W katedrze obrządku łacińskiego we Lwowie pod chórem muzycznym znajduje się płyta nagrobna z przedstawieniem brodatego mieszczanina w żupanie i delii, leżącego w pozie sansovinowskiej42, z głową wspartą na poduszce. Nad nim widnieje znak pieczętny, gmerk mieszczański z inicjałami imienia i nazwiska. W ręku trzyma klepsydrę - symbol przemijania i śmierci, a całość uzupełnia napis: Famato Stanislao Hanel civi Leopoliensi mortuo die XVII Novembris A.D. MDLXX hoc monumentum honesta uxor Zophia posuit. Hodie mihi, cras tibi43.
Stojąca przed nagrobkiem kobieta w czarnej, skromnej, pozbawionej ozdób sukni bezgłośnie poruszała wargami.
- Zostawiłeś mnie samą, Stanisławie. Czuwajże teraz nade mną, sierotą, przyjacielu najmilszy. Żeby mnie twoja rodzina z naszego dorobku nie obrała.
Jakże krótkie i kruche jest życie tych, których miłujemy. Dopiero co oboje przemyśliwali, na jakich warunkach ugodzić się z ormiańskim kupcem Teodorowiczem, który im wino woził z Grecji. I czy dług zaległy od pasztetniczki Kozłowej pod sąd dać, czy jeszcze zaczekać, bo może zapłaci. I co rzec muratorowi, który domagał się więcej nad ugadaną wcześniej zapłatę za prace w domu Hanlowskim. A teraz te wszystkie sprawy na nią jedną spadły. Śmierć nie zna litości, przychodzi, kiedy chce. "Dziś po ciebie, mężu, jutro po mnie". Tęskniła za małżonkiem i gdyby tylko o nią chodziło, jutro mogłoby już nastąpić. Ale z drugiej strony żal byłoby teraz odejść. Tyle razem zaczęli, warto by choćby przez pamięć dla niego wspólne ich dzieło dokończyć. A na to potrzebowała jeszcze trochę czasu na tym świecie.
I tak się stało, że otrzymała go całkiem sporo, bo aż dwadzieścia pięć lat. Nie zmarnowała ich, a wręcz przeciwnie, na cały Lwów rozbłysła jak gwiazda swoją niezwykłą osobowością.
Mieszczanki poruszały się przeważnie w obrębie swych domostw oraz mężowskich sklepów czy warsztatów. Wychodziły głównie do kościoła, lecz można było je też spotkać w sądowych salach ratusza, zawsze w towarzystwie prawnego opiekuna: męża, ojca, brata, teścia bądź syna. Tak wymagało prawo i nie miało tu znaczenia, że samodzielnie pracowały zarobkowo. A w szesnastowiecznym Lwowie roiło się od pracujących kobiet. Wykazy opłat i sprawy sądowe zdradzają ich specjalności. Były więc w mieście solarki, rybiarki, śledziarki, olejarki, szklarki i płótniczki. Pasztetniczki44 wytwarzały w piekarniach słodkie ciasta, piwowarki warzyły piwo i pitne miody, a szynkarki oprócz sprzedawania tegoż piwa i miodu prowadziły wyszynk wódki i sprowadzanego z dalekich krajów wina. Jedne siedziały na miejscu, drugie jeździły po jarmarkach, bo jak wiadomo, te dla obrotów handlowych miały zasadnicze znaczenie. W spisach wynajmu bud jarmarcznych we Lwowie figurują miana nie tylko mężatek, lecz także nazwiska o panieńskich końcówkach. Wśród tych przedsiębiorczych lwowskich niewiast żyjących w drugiej połowie szesnastego wieku największą sławą cieszyła się Zofia Hanlowa, z domu Naczówna.
Dziad jej, Jerzy Nacz, był na początku wieku rajcą i burmistrzem w Bieczu, mieście odgrywającym ważną rolę w handlu Polski z Węgrami. Ożenił się ze szlachcianką Dorotą Czermińską, a zrodzony z tego związku syn Ambroży zaślubił Katarzynę, mieszczankę przeworską. Na początku zamieszkał z nią w jej rodzinnym mieście, potem przenieśli się na czas jakiś do Biecza, by znów na stałe wrócić do Przeworska.
Pan Ambroży cieszył się jak dziecko. O, św. Józefie, patronie chrześcijańskich małżeństw! Ależ ta Zofka ma szczęście! Poważny człek jej się trafił i wcale nie taki jeszcze stary, a w dodatku dobry katolik. Wdowiec, ale z córką już podchowaną. Kupiec znany i szynk własny prowadzi, do którego z południa Europy sprowadza alikant, petercyment i kocyfał45. Interesa wspólne będzie można robić. Szkoda jedynie, że w Przeworsku nie osiądą, tylko im jedynaczkę do Lwowa zabierze. Oczywiście, jeśli dziewczyna się zgodzi.
Pani Katarzyna nie podzielała mężowskiego ukontentowania. W Wojciechu Duszy wyczuwała coś dziwnego, czego nie umiała określić, a co budziło w niej lęk. W jego obecności ogarniał ją dziwny niepokój. Jakby coś nieprzewidzianego, a bardzo niedobrego miało się zaraz wydarzyć. Niby nic nie dałoby mu się zarzucić, a jednak... Cóż, chyba nie bez przyczyny zwano ją w rodzinie Filozofówna. Mąż wypomniał jej, że jak zwykle za dużo rezonuje.
- Człowiek stateczny, w interesach uczciwy. Żaden pięknoduch - przekonywał.
- Jednakowoż, mężu, jak próbowałam rozmawiać z tą jego Anusią, dziwna mi się zdała. Zalękniona i niepewna. Czy aby ojciec zbyt srogi dla niej nie jest? A jak niedobry dla swego dziecka, to może i naszej córki nie uszanować.
- Tandem, jejmość pani żono, panu Duszy jesteś przeciw?
- Lękam się, czy on aby nie gwałtownik - odparła poważnie. - Wszak tu o szczęście naszej Zofki chodzi.
Pan Ambroży wzniósł oczy do nieba, jakby tam szukał wsparcia.
- Z osądem potępiającym nigdy zbytnio kwapić się nie należy - rzekł pouczającym tonem, wróciwszy spojrzeniem na ziemię. - Cóż że dziecko dzikie jeszcze? Młode to i bez matki chowane.
- A czy my wiemy, jak Duszyna zeszła z tego świata? Trza by się od ludzi wywiedzieć.
Znał pan Ambroży swoją żonę i wiedział, że jej nie przeprze. Machnął ręką.
- Wywiedz się, moja pani. To z pewnością nie zaszkodzi. A teraz zawołaj Zofkę. Zapytamy, co ona uważa.
W owych czasach w zasadzie nie kłopotano się przyzwoleniem panny. Tym bardziej w rodzinach mieszczańskich, gdzie przy zawieraniu związków małżeńskich szło głównie o dobro rodzinnych interesów, miłość poczynać się miała dopiero po odejściu od ołtarza. Dla porządku wezwali jednak państwo Naczowie córkę i spytali, czy zgadza się oddać rękę Wojciechowi Duszy. Zofia, która do izby wbiegła radośnie roześmiana, od razu spoważniała. "Czyli to już" - pomyślała. Płakać jej się zachciało i tylko siłą woli zapanowała nad sobą. Trza będzie odejść z rodzicielskiego domu. Dusza wprawdzie nie był taki stary, ale zachwytu w niej nie budził. Wiadomo, wolałaby młodszego, a przede wszystkim takiego, który by jej z Przeworska od rodziców nie zabierał.
- Wolny46 Wojciech Dusza - powtórzył uroczyście ojciec. - Poważny kupiec lwowski. Zaszczyt niemały - ciągnął - domowi naszemu wyświadcza, bowiem...
Nie dokończył, gdyż córka przypadła mu do kolan.
- Dajcie mi trochę czasu, panie ojcze - poprosiła pokornie. - Za prędko na mnie to przyszło. Nie chcę was jeszcze opuszczać.
Podnieśli ją i ucałowali.
- Nikt niewolić cię nie będzie - rzekł pan Ambroży. - Skoro jednak do stanu zakonnego inklinacji nie masz, więc nie przeciw się swemu szczęściu. Czas po temu najwyższy. Wedle Speculum Saxonum47 masz już lata dyskrecjonalne48.
Zofia patrzyła na ojca, ale jego słowa jakby do niej nie docierały. Zauważył to.
- To człek dostatni i poważny - dodał łagodnie. - Powinnaś mu sprzyjać...
Ujął ją pod brodę i spojrzał w oczy.
- Ojcu prawdę powiedzieć należy. Czy kto inny jest ci miły?
W milczeniu pokręciła głową.
- Jeśli nie, to co stoi na przeszkodzie? Pytam więc, możeszli Wojciecha Duszę za małżonka przyjąć?
Spuściła wzrok, zaplotła ręce.
- Jeśli taka wasza, ojcze, wola... - szepnęła.
Rodzice spojrzeli po sobie.
- A ja i tak się dowiem - szepnęła bezgłośnie pani Katarzyna. Mąż w odpowiedzi kiwnął głową. Po czym pozwolił córce odejść.
Inkwizycja przeprowadzona przez jejmość Naczową musiała dać dobry wynik, gdyż Zofię za Duszę wydano. Jak na dobrą mieszczańską córkę przystało, młoda żona bardzo szybko poczęła razem małżonkiem prowadzić interesy, a wtedy się okazało, że zgrabniej jej to idzie niż jemu. Lepsze warunki umiała od kupców ormiańskich uzyskać, a w rozliczeniach bywała skrupulatna i co ważniejsze - nieustępliwa. Gorzej jej szło z pasierbicą, apatyczną i zamkniętą w sobie dziewczynką. Owszem, życzliwie traktowała sierotę, ale nie zdołała wykrzesać w sobie serdeczniejszego uczucia, tak by zastąpić jej matkę. Podobnie nie nadeszła po ślubie miłość do męża. Szanowała go, ale żeby czułość budził, nie mówiąc o gorętszych zapałach, to już nie. I o ile bardzo jej odpowiadała wspólna praca, zwłaszcza handel winem i wyszynk, o tyle obowiązki małżeńskie były niemiłe. Tym bardziej że czas jakiś po ślubie mąż jął podupadać na zdrowiu i niepokojąco dziwaczeć. Kto wie, może właśnie te chorobliwe inklinacje bystra pani Katarzyna matczynym sercem zawczasu wyczuła podczas jego starań o rękę córki, choć wtedy jeszcze wyraźnych symptomów nie zdradzał. Teraz zaś stawał się coraz trudniejszy w pożyciu i przy załatwianiu interesów. Jednego dnia gniewał się o byle co i obrażał kupców, drugiego był radosny i pełen zapału, a wtedy różne głupstwa plótł i robił, wszystkich kochał i na siłę winem częstował; a jeszcze kiedy indziej siedział nieruchomo, patrzył w okno i z nikim gadać nie chciał. Z początku dochodziło między nimi z tego powodu do kłótni, a że takowe nic nie dawały, Zofia nauczyła się podchodzić go sprytem i umiejętnie przejmować na siebie niektóre sprawy. Coraz częściej bowiem zdarzały się dni, kiedy mąż nie był w stanie samodzielnie o niczym decydować. Na mieście szeptano, że jego melancholia na przemian z napadami złości i ekscytacją spowodowana była francuską chorobą, której się pono nabawił w młodości podczas swoich wyjazdów po wino na południe Europy. Nagabywana o to od kumoszek Zofia zacięcie milczała.
W 1555 roku, zaraz po ślubie, gdy nic jeszcze nie wróżyło takich kłopotów, państwo Duszowie zapożyczyli się u młodego Hanlowicza, jak zwano najmłodszego syna lwowskiego rajcy Marcina Hanla. Rodzina ta dorobiła się znacznej pozycji, uprawiając dochodowy zawód rzeźników. Rajca posiadał w mieście jatkę, kamienicę rynkową i pozamiejski folwark. Ale miał też liczne potomstwo z dwóch żon zrodzone, toteż syn jego, wiedząc, że nie może liczyć na duży spadek po ojcu, sam szybko zaczął prowadzić interesy.
Z pierwszej małżonki, Urszuli Panaszkówny, rajcy Marcinowi urodzili się: Marcin, Piotr, Jakub, Wincenty, Michał i Józef. Z drugiej żony, Anny Kosznarówny, na świat przyszli: Szymon, Jadwiga, Stanisław, Urszula i Anna. Gdy ojciec zmarł, najmłodszy syn Stanisław był już poważnym kupcem, mającym kontakty handlowe z Pragą i Wrocławiem. Udzielał także pożyczek i stąd do niego zwrócili się o pieniądze Duszowie. W sporządzonym z tej okazji chirografie49 zapisane zostało: "Ja, Wojciech Dusza, wespółek z Zofią małżonką swą wyznawamy zupełnie, iżeśmy winni panu Stanisławowi Hanlowi prawego a sprawiedliwego długu sto i osiemdziesiąt złotych, którą to sumę mamy dać na św. Piotr, i to nie w fantach, jeno gotowym pieniądzem. Takoż zobowiązujemy się, iż w prawie przed oddaniem owej należności nie będziemy się bronić". Dług ten nie został oddany na św. Piotr ani przez następne trzy lata. A po tym czasie Wojciecha Duszy napady chorobliwej wylewności na przemian z bezbrzeżnym smutkiem były już w mieście znane na tyle, że w 1558 roku Stanisław Hanel pozwał do sądu o zwrot samą Zofię, wiedząc, że tak będzie prościej, bo z jej mężem już trudno może być się dogadać.
Małżeństwo Zofii wkrótce rozpadło się na dobre. Stan nieszczęsnego kupca, poświadczony przez najlepszych lwowskich medyków, zdał się na tyle poważny, że sąd duchowny, do którego się zwróciła żona, bardzo szybko wydał dekret o separacji. Na tej podstawie doszło do podziału majątkowego, dla Zofii korzystnego. Wojciech Dusza nie protestował, gdyż akurat popadł w nastrój melancholiczny i było mu wszystko jedno. Wiecznie czegoś wystraszona Anna tym bardziej nie zgłaszała sprzeciwu. A potem i tak szybko wydano ją za mąż.
Zofia zatrzymała wszystkie ruchomości, sprzęty i swoją wyprawę, z czego mąż miał zastrzeżone jedynie obrus, ręcznik, konew i misę cynową. Z nieruchomości oddała na własność i używanie jemu i córce przypadającą na nią wedle wilkierza50 trzecią część ich wspólnej kamienicy, położonej we Lwowie przy ulicy Ciała Pańskiego. Do najbliższego Dnia Świętego Michała mogła w niej jeszcze mieszkać i prowadzić wyszynk, później miała się wyprowadzić. Wojciech, który przeniósł się do krewnych do Przeworska, zastrzegł jedynie, że gdyby do tej daty wypadło mu przybyć do Lwowa, może tam w izbie piętrowej zamieszkać, rzeczy swe złożyć i konia jednego w stajni umieścić. W zamian ojciec i córka oddali Zofii na własność dziedziczną dom i ogród na Przedmieściu Krakowskim. Ponadto w tej samej umowie o podział Zofia zgodziła się przyjąć na siebie zapłatę wspólnego długu u Stanisława Hanla.
Po rozstaniu z mężem nadal energicznie prowadziła handel napojami, prawowała się z kupcami greckimi i ormiańskimi o dostawy ipsymy51 i alikantu, a zarobione na handlu winem pieniądze rozpożyczała na procent. Po roku Wojciech Dusza zmarł, a rok po jego śmierci Zofia, miast Stanisława Hanla zgodnie ze zobowiązaniem spłacić, wyszła za niego za mąż i dostała się w ten sposób do jednej z najznakomitszych lwowskich rodzin.
Hanlowie nie byli tym mariażem zachwyceni. Mieszczka spoza Lwowa, w dodatku rodowodem im niedorównująca i jeszcze do tego rozwódka, nim wdową została! Na każdym kroku dawali jej odczuć swoją wyższość. Tymczasem Zofia wzniosła cenny posag w postaci swej niebywałej energii i przedsiębiorczości, toteż małżonkom świetnie szły wspólnie prowadzone interesy. I choć Pan Bóg nie pobłogosławił ich potomstwem, darzyli się wielką miłością.
Z Szymonem, jedynym rodzonym bratem Stanisława, który też zajmował się kupiectwem, z początku mieli w miarę dobre stosunki. Może dlatego był im życzliwy, że trapiły go wówczas kłopoty pieniężne, a oni go nieraz ratowali. Bracia jeździli razem na jarmarki do Śniatyna, kupowali wspólnie woły i wino. Trwało tak, dopóki się nie pokłócili. Szymon jął wtedy głośno mówić, że ma dosyć spółki, a potem zaczęły się między nimi procesy sądowe o pieniądze, o towar, a raz nawet poszło o sygnet ojcowski. Szymon oskarżył brata o wierzytelności, na które nie miał dowodów:
- Bratu rodzonemu wierzyłem jak samemu sobie, tom kwitu nie brał. A teraz kłam mi pan Stanisław przed sądem zadaje.
Na co Stanisław zauważył słusznie:
- Pan Szymon nie jest dzieckiem, tylko doświadczonym kupcem. Więc nawet od brata rodzonego żądałby chirografu i teraz takowy przedstawił.
Sąd dobrze znający obyczaje kupieckiego stanu tudzież obyczaje pana Szymona dał wiarę słowom pana Stanisława i na jego korzyść orzekł dekret. Od tej pory Szymon stał się jeszcze bardziej zaciekłym wrogiem obojga Hanlów.
Dobre mieli na szczęście małżonkowie stosunki z przyrodnim bratem Jakubem. Ten majątku się nie dorobił i nikim znacznym nie został, ale też dostatku im nie zazdrościł i pozostał wiernym i lojalnym przyjacielem. Jako jedyny z rodziny lubił Zofię i zawsze jej bronił.
Hanlowie wytrwale pomnażali majątek rosnący dzięki handlowi winem - które kupowane przez nich od Greków, Mołdawian i Ormian szło do piwnic możnowładców, szlachty i duchowieństwa - oraz wyrobami żelaznymi, a więc nożami, sierpami i kosami. Zarobione pieniądze pożyczali ludziom. Na zbytki i luksusy dla siebie żałowali, każdy zaoszczędzony grosz szedł na skupywanie od rodzeństwa Stanisława ich części ojcowizny. Udało się im w ten sposób przejąć większą część schedy po rajcy. Najważniejsze z tego były rodowa kamienica i folwark zamiejski, zwany Kosznarowskim, który zakupiony został jeszcze przez świętej pamięci Jana Kosznara, dziada Stanisławowego i znanego lwowskiego kupca. Pod rządami Zofii folwark rychło zapełnił się budynkami i ożywił inwentarzem, a do stodół i brogów co roku trafiał obfity użątek. W dworku zainstalowano nawet łazienkę, a w niej wannę i kocioł do ogrzewania wody kąpielowej. Stojąca zaś przy Rynku kamieniczka nie była duża, zaledwie jednopiętrowa. Wykupiwszy ją od rodzeństwa, Stanisław, mimo że kosztowało go to sporo, nie pożałował grosza na przebudowę, aby przyczynić domostwu jak najwięcej splendoru, i zatrudnił do owych prac sławnego majstra Piotra Italusa Krasowskiego52. Zostało dobudowane jeszcze jedno piętro, a na fasadzie pojawiły się rzeźby.
Przyszła zima 1569 roku, a był to dziesiąty rok wspólnego pożycia małżonków. Stanisław Hanel, będący jeszcze w pełni sił męskich, od jakiegoś czasu czuł się źle. Zaczęło się niewinnie, od tego, że stracił całkiem węch i lekko powłóczył nogami, zwłaszcza lewą. Puszczano mu krew, pił zioła przez medyka zalecone i to początkowo niby pomagało, ale potem zrobiło się jeszcze gorzej. Zaczął się poważnie martwić, gdy na wiosnę przyszły zawroty głowy i ataki słabości, tak że nie mógł ustać na nogach i musiał się kłaść w ciągu dnia. Całe lato i kawał jesieni walczył z chorobą i u licznych doktorów porad zasięgał. Raz nawet babę znachorkę sławną Jakub mu przysłał. Ta, mrucząc pod nosem inkantacje, okadzała go dymem z ziół i spryskiwała wodą, na którą przedtem sypała popiół z brzozy i olszyny. Nic nie pomagało. Wtedy, dosłownie w ostatniej chwili, sporządził testament. Dziesięć dni później ogarnęła go wielka niemoc i Zofia posłała służącą Reginę do katedry po księdza. On zaś chrapliwie oddychał i leżał bezsilnie z zamkniętymi oczami, słuchając niespokojnych głosów zatrwożonych domowników. W głowie kołatała mu uporczywa myśl, że dobrze się stało, iż ostatnią wolę spisać zdążył. Rozmyślania te przerwał delikatny szelest płóciennej sukni. Chory otworzył oczy, oddech na chwilę się uspokoił, chrapanie ścichło.
- Nie śpisz, mężu?
Ledwo dostrzegalnie poruszył głową. Była jedyną osobą, którą pragnął mieć w tej chwili przy sobie. Mądra żona - mężowi korona, jak mówią. Dawała mu wsparcie nie tylko radą, ale i ciężką pracą. Ileż spraw powiodło się dzięki temu, że miała niewieści spryt i męski pomyślunek! A przy tym jaka twarda! Największym szelmom spośród kupców nie dała się zwieść, choćby nie wiadomo jak gładkimi słówkami ją czarowali. Nawet Ormianie jej nie przechytrzyli. Przyjaciel najmilszy, dozgonny...
- Rosołu przyniosłam. Z białego koguta, jak medyk kazał. Samam zgotowała. Złotą monetę i kilka pereł do rondla wpuściłam. Taki na słabość jesienną najlepszy, bo krew oczyszcza.
- Już mi chyba, żono moja umiłowana, nic nie pomoże - wychrypiał. - Słabym coraz bardziej i do niczego niezdatny. Ani do pracy, ani do rady...
Wrócił myślami do testamentu. Rodzeństwo na pewno go podważy i zrobi wszystko, by Zofkę jego ukochaną ze schedy mężowskiej wyzuć. Nie odpuści tak łatwo majątku po zamożnym, bezdzietnym bracie. Testamentum erit litigiosum53. Będzie musiała gołąbeczka sama z wilkami walczyć, kiedy jego nie stanie.
- Odgońcie złe myśli, mężu. Nowennę kończę do św. Stanisława, waszego patrona. On dopomoże.
Chory na powrót przymknął oczy. Ledwo miał siły gadać. Głos dobywał się coraz cichszy i bardziej chrapliwy.
- Dbaj o kamienicę... Italusowi zapłać, wiele zażąda. To majster nad majstrami. On jak nikt dawny splendor domowi Hanlów pośród innych przywróci.
"Gdzież ta niecnota Regina - myślała z narastającą rozpaczą Zofia. - Powinna już tu być z księdzem. Wszak do katedry niedaleko".
- Zjedzcie choć ze dwie łyżki. - Podsunęła się bliżej z rosołem.
- Folwarku ani ustąp - szeptał, jakby jej nie słyszał. - Gotówka jak będzie, to spłatami gęby zatkaj. Zacznij od sióstr moich... Baby przekabacą tamtych.
Głos mu zamierał coraz bardziej. Bodaj tę Reginę! Na baty sobie zasłużyła. Gdy wreszcie w sieni rozległ się delikatny dzwoneczek i podniesione głosy chwalące Jezusa Chrystusa na wieki wieków amen, Zofia poderwała się, by wyjść naprzeciw, i w tym momencie coś sprawiło, że się odwróciła i spojrzała na męża. Oczy miał otwarte, ale mętne już i nieprzytomne.
- Strzeż się Szymona. On nie daruje... - Słów nie słyszała, odczytała je z ruchu warg.
W listopadową zimną i wietrzną noc Stanisław Hanel odszedł z tego świata bez spowiedzi świętej. Zofia do końca życia wyrzucała sobie, że więcej zajmowała się jego chorobą i testamentem niż zbawieniem duszy i że Reginę tak późno po księdza posłała.
Na użytek zachłannej rodziny Stanisław Hanel polecił expressis verbis54 w swej ostatniej woli odnotować, iż nie pozostawia gotowych pieniędzy, bo wszystkie uwięził w kosztownej budowie kamienicy. Jakby na potwierdzenie tych słów, na msze za zbawienie swej duszy i jałmużny dla ubogich przeznaczył bardzo skromną jak na swoją pozycję w mieście i możliwości finansowe kwotę. Później wdowa będzie czynić hojne za to zaniedbanie ekspiacje.
Na mocy testamentu Zofia, o ile wytrwa we wdowieństwie i męża innego nie pojmie, stawała się dożywotnią właścicielką pozostałych dwóch trzecich należących do nich nieruchomości (jedna trzecia i tak przypadała jej na mocy obowiązującego w mieście wilkierza). Ponadto do niej przynależeć bezwzględnie powinny wszystkie ruchomości, gdyż takowe zostały wspólną pracą i staraniem zdobyte. Dopiero po jej śmierci miały pójść do podziału między krewnych ich obojga. Legaty pozostawił tylko dla umiłowanego przyrodniego brata Jakuba, bieckiego krewniaka Piotra Piotrowskiego i służącego Jerzego. Egzekutorami uczynił szwagra doktora Gelazyna, wójta Stanisława Krajzera i rajców, Hieronima Zapałę i Jana Zaleskiego. Dwaj ostatni szybko się później z opiekuństwa wymówili, tłumacząc się podeszłym wiekiem i chorobami, a tak naprawdę nie chcieli stawać przeciwko Hanlom.
Tak jak Stanisław przewidział, pominięta w testamencie rodzina próbowała dokument obalić, argumentując, iż został sporządzony bez ich wiedzy i obecności. Już w jedenaście dni po jego śmierci krewni pozwali wdowę, domagając się obłożenia ruchomego mienia sekwestrem. Rada miejska odmówiła i ostatecznie obie strony zgodziły się na sporządzenie inwentarza pozostałości spadkowych. Krewni gorliwie myszkowali po kątach i patrzyli na ręce urzędnikom spisującym wyposażenie domu i zabudowań gospodarczych. Rozczarowali się wielce zawartością owego spisu i nie dziwota, bo rzeczywiście skromnie wypadł, a już zwłaszcza kosztowności blado wyglądały w porównaniu z długimi rejestrami własności innych mieszczek lwowskich.
- Co to jest? Same kwity i zastawy od pożyczek. A gdzie gotowizna?
- Ponoć wszystko w kamienicy utopił. Bodaj to...
- To wszystko? Ledwo cztery pierścienie, dwie bramki55 perłowe, dwa złotem tkane czepce, dwie bransolety, waczek56 ze złotogłowiu i pereł ze srebrnym zameczkiem...?
- Niemożliwe! Musiała Stanisławowa przed nami kosztowności poukrywać.
- Naczyń kuchennych jak mało! A zastawa? Nic sreber, sama cyna.
- Futra dwa tylko...
- Sukni raptem pół tuzina, w tym jedna sajetowa57, a reszta płótno liche.
- Dwa kobierce, dwie kołdry ze złotogłowiu, trzy kapy: aksamitna, kitajkowa i z kamchy58. Ot, bogactwo całe. U byle kramarza z przedmieścia więcej się znajdzie.
- W stajniach i gumnach nie lepiej...
- Coś mi się widzi, że więcej tych dóbr było, niźli w inwentarz wpisać dała wdowa. - Te słowa padły z ust nienawistnika Szymona.
Na nic jednak się zdały podejrzliwość i wścibstwo. Zofia niczego nie pozwoliła sobie z ruchomości odebrać. Obstawała przy swoim, że mienie całe jej się należy, twardo argumentując, iż pozyskane zostało wspólnym staraniem jej i nieboszczyka Stanisława, świeć Panie nad jego duszą.
- Wiadomo, co jego było, a ile nabył pracą ze mną - powtarzała twardo.
Nie czekała na koniec postępowania spadkowego, tylko od razu zaczęła swoje rządy w mężowskim majątku. Na terminy rozpraw nie stawała, aby przypadkiem czegoś jej nie zakazano lub nie nakazano, a jako przyczynę podawała, że naznaczeni testamentem opiekunowie ze względu na wiek podeszły zrezygnowali z tej funkcji, a ona nie może sama występować przed sądem, bo mulier est et vidua59. Jednocześnie zaś ugłaskiwała rodzinę mężowską obietnicami ugodowych spłat. Wszak lepiej gotowy grosz dostać, niż włóczyć się po sądach i obalać testament nieboszczyka, szargając przy tym jego dobre imię, prawda? I choć dotychczasowe doświadczenie uczyło, że siostra męża - głowa węża, jak mówi przysłowie, weszła najpierw w porozumienie z szwagierkami, które po ugodzeniu się z nią odebrały stosowne sumy i za to skwitowały ją z pretensji spadkowych, także w imieniu małżonków i potomstwa. Następnie jęła kolejno dogadywać się z braćmi, co trwało znacznie dłużej. Mocno się w czasie rozciągnęła spłata Jakuba, a to dlatego, że ów z życzliwości skromnie usuwał się dalej w kolejce, aby najpierw uiściła zaległości wobec najgłośniejszych krzykaczy. I w końcu stało się tak, że należne mu pieniądze wypłaciła dopiero żonie po jego bezpotomnej śmierci.
Oczywiście najwięcej kłopotu sprawiał wiecznie kłótliwy Szymon, który walczył dosłownie o każdą nieruchomość, a zwłaszcza o folwark Kosznarowski i kamienicę Hanlowską. Do końca jego życia z nim wojowała.
W historii gospodarczej Lwowa zaznaczyła się wyraziściej niż jej mąż. Prowadziła działalność kupiecką z rozmachem i na znacznie większą niż dotąd skalę. Także więcej udzielała pożyczek pod zastawy, niż czynili to ze Stanisławem za jego życia. Najliczniej reprezentowani pośród jej dłużników byli drobni rzemieślnicy z przedmieścia. Ci pożyczali kwoty drobne, ale też niejeden dostojnik państwowy i patrycjusz miejski sięgał do wdowiej kiesy, a tu już sumy szły w setki i tysiące, jak to było z Łaskimi, Sieniawskimi, Dzieduszyckimi, Łukaszewiczem, Łącką, Aichingierami czy Grekiem Konstantym Korniaktem.
Jak na białogłowę, nawet jak na obrotną lwowską mieszczkę, miała zadziwiający zmysł do interesów. W razie niedotrzymania terminu spłaty bezlitośnie rugowała dłużników z obiektów zastawnych i oddawała do więzienia. Uprawiała ten proceder do końca swego pracowitego życia, choć nieraz szumnie zapowiadała, że zamierza się rychło usunąć od spraw doczesnego żywota. Przejęte lichwą place, ogrody i domy korzystnie zbywała i podobnie jak robili to ongiś z mężem, dokupywała kolejne kawałki jego rodzinnej schedy. W ten sposób od wdowy po bracie Piotrze nabyła dziedziczną jatkę Hanlowską. Akuratna w papierach była niezwykle, pamiętając zapewne ów proces o wierzytelności między Stanisławem a Szymonem. Podpisywane dokumenty, skrypty dłużne i chirografy starannie pieczętowała własnym znakiem.
- Ku lepszej pewności pieczęć swą przykładam - mawiała surowo. - By nikt nie ośmielił się niczego podważyć.
A jednak nie zawsze szło gładko. Spadkobierca Anny Łąckiej, tytułowany nobilis60 syn jej, Paweł Łącki, chętnie objął spadek po matce, ale do spłaty 800 złotych długu już się nie kwapił. Sprawa trafiła aż do króla i Zofia wygrała, do czego przyczynił się też fakt panowania wzorowego porządku w starannie opieczętowanych cyrografach.
Zaraz w początkach swej samodzielności wdowiej, gdy już ufundowała mężowi monument grobowy w katedrze, powzięła myśl, by godnie uczcić swą patronkę. Na gruntach folwarku Kosznarowskiego wzniosła drewniany kościółek, a właściwie kaplicę ku czci św. Zofii. W 1574 roku budowa była ukończona61, a w akcie konsekracji znalazł się zapis o zobowiązaniu donatorki do stosownego wyposażenia świątyni i opłacenia kapłana. Jednak gdy później zaczęła szczodrze wspomagać nowo przybyłe do Lwowa Towarzystwo Jezusowe, zaniedbała kościółek i dopiero pod koniec życia przypomniała sobie o nim. Dość skromną jak na nią sumę wyasygnowała wtedy na utrzymanie księdza, widać inne inwestycje stały się ważniejsze. Niemniej służba Boża miała się odprawiać w każdą niedzielę i święto, a w Dzień Świętej Zofii - msza śpiewana. W sobotę po dniu Wszystkich Świętych zalecone było odprawianie mszy żałobnej za dusze fundatorki i jej przodków.
Wiele zabiegów zmarły Stanisław Hanel poświęcił pracom muratorskim przy swej rodzinnej kamienicy i choć postawił nowe ogniomury, niezwykle istotne w miejskiej zabudowie, aby ogień się nie przenosił z domu na dom, rok po jego śmierci budynek został strawiony przez ogromny pożar. Spłonęła górna część, tak iż pozostały tylko izba sklepiona dolna wraz z komnatką i piwnicą. Majster Piotr Italus według zatwierdzonego przez Zofię planu wywiódł nową część górną, dobudował oficyny, okolił przestrzeń podwórzową gankiem, zabezpieczył całość nowymi murami ogniowymi i ponownie ozdobił szczyt fasady kamiennymi rzeźbami.
- Wzniosłam ją ku ozdobie całego miasta - mawiała z dumą wdowa. - Tak jak Stanisław, świeć Panie nad jego duszą, tego pragnął.
Wiadomo, że jak się buduje, to taniej wyjdzie z własnego materiału. Całkiem słusznie zatem wystawiła na folwarku Kosznarowskim nową cegielnię, uznawszy, że stara cegieł nie nastarczy. Cegielnia owa tak się rozrosła, że weszła na teren sąsiedniego gruntu, należącego do miasta. Rada wstrzymała postęp prac i zażądała zburzenia postawionych tam partii. Zofia załatwiła rzecz ugodowo, zobowiązując się do wnoszenia miastu opłaty corocznej w wysokości 3 złotych. I od razu otrzymała pozwolenie na ukończenie budowy.
W pewnym momencie za dużo spraw ją zajmowało, więc zdecydowała się oddać folwark Kosznarowski w dzierżawę obrotnemu kupcowi Konstantemu Korniaktowi. Okazać się rychło miało, że nie był to dobry pomysł. Grek jeździł po świecie w interesach, a doglądanie folwarku zlecił rządcy. Ten prowadził gospodarkę rabunkową i niechlujną, toteż rychło kwitnące gospodarstwo doprowadził może nie do całkowitej ruiny, ale do stanu bliskiego upadku.
A tak pięknie było tam przedtem! Rozżalona i gniewna wdowa podała Korniakta do sądu. Naocznia sądowa stwierdziła poważne zniszczenie, a to stało się podstawą do odebrania dzierżawy i wystąpienia o rekompensatę za szkody. Sprawa przeszła przez wszystkie instancje sądowe, przy czym Hanlowa nie ustąpiła ani o krok, nie dała się namówić na żadne ugody i ostatecznie tytułem odszkodowania przejęła na czas określony sądowym dekretem dochody z kamienicy należącej do Korniakta. Odebrawszy zaś folwark od nieuczciwego zarządcy, sama objęła gospodarkę i szybko doprowadziła ją z powrotem do kwitnącego stanu.
Czas nieubłaganie płynął, lata coraz bardziej dawały się we znaki. Zarządzanie pozamiejskim folwarkiem zabierało czas i siły, których z wiekiem już nie przybywało, postanowiła więc w końcu go sprzedać. Posiadłość nabył rajca Andrzej Sambor. Poza ceną sprzedażną Zofia zastrzegła sobie dożywotni czynsz z cegielni w kwocie 50 złotych rocznie i każdego lata wywóz dwudziestu tysięcy cegieł ściennych na mury i czterech tysięcy cegieł sufitowych. Potrzebne jej były dla jezuitów, którzy w tym czasie budowali kościół i klasztor.
Tak zaczęła się kolejna wojna z Szymonem, który oprotestował transakcję w sądzie. Uważał, że Zofia, posiadając tylko dożywocie na majątku mężowskim, nie ma prawa niczego się pozbywać, a może jedynie użytkować. A przy okazji po raz kolejny przedstawił długą litanię jej nieprawnych poczynań od śmierci męża, oskarżył o trwonienie majątku, o ukrycie i zagarnięcie sum w gotówce po nieboszczyku. Zofia twardo broniła swego.
- Pan Szymon takiej gołej powieści swojej o rzekomo zabranej przeze mnie gotowiźnie znów nie będzie mógł dowieść żadnym cyrografem. Folwark musiałam sprzedać, bo kmieci na nim nie było, a arendy go tylko niszczyły. Do tego wiele miałam wydatków budowlanych w związku z kamienicą Hanlowską, a w czasie zarazy, która rok temu Lwów nawiedziła, żadnych dochodów nie uświadczyłam.
- Przypominam waćpani, że mi się po bracie udział uczciwy należy w rodzinnej schedzie, którą rozprzedajesz.
- Po mej śmierci będziesz miał, panie Szymonie, pretensji na czym szukać, bom wszystkie należytości spadkobierców męża zabezpieczyła na kamienicy Hanlowskiej. A ta przebudowana została najpierw naszym wspólnym ze Stanisławem staraniem, a potem z mojej własnej substancji. I wartość ma teraz bardzo wielką.
- Pani bratowa nie może tak sobie po swojemu dożywociem się rządzić i spadkobierców wyznaczać.
- Owszem, mogę. Bo do swej posesji w dobrach nabytych wspólną pracą z nieboszczykiem mężem czworakie mam prawo. Jedno za wilkierzem miasta w jednej trzeciej. Drugie według zapisanego mi przez męża dożywocia. Trzecie, co sama po nieboszczyku od jego dziedziców przynabyłam. Czwarte, com długi płaciła, kamienicę budowała i poprawiała.
- Bratowa chciałaby jak najwięcej zgarnąć, by potem wedle swej woli te dobra rozszafować - zarzucił zjadliwie, czyniąc aluzję do pomocy udzielanej przez nią przy budowach jezuickich.
Jednak w sprawie folwarku Szymon uzyskał dekret dla siebie korzystny. Wdowa wprawdzie wniosła apelację do króla, ale nic nie wskórała. Wtedy zaczęła umiejętnie różne kruczki prawne stosować, przeciągając sprawę zgodnie ze starą dobrą zasadą exspecta cadaver62. I doczekała, bo Szymon zmarł. Zawzięty aż po grób, w testamencie z 5 marca 1590 roku nakazał dzieciom i ich opiekunom prowadzenie dalszej wojny ze stryjenką. Okazało się to niełatwym zadaniem. Po dwóch latach od śmierci szwagra Zofia wprawdzie niby zmiękła i oświadczyła, że jest gotowa justyfikować się wobec jego spadkobierców, ale gdy sąd naznaczał kolejne terminy sesji, dziwnym trafem woźny nigdy nie mógł jej znaleźć, żeby wręczyć pozew. Rok tak jeszcze sprawę przewlekała i dopiero wtedy wdowa po Szymonie, dwaj synowie, dwie córki i zięć otrzymali od niej 1 tysiąc 200 złotych i jatkę Hanlowską w zamian za zrzeczenie się wszelkich dalszych pretensji.
Zdobytego własną pracą i obrotnością bogactwa nie zużywała dla siebie, a wręcz jawnie pogardzała wszelkimi wygodami. Mimo że miała piękny dom, z którego była bardzo dumna, ostatnie dziesięć lat życia spędziła w skromnej izdebce, mając do posługi jedynie wierną Reginę. Dla siebie oszczędna, wręcz skąpa, nieliczne suknie nosiła wyłącznie czarne i proste, a jej ciemna postać wyraźnie odbijała się od barwnego tłumu lwowskiej ulicy. Po jej śmierci spisano jeszcze mniej kosztowności niż po śmierci jej męża: zaledwie pięć lichych pierścionków z prostymi kamieniami, dwa sygnety, a najwartościowsze okazały się "pacierze", czyli różaniec z korali i guzów pozłocistych.
Pod koniec zrobiła się nieufna i podejrzliwa. Skłócona z rodziną męża, długo rozglądała się za innymi spadkobiercami i kilkakrotnie zmieniała ostatnią wolę. Pewnego dnia poprosiła o kolejną rozmowę lwowskiego arcybiskupa, którego wielce poważała i mianowała wykonawcą wszystkich swoich testamentów.
- Laudetur Iesus Chrystus, jaśnie wielmożny arcypasterzu. - Przyklękła i pochyliła głowę nad arcybiskupim pierścieniem.
- In saecula saeculorum. Amen. Wstańcie, pani Hanlowa.
- Przyszłam do waszej dostojności prosić o łaskę wielką, jako że o zbawieniu duszy czas najwyższy myśleć.
- Jużeście się wielce swej duszy zasłużyli, tak hojnie wspierając w naszym mieście dzieła Societatis Iesu. Ale mówcie, w czym rzecz.
- Rozważam, co z doczesnym dobrem począć, tak by na chwałę Bożą poszło, a nie na zmarnowanie.
- Toć już testament poczyniliście na rzecz potomstwa swego stryja Andrzeja Nacza?
- Alem się wycofała, bo słuchy mnie doszły, że synowie jego utracjusze, a wnukowie nie lepsi. Boję się, że dorobek mój i nieboszczyka męża mego na nic przemarnują. Takoż cofnęłam legaty wyznaczone dwóm moim krewniaczkom Czermińskim.
- Czemuż tak?
- Niewdzięczność okazały, gdy zachorzałam zimą i spodziewałam się od nich opieki. Zjechały wprawdzie, ale dokuczyły mi jeno wielce, zapewne licząc na to, że źle doglądana szybciej z tego świata zejdę.
- I teraz nie wiecie, komu schedę zacną przekazać?
- Decyzję już podjęłam. W Bogu moja jedyna nadzieja, więc postanowiłam majątek swój ad pia opera63 obracać. I pragnę najpokorniej waszej dostojności prosić, byś ponownie zechciał zostać testamentu mego egzekutorem. A to warunki mej ostatniej woli... - Z czarnego woreczka przytroczonego u pasa wyjęła złożoną ćwiartkę pergaminu i podała arcypasterzowi.
To właśnie arcybiskup Jan Dymitr Solikowski sprowadził jezuitów do Lwowa i już od roku 1584 starali się oni o grunt pod kościół i klasztor. A że dostojnik był często w mieście nieobecny, Zofia zaproponowała zakonnikom gościnę u siebie, sama zaś ustąpiwszy im swego pomieszkania, zalokowała się w skromnej izdebce w szpitalu Świętego Ducha64. Mieszkali zatem w pięknej kamienicy Hanlowskiej, póki budowano ich nowy dom i kościół. Te zaś wznoszone były na placach ofiarowanych przez Zofię i z dostarczanej przez nią kosznarowskiej cegły. Gdy kościół stanął, z okazji jego poświęcenia odbyło się w domu Hanlowskim uroczyste przyjęcie dla wybitniejszych przedstawicieli duchowieństwa, szlachty i mieszczaństwa. Wzniesiony wkrótce potem klasztor dzierżył w swych murach zalążek kolegium, które w dalekiej przyszłości miało stać się wielką chlubą Lwowa65.
Wytrawni kaznodzieje, doskonali spowiednicy, jak nikt inny skuteczni w walce o dusze różnowierców, wnosili tym samym szczególny przyczynek do dzieła zbawienia i dlatego też Zofia, dotąd wahająca się co do najwłaściwszego zużytkowania swego majątku, zmieniła ostatecznie dotychczasowe rozporządzenia testamentu na ich korzyść. W kronice klasztornej została za to nazwana najpierwszą z niewiast miasta i najpobożniejszą, licznymi zasługami w dziejach zakonu zapisaną dobrodziejką.
Gdy jezuici przenieśli się do własnego klasztoru, Zofia, likwidująca już wówczas swe sprawy doczesne, nie wróciła do domu Hanlowskiego, lecz sprzedała go dalekim krewnym Łukaszewiczom. Jan Łukaszewicz, tłumacz miejski i kupiec operujący dużą gotówką i kapitałem, prowadzący już dawniej z nią interesy, umówił się na spłaty w ratach, z których ostatnia miała przypaść na Dzień Świętego Michała 1596 roku. Tego dnia już nie dożyła.
Rok przed śmiercią znów zrobiła coś, o czym gadano w całym Lwowie. Pod koniec 1594 roku stawiła się w ratuszu i przekazała na rzecz miasta ogród i dwa domki, położone obok wołoskiego mostu i gruntów szpitalnych. Zgodnie z jej życzeniem miała tu powstać lecznica dla ośmiu nieszczęśników dotkniętych syfilisem, których nie stać było na leczenie, lecz mogli pokryć koszty swego utrzymania i usługi. Opiekę lekarską miał zapewnić chirurg Stefan Denarowicz, który wraz z małżonką swą Agnieszką otrzymał posiadłość tę w używanie tak długo, jak długo wypełniać będzie ów obowiązek leczenia zarażonych. Gdyby się wycofał, zarząd miasta miał wyszukać na jego miejsce innego chirurga. Przypomniano sobie wtedy dziwne zachowanie Wojciecha Duszy oraz podejrzenia co do jego przyczyny i poszły w miasto plotki, że dokonała tak niezwykłego zapisu, bo zostawiła swego pierwszego męża w chorobie i teraz chciała zadośćuczynić, ofiarowując leczenie innym.
Zofia mimo wielkiej pobożności bywała bezwzględna. Zdarzyło się raz nawet, że posądziwszy o kradzież służącą, kazała ją wziąć na tortury. Niewyrozumiała dla dłużników, niejednego z nich wtrąciła do wieży, a choć zdarzało się, że tknięta litością, sama ich potem stamtąd wyciągała, mówiono o niej, że na współczucie mogły u niej liczyć jedynie samotne wdowy. Cóż, położenie ich dobrze rozumiała, samej przeżywszy śmierć ukochanego męża. Swoje praktyki spekulacyjne i lichwę uprawiała do końca życia. Gdy po jej śmierci otwarto czarny woreczek, który zawsze przy sobie nosiła, okazał się pełen wciąż ważnych cyrografów.
Twardo postępowała w interesach i bywała bezwzględna dla bliźnich, a mimo to cieszyła się uznaniem i szacunkiem i to nie tylko wdzięcznych za hojne wsparcie jezuitów. W miejskich urzędach w zapiskach przy jej nazwisku pojawiają się niespotykane przy innych niewiastach określenia: matrona piissima, lectissima, najpobożniejsza, najwybrańsza.
Nie wiadomo, czy pochowano ją przy mężu, bo nieodnotowany został nigdzie taki fakt, a późniejsze przebudowy katedry zatarły wszelkie ślady. Pozostawiła po sobie kościółek Świętej Zofii, zachowany do dziś nagrobek Stanisława Hanla, kamienicę przy Rynku i miejską lecznicę syfilityczną, a przede wszystkim kościół jezuitów i klasztor, z którego wyrosło kolegium, z niego akademia, a z niej uniwersytet. Lwów ma za co tę niezwykłą mieszczkę pamiętać.
Z określeniem "kresowa wilczyca" kojarzy się herbowa Amazonka, w praktyczny sposób świadoma, do czego służy szabla. A przecież zdolność bojowa pań mogła się objawiać niekoniecznie konno i zbrojnie, lecz także prawnie i ekonomicznie. Mieszczka lwowska Zofia Hanlowa, jak lwica broniąca swych dóbr doczesnych oraz własnej niezależności, jest dobrym tego przykładem.
Nie wiadomo, na co zmarł jej pierwszy mąż, niemniej separację uzyskała bardzo szybko, a to w połączeniu z faktem ufundowania takiej, a nie innej lecznicy skłania do wysnucia dość prawdopodobnych podejrzeń. Także nie wiemy, na co chorował mąż drugi, a okoliczności jego śmierci w tym opowiadaniu to moja fantazja. Prawdą jest natomiast, że nie dotarł do niego wzywany w ostatniej chwili ksiądz.
W tamtej epoce i w tym środowisku do późnego wieku powtarzano małżeństwa i starość wcale nie przeszkadzała w pojmowaniu "przyjaciela", jednak Zofia zdecydowała się spędzić resztę życia we wdowieństwie. Czy pragnęła dochować pamięci drugiemu mężowi, czy też nie chciała utracić dożywocia na całości wypracowanego z nim wspólnie majątku, trudno powiedzieć.