ROZDZIAŁ 1
Wspomnienia z dzieciństwa nadal są tak żywe, jakby wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Wiele scen utkwiło mi w sercu i czuję ulgę, że w końcu mogę je z siebie wyrzucić. Od czego by tu zacząć? Sama nie wiem. Może od dnia, kiedy moja szanowna matka, despotyczna Cruella De Mon, po raz kolejny wyrzuciła mnie z domu? Tak, wciąż czuję ten ziąb na całym ciele, gdy pod koniec grudnia musiałam maszerować pieszo po śniegu, na głodniaka.
W normalnych rodzinach okres pomiędzy Bożym Narodzeniem a sylwestrem to frajda. Wszyscy mają wolne, mogą razem posiedzieć albo dokądś wyjechać. Po prostu cieszą się swoją obecnością w spokoju i szczęściu, bo chyba na tym polega miłość? Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo Regina nigdy mnie nie kochała. Osiągnęła za to mistrzostwo w nienawiści.
Był poranek, może nie bardzo wczesny, ale zegar nie zdołał nawet wybić siódmej, gdy matka wparowała do mojego pokoju. Nie spałam zbyt głęboko, ponieważ w domu rodzinnym, o którym jeszcze opowiem, nigdy, nawet przez minutę, nie czułam się bezpiecznie. Żyłam w strachu jak zając, który zamieszkał w norze pełnej lisów. Wciąż wyczekiwałam, aż któryś rzuci mi się do gardła, i właśnie coś takiego działo się w tamtej chwili.
Szarpnęła klamkę, a ja natychmiast otworzyłam oczy. Serce waliło mi jak młotem, obawiałam się, że zaraz wyskoczy z piersi. Nie miałam wtedy jeszcze osiemnastu lat i wciąż chodziłam do liceum.
- Ty kurwo! - ryknęła jak potwór. Skuliłam się na chwilę, nie wiedząc, czy bronić się pod kołdrą, czy próbować jakoś wyminąć matkę i uciekać. - Ty paskudo, wypierdalaj z mojego domu, ale to już! - wrzasnęła i zamachnęła się ręką.
Zawsze potrafiła mnie dosięgnąć. Zawsze. Choćbym nie wiem jak była zwinna i szybka, udawało jej się wymierzyć kilka ciosów. Tym razem w ruch poszła jej ulubiona łyżka do butów, z końcówką w kształcie końskiego łba. Już nieraz mnie nią zlała, więc doskonale wiedziałam, co będzie dalej.
Wywlokła mnie z łóżka na ziemię i zaczęła okładać bez litości.
- Żebyś zdychała i zdechnąć nie mogła! - darła się. - Wypierdalaj, pókim dobra!
Zerwałam się z podłogi, nie mając nawet czasu oszacować, czy czegoś mi nie złamała. Fala stresu była obezwładniająca. Z przerażenia łzy ciekły mi po policzkach i z trudem łapałam oddech. Lęk chwycił mnie za gardło. Przez moment wydawało mi się, że już po mnie, ale przypływ adrenaliny, zrodzony ze strachu, kazał mi uciekać. Wybiegłam na piętro i mało nie pośliznęłam się na dywanie, którym wyłożony był długi korytarz. W ciągu kilku sekund dostałam się do okazałych marmurowych schodów z piękną drewnianą poręczą i wpadłam do dużego holu. Zdołałam włożyć buty, kurtkę i czapkę, gdy zobaczyłam, że Regina stoi na piętrze i wymachuje łyżką. Z jej oczu sypały się iskry, co oznaczało, że na pewno jej nie przejdzie. Musiałam spełnić rozkaz i wynieść się, póki łaskawie była skłonna darować mi życie.
Dobiegłam do dwuskrzydłowych ciężkich drzwi i po chwili poczułam, jak zimne grudniowe powietrze wdziera się do płuc. Byłam bezpieczna, chociaż pozostawiona sama sobie. Miałam ochotę ryczeć, ale powstrzymałam łzy, bo nie chciałam, by policzki mi zmarzły.
Nie było żadnego powodu ani żadnego logicznego wytłumaczenia, dlaczego moja matka w tak brutalny i bezduszny sposób wyrzuciła mnie z domu. Robiła tak kilka razy w roku, średnio co dwa miesiące, bez ostrzeżenia. Nie wiem, kto zasiał w niej nienawiść, ale miałam pecha - Regina nie dość, że nie potrafiła kochać własnej córki, to tępiła mnie jak bezpańskiego psa, który nawet nie miał zębów, żeby się bronić.
Nazywałam ją w myślach Cruellą De Mon, bo pod wieloma względami przypominała tę karykaturalną postać: miała w sobie taką samą chciwość i wściekłość. Jeżeli chodzi o styl bycia, porównałabym ją do Alexis Carrington-Colby. O tak, do Dynastii wzięliby ją bez castingu. Uwielbiała drogie ciuchy i diamenty, uważała, że na nie zasługuje. Zresztą to właśnie mi powtarzała jako najważniejszą matczyną radę:
- Pamiętaj, facet musi dawać ci diamenty. No i każda kobieta powinna mieć fiutro z norek. Ale nie z brzuszków, tylko z grzbietów, rozumiesz?
Nigdy nie doszłam do tego, skąd jej się wzięło to "fiutro". Dzisiaj mnie to śmieszy, ale wtedy wzbudzało złość.
Swoje słowa wcielała w czyn. Zawsze wyglądała jak milion dolców i była gotowa wydać każde pieniądze, byle nosić się z największą - w jej mniemaniu - klasą. W rodzinie krążyła opowieść, jak jeden jedyny raz ojciec wysłał ją do Danii, by kupiła towar. Otworzyli wtedy niewielką hurtownię z chemią gospodarczą i Regina pojechała do swojej matki, żeby złożyć zamówienie. Babcia Aurelia od kilku lat mieszkała w Kopenhadze, więc zawsze nadarzała się okazja do shoppingu, a wiadomo - w Polsce półki świeciły wtedy pustkami. No to pojechała, ale wróciła nie z towarem, lecz z nowym futrem. Czy raczej "fiutrem". Kiedy ojciec ją zapytał, czemu to zrobiła, wyglądała na zdziwioną.
- No, ale, Janek, ty wiesz, jaka była promocja? Z czterech tysięcy dolarów na trzy i pół. No proszę cię, musiałam kupić!
Wydała całą gotówkę, jaką jej dał. Rozumiecie panią? Roztrwoniła kasę i nawet się nie zastanowiła, co to oznacza dla nas i dla biznesu. Do dziś nie kumam, skąd w tej kobiecie tak gigantyczny egoizm.
Regina zawsze nosiła się modnie, jak paniusia, i lubiła podkreślać swoje atuty, a miała figurę jak Sophia Loren. Jeden z jej looków szczególnie zapadł mi w pamięć: beżowa jedwabna oversize'owa kurtka w haftowane aksamitne kwiaty, do tego zamszowe, jasnobeżowe kozaki za kolano.
Kiedyś, pijana, bujając się na nogach, uderzyła mnie w twarz z otwartej ręki. ,,Natychmiast do swojego pokoju" - syknęła. Nie zrobiłam nic złego, po prostu weszłam jej w drogę, to wystarczyło.
Codziennie na ustach nosiła czerwoną szminkę Paloma Picasso, rzęsy miała wytuszowane, fryzurę a la Kleopatra (fascynowała ją zresztą Elizabeth Taylor), kruczoczarne włosy proste jak struna. Nie dało się zaprzeczyć - była piękna. Tak piękna, że mężczyźni byli w stanie zrobić dla niej wszystko, dlatego opływała w luksusy i żyła w wielkiej rezydencji do złudzenia przypominającej w środku dom Carringtonów. A wiem to, bo kiedy chodziłam do liceum, emitowano nowe odcinki Dynastii. Włączałam telewizję i zupełnie jakbym widziała swoją własną chatę. I matkę. Tyle że Alexis, pomimo wielu wad, nie była tak impulsywną, wulgarną, agresywną, egoistyczną i złą kobietą jak moja Regina.
Z wiekiem stawała się coraz gorsza i bardziej nieznośna. Pamiętam, że kiedy jej matka umierała w Danii, nie spieszyła się do szpitala. Pojechał tam mój brat Maurycy, a ona dojechała już po jej śmierci i od razu pobiegła splądrować dom. Szukała złota i pieniędzy, bo tylko na tym jej zależało. A przecież matka ją kochała, tak jak kochała każdego z nas.
Taka właśnie była Regina. I nadal jest, tyle że od kilkunastu lat nie chcę jej już znać. Teraz jestem dorosła i nie muszę znosić tych wszystkich okropieństw.
W tamten grudniowy poranek wciąż jednak byłam nastolatką i błąkałam się w piżamie po Jaśkowej Dolinie, by znaleźć schronienie. Na szczęście zawsze miałam się do kogo zwrócić. Jagna była całym moim światem i ukochaną przyjaciółką.
Nikogo nie bałam się tak jak matki. Ten lęk, który zrodził się we mnie w dzieciństwie, zżerał mnie od środka. Paraliżował. Przez niego nie byłam zdolna, by się zbuntować. Regina wyrzucała mnie już tyle razy, a ja znów, niezmiennie, czułam się zagubiona i samotna. Nie wiedziałam, czy zdołam tam wrócić, a przecież inny scenariusz nie istniał. Pozostawało tylko pytanie: czy na pewno mnie wpuści? A może przyjdzie kiedyś taki dzień, gdy pozbawi mnie dachu nad głową już na zawsze?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI