- 1 -
Dwaj mężczyźni siedzieli przy kawiarnianym stoliku, pogrążeni w rozmowie. Młodszy wydawał się lekko zdenerwowany, starszy uspokajał go - a przynajmniej tak to wyglądało. Tłumaczył mu coś, wskazując na rozłożone na stoliku papiery, tamten zaś z powątpiewaniem kręcił głową.
- Nie, nie, to nie może się udać - powtarzał i zamilkł dopiero wtedy, gdy obok stojącego w rogu niewielkiego fortepianu pojawił się chudy młodzieniec, który, z racji swej aparycji, lepiej prezentowałby się na arenie cyrkowej, wpadając do beczki z mąką. Po chwili stanęła przy nim przystojna kobieta w ciemnej sukience uszytej według najnowszej mody.
Młodszy mężczyzna westchnął zirytowany.
- Przepraszam, Wiktorze - rzekł starszy. - Szukałem spokojnego miejsca, ale nie miałem pojęcia, że odbywają się tutaj...
Pierwsze tony, jakie wydobył z instrumentu smętny pianista, zagłuszyły dalsze słowa.
- Boże - westchnął młodszy. - Zapłacę i poszukamy innego miejsca.
Ale jego towarzysz podniósł w górę wskazujący palec, jak gdyby chciał nakazać mu milczenie. Potem jego twarz przybrała lekko nieobecny wyraz.
Kobieta w ciemnej sukni z wielką swobodą śpiewała arię z Wesołej wdówki czystym, dobrze ustawionym głosem. Nie zwracała najmniejszej uwagi na tych, którzy jej słuchali, po prostu w pełni oddawała się przyjemności, jaką sprawiał jej śpiew.
Skończywszy, sięgnęła po szklankę wody stojącą na fortepianie i kiedy umilkły oklaski, ruchem głowy dała znać pianiście, aby znów zaczął grać.
- Co za głos... - szepnął mężczyzna nazwany Wiktorem.
Starszy w milczeniu skinął głową i położył palec na ustach. Wydawało się, że zapomniał o leżących na stoliku dokumentach.
Kiedy krótki koncert się skończył, mężczyzna wstał, podszedł do śpiewaczki i ukłonił się. Wyrazy uznania przyjęła tak samo naturalnie, jak śpiewała.
- Roman Milewicz - przedstawił się. - Przyszedłem tu z przyjacielem, aby omówić kilka ważnych spraw, ale nie miałem pojęcia, że trafię na koncert...
- Koncert... - powtórzyła. - No tak, na to wygląda, że był to koncert.
- Powinna śpiewać pani na największych scenach operowych - powiedział.
- Już to robiłam - odparła.
- Pani... śpiewała...?
- Tak. - Uśmiechnęła się. - Śpiewałam. W Pradze, Budapeszcie, Wiedniu.
- Zatem, na miłość boską, co pani robi tutaj?
- Zarabiam na życie - odparła z prostotą.
Milewicz przetarł czoło wierzchem dłoni.
- Niemożliwe - mruknął. - Niemożliwe.
Kobieta rozłożyła ręce.
- A jednak - odpowiedziała.
- Czy mógłbym wiedzieć...
- Przepraszam, nie przedstawiłam się. Olga Miernikówna. Rzadko kiedy wdaję się w rozmowy z nieznajomymi. To znaczy, rzadko kiedy ktoś przychodzi tak po prostu, żeby powiedzieć mi coś miłego.
- Nie wierzę.
- Powiedziałam "miłego". Za to otrzymuję różne propozycje i proszę mi wierzyć, z żadnej z nich nie zdarzyło mi się skorzystać.
Co za klasa, pomyślał Milewicz. Śpiewa w kawiarni, zarabia na życie. Głos ma anielski, a maniery królewskie. Poczuł, że nie może pozwolić jej odejść, zniknąć. Tym bardziej że nos detektywa podpowiadał mu, iż ma do czynienia z absolutnie niezwykłą osobą o równie niezwykłej historii.
- Proszę się nie obrazić - powiedział - ale zapraszam panią do moje... do naszego stolika. Niech pani przyjmie zaproszenie.
Spojrzała na niego tak, jakby chciała przejrzeć go na wylot, i spostrzegł, że jej prawe oko jest błękitne, a lewe - zielone. Być może to sprawiało, że trudno było oderwać od niej wzrok.
- Dobrze - odparła. - Ale zapłacę za siebie. To mój warunek.
Widząc, jak Milewicz i jego towarzyszka kierują się w stronę stolika, Wiktor wstał i ukłonił się artystce.
- Witold Zwoliński - przedstawił się.
Olga zamówiła filiżankę kawy i nic więcej. Milewicz przez chwilę zastanawiał się, czy to nie nadszarpnie jej budżetu, jednak nie mógł posunąć się dalej - samo zaproszenie tej młodej kobiety do stolika było odrobinę ryzykowne.
- Pani jest... - odezwał się Wiktor - nie wiem, jak to określić...
- Mam talent - odparła z prostotą. - Talent do śpiewania, ale nie do robienia kariery - roześmiała się.
W jej śmiechu nie było ani krzty goryczy. Zupełnie jakby to ją bawiło.
- Pani głos sam powinien otwierać wszystkie drzwi - odrzekł Milewicz. - Wystarczyłoby...
- Wiem. Ale nie jestem pewna, czy tego chcę.
- Nie chce pani?
- Powiedziałam, że nie jestem pewna, czy tego chcę - sprostowała. - Przepraszam, robi się późno. Będę musiała panów pożegnać. Było mi bardzo miło.
- Co za kobieta! - szepnął Wiktor. - Boże, zrobiłbym wszystko, aby...
Milewicz postukał palcem w stolik.
- Najpierw musimy oczyścić cię z zarzutów. Na Boga, nie możesz uciekać przez całe życie. Zarzut morderstwa to coś naprawdę poważnego. Kiedy...
- Gdybyś nie wierzył w moją niewinność - przerwał mu Wiktor - czy podjąłbyś się...?
- Nie - odparł Milewicz. - Jestem detektywem, nie adwokatem, a to różnica.
Wiktor roześmiał się nerwowo.
- Kiedy sprawa zostanie rozstrzygnięta, mam nadzieję na moją korzyść, poproszę cię, abyś...
- Z największą przyjemnością - odparł detektyw. - Sam chciałbym czegoś się o niej dowiedzieć. Z czystej ciekawości, Wiktorze. Nie zapominaj, że mam rodzinę.
- Czy to w czymś przeszkadza? - mruknął jego towarzysz.
- Niektórym nie. Ale ja, jak zapewne zdążyłeś się już nieraz przekonać, jestem inny. Człowiek, drogi Wiktorze, powinien mieć kompas. Dla jednego to będzie wiara, dla innego przekonania polityczne, cokolwiek. Bo jeśli tego nie masz...
Ma rację, pomyślał Wiktor. Szkoda, że nie myślałem w taki sposób, kiedy...
Powróciwszy do hotelu, gdzie figurował w księdze gości jako Witold Zwoliński, długo nie mógł zasnąć. Piętro wyżej Milewicz spał snem sprawiedliwego, a przed oczyma Wiktora jak obrazy przesuwały się sceny z przeszłości. Była tam kobieta, która w przedziwny sposób przypominała śpiewaczkę z kawiarni, a także dworek położony w malowniczej okolicy i kłopoty, w które się wpędził, uległszy hazardowi. Karcianych epizodów nie zaliczył wielu, zaledwie cztery czy pięć, lecz każdy z nich był brzemienny w skutki. Przykre skutki.
Ojciec Wiktora, człowiek surowy i zasadniczy, spłacił długi i zapowiedział, że teraz syn zaciągnął u niego honorową pożyczkę. Dał mu do zrozumienia, że dopóki nie zajmie się czymś konkretnym, dopóty nie ma wstępu do domu. Wprawdzie matka próbowała wspierać syna za plecami męża, ale jej pomoc ledwie starczała na w miarę przyzwoite życie. Wiktor zdawał sobie sprawę, że nie może to trwać wiecznie, bowiem suma, jaką dysponowała na wyłączność, wyczerpie się w końcu.
- Nie pozostaje ci nic innego, jak tylko ożenić się bogato - powiedział jeden z jego znajomych.
Nigdy wcześniej nie przyszło mu to do głowy, a wydawało się to tak dziecinnie proste! Był przystojny i dobrze o tym wiedział. Potrafił i słuchać, i opowiadać ciekawe historie, zachowywał się szarmancko wobec kobiet - po prostu nie brakowało mu niczego.
Należało tylko znaleźć odpowiednią kandydatkę. Odpowiednią - to znaczy niegłupią, niebrzydką i niebiedną. Czy może w odwrotnej kolejności.
Tego samego dnia sporządził listę znajomych - dalszych i bliższych, którzy mieli siostry lub kuzynki, i postanowił ich wszystkich odwiedzić. Na pierwszym miejscu znalazł się jego dawny znajomy, Henryk, który miał siostrę, majątek i ekscentryczne poglądy, o ile Wiktor dobrze sobie przypominał. Kiedy jednak pojawił się w malowniczym dworze, czekała go niespodzianka. Niespodzianka miała piękne błękitne oczy, jasne włosy i delikatnie wykrojone usta, jakby stworzone do pocałunków. I na dodatek nie była zainteresowana niewinnym flirtem, który i tak nie doprowadziłby do niczego konkretnego, bowiem intuicja podpowiadała Wiktorowi, że dziewczyna nie należy do najbogatszych.