki i zwróciły się o pomoc do swoich związków zawodowych, a te prowadziły długie negocjacje z władzami NYSE, ostatecznie nic to jednak nie dało. W związku z zakończeniem wojny kobiety zostały cofnięte do obowiązków sekretarskich i pozbawione swoich giełdowych mundurków. Wróciły do kupowania strojów biurowych w jednym ze sklepów sieci Anson-Jones przy Wall Street, gdzie wszystkie sukienki były wycenione na 29,95 dolara[87]. W czasie wojny pracowały w fabrykach, coś wytwarzały, a teraz znów zostały cofnięte do roli konsumentek. Jak zauważyła jedna z gazet: "Na Wall Street duże pieniądze zarabiają mężczyźni, ale majątek wydają tam kobiety, które dla nich pracują"[88].
John Wanamaker - właściciel jedynego domu towarowego w okolicy, czyli Wanamaker's przy 150 Broadway - mógł według swoich klientek ustawiać zegarek. W południe, w porze lunchu, "do sklepu wlewa się pierwsza fala"[89], druga fala napływa kilka minut po godzinie 13. Szukają "srebrnego talerzyka na orzeszki na biurowe przyjęcie, sukni koktajlowej, czepka kąpielowego, maskotki geparda albo butów w rozmiarze 12AAA". W weekendy, gdy Wall Street odpoczywała, Wannamaker's również nie otwierał swoich podwoi.
Greenbaum podsumowywała to tak: "Wall Street od zawsze jest męskim światem i nawet brak mężczyzn do pracy nie osłabił jej determinacji, by takim światem pozostać"[90]. Sama Wall Street zresztą w ogóle się z tym nie kryła. Gdy ktoś jechał windą razem z kobietą, nie zadawał sobie trudu zdjęcia kapelusza[91]. Tego rodzaju uprzejmości, ówczesne tradycyjne przejawy szacunku, praktykowane były na północ od Canal Street. Na południe od niej rządzili mężczyźni.
Przypisy
[1] Paul Tudor Jones comments on the lack of female traders, wideo, 6:53, "Washington Post", 23 maja 2013.
[2] Kenneth Silber, The Go-Go Sixties, "Think Advisor", 1 kwietnia 2008.
[3] Shirley Willett, 1960s: Hemlines and the Stock Market!, Fashion Solutions Blog, 27 października 2006.
[4] Rozmowa z Alice Jarcho, przeprowadzona przez Melanie Shorin i Christine Doudnę z Narrative Trust, 14 grudnia 2016 oraz 24 maja 2017, Remembering Wall Street, 1950-1980, The Bonnie and Richard Reiss Wall Street Oral History Archive, New-York Historical Society, transkrypt, s. 10.
[5] Rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 3, 5.
[6] Rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 4.
[7] Rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 6.
[8] Terry Robards, Partner in Hirsch Is Scheduled to Be 2nd Woman on Big Board, "New York Times", 21 maja 1970, s. 55.
[9] Rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 14.
[10] Rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 15.
[11] Rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 18.
[12] Rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 17.
[13] Rozmowa autorki z Alice Jarcho, Nowy Jork, 19 września 2021.
[14] Rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 20.
[15] Rozmowa autorki z Alice Jarcho (2021). Por. także: rozmowa z Alice Jarcho, NYHS, transkrypt, s. 20.
[16] Rozmowa autorki z Alice Jarcho (2021).
[17] Rozmowa autorki z Alice Jarcho (2021).
[18] Chciałabym podziękować Kathy Abizaid, która wpadła na pomysł "omijania dysfunkcyjności" podczas naszej rozmowy na temat pierwszych kobiet na Wall Street.
[19] Cytat za: Dana Wechsler Linden, The Class of '65, "Forbes", 4 lipca 1994, s. 92.
[20] Judith Spofford Gibson, Bridging the Charles: The First Women Graduates of the Harvard Business School, 1960-1965, rozprawa doktorska, Drew University, Caspersen School of Graduate Studies, 2009, s. 8. [Gibson również ukończyła Harvard Business School w 1965 roku, czyli wraz z "pierwszymi kobietami" w tej szkole, została tam jednak przeniesiona z Radcliffe].
[21] Gibson, Bridging the Charles, s. 204-205.
[22] Gibson, Bridging the Charles, s. 203.
[23] Gibson, Bridging the Charles, s. 204-205.
[24] Gibson, Bridging the Charles, s. 166.
[25] Gibson, Bridging the Charles, s. 168.
[26] Women at the Top, "Newsweek", 27 czerwca 1966, s. 77.
[27] Gibson, Bridging the Charles, s. 223-224.
[28] Lillian Lincoln Lambert, The Road to Someplace Better: From the Segregated South to Harvard Business School and Beyond (New Jersey: Wiley & Sons, 2010), s. 94.
[29] Gibson, Bridging the Charles, s. 225.
[30] Gibson, Bridging the Charles, s. 235.
[31] Terminy dostarczania tych prac w różnych latach kształtowały się różnie. Zwykle wypadały one między godziną 17 i 21, przy czym więcej czasu miały osoby mieszkające poza kampusem, choć nie dotyczyło to kobiet z Radcliffe Graduate Center.
[32] Julie Marie Still, A History of the Corporate Wife, 1900-1990, praca dyplomowa (University of Richmond, 1994), s. 50.
[33] Still, Corporate Wife, s. 56.
[34] Still, Corporate Wife, s. 59.
[35] Still, Corporate Wife, s. 59.
[36] Still, Corporate Wife, s. 62-63.
[37] Still, Corporate Wife, s. 64.
[38] Lambert, Road to Someplace Better, s. 87.
[39] W 1969 roku cztery z 50 studiujących tam kobiet miały wreszcie wprowadzić się na kampus HBS. Na pełną integrację kobiet w ramach programu MBA trzeba było poczekać jeszcze kolejne cztery lata. Dostały wówczas własny akademik po tej "właściwej" stronie rzeki Charles.
[40] Lambert, Road to Someplace Better, s. 88.
[41] Lambert, Road to Someplace Better, 87.
[42] Lambert, Road to Someplace Better, s. 29.
[43] Heather Dunhill, Entrepreneur Lillian Lambert on Being the First Black Woman to Graduate from Harvard Business School, (część serii Listening to Diverse Voices) Sarasota, 10 maja 2022.
[44] Lambert, Road to Someplace Better, s. 78.
[45] Lambert, Road to Someplace Better, s. 80.
[46] Lambert, Road to Someplace Better, s. 89.
[47] Lambert, Road to Someplace Better, s. 90.
[48] Patricia Chadwick, Little Sister: A Memoir (New York: Post Hill Press, 2019), s. 246.
[49] Chadwick, Little Sister, s. 258.
[50] Lambert, Road to Someplace Better, s. 90.
[51] Lambert, Road to Someplace Better, s. 93.
[52] Lambert, Road to Someplace Better, s. 95.
[53] Lambert, Road to Someplace Better, s. 95.
[54] Lambert, Road to Someplace Better, s. 95-96.
[55] Rozmowa autorki z Lillian Lambert, Zoom, 7 czerwca 2022.
[56] Lambert, Road to Someplace Better, s. 98.
[57] Garry Emmons, Down the Memory Chute: WAC, WOC, and Doing the Write Thing, Harvard Business School Website/Alumni, 1 września 2006, https://www.alumni.hbs.edu/stories/Pages/story-bulletin.aspx?num=292/.
[58] Rozmowa z ambasadorem Johnem Loebem, przeprowadzona przez Melanie Shorin z Narrative Trust, 22 kwietnia 2016, Remembering Wall Street, 1950-1980, The Bonnie and Richard Reiss Wall Street Oral History Archive, New-York Historical Society, New York.
[59] Bobbi Clarke, Analyze This, Harvard Business School Website/Alumni, 1 września 2006, https://www.alumni.hbs.edu/stories/Pages/story-bulletin.aspx?num=292/.
[60] Emmons, Down the Memory Chute.
[61] Rozmowa autorki z Priscillą Rabb, Zoom, 21 września 2021. Wszystkie dalsze wzmianki o Priscilli Rabb nawiązują do tej rozmowy.
[62] Zdaniem Stevena Frasera, historyka zajmującego się Wall Street, historia o platanie jest prawdopodobnie mitem, należy natomiast założyć, że w latach 90. XVIII wieku społeczność zrzeszona wokół Wall Street dokonała jakiegoś rodzaju samookreślenia zasad funkcjonowania.
[63] John Lambert, Travels Through Lower Canada, and the United States of North America, in the Years 1806, 1807, 1808, Vol. 2 (London: Printed for Richard Phillips, 1810), s. 156-157.
[64] Sheri J. Caplan, Petticoats and Pinstripes: Portraits of Women in Wall Street's History, Praeger, New York 2013, s. 37.
[65] Caplan, Petticoats and Pinstripes, s. 38.
[66] Caplan, Petticoats and Pinstripes, s. 45.
[67] Caplan, Petticoats and Pinstripes, s. 52.
[68] Jason Zweig, Business Headlines, 1889: Female Speculators Rattle Wall Street Traditions, "Wall Street Journal" (online), 7 lipca 2014.
[69] Caplan, Petticoats and Pinstripes, s. 51.
[70] Caplan, Petticoats and Pinstripes, s. 51.
[71] George Rabb, Ladies of the Ticker: Pioneering Women Stockbrokers from the 1889s to the 1920s, Museum of American Finance, lato 2017, Financial History, s. 21, https://www.moaf.org/publications-collections/financial-history-magazine/122/_res/id=Attachments/index=0/Ladies%20of%20the%20Ticker.pdf.
[72] Caplan, Petticoats and Pinstripes, s. 67.
[73] Eunice Fuller Barnard, Ladies of the Ticker, "The North American Review" 227 (1 stycznia 1929), s. 405.
[74] Eunice Fuller Barnard, Women in Wall Street Wielding a New Power, "New York Times", 23 czerwca 1929, s. 15.
[75] Barnard, Women in Wall Street.
[76] Woman Seeks a Seat on Stock Exchange: Would Upset Male-Membership Tradition, "New York Times", 14 stycznia 1927, s. 1.
[77] Melissa S. Fisher, Wall Street Women, Duke University Press, Durham, NC 2012, s. 32.
[78] Fisher, Wall Street Women, s. 32.
[79] The Long Demise of Glass-Steagall, The Wall Street Fix, Frontline, PBS, 8 maja 2003.
[80] Exchange Tradition to Go As Woman Gets Floor Job, "New York Times", 28 kwietnia 1943, s. 31.
[81] Din Like Dodger Ball Game Sounds as Girl Takes Up Job on Exchange, "New York Times", 29 kwietnia 1943, s. 24.
[82] Helen 2D at Exchange, "New York Times", 2 czerwca 1943, s. 33.
[83] Stock Exchange to Make 36 Young Women 'Quote Girls' and 'Carrier Pages' on Floor, "New York Times", 11 lipca 1943, s. S7.
[84] Lucy Greenbaum, Wall Street: Man's World, "New York Times", 13 maja 1945, s. 11.
[85] Greenbaum, Wall Street: Man's World.
[86] Janice M. Traflet, Robert E. Wright, Fearless: Wilma Soss and America's Forgotten Investor Movement, All Seasons Press, Fort Lauderdale, FL 2023, s. 17.
[87] New Downtown Shop Has Youthful Styles, "New York Times", 17 lutego 1948, s. 29.
[88] Gloria Emerson, Retail Shops Vital to Life of Wall Street, "New York Times", 5 sierpnia 1959, s. 18.
[89] Emerson, Retail Shops Vital.
[90] Greenbaum, Wall Street: Man's World.
[91] Fred Whittemore, w: Eric J. Weiner, What Goes Up: The Uncensored History of Modern Wall Street as Told by the Bankers, Brokers, CEOs, and Scoundrels Who Made It Happen, Back Bay Books, New York 2005, s. 30.