Wilcza Chata - Michał Śmielak

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Roz­grzewka

"Tak spo­koj­nie musi być po śmierci" - po­my­ślała i cho­ler­nie chciała, żeby tak wła­śnie było. O ile lżej by­łoby umie­rać, gdyby czło­wiek tra­fiał w góry, mógłby so­bie le­żeć wśród bu­ków i chło­nąć szum ich ko­ron na ła­god­nym wie­trze, na­peł­niać się czy­stym po­wie­trzem po ostat­nią ko­mórkę swej du­szy, bo prze­cież ciała już nie bę­dzie. Nie chciała otwie­rać oczu, nie te­raz, nie w mo­men­cie, gdy nie po­trze­bo­wała umie­rać, by tra­fić do raju. Wcią­gnęła biesz­czadz­kie po­wie­trze głę­boko do płuc i w końcu po­zwo­liła światu we­drzeć się pod po­wieki.

To nie był piękny dzień, w taki nie da­łoby się za­ko­chać w gó­rach. Po­wie­trze przy­po­mi­nało mo­krą za­wie­sinę, chmury smutno tań­czyły na nie­bie, ko­lory można było do­strzec wła­ści­wie tylko na in­nym czło­wieku. Spoj­rzała na ze­ga­rek marki Gar­min wska­zu­jący go­to­wość do zmie­rze­nia dzi­siej­szego tre­ningu - trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów po Biesz­cza­dach w szyb­kim tem­pie, tak so­bie obie­cała. Była siódma rano, za­chód słońca dziś na­stąpi o sie­dem­na­stej. Miała więc dzie­sięć go­dzin, a po­winna wy­ro­bić się w osiem. Opady śniegu za­po­wia­dano do­piero na szes­na­stą, a wtedy bę­dzie już stała pod prysz­ni­cem w przy­tul­nym po­koju pen­sjo­natu Anna, czu­jąc ucie­ka­jące z niej resztki en­dor­fin po dłu­gim i mę­czą­cym biegu. Tem­pe­ra­tura utrzy­my­wała się lekko na plu­sie, ale zie­mia po nocy była zmar­z­nięta, po­winno do­brze się biec.

Ju­tro i po­ju­trze od­po­czy­nek, bo śnieg za­sy­pie oko­licę, ale już za dwa dni na­stąpi ocie­ple­nie do dwu­na­stu stopni i spro­wa­dzi wio­snę jed­nym po­dmu­chem. Je­sień była za­ska­ku­jąco ładna, re­kordy tem­pe­ra­tury no­to­wano w ca­łym kraju i koń­cówka zimy wcale nie chciała być od niej gor­sza. Kie­dyś dwu­dzie­stego pierw­szego lu­tego biesz­czadzka zima była taka, że nosa z domu nie szło wy­sta­wić, jak po­wie­działa jej pani Anna, wła­ści­cielka pen­sjo­natu. Bie­ga­czy go­ściła czę­sto i ro­zu­miała ich pa­sję, cho­ciaż sama wo­lała speł­niać się w kuchni.

Obec­nie było ich tu­taj kil­koro, wszy­scy tre­no­wali do Biegu Biesa, wy­ma­ga­ją­cego ma­ra­tonu po gó­rach, a Agata przy­mie­rzała się, żeby go prze­biec i speł­nić ko­lejne ma­rze­nia. Ale to do­piero pod ko­niec marca, te­raz tre­ning. Ła­godna zima po­zwa­lała na prze­mie­rza­nie biesz­czadz­kich ście­żek w lu­tym, zwy­kle było to nie do po­my­śle­nia.

Po­pra­wiła za­pię­cia ma­łego ple­caka z pro­wian­tem, pas z dwoma bi­do­nami, jesz­cze raz rzu­ciła okiem na ze­ga­rek, ner­wo­wym ru­chem po­ma­cała kie­szeń z te­le­fo­nem, upew­nia­jąc się, że jest na miej­scu, na­ci­snęła przy­cisk na ze­garku uru­cha­mia­jący po­miar ak­tyw­no­ści i ru­szyła. Jak za­wsze to był naj­mniej przy­jemny mo­ment biegu; pierw­sze trzy ki­lo­me­try sta­no­wiły dla niej mę­czar­nię, or­ga­nizm po­woli prze­sta­wiał się z trybu co­dzien­nego na ten bie­gowy, prze­trwal­ni­kowy. Za­wsze wi­zu­ali­zo­wała to so­bie jako ko­lejne sil­niki od­pa­lane w star­tu­ją­cej ra­kie­cie, naj­pierw te roz­grze­wa­jące pa­liwo, po­tem star­towe, wresz­cie roz­pę­dza­jące, a na końcu te wła­ści­wie, które dzia­łały, do­póki trwał lot.

Po­czą­tek trasy był pro­sty, wręcz nudny. Prze­bie­gła wą­skim as­fal­tem przez Za­twar­nicę, w któ­rej miała bazę wy­pa­dową, po­tem skrę­ciła w lewo, mi­nęła most nad Hy­la­tym, ko­lejne za­bu­do­wa­nia, któ­rych było co­raz mniej, aż w końcu po­ja­wiło się pierw­sze wznie­sie­nie, któ­rego po­ko­na­nie za­owo­co­wało wzro­stem tętna i pierw­szym po­tem na ple­cach.

Było do­brze. Bar­dzo do­brze. Czuła moc w no­gach, dziś mo­gła zro­bić ży­ciówkę, cho­ciaż nie po­winna się for­so­wać, w końcu miała tre­no­wać przez kilka dni i do­piero ostat­niego zro­bić trasę w tem­pie star­to­wym, to wtedy sil­niki jej ra­kiety po­winny hu­lać na ca­łego, nie dziś. Zwol­niła nieco.

Pierw­sze dzie­sięć mi­nut by­łaby w sta­nie opi­sać krok po kroku i od­dech po od­de­chu, ko­lejne już z mniej­szymi szcze­gó­łami, a po dwu­dzie­stu mi­nu­tach ma­szy­ne­ria za­sko­czyła. Nogi pro­wa­dziły same, od­dech był równy i nie my­ślała o nim cał­ko­wi­cie. Głowa na­to­miast we­szła w tryb twór­czy. Jako dy­rek­tor kre­atywny jed­nej z naj­więk­szych agen­cji re­kla­mo­wych w Pol­sce miała za za­da­nie wpro­wa­dzić na ry­nek nową markę wody mi­ne­ral­nej. Na naj­lep­sze po­my­sły wpa­dała za­wsze w trak­cie bie­ga­nia i była pewna, że z tego krót­kiego urlopu wróci do War­szawy z uło­żoną w gło­wie kom­pletną kam­pa­nią. Dziś była środa, za­tem do nie­dzieli po­zo­stały, nie li­cząc dzi­siej­szego, jesz­cze cztery dni tre­nin­gowe. Mnó­stwo czasu na my­śle­nie.

Po pierw­szej go­dzi­nie prze­szła do mar­szo­biegu, wy­piła kilka ły­ków na­poju izo­to­nicz­nego, wy­ssała je­den żel ener­ge­tyczny i wró­ciła do swo­jego tempa. Miała już po­mysł na kształt no­wej bu­telki i ety­kietę, za­gra zie­lo­nymi i nie­bie­skimi ko­lo­rami, może okle­pane, ale ona od­kryje je na nowo. Mnó­stwo so­czy­stej zie­leni na ety­kie­cie i błę­kitna bu­telka. Woda i eko­lo­gia. Naj­go­rzej było z na­zwą, kom­plet­nie nie miała na nią po­my­słu, a tym ra­zem była to część kam­pa­nii. Woda była czer­pana tu­taj, w Biesz­cza­dach, ale nie mo­gli na­zwać jej Biesz­cza­dzianka, bo trudno się to wy­ma­wiało. Biesz­czady Zdrój od­pa­dało. Może Łem­ko­wianka? O! Cie­kawe, czy taka jest. Trzeba zro­bić an­kietę, ile osób ko­ja­rzy na­zwę "Łem­ko­wie". Naj­bar­dziej chcia­łaby użyć słowa "bies" w na­zwie, ale nic jej nie pa­so­wało. Woda czer­pana w Biesz­cza­dach, w re­kla­mie biesy po­ma­gają w jej bu­tel­ko­wa­niu, dają jej swoją moc.

Droga wio­dła cały czas pod górę, ale nie było to strome wznie­sie­nie, bo ta­kich w Biesz­cza­dach nie było zbyt wiele, ale nogi za­częły pa­lić ogniem, od­dech się spły­cał i przy­śpie­szał. Zer­k­nęła na ze­ga­rek, tempo spa­dało, ale było ak­cep­to­walne. Główna za­sada dłu­gich bie­gów to nie for­so­wać się na po­czątku, bo jesz­cze kupa ki­lo­me­trów do zro­bie­nia.

Znowu od­le­ciała w świat mar­ke­tingu i ak­cji re­kla­mo­wej no­wej wody. Może wilk w na­zwie? Lu­dzie uwiel­biają te zwie­rzęta, mamy wpo­joną bo­jaźń przed nimi, te wszyst­kie bajki z Czer­wo­nym Kap­tur­kiem na czele. Wil­czy Zdrój! Słabe. Może coś z wa­tahą? Ale to prze­cież okle­pana na­zwa. Musi prze­mie­lić w gło­wie tego wilka.

Wy­bie­gła z lasu i zo­ba­czyła przed sobą otwarty te­ren. Ude­rzył w nią zimny wiatr, przed któ­rym do tej pory chro­nił ją za­stęp ro­słych bu­ko­wych straż­ni­ków. Po­dmu­chy wkra­da­jące się pod kurtkę były nie­chyb­nie za­po­wie­dzią nad­cią­ga­ją­cego frontu. Droga szła mocno pod górę; o ile się nie my­liła, to wła­śnie pod­bie­gała pod Dwer­nik Ka­mień, je­den z naj­pięk­niej­szych punk­tów wi­do­ko­wych w Biesz­cza­dach, ale nie przy tej po­go­dzie. Dwer­nik Ka­mień jest nie­bez­pieczny, ła­two z niego spaść, jak robi się zdję­cia i czło­wiek się za­gapi - ostrze­gała pani Anna i wi­dok skały wi­szą­cej nad la­sem zda­wał się to po­twier­dzać.

Pies z na­zwą, zro­bią bu­rzę mó­zgów i coś wpad­nie. Po­trze­bo­wała ja­kiejś nie­co­dzien­nej kam­pa­nii, cze­goś, o czym będą mó­wili wszy­scy. Może po­sta­wią na ryn­kach miast tym­cza­sowe fon­tanny z nową wodą, aby lu­dzie na­peł­niali so­bie bu­telki za darmo w trak­cie upa­łów? Albo nie, jesz­cze le­piej: sa­tu­ra­tory. Za­ku­pią kil­ka­dzie­siąt wóz­ków na wzór tych z PRL-u, będą je ob­słu­gi­wali ubrani na biało lu­dzie i na­le­wali wodę za darmo wszyst­kim, może z na­tu­ral­nym so­kiem ma­li­no­wym dla chęt­nych. Świetny po­mysł. Białe wózki za­mon­to­wane na ro­we­rach, zie­lone logo, za­ku­pią ja­kąś cha­rak­te­ry­styczną me­lo­dyjkę, któ­rej po­tem użyją w re­kla­mie w ra­diu i te­le­wi­zji.

Wbie­gła na szczyt Dwer­nika. Ni­sko wi­szące chmury spra­wiały, że miało się wra­że­nie wy­ob­co­wa­nia i bro­dze­nia po kostki w sza­rej i brud­nej wo­dzie. Szczyt był pu­sty i nic dziw­nego, nie był se­zon na tu­ry­stów. Drew­niana ławka za­chę­cała do od­po­czynku, ale nie było o tym mowy - je­śli sią­dzie choćby na chwilę, to za­cznie mar­z­nąć, mię­śnie sty­gnąć i może być trudno ru­szyć z po­wro­tem.

Po­bie­gła w dół, uwa­ża­jąc, aby nie prze­szar­żo­wać, ko­lana nie lu­bią ta­kich prze­cią­żeń. Zbie­gało się do­brze, mimo nie­zbyt pew­nego gruntu stopy się nie śli­zgały, uszy wy­peł­niał szum wia­tru, ale go nie za­uwa­żała, dla niej było tu ci­cho ni­czym w opusz­czo­nym ko­ściele. Czyż Biesz­czady nie były jedną wielką, zie­loną, ci­chą i pach­nącą la­sem świą­ty­nią?

Za­trzy­mała się gwał­tow­nie, aż po­czuła ból ścię­gien. Coś usły­szała. Krzyk?

Ro­zej­rzała się, ale mgła otu­lała ją ze wszyst­kich stron. Nie była gę­sta, nie ogra­ni­czała wi­docz­no­ści, jed­nak spra­wiała wra­że­nie, jakby prze­by­wała w za­mknię­tej hali, wy­ci­szo­nej, od­izo­lo­wa­nej od świata.

Zro­biła kilka szyb­kich wde­chów i wy­de­chów, żeby móc na chwilę za­trzy­mać po­wie­trze w płu­cach, ale nie, nie sły­szała ni­czego po­dej­rza­nego. Kom­plet­nie ni­czego.

Krzyk? Tu­taj? Może to ja­kieś zwie­rzę? Wilk? Nie, głup­stwo. Zresztą one nie ata­kują lu­dzi. Po­wtó­rzyła ma­newr ze wstrzy­ma­niem od­de­chu jesz­cze dwa razy, ale bez wąt­pie­nia ota­czała ją kom­pletna ci­sza. Zresztą czy to na pewno był krzyk, czy może zgrzyt ka­mieni pod bu­tem? Może za­świsz­czało jej w płu­cach? Po­czuła, jak zimno wpełza jej na plecy, więc ru­szyła po­now­nie w trasę, nie było na co cze­kać.

Trasa wio­dła nie­zmien­nie w dół, raz było to mocno czuć, in­nym ra­zem zaś wy­da­wało się pła­sko, tak miało być do sa­mego Na­sicz­nego, w któ­rym bę­dzie mu­siała za­wró­cić i ru­szyć z po­wro­tem na szczyt, który przed chwilą opu­ściła. Do­piero tam zrobi so­bie krótki od­po­czy­nek i spraw­dzi, jak stoi z tem­pem i wy­dol­no­ścią.

Do sa­mej wsi nie spo­tkała ni­kogo, za­wró­ciła i ru­szyła po­now­nie na Dwer­nik Ka­mień. Zbie­gała dwa­dzie­ścia mi­nut, pod­bieg zaj­mie jej ja­kieś pół go­dziny. Trasa spo­kojna, można tre­no­wać do za­mę­cze­nia, a to na ra­zie nie nad­cho­dziło. Czuła dziś moc w no­gach, świe­żość w płu­cach, a en­dor­finy sza­lały po ca­łym ciele. Szczyt się zbli­żał, mgła nie ustę­po­wała, Aga nieco zwol­niła, od­ru­chowo na­słu­chu­jąc, czy nie do­trze do niej po­now­nie ta­jem­ni­czy od­głos, który wzięła za krzyk, ale Biesz­czady wy­peł­niał je­dy­nie spo­kój, który za­do­mo­wił się tu­taj na do­bre, ni­czym kot na cie­płym piecu.

Na szczyt wró­ciła jak do do­brze zna­nego miej­sca. Sta­nęła przy ławce, oparła o nią ko­lejno lewą i prawą nogę, by po­pra­wiać sznu­ro­wa­nie bu­tów, się­gnęła po ba­ton pro­te­inowy i szybko od­gry­zła naj­pierw je­den, a po­tem drugi kęs, po­piła izo­to­ni­kiem. Pla­no­wała cyk­nąć so­bie fotkę z tego miej­sca, ale rów­nie do­brze mo­gła to zro­bić pod prysz­ni­cem, efekt byłby taki sam. Żad­nych wi­do­ków, tylko szara ściana.

Po­czuła chłód na ple­cach, a to był znak, wła­ści­wie ostrze­że­nie, że or­ga­nizm za­re­je­stro­wał prze­rwę w wy­siłku i za­czyna wy­ga­szać sil­niki. Trzeba ru­szać da­lej. Po­pra­wiła za­pię­cia ple­caka i nie­chęt­nie od­wró­ciła się od za­mglo­nej pa­no­ramy. Pla­nu­jąc ten urlop, miała na­dzieję, że trafi na okno po­go­dowe, a tu szaro, zimno i jesz­cze śnieg do­okoła, fakt, że nie­wiele, ale za­po­wia­dana na dziś śnie­życa pew­nie do­wali swoje.

Usły­szany za ple­cami szum nie był na­tu­ralny, nie po­wo­do­wał go wiatr ani ko­rony drzew. Był obcy, a jed­no­cze­śnie zna­jomy - ktoś prze­dzie­rał się przez krzaki.

Może coś?

"Niedź­wie­dzie jesz­cze śpią o tej po­rze roku, daj spo­kój". Czy aby na pewno? To była cie­pła zima, kil­ku­krot­nie tem­pe­ra­tura pod­bi­jała słupki w ter­mo­me­trach po­wy­żej dzie­się­ciu. Je­śli to niedź­wiedź, to co ro­bić? Paść na zie­mię i uda­wać trupa? Ucie­kać?

Te my­śli prze­bie­gły przez jej głowę w cza­sie, któ­rego po­trze­bo­wała, aby ob­ró­cić się w stronę, z któ­rej do­szedł dźwięk.

Nie, to nie był niedź­wiedź. Sprawy miały się jesz­cze go­rzej.

To był czło­wiek.

Męż­czy­zna, spra­wia­jący wra­że­nie ro­słego, stał jesz­cze czę­ściowo skryty wśród drzew po­ra­sta­ją­cych szczyt. Nie­wy­so­kie brzózki i buki po­zba­wione li­ści nie za­pew­niały mu kry­jówki do­sko­na­łej, ale wy­star­czały, by po­zo­stał je­dy­nie za­ry­so­waną syl­wetką wśród gma­twa­niny drzew. Do­dat­kowo wi­dok za­sła­niała Aga­cie ta­blica in­for­ma­cyjna, która od­gra­dzała ją od li­nii drzew.

Czuła na­cisk drew­nia­nej ławki na łydki, czyli mu­siała nie­świa­do­mie cof­nąć się o krok. Strach do­piero te­raz ją ogar­nął, od­pa­lił wszyst­kie sil­niki, na­wet re­zer­wowe i te, o któ­rych ist­nie­niu nie miała po­ję­cia. Było jej go­rąco jak jesz­cze ni­gdy w ży­ciu, ża­den po­ko­nany dy­stans nie po­tra­fił do­star­czyć tylu emo­cji, co strach. Wszyst­kie sil­niki dzia­łały, dys­po­no­wała całą do­stępną mocą, ale czuła, że to i tak za mało.

Ten krzyk. Cho­lera, prze­cież sły­szała krzyk.

A może to tu­ry­sta? Po­sta­no­wił wejść na Dwer­nik, ale po­szedł w krzaki za po­trzebą i te­raz stoi tam spe­szony.

Nie, coś jej pod­po­wia­dało, że to nie spa­ce­ro­wicz. On nie stał w krza­kach onie­śmie­lony wsty­dem, nie cho­dził po gó­rach z mi­ło­ści do Biesz­czad. On stał tam jak dra­pieżca, przy­cza­jony mię­dzy gę­stymi ga­łę­ziami, i mo­gła przy­siąc, że się uśmie­chał. I z całą pew­no­ścią, a tę da­wał jej pra­cu­jący na naj­wyż­szych ob­ro­tach mózg, nie od­czu­wał przy­jem­no­ści z ob­co­wa­nia z na­turą, on szu­kał jej w cał­kiem in­nych miej­scach, w ta­kich, o któ­rych nie chciała ni­czego wie­dzieć. "Gdy inni krzy­czą, on się śmieje" - prze­bie­gło jej przez myśl.

Kiedy ru­szył w jej kie­runku, było to tak gwał­towne, że aż wy­rwał się z jej ust okrzyk za­sko­cze­nia. Cof­nęła się, od­ru­chowo i bez­wied­nie, a ławka - da­jąca chwilę wy­tchnie­nia ty­siącom tu­ry­stów w ciągu roku - dla niej oka­zała się pu­łapką. Pro­stą, acz sza­le­nie sku­teczną, kiedy pod­cięła jej nogi.

Wy­rżnęła na plecy, czu­jąc, jak po­wie­trze ucieka jej z płuc. Na­tych­miast wstała, kom­plet­nie nie re­je­stru­jąc tego, co się jej stało i czy ma ja­kieś ob­ra­że­nia. Nie sły­szała także wia­tru, bi­cia serca, nic do niej nie do­cie­rało oprócz dźwięku wy­da­wa­nego przez ga­łę­zie ude­rza­jące o ubra­nie.

On tu szedł.

Jej mózg wy­rzu­cił kilka ko­mu­ni­ka­tów. Pro­stych, ale traf­nych.

Uciek­niesz. Szybko bie­gasz, je­steś roz­grzana, nie ma szans cię do­go­nić.

Nie od­wra­caj się.

Bie­gnij.

Kurwa, BIE­GNIJ!

Ru­szyła po­słuszna in­stynk­towi, ale coś od­wiecz­nego, skry­tego w umy­śle każ­dego czło­wieka ka­zało jej się jed­nak od­wró­cić. Choć na chwilkę, se­kundkę, mu­siała po­twier­dzić, że za­gro­że­nie jest re­alne, że to nie tu­ry­sta, że on fak­tycz­nie wy­szedł z lasu, bo prze­cież nie sły­szała już in­nych dźwię­ków.

On tam był. Wła­ści­wie nie tam, tylko tu­taj, może trzy me­try od niej. Duży, bar­czy­sty, w zie­lo­nej kurtce, jaką no­sili żoł­nie­rze, z czarną weł­nianą czapką na gło­wie i zie­lo­nym ko­mi­nem na twa­rzy. Uśmie­chał się, była tego pewna.

Ona też się uśmiech­nęła, tak odro­binkę i gdzieś na dnie du­szy, bo czuła, że uciek­nie.

Ru­szyła ostro, wie­dząc, że trzy me­try to cho­ler­nie długi dy­stans, gdy ktoś przed tobą bie­gnie, w do­datku ktoś, kto wie, jak biec, ma za­pas sił i do­brą kon­dy­cję.

Ale nie, je­śli ten, który cię goni, ma pałkę.

Cztery kroki da­lej po­czuła ból w łydce, usły­szała także grze­chot su­chego drewna o ka­mie­nie. Tra­fił ją, rzu­cił czymś i ją tra­fił. Ale nie bo­lało tak, żeby nie mo­gła biec.

Od­wró­ciła się i spoj­rzała, na­dal dzie­liła ich ta sama od­le­głość.

Nie od­wra­caj się.

Bie­gnij.

Kurwa, BIE­GNIJ!

Nie od­wra­caj się.

A jed­nak się od­wró­ciła.

Nie za­uwa­żyła, na czym się po­śli­zgnęła, czy był to ka­mień, czy kępa trawy, ale zie­mia od­je­chała jej spod nóg ni­czym ru­choma plat­forma. Ude­rzyła bar­kiem o zmar­z­nięty grunt i po­czuła, jak nogi prze­la­tują nad nią, a ona robi nie­mal wzo­rowy prze­wrót w przód. Czy uda się jej wstać? Nie po­czuła pod no­gami ziemi, wszystko ucie­kało, jakby wrzu­cono ją do beczki. Na Dwer­niku ła­two stra­cić rów­no­wagę, szcze­gól­nie gdy wal­czy się o ży­cie.

Spa­dała, ale nie swo­bod­nie; to nie był lot, ale ra­czej kar­ko­łomna po­dróż stro­mym zbo­czem. Drzewa, zmar­z­nięta zie­mia, ga­łę­zie, ka­mie­nie. Co chwila sły­szała jęk, trzask i naj­gor­sza była świa­do­mość, że te od­głosy wy­daje jej wła­sne ciało. Na­gle wszystko uci­chło, ostat­nim dźwię­kiem, jaki usły­szała, był jej wła­sny jęk.

Niebo wi­ro­wało, cho­ciaż ona już le­żała. Wi­działa strze­li­ste buki do­ty­ka­jące oło­wia­nych chmur, bez­listne i upiorne z tej per­spek­tywy.

Jej or­ga­nizm wy­ga­szał sil­niki i za­czął ra­por­to­wać uszko­dze­nia na po­kła­dzie.

Naj­bar­dziej bo­lała prawa noga w sta­wie sko­ko­wym. Nie zdzi­wi­łaby się, gdyby pod­nio­sła głowę i zo­ba­czyła, że coś tam sie­dzi i zjada ją żyw­cem, bo ból był upiorny. Do­bra wia­do­mość w tej sy­tu­acji była taka, że skoro czuła ból, to nie zła­mała krę­go­słupa.

Czuła też krew w ustach, ciężko się jej od­dy­chało, sły­szała ja­kiś świst przy wy­pusz­cza­niu po­wie­trza. Ręce były po­tłu­czone; pod­nio­sła dło­nie: palce wszyst­kie, śród­rę­cza całe. Cho­ciaż tyle. Mo­gła chwy­tać, a to da­wało na­dzieję, że zdoła wy­jąć z ple­caka te­le­fon i wy­brać nu­mer alar­mowy. Ob­ma­cała brzuch, nie bo­lał, nie miała krwi na pal­cach. Jesz­cze le­piej. Prze­tarła usta i zo­ba­czyła krew na pal­cach, ale nie­wiele, pew­nie prze­gry­zła wargę.

Po­sta­no­wiła sta­wić czoła naj­gor­szemu i pod­nieść się na łok­ciach, spoj­rzeć na prawą stopę, któ­rej nie­zno­śny ból świad­czył o tym, że jest na miej­scu i uprzej­mie prosi o za­ję­cie się jej spra­wami.

Męż­czy­zna!

Kurwa, nie za­po­mi­najmy o tym skur­wy­sy­nie!

Ro­zej­rzała się na boki, ale ni­czego nie zo­ba­czyła, tylko las, tro­chę rzad­szy w tym miej­scu, moż­liwe, że spa­dła na ja­kiś szlak lub ścieżkę. Dwer­nik Ka­mień wzno­sił się po jej le­wej stro­nie i był cho­ler­nie wy­soki. O matko, ale miała jazdę, ja­kim cu­dem ona to prze­żyła? Drzewa, ga­łę­zie i krzaki, le­ciała przez to wszystko i cała ta dzika flora za­mor­ty­zo­wała jej upa­dek.

Gdzie on jest? Gdzie ten by­dlak w zie­lo­nej kurtce? Je­śli do niej szedł, to nie zjawi się tak szybko, miał ka­wał drogi do po­ko­na­nia, ona po­szła na skróty.

Unio­sła się na łok­ciach, zgod­nie z wcze­śniej­szym pla­nem, i za­krę­ciło się jej w gło­wie. No tak, wstrzą­śnie­nie mó­zgu jak nic. Za­mknęła oczy, aby uspo­koić wi­ru­jący świat, otwarła je i po­czuła się le­piej. Spoj­rzała na stopę. Było źle. Ku­rew­sko źle.

Lewa stopa była chyba w po­rządku, ru­szała się i na­wet po­zwo­liła na zgię­cie nogi w ko­la­nie, ale jej prawa sio­stra opa­dła pal­cami na śnieg i nie da­wała znaku ży­cia. Na­wet stąd Agata wi­działa, jak staw sko­kowy puch­nie i wy­lewa się z nie­bie­skiego buta. Każde po­ru­sze­nie, czy to lewą nogą, czy resztą ciała, po­wo­do­wało prze­szy­wa­jący ból, który nie­mal wy­łą­czał jej świa­do­mość.

Po­ło­żyła się po­now­nie, ale unio­sła się, aby zdjąć ple­cak z za­opa­trze­niem. Kosz­to­wało ją to tyle bólu i wy­siłku, że aż się po­pła­kała. A co, na­le­żała się jej so­lidna dawka pła­czu. Kiedy, je­śli nie te­raz? Sta­rała się uspo­koić od­dech, emo­cje ucie­kały, nie­stety we­wnętrzne sil­niki po­woli ga­sły je­den po dru­gim, za­częło jej się ro­bić zimno. Otwo­rzyła główną ko­morę ple­caka i wy­cią­gnęła cienką kurtkę pu­chową. Po­rządna rzecz, droga, ale warta za­kupu. Wie­działa, że wło­że­nie jej wy­woła ból, więc po­sta­no­wiła dać so­bie mi­nutkę na od­po­czy­nek. Miała też fo­lię ter­miczną, którą po­stara się owi­nąć. Rę­ka­wiczki, cu­dow­nie. Nie lu­biła w nich bie­gać, ale za­wsze miała je przy so­bie.

Za­ło­żyła je, zda­jąc so­bie sprawę, jak mocno drżą jej dło­nie. Na szczę­ście rę­ka­wiczki umoż­li­wiały ob­sługę ekra­nów do­ty­ko­wych, więc nie mu­siała na­ra­żać się na od­mro­że­nia pod­czas dzwo­nie­nia do GOPR-u. Oby tylko był za­sięg.

Się­gnęła do bocz­nej kie­szonki i wy­cią­gnęła iPhone'a, nie­stety, już chwy­ta­jąc go, czuła, że jest źle. Ekran był strza­skany, cho­ciaż świe­cił blado, ale z tego cacka już nikt ni­g­dzie nie za­dzwoni.

- Aga, weź się, kurwa, w garść! - po­wie­działa sama do sie­bie. - Bę­dziesz tak tu le­żeć jak gówno na traw­niku czy ru­szysz dupę?

Wła­śnie, co ro­bić? Okryć się fo­lią i cze­kać? Na co? Na ra­tu­nek? Od kogo? Nie po­wie­działa pani Ani w pen­sjo­na­cie, do­kąd za­mie­rza biec, po pro­stu wy­szła. Wła­ści­cielka pen­sjo­natu wie­działa tylko tyle, że wróci koło sie­dem­na­stej, i na tę go­dzinę miała przy­go­to­wać obia­do­ko­la­cję. Po­wiedzmy, że wy­trzyma do osiem­na­stej, a po­tem za­wia­domi GOPR, ale co im po­wie? Jak będą jej szu­kać? He­li­kop­te­rem z ka­merą ter­mo­wi­zyjną? Mają taki? Na­mie­rzą sy­gnał jej te­le­fonu? Ekran świe­cił, na­ła­do­wała smart­fona przed wyj­ściem, ale ba­te­ria w tym mo­delu trzy­mała mak­sy­mal­nie dzie­sięć go­dzin, na zim­nie pew­nie dużo kró­cej. To ozna­cza, że bę­dzie dzia­łał naj­wy­żej do pięt­na­stej. Czyli dupa.

Jej ze­ga­rek miał funk­cję po­łą­czeń alar­mo­wych, ale ni­gdy jej nie skon­fi­gu­ro­wała, bo i po jaką cho­lerę? Prze­cież nic się nie może stać, co nie?

- Ano, kurwa, może, i to wiele - od­po­wie­działa so­bie na głos.

Czyli musi się pod­nieść i ru­szyć w drogę, ale do­kąd? Skoro spa­dła pod Dwer­nik, to je­śli pój­dzie, ma­jąc go po le­wej stro­nie, trafi chyba do Na­sicz­nego - tak coś się jej ko­ja­rzyło, ale to­po­gra­fia Biesz­czad nie była jej mocną stroną. Ile to bę­dzie ki­lo­me­trów? Dwa, może trzy. Po nie­rów­nym te­re­nie, śli­skim i nie­bez­piecz­nym. No, nie było wyj­ścia. Na szczę­ście miała w ple­caku la­tarkę czo­łową, więc gdy za­pad­nie zmrok, ja­koś so­bie po­ra­dzi.

Usia­dła, wło­żyła kurtkę i za­pięła ją pod samą szyję. Ko­min na gło­wie na ra­zie do­brze izo­lo­wał od zimna, go­rzej było z no­gami, miała na nich tylko lekko ocie­plane spodnie do bie­ga­nia, na mróz i śnieg się nie nada­wały.

Stopa. Nie za­po­mi­najmy o sto­pie. Wy­pa­dało ją ja­koś usztyw­nić, ale nie miała na to kom­plet­nie po­my­słu. Przy­dałby się pa­sek, ale skąd wziąć pa­sek w tej głu­szy. Bi­dony! Prze­cież pas z dwoma bu­tel­kami nada­wał się do tego ide­al­nie. Się­gnęła po niego, ale nie zna­la­zła pasa no­śnego ani dwóch pla­sti­ko­wych bu­te­lek z izo­to­ni­kiem. Ro­zej­rzała się do­okoła, ale nie zo­ba­czyła ich ni­g­dzie w po­bliżu. Pas mu­siał się ro­ze­rwać pod­czas przy­śpie­szo­nej po­dróży ze szczytu w tę za­ciszną do­linkę.

- No chuj by to strze­lił! - rzu­ciła, czu­jąc na­pły­wa­jące do oczu łzy.

"To tylko pa­sek, mo­żesz roz­broić ple­cak i użyć szelki".

- Jak, od­gryzę ją? - skar­ciła swoją wolę prze­trwa­nia, która pod­su­wała wciąż nowe po­my­sły.

Je­śli od­pruje rę­kaw od bluzy albo kurtki, zmar­z­nie. Zresztą jak mia­łaby to zro­bić, ta odzież jest bar­dzo so­lidna, w więk­szo­ści bez­sz­wowa.

- Je­bać usztyw­nia­nie - burk­nęła pod no­sem.

Ro­zej­rzała się do­okoła, tym ra­zem spo­koj­nie, ba­daw­czo, może pa­sek z bi­do­nami gdzieś leży. Kilka me­trów da­lej za­uwa­żyła ga­łąź, która chyba nada­łaby się na coś w ro­dzaju kuli.

- Przy­naj­mniej tyle - stwier­dziła.

Ro­biło się co­raz ciem­niej, jakby zmrok miał za­paść szyb­ciej, niż prze­wi­dy­wał na­tu­ralny ruch Ziemi. Pod­nio­sła głowę, niebo za­snuło się gra­na­to­wymi chmu­rami. Nie była to do­bra wia­do­mość.

Wy­jęła z ple­caka la­tarkę, za­ło­żyła ją na głowę i uru­cho­miła. Snop świa­tła do­dał jej nieco otu­chy, była to ja­kaś na­miastka cy­wi­li­za­cji w tej prze­klę­tej sy­tu­acji. Jesz­cze raz się ro­zej­rzała i nie­mal krzyk­nęła z ra­do­ści, bo w krza­kach ro­sną­cych ja­kieś osiem me­trów da­lej coś za­błysz­czało i nie były to oczy dzi­kiego zwie­rza, ale pa­sek z bi­do­nami.

Do­bra, plan jest taki, że musi ja­koś się do­czoł­gać do kija, na któ­rym po­de­prze się i zgar­nie pa­sek. Wy­pije za­war­tość bi­do­nów, ode­pnie uchwyty na bu­telki i z sze­ro­kiego pasa zrobi so­bie usztyw­nie­nie kostki. Ła­twi­zna!

Czy le­piej po­ło­żyć się i czoł­gać, czy też po­su­wać do tyłu, sie­dząc na du­pie? Po chwili na­my­słu wy­brała dru­gie roz­wią­za­nie, prze­wi­du­jąc, że ob­ra­ca­nie się i czoł­ga­nie za bar­dzo na­razi kostkę, a każdy ruch w jej oko­licy po­wo­do­wał eks­plo­zję bólu.

Sie­dząc, pod­parła się rę­kami za ple­cami i po­su­nęła lekko, od­py­cha­jąc ostroż­nie lewą nogą.

- O chuju złoty i kurwo li­to­ściwa! - za­krzyk­nęła, gdy prze­szył ją ból, pro­mie­nio­wał od kostki na całą nogę i nie­mal wal­nął ją w pysk. - Nie dam rady, kurwa, nie dam rady.

Dasz.

Za­ci­snęła zęby i po­no­wiła ruch. Było po­dob­nie źle, ale ból, już zna­jomy, nie za­sko­czył jej, więc od razu zro­biła trzeci i czwarty szus, a po­tem piąty i do­piero po­zwo­liła so­bie krzyk­nąć.

A jak on usły­szy?

No i co z tego? Wie­dział, gdzie jej szu­kać, pew­nie i tak szedł spraw­dzić, czy jego ofiara prze­żyła. Musi zejść z Dwer­nika, po­tem prze­drzeć się przez krzaki i ru­szyć w jej kie­runku. Ile miała czasu? Za­łóżmy opty­mi­stycz­nie, że pół go­dziny. Oczy­wi­ście, mo­gła sie­dzieć i cze­kać, ale co, je­śli on tu nie przyj­dzie? A może aku­rat ktoś szedł szla­kiem? Może po­gra­nicz­nicy? Może go­prowcy? A może on też się po­tknął i roz­bił so­bie ten głupi ryj? To nie był czas na cze­ka­nie!

Szus.

Kurwa!

Szus.

Mać!

Szus.

Jest. Miała kij. Był so­lidny, gruby i pro­sty, wspa­niały, Naj­pięk­niej­szy kij, jaki kie­dy­kol­wiek wi­działa. Pie­przony Mi­ster Ki­jów, praw­dziwy An­to­nio Ban­de­ras wśród ga­łęzi.

Mało tego, obok rósł so­lidny buk, o który może uda­łoby się oprzeć i sta­nąć, nie na­ru­sza­jąc stawu sko­ko­wego. A po­tem? Użyje swo­jego ki­jo­wego Ban­de­rasa jako kuli i do­czła­pie do pa­ska. Ale jak się cho­dzi o jed­nej kuli? Przy ta­kiej kon­tu­zji po­trzeba ra­czej dwóch, tak jej się wy­da­wało, prze­cież pra­wej stopy nie po­stawi na ziemi. No nic, w ta­kim ra­zie bę­dzie kon­ty­nu­ować swoje szu­so­wa­nie do pa­ska, ścią­gnie go ki­jem i po­stara się usztyw­nić kostkę. Da radę. Kto, jak nie ona?

Za­mknęła oczy, na­brała po­wie­trza i spoj­rzała w stronę od­bla­sków wciąż za­chę­ca­jąco mi­ga­ją­cych w jej kie­runku. Ile to bę­dzie szu­sów? Ja­kieś dwa­dzie­ścia.

- Matko Bo­ska Bie­ga­czowa, módl się za nami - po­wie­działa do sie­bie i przy­go­to­wała się men­tal­nie do pierw­szego szusu.

Nie na­stą­pił.

Usły­szała kroki. Co­raz moc­niej szu­miące ko­rony drzew nie były w sta­nie ich za­głu­szyć, sły­szała je wy­raź­nie. Ktoś szedł w jej kie­runku. Duży i ciężki. Po­wolny. Ktoś, komu się nie śpie­szy, bo wie, że nic mu nie uciek­nie.

Zmiana pla­nów, Aga.

Szus w stronę drzewa.

Szus bli­żej drzewa.

Kurwa.

Szus pod drzewo.

Po­czuła gładką korę pod ple­cami i do­piero te­raz zdała so­bie sprawę, jak bar­dzo była spo­cona. Wręcz prze­mok­nięta. A może to krew? Nie, głu­pia, nie krew. Gdy­byś stra­ciła jej tyle, już byś nie żyła.

La­tarka. Wy­łącz la­tarkę.

"Prze­cież i tak mnie znaj­dzie, wie, że je­stem tu­taj, bo niby gdzie in­dziej mo­gła­bym być?"

Ale wy­łą­czyła świa­tło i po­szło spraw­nie, za­lała ją ciem­ność, jesz­cze nie nocy, wszak był śro­dek dnia, ale zro­biło się zde­cy­do­wa­nie mrocz­nie.

Coś szło i chyba jej szu­kało, bo nie było to ryt­miczne czła­pa­nie, ale ra­czej kilka kro­ków, chwila prze­rwy i tak da­lej. Coś było co­raz bli­żej, ale je­śli się nie my­liła, to nie szło wprost na nią, tylko gdzieś obok. Czyżby miała aż tyle szczę­ścia?

Szczę­ście. Do­bre so­bie, mówi o nim ko­bieta z po­ła­maną nogą, wal­cząca o prze­ży­cie w gó­rach tuż przed ata­kiem zimy, na który nie jest przy­go­to­wana, i ucie­ka­jąca przed mor­dercą szu­ka­ją­cym jej po le­sie. To był mor­derca, była tego pewna. Ra­tow­nik krzy­czałby, szu­ka­jąc jej, za­pew­niał, że po­może, że to była po­myłka, że spa­dła z Dwer­nika dzięki licz­nym zbie­gom oko­licz­no­ści.

"Rzu­cił w cie­bie ki­jem, łajzo!"

Coś prze­szło do­łem, kilka me­trów po­ni­żej miej­sca, w któ­rym wy­lą­do­wała. Czy bę­dzie szło jesz­cze ni­żej? A może wła­śnie wcho­dzi co­raz wy­żej?

Kroki ci­chły i ci­chły, wiatr za­czy­nał je za­głu­szać. Udało się, ale co da­lej? Ma ru­szyć i wejść pro­sto w jego łap­ska?

"Usztyw­nij stopę, a po­tem le­cimy! Skoro raz cię prze­oczył, to może i za dru­gim ra­zem nie do­strzeże".

Po­sta­no­wiła spró­bo­wać ja­koś do­kuś­ty­kać do pasa. Po­trak­tuje kij jak sztuczną nogę, po­stawi obok zła­ma­nej stopy i ja­koś przej­dzie tych kilka kro­ków. Usią­dzie grzecz­nie w krzaczku, za­gry­zie zęby na kiju, tak prze­cież za­wsze ro­biono w fil­mach, i to po­ma­gało, przy­wiąże do kostki łupki w po­staci dwóch pa­ty­ków i noga prze­sta­nie jej dyn­dać, a po­tem już tylko krok do po­dróży ku oca­le­niu. Zje ba­tony, do­pije izo­to­niki i sił star­czy jej na długo. Da radę po­woli po­su­wać się na­wet przez kilka go­dzin. Jest zdrowa, w su­mie wy­po­częta, mię­śnie mocne, szcze­gól­nie te nóg i rąk. Co to dla niej?!

- No, pa­nie Ban­de­ra­sie, nie za­wiedź mnie.

Za­częła po­woli się pod­no­sić, opie­ra­jąc się na zdro­wej no­dze i pod­pie­ra­jąc z dru­giej strony ki­jem. Cho­lera, przy­dały się te wszyst­kie przy­siady ze sztangą na si­łowni i sta­bi­li­zu­jące na jed­nej no­dze. "Bez przy­siadu nie ma zadu" - usły­szała w gło­wie swo­jego tre­nera i dzię­ko­wała mu te­raz po sto­kroć, że tak nie­mi­ło­sier­nie mę­czył ją trzy razy w ty­go­dniu. Gdyby nie to, pew­nie nie da­łaby rady ujść z ży­ciem, a tak po­ja­wiła się blada na­dzieja.

Szo­ru­jąc ple­cami po drze­wie, unio­sła się i sta­nęła wy­pro­sto­wana, za­krę­ciło się jej w gło­wie, ale miała wiele punk­tów pod­par­cia, więc nie upa­dła. Po­cze­kała chwilę, aż miną za­wroty i ból, a gdy wszystko wró­ciło do stanu, który nie­śmiało mo­gła na­zwać normą, wsparła się na kiju, chwy­ta­jąc go ni­czym rurkę do tań­cze­nia. Po­chy­liła się do przodu, tak aby zła­mana stopa zna­la­zła się nieco z tyłu, i spró­bo­wała zro­bić krok.

Tech­nicz­nie nie po­szło jej naj­go­rzej, dwoma ru­chami po­su­nęła się pół me­tra, czuła się sta­bil­nie, ale dyn­da­jąca stopa bo­lała przy każ­dym po­ru­sze­niu. I to był co­raz gor­szy ból. Mu­siała ją usztyw­nić, nie było wyj­ścia. Je­śli to się uda, to jest na­dzieja.

Krok, drugi, trzeci, czwarty i piąty. Od­po­czy­nek. Kurde, ła­pała to. Była fak­tycz­nie silna, a gdyby nie ta za­srana stopa, to mo­głaby tak do­ha­sać do Kra­kowa i z po­wro­tem. Nie­stety, ból do­szedł do ta­kiego po­ziomu, że mu­siała się upew­nić, czy koń­czyna nie sta­nęła w pło­mie­niach.

Kilka od­de­chów i ru­szamy.

Krok, drugi i trzeci. Pa­sek jest już bli­sko. Nie wi­działa go, nie od­wa­żyła się włą­czyć po­now­nie la­tarki, ale gdy już bę­dzie przy nim, to do­strzeże biel bi­do­nów w le­śnej ściółce zmie­sza­nej ze śnie­giem.

Krok, drugi i trzeci.

"Boli, oj jak, kurwa, boli".

Od­dy­chała co­raz szyb­ciej, zimne po­wie­trze za­czy­nało ją dła­wić, ale da radę. Za­pa­le­nie płuc musi po­cze­kać na swoją ko­lej, dziś wal­czy z mor­dercą.

Trzask ga­łęzi.

Ten skur­wiel na­wet nie krył się ze swo­imi po­szu­ki­wa­niami, po pro­stu tra­to­wał so­bie las w naj­lep­sze.

"Co ro­bić, Aga, co ro­bić?!"

Czy on się spo­dzie­wał zna­leźć ją żywą? Pew­nie nie. Po­łoży się i po­czeka na niego, oczy­wi­ście z ki­jem pod ręką. To nie za­działa, nie można uda­wać mar­twej, no choćby nie­przy­tom­nej, z ta­kim od­de­chem. Za­nim go uspo­koi, mi­nie zbyt dużo czasu, a to była obec­nie wa­luta, którą sza­stać nie mo­gła.

Cała na­dzieja, że po­now­nie ją mi­nie - nie wi­działa in­nej moż­li­wo­ści, ale czy mo­gła li­czyć na tak wiele? Usły­szała jego kroki, jakby inne, bar­dziej ner­wowe. Tra­cił cier­pli­wość, nie mógł jej zna­leźć, i to go iry­to­wało. Ofiara była tak bli­sko, na wy­cią­gnię­cie ręki, ale na­gle czmych­nęła. Ja­kim po­pę­dem był go­niony? Co go ja­rało? Chciał ją zgwał­cić? Za­bić? Żadna z tych opcji nie była ak­cep­to­walna.

Zbli­żał się i tym ra­zem wie­działa, że jest na wła­ści­wej wy­so­ko­ści, że idzie po nią.

Ro­zej­rzała się. Do ol­brzy­miego buka był ka­wa­łek, ale za­raz obok rósł nieco mniej­szy, choć także so­lidny. Wsta­nie, oprze się o niego ple­cami i po­czeka na skur­wy­syna. Jak go zo­ba­czy, gdy już sta­nie przed nią, to za­cznie pisz­czeć, żeby zmu­sić go do ataku, jak naj­szyb­szego, a wtedy wal­nie go swoim ki­jem w łeb. Jedna szansa na mi­lion, ale to i tak wię­cej, niż mo­gła ocze­ki­wać od losu.

Krok, drugi, trzeci. Oparła się o drzewo, szu­ka­jąc jak naj­lep­szej po­zy­cji, sta­bil­nej, po­zwa­la­ją­cej na wzię­cie za­ma­chu. Kij był stwo­rzony do bi­cia, ide­al­nie le­żał w jej dłoni, nie­du­żej, ale sil­nej.

Przy­mknęła oczy i sta­rała się uspo­koić od­dech, co było jed­nak nie­wy­ko­nalne, nie przy tej dawce stra­chu i ad­re­na­liny, pom­po­wa­nych do żył. Usły­szy ją, je­śli za­trzyma się choć na chwilę, a może szczę­ście znowu jej do­pi­sze, bo wiatr sta­wał się co­raz moc­niej­szy i jej świsz­czący od­dech może w nim zgi­nąć jak je­den in­stru­ment w ca­łej or­kie­strze sym­fo­nicz­nej.

Szedł, nie przy­sta­wał, krok za kro­kiem, był co­raz bli­żej. Za­raz za­uważy śnieg, który zryła, pró­bu­jąc wstać, była na nim na­wet krew z jej ust. No pięk­nie, może po­chyli się nad tym po­bo­jo­wi­skiem, a wtedy ona go wal­nie.

Ależ był bli­sko, jakby stał tuż obok niej, mo­gła wy­raź­nie usły­szeć, jak od­dy­cha. Ob­cho­dził ją z le­wej strony, ona przy­ci­skała się do pnia naj­moc­niej jak mo­gła, a niechby ją to drzewo na­wet we­ssało pod korę, nie miała nic prze­ciwko.

Przy­sta­nął.

Po­sta­no­wiła za­ata­ko­wać. Weź­mie za­mach i wy­sko­czy zza drzewa, opie­ra­jąc się na le­wej no­dze. Wy­kona pi­ruet na zdro­wej sto­pie, a po­tem upad­nie na plecy, ale on już bę­dzie miał roz­trza­skany łeb, więc mi­sja za­koń­czy się suk­ce­sem.

Ru­szył.

Za­ata­ko­wała.

Po­czą­tek wy­szedł wy­śmie­ni­cie; wkła­da­jąc całą siłę dwóch ra­mion w cios, za­krę­ciła się przez lewe ra­mię i czuła, że się uda. Gdyby nie to śli­skie pod­łoże, gdyby to była mata tre­nin­gowa albo cho­ciaż as­falt, a nie zmar­z­nięta zie­mia po­kryta war­stewką śniegu, w do­datku nieco po­chyła, wów­czas może na­prawdę by się udało.

Drugi raz tego dnia po­czuła się jak wsa­dzona do beczki i w od­ru­chu ra­to­wa­nia rów­no­wagi po­sta­wiła prawą stopę na ziemi. Ból za­ata­ko­wał z taką siłą, że nie­mal za­sło­nił jej wy­soką sza­ro­zie­loną po­stać na tle bu­rego lasu pod gra­na­to­wym nie­bem.

Gruch­nęła o zie­mię z ta­kim im­pe­tem, że przy­gry­zła so­bie ję­zyk. Przez chwilę było jej wszystko jedno, niech tylko prze­sta­nie bo­leć. Jed­nak po­cząt­kowa eks­plo­zja cier­pie­nia sta­no­wiła pre­lu­dium do głów­nego wy­stępu or­kie­stry bólu, która do­piero te­raz po­sta­no­wiła za­dąć w trąby i moc­niej przy­ci­snąć smyczki do strun.

Zo­ba­czyła, że z nieba lecą białe płatki, two­rzyły nie­mal tu­nel. To ten, na któ­rego końcu czeka świa­tełko? Nie, chyba jed­nak nie, bo nie było żad­nego świa­tła, a je­dy­nie syl­wetka przy­sła­nia­jąca po­woli gra­na­towe niebo pełne roz­tań­czo­nych płat­ków śniegu.

Wszystko zga­sło.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki