Więzy krwi - Kamilla Oresvärd

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Dwa kie­liszki wina i lunch za­le­ga­jący w żo­łądku spra­wiają, że Stina robi się senna. Tę­skni za le­ża­kiem na plaży i szu­mem fal ko­ły­szą­cych ją do snu. Prze­sta­wie­nie się na le­niwy, wa­ka­cyjny rytm za­jęło jej pra­wie dwa ty­go­dnie, ale te­raz chwi­lami na­wet czuje spo­kój. Tak jak w tym mo­men­cie. Cie­pło, spo­kój, przy­jemny wiatr od mo­rza, przy­ja­ciółki i dzieci, które śmieją się i roz­ma­wiają ze sobą, po­chła­nia­jąc resztki je­dze­nia. Stina pro­stuje nogi pod sto­łem i spo­gląda na Lilly.

- Pój­dziemy przo­dem - in­for­muje córka, kła­dąc sztućce na ta­le­rzu.

- Okej. - Stina kiwa głową, pa­trząc, jak na­sto­latki wstają od stołu. Ależ uro­sły. Jej córki, czyli Lilly i An­nie, oraz Va­le­rie i Va­nessa, córki Ame­lie, wszyst­kie szwedz­kie blon­dynki, idą sla­lo­mem mię­dzy sto­li­kami i gło­śno się śmie­jąc, wy­cho­dzą na nad­mor­ską pro­me­nadę w Mar­belli. Za nimi, ale tro­chę wol­niej, czła­pie Joel, syn Ca­ro­liny, a obok niego naj­młod­sze dziecko Ame­lie, czyli El­liot. Z wy­jąt­kiem El­liota wszy­scy są pra­wie do­ro­śli. Jak to się stało? Jesz­cze nie tak dawno ba­wili się w pia­skow­nicy.

- My chyba też się zbie­ramy? - su­ge­ruje Ca­ro­lina.

- Tak - mówi Stina.

Do­pi­jają wino i wstają z wi­kli­no­wych krze­seł, na któ­rych leżą nie­bie­skie po­duszki, po czym opusz­czają re­stau­ra­cję Cap­puc­cino i wy­cho­dzą na bru­ko­waną pro­me­nadę. Na plaży po­ni­żej stoją równe rzędy le­ża­ków pod pa­ra­so­lami przy­po­mi­na­ją­cymi ha­waj­skie spód­nice. Słońce jest in­ten­sywne, więc Stina stara się po­zo­stać w cie­niu palm, gdy obie z Ca­ro­liną idą w mil­cze­niu. To ich ostatni dzień w Mar­belli i do­pada je me­lan­cho­lijny na­strój. Żadna z nich nie chce wra­cać do domu.

Po ja­kimś cza­sie kostka bru­kowa się koń­czy, a za­miast niej po­ja­wia się żółty, drobny pia­sek. Na­gle Ca­ro­lina się za­trzy­muje. Lekki wiatr pod­rywa chmurę pia­sko­wego pyłu i trze­po­cze jej sze­roką nie­bie­ską spód­nicą. Ca­ro­lina za­kłada swoje ciemne loki za ucho, pod­nosi rękę i po­ka­zuje pal­cem.

- Tu­taj miesz­ka­łam - mówi.

Stina przy­staje tuż za nią, pa­trzy w górę, na ogromny biały dom, pra­wie cał­kiem scho­wany za wy­so­kim ka­mien­nym mu­rem i roz­ło­ży­stymi li­śćmi palm. Do­strzega dwie górne kon­dy­gna­cje i czer­woną da­chówkę.

- Co? - pyta, krę­cąc głową z nie­do­wie­rza­niem. - Miesz­ka­łaś tu? Ale jak to?

- To tu­taj miesz­ka­łam w wa­ka­cje po­mię­dzy szes­na­stym a osiem­na­stym ro­kiem ży­cia - uści­śla Ca­ro­lina, jakby to było coś oczy­wi­stego.

Stina spo­gląda py­ta­jąco na Ame­lie, która rów­nież się za­trzy­mała i te­raz roz­kłada ręce. Ten duży dom, w tym miej­scu, nie jest czymś, co sko­ja­rzy­łaby z Ca­ro­liną. A ona twier­dzi, że tu miesz­kała?

- Cze­goś tu­taj nie ro­zu­miem. Prze­cho­dzi­ły­śmy tędy pew­nie z dzie­sięć razy, ale ni­gdy nie wspo­mnia­łaś o tym ani sło­wem - stwier­dza Stina.

Ca­ro­lina spo­gląda na nią i śmieje się bez­tro­sko.

- Se­rio?

Stina nie wi­dzi jej oczu ukry­tych za oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi i przez chwilę na­wet się za­sta­na­wia, czy Ca­ro­lina przy­pad­kiem nie żar­tuje. Ale po sie­dem­na­stu la­tach przy­jaźni zna ją zbyt do­brze i zdaje so­bie sprawę, że przy­ja­ciółka mówi po­waż­nie. Znowu spo­gląda na bu­dy­nek. Na­prawdę tu miesz­kała? W tym domu? Ale dla­czego ni­gdy o tym nie wspo­mniała?

2

Stina chowa się w cie­niu pa­ra­sola. Sięga po te­le­fon i włą­cza au­dio­bo­oka, po czym pro­stuje nogi i wzdy­cha z za­do­wo­le­niem.

- Halo! - woła Ame­lie, po­ja­wia­jąc się na plaży z lo­dami. Część szybko roz­daje, a po­tem bie­gnie lek­kim kro­kiem po go­rą­cym pia­sku i wrę­cza jed­nego Sti­nie.

- Dzięki - mówi Stina, ob­ser­wu­jąc, jak Ame­lie po­chyla się nad drze­miącą Ca­ro­liną i kła­dzie jej loda na ple­cach roz­grza­nych słoń­cem. Ca­ro­lina pod­rywa się z krzy­kiem.

- Cho­lera ja­sna! - wrzesz­czy, po­trzą­sa­jąc ciem­nymi lo­kami.

- Przy­naj­mniej się obu­dzi­łaś - śmieje się Ame­lie.

- A ty nie chcesz? - pyta Stina, roz­ry­wa­jąc pa­pie­rek i wkła­da­jąc pra­wie roz­to­pio­nego loda do ust.

- Nie, na­piję się wody - od­po­wiada Ame­lie, sia­da­jąc na brzegu le­żaka Stiny. Bie­rze kilka ły­ków wody z bu­telki i po­pra­wia słom­kowy ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem, po czym spo­gląda na Stinę. - Masz na no­sie cze­ko­ladę.

Stina wy­ciera nos ręką. - Już?

Ame­lie kiwa głową, a Stina w mil­cze­niu je lody.

- Co bę­dziesz ro­bić po po­wro­cie do domu? - prze­rywa w końcu ci­szę Ame­lie.

- A o co py­tasz?

- O pracę.

- Aha. - Stina do­jada loda. My­śli o tym, że kilka słów może ją znowu po­grą­żyć w mroku. Nie chce my­śleć o po­wro­cie do domu. O tym, że urlop za­raz się skoń­czy i że czeka ją po­wrót do sza­rej rze­czy­wi­sto­ści. - Nie wiem - od­po­wiada. - W po­nie­dzia­łek spo­tkam się z sze­fem i bę­dziemy o tym roz­ma­wiać.

- Może czeka cię miękki start?

- Aha, już to wi­dzę - mówi Stina i wci­ska­jąc w pia­sek pa­ty­czek po lo­dzie, ry­suje nim gwiazdki i ser­duszka. Słowa Ame­lie przy­po­mi­nają jej o le­karce, u któ­rej wy­lą­do­wała po za­ła­ma­niu ner­wo­wym. Wy­dała jej się taka młoda. Miała góra trzy­dzie­ści lat. Sti­nie dźwię­czą w uszach jej słowa. Oświad­czyła, że wy­syła ją na zwol­nie­nie i że Stina musi wy­po­cząć, za­nim wróci do pracy. Po­tem prze­pi­sała jej leki i za­le­ciła psy­cho­te­ra­pię. Co naj­mniej raz w ty­go­dniu.

Stina spo­gląda na Ame­lie i wzdy­cha.

- Nic mi nie jest - za­pew­nia, roz­ma­zu­jąc gwiazdę i czu­jąc pod dło­nią cie­pły pia­sek. - Nie po­prawi mi się od snu­cia się po domu i roz­trzą­sa­nia tego wszyst­kiego. Ma­mie to ży­cia nie wróci, a mnó­stwo lu­dzi po­trze­buje mo­jej po­mocy. Po­li­cja ma braki ka­drowe. Poza tym prze­cież te­raz od­po­czy­wam. - Stina wy­rzuca pa­ty­czek po lo­dzie i roz­kłada ręce. - Już mnie plecy bolą od tego cią­głego wy­le­gi­wa­nia się.

Spoj­rze­nia przy­ja­ció­łek się krzy­żują, a Stina wie, że miała tego nie zo­ba­czyć.

- No co? - Po­now­nie roz­kłada ręce i za­uważa plamę po lo­dzie wa­ni­lio­wym na ręcz­niku. - Prze­cież ja też mogę mieć cza­sem gor­szy mo­ment. Jak wszy­scy. Co wcale nie ozna­cza, że je­stem wy­pa­lona czy chora - oświad­cza, nie­udol­nie sta­ra­jąc się usu­nąć plamę.

- Ale zro­zum, że... - za­czyna Ame­lie.

- Nie. Nie chcę te­raz o tym ga­dać - prze­rywa jej Stina, pod­no­sząc rękę. - Ale co do cie­bie - mówi do Ca­ro­liny re­lak­su­ją­cej się na le­żaku. - Ni­gdy nie wspo­mi­na­łaś, że miesz­ka­łaś w tym luk­su­so­wym domu w Mar­belli.

- Pró­bu­jesz zmie­nić te­mat?

- Skąd - od­po­wiada Stina. - Po pro­stu uwa­żam, że mo­żemy po­ga­dać o czymś in­nym niż ja i moje zwol­nie­nie le­kar­skie. To za­czyna być nudne.

- Mnie też cie­kawi ta twoja mar­bel­l­ska hi­sto­ria - mówi Ame­lie, po­pra­wia­jąc ka­pe­lusz.

- Co za sen­sa­cja - pry­cha Ca­ro­lina i unosi brwi.

- Daj spo­kój - udaje obu­rze­nie Ame­lie.

- Opo­wia­daj - prosi Stina.

- W su­mie to nie ma o czym.

- Je­steś pewna, że nie mo­żemy tam pójść z wi­zytą?

Ca­ro­lina kręci głową ze śmie­chem.

- Nie ma szans.

- Co za dom! - mówi Ame­lie, prze­wra­ca­jąc oczami.

- Prze­cież na­wet nie wiesz, jaki jest w środku - pro­te­stuje Ca­ro­lina.

- Zga­dza się, ale mogę to so­bie wy­obra­zić. To praw­dziwy pa­łac.

Ca­ro­lina wzru­sza ra­mio­nami.

- Ow­szem, jest ładny - stwier­dza i wstaje. - Do­bra, idę do wody, bo za­raz się roz­to­pię w tym upale. Wró­cimy do tego póź­niej.

Stina od­pro­wa­dza przy­ja­ciółkę wzro­kiem, gdy ta bie­gnie w stronę mo­rza i rzuca się w fale. Ca­ro­lina naj­wy­raź­niej nie chce o tym mó­wić. Wiele razy pró­bo­wały ją z Ame­lie po­cią­gnąć za ję­zyk, lecz na próżno. Jed­nak z ja­kie­goś po­wodu wspo­mniała im o tym, że miesz­kała w tym domu. Stina kręci głową. O co tu cho­dzi?

3

Ca­ro­lina wy­ła­nia się z mo­rza i wy­żyma wodę z wło­sów. Jej stopy grzę­zną w pia­sku i są ob­my­wane przez fale, gdy z mo­zo­łem idzie w kie­runku brzegu. Jakby mo­rze chciało ją za­trzy­mać, ale ona i tak sta­wia mu opór.

Do­ciera do le­żaka i roz­ciąga się na nim. Gruby ręcz­nik frotté jest cie­pły i miękki. Otu­la­jąc się nim, czuje się tak, jakby się wśli­zgi­wała do swo­jego łóżka po dłu­giej nie­obec­no­ści w domu. Ca­ro­lina ni­gdy nie przy­wią­zy­wała wagi do przed­mio­tów, ale ceni so­bie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa zwią­zane z tym, co do­brze zna. To ją uspo­kaja. Nie miała go w ży­ciu zbyt wiele.

Osu­sza ręce i wyj­muje z to­rebki pa­pie­rosa. Za­pala go i kilka razy mocno i szybko się za­ciąga, ob­ser­wu­jąc mło­dzież w wo­dzie i na plaży. Sły­szy gło­śne śmie­chy i ra­do­sne okrzyki, wi­dzi śnież­no­białe zęby, śniade twa­rze i wodę pry­ska­jącą na opa­lone ciała. Praw­dziwa i ni­czym nie­skrę­po­wana ra­dość. Ca­ro­lina się uśmie­cha i opiera głowę na le­żaku.

Ką­tem oka wi­dzi Stinę sie­dzącą z za­mknię­tymi oczami, ze słu­chaw­kami na uszach, i Ame­lie sta­ran­nie sma­ru­jącą swoje dziew­częce ciało kre­mem z fil­trem. Po­tem za­czyna się przy­glą­dać so­bie. Kro­pelki wody lśnią, a w nie­któ­rych miej­scach już wy­schły. Jej brzuch jest pła­ski, za to na no­gach gdzie­nie­gdzie wi­dać wło­ski, w miej­scach, które prze­oczyła przy go­le­niu. Od­ru­chowo kie­ruje rękę do boku, tuż po­ni­żej ta­lii, i kła­dzie pa­lec wska­zu­jący na skó­rze. Po­woli prze­suwa nim w górę, wzdłuż jed­nej z tych cien­kich bia­łych blizn, które ma na ciele. Opuszką wy­czuwa zna­jome zgru­bie­nie za­go­jo­nej tkanki. Albo tak jej się wy­daje. Być może ist­nieje tylko w jej gło­wie.

Bli­zny przez wiele lat były in­ten­syw­nie czer­wone, lecz obec­nie musi się na­prawdę przyj­rzeć, by je do­strzec. Je­śli ktoś nie wie, że tam są, praw­do­po­dob­nie ich nie za­uważy. Przez lata wy­bla­kły, ale tylko z ze­wnątrz. W środku będą już za­wsze.

Wci­ska peta w pia­sek i znowu opiera się na le­żaku. Przy­gląda się Jo­elowi. On i Va­le­rie wy­szli z wody i grają w te­nisa pla­żo­wego. Ob­ser­wuje ich przez oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Jej syn Joel i Va­le­rie, córka Ame­lie, są swo­imi prze­ci­wień­stwami. On wy­soki i szczu­pły, ona ni­ska i krą­gła. On ma ciemne, pra­wie czarne loki, miękko oka­la­jące jego uro­dziwą twarz, która w ostat­nim cza­sie na­brała bar­dziej mę­skich ry­sów. Ona ma dłu­gie, cien­kie, ja­sno­blond włosy, które wiatr roz­wiewa wo­kół jej okrą­głej, słod­kiej buzi. Ra­zem są ude­rza­jąco piękni, mają po sie­dem­na­ście lat i wła­śnie wkra­czają w do­ro­słość. Przez te dwa ty­go­dnie mieli mnó­stwo czasu na grę, a mała czarna pi­łeczka lata mię­dzy nimi w za­wrot­nym tem­pie i sły­chać każde ude­rze­nie gumy o drewno.

Ca­ro­lina kilka razy prze­suwa sto­pami po pa­sia­stym ręcz­niku. Sły­szy gło­śny śmiech Jo­ela i okrzyki ra­do­ści Va­le­rie. Te dźwięki przy­po­mi­nają jej o wa­ka­cjach, które spę­dziła tu­taj w mło­do­ści.

Kiedy Ame­lie po­in­for­mo­wała ją o tym, że za­bu­ko­wała dla nich wszyst­kich po­byt w Mar­belli, Ca­ro­lina naj­pierw po­my­ślała, że musi się z tego wy­mik­so­wać. Spo­śród wszyst­kich miejsc na ziemi mu­siała wy­brać wła­śnie to?! Po­tem jed­nak zmie­niła zda­nie. Nad­szedł czas, by tu­taj wró­cić, a stwier­dziła, że naj­le­piej bę­dzie, je­śli to zrobi z naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Po­stą­pi­łaby głu­pio, opo­wia­da­jąc im o wy­da­rze­niach sprzed lat, ale dziw­nie się czuła, co­dzien­nie prze­cho­dząc obok tego domu.

Stina i Ame­lie spy­tały ją, czy mogą zło­żyć wi­zytę wła­ści­cie­lom tego domu. Gdyby tylko wie­działy, jaki to ab­sur­dalny po­mysł. "Do Telmy i Pa­bla po pro­stu się nie wpada" - oświad­czyła i ru­szyła da­lej z nie­przy­jem­nym uczu­ciem w żo­łądku.

Te­raz za­myka oczy i unosi twarz w kie­runku ła­god­nej mor­skiej bryzy. Nie, do nich po pro­stu się nie wpada.

Mimo to za­dzwo­niła. Już dru­giego dnia po­bytu w Mar­belli wy­brała nu­mer, który wciąż pa­mię­tała. Nie udało jej się po­roz­ma­wiać ani z Telmą, ani z Pa­blem, lecz zo­sta­wiła wia­do­mość ko­bie­cie, która ode­brała te­le­fon, i po­pro­siła ją, by im prze­ka­zała, że jest w Mar­belli. A więc wie­dzieli, że tu jest, ale nie zde­cy­do­wali się na to, żeby się do niej ode­zwać. Nie chcieli się z nią spo­tkać.

Może i do­brze. Ca­ro­lina bie­rze głę­boki wdech i my­śli o tym, że tak mocno jak ko­cha cie­pło i szum fal, tak samo mocno nie­na­wi­dzi Telmy i Pa­bla za to, co jej zro­bili.

4

Zo­stali na plaży dłu­żej niż za­zwy­czaj. Stina chce mak­sy­mal­nie sko­rzy­stać z cie­pła i słońca. Ju­tro wra­cają do je­sieni, desz­czo­wego i wietrz­nego Göte­borga, co wcale nie jest ku­szące. Ze­brali swoje rze­czy, roz­dali dmu­chane ma­te­race i za­bawki dzie­ciom na plaży i idą pod górę do ho­telu, gdy na­gle czuje ucisk w klatce pier­sio­wej. Nie wie, co ją czeka po po­wro­cie do domu. Czy bę­dzie miała jesz­cze pracę, czy może udało jej się wszystko znisz­czyć? Na­wet nie wie, czy chce wró­cić do pracy i da­lej ta­plać się w tym ba­gnie.

- Mamo?

- Słu­cham? - pyta Stina, wzdry­ga­jąc się na dźwięk głosu An­nie.

- Py­ta­łam, czy mo­żemy wejść i zro­bić za­kupy?

Za­trzy­mali się przed ma­łym skle­pem. Stina od­gar­nia z twa­rzy ko­smyk wło­sów sztywny od soli i czuje, jak bar­dzo chce jej się pić. Spo­gląda w górę, na zie­lony neon, na któ­rym w wy­ra­zie "Su­per­mer­cado" świeci się tylko "Su­per".

- Ja­sne - od­po­wiada, wi­dząc, że po­zo­stali już we­szli do środka.

Sklep jest mały i cia­sny, a oni wy­peł­niają wszyst­kie alejki, bio­rąc z półki wodę, owoce oraz paczkę chip­sów. Przy ka­sie jak za­wsze sie­dzi ten sam czter­dzie­sto­la­tek z prze­tłusz­czo­nymi wło­sami i w prze­po­co­nej be­żo­wej ko­szuli. Śle­dzi ich wzro­kiem, gme­ra­jąc dło­nią w opa­ko­wa­niu z pi­sta­cjami, roz­łu­pu­jąc orzeszki i zli­zu­jąc sól z pal­ców.

Jest w nim coś ob­le­śnego. Jakby pod tym bla­dym czo­łem kłę­biły się ja­kieś chore my­śli. Rze­czy, które nor­mal­nym lu­dziom ni­gdy nie przy­szłyby do głowy. Wła­ści­wie to Stina nie lubi się tu za­opa­try­wać, lecz to ostatni sklep na głów­nej ulicy, za­nim za­cznie się po­dej­ście do ich ho­telu, a w tym upale żadne z nich nie chce nieść bu­te­lek z wodą i owo­ców dłu­żej niż to ko­nieczne.

Przy­gląda mu się, sto­jąc w ko­lejce do kasy. Wi­dzi pot per­lący się na jego czole i mi­zerny za­rost pod no­sem. Męż­czy­zna spo­gląda na An­nie i nie da się prze­oczyć tego jego bły­sku w oku. Stina unosi bu­telkę z wodą, za­sta­na­wia­jąc się, jak ten ob­lech ma czel­ność ga­pić się na jej córkę. Gło­śno sta­wia bu­telkę na la­dzie przed nim i pyta go, czy mówi po an­giel­sku, ale on tylko kręci głową. Szkoda - my­śli Stina. Chęt­nie wy­gar­nę­łaby mu, co my­śli na te­mat jego za­cho­wa­nia, lecz musi się za­do­wo­lić osten­ta­cyj­nym rzu­ce­niem mu pie­nię­dzy i spoj­rze­niem, które - ma na­dzieję - mówi wszystko.

- Na­prawdę za nim nie prze­pa­dasz, co? - Ame­lie śmieje się ze Stiny, lekko ją sztur­cha­jąc.

- No. Mam na­dzieję, że to do niego do­tarło.

- My­ślę, że tak - mówi Ame­lie. - Da­łaś mu to ja­sno do zro­zu­mie­nia.

Od­wra­cają się, sły­sząc, jak Ca­ro­lina wy­gła­sza długą ty­radę po hisz­pań­sku. Męż­czy­zna od­po­wiada pi­skli­wym gło­sem, a ona tak na niego wrzesz­czy, że ten się cofa, ude­rza­jąc w półkę z za­pal­nicz­kami i zrzu­ca­jąc na pod­łogę gip­sową fi­gurkę sło­nia.

Stina się śmieje, gdy Ca­ro­lina wy­cho­dzi ze sklepu.

- Co mu po­wie­dzia­łaś?

- Pie­przony zbok!

- Tylko tyle?

- Coś w tym stylu.

- Świet­nie! - śmieje się Stina. - Ale wy­rzu­ci­łaś z sie­bie wię­cej hisz­pań­skich słów.

Ca­ro­lina chi­cho­cze.

- Cóż, może to tro­chę roz­wi­nę­łam, żeby na pewno mnie zro­zu­miał.

Ru­szają pod górę. Za ich ple­cami słońce chowa się w mo­rzu, rzu­ca­jąc na jego po­wierzch­nię świe­tli­sty pas. Cy­kady śpie­wają, a Stina od­kręca bu­telkę i za­chłan­nie pije zimną wodę. Dzie­ciaki idą da­leko z przodu, więc od­wraca się w stronę Ca­ro­liny. Ma zre­lak­so­waną twarz, a ostat­nie pro­mie­nie słońca mie­nią się w jej ciem­nych lo­kach. Stina po­sta­na­wia, że po­dej­mie jesz­cze jedną próbę.

- Mo­żesz nam te­raz o tym opo­wie­dzieć? - prosi.

- O czym? - pyta Ca­ro­lina.

- O swoim ta­jem­ni­czym ży­ciu w Mar­belli.

Ca­ro­lina się śmieje i prze­suwa ję­zy­kiem po zę­bach, które na tle opa­lo­nej twa­rzy wy­dają się jesz­cze biel­sze niż zwy­kle.

- Wie­dzia­łam, że nie od­pu­ścisz.

- Na­prawdę?

- Tak. To nie w twoim stylu. Ty ni­gdy nie od­pusz­czasz. Ale pew­nie dla­tego je­steś do­brym gliną.

- Zbo­cze­nie za­wo­dowe.

- Moż­liwe. A może po pro­stu taka je­steś.

- Opo­wiesz nam w końcu? - nie­cier­pliwi się Ame­lie, idąca po dru­giej stro­nie Ca­ro­liny, i po­pra­wia apa­rat fo­to­gra­ficzny, który za­wsze nosi na ra­mie­niu.

- My­śla­łam, że już wam o tym mó­wi­łam - oznaj­mia, a bran­so­letki na jej nad­garstku po­dzwa­niają, gdy wyj­muje pa­pie­rosa z paczki.

- Nie, nie mó­wi­łaś - oświad­cza Ame­lie. - Na­po­mknę­łaś kie­dyś, że w dzie­ciń­stwie by­łaś w Hisz­pa­nii, co w su­mie nie jest ta­kie dziwne, bo twój tato jest Hisz­pa­nem. Ale ni­gdy nie wspo­mi­na­łaś o tym miej­scu. Pa­mię­ta­ła­bym o tym, wierz mi.

- Z pew­no­ścią - stwier­dza Ca­ro­lina, za­trzy­muje się, a jej oczy roz­świe­tla pło­mień za­pal­niczki. Za­ciąga się i po­woli wy­pusz­cza dym, po czym od­po­wiada: - W su­mie nie ma o czym mó­wić. Spę­dzi­łam tu kilka wa­ka­cji u mo­ich krew­nych. Po śmierci mamy tata stwier­dził, że do­brze mi to zrobi. To tyle.

- Pew­nie miał ra­cję. Po­trze­bo­wa­łaś zmie­nić oto­cze­nie - oznaj­mia Ame­lie.

- Moż­liwe - mówi Ca­ro­lina i po­now­nie się za­ciąga, a pa­pie­ros świeci w ciem­no­ści.

5

Stina scho­dzi na śnia­da­nie. Do­tyka de­li­kat­nych kwia­tów bu­gen­willi pło­żą­cej się po sza­rym ka­mien­nym mu­rze ni­czym piękny fuk­sjowo-zie­lony we­lon. Po­ni­żej, przy ba­se­nie, stoją pu­ste le­żaki i zło­żone pa­ra­sole. Po­ranne, nie­śmiałe pro­mie­nie słońca błysz­czą w spo­koj­nych zmarszcz­kach wody. W po­wie­trzu unosi się woń chloru i za­pach świeżo pod­la­nych ra­bat, a Stina bie­rze głę­boki wdech. Nie chce opusz­czać tego spo­koj­nego i cie­płego miej­sca. Pra­gnie czuć, jak słońce pie­ści jej twarz każ­dego ranka.

Idzie za róg bu­dynku i wcho­dzi do ogródka, w któ­rym jest ser­wo­wane śnia­da­nie. Ame­lie już tam czeka, sie­dzi obok El­liota. On ma­cza chleb w du­żym klek­sie nu­telli, pod­czas gdy Ame­lie sta­ran­nie kroi ar­buza na ka­wa­łeczki, by póź­niej zro­bić zdję­cie i opu­bli­ko­wać je na swoim blogu. Stina kie­ruje kroki w ich stronę, ale za­nim zdąży się z nimi przy­wi­tać, wi­dzi Lilly i Va­le­rie bie­gnące w ich kie­runku. Wy­bla­kłe od słońca, dłu­gie włosy sta­no­wią dla nich tło, a san­dały ryt­micz­nie stu­kają o ka­mienną alejkę. Wtedy za­uważa ten wy­raz twa­rzy swo­jej córki.

- Okrop­ność! - woła Lilly z da­leka, a w jej gło­sie sły­chać obrzy­dze­nie iden­tyczne jak to wy­ma­lo­wane na twa­rzy.

Stina za­uważa, że córka zerka na lu­dzi je­dzą­cych śnia­da­nie, jakby chciała się upew­nić, że ją sły­szą.

- Wie­cie, co się stało? - do­daje rów­nie gło­śno. - Ma­sa­kra!

Stina się roz­gląda i stwier­dza, że Lilly sku­tecz­nie zdo­była uwagę po­zo­sta­łych go­ści. Wszy­scy pa­trzą na nią.

- Wczo­raj ja­kiś fa­cet zo­stał za­mor­do­wany w skle­pie - cią­gnie.

Stina robi wiel­kie oczy.

- Tym skle­pie, w któ­rym ro­bimy za­kupy - in­for­muje tak szybko, że plą­cze jej się ję­zyk. - Do któ­rego za­glą­damy w dro­dze z plaży.

Więk­szość go­ści za­marła. Stina wi­dzi otwarte usta i za­cie­ka­wione spoj­rze­nia skie­ro­wane na ich sto­lik. Każdy chce usły­szeć, co ta blond dziew­czyna ma do po­wie­dze­nia. Pra­wie nikt jej nie ro­zu­mie, lecz wszy­scy wie­dzą, że coś się stało.

- Musi cho­dzić o niego! - Va­le­rie z tru­dem za­cho­wuje spo­kój. - No wie­cie, tego, który za­wsze tak ob­le­śnie się gapi i ob­li­zuje palce. Wie­cie, kogo mam na my­śli?

Stina kiwa głową i na­po­tyka spoj­rze­nie Ame­lie.

- Skąd o tym wiesz? - Za Stiną po­ja­wia się Ca­ro­lina i Lilly spo­gląda na nią swo­imi nie­bie­skimi oczami.

- W re­cep­cji spo­tka­łam Karla. Tego od sur­fingu - pre­cy­zuje Lilly. - To wła­śnie on go zna­lazł. Wszedł do sklepu po wodę i zo­ba­czył tego fa­ceta le­żą­cego na pod­ło­dze. - Lilly robi dziwną minę i wy­gląda jak uro­cza małpka.

- Wiesz, dla­czego zo­stał za­mor­do­wany? To był na­pad ra­bun­kowy? - do­py­tuje Stina.

- Nie, nie wiem. - Lilly tro­chę się uspo­ko­iła. - Ale chyba zo­stał zma­sa­kro­wany.

- Jak to zma­sa­kro­wany? - pyta Ame­lie sztywno, od­kła­da­jąc sztućce.

- Karl po­wie­dział, że wszę­dzie była krew. Jak w hor­ro­rze. Na­wet na su­fi­cie. Zro­bił zdję­cie i mi je po­ka­zał.

- Ja pier­dzielę - rzuca Va­le­rie, sto­jąca obok Lilly. - Do­brze, że dzi­siaj wra­camy do domu. Kto chciałby tu­taj zo­stać?

- No - zga­dza się z nią Lilly, marsz­cząc nos. Jej pięć mi­nut do­bie­gło końca i roz­gląda się wo­kół. - Zjemy coś? - pyta.

- Tak - od­po­wiada Va­le­rie.

Dziew­czyny ru­szają w kie­runku bu­fetu. Stina pa­trzy na ich szczu­płe plecy, chude nogi i dłu­gie blond włosy. Na­wet tu­taj nie ucie­kła od prze­mocy. Spo­gląda na Ca­ro­linę i Ame­lie.

- Za­raz wra­cam - in­for­muje. - Za­po­mnia­łam cze­goś z po­koju.

Wraca na alejkę. Musi za­żyć so­bril, żeby się uspo­koić. Po­tem zje śnia­da­nie.

6

Deszcz za­cina o szyby, a słońce w Mar­belli wy­daje się Sti­nie abs­trak­cją, gdy sie­dzi na ka­na­pie w ga­bi­ne­cie ko­men­danta Has­sego Jan­zona. Na pa­ra­pe­cie do­go­rywa biała or­chi­dea, a obok niej leży stos ksią­żek w wy­da­niu kie­szon­ko­wym. Stina od­no­to­wuje, że to same kry­mi­nały, i uśmie­cha się pod no­sem. Mają ze sobą coś wspól­nego. Ona rów­nież je lubi. A naj­bar­dziej po­doba jej się to, że za­zwy­czaj jest by­strzej­sza od au­tora i roz­wią­zuje za­gadkę na długo przed koń­cem.

- Jak tam urlop? - pyta Hasse, opie­ra­jąc się na fo­telu.

- Dzię­kuję, do­brze. - Stina od­wraca wzrok od okna i spo­gląda w stronę ko­men­danta. On uśmie­cha się sze­roko. Ma ładny uśmiech i Stina jest zre­lak­so­wana, cho­ciaż wie, że nie po­winna.

Za­raz usły­szy wy­rok. Za chwilę się do­wie, co z nią bę­dzie.

- To faj­nie - mówi Jan­zon i ude­rza dło­nią w pod­ło­kiet­nik. - By­łaś w Hisz­pa­nii, tak?

Stina kiwa głową.

- Na sta­łym lą­dzie?

- Tak. W Mar­belli.

- Su­per - stwier­dza Jan­zon i za­pada ci­sza.

Hasse po­chyla się i opiera ręce na ko­la­nach, po czym splata dło­nie.

- Mam na­dzieję, że wy­po­czę­łaś - do­daje, a jego uśmiech znika. - Z tego, co zro­zu­mia­łem, nie czu­łaś się za do­brze do czasu tego nie­szczę­śli­wego, jak by to na­zwać, in­cy­dentu w Pa­łacu Dick­sona.

Stina wzru­sza ra­mio­nami. Jan­zon może to na­zwać, jak chce. In­cy­dent, ka­ta­strofa, po­bi­cie, to­talne za­ła­ma­nie. Tak, można to okre­ślić na wiele spo­so­bów, cho­ciaż aku­rat "in­cy­dent" jest pew­nym umniej­sze­niem.

Nie jest do końca pewna, ile Jan­zon wie o tym zda­rze­niu i co mu po­wie­dzieli jej ko­le­dzy. Da­vid praw­do­po­dob­nie tylko to, co ab­so­lut­nie ko­nieczne. Za to Lo­visa przy­pusz­czal­nie nie tylko opo­wie­działa wszystko, co wi­działa, ale być może do­dała jesz­cze coś od sie­bie, chcąc sko­rzy­stać na ca­łej spra­wie.

Hasse od­chrzą­kuje.

- Szcze­rze mó­wiąc, Chri­stino, wpły­nęło na cie­bie kilka skarg. Nie­które jesz­cze przed tym in­cy­den­tem.

- Na­prawdę? - Stina marsz­czy czoło. My­śli, że po­wie mu, że może ją na­zy­wać Stiną, jak wszy­scy inni, ale zmie­nia zda­nie. Te­raz to nie ma żad­nego zna­cze­nia. Kto mógł zło­żyć na nią skargę?

- Tak. Czę­sto się spóź­niasz. Słabo ko­mu­ni­ku­jesz się z in­nymi i wy­wyż­szasz się w sto­sunku do osób, któ­rych nie lu­bisz.

Stina robi wiel­kie oczy. Co on wy­ga­duje? Czy na­prawdę do­brze usły­szała? Po­wie­dział, że się wy­wyż­sza? Ona, która za­wsze tak się stara być dla wszyst­kich miła, zo­stała oskar­żona o za­dzie­ra­nie nosa? Te słowa bolą, ale przede wszyst­kim wy­dają jej się cho­ler­nie nie­spra­wie­dliwe.

- Wiem, że masz trudny czas - do­daje Jan­zon. - Mu­simy zna­leźć ja­kieś roz­wią­za­nie.

Roz­wią­za­nie? Stina od­sta­wia fi­li­żankę po ka­wie, kła­dzie dło­nie na ko­la­nach i po­chyla się, tak że sie­dzą w tej sa­mej po­zy­cji i ga­pią się na sie­bie.

- Co wła­ści­wie pró­bu­jesz mi po­wie­dzieć?

Ko­men­dant nie ucieka wzro­kiem, tylko kon­ty­nu­uje:

- Nie będę owi­jał w ba­wełnę i po pro­stu to po­wiem. Masz pro­blem ze współ­pracą. Je­steś świetną po­li­cjantką. Fan­ta­styczną po­li­cjantką. Pro­blem po­lega na tym, że nikt już nie chce z tobą pra­co­wać.

Stina jest za­sko­czona i kręci głową. Ni­czego nie ro­zu­mie. Dla­czego nikt nie chce z nią pra­co­wać? Z nią, która za­wsze daje z sie­bie wszystko. Okej, może cza­sami jest tro­chę zbyt wy­ma­ga­jąca, ale prze­cież to nie przed­szkole.

Przy­gląda mu się, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się dzieje w jego gło­wie. Za­mie­rza ją zwol­nić? Nie, to nie­moż­liwe. Nie może się po­zbyć po­li­cjantki z dwu­dzie­sto­let­nim sta­żem. W do­datku prze­by­wa­ją­cej na zwol­nie­niu le­kar­skim.

Hasse jest no­wym ko­men­dan­tem i nie zna go na tyle długo, żeby móc oce­nić, na co go stać. Ja­sno dał im do zro­zu­mie­nia, że chce wpro­wa­dzić pewne zmiany i w ta­kim ra­zie być może nie ma dla niej miej­sca w ze­spole. Moż­liwe, że jest tylko dla osób po­kroju Lo­visy. Stina nie ma ochoty pra­co­wać w ta­kim miej­scu. Prawdę mó­wiąc, je­śli jej tu­taj nie chcą, to ona też nie chce tu zo­stać.

Wstaje.

- W ta­kim ra­zie skła­dam wy­po­wie­dze­nie.

- Chri­stino - mówi Jan­zon, spo­glą­da­jąc na nią. - Usiądź. Na­prawdę tego nie chcę. Wie­rzę, że znaj­dziemy ja­kieś roz­wią­za­nie.

- My?

- Ow­szem, my. Po­słu­chaj. Je­stem prze­ko­nany, że wszystko, co się wy­da­rzyło, ma zwią­zek z tym, przez co prze­cho­dzi­łaś w ostat­nich la­tach. Je­steś tylko czło­wie­kiem i to­wa­rzy­sze­nie matce od­cho­dzą­cej na ALS i rów­no­cze­śnie pro­wa­dze­nie wy­ma­ga­ją­cych spraw mu­siało być dla cie­bie trudne. Zdzi­wił­bym się, gdyby było ina­czej.

Stina po­sta­na­wia, że da mu szansę, i po­woli znowu siada.

- Sprawa wy­gląda tak - do­daje Jan­zon, pa­trząc jej pro­sto w oczy. - Nie wy­daje mi się, że­byś była go­towa do po­wrotu do pracy na peł­nych ob­ro­tach, ale rów­no­cze­śnie po­dej­rze­wam, że chcesz pra­co­wać. Mam ra­cję?

Męż­czy­zna unosi brwi py­ta­jąco, a ona kiwa głową.

- Poza tym uwa­żam, że trzeba coś ro­bić. Oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że ma się na to siłę.

Stina wzru­sza ra­mio­nami i wbija wzrok w ścianę za nim.

- Dla­tego pro­po­nuję, że­byś wró­ciła na nie­pełny etat. Po­wiedzmy, że za­czniesz od jed­nej czwar­tej wy­miaru go­dzin i wes­przesz ze­spół cold case zaj­mu­jący się sta­rymi, nie­wy­ja­śnio­nymi spra­wami.

Stina od­rywa wzrok od sza­rej ściany i wbija go w Jan­zona. A więc za­mie­rza ją prze­su­nąć do sor­to­wa­nia pa­pie­rów?

- Do­brze wiem, co so­bie my­ślisz - do­daje Jan­zon.

- Nie są­dzę - mówi Stina.

Może to i le­piej - my­śli. Bo te­raz mam ochotę dać ci w mordę.

- Wierz mi, wiem - upiera się męż­czy­zna, a ona do­strzega uśmiech błą­dzący w ką­ciku jego ust. - Jak już wspo­mnia­łem, je­steś cho­ler­nie do­brą po­li­cjantką. Chciał­bym cię za­trzy­mać, ale nie mogę cię przy­wró­cić do peł­nej służby. To by­łoby wo­bec cie­bie nie w po­rządku. Cold case to dla cie­bie spo­sób na po­wrót.

Stina nie­chęt­nie przy­znaje w du­chu, że Jan­zon ma ra­cję, co wcale nie ozna­cza, że za­mie­rza się na wszystko go­dzić. Po­trze­buje czasu, żeby się nad tym za­sta­no­wić, a przede wszyst­kim, by prze­tra­wić to, że ko­le­dzy nie chcą z nią współ­pra­co­wać. Te słowa bolą ją bar­dziej, niż gdyby ją ude­rzył.

Kiwa głową.

- Mu­szę to prze­my­śleć - oznaj­mia.

- Ja­sne. Daj so­bie kilka dni. - Jan­zon się uśmie­cha, po­ka­zu­jąc równe białe zęby. - Mo­żemy się umó­wić, że w czwar­tek dasz mi znać?

Stina po­now­nie kiwa głową, cały czas za­sta­na­wia­jąc się nad tym, kto nie chce z nią pra­co­wać.

7

Nie może spać. Wiatr za­cina o szyby, a chra­pa­nie Ulfa nie­sie się po sy­pialni i ustaje tylko na krótką chwilę, gdy Stina go szturch­nie. Jej mąż wy­daje z sie­bie od­głosy jak piła tar­taczna. Niech to szlag! - my­śli Stina, da­jąc za wy­graną. Nie pa­mięta, żeby tak chra­pał, gdy byli świeżo po ślu­bie, osiem­na­ście lat temu. Kiedy to się za­częło?

Od­rzuca koł­drę, sięga po swój te­le­fon le­żący na sto­liku noc­nym i wstaje. Idzie do ła­zienki, włą­cza świa­tło i kilka razy mruga, bo ją razi. Kiedy już się do niego przy­zwy­czaja, z ko­sme­tyczki, która wciąż stoi na pod­ło­dze, tylko czę­ściowo roz­pa­ko­wana po urlo­pie w Mar­belli, wyj­muje dwie ta­bletki imo­vane i po­pija je wodą.

Siada na se­de­sie i gapi się w ścianę. Mi­nie pół go­dziny, za­nim lek na­senny za­cznie dzia­łać, więc nie ma sensu od razu się kłaść. Przy­ciąga do sie­bie dy­wa­nik ła­zien­kowy i sta­wia na nim zimne, opa­lone stopy. Za­lewa ją fala wspo­mnień o tych wszyst­kich no­cach, kiedy tu­taj sie­działa i pła­kała, pod­czas gdy prze­klęty ALS po­woli po­że­rał ciało jej mamy. Stop­niowo nisz­czył jej mię­śnie, aż w końcu nie mo­gła się po­ru­szać. Strach przed od­cho­dze­niem, ból i w końcu ta mi­ło­sierna śmierć.

Stina kręci głową. Nie chce już my­śleć o śmierci mamy, więc sięga po te­le­fon i za­czyna prze­glą­dać Fa­ce­bo­oka oraz In­sta­grama. Po­tem wcho­dzi na Go­ogle i nie­wiele się za­sta­na­wia­jąc, w pole wy­szu­ki­wa­nia wpi­suje "Agu­ilera", czyli na­zwi­sko pa­nień­skie Ca­ro­liny, które po­winno być rów­nież na­zwi­skiem jej stryja. Otrzy­muje sie­dem­dzie­siąt trzy mi­liony wy­ni­ków, ale więk­szość z nich do­ty­czy Chri­stiny Agu­ilery.

- Cho­lera - bąka pod no­sem.

Póź­niej przy­po­mina so­bie, że Ca­ro­lina wspo­mniała kie­dyś, że stryj ma na imię Pa­blo, a jego żona Telma, więc pró­bu­jąc za­wę­zić liczbę wy­ni­ków, wpi­suje w wy­szu­ki­warkę "Pa­blo Agu­ilera" i tym ra­zem do­staje sto sie­dem­dzie­siąt dzie­więć ty­sięcy wy­ni­ków. Wcho­dzi na kilka stron. Więk­szość z nich jest po hisz­pań­sku, a jej dość skromna zna­jo­mość tego ję­zyka jesz­cze z cza­sów szkol­nych nie wy­star­cza, więc ko­rzy­sta z Go­ogle Trans­late. Tek­sty prze­tłu­ma­czone ma­szy­nowo by­wają tro­chę dziwne, ale za­zwy­czaj da się zro­zu­mieć z kon­tek­stu, o co cho­dzi.

Jedno jest pewne. Pa­blo i Telma są obrzy­dli­wie bo­gaci. Wpraw­dzie uzmy­sło­wiła to so­bie, pa­trząc na ich dom w jed­nej z naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych dziel­nic Mar­belli, lecz wtedy nie miała jesz­cze świa­do­mo­ści, jak bar­dzo bo­gaci. Po­sia­dłość w Mar­belli jest jedną z trzech na­le­żą­cych do ro­dziny. Poza nią mają jesz­cze jedną w Ma­dry­cie i jedną w Lon­dy­nie.

Na­tra­fia na ar­ty­kuł w ame­ry­kań­skim ma­ga­zy­nie wnę­trzar­skim ze zdję­ciami za­równo tego domu, jak i Telmy, czyli ko­biety, która jest ciotką Ca­ro­liny. Telma sie­dzi na ja­snej ka­na­pie w pu­dro­wo­ró­żo­wym ko­stiu­mie i szpil­kach i z uśmie­chem pa­trzy pro­sto w obiek­tyw apa­ratu, per­fek­cyj­nie ucze­sana i z ogrom­nym dia­men­tem na palcu ser­decz­nym. Zdję­cie po­sia­dło­ści po­ja­wia się w se­rii re­por­taży o pięk­nych miej­scach w Eu­ro­pie. Ar­ty­kuł ma kilka lat, lecz ko­bieta na zdję­ciu wy­gląda tak po­nad­cza­sowo, że rów­nie do­brze mo­głoby zo­stać zro­bione wczo­raj.

Telma zdra­dza w ar­ty­kule, że po­mimo zbyt ma­łego me­trażu zde­cy­do­wali się za­trzy­mać ten dom. Ma on dla nich zna­cze­nie sen­ty­men­talne, bo Telma i Pa­blo zbu­do­wali go w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Poza tym jest wy­jąt­kowo pięk­nie po­ło­żony, z wi­do­kiem na Gi­bral­tar i Afrykę, a bli­skość mo­rza uła­twia do­tar­cie do nich przy­ja­cio­łom pły­wa­ją­cym jach­tem po Mo­rzu Śród­ziem­nym.

Stina się od­chyla i czuje na ple­cach zimno por­ce­la­no­wej spłuczki. Zie­wa­jąc, kon­ty­nu­uje czy­ta­nie.

Wszystko za­częło się od nie­ja­kiego Diego Agu­ilery, który mu­siał być dziad­kiem Ca­ro­liny od strony ojca. To on na po­czątku lat trzy­dzie­stych ku­pił swój pierw­szy sta­tek i stwo­rzył śred­niej wiel­ko­ści firmę że­glu­gową, którą na po­czątku lat sześć­dzie­sią­tych prze­jął Pa­blo. W dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym oże­nił się z Telmą, córką in­nego hisz­pań­skiego ar­ma­tora. Cho­ciaż to było dawno temu, w in­ter­ne­cie można zna­leźć sporo zdjęć oraz ar­ty­ku­łów o ich ślu­bie, spek­ta­ku­lar­nym i jak na tamte czasy sze­roko ko­men­to­wa­nym przez me­dia. Po­nad ty­siąc go­ści prze­trans­por­to­wano na pry­watną wy­spę wy­na­jętą spe­cjal­nie na tę oka­zję. W ko­lej­nych la­tach Pa­blo ra­zem z oj­cem Telmy stwo­rzyli wpły­wowe przed­się­bior­stwo że­glu­gowe i po jego śmierci Telma odzie­dzi­czyła całą firmę, którą póź­niej da­lej pro­wa­dziła z Pa­blem.

Stina mruga. Imo­van za­czął dzia­łać i wła­śnie za­my­kają jej się oczy, gdy na­tra­fia na wzmiankę o ojcu Ca­ro­liny. Przy­mu­lona le­kiem, po­sta­na­wia, że tylko ją prze­czyta i wraca do łóżka.

Ar­ty­kuł nie jest zbyt długi, ale Stina do­wia­duje się z niego, że oj­ciec Ca­ro­liny nie był za­in­te­re­so­wany pro­wa­dze­niem in­te­re­sów w tam­tym cza­sie. Bar­dziej za­le­żało mu na pro­wa­dze­niu wy­staw­nego ży­cia i sce­do­wał firmę na Pa­bla. Mimo że zdję­cie jest stare, Stina go roz­po­znaje. Sie­dzi uśmiech­nięty na ka­na­pie, w ja­kimś klu­bie w Mar­belli. Wznosi to­ast szam­pa­nem z męż­czy­zną w oku­la­rach w ro­go­wych opraw­kach, z wy­dat­nym no­sem i w gol­fie, obej­mu­ją­cym piękną ko­bietę o po­łu­dnio­wej uro­dzie. Stina po­ciera czoło. Zdję­cie ni­jak się ma do tego, co wie o tym męż­czyź­nie. Spo­tkała ojca Ca­ro­liny wiele razy i za­wsze po­strze­gała go jako spo­koj­nego, nieco wy­co­fa­nego męż­czy­znę, dla­tego trudno jej uwie­rzyć, że to on sie­dzi na tej ka­na­pie.

Mimo zmę­cze­nia kon­ty­nu­uje czy­ta­nie i do­wia­duje się, że Pa­blo i Telma mają dwoje dzieci, córkę i syna. Po chwili się wzdryga i uświa­da­mia so­bie, że przy­snęła na se­de­sie. Wstaje, krę­cąc głową. Gasi świa­tło, wraca do łóżka i wśli­zguje się pod koł­drę. Jest jej zimno, więc szczel­nie się nią otula i na­tych­miast za­sy­pia.

8

W to po­chmurne po­po­łu­dnie deszcz wisi w po­wie­trzu. Ame­lie stoi na szczy­cie na­giej skały, a po­ni­żej hu­czy mo­rze. Przy­gląda się jego dzi­kiemu tań­cowi i robi krok do tyłu, gdy fala ude­rza tak mocno, że mu­ska jej ka­lo­sze. Jest sama po­śród tych na­gich, mo­krych skał wy­ła­nia­ją­cych się z sza­ro­czar­nego kra­jo­brazu. Wiatr smaga jej po­liczki, a ona czuje w ustach smak soli.

Zgra­bia­łymi pal­cami od­gar­nia z twa­rzy mo­kry ko­smyk wło­sów i wę­druje wzro­kiem wzdłuż ho­ry­zontu, le­dwo mo­gąc roz­róż­nić, gdzie koń­czy się niebo, a za­czyna sta­lo­wo­szare, spie­nione mo­rze.

Przed chwilą, idąc po ska­łach krętą ścieżką, za­sta­na­wiała się, co ona wła­ści­wie tu­taj robi, za­miast pójść na przy­jemny ma­saż w spa w Ha­ga­ba­det lub po pro­stu sku­lić się na ka­na­pie, pod ko­cem, z fi­li­żanką her­baty i obej­rzeć od­ci­nek Gry o tron. Ale te­raz, kiedy stoi na szczy­cie skały i pa­trzy w dal, stwier­dza, że w ca­łej swo­jej su­ro­wo­ści to miej­sce jest urze­ka­jąco piękne. Zu­peł­nie inne niż w sło­neczny letni dzień, gdy za­toka jest pełna ro­ze­śmia­nych dzieci, a skały są ob­wie­szone ko­lo­ro­wymi ręcz­ni­kami i opa­la­ją­cymi się ludźmi. Musi to uchwy­cić na zdję­ciu.

Przy­kłada apa­rat do twa­rzy, ob­raca się i za­uważa, że nie jest sama. Ka­wa­łek da­lej ktoś stoi. Ame­lie marsz­czy czoło. Kto wy­cho­dzi z domu w taką pa­skudną po­godę? Poza nią samą oczy­wi­ście? Po­więk­sza ob­raz i wi­dzi swoje od­bi­cie. Męż­czy­zna stoi od­wró­cony w jej stronę z apa­ra­tem przy­ci­śnię­tym do twa­rzy.

Kto to jest, do cho­lery? Czyżby ja­kiś pa­pa­razzi? Jak udało mu się ją na­mie­rzyć? Śle­dził ją czy jak? Ame­lie opusz­cza apa­rat. Ma­giczny na­strój prysł.

Wi­dzi, że męż­czy­zna zmie­rza w jej kie­runku po­su­wi­stym kro­kiem. Jej pierw­sza myśl jest taka, żeby się od­wró­cić i uciec, lecz zmie­nia zda­nie i zo­staje, cho­ciaż nie ma na twa­rzy ani grama ma­ki­jażu i ry­zy­kuje uwiecz­nie­nie na zdję­ciu w ta­kim sta­nie. Wku­rza ją, że ktoś ją tu­taj na­mie­rzył, i po­sta­na­wia, że przy­naj­mniej po­wie jed­nej z tych hien, co o nich my­śli.

Ob­ser­wuje go, jak idzie w jej stronę pew­nym kro­kiem. Prze­ska­kuje ze skały na skałę i wy­daje się do­kład­nie wie­dzieć, gdzie po­sta­wić stopę, by szybko się prze­mie­ścić po mo­krej na­wierzchni. Jak ja­kaś prze­klęta ko­zica.

Ale coś w jego wy­glą­dzie spra­wia, że Ame­lie przy­cho­dzi do głowy, że to nie jest zwy­kły pa­pa­razzi. Jej cie­ka­wość zo­staje roz­bu­dzona.

Już z da­leka woła do niej "dzień do­bry" i zwal­nia.

- Miło spo­tkać ko­le­żankę po fa­chu - mówi.

Uśmiech na jej twa­rzy za­miera. Ko­le­żankę? Za kogo on ją wła­ści­wie bie­rze? Prze­cież jest tylko fo­to­grafką ama­torką, która zo­sta­wia dzieci w przed­szkolu i je­dzie SUV-em na lo­kalne ką­pie­li­sko, żeby fo­to­gra­fo­wać mo­rze.

Stwier­dza, że to ża­ło­sne. Tak jakby miała się stać pro­fe­sjo­nalną fo­to­grafką tylko dla­tego, że wło­żyła sztor­miak oraz ka­lo­sze i wy­szła na wiatr.

Czuje się jak kom­pletna idiotka. Spo­tyka za­wo­dowca, a sama tak na­prawdę nie ma po­ję­cia o fo­to­gra­fii. Wpraw­dzie zro­biła kurs w ra­mach fa­kul­te­tów w dzie­wią­tej kla­sie, lecz ogra­ni­czał się do tego, że snuła się po mie­ście i cy­kała foty zna­jo­mym, po czym je wy­wo­ły­wała w czer­wo­nych mi­skach ze śmier­dzą­cym pły­nem, w ciemni, w szkol­nej piw­nicy, w cza­sach, gdy apa­raty cy­frowe jesz­cze nie ist­niały. Czy na­prawdę my­śli, że to czyni ją fo­to­grafką?

Pieką ją po­liczki, a zde­cy­do­wa­nie za drogi apa­rat ciąży jej w dłoni i na­gle do­ciera do niej, czyj głos sły­szy w gło­wie. To głos matki i in­nych osób w jej ży­ciu, które mó­wiły "nie sądź, że je­steś kimś".

Pod po­wie­kami pieką ją łzy wście­kło­ści. Jak ta ko­bieta może mieć na nią tak duży wpływ? Jak to moż­liwe, że ma nad nią taką wła­dzę, skoro na­wet nie jest te­raz bli­sko? Nie wi­dują się. Ostatni raz przy­pad­kowo wpa­dły na sie­bie w IKEA. Ame­lie za­uwa­żyła ją zbyt późno. Usły­szała za­chryp­nięty głos matki wo­ła­jący jej imię i nie zdą­żyła się scho­wać. Wy­nisz­czona po­stać na­gle wy­ro­sła tuż przed nią. Ta­nie ubra­nia matki przy­po­mniały jej, skąd po­cho­dzi i gdzie mo­gła wy­lą­do­wać.

Pie­nią­dze, które jej wy­syła co mie­siąc, tro­chę uci­szają wy­rzuty su­mie­nia i Ame­lie usi­łuje so­bie wmó­wić, że matka ku­puje za nie je­dze­nie i ubra­nia oraz opłaca czynsz, lecz w głębi du­cha wie, że wy­daje je na ta­nie wino i pa­pie­rosy. Niech ją szlag - my­śli Ame­lie. Nie po­winna się li­to­wać nad matką.

To sa­mej sie­bie po­winno jej być szkoda. To ją wie­lo­krot­nie za­wie­dziono. Po spo­tka­niu w IKEA matka dzwo­niła do niej wiele razy, lecz Ame­lie nie od­po­wia­dała. W końcu się wku­rzyła, ode­brała i do­da­jąc so­bie ani­mu­szu kie­lisz­kiem wina, po­wie­działa matce ostro, że nie ma sensu, by dzwo­niła, bo nie do­sta­nie od niej ani ko­rony wię­cej.

Na­gle fo­to­graf staje na­prze­ciwko niej. Ma lekko zdy­szany głos i wy­ciąga rękę w jej stronę.

- Mam na­dzieję, że się nie na­rzu­cam. Zo­ba­czy­łem, że sto­isz tu z apa­ra­tem, i po pro­stu chcia­łem się przy­wi­tać. Na­zy­wam się Mi­chael Hell.

9

Stina za­po­mniała prze­ło­żyć se­sję u psy­cho­loga. Od­wle­kała ją tak długo, jak tylko się dało, po­nie­waż uważa, że każdy kon­takt z nim jest tylko mę­czącą stratą czasu. Te­raz czeka na po­łą­cze­nie te­le­fo­niczne i musi słu­chać mu­zyki, która pew­nie ma mieć dzia­ła­nie uspo­ka­ja­jące, a jej przy­po­mina się stary film Lot nad ku­kuł­czym gniaz­dem z Jac­kiem Ni­chol­so­nem. Cze­ka­jąc, wy­gląda przez okno przy dy­żurce. Brą­zowe je­sienne li­ście spa­dają z drzew i wi­rują na wie­trze, po czym lą­dują na mo­krym as­fal­cie.

- Stino!

Usły­szaw­szy swoje imię, Stina się od­wraca. Sze­roko uśmiech­nięty Da­vid Sand­berg-Sa­liba zmie­rza w jej kie­runku.

- Pro­mie­nie­jesz - stwier­dza Da­vid.

Męż­czy­zna uśmie­cha się jesz­cze sze­rzej, a Stina chło­nie cie­pło jego spoj­rze­nia.

- Dzięki, przy­stoj­niaku - mówi. - Ty też nie­źle się pre­zen­tu­jesz.

Da­vid się śmieje, do­brze zda­jąc so­bie sprawę, że jest tu­taj naj­przy­stoj­niej­szym po­li­cjan­tem, i pod­cho­dzi do niej, żeby ją ser­decz­nie uści­skać. Przy­jem­nie pach­nie wodą po go­le­niu. Nie­wiele osób przy­tula Stinę. Nie na­leży do ko­biet, które lu­bią ta­kie rze­czy. Zbu­do­wała wo­kół sie­bie mur. Ale są lu­dzie, tacy jak Da­vid, któ­rzy nie wy­czu­wają tego jej dy­stansu, z czego w su­mie się cie­szy.

Męż­czy­zna wy­pusz­cza ją z ob­jęć i robi krok do tyłu. - Wró­ci­łaś do służby? - pyta.

Mu­zyka w te­le­fo­nie cich­nie i Stina sły­szy, że ktoś od­biera po­łą­cze­nie. - Po­cze­kaj chwilkę - prosi Da­vida. Na­stęp­nie roz­ma­wia z pie­lę­gniarką i prze­kłada ter­min wi­zyty na na­stępny dzień. Na­wet nie pró­buje ściem­niać, że ta data jej nie pa­suje, tylko się zga­dza i koń­czy roz­mowę, by wró­cić do po­ga­wędki z Da­vi­dem.

- Przy­szłam tylko po to, żeby pod­pi­sać w ka­drach ja­kieś pa­piery - wy­ja­śnia.

Da­vid kiwa głową, a ona so­bie uświa­da­mia, jak bar­dzo się za nim stę­sk­niła. Jest jedną z tych osób, które na­prawdę lubi. Pro­sto­li­nijny. Nie ob­raża się, gdy jest ob­ce­sowa. Ro­zu­mie, o co jej cho­dzi, mimo że nie za­wsze wy­raża się ja­sno i pre­cy­zyj­nie. Da­vid cza­sami wy­bu­cha i nie odzie­dzi­czył tego po swoim ojcu z Nor­r­lan­dii, tylko ra­czej po cu­dow­nej ma­mie z Li­banu, lecz naj­czę­ściej jest spo­kojny. Do­brze im się ze sobą pra­cuje i Stina ma do niego za­ufa­nie.

Te­raz my­śli o tym, co po­wie­dział jej Hasse, że nikt już nie chce z nią współ­pra­co­wać, i robi jej się przy­kro. Czy do­ty­czy to rów­nież Da­vida?

- Na­prawdę po­trze­bo­wa­łaś tro­chę od­po­cząć, co? - pyta męż­czy­zna.

Stina kiwa głową i robi jej się na tyle głu­pio, że czuje gulę w gar­dle.

- Tak, pew­nie tak.

- Le­piej się już czu­jesz?

Stina od­chrzą­kuje.

- Le­piej? Co masz na my­śli?

Da­vid prze­krzy­wia głowę.

- Daj spo­kój, nic mi nie jest. Po pro­stu by­łam tro­chę zmę­czona.

- Okej. Wy­po­czę­łaś?

Stina krzy­żuje ra­miona.

- O co ci wła­ści­wie cho­dzi? Je­stem tylko czło­wie­kiem. Nie mogę za­wsze być w do­brej for­mie. Cza­sami na­wet ja prze­staję kon­tro­lo­wać sy­tu­ację.

- Prze­sta­jesz kon­tro­lo­wać sy­tu­ację?

- No tak.

- Stino, do dia­bła! - mówi Da­vid i po­chyla się w jej stronę, ści­sza­jąc głos. - By­łaś na­ćpana i pra­wie za­bi­łaś po­dej­rza­nego. Po­tem zwy­mio­to­wa­łaś i le­dwo był z tobą kon­takt, sie­dzia­łaś na pod­ło­dze i śmia­łaś się w głos. To chyba coś wię­cej niż "prze­sta­łam kon­tro­lo­wać sy­tu­ację"?

Stina robi wiel­kie oczy.

- Spo­koj­nie - do­daje Da­vid i od­suwa się od niej, jakby wie­dział, co so­bie po­my­ślała. - Z ni­kim o tym nie ga­da­łem. Ale z Lo­visą może być go­rzej, jak się pew­nie do­my­ślasz.

- Z nią so­bie po­ra­dzę.

- Miejmy na­dzieję. Nie jest tak wy­ro­zu­miała jak ja.

Stina się śmieje. Eu­fe­mizm dnia - my­śli. Dla Lo­visy li­czy się tylko jedno, a mia­no­wi­cie wspi­na­nie się po szcze­blach ka­riery. Stina by się nie zdzi­wiła, gdyby młod­sza ko­le­żanka we­pchnęła ją pod au­to­bus, żeby za­punk­to­wać u prze­ło­żo­nych.

- Roz­ma­wiała z Has­sem? - pyta Stina.

- Z pew­no­ścią. Prze­cież są przy­ja­ciółmi. No wiesz, ich ro­dziny się znają.

Stina kiwa głową. Hasse i Lo­visa. Miesz­kańcy On­sali. Ka­rie­ro­wiczka, która pró­buje go wy­ko­rzy­stać, a on naj­wy­raź­niej ni­czego nie kuma. My­śli, że są przy­ja­ciółmi. Nie­któ­rzy są strasz­nie na­iwni.

- Mia­łam z nim wczo­raj spo­tka­nie - oznaj­mia. - Wy­ja­śnił mi, że nie umiem współ­pra­co­wać.

Da­vid pa­trzy na nią. Dla­czego nic nie mówi? Dla­czego nie jest zdzi­wiony? Tylko to nie­prze­nik­nione spoj­rze­nie, któ­rego ona kom­plet­nie nie ro­zu­mie.

- Ty też uwa­żasz, że trudno się ze mną pra­cuje? - pyta w końcu Stina.

Da­vid unosi rękę i dra­pie się za uchem. Po­tem wzdy­cha.

- Nie, nie uwa­żam. To zna­czy... - Waha się. - Ostat­nio mia­łaś trudny czas z po­wodu tego wszyst­kiego, co się wy­da­rzyło. Wiesz, nie wszy­scy so­bie z tym ra­dzili i wtedy uni­kali roz­mowy z tobą.

- Więc lu­dzie ob­wi­niają mnie za swoje wła­sne pro­blemy?

- No cóż, szcze­rze mó­wiąc, je­steś dość trudna.

- Aha.

Czyli on też tak uważa. Że trudno się ze mną pra­cuje i nie po­win­nam wró­cić na swoje do­tych­cza­sowe sta­no­wi­sko - my­śli Stina.

Przez chwilę stoją w mil­cze­niu.

- Za­pro­po­no­wał mi pracę na jedną czwartą etatu. W ze­spole cold case.

Da­vid po­woli kiwa głową.

- I?

Stina wzru­sza ra­mio­nami. Tro­chę jej przy­kro, że Da­vid nie jest tym obu­rzony.

- Za­sta­na­wiam się.

- Uwa­żam, że po­win­naś przy­jąć jego pro­po­zy­cję. Po­trak­tuj to jak roz­bieg. Po­tem wró­cisz do nas z przy­tu­pem. Stino, po­trze­bu­jemy cię.

Winda za nią się otwiera, więc Stina prze­suwa się na bok, żeby prze­pu­ścić ko­bietę o dłu­gich, ciem­nych wło­sach i źle ob­cię­tej grzywce. Chyba ma na imię Agneta, ale Stina nie jest tego pewna.

- Ach, to ty! - rzuca ko­bieta, za­trzy­mu­jąc się. Uśmie­cha się, gdy na­po­tyka spoj­rze­nie Da­vida, po czym znowu spo­gląda na Stinę i robi się po­ważna. - Wró­ci­łaś? - pyta, sta­jąc na­prze­ciwko nich.

- My­ślę o tym - od­po­wiada Stina.

- Aha. Słu­chaj, wła­śnie mia­łam do cie­bie dzwo­nić. Szu­kał cię ja­kiś po­li­cjant z Hisz­pa­nii, a ja nie bar­dzo wie­dzia­łam, co mu po­wie­dzieć. Po­ga­dasz z nim?

- Ja­sne - de­kla­ruje Stina i zdzi­wiona spo­gląda na kar­teczkę, którą po­daje jej Agneta. - A czego chciał?

- Nie po­wie­dział. Ale pro­sił, że­byś do niego za­dzwo­niła. Pew­nie cho­dzi o coś, co się wy­da­rzyło pod­czas wa­szego po­bytu w Mar­belli.

10

Ame­lie pa­trzy na męż­czy­znę, a jego słowa dźwię­czą jej w uszach. Miło spo­tkać ko­le­żankę po fa­chu. Mocno ści­ska jej rękę, a ona spo­gląda mu pro­sto w oczy. Są duże i nie­bie­skie, oto­czone dłu­gimi, czar­nymi rzę­sami.

- Ame­lie Za­chris­son - przed­sta­wia się Ame­lie.

Czeka, aż w jego oczach po­jawi się po­dziw, gdy zro­zu­mie, kim ona jest, lecz nic ta­kiego się nie dzieje. Za­miast tego męż­czy­zna do­daje:

- Świa­tło jest dzi­siaj fan­ta­styczne, prawda?

Ame­lie kiwa głową i spo­gląda w dół, na apa­rat w jego le­wej ręce. Za­równo sprzęt, jak i spo­sób, w jaki go trzyma, świad­czą o tym, że jest pro­fe­sjo­na­li­stą, a co wię­cej, wy­gląda na to, że on my­śli o niej to samo. Z przy­zwy­cza­je­nia zerka na jego dłoń i od­no­to­wuje, że nie ma ob­rączki na palcu.

Na­gle za­czyna się de­ner­wo­wać. To do niej nie­po­dobne. Na­wet nie może so­bie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio ze­stre­so­wało ją spo­tka­nie z męż­czy­zną. To je­den z nie­wielu ob­sza­rów ży­cia, w któ­rych za­wsze czuje się pew­nie. Zna ich re­ak­cje i wie, jak po­stę­po­wać. Ale po­mię­dzy nią a tym fo­to­gra­fem jest ja­kieś na­pię­cie, które spra­wia, że Ame­lie ma mo­tyle w brzu­chu. Na­po­tyka jego spoj­rze­nie, za­sta­na­wia­jąc się, czy on też to czuje.

- Ja­kieś cie­kawe zle­ce­nie? - pyta męż­czy­zna z uśmie­chem.

- Zle­ce­nie? - dziwi się Ame­lie. Po­tem wy­bu­cha śmie­chem, gdy so­bie uświa­da­mia, co on miał na my­śli. - Nie, skąd. Je­stem ama­torką. - Ame­lie na chwilę za­wie­sza głos, po czym do­daje: - Ale chcia­ła­bym za­jąć się tym pro­fe­sjo­nal­nie.

Na­tych­miast ża­łuje swo­ich słów. Dla­czego to po­wie­działa? To tylko obcy męż­czy­zna, na któ­rego przy­pad­kiem się na­tknęła, a do tego fo­to­graf. Wie, co te­raz na­stąpi, i jest go­towa zgry­wać głu­pią blon­dynkę, ale nie robi tego, wi­dząc, że męż­czy­zna wcale się z niej nie śmieje, tylko z po­wagą kiwa głową.

- Tak, każdy musi od cze­goś za­cząć. Sam ro­bi­łem to, co ty. Wy­cho­dzi­łem na ze­wnątrz i cy­ka­łem zdję­cia wszyst­kiemu. To je­dyny spo­sób, by sta­wać się co­raz lep­szym.

Ame­lie spo­gląda na niego za­sko­czona. W jego gło­sie nie ma wyż­szo­ści, wręcz prze­ciw­nie, męż­czy­zna spra­wia wra­że­nie, jakby czuł, że mają ze sobą wiele wspól­nego.

- Z odro­biną ta­lentu i du­żymi am­bi­cjami można zajść na­prawdę da­leko. To tylko kwe­stia chęci. - Męż­czy­zna po­pra­wia czapkę z dasz­kiem, a jego spoj­rze­nie wę­druje po kra­jo­bra­zie. - A zdaje się, że to­bie ich nie bra­kuje, w prze­ciw­nym ra­zie nie wy­szła­byś z domu w taką po­godę.

Ame­lie nie może po­wstrzy­mać uśmie­chu. To ta­kie nie­spo­ty­kane i przy­jem­nie wy­zwa­la­jące spo­tkać czło­wieka, który nie jest uprze­dzony do niej ani do jej umie­jęt­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie, wy­daje się, że w nią wie­rzy. Tak po pro­stu, cho­ciaż po­znali się przed chwilą. Kiedy ostat­nio spo­tkało ją coś ta­kiego? O ile w ogóle?

Ame­lie się roz­luź­nia i pierw­szy raz od wielu lat czuje się kom­for­towo w obec­no­ści do­piero co po­zna­nego czło­wieka.

- A ty? - pyta. - Co tu­taj ro­bisz w taki dzień?

- Zle­ce­nie z Göte­borg & Co. Za­mó­wili no­wa­tor­skie zdję­cia mia­sta i oko­lic. Mam po­ka­zać Li­se­berg, Po­sej­dona, Ave­nyn i most Älvs­borgs­bron z no­wej per­spek­tywy.

- Aha, a co z tym? - Ame­lie wy­ciąga rękę.

- Sły­sza­łem, że Ho­v?s to naj­bar­dziej znana plaża w Göte­borgu. To prawda?

- Chyba tak.

Męż­czy­zna kiwa głową w kie­runku mo­rza.

- Spójrz na ten ży­wioł, sza­rość, po­tęgę na­tury, coś ta­kiego znaj­dziesz tylko tu­taj. Wiesz, co mam na my­śli?

Ame­lie po­ta­kuje. Po­doba jej się spo­sób, w jaki Mi­chael z nią roz­ma­wia. Jakby była jego ko­le­żanką. Chce się o nim do­wie­dzieć cze­goś wię­cej. Skąd po­cho­dzi, jaką ma prze­szłość i co bę­dzie ro­bił, gdy zre­ali­zuje to zle­ce­nie.

- Do­brze znasz Göte­borg i oko­lice? - pyta na­gle męż­czy­zna.

Ame­lie kiwa głową.

- Ow­szem.

- Może mia­ła­byś ochotę...

- Na co?

Męż­czy­zna od­wraca wzrok, a po­tem znowu na nią spo­gląda.

- Nie, to głu­pie.

- No, po­wiedz.

- Po­my­śla­łem, że masz do­bre oko, a ja nie znam Göte­borga zbyt do­brze. Może, je­śli masz czas i ochotę, mo­gła­byś mi po­ka­zać oko­licę?

Ame­lie kiwa głową z uśmie­chem i my­śli, że ja­sne, ma ochotę. Ni­czego bar­dziej nie pra­gnie. Od­wraca się i nie wi­dzi triumfu w jego oczach.

11

Stina wpa­truje się w żółtą kar­teczkę sa­mo­przy­lepną, którą dała jej Agneta. Wid­nieje na niej nu­mer te­le­fonu Ma­nu­ela Ga­lveza sta­ran­nie za­pi­sany nie­bie­skim atra­men­tem. Stina pod­cho­dzi do naj­bliż­szego krze­sła w salce kon­fe­ren­cyj­nej, siada na nim i pod­jeż­dża nim do stołu. Wyj­muje swój te­le­fon, wy­biera ten nu­mer i sły­szy sy­gnał łą­cze­nia. Od­le­gły i stłu­miony, cha­rak­te­ry­styczny dla po­łą­czeń z za­gra­nicą.

- Hola - od­po­wiada na­gle ja­kiś męż­czy­zna.

Stina się przed­sta­wia, a Ma­nuel Ga­lvez za­czyna z nią roz­ma­wiać ła­ma­nym an­giel­skim. Ro­zu­mie go, ale musi się tro­chę wy­si­lić i prosi o po­wtó­rze­nie, jed­no­cze­śnie się­ga­jąc po no­tes.

- Pod­czas pani po­bytu tu­taj do­szło do na­padu. Zgi­nął czło­wiek.

- Tak - po­twier­dza Stina, do­my­śla­jąc się, że cho­dzi o tego fa­ceta ze sklepu.

- Prze­słu­chu­jemy świad­ków, spraw­dzamy wszyst­kie tropy i o ile zro­zu­mia­łem, to ro­biła tam pani za­kupy tego sa­mego po­po­łu­dnia, gdy to się wy­da­rzyło.

- Zga­dza się.

- Po pierw­sze, chciał­bym za­py­tać, czy coś pani wi­działa. Po­my­śla­łem, że jako po­li­cjantka być może do­strzega pani rze­czy, któ­rych inni świad­ko­wie nie za­uwa­żają.

- Wiem, że zna­lazł go Karl pra­cu­jący w na­szym ho­telu i że zro­bił zdję­cie.

- Wiemy o tym i już z nim roz­ma­wia­li­śmy.

Stina bie­rze głę­boki wdech, wpa­tru­jąc się w biały ekran pro­jek­cyjny.

- Mhm. - Opusz­cza wzrok i spo­gląda na okru­chy po­zo­sta­wione na stole i plamę po ka­wie, któ­rej ktoś nie wy­tarł. - By­wa­li­śmy tam pra­wie co­dzien­nie pod­czas tych dwóch ty­go­dni. Za­glą­da­li­śmy tam w dro­dze z plaży do ho­telu. Za­wsze trzeba było coś ku­pić.

- Okej.

- Ostat­niego dnia wpa­dli­śmy tro­chę póź­niej niż zwy­kle. Była mniej wię­cej dzie­więt­na­sta, może dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści.

Stina pró­buje so­bie zwi­zu­ali­zo­wać ten mały, cia­sny skle­pik. Pe­łen wszyst­kiego, od dmu­cha­nych za­ba­wek do wody, ka­pe­lu­szy, kre­mów do opa­la­nia i pa­reo po wina, su­we­niry, chleb oraz chipsy. Dźwięk wen­ty­la­tora, który krę­cił się za męż­czy­zną sto­ją­cym przy ka­sie, i od­głos roz­łu­py­wa­nych przez niego pi­sta­cji. Jak wście­kła rzu­ciła bu­telkę z wodą na ladę.

I na­gle so­bie przy­po­mina.

- Nad kasą znaj­do­wała się ka­mera mo­ni­to­ringu. Nie ma­cie na­grań?

- Nie­stety nie. Ka­mera była ze­psuta.

- Aha - od­po­wiada Stina. Wła­ści­wie nie jest zdzi­wiona. Neon na ze­wnątrz sklepu dzia­łał tylko do po­łowy, jedna z lo­dó­wek prze­cie­kała, czemu miał za­ra­dzić zwi­nięty w ru­lon ręcz­nik frotté, prądu za­bra­kło dwa razy, gdy tam byli. Dzia­ła­jąca ka­mera mo­ni­to­ringu w tej no­rze by­łaby czymś mało praw­do­po­dob­nym. Pew­nie wi­siała tam dla od­stra­sze­nia po­ten­cjal­nych zło­dziei albo po pro­stu nikt nie po­my­ślał o tym, żeby ją na­pra­wić lub zdjąć, gdy się ze­psuła.

- Ten sklep był tro­chę za­pusz­czony. Przy­kro mi - oznaj­mia Stina. - W tej chwili ni­czego so­bie nie przy­po­mi­nam, ale za­sta­no­wię się jesz­cze nad tym. Je­śli pan chce, mogę po­roz­ma­wiać z przy­ja­ciół­kami i dziećmi. Może pa­mię­tają coś wię­cej.

- Na­prawdę?

- Ja­sne. Za­dzwo­nię, gdy już z nimi po­ga­dam.

- Dzię­kuję. Miło z pani strony.

- Z tego, co zro­zu­mia­łam, to była bru­talna na­paść - do­daje Stina.

- Bar­dzo bru­talna. Na­past­nik użył ja­kie­goś na­rzę­dzia i zma­sa­kro­wał nim wła­ści­ciela sklepu, a naj­bar­dziej twarz. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łem. Nasi tech­nicy po­dej­rze­wają, że to mo­gła być pałka.

- Pałka po­li­cyjna?

- Cóż, każdy może te­raz taką ku­pić, więc nie mamy pew­no­ści.

Stina marsz­czy czoło.

- Tak czy owak, to nie brzmi jak zwy­czajny na­pad.

- Nie mamy co do tego pew­no­ści. Może cho­dzi o ze­mstę? Albo ostrze­że­nie? A może po pro­stu zro­bił to ja­kiś sza­le­niec błą­ka­jący się po uli­cach Mar­belli.

Stina się wzdryga, za­do­wo­lona, że już nie są w Hisz­pa­nii. Ow­szem, w Göte­borgu cią­gle coś się dzieje, ale nie czu­łaby się kom­for­towo, ma­jąc świa­do­mość, że w mie­ście gra­suje taki psy­chol.

12

Jest po­po­łu­dnie, Chri­ster wró­cił z planu zdję­cio­wego w USA i wszystko znowu wraca do normy. Jej mąż za­wład­nął każ­dym me­trem kwa­dra­to­wym ich trzy­stu­me­tro­wego domu, jakby to było coś oczy­wi­stego, co ją strasz­nie iry­tuje. Jego rze­czy są po­roz­rzu­cane wszę­dzie, a ona sły­szy, jak mąż roz­ma­wia przez te­le­fon o usta­wie­niach ka­mery, sce­na­riu­szu i kwe­stiach dia­lo­go­wych.

- Wy­cho­dzę - in­for­muje Ame­lie.

Chri­ster od­ru­chowo kiwa głową, nie koń­cząc ani nie prze­ry­wa­jąc roz­mowy, a Ame­lie bie­rze to­rebkę i opusz­cza dom.

Umó­wiła się z Mi­cha­elem w parku Slot­ts­sko­gen. Po­wie­dział, że chce zna­leźć ja­kiś wy­jąt­kowy wi­dok. Uchwy­cić ta­jem­ni­cze świa­tło desz­czo­wego i mgli­stego po­ranka, z cie­niami tań­czą­cymi w je­sien­nych drze­wach.

- Cho­dzi ci o ja­kieś znane miej­sce?

- Tak.

Roz­ma­wiali przez chwilę, jakby na­prawdę chciał się jej po­ra­dzić i jej opi­nia miała ja­kieś zna­cze­nie. Nie cho­dziło mu tylko o to, żeby się do niej do­brać, ani o to, że jest żoną Chri­stera Za­chris­sona, on na­prawdę chciał po­znać jej zda­nie. Spodo­bało mu się, gdy za­pro­po­no­wała Slot­ts­sko­gen.

Kiedy do­ciera na miej­sce, Mi­chael już tam jest. Czeka od­wró­cony do niej ple­cami, lecz ona wi­dzi jego od­bi­cie w sa­dzawce, na któ­rej po­wierzchni uno­szą się je­sien­nie wy­bar­wione li­ście. Ma tę samą czapkę z dasz­kiem co ostat­nio, ale te­raz jest ubrany cały na czarno.

Na­gle Ame­lie za­czyna się stre­so­wać, że Slot­ts­sko­gen nie przy­pad­nie mu do gu­stu. Ża­łuje, że za­pro­po­no­wała to miej­sce. Do­cho­dzi do wnio­sku, że to był na­prawdę zły po­mysł. Co jej strze­liło do głowy? Za­bie­rać Mi­cha­ela, przy­zwy­cza­jo­nego do fo­to­gra­fo­wa­nia naj­pięk­niej­szych miejsc na świe­cie, do Slot­t­sko­gen. Co ona so­bie wła­ści­wie my­ślała?

Bar­dzo chciała zro­bić na nim do­bre wra­że­nie, ale uświa­da­mia so­bie, że wszystko po­szło nie tak. Wła­śnie ma się stam­tąd ulot­nić, gdy Mi­chael się od­wraca i ma­cha do niej z uśmie­chem. Ależ z niego przy­stoj­niak - my­śli Ame­lie, sama za­sko­czona swoją re­ak­cją. Uśmiech, oczy i po­cią­ga­jąca cha­ry­zma.

- Hej, Mi­chael - wita się Ame­lie, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech. - Długo cze­kasz?

- Nie, skąd. Wła­śnie przy­sze­dłem. Za­sta­na­wia­łem się, gdzie ro­bić zdję­cia. Pięk­nie tu. - Prze­suwa wzro­kiem po drze­wach. - Te je­sienne ko­lory będą się do­sko­nale pre­zen­to­wać.

Ame­lie po­dąża za jego spoj­rze­niem, kiwa głową i czuje się spo­koj­niej­sza.

- Idziemy? - pyta Mi­chael, za­kłada ple­cak i prze­wie­sza so­bie przez ra­mię torbę ze sprzę­tem fo­to­gra­ficz­nym.

- Pew­nie. Pój­dziemy pod górę. - Ame­lie wska­zuje pal­cem dłu­gie wznie­sie­nie. - Wy­daje mi się, że znaj­dziesz tam in­te­re­su­jące wi­doki. - Nie­pew­ność mija, gdy Mi­chael jej od­po­wiada:

- Brzmi wspa­niale. Jesz­cze raz dzię­kuję, że ze­chcia­łaś być moją prze­wod­niczką. - Męż­czy­zna od­wraca głowę w jej stronę i się uśmie­cha.

- Dro­biazg - za­pew­nia Ame­lie, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech. - Li­czę na twoje wska­zówki. Mam coś wziąć?

- Tak, mo­żesz wziąć blendę. Nic nie waży, ale jest nie­po­ręczna.

- Ja­sne.

Pstry­kają zdję­cia przez trzy go­dziny, a ona chęt­nie zo­sta­łaby w parku jesz­cze dłu­żej, lecz zro­biło się ciemno, a Mi­chael jest za­do­wo­lony z efek­tów swo­jej pracy.

- Może pod­rzucę cię do domu? - pyta Ame­lie, gdy do­cie­rają do par­kingu. Stoją obok jej czar­nego vo­lvo XC90 lśnią­cego w świe­tle la­tarni. Ame­lie nie chce, żeby ten wie­czór się skoń­czył. Jesz­cze nie.

- Nie trzeba - od­po­wiada męż­czy­zna. - Przy­je­cha­łem au­tem.

- Gdzie miesz­kasz?

Mi­chael spo­gląda na nią, a ona czuje, że się ru­mieni. Na­prawdę nie chce się z nim roz­sta­wać. Pra­gnie być bli­sko niego, uczyć się od niego i słu­chać jego mo­ty­wu­ją­cych słów. Te go­dziny spę­dzone z nim w parku były fan­ta­styczne, o wiele lep­sze, niż się spo­dzie­wała. Tak cu­downe, że nie my­ślała o ni­czym in­nym, była tu i te­raz.

- Może masz ochotę wpaść do mnie na chwilę? Mo­gli­by­śmy szybko przej­rzeć zdję­cia - pro­po­nuje Mi­chael. - Oczy­wi­ście nic na siłę - do­daje.

Ame­lie bie­rze głę­boki wdech i za­myka oczy. Czy ma ochotę? Spy­tał ją o coś, o czym le­dwo miała od­wagę po­my­śleć. Cu­dow­nie się czuje w jego to­wa­rzy­stwie. Mi­chael trak­tuje ją po part­ner­sku, a nie jak ja­kąś słodką idiotkę czy ko­bietę pa­protkę, i dla­tego bez wa­ha­nia od­po­wiada:

- Tak, chęt­nie.

Męż­czy­zna spo­gląda na nią po­waż­nie:

- Tylko nie spo­dzie­waj się nie wia­domo czego. Miesz­kam dość skrom­nie, ale to mi od­po­wiada. Nie za­ba­wię tu­taj zbyt długo. Do­koń­czę zle­ce­nie i ru­szam da­lej.

Ame­lie po­now­nie bie­rze głę­boki wdech. Mi­chael nie może znik­nąć z jej ży­cia. Nie te­raz.

- Spoko - mówi Ame­lie z uśmie­chem.

- Świet­nie. Miesz­kam bar­dzo bli­sko, tylko tam nie bar­dzo jest gdzie za­par­ko­wać. - Mi­chael spo­gląda na jej sa­mo­chód. - Masz dość duże auto. Zo­stawmy je tu­taj, a po­tem cię tu od­wiozę.

Ame­lie kiwa głową i czuje pod­eks­cy­to­wa­nie, sia­da­jąc z przodu, obok Mi­cha­ela.

13

Ame­lie idzie tuż za nim. Pa­trzy na jego czarny płaszcz i ple­cak od­ci­na­jące się na tle wie­czor­nego nieba. Świa­tło la­tarni pró­buje prze­nik­nąć przez mgli­stą ciem­ność i wiel­kie drzewa. Ame­lie robi uniki, żeby roz­ło­ży­ste ga­łę­zie nie po­dra­pały jej twa­rzy, i aż pod­ska­kuje, czu­jąc, że wdep­nęła w coś mięk­kiego.

- Wszystko w po­rządku? - pyta Mi­chael, jakby wy­czu­wał jej nie­po­kój.

- Tak, ja­sne - od­po­wiada Ame­lie. - Ale z przy­jem­no­ścią wejdę do środka - do­daje, bar­dziej by prze­rwać ci­szę niż z nim kon­wer­so­wać, lecz jej głos zlewa się z gło­śnym skrzyp­nię­ciem drzwi i ko­bieta nie do­staje od­po­wie­dzi.

Wcho­dzi za nim do ciem­nego przed­po­koju i przy­staje. Mi­chael za­pala górne świa­tło, a ona roz­gląda się wo­kół. Nad starą ko­modą wisi pęk­nięte lu­stro w zło­tej ra­mie, a na wie­szaku nie­bie­ski sztor­miak. Na dy­wa­niku stoi para czar­nych bu­tów. Mi­chael uprze­dził ją, że mieszka skrom­nie, ale nie spo­dzie­wała się, że aż tak.

Waha się. Co ona wła­ści­wie tu­taj robi? Może po­winna wró­cić do domu? Ale prze­cież nie może mu po­wie­dzieć, że się roz­my­śliła. Musi cho­ciaż na chwilę wejść do środka. I kto wie, może da­lej jest tro­chę le­piej. Poza tym wi­działa już gor­sze miesz­ka­nia. Wpraw­dzie to było dawno, lecz miej­sce, z któ­rego po­cho­dzi, nie za­wsze wy­glą­dało ład­nie.

- Od­staw blendę i chodźmy na górę - pro­po­nuje Mi­chael z uśmie­chem, wska­zu­jąc pal­cem na pię­tro.

Ame­lie sta­wia blendę na pod­ło­dze i po­dąża za nim. Drew­niane schody skrzy­pią pod jej cię­ża­rem, a ona czuje w żo­łądku nie­pew­ność. Po­gięło ją? Nie zna tego męż­czy­zny. Cała ona. Im­pul­sywna jak za­wsze. Dla­czego za­wsze tak jej się śpie­szy?

Wcho­dzi na górę, a po­tem do du­żego po­koju. Roz­gląda się w mroku i my­śli, że kie­dyś mu­siało tu być ład­nie, ale te­raz brą­zowo-zie­lone ta­pety w me­da­liony są brudne i znisz­czone, a par­kiet w jo­dełkę jest ma­towy i pe­łen szpar.

- Usiądź - mówi Mi­chael, wska­zu­jąc ręką ka­napę.

Ame­lie bez słowa wy­ko­nuje jego po­le­ce­nie. Siada na kra­wę­dzi i ostroż­nie kła­dzie rękę na pod­ło­kiet­niku. Dwa różne fo­tele i stół z okrą­głymi za­cie­kami oraz czar­nymi śla­dami wy­pa­lo­nymi przez pa­pie­rosa to je­dyne me­ble w tym du­żym po­miesz­cze­niu.

Prze­łyka ślinę i nie wie, gdzie po­dziać wzrok. Wszystko tu­taj jest od­py­cha­jące i Ame­lie ża­łuje, że z nim przy­szła. Pod­nosi wzrok i na­po­tyka spoj­rze­nie Mi­cha­ela. Ma zmarsz­czone czoło i przy­gnę­bie­nie wy­pi­sane na twa­rzy.

- Tylko nie mów, że cię nie ostrze­ga­łem - od­zywa się, we­dług niej ze smut­kiem w gło­sie.

Ame­lie się śmieje i kręci głową. Ależ jest głu­pia. Mówi, że chce zo­stać fo­to­grafką i być w cen­trum wy­da­rzeń, a ma cy­kora na wi­dok odro­biny ku­rzu i znisz­czo­nych me­bli. Prze­cież ją uprze­dzał. Nie pró­bo­wał jej w nic wma­new­ro­wać. Musi ją mieć za pa­ni­karę.

- Ow­szem, ostrze­ga­łeś - od­po­wiada Ame­lie, a na jej twa­rzy po­ja­wia się uśmiech. - Szkoda ta­kiego domu - do­daje, pró­bu­jąc za­tu­szo­wać swoje za­cho­wa­nie. - Byłby na­prawdę piękny, gdyby tro­chę nad nim po­pra­co­wać.

- Zde­cy­do­wa­nie. - Mi­chael kiwa głową z en­tu­zja­zmem. - Masz ochotę na lampkę wina? - pyta.

Ame­lie się waha. Bę­dzie mu­siała wró­cić sa­mo­cho­dem, ale pół kie­liszka może wy­pić. To może roz­luź­nić at­mos­ferę.

- Dzię­kuję, chęt­nie.

- Sko­czę do kuchni. Czuj się jak u sie­bie.

Mi­chael szybko zbiega po skrzy­pią­cych scho­dach, a ona się uśmie­cha, kon­sta­tu­jąc, jak bar­dzo mu się śpie­szy. Sły­szy jego sza­mo­ta­ninę w kuchni i wstaje z ka­napy, strze­puje spodnie, po czym po­ciera o nie dłońmi, jakby chciała się po­zbyć wy­ima­gi­no­wa­nego brudu.

Jej wzrok pada na czarną torbę z apa­ra­tem sto­jącą na pod­ło­dze. Czym są odro­bina brudu i za­nie­dbany dom? Jemu to oczy­wi­ście nie prze­szka­dza. Żyje swoją sztuką, czego mu za­zdro­ści, je­dyne, co się dla niego li­czy, to jego praca. Cho­ciaż mieszka w ob­skur­nym miej­scu, to ma drogi sprzęt fo­to­gra­ficzny, co może ozna­czać, że od­nosi suk­cesy i jest przy ka­sie, ale wy­daje ją na to, co uważa za istotne.

Ame­lie roz­gląda się po po­miesz­cze­niu. Musi sko­rzy­stać z to­a­lety, więc idzie do ciem­nego przed­po­koju i pod­cho­dzi do pierw­szych za­mknię­tych drzwi. Na ko­ry­ta­rzu nie ma żad­nej lampki, ale na jego końcu znaj­duje się okrą­głe okno, przez które wpada po­blask księ­życa w pełni. Ame­lie kła­dzie dłoń na klamce i po­py­cha drzwi. Za­styga, sły­sząc, jak gło­śno skrzy­pią, i prze­klina w du­chu stare domy. Mi­chael wciąż jest na dole, w kuchni, więc Ame­lie ostroż­nie za­gląda do środka.

Wy­brała złe drzwi. Tuż przed nią, na pod­ło­dze, leży sze­roki ma­te­rac z koł­drą i po­duszką. Obok stoi ta­bo­ret, a na nim grube świece i pu­dełko za­pa­łek. To tu­taj Mi­chael śpi.

Ame­lie po­sta­na­wia się tro­chę ro­zej­rzeć. Zo­ba­czyć, czy może się zbli­żyć do tego czło­wieka. Po­tem bę­dzie kon­ty­nu­ować miłą roz­mowę o fo­to­gra­fii, na­pije się wina i wróci do domu, aby po­ło­żyć się w wy­god­nym łóżku kon­ty­nen­tal­nym z czy­stą po­ścielą.

Wcho­dzi do po­koju i marsz­czy nos. W środku pa­nuje za­duch, a poza tym wy­czuwa jesz­cze inny, lekko draż­niący za­pach. Taki, jaki wy­dziela dru­karka fo­to­gra­ficzna, którą ma w domu. To wzbu­dza jej cie­ka­wość. Prze­cież jesz­cze nie wi­działa żad­nych jego zdjęć.

Przy ścia­nie stoi biurko za­wa­lone wy­dru­ko­wa­nymi zdję­ciami. Pod­cho­dzi do niego, po­chyla się, spo­gląda na nie i wstrzy­muje od­dech.

Cho­lera - my­śli, co­fa­jąc się szybko, z nie­przy­jem­nym uczu­ciem w ciele.

14

Stina po­ciera o sie­bie dło­nie, aby je roz­grzać. Jest prze­ni­kli­wie zimny, je­sienny dzień, a ona prze­mar­zła do szpiku ko­ści, bo ubrała się zbyt lekko. Po­ra­nek był sło­neczny, jed­nak te­raz, wie­czo­rem, tem­pe­ra­tura spa­dła do kilku stopni i skó­rzana kurtka nie wy­star­cza, żeby utrzy­mać cie­pło. Sły­szy szcze­ka­nie i spo­tyka ko­bietę pro­wa­dzącą na smy­czy czar­nego pie­ska. Uśmie­cha się do niej, po czym skręca i wcho­dzi do klatki scho­do­wej w ka­mie­nicy Ca­ro­liny w dziel­nicy Haga, po dru­giej stro­nie dzie­dzińca.

Po­ko­nuje dwa pię­tra, puka do drzwi i na­ci­ska klamkę. Drzwi nie są za­mknięte, więc je otwiera i za­gląda do środka.

- Halo!? - woła, zdej­mu­jąc kurtkę.

Wi­tają ją ła­godna mu­zyka, którą ko­ja­rzy z jogi, oraz za­pach ka­dzi­dełka. Ca­ro­lina naj­wy­raź­niej ma te­raz czas wy­ci­sze­nia. To się u niej cią­gle zmie­nia. Cza­sami jest udu­cho­wiona, słu­cha bal­lad i cy­tuje Buddę. In­nym ra­zem leci do Lon­dynu, ku­puje mar­kowe to­rebki i prze­sia­duje w knaj­pach. Jest ko­bietą o wielu twa­rzach, co rów­nież do­daje jej uroku. Ni­gdy nie można być pew­nym, w ja­kim aku­rat jest na­stroju.

- Hej! Za­pra­szam! - od­krzy­kuje z głębi po­miesz­cze­nia.

Stina wcho­dzi do środka i czuje eg­zo­tyczny, re­lak­su­jący za­pach ka­dzi­dełka, tylko że te­raz bar­dziej in­ten­sywny. Ca­ro­lina wstaje z mięk­kiej ka­napy, na któ­rej sie­działa oto­czona mnó­stwem po­du­szek w róż­nych ko­lo­rach, i przy­tula Stinę.

- Brrr. Zimno dzi­siaj - stwier­dza Stina, sta­wia­jąc to­rebkę na pod­ło­dze.

- Tak, ma­sa­kra. Chcesz lampkę wina?

- Na­pi­ła­bym się piwa, je­śli masz.

- Cho­lera! - Ca­ro­lina robi prze­pra­sza­jącą minę i roz­kłada ręce. - Za­po­mnia­łam ku­pić.

- W ta­kim ra­zie na­lej mi wina. A pro­pos, mam coś dla cie­bie. - Stina wyj­muje z to­rebki bu­telkę czer­wo­nego riojy i wrę­cza je Ca­ro­li­nie.

- Wi­dzę, że je­steś wierna hisz­pań­skim wi­nom - śmieje się Ca­ro­lina, idąc do kuchni w bia­łych spodniach al­la­dyn­kach po­wie­wa­ją­cych wo­kół nóg. - Ame­lie się do cie­bie od­zy­wała? - woła do Stiny.

- Nie. - Stina się śmieje. - Punk­tu­al­ność nie jest jej mocną stroną.

- Ra­cja - mówi Ca­ro­lina, wra­ca­jąc z dwoma kie­lisz­kami w jed­nej ręce i otwartą bu­telką w dru­giej. - Pró­bo­wa­łam się z nią skon­tak­to­wać całe po­po­łu­dnie, ale nie od­biera. Po­trze­bo­wa­łam wspar­cia tech­nicz­nego.

- Se­rio? - Stina siada na po­dusz­kach le­żą­cych na pod­ło­dze i pro­stuje nogi. - Dziwne. Za­zwy­czaj od­biera, gdy się do niej dzwoni.

- Spoko. Po­ra­dzi­łam so­bie. Joel mi po­mógł. Chcia­łam przej­rzeć zdję­cia na te­le­wi­zo­rze - wy­ja­śnia Ca­ro­lina.

Sta­wia kie­liszki na stole i po­daje Sti­nie bu­telkę.

- Na­le­jesz? - pyta i znowu znika w kuchni.

- Skon­tak­to­wała się dzi­siaj ze mną hisz­pań­ska po­li­cja - woła Stina za przy­ja­ciółką, na­peł­nia­jąc kie­liszki.

- Aha. - Ca­ro­lina wraca z mi­secz­kami peł­nymi chip­sów i orzesz­ków, po czym sta­wia je na stole. Spo­gląda na Stinę. - Czego chcieli?

- Py­tali o tam­ten sklep w Mar­belli.

- Cho­dziło im o tego za­mor­do­wa­nego fa­ceta?

- Tak.

Ca­ro­lina kiwa głową, sięga po pi­lota i kie­ruje go na te­le­wi­zor.

- I co im po­wie­dzia­łaś?

- Prawdę. Że nie za­uwa­ży­łam ni­czego szcze­gól­nego. Obie­ca­łam, że po­ga­dam z tobą i z Ame­lie i do niego od­dzwo­nię.

- Cóż, ja też nie zwró­ci­łam na nic uwagi - mówi Ca­ro­lina, wciąż z pi­lo­tem w ręce. - Mają ja­kąś teo­rię?

- Pro­wa­dzą do­cho­dze­nie i spraw­dzają każdy trop. To było bru­talne za­bój­stwo, więc za­leży im na tym, by ująć sprawcę.

Ca­ro­lina wy­pija łyk wina.

- Brrr, do­brze, że już nas tam nie ma.

Stina kiwa głową i my­śli, że to, co się stało w Mar­belli, w ża­den spo­sób nie jest wy­jąt­kowe. Rów­nie do­brze coś ta­kiego może się wy­da­rzyć tu­taj. I zda­rza się.

- Za­cznijmy bez niej - pro­po­nuje Ca­ro­lina.

Stina po­ta­kuje, a Ca­ro­lina za­czyna po­ka­zy­wać zdję­cia z po­dróży. Wszyst­kie trzy wrzu­ciły swoje fotki do fol­deru na Drop­bo­xie i od razu wi­dać, które zro­biła Ame­lie. Zdję­cia Stiny i Ca­ro­liny nie mogą się z nimi rów­nać. Ame­lie jest nie­zwy­kle uta­len­to­wana i ma­rzy o tym, żeby zo­stać fo­to­grafką. Stina po­dej­rzewa, że prze­szkodą nie są jej umie­jęt­no­ści, tylko brak pew­no­ści sie­bie, w co trudno uwie­rzyć, je­śli nie zna się jej tak do­brze, jak znają ją Stina i Ca­ro­lina.

Oglą­dają zdję­cia i wra­cają wspo­mnie­niami do dni spę­dzo­nych w Mar­belli. Dużo się przy tym śmieją i Stina nie­mal czuje na skó­rze to przy­jemne śród­ziem­no­mor­skie cie­pło, gdy my­śli o ką­pie­lach w cie­plej wo­dzie, snor­klingu, te­ni­sie na plaży, prze­pysz­nych owo­cach i wa­rzy­wach, knajp­kach, kre­wet­kach w so­sie pil pil, pi­mien­tos de pa­drón i kal­ma­rach, kie­liszku riojy lub orzeź­wia­ją­cej cavy. Ten urlop na­prawdę do­brze jej zro­bił. Na­wet prze­spała kilka nocy z rzędu bez ta­ble­tek na­sen­nych.

Po obej­rze­niu wszyst­kich zdjęć i wy­pi­ciu dwóch kie­lisz­ków wina Stina po­now­nie spo­gląda na ze­ga­rek.

- Jest dwu­dzie­sta pierw­sza. Dziwne, że Ame­lie się nie ode­zwała - stwier­dza, się­ga­jąc do mi­seczki z chip­sami. Do dru­giej ręki bie­rze kie­li­szek. Jest pu­sty, ale na dnie zo­stało kilka kro­pel, które lą­dują na jej bia­łej bluzce.

- Niech to szlag! - rzuca Stina, wpa­tru­jąc się w plamę. Dla­czego za­wsze musi się uświ­nić? Przy­gląda się kro­plom roz­cho­dzą­cym się na ma­te­riale ni­czym krew na prze­ście­ra­dle i czuje nie­po­kój. Od­sta­wia kie­li­szek i idzie do ła­zienki, żeby za­prać bluzkę. Po­mimo szu­mią­cej wody sły­szy, jak Ca­ro­lina woła:

- Spró­buję jesz­cze raz do niej za­dzwo­nić.

- Okej - od­po­wiada Stina, po­cie­ra­jąc plamę, aż ta w końcu znika. Wy­żyma ko­szulę i wraca do po­koju.

- Ode­brała?

- Nie. - Ca­ro­lina kręci głową. - Wciąż nie od­po­wiada.

- Za­dzwo­nię do Chri­stera - oznaj­mia Stina, wyj­mu­jąc swój te­le­fon. Sły­chać sy­gnał łą­cze­nia, po czym uru­cha­mia się au­to­ma­tyczna se­kre­tarka. Stina spo­gląda na Ca­ro­linę i po­ka­zuje jej ko­mórkę. - On też nie od­biera.

- Słu­chaj - mówi Ca­ro­lina, pod­wi­ja­jąc stopy na ka­napę. - On wczo­raj wró­cił ze Sta­nów. Może coś ra­zem ro­bią i nie chcą, żeby im prze­szka­dzać? Ame­lie pew­nie za­po­mniała o na­szym spo­tka­niu.

- Może masz ra­cję - oznaj­mia Stina, ale bez prze­ko­na­nia.

15

Co to jest, do cho­lery? - my­śli Ame­lie. Po ple­cach prze­biega jej dreszcz nie­po­koju. Wi­dzi, ale nie ro­zu­mie.

W po­koju pa­nuje ciem­ność. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła jest księ­życ świe­cący przez brudne okno wprost na biurko. Ame­lie z tru­dem od­dy­cha i wy­ciąga rękę, jakby mu­siała tego do­tknąć, aby zro­zu­mieć, że to na­prawdę ist­nieje.

Kła­dzie palce na jed­nym ze zdjęć i wi­dzi swój wła­sny uśmiech. Ostroż­nie je prze­suwa i wę­druje spoj­rze­niem po fo­to­gra­fiach le­żą­cych pod spodem. Znowu ona. Jest wszę­dzie. Na plaży w Mar­belli w bia­łym bi­kini. Przy ba­se­nie, gdy leży i czyta ja­kiś ty­go­dnik. W re­stau­ra­cji z kie­lisz­kiem wina. W ho­telu, gdy z kimś roz­ma­wia. Z bli­ska, z da­leka, sama i w to­wa­rzy­stwie in­nych osób lub dzieci.

Serce jej wali, Ame­lie ciężko od­dy­cha. Jak to moż­liwe? Od­suwa ko­lejne zdję­cia tylko po to, by zna­leźć na­stępne. Wszyst­kie z ich wa­ka­cji w Hisz­pa­nii.

Kręci głową. Nie ro­zu­mie. Dla­czego Mi­chael ma te fotki i skąd je wziął? Te­raz za­uważa, że to nie tylko jej zdję­cia, ale rów­nież Ca­ro­liny oraz Stiny. I dzieci. Wszy­scy byli na nich skru­pu­lat­nie uwiecz­niani.

Rany bo­skie - my­śli, a jej serce jesz­cze przy­śpie­sza. Nie spusz­czał ich z oka. Mu­siał śle­dzić każdy ich krok przez te dwa ty­go­dnie. Ale jak to moż­liwe, że był tak bli­sko i ro­bił te wszyst­kie zdję­cia, a oni tego nie za­uwa­żyli? Po­winni byli go zo­ba­czyć. Po­winni byli za­re­ago­wać.

Ma mę­tlik w gło­wie.

Kim on jest?

Czym jest?

Może zwy­kłym pa­pa­raz­zim?

Albo pry­wat­nym de­tek­ty­wem?

Tylko dla­czego?

Może Chri­ster go wy­na­jął? Nie, nie Chri­ster. W ja­kim celu miałby to ro­bić?

Czy to ja­kiś sza­le­niec?

Może stal­ker?

- I co o tym są­dzisz?

Ame­lie wzdryga się na dźwięk tych słów. Nie sły­szała go, jak szedł po scho­dach, i te­raz jego głos prze­cina po­kój jak strzał z pi­sto­letu. Głos, wcze­śniej tak ła­godny i uwo­dzi­ciel­ski, te­raz wy­daje jej się groźny i obcy.

Po­woli się od­wraca i spo­gląda na niego. Mi­chael stoi w drzwiach z dwoma kie­lisz­kami bia­łego wina. Z uśmie­chem po­daje jej je­den z nich. Ko­smyk wło­sów opada mu na czoło, więc pró­buje go zdmuch­nąć.

Ame­lie wpa­truje się w niego. Dla­czego tak tam tkwi, jakby nic się nie stało, i pro­po­nuje jej wino? Czemu nie tłu­ma­czy się z tych zdjęć le­żą­cych na biurku? Bo musi ist­nieć ja­kieś lo­giczne wy­ja­śnie­nie. Musi.

Ame­lie sięga po to­rebkę, lecz uświa­da­mia so­bie, że jej tu nie ma. Zo­sta­wiła ją w au­cie, żeby mieć wolne ręce i po­móc mu nieść jego rze­czy. Po­tem tak mu się śpie­szyło i tyle pa­plał o swoim apa­ra­cie, że za­po­mniała ją ze sobą wziąć. A w to­rebce ma te­le­fon. Jak, do cho­lery, mo­gła go tam zo­sta­wić? Ni­gdy się bez niego nie ru­sza.

Po chwili do­ciera do niej, co się stało. Za­pla­no­wał to. Do­pil­no­wał, żeby zo­sta­wiła to­rebkę w swoim sa­mo­cho­dzie, gdy po­sta­no­wili, że po­jadą jego au­tem, a po­tem ją za­ga­dał.

Ame­lie staje ple­cami do biurka.

- Co są­dzę? - od­po­wiada nie­śpiesz­nie, pró­bu­jąc zy­skać na cza­sie.

- Do­kład­nie.

Pod­cho­dzi do niej z kie­lisz­kiem, a ręka nie drży mu ani odro­binę. Ame­lie spo­gląda na wino i nie wie, co ma zro­bić. Nie chce od niego ni­czego in­nego oprócz wy­ja­śnie­nia, lecz jed­no­cze­śnie kusi ją, by się na­pić. Do­brze by jej to te­raz zro­biło.

Robi nie­pewny krok w jego kie­runku i spo­gląda na drzwi za nim. Je­śli tylko uda­łoby jej się go wy­mi­nąć, po­czu­łaby się le­piej. Za­żą­da­łaby wy­ja­śnie­nia, a gdyby się oka­zało, że Mi­chael chce się na nią rzu­cić, mo­głaby wy­biec z po­koju. Jest szybka i zwinna. Nie do­go­niłby jej.

Po­tem so­bie przy­po­mina, jak w desz­czu ska­kał po ska­łach ni­czym ko­zica. To może nie być ta­kie pro­ste, ale da radę.

Ame­lie robi krok do przodu, ale on wbija w nią wzrok, jakby wie­dział, co so­bie po­my­ślała. Na­tych­miast do niej pod­cho­dzi. Te­raz stoi tak bli­sko, że Ame­lie wi­dzi włos na jego czar­nej ko­szuli i że za­darł so­bie skórkę na kciuku.

- Pro­szę - mówi, po­da­jąc jej kie­li­szek.

Ame­lie nie ma wy­boru. Bio­rąc od niego kie­li­szek, czuje, jak Mi­chael po­woli prze­suwa swój pa­lec wska­zu­jący po jej palcu, a ona cofa rękę z obrzy­dze­niem. Tak szybko, że odro­bina czer­wo­nego wina prze­lewa się przez kra­wędź kie­liszka i wolno spływa po jej pal­cach.

- Ostroż­nie - do­daje Mi­chael ci­cho i uśmie­cha się do niej. - Zdro­wie!

Ame­lie nie­śpieszne pod­nosi kie­li­szek do ust, nie od­ry­wa­jąc od niego spoj­rze­nia. Pa­trzy mu pro­sto w oczy. Uśmiech, który wcze­śniej wy­da­wał jej się taki piękny, te­raz jest znie­kształ­cony w tej ciem­no­ści. Zęby Mi­cha­ela błysz­czą, a księ­życ spra­wia, że jego twarz wy­gląda blado i upior­nie. Ame­lie czuje ucisk w klatce pier­sio­wej i z tru­dem od­dy­cha. Po­wie­trze w po­koju na­gle robi się cięż­kie i duszne.

16

Deszcz bębni o dach sa­mo­chodu i wy­cie­raczki, które Stina włą­czyła na naj­szyb­szy tryb, le­dwo na­dą­żają z usu­wa­niem wody spły­wa­ją­cej po szy­bie. Na­tę­że­nie ru­chu jest duże, więc Stina po­woli mija ogromny bu­dy­nek firmy far­ma­ceu­tycz­nej ze stali, chromu i szkła, który wznosi się z boku jak szary bez­kształtny gi­gant.

Dziś nie miała siły wstać z łóżka. Ciało nie chciało jej słu­chać, było jak ciężka masa, ale ra­czej z po­wodu umó­wio­nej wi­zyty u psy­cho­loga niż ze względu na po­godę. Urlop dał jej znacz­nie wię­cej niż roz­mowy z nim. Jaki sens ma to cią­głe roz­trzą­sa­nie i ma­glo­wa­nie te­matu? Nie jest jej le­piej od tego, że opo­wiada in­nym o tym, jak się czuje.

Ha­muje i staje w korku. Zdaje so­bie sprawę, że może nie zdą­żyć na dzi­siej­sze spo­tka­nie. Uśmie­cha się. Może ten deszcz mimo wszystko na coś się przyda?

Śpiewa Per­fect ra­zem z Edem She­era­nem i na­gle deszcz na ze­wnątrz i cie­pło w sa­mo­cho­dzie spra­wiają, że robi jej się cał­kiem przy­jem­nie, ale mu­zykę prze­rywa te­le­fon. Od­biera i rów­no­cze­śnie po­gła­śnia, żeby ulewa nie za­głu­szyła roz­mowy.

- Hej, Stino. Z tej strony Chrille. - Ni­ski głos Chri­stera Za­chris­sona wy­peł­nia auto.

- Hej, Chri­ster. Co sły­chać? - pyta Stina we­soło.

- Dzięki, wszystko do­brze. - Chri­ster za­wie­sza na chwilę głos. - Cho­ciaż w su­mie nie do końca.

- Co masz na my­śli?

- Wiesz może, gdzie jest Ame­lie?

- Nie. - Stina pierw­szy raz tego dnia czuje dys­kom­fort w żo­łądku. - A dla­czego py­tasz?

- Po pro­stu po­my­śla­łem... - Chri­ster milk­nie, po czym do­daje: - Wczo­raj po po­łu­dniu wy­szła z domu i nie wró­ciła. Po­my­śla­łem, że może jest u cie­bie.

- Nie - mówi Stina, po dłuż­szej chwili. - Mia­ły­śmy się wczo­raj spo­tkać, ale nie przy­szła. Obie z Ca­ro­liną pró­bo­wa­ły­śmy się do niej do­dzwo­nić. Do cie­bie też dzwo­ni­ły­śmy, ale po­nie­waż ty też nie od­bie­ra­łeś, po­my­śla­ły­śmy, że je­ste­ście za­jęci.

- Aha.

Stina sły­szy roz­cza­ro­wa­nie i nie­po­kój w jego gło­sie, a dys­kom­fort w żo­łądku przy­biera na sile.

- Mó­wiła coś, za­nim wy­szła? - pyta.

- Tak. Że idzie się z wami spo­tkać. Dla­tego się nie prze­ją­łem, gdy jej jesz­cze nie było, kiedy się kła­dłem. Rano za­czą­łem się nie­po­koić, więc za­dzwo­ni­łem do Ca­ro­liny i spy­ta­łem, czy Ame­lie u niej no­co­wała, ale nie.

- Okej - rzuca Stina.

Dzwo­niły do Ame­lie i do Chri­stera, ale nie zro­biły nic wię­cej. Za­miast pró­bo­wać się z nią skon­tak­to­wać, da­lej piły wino i do­brze się ba­wiły. Moc­niej za­ci­ska dło­nie na kie­row­nicy. A co, je­śli na­prawdę coś jej się stało?

- Słu­chaj, nie martw się - zwraca się do Chri­stera, cho­ciaż w jej gło­wie się ko­tłuje. - Na pewno jest ja­kieś lo­giczne wy­tłu­ma­cze­nie tego, dla­czego nie przy­szła na na­sze spo­tka­nie.

My­śli, że Chri­ster po­wi­nien za­dzwo­nić do jej ko­le­gów i po­in­for­mo­wać o za­gi­nię­ciu żony. Musi go do tego na­kło­nić, jed­no­cze­śnie do­dat­kowo go nie stre­su­jąc. Tylko jak to zro­bić?

- Na pewno da się to ja­koś lo­gicz­nie wy­tłu­ma­czyć, ale może mimo wszystko po­wi­nie­neś za­dzwo­nić na po­li­cję?

- Prze­cież to ro­bię.

- No tak - mówi Stina i milk­nie, po czym do­daje: - Tylko że ja je­stem na zwol­nie­niu le­kar­skim.

- Czyli nie mogę z tobą o tym ga­dać?

- Ja­sne, że mo­żesz. Bez ogra­ni­czeń. Ale żeby wszystko od­było się zgod­nie z prze­pi­sami, uwa­żam, że po­wi­nie­neś za­dzwo­nić na po­li­cję i ofi­cjal­nie zgło­sić za­gi­nię­cie Ame­lie. Tak na wszelki wy­pa­dek. Na ko­men­dzie będą wie­dzieć, czy do­szło do ja­kie­goś wy­padku dro­go­wego, w któ­rym mo­gła uczest­ni­czyć, albo do cze­goś in­nego. Ja nie mam ta­kiej wie­dzy.

Stina przy­gryza wargę. Może nie­po­trzeb­nie to po­wie­działa? Te­raz Chri­ster bę­dzie się mar­twił, że Ame­lie leży ranna w ja­kimś szpi­talu.

- Tak - od­zywa się Chri­ster, po dłuż­szej chwili. - Albo skon­tak­tuję się z Mis­sing Pe­ople. Za­wsze prze­cież wszyst­kich od­naj­dują.

- Mo­żesz to zro­bić, ale nie za­czną po­szu­ki­wań, do­póki nie zgło­sisz jej za­gi­nię­cia na po­li­cji. Taką mają po­li­tykę.

- Aha. - Chri­ster od­chrzą­kuje. - W ta­kim ra­zie roz­łą­czam się i dzwo­nię na po­li­cję.

- Świet­nie. I daj znać, jak tylko się cze­goś do­wiesz.

- Ja­sne, za­dzwo­nię.

Klik­nię­cie. Za­pada ci­sza i w sa­mo­cho­dzie sły­chać tylko deszcz, do­póki nie włą­cza się ra­dio. Do uszu Stiny do­ciera mu­zyka, a ona mocno za­ci­ska dło­nie na kie­row­nicy. Ame­lie nie mo­gła tak po pro­stu znik­nąć. Stina miała wczo­raj prze­czu­cie, które zi­gno­ro­wała, lecz te­raz jest pewna. Ame­lie coś się stało.

17

Da­vid Sand­berg-Sa­liba i Lo­visa Do­uglas, funk­cjo­na­riu­sze wy­działu kry­mi­nal­nego, wy­sia­dają ze służ­bo­wego auta. Na pod­jeź­dzie do po­dwój­nego ga­rażu stoi bmw z kro­plami desz­czu lśnią­cymi na czar­nym la­kie­rze po po­ran­nych ule­wach. Pa­trzą w górę, na dom, a po­tem na sie­bie. Wie­dzą, kim jest Chri­ster Za­chris­son. Da­vid na­wet raz go spo­tkał, gdy po­szedł po pracy na drinka ze Stiną i na­gle po­ja­wili się Chri­ster i Ame­lie po ja­kiejś im­pre­zie fir­mo­wej z du­żym pro­du­cen­tem sa­mo­cho­dów. To było, za­nim Chi­ster do­stał rolę wi­kinga Tor­ste­ina. Te­raz jest wielką gwiazdą i kur­suje mię­dzy Hol­ly­wo­odem a Göte­bor­giem. I zgło­sił za­gi­nię­cie swo­jej żony Ame­lie.

Drzwi otwie­rają się, za­nim któ­reś z nich zdąża na­ci­snąć dzwo­nek. W rze­czy­wi­sto­ści Chri­ster jest niż­szy niż w se­rialu. Tam wy­gląda jak dwu­me­trowy ber­serk z bujną czarną brodą i wło­sami za­ple­cio­nymi w war­kocz, wal­czy sie­kierą, ma­czugą i tar­czą, lecz w rze­czy­wi­sto­ści jest wzro­stu Da­vida. Ma za­dbaną brodę i nie­bie­skie, zmę­czone oczy za okrą­głymi oku­la­rami. Nie­wiele go łą­czy z graną przez niego po­sta­cią - my­śli Da­vid.

- Za­pra­szam - mówi, wy­co­fu­jąc się do prze­stron­nego holu z okrą­głym sto­łem, na któ­rym stoi rzeźba na­giej ko­biety.

Da­vid my­śli, że nie po­sta­wiłby u sie­bie cze­goś ta­kiego. Ale nie ma ta­kiego holu. Nie po­siada na­wet miesz­ka­nia. Po roz­wo­dzie wy­naj­muje ka­wa­lerkę z dru­giej ręki i nie­długo koń­czy mu się umowa, więc musi coś z tym zro­bić.

Chri­ster naj­wy­raź­niej go nie po­znaje, a Da­vid nie za­mie­rza mu przy­po­mi­nać, że zo­stali so­bie kie­dyś przed­sta­wieni. Wcho­dzą do po­koju z du­żym bia­łym kom­ple­tem wy­po­czyn­ko­wym sto­ją­cym na orien­tal­nym dy­wa­nie. Sia­dają i oboje wyj­mują no­tesy.

- Kiedy ostat­nio wi­dział pan żonę? - pyta Da­vid bez owi­ja­nia w ba­wełnę.

- Wczo­raj. O pięt­na­stej.

- A kiedy od­krył pan, że jej nie ma?

- Dziś rano. Nie wró­ciła na noc do domu.

Da­vid unosi jedną brew.

- I do­piero rano się pan za­nie­po­koił?

- Tak. - Chri­ster kręci głową. - Miała spę­dzić wie­czór z przy­ja­ciół­kami, więc się po­ło­ży­łem. Czę­sto wraca późno po ta­kich spo­tka­niach. Kiedy rano nie było jej w domu, naj­pierw po­my­śla­łem, że no­co­wała u jed­nej z przy­ja­ció­łek, ale gdy do niej za­dzwo­ni­łem, nie ode­brała. A kiedy skon­tak­to­wa­łem się z jej przy­ja­ciół­kami, po­in­for­mo­wały mnie, że nie do­tarła na spo­tka­nie.

- Może nam pan po­dać na­zwi­ska i dane kon­tak­towe tych osób? - pyta Lo­visa.

Chri­ster kiwa głową.

- Stina Se­ger i Ca­ro­lina Gher­ton - mówi, po czym do­daje: - Może zna­cie Stinę? Też jest po­li­cjantką. To ona ka­zała mi się z wami skon­tak­to­wać.

- Tak - od­po­wiada Da­vid i my­śli o nie­ode­bra­nym po­łą­cze­niu od Stiny. Może po­wi­nien był do niej za­dzwo­nić przed przy­jaz­dem tu­taj. Ale jest już po pta­kach. - Po­roz­ma­wiamy z nią. I z Ca­ro­liną - za­pew­nia.

- Dzwo­ni­łem do Ame­lie ja­kieś dwa­dzie­ścia razy, ale cią­gle włą­cza się poczta gło­sowa.

Prze­suwa dło­nią po twa­rzy i Da­vid za­uważa, że ta się trzę­sie.

- Dla­czego Stina i Ca­ro­lina nie za­dzwo­niły do pana, gdy Ame­lie się nie po­ja­wiła?

- Dzwo­niły, ale wcze­śnie się po­ło­ży­łem. Pró­buję się prze­sta­wić na szwedzki czas i kiep­sko mi idzie. Mój or­ga­nizm wciąż jest na Za­chod­nim Wy­brzeżu USA. Więc nie ode­bra­łem.

- Wzięła sa­mo­chód?

- Tak.

- Świet­nie. To nam uła­twi po­szu­ki­wa­nia - in­for­muje Lo­visa.

- Czy wcze­śniej zda­rzało jej się znik­nąć? - pyta Da­vid.

Chri­ster kręci głową.

- Nie, ni­gdy.

- Czy mo­gła znik­nąć do­bro­wol­nie?

- Do­bro­wol­nie? - Chri­ster po­pra­wia oku­lary i wy­gląda na ura­żo­nego. - Co ma pan na my­śli?

- Cóż. Może się po­kłó­ci­li­ście albo coś w tym stylu?

- Nie. - Sie­dzący na fo­telu Chri­ster po­chyla się i do­daje su­ro­wym gło­sem: - Na­wet nie zdą­ży­li­śmy ze sobą po­roz­ma­wiać. Jak już wspo­mnia­łem, wró­ci­łem ze Sta­nów i mia­łem mnó­stwo te­le­fo­nów do wy­ko­na­nia i ma­ili, na które mu­sia­łem od­pi­sać. Le­dwo zdą­ży­łem jej po­wie­dzieć "cześć" i znik­nęła.

I może w tym cały pro­blem - my­śli Da­vid. Czy Ame­lie mo­gła dojść do wnio­sku, że mąż po­święca jej po po­wro­cie zbyt mało uwagi? Chciała mu po­ka­zać, że ją za­nie­dbuje? Może w ten spo­sób chciała zwró­cić na sie­bie uwagę?

- Czy Ame­lie na coś cho­ruje? - pyta Lo­visa.

- Nie. Jest zdrowa jak ryba. Bar­dzo dba o zdro­wie.

- Nie ma de­pre­sji?

Chri­ster kręci głową.

- Nie - od­po­wiada, po czym się za­my­śla. - Cza­sami jest tro­chę przy­gnę­biona, ale wczo­raj czuła się świet­nie. Była w bar­dzo do­brym na­stroju i nie mo­gła się do­cze­kać spo­tka­nia ze Stiną i Ca­ro­liną.

- Ro­zu­miem. A wczo­raj po po­łu­dniu, za­nim wsia­dła do sa­mo­chodu i od­je­chała, co ro­bi­li­ście? Poza tym, że roz­ma­wiał pan przez te­le­fon i od­pi­sy­wał na ma­ile.

- Zje­dli­śmy ra­zem późny lunch. Wszy­scy, dzieci też. Po po­wro­cie do domu po­świę­cam im dużo uwagi. - Chri­ster wbija w nich wzrok i po­ciera rę­kami twarz. - Dzie­ciaki - mówi. - Są na gó­rze. Na ra­zie nic im nie mó­wi­łem. Po­wi­nie­nem to zro­bić?

Da­vid kiwa głową.

- Tak, chyba tak. My też chcie­li­by­śmy z nimi po­roz­ma­wiać.

Chri­ster do­tyka ręką ust i za­czyna ob­gry­zać pa­zno­kieć ma­łego palca. Da­vid wi­dzi, że fa­cet ma za­dbane dło­nie i opi­ło­wane pa­znok­cie, i my­śli o tym, że gdy gra Tor­ste­ina, czę­sto są brudne. Se­rial o wi­kin­gach jest jego ulu­bio­nym, wi­dział wszyst­kie od­cinki. A po­ja­wie­nie się w po­przed­nim se­zo­nie bo­ha­tera gra­nego przez Chri­stera było jak za­strzyk świe­żej krwi, któ­rej ten se­rial tak po­trze­bo­wał.

- Co miała wczo­raj na so­bie, wy­cho­dząc z domu? - pyta Lo­visa.

Chri­ster opusz­cza rękę na ko­lano i za­sta­na­wia się.

- Była ubrana na czarno. - Kiwa głową. - Cała na czarno. Czarne spodnie i bluzka. Nie wi­dzia­łem, którą kurtkę wło­żyła, ale tej żół­tej od Stelli McCart­ney nie ma na wie­szaku, więc pew­nie tę.

- Ma pan ja­kieś zdję­cie Ame­lie? - drąży Lo­visa.

- Zdję­cie? - Chri­ster wpa­truje się w nią i kręci głową. - Po co wam zdję­cie? Prze­cież wszy­scy wie­dzą, do cho­lery, jak wy­gląda Ame­lie.

- Bę­dziemy go po­trze­bo­wać - wy­ja­śnia Da­vid spo­koj­nie. - Je­śli jej szybko nie znaj­dziemy, bę­dziemy mu­sieli opu­bli­ko­wać ko­mu­ni­kat o za­gi­nię­ciu, a do tego mu­simy mieć zdję­cie. Wo­le­li­by­śmy, żeby było od pana niż z in­ter­netu.

Chri­ster kiwa głową i dra­pie się po niej.

- Okej. Coś znajdę.

- Nikt się do pana nie ode­zwał w tej spra­wie? - pyta Da­vid.

- Co ma pan na my­śli?

- Je­ste­ście dość znani - wy­ja­śnia Da­vid. - I dla­tego ist­nieje ry­zyko, że pana żona zo­stała po­rwana i ktoś się z pa­nem skon­tak­tuje w spra­wie okupu.

Chri­ster robi wiel­kie oczy, po czym kręci głową.

- Po­dej­rze­wa­cie po­rwa­nie?

- W tej chwili ni­czego nie po­dej­rze­wamy. Za wcze­śnie na to. Ale to praw­do­po­dobny sce­na­riusz i dla­tego mu­simy się do tego przy­go­to­wać. Mu­simy na­grać taką roz­mowę. Nasi tech­nicy się tym zajmą.

Chri­ster po­ta­kuje i znowu dra­pie się po gło­wie. Po­tem za­sła­nia ręką twarz i kręci głową.

- To ja­kieś sza­leń­stwo - mówi. - Nie ogar­niam tego.

Da­vid chce dać męż­czyź­nie chwilę, żeby się po­zbie­rał, i roz­gląda się po wy­sprzą­ta­nym po­koju. Poza kom­ple­tem wy­po­czyn­ko­wym w po­miesz­cze­niu znaj­duje się bi­blio­teczka pełna ksią­żek, więc za­sta­na­wia się, które z nich je czyta. Może zbyt po­chop­nie oce­nia lu­dzi, ale czy­ta­nie nie pa­suje mu ani do Chri­stera, ani do Ame­lie.

- Ro­zu­miem, że to dla pana trudne - za­pew­nia. - Nie mamy do pana wię­cej py­tań i oczy­wi­ście zro­bimy wszystko, żeby od­na­leźć pana żonę. Tu­taj są na­sze dane kon­tak­towe. - Da­vid wrę­cza Chri­ste­rowi wi­zy­tówkę. - Pro­szę śmiało dzwo­nić, gdyby pan so­bie coś przy­po­mniał. A te­raz chcie­li­by­śmy po­roz­ma­wiać z resztą ro­dziny.

- Na­tu­ral­nie. - Chri­ster kiwa głową, ociera łzę i wsuwa wi­zy­tówkę do kie­szonki na piersi. - Pójdę z wami do dzieci. Chcę przy nich być, gdy się do­wie­dzą, co się stało.

- A ro­dzice Ame­lie? Gdzie miesz­kają?

- Nie ma ojca, a z matką nie utrzy­muje kon­taktu.

- Jej oj­ciec nie żyje?

- Nie mam po­ję­cia. Ame­lie nie wie, kto jest jej oj­cem. Matka ni­gdy jej tego nie wy­ja­wiła.

- A jak do­szło do tego, że żona nie utrzy­muje kon­taktu ze swoją matką?

Chri­ster wzdy­cha.

- To skom­pli­ko­wane. Jej matka... ma pewne pro­blemy.

- Ja­kiego typu?

- Cóż, wszel­kie moż­liwe. Nerwy. Al­ko­hol. - Chri­ster kręci głową i roz­kłada ręce. - Jest bar­dzo spe­cy­ficzna.

- Kon­tak­to­wał się pan z nią, żeby spraw­dzić, czy Ame­lie się do niej od­zy­wała? - pyta Da­vid.

- Nie. Wy­daje mi się to mało praw­do­po­dobne. Nie chce mieć z matką nic wspól­nego.

18

Ca­ro­lina stoi przy szta­lu­dze, ob­gry­za­jąc trzo­nek pędzla. Czuje w ustach po­smak farby i che­mi­ka­liów, lecz nie może się po­wstrzy­mać. Robi krok do tyłu i przy­gląda się ob­ra­zowi, nad któ­rym pra­cuje. Na ze­wnątrz się prze­ja­śniło. Po­ranne pro­mie­nie słońca wpa­dają przez okno i oświe­tlają ob­raz przed­sta­wia­jący pa­gór­ko­waty kra­jo­braz. Ca­ro­lina się uśmie­cha. Nie­źle - my­śli. Na­prawdę coś z tego bę­dzie. Sły­szy prze­cho­dzą­cego Jo­ela i go woła.

- Hej! Chodź, zo­bacz!

Krę­cone ciemne włosy, opa­lona twarz i białe zęby. Jej syn. Ca­ro­lina czuje ukłu­cie w sercu. Tyle mi­ło­ści.

Joel przy­staje i za­gląda do niej.

- I jak ci się po­doba? - pyta Ca­ro­lina, wska­zu­jąc pędz­lem na ob­raz. Ob­ser­wuje twarz syna, gdy przy­gląda się temu, co na­ma­lo­wała.

Joel unosi rękę i dra­pie się po gło­wie.

- Co przed­sta­wia? - pyta.

- Ale... - dziwi się Ca­ro­lina i wy­ciąga rękę. - Nie wi­dzisz?

- Nie.

Ca­ro­lina pod­cho­dzi do ob­razu.

- Prze­cież to drzewo, je­zioro, słońce i niebo. - Unosi pę­dzel, by po­pra­wić zie­lone po­cią­gnię­cie.

- Aha. Okej, te­raz wi­dzę.

Ręka Ca­ro­liny za­miera, ko­bieta przez chwilę wpa­truje się w zie­lone po­cią­gnię­cie pędzla, bę­dąc pod wra­że­niem tego, co stwo­rzyła, po czym od­wraca się do syna. Przy­gląda mu się, marsz­cząc czoło, i do­cho­dzi do wnio­sku, że skła­mał. Po­wie­dział to, co chciała usły­szeć. To nie w jego stylu. Joel za­wsze mówi to, co my­śli.

- Wra­casz od ojca? - pyta.

- Tak.

Wcho­dzi do po­koju. Roz­siada się na fo­telu, kła­dzie nogi na pod­ło­kiet­niku i ko­ły­sze sto­pami. To rów­nież ją za­ska­kuje. Za­zwy­czaj nie przy­cho­dzi do niej i nie siada w ten spo­sób.

- Przy­da­rzyło mi się coś me­ga­dziw­nego.

- Słu­cham?

- Ktoś mnie śle­dził.

- O czym ty mó­wisz?

Joel po­ciera pod­bró­dek.

- Dziwne, nie?

- Tak, ale co do­kład­nie się stało?

- Idąc na tram­waj, po­czu­łem się ja­koś nie­swojo. Mia­łem wra­że­nie, że ktoś pró­buje mnie do­go­nić. Ale gdy się od­wró­ci­łem, ni­kogo tam nie było. To zna­czy ni­kogo, kto chciałby mi zro­bić coś złego. Tylko star­sza pani z kra­cia­stym wóz­kiem na kół­kach i dwie dziew­czynki w stro­jach jeź­dziec­kich, każda z to­rebką sło­dy­czy. Po zbi­rze ani śladu.

Ca­ro­lina od­kłada pę­dzel i robi krok w kie­runku syna.

- W każ­dym ra­zie, gdy wsze­dłem pod wiatę, sta­nął za mną ja­kiś fa­cet i mia­łem ta­kie dziwne wra­że­nie, no wiesz, jakby się na mnie ga­pił. Po­czu­łem me­ga­iry­ta­cję i od­wró­ci­łem się. Po­my­śla­łem, że je­śli ja też za­cznę mu się przy­glą­dać, zro­zu­mie, o co cho­dzi.

- I co? Zro­zu­miał?

- Kiedy zo­ba­czył, że się od­wró­ci­łem, spu­ścił wzrok. Jakby uda­wał, że wcale się na mnie nie ga­pił.

- Może tego nie ro­bił? Cza­sami bez­wied­nie ga­pimy się na in­nych lu­dzi.

- To prawda. Ale wierz mi, ten się ga­pił.

Ca­ro­lina znowu bie­rze pę­dzel do ręki. Joel za­zwy­czaj nie prze­sa­dza. Skoro twier­dzi, że tak wła­śnie było, to naj­praw­do­po­dob­niej ma ra­cję.

- Jak wy­glą­dał ten fa­cet?

Joel za­sta­na­wia się przez chwilę.

- Wła­ści­wie to nie wiem - od­po­wiada w końcu, dra­piąc się po gło­wie.

Ca­ro­lina unosi brwi.

- Jak to nie wiesz? Mó­wi­łeś, że mu się przyj­rza­łeś.

- No wiem. Dziwne, nie?

- No do­bra, ale chyba je­steś w sta­nie okre­ślić, czy był ni­ski, czy wy­soki i jaki miał ko­lor wło­sów? Jak był ubrany? Coś prze­cież mu­sisz pa­mię­tać, mimo że spu­ścił wzrok - mówi Ca­ro­lina, po­iry­to­wana, cho­ciaż wcale tego nie chce.

Joel znowu się za­my­śla.

- Chyba tak. Był mo­jego wzro­stu, może tro­chę wyż­szy. Dość szczu­pły. Albo może nie szczu­pły, tylko ra­czej wy­tre­no­wany.

- Okej. Co miał na so­bie?

- Ciemne ciu­chy. Czarne dżinsy, czarną bluzę z kap­tu­rem z logo na piersi. Chyba Nike.

- Miał ja­sne czy ciemne włosy?

- Miał na gło­wie kap­tur, więc nie wi­dzia­łem jego wło­sów. Ale wy­daje mi się, że były ciemne. Je­stem tego pra­wie pe­wien. Nie po­wiem ci, jak wy­glą­dał, bo po­chy­lił głowę i tylko mi mi­gnął. - Joel milk­nie i za­my­śla się na chwilę. - To dziwne, bo wła­ści­wie nic nie zro­bił. Tylko się na mnie ga­pił, a po­tem spu­ścił głowę. Szcze­rze mó­wiąc, to było nie­przy­jemne. Włosy na karku sta­nęły mi dęba. Wy­sze­dłem spod wiaty, go­towy do ucieczki, gdyby ru­szył w moim kie­runku. To było cho­ler­nie dziwne.

- Roz­po­znał­byś go, gdy­byś go znowu zo­ba­czył?

- Nie wiem. Nie są­dzę.

Ca­ro­lina kiwa głową. Na ze­wnątrz pró­buje za­cho­wać spo­kój, cho­ciaż w środku cała się trzę­sie.

- Po­tem przy­je­chał tram­waj. Wsko­czy­łem do niego jak po­pa­rzony. Prze­cią­ga­jąc kartę, wy­glą­da­łem przez okno, żeby spraw­dzić, czy za mną nie po­biegł. Oka­zało się, że nie. Stał na przy­stanku ze skrzy­żo­wa­nymi ra­mio­nami i tylko na mnie pa­trzył spod kap­tura.

Miesz­kają w cen­trum Göte­borga i oczy­wi­ście zda­rzają się różne sy­tu­acje. Ob­le­śni zbo­czeńcy na­pa­stu­jący dzieci i młode dziew­czyny. Jak się oka­zuje, mło­dych chłop­ców rów­nież. Ale do ni­czego nie­po­ko­ją­cego nie do­szło, je­śli nie li­czyć tego zboka, który wa­lił ko­nia na par­kingu w cen­trum han­dlo­wym Nord­stan, lecz ni­komu nie zro­bił krzywdy. Po klat­kach scho­do­wych oczy­wi­ście kręcą się różni nie­szko­dliwi me­nele i bez­domni, ale ci chcą się tylko gdzieś prze­spać, gdy noce ro­bią się zimne i do­póki jej nie za­cze­piają, nie zwraca na nich uwagi. Jak dla niej mogą wcho­dzić na klatkę, żeby się tro­chę ogrzać. Jed­nak to, o czym opo­wiada Joel, tro­chę ją nie­po­koi. Czy wy­cho­dząc na ulicę, będą się te­raz oglą­dać przez ra­mię?

Spo­gląda na Jo­ela. Wciąż opa­lo­nego, z ciem­nymi lo­kami na gło­wie. Jej Joel. Jej piękny syn. Zro­bi­łaby wszystko, by go chro­nić.

Pro­log

Mięk­kie świa­tło wy­do­bywa piękno ich opa­lo­nej skóry oraz błysz­czą­cych oczu. Sły­chać per­li­sty śmiech, a roz­mo­wie to­wa­rzy­szy szum mo­rza wdzie­ra­ją­cego się na plażę przed ogród­kiem re­stau­ra­cyj­nym.

Od czasu do czasu za­pa­lają pa­pie­rosa i za­cią­gają się z roz­ko­szą, po czym wy­dmu­chują dym, który unosi się na ła­god­nej mor­skiej bry­zie, by w końcu roz­pły­nąć się w ciem­no­ściach. Cza­sami wiatr za­wraca i, jakby się dro­cząc, nie­sie lekki za­pach fa­jek zmie­szany z ko­rzen­nymi per­fu­mami. Kiedy za­my­kam oczy i pod­no­szę głowę, mogę się nim sztach­nąć.

Na stole przed nimi leży nie­do­je­dzona ko­la­cja. Uśmie­chają się do mło­dego kel­nera i z gra­cją po­ma­gają mu po­zbie­rać ta­le­rze oraz kie­liszki. Ich białe zęby lśnią, gdy ró­żowe ję­zyki prze­su­wają się po peł­nych ustach i zli­zują ostat­nie kro­ple wina. Po­sy­łają mu przy­ja­zne uśmie­chy, gdy od­po­wiada na ich py­ta­nia, a ja wi­dzę, jak wy­ciera spo­cone dło­nie w po­pla­miony far­tuch, żeby po­rząd­nie chwy­cić stos ta­le­rzy. Pew­nym ru­chem pod­nosi je do góry, a na jego umię­śnio­nych ra­mio­nach uwi­dacz­niają się nie­bie­skie, na­pięte żyły. Jego czarne oczy błysz­czą, gdy la­wi­ruje z ta­le­rzami po­mię­dzy cia­sno usta­wio­nymi sto­li­kami, a czarny ku­cyk pod­ska­kuje ryt­micz­nie na karku, kiedy znika za drzwiami wa­ha­dło­wymi w gło­śnej kuchni. Nie­mal wy­czu­wam jego ulgę, gdy od­dala się od ich uwo­dzi­ciel­skich spoj­rzeń.

Nie są same. To­wa­rzy­szą im młod­sze i star­sze dzieci. Po­ziom­kowe usta dziew­czy­nek i ich nie­winne oczy się uśmie­chają. W jed­nej chwili roz­ma­wiają, a już w na­stęp­nej po­pi­jają colę i owi­jają palce ró­żową gumą do żu­cia. Mają na so­bie spód­niczki, zde­cy­do­wa­nie za krót­kie i od­sła­nia­jące gołe, brą­zowe nogi, gład­kie ni­czym ak­sa­mit. Od­gar­niają mięk­kie blond ko­smyki z pięk­nych twa­rzy, a na ich smu­kłych przed­ra­mio­nach po­brzę­kują bran­so­letki. Chło­pak ma ciemne, krę­cone włosy, które od­rzuca z czoła. Jest po­waż­niej­szy od ca­łego to­wa­rzy­stwa, lecz gdy scho­dzi nad mo­rze i bawi się z mal­cem, też się śmieje.

Przy­glą­dam się temu wszyst­kiemu. Ob­razy prze­su­wają mi się przed oczami, gdy tak sie­dzę w tym re­stau­ra­cyj­nym ogródku, a wo­kół mnie za­pada śród­ziem­no­mor­ska ciem­ność. Sie­dzę tak, w ci­szy i pu­stce, jesz­cze długo po ich znik­nię­ciu. Długo po tym, jak uśmiech­nięci i ro­ze­śmiani od­cho­dzą nad­mor­skim dep­ta­kiem, trzy­ma­jąc się pod rękę.

Tkwię tak, do­póki lo­kal nie opu­sto­szeje, lampy nie zga­sną, a po­pla­mione ob­rusy nie znikną ze sto­łów. Po­zwa­lam się otu­lić ci­chej, czar­nej nocy piesz­czą­cej moje gołe ra­miona. Sie­dzę tam, póki para czar­nych oczu i okrą­gła taca z ra­chun­kiem nie wy­rwą mnie z za­my­śle­nia i nie wy­go­nią sa­mej w ciemną noc. Wsu­wam dłoń do kie­szeni i tak mocno za­ci­skam ją wo­kół ka­myka, że ten wbija mi się w ciało. Ta chwila jest po­cząt­kiem.