Wilcze córki. Nina. Tom 4 - Katarzyna Ryrych

-
Proszę czekać

- 2 -

Ze swojego dzieciństwa Nina pamiętała dwie rzeczy. Ręce matki, które ostrożnie rozczesywały jej włosy, aby zapleść je w warkocz, delikatne, ciepłe, o starannie obciętych paznokciach.

Pamiętała także te ręce, dziwnie chude, chłodne, z błękitnymi żyłkami rysującymi się pod skórą, ręce, które spoczywały na ramionach dwu najmłodszych córek, czteroletniej Niny i trzyletniej Katarzyny, kiedy obie przysypiały w przedziale pociągu wiozącego je do Odessy. Koła stukały monotonnie, a powieki Niny robiły się coraz cięższe. Stukotowi kół towarzyszyły westchnienia ojca, jakby zalegał mu na piersi jakiś straszliwy ciężar. Od czasu do czasu do uszu Niny docierały pojedyncze słowa, urywane zdania.

- Jeśli nie wrócę, Błażeju...

Koła wypadały z rytmu na zwrotnicach.

- Nie waż się tak mówić, Marysiu. Melek znalazł najlepszego lekarza, wiesz, jakie ma znajomości.

- Nie ma lekarstwa na śmierć.

Głos matki brzmiał jak szelest liści, jak tchnienie wiatru.

- Jeśli... opiekuj się dziećmi, szczególnie dziewczynkami... Chłopcy sobie poradzą. Proszę.

- Marysiu, to przecież oczywiste, zrobię tak, obiecuję dla twojego spokoju, ale naprawdę wszystko będzie dobrze.

- Tak - powtórzyła jak echo. - Będzie dobrze. Będzie dobrze.

Bę-dzie dob-rze, bę-dzie dob-rze, stukały koła, głowa Niny robiła się coraz cięższa, aż wreszcie opadła na ramię matki.

Nina pamiętała, jak przesiadali się do innego pociągu na jakimś dworcu, biegły z siostrą za ojcem, trzymając się poły jego marynarki. Niósł matkę na rękach, jakby była dzieckiem, a to przecież ich małe nogi za nim nie nadążały. Być może to była właśnie ta chwila, kiedy w oczach Niny pojawił się dorosły smutek i został z nią już na zawsze.

Wuj Melchior czekał na brata na dworcu, zajechał lekkim powozem i witał wszystkich z udawaną radością. Katarzyna, zwana w domu Katią, łasiła się do niego jak kociak, a Nina szła sztywno, obserwując mewy krążące z krzykiem nad miastem. Była tak zmęczona, że nic nie zjadła, ciotka zaniosła ją do sypialni i przebrała w nocną koszulkę, podobnie jak jej siostrzyczkę.

Katia nie rozumie, pomyślała sennie Nina. A ja rozumiem za nas dwie. I może dlatego to jest takie smutne.

Rankiem wmusiła w siebie śniadanie, "żeby nie martwić mamy" - powiedziała ciotka i zaprowadziła obie dziewczynki do pokoju, gdzie było dużo zabawek, ale żadnego dziecka.

Dziwne, pomyślała Nina. Zaczęła przyglądać się lalce, której oczy zamykały się, gdy ją położono, i otwierały, gdy wracała do pozycji pionowej. Miała porcelanową buzię i prawdziwe włosy przewiązane jedwabną wstążką.

- Podoba ci się? - zapytała ciotka, ale patrzyła na Katię, nie na Ninę, zupełnie jakby ta była niewidzialna. - Dziewczynki - powiedziała po chwili - teraz wasza mama pojedzie do szpitala, ucałujcie ją. Zobaczycie się jutro.

Nina usiadła na oknie, skąd widziała, jak ojciec wychodzi z domu, niosąc matkę w ramionach, a idący obok wuj coś im tłumaczy.

Wsiedli do powozu i odjechali, a Nina poczuła dziwny ucisk w gardle, zupełnie jakby coś tam utkwiło i nawet książka z kolorowymi obrazkami nie potrafiła sprawić, aby zniknęło.

Katia ustawiała na podłodze malutkie zwierzątka i mówiła coś do siebie.

Czy to naprawdę dalej moja siostra?, myślała Nina.

Zwinęła się na fotelu z książką i zamknęła oczy. Jeśli zaśnie, czas zleci szybko i już będzie jutro, kiedy zobaczy się z matką.

- Biedne dziecko - powiedział ktoś cicho, okrywając ją wełnianym szalem.

Nie wiedziała, kto to, bo nie chciała otwierać oczu. Tak czy inaczej musiał to być ktoś dobry, uważny, kto spostrzegł, jak bardzo jest jej smutno.

Obudził ją radosny pisk Katii i głos ojca.

- Gdzie są moje panienki? Mama kazała was ucałować... mocno ucałować...

Ale w jego głosie było coś nie do końca radosnego, jakieś pęknięcie, które Nina natychmiast wyczuła.

Wieczorem ojciec ze swoim bratem usiedli w gabinecie, a ciotka przyszła do pokoju i usiadłszy na brzegu łóżka Katii, zaczęła czytać im na głos bajkę o koniku garbusku. Gdybym miała takiego konika, myślała Nina, poprosiłabym go, aby zabrał mnie teraz do mamy. Pewnie w szpitalu mają duże łóżka, to znalazłoby się miejsce obok niej.

Obudziła się wcześnie - a raczej obudziły ją ludzkie głosy dochodzące z ulicy i krzyk mew - wiedziała już, że te przejmująco krzyczące ptaki to mewy i pełno ich w każdej nadmorskiej miejscowości.

Po śniadaniu, ubrane w nowe sukienki i nowe buciki - wuj był bardzo bogaty, o wiele bogatszy niż ojciec Niny, i przed przyjazdem dziewczynek zaopatrzył je w garderobę najlepszej jakości - razem z tatą, ciotką i wujem wsiadły do powozu, który zawiózł je do szpitala.

Jak dziwnie drobna była matka leżąca na szpitalnym łóżku. Wyglądała na jeszcze bledszą niż zwykle, a jej ręce wydawały się prawie przezroczyste.

Katia natychmiast wdrapała się na łóżko i zaczęła opowiadać o lalkach, zwierzątkach i innych cudach, jakie znajdowały się w pokoju. Nina stała obok, nieruchoma, cicha, jak porcelanowa figurka.

Policzek mamy był dziwnie chłodny, gdy dotknęła go ustami.

- Bądź dobrą dziewczynką, Ninuś. - Matka uśmiechnęła się blado.

- Zapleciesz mi włosy? - zapytała niespodzianie Nina.

- Nie męcz mamy - powiedziała ciotka.

- Nie, nie męczy mnie. - Matka uniosła się na łóżku. - Tam jest grzebień. - Ruchem głowy wskazała niewielki neseser.

Nina przymknęła oczy. Dłonie matki były delikatne, przesuwały pasma jej włosów, zupełnie jakby ta grała na jakimś instrumencie. Żeby to trwało jak najdłużej, myślała dziewczynka. Żeby nie skończyło się nigdy.

Wyszła ze szpitala z warkoczem przerzuconym przez ramię, pragnąc, aby na jej włosach na zawsze pozostał dotyk matczynych rąk.

Dorośli byli dziwnie smutni, ale gdy zwracali się do niej i do jej siostry, na ich twarzach pojawiały się sztuczne uśmiechy.

Wszystko dookoła wydawało się ciężkie, a powietrze tak gęste, że z trudem dało się oddychać, stopy Niny były jak odlane z ołowiu, a falbanki sukienki ostre jak kawałki metalu.

Po obiedzie ojciec powiedział, że wraca do szpitala, aby mamie nie było smutno.

- Kłamiesz! - krzyknęła Nina. Nie wiedziała, skąd przyszło jej do głowy, że ojciec może kłamać, ale to było silniejsze od niej.

- Niegrzeczna dziewczynko - wybuchnęła ciotka - jak się odzywasz do swojego taty?

Nina nie zwracała na nią uwagi.

- Zabierz mnie ze sobą - poprosiła, patrząc na ojca. Złożyła ręce w błagalnym geście, ale tata przeszedł bez słowa obok niej.

Kiedy chwyciła skraj jego marynarki, rozplótł jej palce i popchnął ją w ramiona wuja.

Trzasnęły drzwi.

- Chcę do mamy! - krzyknęła Nina. - Puść mnie!

- Uspokój się, kochanie - powiedział cicho wuj. - Chodź, zjemy lody i ciasteczko...

Postawił ją na podłodze, a Nina, korzystając z okazji, rzuciła się w stronę drzwi. Były zamknięte.

Usiadła na dywanie, wydając dźwięki podobne do tych, jakie wydają szczenięta, które na chwilę zgubiły matkę.

Odtrąciła pucharek z lodami i zamknęła oczy, aby nie widzieć, jak Katia, niczego nieświadoma, pochłania swoją porcję i kruszy ciastkiem dookoła.

- Chodź.

Tęga kobieta w białym, wykrochmalonym fartuchu wzięła Ninę na ręce i przytuliła do obfitego biustu. Dziewczynka czuła bicie jej serca i zapach taniego mydła. Jej głos był dziwnie znajomy; ach, więc to ta kobieta odezwała się do niej, okrywając ją szalem.

- Niech Marfa zabierze małą - poleciła ciotka - i z nią posiedzi.

W pokoju pełnym zabawek Marfa usiadła w fotelu, nie wypuszczając Niny z ramion.

- Uspokój się, ptaszyno - szepnęła. - Twoje serce bije jak serce wróbelka. Mój braciszek kiedyś złapał wróbelka i dał mi go potrzymać.

- I co? - zapytała Nina.

- Wypuściłam go. Pooooleciał wyyysoko... Nie wolno trzymać ptaków w klatce.

Nina się uśmiechnęła. W tej kobiecie było coś takiego, że czuła się bezpiecznie, jak na kolanach matki, choć oczywiście to nie było to samo.

Tamta kołysała ją delikatnie i serce Niny uspokajało się powoli.

- O, już dobrze. - Marfa się uśmiechnęła. - Widzisz?

Kiedy zawołano ją na dół, aby przygotowała podwieczorek, Nina została sama w pokoju pełnym zabawek.

- Po co im to wszystko - zastanawiała się. A potem rozejrzała się za siostrą. Tutaj jej nie było, za to z dołu dochodził jej śmiech.

Ona nic nie rozumie, pomyślała Nina. A ja?, zastanowiła się. Czy ja coś rozumiem?

Popołudnie powoli zamieniło się w wieczór. Ojciec jeszcze nie wrócił i czuła, jak ponownie ogarnia ją lęk. A jeśli... jeśli ją zostawił? To znaczy, zostawił je obie? A jak zostawił, to gdzie się udał? Katia jeszcze mała, wszędzie jej dobrze, kocha wszystkich i wszyscy ją kochają. A ona...? Zawsze pozostaje na uboczu, cicha, prawie niewidzialna.

Muszę to sprawdzić, postanowiła. Włożyła płaszczyk i buciki i niepostrzeżenie zeszła po schodach. Tylne drzwi były uchylone, więc wysunęła się na podwórko, to drugie, brzydkie, gdzie stały drewniane skrzynki po owocach i koszyki pachnące rybami. Pomiędzy nimi siedział duży, biały kot. Na jej widok zjeżył sierść, ale nie uciekł.

Znalazłszy się na ulicy, spróbowała sobie przypomnieć, w którą stronę pojechał rankiem powóz. Z pewnością nie tam, skąd wiał wiatr o dziwnym, ostrym zapachu. Zatem należało iść w drugą stronę, tak jak prowadziła ulica.

Nina biegła, a podeszwy jej bucików stukały o bruk. Przystanęła za zakrętem, tam, gdzie nikt nie mógł jej dostrzec przez okno. Oparta plecami o ścianę gwałtownie łapała powietrze.

Stworzenie, które wyszło zza ogrodzenia, poruszało się bezszelestnie. Jego oczy zalśniły w zapadającym zmroku.

Nina wstrzymała oddech, ale chudy, bezdomny pies przeszedł obok niej, nie zwracając uwagi na małą, przestraszoną dziewczynkę.

Którędy teraz, pomyślała Nina. Ulica prowadziła prosto, stały wzdłuż niej kamienice. Gdyby było jasno, zapewne rozpoznałaby którąś z nich. Ale wrócić już nie mogła. Ciotka byłaby na nią zła. Chyba z jakiegoś powodu jej nie lubiła, ale Nina nie miała pojęcia, co takiego zrobiła.

Może po prostu nie była taka jak jej siostra? Przymilna, radosna?

Ulica ciągnęła się bez końca. Kamienice nagle zamieniły się w niskie domy. Niektóre okna były jasne i na ulicę dochodził gwar i muzyka. Nina wspięła się na palce, by zajrzeć do środka. Przy stołach siedzieli mężczyźni, ich twarze oświetlały naftowe lampy. Śmieli się głośno, a kręcące się wśród nich kobiety przysiadały im na kolanach. W tym widoku było coś magnetyzującego, ale nie mogła tak stać bez końca.

W innych miejscach było bardziej ponuro, mężczyźni w dziwacznych nakryciach głowy palili fajki, a dym jak wstążki powoli unosił się w górę. Gdzie indziej grano w karty i tam Nina została dłużej. Patrzyła na grających i zauważyła, że w pewnym momencie jeden z nich zerwał się z krzesła, rzucił na stół karty i wyszarpnąwszy z kieszeni jakiś dziwny przedmiot, wybiegł na ulicę.

Oparł się o ścianę i podniósł w górę dłoń z rewolwerem. Przed chwilą zgrał się do końca i wszystko straciło sens.

- Proszę pana.

Ukrył broń za plecami i spojrzał zdziwiony na małą dziewczynkę, która wyrosła przed nim nie wiadomo skąd.

- Co tu robisz? - zapytał. - Skąd się tu wzięłaś?

- Muszę się dostać do szpitala - powiedziała Nina.

- Do szpitala... - powtórzył. - Na miłość boską, dlaczego?

- Moja matka jest w szpitalu - odparła dziewczynka. - Jest z nią mój ojciec. Muszę ją znaleźć.

- Boże! - westchnął mężczyzna. - Jak mam ci pomóc...

- Duży szpital - ciągnęła Nina - a przed nim aleja, bardzo długa.

Nieznajomy przymknął oczy.

- Zdaje się, że wiem - mruknął.

Nina wsunęła dłoń w jego rękę. Zacisnął na niej palce. Z jej małej dłoni płynęło do niego życie. Kto postawił tę małą na jego drodze dokładnie w chwili, gdy myślał, że wszystko się skończyło? Bóg? Wszyscy dokoła zaczynali mówić, że go nie ma.

- Nie bolą cię nogi? - zapytał.

- Trochę - odpowiedziała.

- Chodź. - Wyciągnął ręce. - Poniosę cię.

Nina objęła go rękoma za szyję. Czuła się dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy jej starszy brat nosił ją na barana. "Chodź na barana" - mówił i niósł ją przez łąkę nad staw, gdzie pokazywał jej wodne pająki i wijące się w mule pijawki.

Tylko koszula brata nie pachniała dymem papierosowym.

I było to zupełnie obce miasto, noc i nieznany człowiek, który niósł ją bez wysiłku przed siebie. Nie miała pojęcia, że z każdym krokiem serce mężczyzny robiło się coraz lżejsze, ustawał zamęt w jego głowie, a przerażone myśli ustępowały tym rozsądnym.

- Hej, ty! - zawołała jedna ze spacerujących po chodniku kobiet. - Hej, ty, oddaj dziecko żonie i chodź się trochę zabawić...

Nina dostrzegła, że kobiety miały jaskrawo pomalowane usta, duże, czerwone jak u klaunów, których oglądała w cyrku.

Zbył ją machnięciem ręki, lecz kiedy znaleźli się na szerokim, brukowanym prospekcie, gdzie rosły drzewa, zaśpiewał głośno:

Ech, szaraban moj, amierikanka

Ech, ty diwczonka, ty szarłatanka...

Tę piosenkę często śpiewał jej brat, akompaniując sobie na mandolinie, i gdyby nie było jej tak smutno, z pewnością zaśpiewałaby kolejną zwrotkę.

- A oto i szpital - powiedział młody człowiek.

Nina zsunęła się na ziemię.

- Dziękuję. - Dygnęła grzecznie, tak, jak uczyła ją matka.

- O nie - zaprotestował. - Nie pójdziesz sama. Dopóki nie odnajdziesz swojej mamy, będę ci towarzyszyć.

Wejście do budynku było proste, bowiem stróż czuwający przy bramie zasnął albo zajmował się czymś innym.

Towarzysz Niny spojrzał w niewielkie okienko, przez które portier wysuwał głowę, aby sprawdzić, kto idzie. Stróż spał nadal.

- Zaczekaj - powiedział do Niny jej przewodnik.

Zrzucił płócienną marynarkę i chwycił rękoma za gzyms. Oparł się nogą o mur i podciągnął w górę. Po chwili zwinnie przedostał się na drugą stronę.

Nina podniosła jego marynarkę. Podniosła także przedmiot, który wypadł z kieszeni.

Rewolwer, pomyślała. Dokładnie taki sam leżał w szufladzie ojcowskiego biurka. Po co komuś rewolwer? I nagle przed jej oczyma stanęła scena, której była mimowolnym świadkiem. Mężczyzna przykładający rewolwer do skroni... Czyżby chciał się zabić?

Nie miała jednak czasu na rozmyślania, bowiem brama się otworzyła i stanął w niej jej znajomy.

- Idziemy - powiedział. - Musimy znaleźć kogoś, kto...

- A wy co tu robicie?

Przed nimi jak spod ziemi pojawiła się rosła kobieta w białym fartuchu.

- Nazywam się Janina Grzybowska - powiedziała głośno i wyraźnie Nina - i szukam mojej mamy, Marii Grzybowskiej. Jest z nią mój tata...

Twarz kobiety złagodniała.

- Biedne dziecko - szepnęła. - Chodźcie, zaprowadzę was.

Długi korytarz zdawał się nie mieć końca, jakiś ostry zapach wiercił w nosie, a dokoła panowała przedziwna cisza.

- Jakżeś ty tutaj trafiła? - zapytała w pewnej chwili kobieta.

- Wyszłam z domu - odrzekła Nina - a potem spotkaliśmy się i...

- To tu. - Zatrzymała się pod drzwiami.

Nina odetchnęła głęboko i położyła dłoń na klamce. Drzwi ustąpiły i oczom dziewczynki ukazało się znane już łóżko, na którym leżała matka. Tuż obok ustawiono sporej wielkości fotel. Ojciec spał płytkim snem czuwającego.

- Tato? - Nina położyła mu dłoń na policzku.

- Ninka?

Spojrzał na nią zdziwiony. Przetarł oczy, jakby nie wierzył w to, co widzi.

- Ty tutaj? Skąd? Jak?

- Przyszłam - odpowiedziała. - Ten pan mnie przyprowadził.

Młody człowiek ukłonił się ojcu. Nina nie dosłyszała jego imienia i nazwiska, kiedy się przedstawiał, bo przysiadła na skraju łóżka, wtulając twarz w dłoń matki.

- Do widzenia, wędrowniczko. - Towarzysz nocnej eskapady pogładził włosy Niny. - Mam u ciebie dług. Obym kiedyś mógł go spłacić.

Nina odwróciła się ku niemu. Jej szare oczy spotkały się z oczyma mężczyzny.

- Ja pana proszę - szepnęła - niech pan nie robi nic złego.

- Obiecuję - odparł ze ściśniętym gardłem.

Ojciec Niny spojrzał na niego pytająco.

- Czasami anioł stróż - wyjaśnił tamten - przychodzi jako małe, zagubione dziecko.

Jego kroki jeszcze długo rozbrzmiewały na pustym korytarzu.

Dłoń mamy była taka chłodna. Nina próbowała rozgrzać ją własnym oddechem, a kiedy palce matki poruszyły się i przesunęły po jej policzku, a potem nagle znieruchomiały, Nina doznała przedziwnego uczucia chłodnej, bezlitosnej samotności, pustki, w której nie było już żadnej nadziei.

Uczucie to miało powracać wiele razy w ciągu jej życia, ale na razie o tym nie wiedziała. Skulona jak psiak obok szpitalnego łóżka, płakała bezgłośnie, chwytając powietrze otwartymi ustami jak ryba wyrzucona na brzeg.

Wracali do domu w milczeniu. Ojciec siedział sztywno na wąskiej ławeczce w dorożce, którą powoził pejsaty Żyd. Nie patrzył na nikogo. Trzymał rękę córki w swojej dłoni, mocno, czasami prawie miażdżył ją w uścisku; bolało, ale Nina nie powiedziała ani słowa. Była jak odrętwiała.

Żyd z początku próbował zagadywać "wielmożnego pana", lecz Błażej milczał.

W ciszy przerywanej parskaniem konia dotarli pod kamienicę na Primorskiej. W domu było cicho i smutno. Ciotka rzuciła się do Niny z pretensjami ("mało nie umarłam, do teraz mam kołatanie serca, ty niemądra, nieposłuszna dziewczyno"), a wuj objął brata i stali tak nieruchomo u podnóża schodów.

Jedynie Katia wydawała się niczego nie rozumieć i woziła w lalczynym wózku kota, któremu włożyła fartuszek.

Nie pytała o mamę, uśmiechała się do wszystkich urocza jak porcelanowa lalka.

To dla niej ten pokój, domyśliła się nagle Nina. Jak mogła tego nie odgadnąć wcześniej? Te lalki, zwierzątka, miniaturowe serwisy, szafa pełna sukienek, łóżko z baldachimem jak dla księżniczki. Wuj i ciotka nie mieli dzieci, wobec tego... Czy wiedzieli, że matka umrze? Musieli to wiedzieć, bo w innym przypadku nie oddałaby najmłodszej córki.

Boże, jak dobrze, że ich wybór nie padł na nią, Ninę. Może nie była taka rozkoszna i ładna jak jej siostra albo - co wydawało się bardziej prawdopodobne - w tym wieku łatwo zapomnieć, a nawet jeśli pamięć podsunie kiedyś jakieś obrazy, to będą one blade i odległe jak opowieści z dzieciństwa.

A w wieku Niny już się pamięta. Zatem potrzebne było im dziecko bez pamięci, takie, które łatwo wrośnie w nową rodzinę.

Trumna z ciałem Marii wyruszyła w drogę do Mizocza, aby ciało mogło spocząć w rodzinnym grobowcu, a Nina z ojcem jechali tym samym pociągiem.

Ojciec był, zauważyła Nina, jakiś dziwny, zupełnie jakby myślami błądził gdzie indziej, i przez chwilę bała się, że mógłby zapomnieć drogę do domu.

Jakie to dziwne, myślała. Mama jedzie z nami, wraca, a nie mogę z nią porozmawiać. Pewnie czuje się samotna... Ale nie miała pojęcia, gdzie ją znaleźć.

Podróż ciągnęła się w nieskończoność.

Nina miała wrażenie, że boli ją każda kostka, każde włókno jej drobnego ciała. Bolały ją nawet włosy, które na drogę zbyt ciasno zaplotła jej Marfa.

- 3 -

Walentin Fiedorowicz, syn właściciela ziemskiego, wracał do hotelu powoli, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Otóż jeszcze kilka godzin temu omal nie rozstał się z tym światem. Rewolwer ciążył mu w kieszeni, podobnie jak fakt, że minionej nocy przerżnął w karty naprawdę sporą sumę, o czym będzie musiał powiadomić ojca. Pierwszy odruch, pierwsza reakcja na przegraną była w jego środowisku zupełnie normalna. Albo to on jeden zgrał się do cna? Żorżyk, jego najlepszy przyjaciel, palnął sobie w głowę w listopadzie, ale, skoro prześladował go pech, po co grał dalej? Straszna to była śmierć; nawet nie pofatygował się, aby wyjść, tylko nie wstając z miejsca... Odpryski kości i krew rozprysnęły się wszędzie. Tego Walentin chciał oszczędzić grającym.

Teraz jednak miał ciągle przed oczyma drobną postać dziewczynki, która tak ufnie pozwoliła sobie pomóc. Zapewne nie miała pojęcia, że Odessa to nie tylko "Odessa Mama", ale miasto, które potrafiło być podstępne i okrutne jak każde portowe miasto. Dziewczynka, która na jego oczach straciła matkę. Ach, matka, matka... Swoją Walentin kochał i wielbił, i bał się, że zrani ją nierozsądnym postępowaniem, beztroskim stylem życia. Miał studiować, zdobyć wykształcenie i mocną pozycję w świecie, co było jej marzeniem, a tymczasem szlajał się, trwonił pieniądze, oblewał egzaminy.

Zbiegł w dół po kamiennych schodach, ku morzu. Bulwarem szli ciężkim krokiem robotnicy portowi, tragarze, marynarze, rybacy, szary, milczący pochód bardziej przypominający korowód zwierząt niż spracowanych ludzi, którym nawet noc nie przyniosła odpoczynku.

- Walentin - powiedział do siebie, stojąc na kamiennym murze oddzielającym morze od lądu - masz więcej zasranego szczęścia niż rozumu.

Zamachnął się i cisnął rewolwer w wodę. Potem wrócił na stancję z mocnym postanowieniem: koniec picia, koniec grania. Przysiąść fałdów i do roboty. A dług... to było najgorsze, ale powie szczerze, jak było, poprosi o wybaczenie i obieca, że już nigdy więcej.

Moja matka żyje, myślał, a to dziecko będzie dorastać jako sierota. Niewesołe, choć rodzina na pierwszy rzut oka majętna, nie zabraknie jej niczego oprócz matczynego serca. Ojciec? Niestary, niebrzydki, nie dadzą mu długo pozostać samotnym. Jak się trafi dobra macocha... a jeśli nie?

Wszedł na stancję, po cichu otworzył pokój i zdjąwszy jedynie buty, zwalił się na łóżko. Bydlę jestem, pomyślał, a jego oczy nagle padły na wiszącą na ścianie ikonę.

Nad miastem wstawał perłoworóżowy świt i pierwsze promienie słońca rozświetliły miedzianą koszulkę na obrazie, który wydawał się zapłonąć na ułamek sekundy.

Walentin uderzył się w pierś, zamknął oczy i zapadł w sen.

- 4 -

Dom bez matki wydał się Ninie dziwnie chłodny - pomimo że wiosna tego roku bardziej przypominała lato - i pusty, choć kręciło się po nim tak wiele osób. Starsi bracia, Waldek i Borys, najstarsza siostra Lidia i dziadek, który robił wszystko, aby rozweselić najmłodszą teraz Ninę. Zabierał ją na spacery do lasu, pokazywał, jak karmić karpie zielonym grochem, i opowiadał rodzinne anegdoty. Nina uśmiechała się, aby sprawić mu przyjemność, ale w środku nadal czuła pustkę.

Codziennie rano przychodziła do niej Lidka z grzebieniem w ręce i rozczesywała jej włosy. Nie tak, jak robiła to mama, nie gładziła jednego pasma po drugim, tylko pospiesznie plotła warkocz, od czasu do czasu mrucząc pod nosem, że można byłoby obciąć te włosy, tylko kłopot z nimi. Wtedy Nina biegła do ojca.

- Włosy... - powtarzał. - Ach, tak, włosy. Nie, obcinać nie wolno. Ona...

Nie kończył, ale Nina domyślała się, że miał na myśli matkę. Nie mówił o niej nigdy, nie wspominał, lecz była pewna, że myślał o niej przez cały czas.

Coraz częściej widywała go z kieliszkiem albo wręcz ze szklanką w dłoni; widziała, jak zasypiał tam, gdzie usiadł albo się położył. Podchodziła wtedy do niego, gładziła po policzku i powtarzała, jak bardzo go kocha.

- To cała Maria - powiedział kiedyś przy obiedzie, spoglądając na Ninę. A potem wstał od stołu tak gwałtownie, że przewrócone krzesło wystraszyło psa śpiącego przy kominku, i wyszedł.

- Tak nie może być - powiedziała któregoś dnia siostra ojca. - Zapije się na śmierć, a tu trzeba domem się zająć.

Domem akurat zajmowała się Lidia, która, jak mawiali bracia, była tak skąpa, że potrafiłaby szkłem tyłek obetrzeć; nie przebierali w słowach, ale ich uwagi były boleśnie celne. Lidia prowadziła książkę rachunkową i zapisywała w niej każdą, nawet najmniejszą sumę. Skąpiła na wszystkim, cięła wydatki - aż Waldek powiedział jej, że dość już tego, i zagroził, że porozmawia z ojcem.

- Jakby ten wiedział, o czym się do niego mówi - odcięła się, ale złagodniała.

Nina trzymała się bliżej braci, a szczególnie Borysa, wysokiego, ciemnowłosego, o kędzierzawej czuprynie. W domu rzadko mówiono o Katii, może jedynie Lidia robiła kąśliwe uwagi odnośnie do dobrobytu, w jakim przyszło dorastać jej najmłodszej siostrze.

- Gdyby ojciec nie narobił tylu dzieci - mruczała czasem pod nosem - to matka pewnie by żyła.

- A co mają z tym wspólnego dzieci? - zapytała kiedyś Nina.

- Jak dorośniesz, to zrozumiesz - zbyła ją siostra.

Lidia była dorosła. Przychodzili do niej chłopcy, przesiadywali długo, słuchając płyt albo śpiewając, i Nina czasem do nich dołączała. Szczególnie lubiła piosenkę Wieczorny dzwon, kiedy głosy ostatecznie zlewały się w jeden, przypominając chór dzwonów. Nikt nie zwracał jej uwagi, że już późno, mogła siedzieć z nimi do północy, a kiedy stawała się śpiąca, znikała po cichu.

Kładła się do łóżka bez pacierza, jak mała dzikuska, mawiała Lidia, ale za to w myślach rozmawiała z matką. Opowiadała wszystko, co zdarzyło się w ciągu dnia, a w końcu doszła do wniosku, że skoro matka jest w niebie - była dobra, więc gdzie miała pójść - to z góry musiała widzieć wszystko. A o tym, że Nina ją bardzo kocha, też musiała wiedzieć.

Jeżeli czegoś jej brakowało, to rąk trzymających grzebień, dzielących jej włosy na trzy pasma i zaplatających je w warkocz.

Tymczasem Lidka przebierała w chłopcach, stroiła się, na złość Teodorze, w końcu bowiem pojawiła się od dawna spodziewana macocha, niewiele starsza od niej.

Teodora natychmiast zaszła w ciążę i Nina miała wrażenie, że jej coraz większy brzuch zaczyna wypełniać cały dom.

Dziewczynka często włóczyła się po okolicznych łąkach, rozmawiała z wiejskimi dzieciakami pasącymi ­gęsi, chodziła boso - ale i wśród nich czuła się obco. Nie traktowały jej jak swojej, i choć nie mówiły tego w twarz, uważały ją za "panienkę". A w domu... Teodora starała się być dobra, Nina nie mogła powiedzieć o niej złego słowa, ale kiedy widziała, jak tamta wkłada biżuterię matki, przymierza jej płaszcze, futra, narzutki, coś się w niej buntowało.

- No przecież tego nie wyrzucę - tłumaczył się ojciec. - Ma się zmarnować?

Tak, krzyczała w duchu. Niech się zmarnuje. Niech wezmą to wszystko żebracy, oni niczego nie mają. A Teodora? Zabrała jej ojca, będzie mieć z nim dziecko, może niejedno. Ona, Nina, tych dzieci niańczyć nie będzie.

Na szczęście macocha nie oczekiwała tego ani od niej, ani od Lidii. Zajmowała się sama swoim synem, a Jasza rósł zdrowy i dorodny, piękny jak lalka, mówili ludzie. Ma matkę, myślała Nina. A ja... nawet nie mam już ojca. Najpierw Błażej zamknął się w sobie, z nieobecnym wzrokiem błądził po domu i obejściu, a później wrócił do świata żywych, ale w tym świecie nie było już miejsca dla Niny.

Kiedy zaczynał ją dławić smutek, podchodząc do gardła, Nina brała do ręki matczyny grzebień, ten sam, którym matka czesała jej włosy, i sama próbowała zaplatać sobie warkocz, rozplątując pasmo po paśmie, ale to już nie było to samo, choć grzebień pozostał ten sam. Chowała go w drewnianej kasetce, tam, gdzie trzymała krzyżyk na złotym łańcuszku oraz pierścionek mamy, który udało jej się wykraść. To były jej skarby.

- 5 -

Pani Wilczyńska wciąż pamiętała tamten dzień, gdy po raz pierwszy zobaczyła niedużą, drobną dziewczynkę, która stała na grobli, odrzuciwszy do tyłu włosy w przedziwnym, jasnym, jakby popielatym kolorze. Przesuwała po nich sennym, monotonnym ruchem i wydała się Marii tak nierzeczywista, jak duchy, o których opowiadano w osadzie.

Co to za dziecko, pomyślała, nie spuszczając oczu z małej. Jej ubiór wskazywał, że nie była to dziewczynka ze wsi, zatem... Zaraz, zaraz, to musi być... Nie, to z pewnością jest córka Błażeja Grzybowskiego, tego, który pochował żonę i na jakiś czas - jak mówiono - stracił zmysły, a odzyskał je dopiero wtedy, gdy ożenił się z Teodorą, córką właściciela dwu magazynów obuwia w Równem. Błażej należał do zubożałej szlachty, jednak - uśmiechnęła się - herb Grzybowskich był lepszy i starszy od herbu Wilczyńskich. Jego przodkowie zajmowali się trwonieniem majątku, spraszaniem gości, urządzaniem kuligów i polowań, a bujniejsze życie towarzyskie prowadził jedynie hrabia Karwicki, ten jednak dbał o swoją własność.

O Błażeju - jednym z trzech braci - mawiano, że był raczej wstrzemięźliwy. Posiadał trzy młyny, cztery stawy rybne i udziały w cukrowni. Druga żona pilnowała dobytku i dbała o finanse. Aż nadto. Gospodarna, mówiono, żeby nie użyć słowa "skąpa". Wszakże trzeba przyznać, że Teodora skąpiła wszystkim po równo - swoim dzieciom i dzieciom Błażeja z pierwszego małżeństwa. Chodziły ubrane niebogato, ale schludnie, nie były też głodne, choć nie jadały frykasów, tylko to, co wyrosło w ogrodzie lub zostało wyhodowane w oborze.

Zatem według standardów Brzostkowa i okolicznych miejscowości żyło im się dobrze. A jeśli czegoś brakowało, to tego, co sprawia, że rośliny, zwierzęta i dzieci rosną zdrowe. Czułości.

Dziewczynka stała nieruchomo, a Maria nie mogła oderwać od niej oczu. Ta mała na pewno nie była jednym z tych wiejskich, zaniedbanych dzieci, skazanych na nędzę fizyczną i umysłową. Nina Grzybowska żyła w dobrych warunkach, w zasobnym domu. Zapewne czegoś także ją uczono.

A jednak coś nie dawało Marii spokoju. "Nie tylko oczy widzą" - powiedział kiedyś Chińczyk. Jest też serce, a także coś jeszcze.

Nazywał to "trzecim okiem". To pozwalało ludziom widzieć niewidzialne, czuć to, czego nie dało się określić słowami.

I właśnie to coś nie dawało Marii spokoju. Obraz Niny powracał, gdy myślała o zajęciach z dziewczętami.

Nie, pomyślała pewnego dnia. Tak być nie może.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI