ROZDZIAŁ IV
Alanya
Powietrze w Solvendorze pachniało jakoś inaczej. Było gęstsze, cięższe, przesiąknięte wilgocią i popiołem. Kiedy wyszłam z portalu, świat zakołysał się przede mną, tak znajomy, a jednak zupełnie obcy. Byłam u siebie, byłam w domu, a jednak nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo jak intruz.
Dni spędzone w Narthorze wyryły we mnie ślad. Przez trzy ostatnie doby, w których nie chciałam nikogo widzieć, odgradzałam się od wszystkiego, co mnie otaczało. Od niego. Ale prawda była taka, że to nie była ucieczka od świata. To była ucieczka od samej siebie. Wiedziałam, że teraz nie było już odwrotu.
Kiedy przeszłam przez portal, zostawiłam za sobą nie tylko mury Narthoru, ale i mosty, które mogły mnie jeszcze z nim łączyć. Raven nie pozwoli na to długo. Znałam go na tyle, by wiedzieć, że nie odpuści. Że przyjdzie po mnie, czy tego chcę, czy nie. Ale w tej chwili byłam wolna.
Rozejrzałam się wokół, ale królestwo przywitało mnie... ciszą. Nie taką zwyczajną, spokojną ciszą nocy. To była cisza gęsta, przeszywająca, niemal namacalna. Zawisła w powietrzu jak mgła i ścisnęła mi gardło tak mocno, że musiałam kilka razy przełknąć ślinę, by złapać oddech. Zatrzymałam się odruchowo, nasłuchując. Nic. Ani kroków strażników, ani żadnych innych odgłosów. Tylko wiatr, który niósł ze sobą ciężki, gryzący zapach. Popiół.
Zadrżałam. To nie był zapach palonych świec czy drewna w kominkach. To był zapach ognia, który trawił życie. Serce zaczęło mi bić szybciej, a żołądek ścisnął się w lodowatym uścisku.
- Halo...? - Mój głos zabrzmiał zbyt cicho, zbyt słabo, jakby zdusiła go ta panująca wszędzie cisza. Odchrząknęłam i zawołałam głośniej: - Czy ktoś tu jest?
Odpowiedziało mi tylko echo odbijające się od kamiennych murów. Ruszyłam szybciej przez dziedziniec, a mój niepokój rósł. Pustka, która mnie otaczała, była nienaturalna. Cisza miała w sobie coś z niemego krzyku. Zaczęłam biec. Korytarze zamku witały mnie tak samo martwe. Kamienne korytarze, które zawsze tętniły życiem, teraz były zimne, odpychające, niemal obce.
- Wiktorio! - Rozpaczliwy krzyk wydarł się z mojego gardła. - Jest tu ktoś?!
Nie było żadnej odpowiedzi.
Zawróciłam, mijając kolejne drzwi, które uchylałam z coraz większą desperacją. Puste pokoje. Puste sale. To niemożliwe! To przecież mój dom. Tutaj nigdy nie było ciszy, zawsze ktoś czuwał, zawsze ktoś przechadzał się korytarzami, nawet w nocy.
Moje kroki stały się chaotyczne, niepewne. Złapałam się na tym, że cała się trzęsę. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe, a oddech rwał się i załamywał. Nie potrafiłam już myśleć logicznie. Przepełniał mnie strach.
Zatrzymałam się dopiero przed ciężkimi drzwiami sali rady. Ręce drżały mi tak, że ledwo udało mi się chwycić za klamkę. Drzwi ustąpiły ze skrzypnięciem, które rozniosło się po pustych korytarzach niczym głuchy jęk. Weszłam do środka. Sala tonęła w półmroku. Świece dawno się wypaliły, a powietrze przesycał chłód. Wtedy zobaczyłam skuloną sylwetkę w kącie, przyciśniętą mocno do ściany.
Serce mi zamarło. Przez ułamek sekundy byłam pewna, że to kolejna mara, cień zrodzony z mojego strachu, ale wtedy ten cień się poruszył, drgnął i podniósł głowę. To nie była mara. Rozpoznałam lorda Veynara...
- Vey... - Głos uwiązł mi w gardle. Ruszyłam ku niemu, prawie biegnąc.
Im byłam bliżej, tym wyraźniej widziałam jego twarz. Pobladłą, wychudzoną, z oczami rozszerzonymi strachem. Nie przypominał już tego pewnego siebie doradcy, którego znałam. Patrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem, a spojrzenie miał puste, jakby jego umysł ugrzązł gdzieś między jawą a koszmarem.
- Veynar, co tu się stało? - zapytałam prawie rozkazująco, choć w środku dławił mnie strach.
Milczał. Tylko drżał, jakby zimno przeszywało go do szpiku kości. Zacisnęłam palce mocniej na jego ramionach i szarpnęłam nim tak, że jego głowa odchyliła się w tył.
- Powiedz! - krzyknęłam, czując, jak panika dławi mnie coraz bardziej.
I wtedy... coś się w nim zmieniło. Świadomość zaczęła powoli wracać i spojrzał na mnie, jakby nie dowierzając, że naprawdę tu stoję, cała, żywa. Ale w jego oczach czaił się strach tak głęboki, że zmroził moją krew.
- Ty... żyjesz... - wyszeptał, a potem głos mu zadrżał. - Oni przyszli... zabrali... cienie... ogień i krew...
- Kto? - zapytałam przez zaciśnięte zęby.
Jego ramiona cały czas drżały, jakby wciąż czuł ciężar tamtej chwili. Zaciął się, język mu się plątał, aż w końcu słowa zaczęły wydobywać się chaotycznie z jego ust, rwane, ale coraz wyraźniejsze.
- Byliśmy w sali rady... - szeptał. - Ataki... coraz częstsze... trzeba było podjąć decyzję... a wtedy... Wiktoria... zniknęła. Nie mogliśmy jej znaleźć. Kaen raportował... szukał, sprawdzał..., ale nie było po niej śladu...
- Wiktoria? - wyrwało mi się drżącym głosem. - Jak to zniknęła? Gdzie? - Pochłonęła mnie panika. - I co Kaen robił w Solvendorze?
Veynar jakby mnie nie słyszał. Mówił dalej, jak w transie, wpatrzony w pustkę za moim ramieniem.
- Ryk... - Jego głos zadrżał, przechodząc w szept. - Dziki... nieludzki... - mówił dalej. Mój kark oblał zimny pot. - Wszyscy... zamilkli... Nasze twarze pobladły. I wtedy... nastał chaos. Drzwi się rozwarły... ludzie biegli, potykali się o siebie, deptali... krzyki... wrzaski... - Jego oddech przyspieszył, bo znów przeżywał to samo. - Theryni... - wyszeptał w końcu, a to jedno słowo zatrzymało na sekundę czas w miejscu. Zamarłam. - Dzieci Chaosu... uformowane z cienia i krwi. Rozrywały ludzi bez dźwięku... bez śladu... jakby nigdy nie istnieli.
Przełknęłam głośno ślinę.
- Veynar - próbowałam wyrwać go z tego transu, ale on był już za daleko.
- Ich agonia... - wyszeptał. - Znikali w ciszy. Bez krzyku. Bez modlitwy. Jakby sama Elaria wyrzekła się ich życia. - Zamilkł nagle. - A potem... Nastała cisza. Grobowa. Miażdżąca. Cisza, która... nie kończy się nigdy.
Drżał skulony, z twarzą ukrytą w dłoniach. A ja stałam, patrząc na niego, czując, jak coś lodowatego ściska mi serce.
Solvendor.
Mój dom.
Moje królestwo.
Wszystko spowiły pustka i cisza.
Veynar nagle przestał się trząść. Jego spojrzenie, dotąd puste, zamglone, zmieniło się w coś obcego. Źrenice się zwęziły, wypełniły czernią, a twarz wykrzywiła się w grymasie wściekłości. W jednej chwili wyglądał jak człowiek, w drugiej jak zwierzę, które obudziło się w nim z krwi i strachu.
- To... wszystko... twoja wina! - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Veynar...? - Cofnęłam się o krok, ale było już za późno.
Skoczył, a jego dłonie, zimne i nieludzko silne, zacisnęły się na mojej szyi. Uderzyłam plecami o kamienną ścianę, aż powietrze uciekło z moich płuc.
- Zostawiłaś nas! - wrzeszczał, a jego twarz była teraz tuż przede mną, rozmazana przez narastający mrok przed moimi oczami. - Zostawiłaś nas na zgubę! To przez ciebie!
Jego palce wbijały się coraz głębiej. Krtań paliła mnie ogniem, a płuca błagały o oddech. Szarpałam się, uderzałam w jego ramiona, w pierś, ale było to jak walka z kamieniem.
Nagle poczułam moc, znaki. Wszystkie cztery. Razem. Nie rozbudzały się powoli, nie szeptały w mojej krwi jak dotąd. W jednej chwili buchnęły we mnie pełnią mocy. Świat zawirował, moje ciało napięło się jak struna, a coś większego niż ja sama rozerwało moje wnętrze, by wydostać się na wolność. Krzyk uwięzł mi w gardle. To one krzyczały. Światło, ciemność, ogień i woda - wszystko eksplodowało naraz, pulsując przez moją skórę. Veynar z wrzaskiem został oderwany ode mnie, a moc cisnęła nim o kamienną ścianę. Jego ciało runęło jak marionetka, ale to nie wystarczyło. Moc się nie zatrzymała. Szalała, rycząc przeze mnie jak burza. Uderzyła w ściany sali, w stropy, w kolumny. Kamień pękał, cegły wybuchały na kawałki, kurz i pył unosiły się jak gęsta mgła. Czułam, że to ja stoję w samym środku, a jednak nie miałam żadnej kontroli. Byłam tylko naczyniem.
- Dość! - próbowałam krzyknąć, ale głos utonął w huku eksplozji.
Nie słuchała mnie. Moc, która szarpała się na wolność, nie była moją siłą, lecz katem, jakby domagała się sprawiedliwości za grzechy przeszłości.
Mury Solvendoru waliły się jeden po drugim. Gdzieś pod rumowiskiem rozległ się trzask kości. Veynar... Nie mogłam go już ocalić.
Nagle wszystko umilkło. Stałam pośrodku zgliszczy, drżąc, cała rozpalona od wewnątrz, jakby w moich żyłach płynął żar. Pył opadał powoli, a to, co jeszcze niedawno było moim domem, teraz leżało wokół mnie w ruinach.
Zniszczyłam Solvendor.
Nogi ugięły się pode mną, ale nie upadłam. Z mojego gardła wydarł się ryk - głęboki, dziki, przerażający. Nie mój. To nie był krzyk człowieka, ale głos mocy, która nie należała do świata żywych. Echo tego dźwięku niosło się przez zgliszcza, przez góry, przez pustkę... Tak, jakby miało obudzić cały świat.
Ruiny pokryte były kurzem, dymem i zapachem spalenizny. Każdy oddech podrażniał gardło, a kroki brzmiały zbyt głośno w tej nienaturalnej ciszy.
Stanęłam pośrodku gruzowiska, a wokół mnie już nie było Solvendoru. Nie było ścian, które pamiętały moje dzieciństwo. Nie było sali, w której podejmowałam uchwały. Nie było domu. Byłam tylko ja, gruz i trupie echo mocy, która przed chwilą wyrwała się ze mnie nieproszona. Nadal czułam ciepło pod skórą, pulsowanie żywiołów, które nie należały do mnie, które pożerały mnie od środka.
- Nie chciałam... - wyszeptałam, ale słowa utonęły w pustce.
Serce waliło mi jak oszalałe. Zrobiłam krok do przodu, a kamienie obsypały się spod moich stóp. Zatrzymałam się gwałtownie, oddychając płytko. Każdy ruch przypominał, że to, co się stało, nie było snem. Solvendor, który miał być moim domem i moją twierdzą, już nie istniał.
- Nie... - Odwróciłam się wkoło, ale wszędzie były tylko gruz i popiół. - Nie mam... gdzie...
Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie mogłam płakać. Płacz byłby ulgą, a ja na nią nie zasłużyłam.
Znaki znów zapulsowały. Tak mocno, że aż zakręciło mi się w głowie. Poczułam, jak żywioły rwą się na wszystkie strony: woda dławiła mnie od środka, ogień palił płuca, powietrze wyło w uszach, a ziemia trzęsła się pod stopami. Krzyknęłam, obejmując się ramionami, jakby to miało cokolwiek pomóc. Moc szarpała się, nie dając mi chwili wytchnienia. Nie panowałam nad nią. To ona panowała nade mną.
- Nie mogę... nie umiem... - jęknęłam, zaciskając palce na głowie, jakby to pomogło zagłuszyć pulsowanie pod skórą.
Dotarło do mnie, że nie byłam już królową. Nie byłam nawet sobą. Byłam naczyniem, które pękało od środka. Wiedziałam, że ono prędzej czy później rozleje całą moc na świat, niszcząc wszystko, czego dotknie.
Stałam tam, wśród ruin, ze łzami, których nie potrafiłam już powstrzymać, i jedyną myślą, która uparcie do mnie wracała: Nie mam dokąd pójść. I nie mam dokąd wrócić.
Wtedy, pośród ruin, usłyszałam kroki. Powolne, jednostajne, jak u kogoś, kto nie boi się ani ciemności, ani Chaosu. Odwróciłam się gwałtownie, gotowa, chociaż nie wiedziałam nawet do czego. Do walki? Ucieczki?
W cieniu, między powalonymi kolumnami, stała kobieta. Starsza, w ciężkiej, ciemnej szacie, której materiał połyskiwał jak pióra kruka. Twarz miała pooraną zmarszczkami, a oczy przeszywające i zimne jak lód.
Mirel. Kapłanka Zakonu Cienia z Narthoru. Była jedną z tych, które zawsze patrzyły na mnie jak na zagadkę, jak na coś, co należy ocenić i zrozumieć, zanim się tego dotknie. Nigdy nie czułam od niej ciepła.
- Ty... - Głos mi się załamał, ale odruchowo zrobiłam krok w tył. - Czego chcesz?
Raven. Już mnie znalazł - ta myśl wpełzła do mojego umysłu, zimna i lepka. Nie mógł odpuścić. Nie mógł zostawić mnie w spokoju. Wysłał Mirel, aby doprowadziła mnie z powrotem. Żebym znowu należała do niego. Znaki zaczęły pulsować, a cień mieszał się ze światłem, odpowiadając budzącej się we mnie złości.
Mirel patrzyła na mnie chwilę w milczeniu, a jej spojrzenie było skupione i badawcze. Wreszcie odezwała się niskim, chrapliwym głosem:
- Narthor czekał na ciebie całe wieki. Musiałaś przejść próbę, aby udowodnić swoją wartość.
Jej słowa owinęły się wokół mnie jak bluszcz i coś ścisnęło mnie w środku.
- Wartość? - syknęłam. - Zniszczyłam swój dom. Zmiotłam z powierzchni ziemi własne królestwo. Pod gruzami zginął człowiek. Czy to dla ciebie wartość? Nie jestem nic warta! - krzyknęłam, a mój głos poniósł się po wypalonych murach. - Nic!
Mirel nawet nie drgnęła. W jej oczach przez moment coś mignęło - może cień współczucia? - ale szybko zniknęło, jakby nie chciała albo nie mogła tego pokazać. Uniosła dłoń i wyszeptała coś w języku, którego nie rozpoznałam. Słowa były miękkie, śpiewne, jak dawno zapomniane pieśni.
Prąd przeszył mnie od stóp do głów. Znaki na mojej skórze odpowiedziały światłem.
- Musisz zaakceptować przeznaczenie - powiedziała powoli, ale jej głos brzmiał teraz jak dwa głosy naraz: jej własny i jakiś starszy, głębszy, odległy. - I się temu oddać. Bo tylko wtedy będziesz mogła ocalić świat.
Patrzyłam na nią szeroko otwartymi oczami. W jej głosie pobrzmiewała nieodwołalność. Przez moment chciałam krzyczeć, zaprzeczyć, uciec. Ale nie było już dokąd. Nie było już domu, nie było Wiktorii, nie miałam już nic. Czułam, że nie mam wyboru. Że mój los już dawno został spisany. Zacisnęłam dłonie w pięści i spuściłam głowę.
- Zrozumiałam... - Mój głos był ledwie szeptem. - Nie ma ucieczki.
Unosząc oczy na Mirel, poczułam, jak coś we mnie rozpada się na kawałki i układa na nowo. Wiedziałam, że nie mam szans. Że nie panuję nad mocą, którą noszę, a sama będę tylko siać ból i zniszczenie.
- Zabierz mnie z powrotem do Narthoru.
Mirel skinęła głową i wyciągnęła dłoń. Jej palce były chłodne, ale zarazem dawały dziwne poczucie bezpieczeństwa.
- Tak być musi. - W jej oczach błysnęło coś, co po raz pierwszy wyglądało jak cień szacunku.
Westchnęłam głęboko i zamknęłam powieki. A potem wszystko zniknęło - ruiny, popiół, cisza...