ROZDZIAŁ I
Człowiek stojący u bram dworu Ashcroft miał nieodparte wrażenie, że są to wrota do innego świata. Podobny widok mógł bowiem oglądać dotychczas jedynie w snach, i to tych najpiękniejszych, które zapamiętuje się do końca życia. Za progiem złoconego wejścia, strzeżonego przez posągi lwów usytuowanych na dwóch masywnych filarach, wiła się kamienna droga, prowadząca wprost do wielkiej rezydencji. Nad nią zaś sklepiały się rozrośnięte gałęzie kwitnących jabłoni, tworzące śnieżnobiały baldachim pachnącego kwiecia.
Ach, jaką ucztą dla ludzkiego oka był ów widok, wiedział tylko ten, komu dane było ujrzeć go na własne oczy, a przecież był to zaledwie przedsionek, odkrywający jedynie namiastkę obecnych tam cudowności.
Dalej rozciągały się całe połacie malowniczych ogrodów, gdzie lśniące wody stawów przyciągały całe hordy wszelkiego rodzaju ptactwa. Latem przepełnione były kaskadami kolorowych kwiatów - od splecionych ze sobą krwistoczerwonych róż aż po błękitne, jak odbicie nieba, niezapominajki przywołujące wspomnienia z dzieciństwa, gdy widziało się je na łąkach.
Między nimi rosły wysokie, niczym drzewa, krzewy przycięte w idealnie stożkowy kształt, a zza ich bujnych form wyłaniały się marmurowe figury przedstawiające ludzkie ciało w najwspanialszej z odsłon. Krajobraz dopełniał rozbrzmiewający wokół cichy szum fontanny, której białe strumienie mieniły się w słońcu, podobnie jak tysiące maleńkich kryształów.
Tuż za nią, w cieniu roślinności, wznosiły się porośnięte bluszczem schody prowadzące wprost do rezydencji. Majestatyczna budowla, przypominająca pałac samego króla, zapierała dech w piersiach, a liczne rzeźby i kolumny zdobiące jej elewację ujmowały precyzją w każdym detalu. Bez wątpienia był to symbol splendoru, dążenia do doskonałości i pychy, chcącej zaspokoić najgłębsze żądze drzemiące w umyśle człowieka.
Był rok tysiąc siedemset pięćdziesiąty drugi, a szare londyńskie ulice dalece odbiegały wizerunkiem od dworskich posiadłości arystokracji. W kraju, gdzie głód, choroby i ubóstwo były codziennością, żyli oni tak, jakby ten świat zupełnie ich nie dotyczył. Najdroższa biżuteria, perfumy sprowadzane z Francji na zamówienie kapryśnych dam, ogromne posiadłości, służba, a nad nimi pan, dyrygujący tym wszystkim, mający się za boga w swoim świecie.
Powszechnie wiadomo, że bogactwo potrafi zdeprawować nawet najbardziej przyzwoitych ludzi, wyciągając z nich cechy, o jakie sami siebie wcześniej nie podejrzewali. Szczególnie władza powoduje zaślepienie, a dzierżący ją człowiek winien znać brzemię odpowiedzialności, która na nim spoczywa. Taką władzę bez wątpienia miał hrabia Edward Davis. To właśnie on był właścicielem posiadłości Ashcroft, jak i wszystkich wspaniałości znajdujących się na jej rozległych równinach.
Hrabia był ziemianinem iście powściągliwym, a jego kamienny wyraz twarzy potrafiłby wprawić w trwogę nawet najbardziej odważnego męża. Niegdyś jednak był to człowiek o pogodnym usposobieniu i wbrew pozorom wielkim sercu. Mimo pozycji traktował wszystkich z równością i nie potrafił przejść obojętnie, gdy komuś działa się krzywda. Otworzył nawet szpital, w którym zatrudniał najlepszych lekarzy sprowadzanych z najdalszych zakątków kraju, wszystko po to, by zwykli ludzie otrzymali choć namiastkę normalności w tym trudnym świecie.
W Londynie i okolicach nie ostał się nikt, kto nie słyszałby o jego szlachetnych czynach. Biedni okazywali mu szacunek i nigdy źle się o nim nie wypowiadali, zaś równi pozycją twierdzili, że postradał rozum, wszak zwykli obywatele byli dla nich nic nieznaczącymi zjadaczami chleba, a tym należało dobitnie ukazać, gdzie jest ich miejsce.
Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy przed dziesięcioma laty, chłodnego, jesiennego poranka Edwarda obudził przeraźliwy krzyk służącej, który słychać było w całym domu. Dobiegał on z najwyższej części budynku, gdzie znajdowała się pracownia, w której żona Edwarda, Laura, zwykła przesiadywać całymi dniami, malując pejzaże.
W tym małym, niepozornym pokoju, pełnym wspomnień, na drewnianej posadzce leżało jej zakrwawione ciało. Ostry sztylet wbity był w jej pierś, a biała, niczym płatek śniegu, twarz zastygła w bezruchu, jak gdyby czas nagle się zatrzymał.
Widok ten wstrząsnął Edwardem tak bardzo, że stracił przytomność. Odzyskał ją na drugi dzień, łudząc się, że to, co zobaczył, było tylko złym snem, koszmarem pozostającym jedynie wytworem umysłu, a nie rzeczywistością. Na nic zdały się jednak jego nadzieje.
Kto mógł zrobić coś tak strasznego?
Tragedia ta stała się numerem jeden na językach wszystkich. Podejrzanym mógł być każdy, wszak mimo swej dobroci hrabia miał również wielu wrogów, a ci, z zazdrości, gotowi byli posunąć się do najpodlejszych czynów.
Po pogrzebie Laury Edward zamknął się w sobie, a z tryskającego energią człowieka stał się wrakiem opuszczającym dom tylko, gdy sprawa tego wymagała. Zwolnił całą służbę, pozostawiając przy pracy wyłącznie guwernantkę zajmującą się jego jedynym synem George'em, który miał wtedy zaledwie czternaście lat. Strasznie przeżył śmierć matki, co również odcisnęło na nim piętno.
Tak minęły lata.
Gdy George dorósł, szybko przejął obowiązki w posiadłości ojca i na nowo zrobił z niej miejsce spotkań śmietanki towarzyskiej. Miał za złe, że ten nigdy nie szukał mordercy jego matki, choć znalezienie go graniczyło z cudem.
Od tamtej pory każdy z nich żył we własnym świecie.
Edward zamieszkał w pokoju, w którym niegdyś malowała jego żona, całkowicie rezygnując z życia towarzyskiego.
George mianował siebie nowym panem rodzinnego dworu, zatrudniając multum służby i dyrygując nią według własnego uznania. Trwonił rodzinny majątek i wywoływał skandale, wdając się w kolejne romanse, gdyż wszystkie damy na widok jego kiesy gotowe były zrobić niemal wszystko, łącznie z poświęceniem własnego dziewictwa. Niestraszne mu były nawet kobiety zamężne, wszak George nie myślał o ustatkowaniu się, a jedynie o zaspokajaniu własnych żądz i potrzeb ciała.
Gdy ktoś prosił go o pomoc, zwykł śmiać się w głos, drwiąc sobie z losu tych, którzy mieli mniej szczęścia i nie dane było im zaznać łaski. Był zupełnym przeciwieństwem swojego ojca.
Czy to tragedia sprzed lat go tak zmieniła? A może był taki od zawsze?
Nie mógł znać odpowiedzi na te pytania, nikt prócz niego.
Szpital, zbudowany niegdyś przez jego ojca, zamienił w dom schadzek, potajemnie czerpał z niego dodatkowe zyski, przy okazji będąc tam dość częstym gościem, zwykle pod osłoną nocy i ukradkiem.
George nie był wyjątkiem, bowiem ci, którzy za dnia wydawali się najdostojniejszymi mężami z nienaganną opinią, nocą pierwsi ustawiali się w kolejce, by korzystać z usług miejscowych ladacznic.
Któż mógłby dawniej przypuszczać, że z jedynego syna hrabiego wyrośnie prawdziwy czarci pomiot?
Z pozoru niewinna twarz i wielkie, szmaragdowe oczy potrafiły zwodzić i były zaprzeczeniem mrocznej natury, jaką w sobie skrywał. Był to młodzieniec o niewątpliwej urodzie i smukłej posturze, z gładkimi rysami i zarysowaną szczęką. Jak na prawdziwego arystokratę przystało, młody panicz unikał słońca, twierdząc, że nawet delikatna opalenizna kojarzy się z pracą w polu i jest zarezerwowana wyłącznie dla niższych warstw społecznych.
George był nad wyraz dumny z tego, jak na nowo urządził rodzinny pałac. Każdego tygodnia wydawał wystawne przyjęcia i zapraszał wszystkich, których warto było zaprosić. Uchodził za człowieka towarzyskiego, a przemawiał tak, że nawet najmniej zainteresowany z gości chętnie z nim rozmawiał.
Mimo pysznego charakteru miał dar przekonywania, talent do prowadzenia dyskusji i urok, którym oczarowałby każdego. Był jak wąż kuszący swoim wdziękiem, a gdy ktoś nabrał się na jego grę, był stracony.
Szczególnie przekonywała się o tym służba, ponieważ na niej wyładowywał wszelkie frustracje związane z przeciwnościami losu. Ulgowo zdawał się traktować jedynie pana Jamesa Smitha, wszak ten był jego prawą ręką i informował go o tym, co dzieje się w mieście i okolicach. O wszystkim George miał wiedzieć pierwszy, a James świetnie sprawował się w roli informatora i tym zaskarbił sobie jego względy.
Przystrojony w zdobioną haftami burgundową kamizelkę i mlecznobiałą koszulę, wyglądał niczym członek szanowanego rodu. Jego powab i szlachetność rysów nieraz sprawiały, że ludzie myśleli, że mają do czynienia z wielmożnym panem, a nie prostym sługą. Był to bez wątpienia człowiek pragmatyczny, a jego stoicki spokój i trzeźwy ogląd sytuacji już niejeden raz uratowały młodego panicza z opałów.
George tracił rozum, gdy tylko coś nie szło zgodnie z jego planem, a pan Smith, zachowując zimną krew, podsuwał mu najlepsze rozwiązania.
Tym razem jednak zdawał się nie przynosić George'owi dobrych wieści, o czym ten wkrótce miał się przekonać.
Smith z nieśmiałością przekroczył próg przestronnego salonu, w którym wicehrabia zwykł wypoczywać po całym dniu szaleńczych ekscesów. W dłoniach trzymał zawinięte w rulon pismo, a wyraz jego twarzy wyrażał swoiste zakłopotanie. Widok podwładnego sprawił, że George natychmiast się ożywił, bowiem samotne chwile w towarzystwie wina zaczynały nużyć go niesłychanie. Pan Smith, nie odezwawszy się ni słowem, położył na orzechowym stoliku egzemplarz codziennej prasy, wicehrabia zaś szybko wywnioskował, że owa publikacja zapewne musi dotyczyć jego.
Nim jednak spojrzał na nakreślony wielkimi literami nagłówek, napełnił jeszcze raz kielich i wychyliwszy go, duszkiem wypił całą jego zawartość.
- Czyżbym znów stał się bohaterem pierwszych stron gazet? - spytał, przecierając usta wierzchem dłoni, po czym chwycił za brukowiec i przeczytał zapisane na nim słowa. - "Rozpustne życie wicehrabiego. Kto będzie jego następną ofiarą?" Ofiarą?! - zagrzmiał z oburzeniem. - Przecież te dziewki same proszą, bym zechciał z nimi pofolgować! Drogi Jamesie, wiesz przecież, że takie wydmuszki nie robią na mnie wrażenia. Widać jako jedyny wzbudzam powszechne zainteresowanie, a sława, jak wiesz, jest rzeczą pożądaną. Poza tym nie wymieniono mnie z nazwiska, więc kto by się tym przejmował?
- Jest tu twoja podobizna, panie. Wszyscy wiedzą, że chodzi o ciebie. Niektórzy nawet porównują cię do owianego przed laty złą sławą hrabiego Rochester, Johna Wilmonta. Powiadają, że skończysz podobnie, zatruty kiłą, z różańcem w dłoni, w modlitwie o ostatnie namaszczenie - rzekł z powagą Smith.
- Niech mówią. Zupełnie mi ten fakt nie przeszkadza. Tobie też nie powinien - odparł niewzruszenie wicehrabia.
- Panie, obawiam się, że hrabia ma na ten temat zgoła odmienne zdanie.
- Cóż to ma znaczyć?!
- Panie, wyjrzyj tylko na podwórze, a przekonasz się na własne oczy.
George, zdezorientowany słowami wiernego sługi, pędem ruszył w stronę okna. To, co zobaczył, zmroziło go na tyle, że zastygł niczym głaz, a ciało jego przeszył dreszcz podobny do uderzenia piorunem. Był to widok, którego za nic w świecie nie mógł się spodziewać.
Hrabia Edward gotów był właśnie do drogi, a w rękach trzymał nieszczęsny brukowiec, w którym tak niegodziwe rzeczy padły pod adresem jego jedynego syna. Nie mogło to wróżyć niczego dobrego, toteż twarz George'a poczerwieniała, a niepewność zamieniła się w gniew, dając wreszcie ujście nagromadzonym wewnątrz emocjom.
- Powiedz, jak to jest możliwe?! - wrzasnął. - Jakim cudem ten szmatławiec trafił w jego ręce?! Przecież on nawet nie wychodzi z domu! Mam nadzieję, że nie masz z tym nic wspólnego!
- Nie śmiałbym, panie. Za pozwoleniem, złość nic tu nie da - zaczął spokojnie Smith. - Burza musi minąć sama - skwitował.
- Co masz na myśli?
- Hrabia to twój ojciec, panie. Gdy wróci, po prostu z nim porozmawiaj. To tylko gazeta, w dodatku często mijająca się z prawdą dla większego rozgłosu. Hrabia to mądry człowiek i na pewno weźmie pod uwagę także twoje zdanie, szczególnie jeśli wyrazisz przed nim skruchę.
- Ziarno zasiane raz może kiełkować w nieskończoność! Dowiedz się lepiej, kto podsunął mu te plotki, i przyprowadź go do mnie, bym osobiście mógł go ukarać!
Edward pozostawał jedyną osobą, do której młody wicehrabia żywił szacunek, ale i czuł nieustanny strach przed jej osądem. Bał się, że ojciec jednym słowem mógłby pozbawić go życia, do którego tak bardzo przyzwyczaił się przez ostatnie lata. Bał się, że jego władza mogłaby się zmniejszyć, a to byłby cios równający się z porażką, której nie byłby w stanie zaakceptować.
Zdawał sobie sprawę, że teraz może tylko czekać. W otchłani własnego umysłu snuł najczarniejsze scenariusze, a to doprowadzało go do coraz większego szaleństwa. Do tej pory ojciec ani razu nie wtrącił się w jego życie, a George był pewien, że ma pod kontrolą to, w jakim widzi go świetle. Myśl o tym, że wszystko legło w gruzach, frustrowała go, a kolejne godziny wyczekiwania zdawały się dłużyć nieskończenie.
Wkrótce nastała noc, a hrabia jakby zapadł się pod ziemię. George w milczeniu wpatrywał się w tykające wskazówki zegara, a każda kolejna minuta niepewności była dla niego niczym najgorsza z tortur. Właśnie wtedy usłyszał za plecami ciche kroki, a kiedy spojrzał za siebie, ujrzał Rose Brown, guwernantkę, która zajmowała się nim niemal całe życie.
Gdy stracił matkę, to ona stała się dla niego najbliższą osobą. Chcąc zrekompensować tragedię, której doświadczył, przymykała oko na jego występki, lecz z czasem zauważyła, że tak wielkie pobłażanie nie wyszło młodemu wicehrabiemu na dobre.
- Drogi chłopcze, nie zamartwiaj się. Już późno, powinieneś się położyć. Czasem na wszelkie strapienia sen okazuje się najlepszym lekarstwem - rzekła Rose, poklepując go po ramieniu.
- Mam się nie zamartwiać? Gdybym tylko wiedział, jak to zrobić, poszedłbym za twoją radą. Och, moja Rose, masz pojęcie, co się stało? Ktoś umyślnie doniósł ojcu, co ci przeklęci adwersarze o mnie piszą! Mam schować głowę w piasek? Dowiem się, kto ma czelność występować przeciw mnie we własnym domu, a wtedy niech Bóg ma go w opiece, bo nie ręczę za własne opanowanie!
- Moje dziecko, to ja.
- Ty? - spytał z widocznym zakłopotaniem malującym się na jego twarzy.
- Starałam się wspierać cię całe życie, ale nie takiego życia dla ciebie chciałam. Zatraciłeś się, a wartości, które niegdyś widziałam w małym chłopcu, wyparowały. Musiałam porozmawiać z twoim ojcem. Nie miałam innego wyjścia.
- Jak śmiesz?! Nie jesteś moją matką! Jesteś tu służbą, jak reszta! Znaj swoje miejsce!
- To prawda. Nigdy nie chciałam jej zastąpić. Pragnęłam jedynie, byś wyrósł na prawego człowieka. Niestety, nie zdołałam podołać mej roli.
- Prawego? A cóż znaczy prawość w obecnym świecie? Liczą się ci, którzy są na szczycie. Jestem wdzięczny, żeś była przy mnie, gdy nie miałem wokół siebie nikogo. Nigdy tego nie zapomnę. Wiedz jednak, że zawiodłaś mnie jak nikt inny i w jednej chwili wymazałaś wszystkie dobre wspomnienia. A ja, głupiec, myślałem, że mogę ci ufać. Spakuj swoje rzeczy, Rose... panno Brown. Rankiem opuścisz Ashcroft i wrócisz do rodzinnej wsi. Nie martw się, dostaniesz sowitą odprawę za spędzone tutaj lata.
Wtenczas wicehrabia odwrócił się do swojej opiekunki plecami, w milczeniu czekając, aż ta zostawi go samego. Wypowiedziane przez George'a słowa niesłychanie ją dotknęły, lecz Rose wiedziała, że szczerość, na którą się odważyła, musiała zebrać swe żniwo. Nie żałowała jednak tej decyzji, wszak była przekonana, że to jedyne słuszne wyjście.
George nigdy nie wybaczał wymierzonych w niego zniewag. Nie traktował ich jako lekcji, lecz atak, który za wszelką cenę trzeba było odeprzeć. W mgnieniu oka zaufanie, którym darzył Rose, legło w gruzach, a w miejscu miłości i wdzięczności w jednej chwili pojawiły się nienawiść i niezrozumienie.
Nim gorycz zdążyła do reszty wypełnić jego wnętrze, szybko spostrzegł, że powóz hrabiego zatrzymał się tuż przed rezydencją. Edward niczym grom przekroczył jej próg, podając po drodze służbie swój szeroki, trójgraniasty kapelusz, a krok jego był żywy i gwałtowny, wprawiający w lęk każdego, kto wówczas stał mu na drodze.
George, nie mając wyjścia, wyszedł mu naprzeciw, natychmiast wcielając się w rolę skruszonego syna, będącego ofiarą bałamucących potwarzy i kalumnii.
- Ojcze, gdzie byłeś? Martwiłem się! Coś się stało? - pytał jakże przejmującym głosem.
Hrabia w odpowiedzi rzucił w jego stronę zimne, wyzute z wszelkich uczuć spojrzenie, nakazując, by udał się wraz z nim do gabinetu. Owe słowa na dobre utwierdziły George'a w przekonaniu, że niełatwo mu przyjdzie rozmawiać z Edwardem.
Nie odstępując ojca na krok, próbował wytłumaczyć się, mówiąc, że owo pismo to zwyczajny brukowiec chcący zepsuć mu reputację, że dobrze zarządza majątkiem i nie zrobił nic, co mogłoby go zasmucić. Hrabia ignorował jego słowa, a on, idąc za radą pana Smitha, okazał skruchę i zaczął przepraszać oraz przyznawać, że popełniał błędy, ale od teraz wszystko się zmieni.
Wtedy obaj przekroczyli próg starego, nadszarpniętego zębem czasu pomieszczenia, w którym przed laty każdego dnia gościli urzędnicy i inni wielcy panowie, załatwiający wszelkie sprawy w zgiełku ówczesnej codzienności.
Edward westchnął, z sentymentem wspominając czasy swej świetności, a następnie usiadł przy mahoniowym biurku i w milczeniu rozłożył na nim dokumenty sporządzone przez notariusza, u którego spędził ostatnich kilka godzin.
- Co to takiego? - wydukał zdziwiony wicehrabia.
Nie usłyszawszy odpowiedzi ze strony ojca, usiadł naprzeciw niego, po czym chwycił papier w dłonie, a to, co ujrzał na zapisanych stronicach, niezmiernie go zaskoczyło.
- Mam się ożenić? - spytał zmieszany.
- Tak, synu. Do końca lata znajdziesz sobie żonę, w przeciwnym razie sam ci ją wybiorę.
- Ojcze, to nieporozumienie. Nie chcę się jeszcze żenić. To wszystko, co piszą, to pomówienia!
- Oczywiście... - przytaknął Edward.
Zmęczony kłamstwami syna, postawił sprawę tak jasno, że jaśniej nie było sposób.
- Czy ty masz mnie za durnia?! Może i osiągnąłem podeszły wiek, lecz umysł mam nadal przejrzysty! Dałem ci swobodę, ale wiedziałem o wszystkim! O każdym twoim najmniejszym ruchu! O tym, że sprzedałeś większość naszych ziem, podrabiając moje podpisy! Mało tego, zamknąłeś szpital, mimo że wiedziałeś, ile dla mnie znaczył! Wszystko to wiedziałem.
George od razu pomyślał o pani Brown, wszak ta już od dawna musiała w szczegółach opisywać Edwardowi jego życie. Tym też sposobem pozbył się resztek wyrzutów sumienia, które nachodziły go w związku z jej zwolnieniem.
- Skoro o tym wiedziałeś, dlaczego wcześniej nic nie zrobiłeś? - spytał po chwili milczenia.
- Bo łudziłem się, że odzyskasz rozum! Majątek będzie twój tylko wtedy, gdy pojawi się następca. Jeżeli nie spełnisz warunków umowy, nie dostaniesz ani szylinga więcej. To moje ostatnie słowo.
Bezwzględna stanowczość Edwarda wzbudziła w George'u trwogę, jakiej nie czuł od dawna.
Hrabia opuścił gabinet, a on, dając upust nagromadzonym emocjom, uderzył pięścią w blat z tak wielką mocą, że zostawił na nim krwawy odcisk. To sprawiło, że jego umysł nieco się rozjaśnił.
Może to wcale nie jest zły pomysł.
Jednak wyobrażenie sobie, że będzie musiał dzielić z kimś własną przestrzeń, nadal przyprawiało go o dreszcz i odrazę. Z drugiej strony ożenek nie musiał oznaczać końca zwyczajów, które wyrobił sobie przez ostatnie lata.
Większość arystokratycznych małżeństw istniała w istocie tylko na papierze. W rzeczywistości mężowie nadal korzystali z wszelkich uciech, nie licząc się z żonami, a w najgorszych przypadkach nawet tego nie ukrywali.
Gdy George pomyślał o tym w ten sposób, całe jego obawy zdawały się nie mieć najmniejszego znaczenia. Uśmiechnął się na myśl, że po spełnieniu owego warunku nie będzie już musiał martwić się o swoją pozycję, bowiem według umowy cały majątek będzie formalnie należał wyłącznie do niego.