Wilczyce - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

5.99 zł
4.91 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Wdzięczność królów.

Margrabia Souday dotarł do wybrzeży Loary i znalazł rybaka, który go zawiózł do przystani Saint-Gildas.

Fregata krążyła opodal; była to fregata angielska. Za kilka ludwików naddatku rybak zawiózł margrabiego do fregaty. Gdy stanął na jej pokładzie, był uratowany. W dwa czy trzy dni później, fregata podpłynęła do trójmasztowca handlowego, który dążył do kanału la Manche. Był to statek holenderski. Margrabia Souday oznajmił, że chce przesiąść się na pokład statku; kapitan angielski kazał go podwieźć. Trójmasztowiec holenderski wysadził na ląd margrabiego w Rotterdamie. Z Rotterdamu margrabia, udał się do Blankenburga, miasteczka w księstwie brunświckiem, które Ludwik XVIII obrał na rezydencyę. Margrabia musiał spełnić ostatnie polecenia Charette'a. Ludwik XVIII siedział przy stole; godzina obiadowa była dlań zawsze godziną uroczystą. Były paź musiał zaczekać, aż jego królewska mość skończy obiad. Po obiedzie został wprowadzony. Wypadki, które rozegrały się przed jego oczyma, zwłaszcza zaś ostatnią katastrofę opowiedział tak obrazowo, że jego królewska mość, mało z natury wrażliwy, doznał wrażenia takiego silnego, iż zawołał: - Dosyć, dosyć, margrabio! Tak, kawaler de Charette był dzielnym sługą, uznajemy to w zupełności. I dał margrabiemu znak, żeby wyszedł. Poseł usłuchał; ale, gdy wychodził, dobiegły go słowa króla, tonem nadąsanym wypowiedziane: - Ten bałwan Souday opowiada mi takie rzeczy po obiedzie! przecież to może zakłócić mi trawienie! Margrabia uważał, że za narażanie życia w ciągu sześciu miesięcy zostać nazwany bałwanem przez tego, dla którego je narażał, to licha nagroda. Pozostało mu w sakiewce około stu ludwików; tego samego wieczora jeszcze opuścił Blankenburg, mówiąc sobie: - Gdybym był wiedział, że doznam takiego przyjęcia, nie zadawałbym sobie tyle trudu, żeby tu dotrzeć! Powrócił do Holandyi, a z Holandyi udał się do Anglii. Tam zaczęła się nowa faza. życia margrabiego Souday'a. Należał on do ludzi, których okoliczności urabiają, stosownie do potrzeby; którzy są silni albo słabi, waleczni, albo tchórzliwi, stosownie do środowiska, w jakie ich rzuci przypadek. Przez sześć miesięcy wznosił się do poziomu strasznej epopei wandejskiej: zabarwił krwią swoją zarośla i równiny górnego i dolnego Poitou; znosił ze stoicką wytrwałością nietylko1 klęski bitew, ale i wszystkie niewygody, które wypływały z tej walki partyzanckiej, obozując śród śniegu, błąkając się bez chleba, bez odzieży cieplejszej, bez, dachu nad głową w błotnistych lasach Wandei; nigdy nie przeszła mu przez głowę myśl żalu, a przez, usta słowo skargi! Po tych wszystkich przejściach, osamotniony w wielkim Londynie, błąkał się ze smutkiem po ulicach olbrzymiego miasta, tęskniąc za dniami walki; stał bez odwagi wobec próżniactwa, bez wytrwałości wobec nudy, bez energii wobec nędzy, która czekała go na wygnaniu. Ten człowiek, który mężnie stawiał czoło ściganiu kolumn piekielnych, nie umiał się oprzeć złośliwym podszeptom bezczynności; szukał rozrywki wszędzie i za jakąbądź cenę, by zapełnić pustkę, jaka się wytworzyła w jego życiu od czasu, gdy nie pochłaniały go już przygody walki zaciętej. Zbyt ubogi jednak był wygnaniec, by rozrywki, jakich łaknął, mogły być gatunku wyższego; to też, stopniowo, tracił wytworność arystokraty, której zmniejszyć nie zdołał strój wieśniaczy, jaki nosił przez dwa miesiące przeszło, a wraz z tą wytwornością tracił i wykwint swoich upodobań; zastąpił szampan porterem i alem, i uganiał się za wyfiokowanemi dziewczynami z Grosvenoru i Haymarketu, on, który niegdyś wybierał śród cór rodów książęcych. Niebawem chwiejność jego zasad i nieustające potrzeby życiowe doprowadziły go do kompromisów, które zaszkodziły wielce jego dobrej sławie; przyjmował to, czego nie mógł już opłacić; szukał towarzyszów pohulanek śród ludzi sfery niższej, a stąd1\ wynikło, że koledzy z emigracyi odwrócili się od niego i, naturalnym biegiem rzeczy, im większa wytwarzała się dokoła niego pustka, tem głębiej margrabia Souday brnął na drodze, na którą wszedł. Dwa lata już prowadził takie życie, gdy przypadek sprawił, że w jednym z lokalów rozpusty w City, gdzie był częstym gościem, margrabia spotkał młodą robotnicę, po raz pierwszy wprowadzoną w świat przez jedną z tych ohydnych kreatur, od których roi się w Londynie, a których zadaniem jest wyrywanie młodych, niedoświadczonych dziewcząt z ich facyatek i wprowadzanie ich na drogę rozpusty. Pomimo zmian, jakie dokonały się w młodzieńcu, pod wpływem niepowodzenia, biedna dziewczyna odczuła, w nim resztki natury wielkopańskiej; z płaczem rzuciła mu się do nóg, błagając, by ją wyratował od niecnego życia, do jakiego chciano ją zmusić, a do którego nie była zupełnie stworzona, dotąd bowiem zachowała cnotę. Dziewczyna była urodziwa; margrabia zaproponował, że ją weźmie do siebie. Dziewczyna rzuciła mu się na szyję, i przyrzekła, że mu się odda z całą miłością i poświęceniem. I stało się, że, nie mając najmniejszego zamiaru spełnienia dobrego uczynku, margrabia zniweczył spekulacyę, opartą na urodzie Ewy. Nieszczęśliwej dziewczynie na imię było Ewa. Dotrzymała słowa - margrabia był jej pierwszą i ostatnią miłością. Zresztą chwila była dla obojga szczęśliwa. Margrabia zaczynał się nużyć walkami kogutów, ostrymi wyziewami piwa, zatargami z; policyą i przygodami miłosnemi z ladacznicami; tkliwość Ewy była dla niego wypoczynkiem; posiadanie tego dziewczęcia, białego, jak łabędzie, które były godłem Bretanii, jego ojczyzny, zadowoliło miłość własną pana de Souday'a. Stopniowo zmienił tedy tryb życia i, nie wracając do nawyknień człowieka swojej sfery, żył przynajmniej, jak człowiek uczciwy. Schronił się z Ewą do facyatki na Piccadilly. Młoda dziewczyna umiała bardzo dobrze szyć; znalazła robotę u bieliźniarki. Margrabia dawał lekcye fechtunku. Począwszy od tej chwili, żyli nędznie ze skromnych dochodów, jakie dawały lekcye margrabiego i roboty Ewy, a miłość ozłacała im ubóstwo. Wszelako ta miłość, jak wszystkie rzeczy śmiertelne, zużyła się z czasem. Na szczęście dla Ewy, wzruszenia, spowodowane wojną wandejską, i znieprawione rozkosze otchłani londyńskiej, pochłonęły nadmiar temperamentu jej kochanka; zestarzał się przed czasem. Istotnie, w dniu, w którym margrabia Souday spostrzegł, że miłość jego dla, Ewy jest już tylko ogniem wygasłym albo przynajmniej wygaśnięcia blizkim; w dniu, w którym pocałunki młodej kobiety nie były już zdolne nie nasycić go, ale go podniecić, przyzwyczajenie owładnęło nim już do tego stopnia, że gdyby nawet uległ potrzebie szukania rozrywek na zewnątrz, nie byłby już znalazł w sobie siły ani odwagi do zerwania stosunku, dającego jego egoizmowi jednostajne zadowolenie powszednie. Ten dawny hulaka, którego przodkowie posiadali przez trzy wieki prawo życia i śmierci w swojem hrabstwie; ten były rozbójnik, adjutant rozbójnika Charette'a, pędził tak przez lat dwanaście smutne, ubogie, nędzne życie skromnego urzędnika, albo skromniejszego jeszcze rzemieślnika. Niebo długo nie zsyłało błogosławieństwa temu związkowi nieprawemu; ale nareszcie modły, jakie zanosiła przez lat dwanaście Ewa, zostały wysłuchane. Biedna kobieta zaszła i dała życie dwom bliźniaczkom. Nieszczęście chciało, że Ewa przez kilka godzin tylko cieszyła - się macierzyństwem, którego tak pragnęła: zabiła ją gorączka połogowa. Jej uczucie dla margrabiego Souday'a było po tych latach dwunastu równie żywe i głębokie, jak w pierwszych dniach ich stosunku; niemniej ta miłość, jakkolwiek wielka, nie oślepiła jej; Ewa poznała, że płochość i egoizm stanowiły grunt charakteru jej kochanka; to też w godzinie skonu szarpał nią ból, spowodowany pożegnaniem na wieki człowieka takiego ukochanego i ogarniała trwoga, że przyszłość jej dwojga dzieci spoczywa w jego płochych rękach. Ta strata wywarła na margrabiego Souday'a, wrażenia, które przytoczymy szczegółowo, albowiem dają one, naszem zdaniem, miarę usposobienia tego człowieka, przeznaczonego do odegrania doniosłej roli w naszej opowieści. Zrazi, opłakiwał poważnie i szczerze towarzyszkę; nie mógł bowiem nie oddać hołdu jej zaletom i nie uznać szczęścia, jakie zawdzięczał jej przywiązaniu. Poczem, gdy pierwszy ból minął, doznał poniekąd uczucia ucznia, który pozbył się swoich więzów. Nazwisko jego, tytuł, urodzenie, mogły kiedyś wywołać konieczność zerwania tego stosunku; margrabia niebardzo tedy złorzeczył Opatrzności, że podjęła się sprawy, której załatwienie byłoby dla niego okrutne. Ale zadowolenie to trwało krótko; tkliwość Ewy, nieustanna troskliwość, jakiej był przedmiotem, rozpieściły margrabiego i ta troskliwość, której mu nagle zabrakło, wydała mu się teraz potrzebniejszą, niż mu się kiedyś wydała miłą. Facyatka, z chwilą, w której zabrakło czystego i świeżego głosu Angielki, co życie do niej wnosił, stała się ponownie tem, czem była w istocie - ohydnem poddaszem; podobnie, jak z chwilą, w której margrabia daremnie szukał na poduszce swojej jedwabistych włosów kochanki, rozpościerających się obfitą, złotawą falą, łóżko jego stało się tapczanem. Gdzież znajdzie teraz słodkie pieszczoty, tkliwą pieczołowitość, jakiemi Ewa otaczała go przez lat dwanaście? Margrabia rozumiał dobrze, iż szukałby ich napróżno, i zaczął w najlepsze nanowo opłakiwać kochankę, a gdy trzeba było rozłączyć się z dwiema córeczkami, które oddał na mamki w Yorkshire, zdobył się w bólu swoim na takie porywy czułości, że wzruszył wieśniaczkę, która dzieci zabierała. Gdy w ten sposób rozstał się ze wszystkiem, co go wiązało z przeszłością, ciężar osamotnienia pognębił margrabiego Souday'a; stał się ponury i milczący; ogarnął go wstręt do życia, a ponieważ wiary religijnej zbyt mocnej nie posiadał, przeto byłby niewątpliwie zakończył istnienie swoje skokiem do Tamizy, gdyby katastrofa r. 1814 nie nadeszła w porę, by go oderwać ód posępnych myśli. Powróciwszy do ojczyzny, której nie miał nadziei już ujrzeć, margrabia Souday, nic nie zażądawszy od Ludwika XVIII przez cały czas wygnania, zwrócił się doń teraz, z natury rzeczy, po zapłatę za krew, jaką za niego przelał; ale książęta często szukają tylko wymówki do niewdzięczności, a Ludwik XVIII miał, w stosunku do swego dawnego pazia, takich wymówek aż trzy. Pierwszą był sposób porywczy, w jaki znienacka oznajmił jego królewskiej mości wieść o zgonie Charette'a, wieść, która istotnie zakłóciła trawienie królewskie. Drugą stanowił odjazd nieprzyzwoity z Blankenburga, odjazd, któremu towarzyszyły słowa nieprzyzwoitsze jeszcze, niż sam odjazd. Wreszcie wymówką trzecią, i to najważniejszą - było jego nieprzystojne postępowanie podczas emigracyi. Nie poskąpiono byłemu paziowi pochwał dla jego odwagi i poświęcenia; ale dano mu delikatnie do zrozumienia, że, mając takie skandale na sumieniu, nie mógł rościć pretensyi do pełnienia, służby publicznej. Powiedziano mu, że król nie jest już panem wszechwładnym, że musi się liczyć z opinią publiczną, po panowaniu niemoralności musi nastąpić era nowa, era surowych obyczajów. Wyłuszczono margrabiemu jak pięknem uwieńczeniem życia, pełnego abnegacyi i poświęcenia, będzie ofiara, jaką złoży ze swych ambitnych zachcianek na ołtarzu konieczności. Słowem, doprowadzono go do tego, że zadowolił się krzyżem orderu św. Ludwika, stopniem i emeryturą dowódcy szwadronu i odjechał spożywać chleb królewski do swoich dóbr Souday, jedynych szczątków, jakie biedny emigrant uratował z olbrzymiego majątku przodków. Pięknym rysem charakteru margrabiego był fakt, że te zawody nie przeszkodziły mu bynajmniej spełnić obowiązku, to jest opuścić ponownie ubogiego zamku, gdy Napoleon przeprowadził swój, iście cudowny, powrót z Elby. Po powtórnym upadku Napoleona, margrabia Souday powtórnie powrócił wraz ze swymi prawymi książętami. Ale tym razem, roztropniejszy niż w r. 1814, zadowolił się zażądaniem od Restauracyi posady łowczego, kierującego obławami na wilki w okręgu Machecoul; ponieważ zaś posada ta była bezpłatna, przeto dano mu ją skwapliwie. Pozbawiony przez całą młodość rozrywki, którą w jego rodzinie była namiętnością dziedziczną, margrabia Souday zaczął z istną pasyą oddawać się polowaniu. Zawsze smutny, z powodu samotnego życia, do którego nie był stworzony; mizantropi niemal skutkiem niepowodzeń politycznych, znajdował w tym ruchu fizycznym chwilowe zapomnienie. To też prawo przebiegania bezpłatnie lasów państwowych dawało mu większe zadowolenie, niż posiadanie krzyża św. Ludwika i rangi dowódcy szwadronu. Otóż margrabia Souday żył już od lat dwóch w swoim zameczku, włócząc się dniem i nocą po lasach wraz ze swymi sześciu psami, jedyną "służbą", na jaką pozwalały mu jego szczupłe dochody, widując się z sąsiadami tyle tylko, ile było trzeba, by nie uchodzić za niedźwiedzia, i myśląc jak najmniej zarówno o spadkach nieodziedziczonych, jak i o minionej chwale - gdy pewnego ranka, dążąc w stronę północną lasu Machecoul, minął się na drodze z chłopką, niosącą na każdej ręce trzy czy czteroletnie dziecko. Margrabia Souday poznał tę chłopkę i zarumienił się. Była to mamka z Yorkshire'u, której od trzydziestu sześciu miesięcy zapominał regularnie posyłać zapłatę za chowanie i karmienie dzieci. Zacna kobieta udała się do Londynu, gdzie postąpiła bardzo rozumnie, zasięgnęła bowiem informacyi w ambasadzie francuskiej. Przybywała zatem, dzięki pośrednictwu francuskiego ministra-rezydenta, który nie wątpił, że margrabia Souday będzie uszczęśliwiony z odnalezienia swoich dzieci. I, rzecz nadzwyczajna, niezupełnie się pomylił. Dziewczynki tak bardzo przypominały biedną Ewę, że margrabia miał chwilę wzruszenia; ucałował je z tkliwością bynajmniej nie udaną, dał fuzyę Angielce a sam wziął na ręce dzieci i zaniósł do zamku ten łup niespodziewany, ku wielkiemu zdumieniu kucharki, która stanowiła jego służbę, i która zarzuciła go pytaniami. To badanie przeraziło margrabiego. Miał dopiero lat trzydzieści dziewięć i nieraz myślał o ożenku, uważając, iż ma obowiązek nie dopuścić, by ród taki znakomity wygasł na jego osobie; byłby też rad, gdyby kobieta odjęła mu troski gospodarskie, których nie, cierpiał. Ale urzeczywistnienie tego projektu byłoby bardzo trudne, gdyby dwie dziewczynki pozostały pod jego dachem. Zrozumiał to, zapłacił hojnie Angielce i kazał jej odjechać nazajutrz. W ciągu nocy powziął postanowienie, które, jak mniemał, pogodziłoby wszystko. Jakież było to postanowienie? Zobaczymy w rozdziale następnym.

I

Adjutant Charette'a.

Jeśli zdarzyło ci się przypadkiem, kochany czytelniku, jechać z Nantes do Bourgneuf, przybywając do Saint-Philibert, zaokrągliłeś, że tak powiemy, róg południowy jeziora Grand-Lieu i, dążąc dalej, przybyłeś po godzinie lub dwóch drogi, stosownie do tego, czy jechałeś, czy szedłeś piechotą, do pierwszych drzew lasu Machecoul.

Tam, na lewo od drogi, w wielkiej kępie drzew, jakby należącej jeszcze do lasu a oddzielonej od niego tylko gościńcem, spostrzegłeś niewątpliwie ostre szczyty dwóch cienkich wieżyczek i szarawy dach zamku, ukrytego śród liści. Popękane mury tej siedziby szlacheckiej, okna, tu i owdzie szyb pozbawione, ściany pokryte dzikimi irysami i mchami pasożytniczymi, nadają jej, pomimo pretensyi feudalnych i dwóch wież, pozór taki ubogi, że nie wzbudziłaby niewątpliwie pożądliwości żadnego z przyglądających jej się przechodniów, gdyby nie przedziwne istotnie położenie naprzeciwko wiekowych gąszczów lasu Machecoul, którego zielone fale rozpościerają się na widnokręgu, jak okiem sięgnąć. W r. 1831 ten mały zameczek był własnością starego szlachcica, margrabiego Souday'a i, od nazwiska właściciela, nazywał się zamkiem Souday. Zapoznajmy czytelnika z właścicielem, zapoznawszy go już z zamkiem. Margrabia Souday był jedynym przedstawicielem i ostatnim dziedzicem starego, sławetnego rodu bretońskiego; albowiem jezioro Grand-Lieu, las Machecoul, miasto Bourgneuf, położone w tej dzielnicy Francyi, objętej dzisiaj departamentem Dolnej Loary, stanowiły część prowincyi bretońskiej, zanim Francya podzielona została na departamenty. Rodzina margrabiego Souday'a była niegdyś jednem z owych drzew feudalnych o olbrzymich gałęziach, których cień rozpościerał się nad całą prowincyą; ale przodkowie margrabiego, nie szczędząc kosztów, by godnie reprezentować ród w karetach królewskich, podcinali drzewo to stopniowo tak dalece, że r. 1789 nadszedł w samą porę, by ocalić pień spróchniały od ręki woźnego sądowego, która go miała obalić, ustrzedz od skonu niegodnego minionej świetności. Gdy wybiła godzina Bastylii, gdy runął stary dom królów, przepowiadając koniec królestwu, margrabia Souday, już dziedzic, jeśli nie dóbr - nie pozostało z nich nic, oprócz wspomnianej siedziby - to przynajmniej nazwiska ojca, był pierwszym paziem jego królewskiej wysokości, hrabiego Prowiancyi. W szesnastym roku życia - tyle lat miał wówczas margrabia - zdarzenia najdonioślejsze wydają się tylko przypadkami; trudno było zresztą nie stać się najzupełniej niefrasobliwym na dworze epikurejskim, wolteryańskim i konstytucyjnym w Luksemburgu, gdzie samolubstwo panowało jawnie i wszechwładnie. Pana de Souday'a - to wysłano na plac Greve, by czyhał tam na chwilę, w której kat zaciśnie pętlicę stryczka na szyi Favras'a i w której ten, oddając ostatnie tchnienie, przywróci jego królewskiej wysokości spokój na razie zakłócony. Margrabia Souday powrócił co tchu do pałacu luksemburskiego z oznajmieniem: - Miłościwy panie, stało się! A miłościwy pan, głosem donośnym, melodyjnym, rzekł: - Do stołu, panowie! do stołu! I wszyscy zasiedli do wieczerzy, jak gdyby prawy szlachcic, który oddawał darmo swoje życie jego wysokości, nie został co tylko powieszony jak zabójca i włóczęga. Poczem nastąpiły pierwsze ponure dni Rewolucyi, ogłoszenie księgi czerwonej, odwrót Necker'a, zgon Miriabeau'a. Pewnego dnia, 22-go lutego 1791 r., nadbiegł wielki tłum i otoczył pałac luksemburski. A to z powodu obiegających pogłosek. Jego królewska wysokość, mówiono, chciał uciekać, by się połączyć z emigrantami, którzy zbierali się na Renie. Ale jego królewska wysokość pokazał się na balkonie i złożył uroczystą przysięgę, że nie opuści króla. I istotnie, 21 czerwca, wyjechał z królem, niewątpliwie dlatego, żeby nie złamać danego słowa, iż go nie opuści. Niemniej opuścił go, i to na swoje szczęście; albowiem przybył spokojnie na granicę z towarzyszem podróży, margrabią d'Avaray'em, gdy Ludwik XVI-ty został zaaresztowany w Varennes. Nasz młody paź zabardzo dbał o swoją sławę modnego młodzieńca, by pozostać we Francyi, gdzie wszelako monarchia potrzebowała swoich sług najgorliwszych; wyemigrował tedy z kolei i, ponieważ nikt nie zwrócił uwagi na osiemnastoletniego pazia, przeto przybył bez wypadku do Koblencyi i dopomógł do skompletowania oddziałów muszkieterów, które tworzyły się tam nanowo, pod wodzą margrabiego Montmorin'a. Podczas pierwszych potyczek bił się dzielnie z trzema Kondeuszami, został zraniony pod Thionvillem, poczem, po wielu zawodach, doznał najsilniejszego ze wszystkich, gdy rozpuszczono korpus emigrantów; rozporządzenie to pozbawiało tylu nieboraków, wraz z nadziejami, chleba żołnierskiego, ostatniego środka utrzymania. Prawda, że ci żołnierze służyli przeciw Francyi, i, że ten chleb ugnieciony był ręką cudzoziemca. Margrabia Souday zwrócił tedy oczy ku Bretanii i Wandei, gdzie walczono od lat dwóch. A oto, jak rzeczy stały w Wandei. Wszyscy pierwsi wodzowie powstania umarli: Cathelineau został zabity w Vannes, Lescure został zabity w Tremblaye, Bonchamp został zabity w Chollet, d'Elbee był lub miał być rozstrzelany w Noirmoutiers. Wreszcie to, co nazywano wielką armią, zostało zniweczone w Mans. Ta wielka armia była zwyciężana w Fontenay, w Saumur, w Torfou, w Laval i w Dol; miała przewagę w sześćdziesięciu bitwach; stawiała czoło wszystkim siłom Rzeczypospolitej, dowodzonym kolejno przez Birona, Rossignol'a, Klebera, Westermann'a, Marceau'a; odrzuciwszy poparcie Anglii, patrzyła jak podpalano jej chaty, zarzynano jej dzieci, zabijano jej ojców; wodzami jej byli Cathelineau, Henryk de la Rochejaquelein, Stofflet, Bonchamp, Forestier, d'Elbee, Lescure, Marigny i Talmont; pozostała wierna swemu królowi, gdy reszta Francyi go opuściła; czciła swego Boga, gdy Paryż ogłosił, że Boga już niema; dzięki jej, wreszcie, Wandea zasłużyła na nazwę ziemi olbrzymów w historyi. Charette i la Bochejaquelein byli jedynymi prawie, którzy się utrzymali. Ale jeśli Charette miał żołnierzy, la Rochejaquelein nie posiadał ich już wcale. Stało się bowiem, że, gdy wielka armia pozwalała, się tępić w Mans, Charette, mianowany głównym dowódca, w dolnym Poitou, przy pomocy rycerza de Couëtu i Jolly'ego, zebrał armię nową. Charette na czele tej armii, zaś la Rochejaquelein, mając tylko dziesięciu ludzi, spotkali się w pobliżu Maulevrier. Tego samego dnia ośmiuset żołnierzy z armii Charette'a przeszło do la Roehejaquelein'a. Na widok la Roichejaquelein'a, Charette zrozumiał, że przybywa mu generał, nie zaś żołnierz; miał poczucie własnej wartości i nie chciał bynajmniej dzielić władzy wodza; pozostał chłodny i wyniosły. Zamierzał właśnie jeść śniadanie - nie zaprosił nawet la Rochejaquelein'a. Nazajutrz Charette rzekł do rywala: - Wyruszam do Mortagne; pan pójdzie za mną. - Dotychczas nie szedłem za nikim, byłem przyzwyczajony do tego, że inni szli za mną. I udał się w swoją stronę, pozostawiając Charette'a własnemu przemysłowi. Jego to śladami podążymy, albowiem on jest jedyny, którego ostatnie bitwy i egzekucja wiążą się z naszą opowieścią. Ludwik XVII nie żył, a 26 czerwca 1795 r. Ludwik XVIII ogłoszony został królem francuskim w kwaterze głównej w Belleville. D. 15 sierpnia 1795 r., to jest w niespełna dwa miesiące później, młodzieniec przyniósł Charette'owi list od nowego króla. List ten, pisany w Weronie i datowany d. 8 lipca 1795 r., przyznawał Charette'owi dowództwo legalne nad armią rojalistyczną. Charette chciał odpowiedzieć królowi przez tego samego posłańca i podziękować za łaskę, jaką go obdarzał; ale młodzieniec oznajmił, że powrócił do Francyi po to, by w niej zostać i walczyć, prosił, by depesza, jaką przywiózł, posłużyła mu za polecenie do głównodowodzącego. Charette niezwłocznie wyznaczył mu służbę przy sobie. Ten młody posłaniec był to nie kto inny, tylko paź brata królewskiego, margrabia de Souday. Gdy wyszedł, chcąc odpocząć po dwudziestu ostatnich milach, jakie przebył konno, margrabia ujrzał na swojej drodze młodego żołnierza, o pięć lub sześć lat starszego, który, trzymając kapelusz w ręku, spoglądał na margrabiego z pełnem szacunku przywiązaniem. Margrabia poznał w nim syna jednego z dzierżawców swego ojca; polował z nim niegdyś i lubił z nim polować, nikt bowiem nie umiał lepiej obrócić dzika i pokierować psami, gdy zwierzę było obrócone. - Co! Jan Oullier! - zawołał - to ty? - Ja we własnej osobie, na usługi pana margrabiego - odparł młody wieśniak. - Ależ z ochotą, mój przyjacielu! Czy jesteś zawsze dobrym strzelcem? - O! tak, panie margrabio! tylko, że w tej chwili nie na dzika już polujemy, tylko na inną zwierzynę. - Mniejsza o to; jeśli chcesz, będziemy polowali wspólnie na tę, jak polowaliśmy na tamtą. I odtąd Jan Oullier został odkomenderowany do boku margrabiego Souday'a, jak margrabia Souday do boku Charette'a; czyli, że Jan Oullier był adjutantem adjutanta generała głównodowodzącego. Poza obrębem swego talentu myśliwskiego, Jan Oullier był człowiekiem nieocenionym. W obozie zdatny był do wszystkiego i margrabia nie miał potrzeby zajmować się niczem; w dniach najgorszej niedoli margrabiemu nie brakło nigdy kawałka chleba, szklanki wody i wiązki słomy, co stanowiło w Wandei zbytek, którym niezawsze mógł się rozkoszować generał głównodowodzący. Mielibyśmy wielką ochotę podążyć za Charette'm, a tem samem i za naszym młodym bohaterem i towarzyszyć im w jednej z tych awanturniczych wypraw, jakie podejmował generał rojalistyczny, a które zjednały mu sławę pierwszego partyzanta w świecie całym; ale historya jest jedną z najbardziej zwodniczych syren, a kto jest taki nierozważny, że pójdzie za nią na jej skinienie, ten nie wie już dokąd ona go zaprowadzi. Uprościmy zatem możliwie opowieść naszą, pozostawiając innemu opis wyprawy pana hrabiego d'Artois do Noirmoutiers i na wyspę Dieu, osobliwe postępowanie księcia, który przez trzy tygodnie przebywał w pobliżu wybrzeża Francyi i nie wylądował; wreszcie zniechęcenie armii rojalistycznej, gdy zaczęli ją opuszczać ci, za których walczyła od lat dwóch z górą! Niemniej Charette odniósł wkrótce potem straszne zwycięstwo pod Quatre-Chemins: było to ostatnie, albowiem zabrała się do dzieła zdrada. Padłszy ofiarą zasadzki, de Couëtu, prawa ręka Charette'a, jego alter ego od śmierci Jolly'ego, został schwytany i rozstrzelany. W ostatnich latach życia swojego Charette nie mógł uczynić kroku, żeby przeciwnik jego, ktokolwiek nim był, Hoche czy Travot, nie został o tem natychmiast uprzedzony. Otoczony wojskami republikańskiemi, osaczony ze wszystkich stron, ścigany dniem i nocą, gnany z zarośli w zarośla, czołgając się z rowu w rów, wiedząc, iż prędzej czy później musi być zabity w jakiejś potyczce, albo, jeśli zostanie wzięty żywcem, rozstrzelany na miejscu; bez schronienia, trawiony gorączką, umierając z pragnienia i głodu, nie śmiejąc żądać na folwarkach, przez które wiodła jego droga, kęsa chleba, ani szklanki wody, ani wiązki słomy, miał dokoła siebie już tylko trzydziestu dwóch ludzi, do których należeli margrabia Souday i Jan Oullier, gdy d. 25.marca 1796 r. oznajmiono mu, że cztery kolumny republikańskie maszerowały równolegle naprzeciw niemu. - Dobrze! - rzekł - w takim razie tutaj trzeba będzie bić się do śmierci i sprzedać drogo swoje życie. Było to w Préliniére, w gminie Saint-Sulpice. Ale Charette ze swymi trzydziestoma dwoma żołnierzami nie zadowala się czekaniem na republikanów: idzie na ich spotkanie. W Guyonniere spotyka generała Valentin'a, na czele dwóchset grenadyerów i strzelców. Charette znajduje dobrą pozycyę i tam przez trzy godziny wytrzymuje ataki i ogień dwustu republikanów. Dwunastu ludzi jego pada dokoła. Armia szuaneryi, która składała się z dwudziestu czterech tysięcy żołnierzy, gdy pan hrabia d'Artois był na wyspie Dieu, zredukowana została do dwudziestu żołnierzy. Tych dwudziestu żołnierzy walczy wytrwale dokoła swego generała i ani jeden nie myśli o ucieczce. Chcąc skończyć bitwę, generał Valentin chwyta, karabini, na czele stu osiemdziesięciu ludzi, którzy mu pozostali, uderza, na bagnety. W tej szarży Charette zostaje raniony kulą w głowę, a cięcie szablą obcina mu trzy palce lewej ręki. Już nieprzyjaciel ma go schwytać, gdy Alzatczyk, nazwiskiem Pfeffer, który ma dla Charette'a więcej niż przywiązanie - cześć - zdejmuje generałowi kapelusz z pióropuszem, daje mu swój i, rzucając się na lewo, krzyczy: - Uciekać na prawo!... Ścigać będą mnie. I w istocie, na niego rzucają się republikanie, gdy Charette wraz z ostatnimi piętnastu żołnierzami pędzi w stronę przeciwną. Charette dociera do lasu Chabotiére, gdy ukazuje się kolumna generała Travot'a. Wszczyna się w walka nowa, ostatnia, w której Charette nie może mieć innego celu, tylko dać się zabić. Z powodu utraty krwi, broczącej z trzech ran, chwieje się i już pada. Naraz Wandejczyk, nazwiskiem Bossard, bierze go na plecy i niesie do lasu; ale wejść w gęstwinę nie zdołał, pada kulą przeszyty. Inny, nazwiskiem Laroche-Davo, zajmuje jego miejsce, postępuje pięćdziesiąt kroków i pada z kolei w rów, który dzieli las od równiny. Margrabia Souday z kolei bierze Charette'a, na ręce i, gdy Jan Oullier zabija dwoma wystrzałami z karabinu dwóch żołnierzy republikańskich, którzy nacierają z blizka, margrabia rzuca się w las ze swoim generałem i siedmioma pozostałymi żołnierzami. O pięćdziesiąt kroków od skraju lasu, Charette odzyskuje nieco sił. - Souday - mówi - posłuchaj mojego ostatniego rozkazu. Młodzieniec zatrzymuje się. - Złóż mnie u stóp tego dębu. Souday waha się usłuchać. - Nie przestałem być twoim generałem - mówi mu Charette głosem rozkazującym - musisz słuchać, rozumiesz! Młodzieniec, pokonany, staje się posłuszny i składa swego generała u stóp dębu. - Tak! a teraz słuchaj mnie dobrze - mówi Charette. - Trzeba, żeby król, który mnie mianował generałem głównodowodzącym swojej armii, wiedział, jak jego generał głównodowodzący umarł. Wracaj do jego królewskiej mości Ludwika XVIII i powiedz mu, coś widział; ja tak chcę! Charette mówił tonem takim uroczystym, że margrabiemu Souday'owi, którego tykał po raz pierwszy, nie przyszło nawet na myśl, że mógłby mu być nieposłuszny. - Dalej - odezwał się znów Charette - nie masz chwili czasu do stracenia, uciekaj; błękitni nadchodzą! Istotnie, republikanie zaczęli się ukazywać na skraju lasu. Souday pochwycił dłoń, którą wyciągał do niego Charette. - Pocałuj mnie - rzekł ów. Młodzieniec go pocałował. - Dosyć! - rzekł generał. - W drogę! Souday rzucił spojrzenie Janowi Oullier'owi. - Idziesz ze mną? - spytał. Oullier, pomny, potrząsnął głową przecząco. - Po co mam tam iść, co ja tam będę robił, panie margrabio - odparł - gdy tymczasem tutaj... - A tutaj co robić będziesz? - Powiem to kiedyś panu margrabiemu, jeśli się jeszcze zobaczymy. I posłał dwie kule dwom najbliżej stojącym republikanom. Dwaj republikanie padli. Jeden z nich był to wyższy oficer; żołnierze podbiegli do niego. Jan Oullier i margrabia Souday skorzystali z tej zwłoki i zagłębili się w las. Ale, gdy uszli pięćdziesiąt kroków, Jan Oullier, znalazłszy gęste zarośla, wsunął się - w nie, jak wąż, ruchem ręki żegnając margrabiego Souday. Margrabia Souday podążył dalej.