JESSE
Rozciągam się na mchu obok Rebekki i patrzę w niebo. Położyliśmy nasze kurtki na ściółce, bo mech jest mokry po nocnej ulewie. Wokół unosi się tak intensywny zapach lasu, że najchętniej wypełniłbym nim moje płuca i zrobiłbym sobie z niego zapasy na zimę. Jodły rysują się wyraziście na tle błękitu, jakby były wycięte nożyczkami. Wolnoduch obwąchuje moją twarz, odsuwam go, gdy zaczyna lizać mnie po brodzie. Kładzie się więc obok w trawie, tuż przy mnie i zwija w kłębek. Jeśli przechylę głowę, zdołam położyć ją na jego ciepłym brzuchu niczym na poduszce.
Lata w Jakobsleiter są krótkie, aktualne właśnie dobiega końca. W lesie śnieg topnieje zaledwie na pięć miesięcy w roku, dlatego dni takie jak ten są tak rzadkie. Powinniśmy się nim cieszyć. Ale Rebekka błądzi myślami gdzieś daleko stąd. W mieście, w którym przecież nawet nigdy nie była, ale z którego pochodzi typek, który wetknął jej w dłoń tę zgubną w skutkach karteczkę. Rebekka ma ją ze sobą. Widzę, jak ją ukrywa w zwiniętej dłoni. Karteczka jest całkowicie zgnieciona i nasiąknięta potem - oby na tyle, by nie dało się odczytać zapisanego na niej tekstu.
Widziałam spojrzenia, jakie kilka dni temu rzucali sobie z Rebekką. Facet był trochę starszy od nas i nawet nie wyróżniał się wyglądem. Jednak tu, na górze, brakuje konkurencji, a Rebecce - porównania. Był z nim kolega, po trzydziestce, brodaty, z pokaźnym brzuchem i plamami potu pod pachami, które zresztą pojawiły się, jeszcze zanim w ogóle przystąpił do pracy. Wdrapali się na maszt i bredzili coś o "smart farming" i "precision farming". Szybko się jednak przymknęli, gdy ustawiliśmy się wokół z całym naszym osprzętem, łopatami, grabiami i kilofami, narzędziami odległymi o lata świetlne od cyfryzacji. Zgromadziliśmy się wokół masztu antenowego niczym grupa gotowa na lincz, podczas gdy mężczyźni na górze w nerwowym milczeniu wykonywali swoją pracę. Pracę, o którą nikt z nas ich nie prosił. Nawet antena się wzbraniała, nie chcąc u nas zostać, i długo trwało, zanim ci dwaj wreszcie ją okiełznali i przykręcili do masztu.
Dotychczas najwyższym punktem w okolicy była kapliczka w Jakobsleiter. Teraz jest nim antena. Ponad nią już tylko góry, masywne trzytysięczniki, wiecznie pokryte śniegiem. To właśnie dlatego tutaj postawili maszt antenowy. Jak mówiła pani Bender w szkole we wsi, będzie dostarczał internet w promieniu piętnastu kilometrów, i wyglądała przy tym na ucieszoną, bo Almenen również leży na tym obszarze. Lubię panią Bender, więc postanowiłem dać antenie maleńką szansę, dając wiarę, że może nie jest aż tak zła, jak prorokuje nasz ksiądz. To było jednak, zanim koleś, który ją montował, zawrócił Rebecce w głowie.
Schodząc po kilku godzinach pracy z masztu, monterzy byli głodni i spragnieni, mimo to nikt nie zaprosił ich na obiad czy nawet na kieliszek wódki, jak to zazwyczaj się dzieje po wykonanej robocie. Mężczyźni byli nietutejsi. Byli "stamtąd", byli ludźmi z miasta, a wraz z tym uosobieniem wszystkiego, przed czym nas zawsze ostrzegano. Nie zważając na to, Rebekka przyjęła karteluszek, po czym nerwowo upchnęła go w kieszeni spódnicy, łudząc się, że nikt tego nie zauważył. Wszyscy inni zajęci byli wgapianiem się w antenę niczym w ciało obce. Bo tym właśnie ona jest: masztem telekomunikacyjnym w miejscu, w którym najwyższym dobrem jest milczenie.
Zerkam z ukosa na Rebekkę. Gdybym miał się założyć, obstawiałbym, że na kartce znajduje się numer telefonu. Coś kompletnie bezwartościowego, bo w Jakobsleiter nie ma ani jednego aparatu telefonicznego. Mimo to Rebekka międli kartkę między palcami, jakby to był bilet do innego życia. Już od dawna chce się stąd wyrwać. Ale teraz, mając adres czy numer telefonu, coś, co obiecuje wolność i przygodę, wie też, jak to zaplanować. Dlaczego ona zawsze musi się przeciwko wszystkiemu buntować?
Bok Wolnoducha porusza się pode mną, gdy ten podnosi głowę. Musiał coś usłyszeć albo zwietrzyć. Myślę sobie, że to zapewne tylko zając, więc kładę mu uspokajająco dłoń na pysku, szepcząc "szszszt". Po dwóch sekundach czujności znów kładzie głowę na łapach. Biorę głęboki wdech. Chciałbym oduczyć go polowania.
Osiem miesięcy temu mój ojciec zastrzelił wilczycę, która urodziła Wolnoducha. Zanadto zbliżyła się do naszych domostw, do naszych kóz i dlatego pewnej nocy wyruszyliśmy na polowanie. Mój ojciec wcisnął mi strzelbę w ręce, zupełnie, jakbym potrafił się nią posługiwać. Jakbym wcześniej strzelał do czegoś poza aluminiowymi puszkami przed domem. Oczywiście koniec końców to on był tym, który pociągnął za spust. W przeciwieństwie do mnie, ojciec zawsze trafia. W przeciwieństwie do mnie nienawidzi wilków. Jestem w stanie go zrozumieć, żyjemy z kóz. Ale jednocześnie żyjemy z wilkami. Dlatego nie potrafię podzielać jego nienawiści. Po strzale umierające zwierzę leżało przed nami i krwawiło na leśną ściółkę. W ciemności krew wydawała się czarna, wyglądała jak czarna dziura, która coraz bardziej się pod nim rozszerza. Po pękatych sutkach poznałem, że to wilczyca i domyśliłem się, że gdzieś w pobliżu muszą być jej młode. Dwa dni później znalazłem je w norze w ziemi. Tylko jedno przeżyło.
Wolnoduch.
To Rebekka nadała mu takie imię. Wolnoduch, bo, jak sądziła, ten wilk donikąd nie przynależy - ani do duchów gór, ani do duchów doliny. Bo, jej zdaniem, to postać z pogranicza. Choć tak naprawdę widziałem w jej oczach, że to ona sama chciałaby być takim wolnym duchem.
Wyciągam z kieszeni rzemień, który zaplotłem poprzedniej nocy.
- Mam coś dla ciebie - mówię, demonstrując przedmiot. Mam nadzieję, że Rebekka dostrzeże na nim malutką zawieszkę. Jednak dziękując mi, jest kompletnie nieobecna. Nawet nie odkłada kartki, gdy zawiązuję rzemień wokół jej nadgarstka. Drugą dłonią głaszcze sierść Wolnoducha, jej palce znajdują się tuż przy moich policzkach, ciemne włosy opadają jej na twarz, a ja wyczuwam rozchodzący się od niej zapach mydła. Tutaj, na górze, wszyscy jednakowo pachniemy szarym mydłem. Takim, które może wsiąkać w ziemię bez zanieczyszczania jej. W mieście nazywa się je biodegradowalnym. U nas wszystko jest biodegradowalne, a ja nie mam pojęcia, po co myć się czymś innym. Czymś trującym.
- To miał być wilk - mówię, a jej oszołomione spojrzenie uświadamia mi, że w pierwszej chwili nie ma pojęcia, o czym mówię. - Zawieszka. To miał być wilk.
Potakuje.
- Wolnoduch - mówi, po czym, bez wyraźnego związku, rzuca: - I tak już nie wierzę w duchy doliny.
Brzmi to trochę przekornie, jakby ogłaszała coś, co już od dawna chodziło jej po głowie. Tymczasem ta informacja to dla mnie żadna nowość. Najpóźniej od momentu, kiedy poszliśmy do szkoły, oboje wiemy, że ta cała sprawa z duchami doliny nie może być niczym więcej, jak tylko historią wymyśloną przez dorosłych po to, by dzieci nie oddalały się zanadto od zabudowań. To jednak nie zmienia niczego w tym, co przydarzyło się mojej matce. Ktoś jej musiał wyrządzić krzywdę, a skoro nie były to duchy doliny, to musieli to być miastowi. Gdy któregoś wieczora nie wróciła do domu, przez kilka dni szukaliśmy jej w lasach. A gdy w końcu ojciec ją odnalazł i przyprowadził do domu, okazało się, że z jej głową stało się coś takiego, co zmieniło ją raz na zawsze. Jej śmiech, jej wyraźny głos, jej cała osobowość - to wszystko raz na zawsze zniknęło. Od tej pory opiekujemy się nią z ojcem jak małym dzieckiem. Mama nie jest nawet w stanie samodzielnie pójść do łazienki. Nie mówi. Czasami nie jestem nawet pewien, czy w ogóle mnie rozpoznaje.
Rebekka wie o tym, tak samo zresztą, jak wszyscy wokół. Moja matka przez całe lata służyła za dowód na istnienie duchów doliny. "To duchy doliny!" - to były pierwsze słowa ojca po tym, jak sprowadził matkę do domu. Często to powtarzał, aż trochę podrosłem, a ta historia nieco się zmieniła, zupełnie jakby urosła razem ze mną. Ewoluowała do brutalnej opowieści o tym, jak moja matka w wyniku pobicia doznała urazu głowy. Nabrała szczegółów niczym postać we mgle, którą z daleka widzi się tylko rozmytą, i dopiero gdy się do niej zbliżyć, dokładniej wyłania się ze swojego otoczenia.
Może być i tak, że nie ma żadnych duchów doliny. Może być tak, że istnieją tylko ludzie, dobrzy i źli. Wystarczy jednak tylko spojrzeć na moją matkę, by zrozumieć, kto po której stronie żyje.
Rebekka zakłada pasmo włosów za ucho i wreszcie podnosi na mnie wzrok. W jej oczach odbijają się las i góra, ale też jeszcze coś innego, czego nie mogę pojąć. W moich oczach wciąż widać tylko górę i las. I nic ponadto.
- Nie potrzebujemy tego świata na zewnątrz - mówię. Mówię to dobitnie, zdecydowanym tonem i dociera do mnie, że brzmię przy tym jak mój własny ojciec.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki