schody przed bramą były pokryte
centymetrową warstwą krystalicznie przezroczystego niebieskawego lodu,
takiego, którego zwykle nie zauważamy, dopóki nie uderzymy w niego
kością ogonową. Carina zmrużyła oczy. Założyła, że chodnik na dole
będzie w takim samym stanie, nagle jednak odniosła wrażenie, że widzi w dole smugę gruboziarnistego, jasnobrązowego piachu. Wzięła rozbieg i skoczyła. Plecak trafił ją w kręgosłup, poślizgnęła się i upadła. Jedna
z gminnych śmieciarek przejechała nieco za blisko, kierowca zatrąbił
wściekle, pokazała mu środkowy palec. Podniosła się i potarła dłonią
pośladek, źle oceniła ciężar plecaka. Był wypełniony bibliotecznymi
książkami, które wszystkie musiały zostać dzisiaj zwrócone. Dwóch
chłopaków z młodszej klasy minęło ją po drugiej stronie ulicy,
rechotali, pokazując ją sobie palcami, bardzo zabawne, ha, ha, ha.
Posłała im całusa, kretyni.
Ostrożnie pokuśtykała dalej, do ulicy Kvarndammsvägen. Przy każdym kroku
pasek plecaka wrzynał się jej głębiej w skórę szyi. Poczucie dyskomfortu
mieszało się z ćmiącym bólem poprzedzającym zbliżający się okres, bólem
pośladka i ssaniem w żołądku. W domu w lodówce był jogurt i chlebek
polarny, ale nie była w stanie jeść w towarzystwie Ulriki.
- O cholera, będziesz miała siniaka!
Tętno jej przyspieszyło, kiedy Wiking Stormberg przemknął obok niej po
lodowej powierzchni chodnika z rozpostartymi szeroko rękami, niczym
łyżwiarz starający się utrzymać równowagę. Uśmiechnął się szeroko.
Carina z trudem łapała powietrze, odrzuciła włosy do tyłu i poczuła, że
marzną jej uszy, czyżby były czerwone? Czy pamiętała, żeby się umalować?
- Miło, że dbasz o mój tyłek.
- Wiesz, czy Benny nocował dzisiaj w domu?
Przełknęła ślinę i wzruszyła ramionami.
- Myślisz, że śpimy w jednym łóżku? Kazirodztwo we własnym domu, o to
pytasz?
Próbowała przyspieszyć, by dotrzymać mu kroku, ale ból był zbyt silny.
- Ojciec i Lars-Ivar zatrzymali go wczoraj wieczorem przed Swampen. Ja i Kris wszystko widzieliśmy.
Wiking zrobił krok i ślizgiem, niczym na łyżwach, ruszył w dół oblodzoną
ulicą. Kolorowa czapka we wzorki na jego głowie wyglądała jak znak
stopu. Po chwili jego sylwetka rozmyła się i zniknęła jej z pola
widzenia, zamieniając się w niewyraźny prostokąt na szarym tle.
No cóż, przynajmniej dowiedziała się, że jej do niczego nieprzydatny
młodszy brat nadal żył. Ojciec Wikinga był policjantem w Stenträsk i zdarzało się, że pozwalał Benny'emu odespać kaca w celi na komisariacie.
Zamazana postać Wikinga zatrzymała się na przystanku autobusowym i szybko wdała się w rozmowę z kilkoma innymi, równie niewyraźnymi
postaciami. Carina słyszała ich śmiech. Wiedziała, że powinna nosić
okulary, na podświetlonej tablicy u szkolnej pielęgniarki była w stanie
przeczytać jedynie trzy pierwsze rzędy liter. Tablica wisiała tam od
zawsze, od kiedy zaczęła pierwszą klasę i była jeszcze w stanie
przeczytać najmniejsze litery na samym dole:
MRTVFUENCXOZD
W drugiej klasie nauczyła się ich na pamięć, a w trzeciej, kiedy już ich
nie widziała, miała je wyryte na blachę. Nadal jednak mogła czytać
książki, co prawda z bliska, ale nie miała z tym żadnego problemu. Nie
musiała też widzieć, co było napisane na tablicy, bo z łatwością
zapamiętywała wszystko, co nauczyciele mówili.
- Masz bardzo dobre stopnie - stwierdziła kobieta w ramach obowiązkowej
rozmowy na temat wyboru zawodu po dziewiątej klasie. - Doradzałabym ci
teoretyczny profil społeczny.
Jakby baba w apaszce z poliestru i z problemem z trzymaniem moczu miała
jakiekolwiek pojęcie, co będzie dla niej odpowiednie lub nie.
Carina wstała.
- Wybrałam profil biurowo-usługowy - oświadczyła i wyszła.
Pracować w biurze czy być ekspedientką w sklepie można wszędzie na
świecie. Zamierzała wyjechać z miasta i zacząć zarabiać na siebie
najszybciej, jak to było możliwe, także ze względów czysto praktycznych.
Pierwszą rzeczą, którą zamierzała zrobić, to kupić szkła kontaktowe i zadbać o to, by miała drzwi, które będzie mogła za sobą zamknąć czy
raczej za którymi zostawi Ulrikę. Później rozpocznie własne życie.
Autobus lokalnej linii Norrbottens Trafik pokazał się za nią na wzgórzu,
jechał, pojękując. Zwolniła, żeby grupa zebrana wokół Wikinga zdążyła
wsiąść do niego, zanim ona dotrze do przystanku. Uczniowie wszystkich
profili zawodowych, wymagających specjalnych pomieszczeń, jak na
przykład technik samochodowy czy hydraulik, dowożeni byli do Älvsbyn,
bliżej wybrzeża i przyszłości. Liceum w Stenträsk było przedłużeniem
podstawówki i oferowało jedynie naukę w ramach zwykłych profili
teoretycznych.
Wiosną miała zdawać maturę. Zostały jej niecałe dwa miesiące nauki.
Chociaż tak naprawdę to już nie zdawało się matury, wystarczały trzy
lata nauki, by włożyć białą czapkę studencką. Nie żeby jej na tym
szczególnie zależało. Prawdę mówiąc, wcale nie zamierzała wkładać tej
śmiesznej rzeczy na głowę.
- Cześć, Carina! Widzimy się wieczorem w bibliotece!
To Susanne wrzeszczała do niej, stojąc w zbitej gromadzie ludzi, którzy
próbowali dostać się do autobusu. Susanne chodziła do klasy
humanistycznej, półklasycznej, czyli z łaciną, której w Stenträsk nie
było. Carina nie mogła dojrzeć jej w tłumie, ale pomachała jej ręką,
oczywiście, że pamiętała. Tym bardziej że miały mówić o książce, którą
sama wybrała.
Przyszła wcześnie. Jak zawsze. Biblioteka przylegała do budynku szkoły,
połączona z Domem Gminnym i komisariatem. Właściwie nie była jeszcze
otwarta, ale Astrid, bibliotekarka, wpuściła ją.
- Zlokalizowałam egzemplarz Przejrzystości rzeczy. Nadal jesteś
zainteresowana? Mam go zamówić?
Przedostatnia ukończona powieść Nabokova. Czy była zainteresowana?
- Tak, poproszę - powiedziała, stawiając z głuchym hukiem torbę z książkami na stoliku obok. - Mogę jeszcze na chwilę zatrzymać Lolitę?
Oddam ją wieczorem przed wyjściem, zostawię na ladzie w recepcji.
Kółko czytelnicze nazwane Kręgiem Polarnym, co nie było pomysłem Cariny,
zbierało się w jeden piątek w miesiącu w pokoju zaraz za działem
dziecięcym. Zwykle odbywały się tu zajęcia dla dzieci, czytano bajki i tak dalej. Wyposażenie składało się z maleńkich mebli, ale na spotkania
Kręgu wciągano tu kilka pufów do siedzenia z działu młodzieżowego.
- Tak, oczywiście. Tylko proszę, nie kładź jej na ladzie, ale odstaw na
miejsce na półce, a ja odnotuję, że ją zwróciłaś.
Astrid wprawnie porządkowała leżące na ladzie książki. Carina spojrzała
na zegarek. Myszka Miki wskazywała dłońmi - czy raczej łapkami? - na
ósemkę i dziewiątkę, do rozpoczęcia lekcji zostały trzy kwadranse.
Włożyła egzemplarz Lolity do torby.
Prawdę mówiąc, uważała, że Ada albo Żar Nabokova była lepszą
powieścią, ale nie znalazła żadnego szwedzkiego tłumaczenia, więc gdy
przyszła jej pora, by wybrać powieść, wybrała najbardziej znane dzieło
pisarza. Poza tym niektórym - Carina nie chciała podawać żadnych imion -
Ada mogła wydać się zbyt skomplikowana. Śledzenie historii miłosnej
kuzynostwa Ady i Vana Veena w alternatywnym świecie Demonii czy
Antyterry przyprawiało ją o zawrót głowy. Chciałaby móc z kimś o tym
porozmawiać, ale chyba w całej północnej Szwecji, ba, w całym
Norrbotten, nie było nikogo, kto przeczytałby tę książkę. W każdym razie
nikt nigdy nie wypożyczył jej z żadnej biblioteki w całym województwie,
Astrid to sprawdziła. Lolita była zdecydowanie lepszym wyborem,
tłumaczenie było co prawda kiepskie, ale biblioteka dysponowała pięcioma
egzemplarzami. Gładko płynąca proza Nabokova i ambitne gry słowne były
rewelacyjne, odniesienia do Francji pomysłowe, do tego mnóstwo szalonych
asocjacji: ale przecież powieść w powieści została napisana w domu
wariatów. Jasne, że było w niej szaleństwo.
Usiadła przy jednym z biurek w kącie działu z publikacjami
encyklopedycznymi, wyjęła piórnik i swoje notatki. Do końca roku zostało
już niewiele klasówek, dzisiejsza z rachunkowości była jedną z ostatnich. Mimo że załatwiła już sobie pracę na lato, zależało jej na
piątkach ze wszystkich przedmiotów. Powodem, dla którego wybrała
dwuletni profil biurowo-usługowy, była długa praktyka w trakcie nauki.
Uznała, że zapewni jej to pracę od razu po skończeniu szkoły, i tak też
się stało. Latem miała obsługiwać gminną centralę telefoniczną niemal
samodzielnie.
Jeden z profili, wariant cyfrowy, kładł duży nacisk na naukę
posługiwania się kalkulatorami, zarówno elektrycznymi, jak i manualnymi,
i na ich obsługę. Trzeba było nauczyć się odliczać rabat, wyliczać
pensje, oprocentowanie, dokonywać przewalutowania, wystawić fakturę, a także przeprowadzać inwentaryzację. Dla niej była to łatwizna.
Przerzuciła notatki, umiała wszystko na pamięć. Wyjęła z torby powieść,
zamknęła oczy i zaczęła rozmyślać o miejscach, które Lolita i Humbert
odwiedzili podczas podróży przez Stany: Nowy Orlean, Poplar Cove, Little
Iceberg Lake, Coalmont, Tennessee... Wszystkie nazwy sprawdziła w swoim
czerwonym atlasie, a przynajmniej próbowała to zrobić, niektóre
miejscowości były zbyt małe, by się w nim znaleźć.
Pewnego dnia pojedzie tam. Niedługo, już bardzo niedługo uwolni się z tego więzienia i będzie mogła się udać, dokąd tylko zechce.
Otworzyła książkę na przypadkowej stronie. Położyła palec na kartce i spojrzała na nią, przeczytała fragment, który wybrały dla niej los i podświadomość.
"Gdybym nie ingerował w jej los, wiążąc jej życie z moim pożądaniem? To
jest i zawsze pozostanie źródłem wielkiego i strasznego zdziwienia".
Czy rozkosz mogła kierować losem?
Gdyby to wiedziała.
Dziewczyny, członkinie Kręgu Polarnego, znały się od pierwszej klasy
szkoły podstawowej. Trzy z nich - Birgitta, Susanne i Agneta - jeszcze
dłużej, bo ich rodzice korzystali ze szczególnej formy opieki nad
dzieckiem dostępnej w Norrbotten w latach sześćdziesiątych, a mianowicie
domowej opiekunki. W ich przypadku była to Sigrid Kinnunen. Dzieci mogły
się bawić w salonie na parterze jej domu, natomiast nie wolno im było
wchodzić na piętro.
Krąg Polarny powstał, gdy zaczęły siódmą klasę. W programie były zajęcia
w ramach tak zwanego wolnego wyboru. Uczniowie mogli sami wybrać
dodatkowy przedmiot "studiów" z bogatej oferty obejmującej wędkarstwo,
taniec czy szybkie danie w minutę. Zdecydowanie najbardziej prestiżowym
przedmiotem było literaturoznawstwo, które wybrała jedynie piątka
uczniów ostatnich klas szkoły. To było rzeczywiście coś. Fakt, że ktoś
chciał dobrowolnie oddawać się dyskusjom literackim na dwóch ostatnich
piątkowych lekcjach, sprawiał, że pozostali uczniowie, ale także
nauczyciele, zawieszali na chwilę wzrok na uczennicach najwyraźniej
wyróżniających się ambicją, a być może również i inteligencją.
Dziewczyny na pewno wiele razy słyszały, że są kujonkami, ale nikt nie
odważył się nazwać ich wariatkami. Pewnie dlatego, że ich rodzice w większości cieszyli się szacunkiem, poza tym one same były zdecydowanie
atrakcyjne. Mówiąc wprost: dziewczyny były ładne.
Zdecydowanie najwięcej czytała Carina. Pochłaniała książki.
Najbardziej ambitna była Birgitta. Jej mama była lekarką w Pite?, a ojciec szefem pobliskiej bazy wojskowej.
Susanne zgłosiła się dlatego, że wcześniej zrobiły to Birgitta i Carina.
Agneta marzyła, żeby zostać pisarką. Tak więc dla czterech z nich wybór
zajęć z literaturoznawstwa wydawał się logiczny i zrozumiały.
W przypadku Sofii było więcej niewiadomych. Nikt nie potrafił
powiedzieć, dlaczego wybrała właśnie ten przedmiot, a nie, powiedzmy,
formy i kolory. Powszechnie uważano, chociaż nikt tego nigdy głośno nie
powiedział, że wyboru dokonali za nią jej rodzice. Ojciec był, jak już
wspomniano, gminnym samorządowcem w Stenträsk, a do tego ważną figurą
wśród socjaldemokratów, zastępcą jednego z członków komisji wykonawczej.
Bycie członkiem Kręgu Polarnego było pożądane. Gdy pozostali uczniowie
szkoły zrozumieli, że uczestnicząc w nim, mogą poprawić swoje oceny, i chcieli do niego dołączyć, jego uczestniczki po prostu się na to nie
zgadzały.Jeśli inni chcą się zająć literaturoznawstwem, niech założą
własne kółko, zamiast żerować na nich.
Taki był początek i tak to później się toczyło.
Dziewczyny czytały jedną książkę tygodniowo, a potem, na ostatniej
podwójnej lekcji w tygodniu, dyskutowały o niej według wcześniej
ustalonych zasad. Po spotkaniu sporządzano krótki protokół, za każdym
razem robiła to inna uczestniczka. Od początku wybierano raczej ambitną
literaturę, z pewnymi wyjątkami. Krótko mówiąc, gdy wybierały Susanne
czy Sofia, były to raczej powieści Carolyn Keene czy Jackie Collins.
Ta, która wybierała książkę, prowadziła też spotkanie. Zaczynano od
krótkiej prezentacji, dzielono się wrażeniami z lektury, następnie każda
przedstawiała swoją opinię na ten temat. Dyskutowano o różnych aspektach
książki, zwykle były to powieści, ale tego nie wymagano.
Dziewczyny należące do Kręgu Polarnego miały wysokie oceny przez całą
szkołę podstawową, wyjątkiem była Agneta, która co prawda miała piątkę
ze szwedzkiego, ale średnią zaledwie 2,9. Kiedy Astrid, szkolna
bibliotekarka, zaproponowała, żeby kontynuowały swoje spotkania także w liceum, wszystkie zgodziły się bez wahania. Tyle że teraz spotkania
miały odbywać się raz w miesiącu ze względu na spodziewane większe
obciążenie nauką. Czy naprawdę tak było, można by dyskutować, ale to już
inna kwestia.
Z czasem atrakcyjność Kręgu jakby zmalała, blask, który go otaczał,
przygasł i gdzieś się ulotnił. Inni uczniowie wydawali się już
niezainteresowani. Nauczyciele się zmienili, doszli nowi, a ci starzy
mieli nowych uczniów, którymi mogli się zachwycać. Różnice między
członkiniami Kręgu stały się bardziej widoczne. Warstwa ochronna, jaką
było dzieciństwo i pewna izolacja, zaczęła pękać.
Gdy zaczęło się nowe dziesięciolecie, lata osiemdziesiąte, pojawiła się
też nowa lista lektur. Dwie z członkiń Kręgu, Carina i Agneta, kończyły
naukę latem, co oznaczało, że być może wyjadą z miasta, a to z kolei
stawiało przyszłość Kręgu pod znakiem zapytania.
Przyszło im żyć w czasach, które niosły ze sobą nieuniknione zmiany.
- zamknij, carina. I zostaw klucz u dyżurnego...
Astrid położyła figurkę konia z brązu z doczepionym do niego kluczem na
wyciągniętej dłoni Cariny, zamknęła za sobą drzwi i przez szklaną ścianę
pomachała pozostałym dziewczynom. Carina też jej pomachała. Wentylacja
szumiała głucho. Powietrze było chrzęszcząco chłodne, jakby kłuło.
Przyszły wszystkie, no i prawie na czas. Birgitta, z kruczoczarnymi
włosami zebranymi w kołyszący się na wietrze koński ogon, wpadła
ostatnia, jak zwykle. Carina powiesiła kurtkę na wieszaku w dziale
młodzieżowym, pozostałe wzięły swoje rzeczy do niewielkiego pokoju
bajek: torebki, modne wówczas buty dziobowe, szaliki, puchowe kurtki,
getry i grube wełniane rękawice. Carina uznała, że sterty ubrań wzdłuż
ścian mają w sobie coś defensywnego, co zresztą dawało się też wyczuć w mowie ciała siedzących na wielkich pufach dziewczyn. Birgitta ściskała
swoją wielką torbę Adidasa, zapewne były w niej rzeczy do prania z całego tygodnia. Wyglądała na zmęczoną, włosy miała w lekkim nieładzie.
W tygodniu mieszkała u mamy w Pite?, uczyła się w Strömbackaskolan w klasie o profilu społecznym, a na weekendy wracała do domu do ojca,
który był szefem miejscowej bazy.
Susanne żuła gumę, zapach lukrecji rozchodził się po całym pokoju, w pewnym momencie wyjęła brązową gumę i zaczęła owijać ją sobie wokół
palca, cały czas przyspieszając obroty. Obrzydliwość. Sofia wysunęła z ust lizaka, zawinęła go w kawałek papieru i schowała do torby, nie mniej
obrzydliwe. Potem rozdała kartki z protokołem z poprzedniego spotkania,
pięć kartek formatu A4, spięte spinaczem. Sprawozdanie było jak zwykle
bez sensu szczegółowe. Wzięły je, nie czytając. Sofia odgarnęła włosy
zebrane w koński ogon, poprawiła okulary i usiadła, trzymając w ręku
notes, z którym nigdy się nie rozstawała. Agneta wyjrzała przez jedno z okienek pod dachem, wydawała się nieobecna.
- Okej, Lolita - zaczęła Carina, siadając na dziecięcej kanapie,
ponieważ w pokoju były tylko cztery pufy.
Odłożyła na bok starannie napisany protokół Sofii, sprawozdanie z dyskusji w marcu: Dom mody Judith Krantz. Litości.
- Nie wiem, co wiecie o Nabokovie - ciągnęła. - Zapewne, że urodził się
w Rosji i swoje pierwsze dziewięć powieści napisał po rosyjsku, że potem
wyjechał do Stanów i zaczął pisać po angielsku. Ale wiedziałyście, że
świetnie znał się na szachach i motylach?
Spojrzała na koleżanki, Birgitta kręciła się, rozdrażniona, Agneta
drapała się po ręce, nieobecna.
- Urodził się w arystokratycznej rodzinie. Jego przodkiem był książę
Nabok Murza, a jego dziadek ze strony matki był właścicielem kopalni
złota. Faktu, że zaczął pisać po angielsku, nie uznaje się za tak
istotną zmianę, jak można by pomyśleć, ponieważ Nabokov władał płynnie
trzema językami: rosyjskim, francuskim i angielskim...
Zainteresowanie jej prezentacją było niewielkie. Odchrząknęła.
- Wielokrotnie był zmuszony uciekać: z Rosji przed komunistami, potem z Niemiec przed nazistami. W Berlinie ożenił się z rosyjską Żydówką, która
miała na imię Vera, byli ze sobą do końca życia. Długo mieszkał w Stanach, ale zmarł kilka lat temu w Szwajcarii. Jeśli chodzi o jego
późniejszą twórczość...
Żadna z koleżanek nie słuchała, ścisnęło jej się gardło. Dalsza
prezentacja wydawała się bez sensu.
- Krótka runda podsumowań - powiedziała. - Sofia, protokołujesz?
Sofia skinęła głową, dawniej się zmieniały, ale od jakiegoś czasu to
Sofia odpowiadała za protokoły. Mimo to musiały jej za każdym razem o tym przypominać. Nieco przesadnie powoli zaczęła szukać czystej strony w notesie, znalazła ją i sięgnęła po ołówek. Nikt nie kwapił się zacząć.
Presja narastała.
- Gitte? - spytała Carina lekko zachrypniętym głosem.
Birgitta odgarnęła włosy z twarzy, westchnęła i zaczęła szukać swojego
egzemplarza w torbie, przy okazji wyjęła też skarpetę i kilka par majtek
ze śladami po upławach.
- Prawdę mówiąc, muszę... - zaczęła zajęta chowaniem brudnej bielizny do
torby. Skończyła, siedziała, ściskając mocno książkę w dłoniach,
patrzyła na nie i milczała.
- Co musisz? - spytała w końcu Carina.
Birgitta zaczerpnęła powietrza. Miała niski, głęboki głos, w którym
pobrzmiewało coś, czego jeszcze niedawno w nim nie było. Należał do
osoby, która posiadała ugruntowane przekonania i pewne rzeczy po prostu
wiedziała.
- Muszę spytać, dlaczego w ogóle miałyśmy czytać tę książkę? Jak mogłaś
ją wybrać? To gówno.
Susanne przestała żuć gumę, Agneta poprawiła się na pufie, aż
zaszeleściły gumowe kulki, którymi był wypchany. Carina poczuła, jak
przyspiesza jej tętno, podobnie jak wtedy, gdy rano zobaczyła
zjeżdżającego ulicą po lodzie Wikinga Stormberga.
Co prawda atmosfera ich spotkań zmieniła się w ostatnim czasie, jednak
przez te wszystkie lata, kiedy się spotykały, nigdy nie zdarzyło się,
żeby w najważniejszych kwestiach się nie zgadzały. Potrzebowała czegoś,
czego mogłaby się złapać, sięgnęła po złość.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Poczekajcie. - Susanne próbowała przysunąć się bliżej tak gwałtownie,
że niewiele brakowało, a uderzyłaby kolanami o stojący przed nią
miniaturowy stolik. - Gitte, powiedz, o co ci chodzi, dlaczego uznałaś,
że ta książka to gówno?
Carina czuła, że pałają jej policzki, wbiła wzrok w Birgittę. Chciała
się zezłościć, ale nagle poczuła, jakby unosiła się w powietrzu, jakby
dziecięca kanapa, na której siedziała, zniknęła.
- Główny bohater, ten Humbert Humbert - zaczęła Birgitta. - To obleś.
Żeni się z kobietą, dlatego że kręci go jej córka. To obrzydliwe,
chciało mi się rzygać. Ktoś, kto uważa, że to dobra literatura, ma coś
nie tak z głową.
Carina miała szum w uszach, odpowiedź Susanne dotarła do niej przez
filtr adrenaliny.
- Też uważam, że jest megaobrzydliwa, ale to, jak to powiedziałaś, nie
było przyjemne. Poza tym takie okropne książki też muszą istnieć.
- Czyste porno - weszła jej w słowo Birgitta. - Uważacie, że to w porządku?
To nie jest pornografia - miała ochotę wykrzyczeć Carina, ale nie wydała
z siebie żadnego dźwięku.
- Jeśli uznałaś, że jest taka okropna, to po co ją czytałaś? Nie
musiałaś - stwierdziła Susanne.
Birgitta odwróciła się do Cariny i wskazała na nią książką, którą cały
czas trzymała w ręku.
- Owszem, musiałam, bo ona ją wybrała. To cholerne porno.
Rzuciła książkę na podłogę. Carina miała wrażenie, że książka płonie:
skrzy, krzyczy. Nie rozumiała, co dokładnie się dzieje, ale wiedziała,
że coś ważnego. Birgitta była czerwona na twarzy, nagle zbrzydła. Agneta
schyliła się i ostrożnie podniosła książkę, przeciągnęła ręką po
okładce, jakby chciała zetrzeć z niej cały brud.
- Ja u-uważam, że jest dobra - odezwała się jak zawsze spokojnie. - Nie
jest łatwa i jest strasznie smutna. Ale fajnie było czytać o Ameryce lat
pięćdziesiątych, chociaż wszyscy tam są okropnie s-smutni i wszyscy
umierają...
W pokoju zaległa cisza, Carina znów mogła oddychać. Szum wentylacji
powrócił.
- No i miłość - wtrąciła Agneta, sięgając do torby po spisane przez
siebie uwagi. Zawsze pisała na maszynie, używając czerwonej taśmy. - Kto
ma prawo mieć pretensję do kogoś o to, co ta osoba cz-czuje? Jeśli
nikomu nie robimy krzywdy, to mamy chyba prawo kochać, kogo chcemy?
- Tu nie chodziło o miłość - odezwała się Birgitta. - Obleś planował
podać pasierbicy prochy i ją zgwałcić, to jakiś zbok. Poza tym wiemy, że
kogoś zamordował, więc o czym my mówimy? Nie robić nikomu krzywdy...
- Nadal uważam, że każdy może czytać te książki, które chce -
stwierdziła Susanne.
- Humbert Humbert jest obleśny, to prawda - przyznała Agneta. - I sz-szalony. Ale też nie wszyscy w książkach muszą być mili...
- Poza tym to chyba oczywiste, że kochając, można zrobić komuś krzywdę -
dodała Birgitta. - Kochając za bardzo albo nie kochając w ogóle...
Przez moment w pokoju pojawił się duch Wikinga Stormberga, ale wszystkie
patrzyły na swoje dłonie, udając, że nikogo tu nie ma. Wszyscy
wiedzieli, że Birgitta się pocięła, kiedy Wiking z nią zerwał.
- Sofia? - Głos Cariny brzmiał niemal normalnie. - A jakie jest twoje
zdanie?
Sofia odłożyła ołówek i uniosła głowę.
- Główny bohater jest zawsze smutny, ponieważ w dzieciństwie stracił
swojego przyjaciela. Uważam, że to bardzo dziwne. Dlaczego nie
zaprzyjaźnił się z kimś innym?
Ponownie wzięła do ręki długopis i pochyliła się nad biurkiem.
Birgitta wygramoliła się z pufa, czarne włosy okalały jej twarz,
przewiesiła torbę przez ramię, w lewej ręce trzymała kurtkę.
- Strasznie mi przykro, ale przyszłam tu prosto z autobusu, nie byłam
jeszcze w domu, a mamy mnóstwo zadane. Muszę już iść.
W oczach pozostałych pojawiło się niedowierzanie. Birgitta stała,
przestępując z nogi na nogę. Susanne podniosła się pierwsza, potem
reszta, wszystkie obejmowały ją, mówiąc nieco za głośno i za serdecznie:
"biedaczka", "to straszne z tymi podróżami", "że też dajesz radę", "może
spotkamy się jutro, o trzeciej jest mecz, dasz radę?". Oczywiście było
to niemożliwe, męczennica, męczennica. Wiking Stormberg był gwiazdą
drużyny hokeja, Kręgu Polarnego - gdyby ktoś miał wątpliwości co do
pochodzenia nazwy ich kółka. To dzięki niemu drużyna awansowała do
trzeciej grupy. Życie w Stenträsk zamierało w te popołudnia, kiedy
rozgrywano mecze w kiepsko ogrzewanym namiocie na boisku szkoły.
Carina skierowała wzrok na Birgittę.
- Kiedy się cięłaś, to naprawdę chciałaś popełnić samobójstwo czy tylko
zwrócić na siebie uwagę? - spytała.
Birgitta jęknęła i zrobiła się niemal biała. Wszystko wokół zastygło w bezruchu. Carina czuła, jak złość gotuje się w niej niczym lawa,
niszczący strumień niechęci.
- Pewnie strasznie ci ciężko tam na tej waszej grzędzie dla wybrańców -
powiedziała. - Biedaczka, oczywiście, że potrzebujesz czasem zejść tu do
nas, zwykłych śmiertelników, i trochę nam dokopać. Powiedzieć, że
jesteśmy wstrętni i głupi, gdy tak naprawdę nie jesteś w stanie pojąć, o co chodzi...
Zaczerpnęła powietrza, słowa odbiły się echem od ścian.
Birgitta odwróciła się i zaczęła biec w stronę wyjścia. Drzwi zamknęły
się z hukiem. Agneta i Susanne stały z otwartymi ustami i niedowierzaniem w oczach. Policzki Cariny pałały.
Nikt wcześniej nie odważył się rzucić wyzwania grupie jako takiej:
kruche więzy opierały się na wspólnym dorastaniu i ograniczonych
możliwościach. Stały tak przez chwilę, balansując na krawędzi, aż
Susanne postanowiła, że też wyjdzie. Spojrzała na zegarek, plastikowy
szwajcarski gadżet, z którego była niezwykle dumna, i zerknęła na
Carinę. Carina odwróciła się od niej. Susanne wróciła do pokoju bajek po
swoje getry w pastelowych kolorach. Sofia zamknęła notes, schowała go do
wewnętrznej kieszeni skórzanej torby z garbarni Bölebyn i sięgnęła
ponownie po lizak. Papierek się przykleił, musiała go oderwać. Susanne
owinęła szyję robionym na drutach szalikiem. Agneta włożyła kartkę z komentarzami do torby. Wentylacja huczała.
Susanne podeszła i stanęła obok Cariny, szalik zakrywał połowę jej
twarzy. Zdjęła go i ściszyła głos do teatralnego szeptu.
- Gitte widziała was - wysyczała na tyle głośno, żeby pozostałe
dziewczyny też ją słyszały. - Widziała, jak rozmawialiście. Kochasz się
w Wikingu?
Carina otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła, niczego nie rozumiała.
Złość, która już zdążyła jej minąć, zapłonęła na nowo.
- Tak, tak, udawaj niewiniątko - rzuciła Susanne, kierując się do drzwi.
Agneta pośpieszyła za nią, z nikim się nie żegnając, poczuły tylko
chłodny powiew o zapachu mydła, gdy je mijała. Sofia podążyła
natychmiast jej śladem, niczym posłuszny szczeniak.
W bibliotece wszystkie światła były już zgaszone, z wyjątkiem tych w dziale z literaturą dziecięcą, i chociaż Carina niemal nic nie widziała,
rozumiała, że coś się skończyło. Stała w drzwiach, z zimna zdrętwiały
jej nogi. Niezdarnymi ruchami sięgnęła po plecak i zgasiła światło.
Pochłonęły ją gęste cienie. W samochodach jadących Föreningsgatan drżały
szyby, poza tym słychać było jedynie szum wentylacji.
Zamknęła drzwi do pokoju bajek i zaczęła biec, nagle przerażona, w stronę wieszaka i wyjścia. Zamknęła za sobą drzwi z jedną ręką w rękawie
kurtki, przekręciła klucz z nieporęcznym wisiorem z brązu i rzuciła go
dyżurnemu w komisariacie, nic nie mówiąc.
Na Föreningsgatan wiał lodowato zimny wiatr. Hulał między domami, niosąc
ostre kawałki lodu z Arktyki, które przywierały do fasad domów i do jej
policzków. Zaciągnęła suwak kurtki, żałując, że nie wzięła czapki; nawet
jeśli miałaby popsuć fryzurę, to kto by się przejmował? Uniosła ramiona,
by schować przynajmniej uszy pod kołnierzem, ale nie zdawało to
egzaminu. Od dziewiątej klasy nosiła tę samą kurtkę, z której prawdę
mówiąc, już wyrosła. Mama obiecała jej nową pod choinkę, ale gmina
ograniczyła usługi w zakresie pomocy domowej, więc liczba godzin była
mniejsza, niż mama zakładała. Dział pomocy domowej tłumaczył cięcia nową
ustawą o pomocy społecznej, ale nikt w to nie wierzył, przynajmniej nikt
w rodzinie Cariny.
Kawałek szarego nieba był nadal widoczny zza gęstych chmur, które
zawisły nad dachami, napierając na ludzi, domy i samochody.
Na samą myśl o powrocie do domu, do ciasnego czteropokojowego mieszkania
bez balkonu, czuła pieczenie w żołądku. Ojciec i matka na pewno
siedzieli przed telewizorem, a Ulrika, ze słuchawką telefonu przyklejoną
do ucha, snuła swoje monotonne opowieści o chłopakach i samogonie. Przed
oczami stanął jej obraz Birgitty, jej czarne włosy i blade policzki.
Użalała się nad sobą, mieszkając w willi, która miała tyle pokoi, ile
ich mieszkanie miało metrów kwadratowych.
Poza tym wiedziała, że Susanne kłamie. Birgitta nie była świadkiem
krótkiej porannej wymiany zdań między nią a Wikingiem, w tygodniu
mieszkała w Pite? i dojeżdżała autobusem z Älvsby. To Susanne ich
widziała i powiedziała o tym innym.
A może jednak w ostatnim czasie rozmawiała z Wikingiem?
Zaczerpnęła głęboko powietrza, zimno drażniło jej gardło.
Na pewno by to zapamiętała.
Zastanawiała się, czy Wiking miał nową dziewczynę. Może powinna spytać
Sofię, może ona coś wiedziała. W końcu chodzili do jednej klasy, o profilu matematyczno-przyrodniczym.
Stopy w zimowych butach były ciężkie, ciągnęła je po żwirze, aż same z siebie się zatrzymały.
Nagle przypomniała sobie, że nie oddała wypożyczonej książki. Obiecała
odstawić Lolitę na półkę w dziale z zagraniczną literaturą piękną w szwedzkim tłumaczeniu.
A co tam.
Minął ją niewielki bus z oponami skrzypiącymi na śniegu i oblodzonymi
szybami, zwolnił i zatrzymał się bliżej Storgatan. Silnik zgasł,
otworzyły się drzwi, wysiadła grupa mężczyzn, roześmianych i mówiących
po angielsku. Zaczerpnęła powietrza i zmrużyła oczy, żeby lepiej
widzieć. Pewnie Amerykanie wracający z bazy do domu, czyli do Stone
Swamp Inn, pensjonatu o najdziwniejszej nazwie na świecie, potocznie
nazywanego oczywiście po prostu Swampen. Słyszała, jak drzwi się
otwierają i zamykają, po czym głosy ucichły. Niech to szlag, pierwsza
rzecz, jaką kupi za swoją pierwszą prawdziwą wypłatę, to soczewki
kontaktowe. I nigdy już nie włoży na nos okularów, prędzej umrze.
Potrząsnęła głową, żeby rozsypać włosy, i ruszyła przed siebie w stronę
Storgatspuckeln.
Okna pubu Stone Swamp Inn rozświetlało mieniące się złote światło,
jedyna kolorowa plama w tym czarno-białym filmie. Na szybach na zewnątrz
był mróz, od wewnątrz były zaparowane, ze środka dochodziła muzyka.
Chcę żyć, teraz, w tej chwili...
Kilka tygodni temu Tomas Ledin wygrał tym utworem festiwal piosenki,
była piękna do bólu.
Wyjadę stąd,
może do Paryża,
gdzie czeka na mnie przygoda.
Nie zamierzam siedzieć tu,
w miejskiej cukierni,
i patrzeć, jak życie ucieka...
Weszła po czterech schodkach prowadzących do drzwi, otworzyła je.
Uderzyła ją ostra woń, jakby ktoś dał jej pięścią w twarz: wilgoć, dym
papierosowy, skwaśniałe oddechy. Wilgotna wełna i orzeszki ziemne.
Pozwoliła, by drzwi za nią się zamknęły, i mrużąc oczy, spojrzała w mgłę. Gwar był jak brudny dywan, budził obrzydzenie, ale był swojski.
Tomas Ledin przestał już śpiewać, zastąpił go Eddie Meduza, który
wrzeszczał, że nikt nie będzie rozmawiał z nim o punku. Budujące.
- Jest miejsce przy barze - poinformowała ją zestresowana kelnerka,
wskazując ręką w stronę dymu i cieni.
Carina ściągnęła rękawiczki. Ktoś zagwizdał, nie widziała kto, ale nie
zamierzała się przejmować. Skupiła się na barze i barmanie, rosłym
blondynie, nie pamiętała, jak miał na imię. Na końcu baru były dwa wolne
miejsca. Usiadła na najbliższym, na drugim położyła plecak, rozpięła
kurtkę.
- Jedna cola - zwróciła się do blondyna. - Z lodem, poproszę.
- Fajne guziczki - odezwał się jakiś facet przy stoliku za nią. Nie
potrafiła powiedzieć, czy to ją miał na myśli, ale na wszelki wypadek
odwróciła się w drugą stronę. Po chwili pojawiła się zdyszana kelnerka,
niosąc dwie pizze z wieprzowiną i sosem berneńskim, postawiła je z hukiem przed facetem i jego kumplem przy stoliku za nią.
- I jeszcze dwa mocne i danie dnia - powiedział facet. Kelnerka wyjęła
bloczek z kieszeni, powtórzyła zamówienie i zniknęła.
Carina dostała swoją szklankę z napojem. Eddie Meduza dalej klął na
płycie, uwielbianej przez raggare przesiadujących w samochodach na
parkingu przed kościołem: punki to bydło, do diabła z nimi. Carina
rozejrzała się ostrożnie, ale nie zauważyła nikogo znajomego. Częściowo
wynikało to zapewne z tego, że w ogóle niewiele widziała, poza tym bar
był ciemny i zadymiony. Benny i jego kumple zakotwiczyli się gdzieś,
popijając taffel i cytrynową fantę. Mama nie pozwalała im przesiadywać w domu, więc przesiadywali albo u Antego, albo u Bobbena. Carina uznała,
że musi wyjść, zanim któryś z nich się tu zjawi.
- This seat taken?
Podniosła głowę i spojrzała w oczy brodatego Amerykanina.
Bingo!
- What? Nie.
Pospiesznie zdjęła plecak ze stołka, upuściła go na podłogę obok siebie.
Nagle poczuła panującą w barze gorącą, lepką wilgoć.
Amerykanin miał szeroki tyłek i brzydkie dżinsy, z udawanego dżinsu,
przypominające te z domu towarowego Domus. Zamówił orzeszki ziemne i piwo, które pił prosto z butelki. Wyjął paczkę papierosów, poczęstował
ją. Wzięła jednego, pozwoliła, żeby jej przypalił. Sam też zapalił,
wydmuchał dym.
- So, you live here, or...?
- In this pub? No.
Roześmiał się głośno.
- You're funny.
Mężczyzna miał na imię Bruce i pochodził z Arizony. Carina nie musiała
pytać, co robi w Stenträsk, wiedziała. Jej ojciec pracował w wartowni w bazie, ale to nie od niego miała te informacje. Nie musiał nic mówić,
wszystkie mocarstwa, które testowały broń masowego rażenia na terenach
wokół Stenträsk, kwaterowały swoich ludzi w Stone Swamp Inn. Wystarczyło
przejść obok stołówki czy pubu albo przyjrzeć się minibusom, które
zatrzymywały się na zewnątrz, żeby wiedzieć, kto tu obecnie mieszka.
Kiedy wypiła colę, mężczyzna spytał, czy zamówić jej jeszcze jedną, a ona się zgodziła. Zamówił więc kolejną, tym razem z rumem. Tak mocną, że
prawie się zadławiła. Wzięła garść jego orzeszków ziemnych, chciała
wytworzyć wrażenie, że coś ich łączy.
Barman zmienił taśmę, teraz leciały kawałki z albumu The Boppers Number
1, Carina miała krążek w domu. Rozpoznała At the Hop, opowiadał o swingowaniu w miejscu, które najwyraźniej nazywało się The Hop.
Amerykanin wtórował, ona sama nuciła cicho, wiedziała, że nie umie
śpiewać.
Bruce spytał, co taka ładna dziewczyna jak ona robi w Stenträsk w piątkowy wieczór, a ona odpowiedziała - zgodnie z prawdą - że właśnie
wraca ze spotkania kółka czytelniczego. Amerykanin nigdy nie słyszał o Nabokovie. Nigdy nie słyszał też o Boppersach, co może nie powinno jej
aż tak dziwić. Wiedział jedynie, że na pewno są Amerykanami. Pippi
Longstocking też była Amerykanką, ale Abba to Szwedzi. Czyli jednak coś
wiedział, na szczęście. Mieszkał w Tucson, obok pola golfowego, nie,
Carina nie grała w golfa. Samo pytanie sprawiło, że zakrztusiła się
orzeszkami.
Chciał tańczyć, chociaż w lokalu było ciasno. Carina roześmiała się,
udając, że się przed nim broni. Objął ją w pasie, ściągnął ze stołka i zaczęli poruszać się w rytm muzyki. Ludzie wokół nich popychali się,
potknęła się i nadepnęła na plecak. Pod grubymi podeszwami poczuła
okładkę wypożyczonej z biblioteki książki. Cholerna Lolita, dobrze ci
tak. Poczuła łzy w oczach i sięgnęła po szklankę, szybko wypiła to, co w niej jeszcze zostało. Skinęła głową, kiedy Amerykanin spytał, czy chce
jeszcze.
Było gorąco, niemal nie do wytrzymania. Boppersi wyśpiewali już całą
płytę, żegnali się, co pasowało do sytuacji. Goodnight, Sweetheart,
przykro mi cię opuszczać, ale cóż począć? Na przykład zostać! Roześmiała
się, ależ była spragniona!
Przyciągnął ją do siebie, jego szeroki tors przy jej ciele: pachniał
dymem i wodą po goleniu. Poczuła jego rękę na swoich plecach, nisko,
dokładnie w miejscu, w którym rano nabiła sobie sińca. Wypiła resztę
drinka.
Czy pójdzie z nim na górę do jego pokoju? Miał alkohol. Zamknęła oczy i skinęła głową. Schyliła się po kurtkę i plecak, zauważyła, że ma problem
z utrzymaniem równowagi. Kiedy szli przez lokal, chciał chwycić ją za
rękę, ale nie pozwoliła mu, całe miasto nie musiało wiedzieć, ha, ha,
ha, ha.
Miał pokój na piętrze. Wykładzina dywanowa w korytarzu była
ciemnozielona, wytarta na środku. Pocałowała go, kiedy walczył z zamkiem, broda kłuła ją w twarz, poczuła w ustach smak piwa i orzeszków
ziemnych. Klucz upadł na podłogę, mężczyzna przycisnął ją do ściany,
poczuła jego twardość na swoim wzgórku Wenery. Od strony schodów doszedł
ich śmiech i odgłos kroków, wyzwoliła się i sięgnęła po klucz. Włożyła
go do zamka i przekręciła, drzwi otworzyły się, wpadli do środka, ale i tak zobaczyła, jak jego amerykańscy koledzy machają do nich. Było jej
wszystko jedno. Z nimi też była jakaś dziewczyna, najwyraźniej szykowała
się wielka balanga. Puściła kurtkę, postawiła plecak obok drzwi i zaczęła rozpinać koszulę Amerykanina. On zdjął z niej bluzkę i jęknął,
Carina nie miała na sobie stanika. Położyła się na łóżku i poczuła go na
sobie, jeszcze zanim zdążyła zdjąć spodnie. Ściągnął z niej majtki i natychmiast w nią wszedł. Poczuła pieczenie, jęknęła z bólu, ale on
najwyraźniej uznał to za komplement. Leżał na niej, wykonując szybkie
mechaniczne ruchy, bez żadnego uczucia; spojrzała na sufit i poczuła,
jak traci resztki zainteresowania. Szlag, za dużo wypiła i za szybko.
Miał ostre kolana, wrzynały się jej w uda. Każdy ruch powodował ból
pośladka w miejscu, gdzie miała siniec. Od czasu do czasu przypominał
sobie o niej, robił wtedy przerwę i ciągnął ją za prawą brodawkę, nie
mocno, ale nie było to przyjemne. Kiedy doszedł, z jego gardła dobył się
charkot, opadł na nią tak mocno i gwałtownie, że z trudem łapała oddech.
Wymamrotał jej coś do ucha, chyba spytał, czy było jej dobrze, ale nie
była pewna. W końcu zsunął się z niej, a ona nareszcie mogła głęboko
odetchnąć, sperma spływała z jej ciała na narzutę, miała nadzieję, że
okres jeszcze się jej nie zaczął. Poszedł do łazienki wziąć prysznic.
Leżała kilka sekund, zastanawiając się, jak powinna się zachować.
Zagryzła wargi, żeby wydawały się pełniejsze i czerwone, i usiadła,
podpierając się o poduszki. Ściągnęła dżinsy i majtki, które zatrzymały
się w połowie ud. Naga oparła się o wezgłowie, udając odprężoną.
Słyszała, jak wyszedł spod prysznica. Odchrząknął, splunął. Wrócił do
pokoju ze zwisającym wackiem i ręcznikiem w dłoni, na jej widok
zatrzymał się zdziwiony. Siedziała naga na łóżku z rozwartymi nogami,
próbowała się uśmiechać, ale za bardzo kręciło jej się w głowie.
- Are you hungry? - spytała.
- We've had dinner - powiedział.
- How about that drink you talked about? - nie dawała za wygraną.
Rozłożyła nieco bardziej nogi.
Mężczyzna spojrzał na podłogę i się odwrócił.
- I'm sorry, but we have some work to do tonight...
Przełknęła ślinę, potrzebowała chwili, żeby przetrawić jego słowa.
Przeleciał ją i teraz chciał, żeby jak najszybciej zniknęła. Zaczęła
szukać ręką majtek. Mężczyzna ponownie wszedł do łazienki, zamykając za
sobą drzwi.
Sweter wylądował pod łóżkiem, gdzie był kurz i pełno kotów. Strzepała
je. Sweter zrobiła na drutach jedna z podopiecznych mamy. Był jej
ulubionym, z miękkiej czerwonej włóczki, która nie drapała.
- Wychodzę! - zawołała w stronę drzwi do łazienki. Amerykanin nie
odpowiedział.
Wzięła plecak i kurtkę, włożyła buty i opuściła pokój. Korytarz ciągnął
się w nieskończoność, musiała chwycić się ściany, by opanować falowanie.
Drzwi, za którymi zniknęli kumple Amerykanina, były uchylone, widziała
zapalone światło, impreza trwała na całego. Miała wrażenie, że wszyscy
trzej mężczyźni uprawiali seks jednocześnie, dziewczyna klęczała, a każdy otwór jej ciała wypełniał członek. Scena sprawiła, że Carina znów
poczuła podniecenie. Instynktownie wychyliła się do przodu, żeby
przymknąć drzwi, ale nie dała rady, były zablokowane torbą. Wepchnęła ją
nogą do środka. Dopiero kiedy usłyszała stuknięcie zamykanych drzwi,
uświadomiła sobie, że skórzana torba była z garbarni Bölebyn.
Na dworze panowała ciemność. Temperatura spadła, ale wiatr zelżał. Padał
lekki śnieg. Czuła lepką wilgoć między nogami. Gromada dzieciaków z gimnazjum na motorowerach stała przed kioskiem Daggego. Po śmiechu
poznała, że jednym z nich był H?kan, starszy brat Susanne. Gwizdali i wołali za nią, ale nie miała siły nawet pokazać im palca. Chłód sprawił,
że otrzeźwiała. Spojrzała na zegarek, Myszka Miki pokazywała za kwadrans
dziesiątą. Całkiem przyzwoita pora. Było jej trochę niedobrze, ale nie
za bardzo. Plecak był lekki, większość podręczników zostawiła w szafce w szkole, nie widziała sensu, by targać je do domu, żeby uczyć się w weekend. W plecaku znajdowały się tylko jej notatki i egzemplarz
Lolity. Zatrzymała się przy przystanku autobusowym na Kvarndammsgatan
i wyjęła książkę z plecaka. Kiedy stąpnęła na nią w pubie, złamała jej
grzbiet. Wzmocniona biblioteczna okładka okazała się niewystarczającym
zabezpieczeniem. Kilka stron upadło na śnieg. Podniosła je, wytarła
rękawiczką, spojrzała na tekst w świetle latarni.
"Gdybym nie ingerował w jej los, wiążąc jej życie z moim pożądaniem? To
jest i zawsze pozostanie źródłem wielkiego i strasznego zdziwienia".
Zmięła kartki i wyrzuciła je do śmieci: słowa Nabokova wylądowały w koszu razem z papierkiem po lizaku i zużytymi biletami autobusowymi.
Przez moment przyglądała się książce, po czym ją też wyrzuciła.
Chodnik przed jej domem nie był posypany piaskiem. Delikatny śnieg,
który teraz padał, sprawił, że powierzchnia była jeszcze bardziej
śliska. Posuwała się w żółwim tempie, ale i tak się poślizgnęła, stłukła
sobie kolano i biodro. Poczuła łzy w oczach, szlag szlag szlag.
Siedziała tak przez chwilę. Chłód i wilgoć przeniknęły przez spodnie,
czuła, że drętwieje jej skóra, uczucie to miało w sobie coś kuszącego i obiecującego. Błonka oddzielająca szaleństwo była cienka i napięta jak
skóra na bębnie, zawsze było to jakieś wyjście.
Świadomość tego przerażała ją. Szybko wstała.
Żarówka na klatce była przepalona, ale nie przejęła się tym. Znała tu
każdy kąt, bez problemu trafiła kluczem do zamka. Weszła do holu i uderzył ją zapach smażeniny, aż skręcił się jej żołądek. Nie zjadła w szkole lunchu.
- To ty, Carina?
Z dużego pokoju doszło ją stukanie kostek lodu, kiedy mama odstawiła
szklankę z grogiem na stolik obok kanapy.
- Mm - odpowiedziała. Zsunęła buty i odwiesiła kurtkę. Stanęła w drzwiach z plecakiem na ramieniu.
- Co oglądacie?
Tata parsknął.
- Film Ingemara Bergmana - powiedział. W piątkowy wieczór?
- Ingmara - poprawiła go Carina. - Tak ma na imię. Ingmar.
- Gdzie byłaś? - spytała matka.
- Na spotkaniu kółka czytelniczego. A potem rozmawiałyśmy jeszcze
chwilę. O pisarstwie Nabokova, o różnicach między nim a Brodskim...
- Jadłaś?
- Mm... - potwierdziła Carina. - Zrobię sobie kanapkę - dodała.
- Są jeszcze kluski ziemniaczane. Jak poszedł ci sprawdzian?
- Dobrze.
Poszła do pokoju, który dzieliła z młodszą siostrą, położyła plecak na
biurku, protokół schowała do kartonu razem z wcześniejszymi. Siostra
leżała na łóżku i czytała jedną z jej książek o Kitty.
- Kto ci pozwolił ją wziąć?
- Spadaj - warknęła Ulrika.
Carina wróciła do kuchni. Resztki z obiadu były w lodówce, pokroiła
kluski na kawałki, posmarowała masłem i zjadła, stojąc przy blacie. Do
kuchni wszedł tata, usiadł przy stole i zaczął się jej przyglądać.
- Piłaś?
Rozłożyła ręce, dając mu do zrozumienia, że to głupie pytanie.
- Policja zatrzymała wczoraj Benny'ego, za pijaństwo - powiedział
ojciec.
- Wiem.
- Skąd?
- Wszyscy wiedzą.
Ukroiła kolejny kawałek, tym razem z mięsem. Starała się, żeby jej ruchy
były zborne.
- Hasse dostał pracę - powiedział tata. - W Sztokholmie.
Znieruchomiała z jedzeniem w ręku, poczuła falę adrenaliny. Hasse był
jej drugim bratem, tym, który nie pił.
- W jakimś domu wariatów - powiedział ojciec głuchym głosem. - Będzie
opiekunem.
- W Beckomberdze? - spytała Carina. - Wyprowadzi się stąd? Gdzie będzie
mieszkał?
Tata spojrzał na swoje dłonie.
- Czego on tam szuka?
Wstał, zajrzał do dużego pokoju, gdzie Ingmar został już zastąpiony
koncertem muzyki klasycznej.
- Pójdę się położyć.
Beckomberga, tak, to zapewne tam się wybierał. Czytała, że szukają
personelu. Oferowali służbowe mieszkania! Mogłaby z nim zamieszkać!
- Hasse?
Wsunęła głowę do pokoju braci. Sterty brudnych ciuchów i pism
motoryzacyjnych na podłodze, ale żadnego z braci.
Poszła do łazienki, umyła zęby, zmyła makijaż i opłukała krocze.
Położyła się do łóżka, nie patrząc na Ulrikę, sięgnęła po atlas
geograficzny, który leżał obok jej łóżka. Otworzyła na ostatnich
stronach z indeksem.
Tucson, Arizona.
Znalazła właściwą stronę, południowe Stany, pustynny krajobraz, blisko
granicy z Meksykiem. Trzymała przez chwilę palec na nazwie miejscowości.
Zamknęła oczy, czuła, jak palec ją parzy.
Zastanawiała się, jak tam się żyło. W miejscu, gdzie nigdy nie było
minusowej temperatury, w społeczności, która nie ograniczała ludzi?
Amerykanie wrócą. Była tego pewna. Dlatego budowali nowy most przez
Piteälven.
Jankesi musieli mieć możliwość, by bezpiecznie transportować swoje
maszyny śmierci przez rwące rzeki i potoki.