WIĘZIENNY PRAWNIK - John Grisham

-
Proszę czekać

Roz­dział 2

Fro­st­burg leży parę ki­lo­me­trów na za­chód od mia­stecz­ka Cum­ber­land w sta­nie Ma­ry­land, na wą­skim pa­sie zie­mi wci­śnię­tym mię­dzy Pen­syl­wa­nię od pół­no­cy i Wir­gi­nię Za­chod­nią od po­łu­dnia i za­cho­du. Pa­trząc na mapę, moż­na od­gad­nąć, że ten nie­fo­rem­ny frag­ment te­re­nu po­ja­wił się w wy­ni­ku błęd­nych po­mia­rów geo­de­zyj­nych i tak na­praw­dę nie po­wi­nien na­le­żeć do Ma­ry­lan­du, choć trud­no stwier­dzić, do kogo miał­by na­le­żeć. Czę­sto pra­cu­ję w bi­blio­te­ce, na ścia­nie nad moim biur­kiem wisi ogrom­na mapa Ame­ry­ki. Spę­dzam aż za dużo cza­su, ga­piąc się na nią, śniąc na ja­wie i du­ma­jąc, jak to się sta­ło, że je­stem więź­niem fe­de­ral­nym w od­le­głym za­kąt­ku Ma­ry­lan­du.

Sto ki­lo­me­trów da­lej na po­łu­dnie, w Wir­gi­nii, leży dwu­dzie­sto­pię­cio­ty­sięcz­ne mia­stecz­ko Win­che­ster. Tam się uro­dzi­łem, spę­dzi­łem dzie­ciń­stwo, zdo­by­łem wy­kształ­ce­nie i pra­co­wa­łem, aż w koń­cu tam na­stą­pił mój Upa­dek. Mó­wią mi, że od mo­je­go wy­jaz­du nie­wie­le się w Win­che­ste­rze zmie­ni­ło. Kan­ce­la­ria praw­ni­cza Co­pe­land & Reed nadal jest w tym sa­mym miej­scu, gdzie nie­gdyś pra­co­wa­łem. Przy Brad­dock Stre­et na sta­rym mie­ście, tuż obok knaj­py. Kie­dyś na­zwa wy­pi­sa­na czar­ny­mi li­te­ra­mi na szy­bie brzmia­ła Co­pe­land, Reed & Ban­ni­ster i ozna­cza­ła je­dy­ną zu­peł­nie czar­ną kan­ce­la­rię praw­ni­czą w pro­mie­niu stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Po­dob­no pa­no­wie Co­pe­land i Reed nie­źle so­bie ra­dzą i choć na pew­no nie ro­bią ka­rie­ry i nie zbi­ja­ją ma­jąt­ku, star­cza im na opła­ce­nie dwóch se­kre­ta­rek i czyn­szu. Za mo­ich cza­sów było tak samo, ja­koś uda­wa­ło nam się za­ro­bić na ży­cie. Krót­ko przed Upad­kiem za­czy­na­łem po­waż­nie się za­sta­na­wiać, czy prze­trwam w tak ma­łym mia­stecz­ku.

Po­dob­no pa­no­wie Co­pe­land i Reed od­ma­wia­ją roz­mo­wy na mój te­mat i nie chcą się wy­po­wia­dać o mo­ich kło­po­tach. Sami omal nie sta­nę­li przed są­dem i ich re­pu­ta­cja moc­no ucier­pia­ła. Pro­ku­ra­tor fe­de­ral­ny, któ­ry spo­rzą­dził akt oskar­że­nia, ry­ko­sze­tem ostrze­li­wał wszyst­kich, któ­rzy mo­gli mieć zwią­zek z wy­kry­tą przez nie­go afe­rą, i nie­mal do­pro­wa­dził fir­mę do upad­ku. Moja wina po­le­ga­ła na re­pre­zen­to­wa­niu nie­wła­ści­we­go klien­ta i dwaj byli wspól­ni­cy nie byli z tym w ża­den spo­sób po­wią­za­ni. Ża­łu­ję tego, co sta­ło się ze mną, ale myśl o tym, jak ob­rzu­ca­no ich bło­tem, do dziś spę­dza mi sen z po­wiek. Obaj mają pod sie­dem­dzie­siąt­kę i jako mło­dzi praw­ni­cy nie tyl­ko wal­czy­li o to, żeby utrzy­mać się z kan­ce­la­rii praw­nej w ma­łym mia­stecz­ku, ale też sta­cza­li ostat­nie bi­twy z ery Jima Cro­wa2. Zda­rza­ło się, że sę­dzio­wie igno­ro­wa­li ich na sali roz­praw i wy­da­wa­li prze­ciw­ko nim bez­za­sad­ne orze­cze­nia. Inni praw­ni­cy od­no­si­li się do nich aro­ganc­ko i nie­pro­fe­sjo­nal­nie. Okrę­go­we sto­wa­rzy­sze­nie ad­wo­ka­tów nie za­pro­po­no­wa­ło im człon­ko­stwa. Urzęd­ni­cy są­do­wi czę­sto gu­bi­li ich wnio­ski. Bia­li przy­się­gli im nie wie­rzy­li. I co naj­gor­sze, klien­ci ich uni­ka­li. Oczy­wi­ście mam na my­śli czar­nych klien­tów. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych bia­łe­mu na­wet nie przy­szło­by do gło­wy na­jąć czar­ne­go praw­ni­ka, przy­najm­niej na Po­łu­dniu. I tak na­praw­dę do dziś pod tym wzglę­dem nie­wie­le się zmie­ni­ło. W po­cząt­kach swo­je­go ist­nie­nia kan­ce­la­ria Co­pe­land & Reed omal nie pa­dła, bo czar­ni uwa­ża­li bia­łych praw­ni­ków za lep­szych i szli do nich. Cięż­ką pra­cą i nie­ustę­pli­wym pro­fe­sjo­na­li­zmem Co­pe­lan­do­wi i Re­edo­wi uda­ło się to zmie­nić, ale mu­sia­ło upły­nąć dużo cza­su.

Win­che­ster nie był wy­ma­rzo­nym miej­scem na roz­po­czę­cie ka­rie­ry praw­ni­czej. Stu­dio­wa­łem pra­wo na uczel­ni Geo­r­ge'a Ma­so­na w Wir­gi­nii, na obrze­żach Dys­tryk­tu Ko­lum­bii. Pod­czas let­nich wa­ka­cji po dru­gim roku po­szczę­ści­ło mi się i do­sta­łem pra­cę w biu­rze ogrom­nej wa­szyng­toń­skiej fir­my praw­ni­czej przy Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue, o rzut be­re­tem od Ka­pi­to­lu. Był to gi­gant z ty­sią­cem praw­ni­ków, fi­lia­mi roz­sia­ny­mi po ca­łym świe­cie, na­zwi­ska­mi by­łych se­na­to­rów zdo­bią­cy­mi pa­pier fir­mo­wy, eks­klu­zyw­ną klien­te­lą i za­pie­ra­ją­cym dech w pier­si tem­pem pra­cy, któ­re strasz­nie mi się po­do­ba­ło. Punk­tem kul­mi­na­cyj­nym mo­jej pra­cy była funk­cja goń­ca pod­czas pro­ce­su by­łe­go kon­gres­ma­na (i na­sze­go klien­ta), któ­re­go oskar­żo­no o kon­szach­ty z bra­tem hochsz­ta­ple­rem i bra­nie ła­pó­wek od do­staw­cy uzbro­je­nia. Cały pro­ces oka­zał się jed­nym wiel­kim cyr­kiem, a ja by­łem za­chwy­co­ny, że mam miej­sce tak bli­sko are­ny.

Je­de­na­ście lat póź­niej zna­la­złem się w tej sa­mej sali roz­praw sądu fe­de­ral­ne­go im. E. Bar­ret­ta Pret­ty­ma­na w śród­mie­ściu Wa­szyng­to­nu, tyle że w roli oskar­żo­ne­go.

Tam­te­go lata by­łem jed­nym z sie­dem­na­stu prak­ty­kan­tów w fir­mie. Cała po­zo­sta­ła szes­nast­ka - sami stu­den­ci pre­sti­żo­wych uczel­ni praw­ni­czych - do­sta­ła na ko­niec ofer­ty pra­cy. Ja nie do­sta­łem, a po­nie­waż tak bar­dzo się wte­dy za­an­ga­żo­wa­łem, zo­sta­łem tro­chę na lo­dzie. Trze­ci rok stu­diów po­świę­ci­łem na ko­ła­ta­nie do róż­nych drzwi na te­re­nie Dys­tryk­tu, ale żad­ne się przede mną nie otwo­rzy­ły. Po uli­cach musi tu sta­le krą­żyć kil­ka ty­się­cy bez­ro­bot­nych praw­ni­ków i ła­two się w tym tłu­mie zgu­bić. Po­tem po­sze­rzy­łem pole za­in­te­re­so­wa­nia o oko­li­ce, gdzie fir­my są dużo mniej­sze i o pra­cę jesz­cze trud­niej.

W koń­cu, po­ko­na­ny, wró­ci­łem do domu. Moje ma­rze­nia o grze w pierw­szej li­dze le­gły w gru­zach. Pa­no­wie Co­pe­land i Reed sami cien­ko przę­dli i z całą pew­no­ścią nie po­trze­bo­wa­li ni­ko­go no­we­go, zli­to­wa­li się jed­nak i opróż­ni­li dla mnie ma­ga­zy­nek na gó­rze. Sta­ra­łem się, jak mo­głem, choć sie­dze­nie go­dzi­na­mi w biu­rze przy tak nie­wie­lu klien­tach było czę­sto trud­ne do uza­sad­nie­nia. Cał­kiem nie­źle nam się pra­co­wa­ło i po pię­ciu la­tach wspa­nia­ło­myśl­nie uzna­li mnie za wspól­ni­ka i do­da­li moje na­zwi­sko do na­zwy fir­my. Moje za­rob­ki pra­wie nie ule­gły zmia­nie.

Pod­czas śledz­twa z bó­lem ob­ser­wo­wa­łem, jak ich nie­ska­la­ne do­tąd imio­na są mie­sza­ne z bło­tem. Było to kom­plet­nie po­zba­wio­ne sen­su. Kie­dy już przy­par­li mnie do muru, pro­wa­dzą­cy spra­wę agent FBI oznaj­mił, że je­śli się nie przy­znam i nie za­cznę współ­pra­co­wać z pro­ku­ra­tu­rą fe­de­ral­ną, Co­pe­land i Reed też zo­sta­ną po­sta­wie­ni w stan oskar­że­nia. Są­dzi­łem, że ble­fu­je, ale nie mia­łem pew­no­ści. Mimo to ode­sła­łem go do dia­bła.

Na szczę­ście ble­fo­wał.

Na­pi­sa­łem do nich kil­ka li­stów. Dłu­gich, płacz­li­wych li­stów z prze­pro­si­na­mi, ale na ża­den nie od­po­wie­dzie­li. Po­pro­si­łem, żeby mnie od­wie­dzi­li, że­by­śmy mo­gli wszyst­ko so­bie wy­ja­śnić w bez­po­śred­niej roz­mo­wie, ale też nie za­re­ago­wa­li, cho­ciaż do mo­je­go ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka jest stąd rap­tem sto ki­lo­me­trów. Tyl­ko je­den jego miesz­ka­niec re­gu­lar­nie mnie od­wie­dza.

***

Mój oj­ciec Hen­ry był jed­nym z pierw­szych czar­no­skó­rych funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji sta­no­wej we Wspól­no­cie Wir­gi­nii. Przez trzy­dzie­ści lat pa­tro­lo­wał szo­sy i lo­kal­ne dro­gi w oko­li­cach Win­che­ste­ru i nie za­mie­nił­by tej pra­cy na żad­ną inną. Ko­chał ją, a tak­że zwią­za­ne z nią po­czu­cie wła­dzy i hi­sto­rię, moż­li­wość eg­ze­kwo­wa­nia pra­wa i oka­zję do nie­sie­nia po­mo­cy po­trze­bu­ją­cym. Ko­chał swój mun­dur, swój ra­dio­wóz - wła­ści­wie wszyst­ko z wy­jąt­kiem pi­sto­le­tu przy pa­sie. Parę razy był zmu­szo­ny go wy­jąć, ale nig­dy z nie­go nie wy­strze­lił. Za­kła­dał, że bia­li będą mu oka­zy­wać nie­chęć, a czar­ni będą li­czyć na wy­ro­zu­mia­łość, ale on po­sta­no­wił trak­to­wać wszyst­kich jed­na­ko­wo spra­wie­dli­wie. Był ty­pem twar­de­go gli­nia­rza, któ­ry nie uzna­je sza­ro­ści. Je­śli coś nie było zgod­ne z pra­wem, to mu­sia­ło być wbrew pra­wu. Nie wi­dział miej­sca na na­cią­ga­nie oce­ny ani ucie­ka­nie się do tech­nicz­nych krucz­ków.

Od pierw­szej chwi­li oj­ciec uznał, że je­stem win­ny, choć nie do koń­ca wie­dział cze­go. Dla nie­go nie ist­nia­ła za­sa­da do­mnie­ma­nia nie­win­no­ści i mo­ich za­pew­nień o nie­win­no­ści też nie słu­chał. Jako dum­ny funk­cjo­na­riusz sił po­rząd­ku przez lata ści­ga­ją­cy zło­czyń­ców zo­stał w peł­ni za­pro­gra­mo­wa­ny. Je­śli oświe­ce­ni fe­de­ral­ni w stu­stro­ni­co­wym ak­cie oskar­że­nia uzna­li mnie za win­ne­go, mu­sie­li mieć ra­cję. Je­stem pew­ny, że mi współ­czuł i mo­dlił się, bym ja­koś się wy­ka­ra­skał, ale nie po­tra­fił mi tego oka­zać. Czuł się upo­ko­rzo­ny i wca­le się z tym nie krył. Jak jego syn praw­nik mógł się za­da­wać z taką pod­łą ban­dą oszu­stów?

Sam z ty­siąc razy za­da­wa­łem so­bie to py­ta­nie. I jak do­tąd nie zna­la­złem do­brej od­po­wie­dzi.

Hen­ry Ban­ni­ster z tru­dem skoń­czył li­ceum i po kil­ku drob­nych za­tar­gach z pra­wem, w wie­ku dzie­więt­na­stu lat, wstą­pił do ma­ri­nes. W kor­pu­sie szyb­ko stał się męż­czy­zną i żoł­nie­rzem, po­ko­chał dys­cy­pli­nę i na­uczył się być dum­nym z mun­du­ru. Od­był trzy tury w Wiet­na­mie, gdzie zo­stał po­strze­lo­ny i po­pa­rzo­ny, a na­wet na krót­ko tra­fił do nie­wo­li. Jego od­zna­cze­nia wi­szą na ścia­nie ga­bi­ne­tu w nie­wiel­kim dom­ku, w któ­rym do­ra­sta­łem. Oj­ciec miesz­ka tam sam, bo mama zgi­nę­ła w wy­pad­ku, za­bi­ta przez pi­ja­ne­go kie­row­cę dwa lata przed moim pro­ce­sem.

Hen­ry przy­jeż­dża do Fro­st­bur­ga raz w mie­sią­cu na go­dzin­ne wi­dze­nie. Jest już na eme­ry­tu­rze, nie ma wie­lu za­jęć i gdy­by chciał, mógł­by przy­jeż­dżać co ty­dzień. Ale nie chce.

***

Wie­lo­let­ni wy­rok nie­sie z sobą wie­le okrut­nych do­znań. Na przy­kład to, że się jest po­wo­li za­po­mi­na­nym przez świat i wszyst­kich, któ­rych się ko­cha i po­trze­bu­je. Rze­ka li­stów, za­le­wa­ją­ca cię w pierw­szych mie­sią­cach, stop­nio­wo za­mie­nia się w cien­ki stru­my­czek, któ­ry przy­no­si je­den albo dwa li­sty w ty­go­dniu. Przy­ja­ciół i krew­nych, któ­rzy po­cząt­ko­wo chęt­nie cię od­wie­dza­li, nie wi­du­jesz ca­ły­mi la­ta­mi. Mój star­szy brat Mar­cus wpa­da dwa razy w roku na go­dzin­kę, żeby po­in­for­mo­wać mnie o swo­ich naj­śwież­szych pro­ble­mach. Każ­dy z jego trzech na­sto­let­nich sy­nów jest na in­nym eta­pie mło­dzień­cze­go bun­tu prze­ciw pra­wu, a żona jest zde­kla­ro­wa­ną świ­ru­ską. Tak że chy­ba nie mam co się skar­żyć. Mimo to lu­bię te jego wi­zy­ty. Mar­cus od za­wsze pa­ro­dio­wał Ri­char­da Pry­ora, robi to na­praw­dę ko­micz­nie i zwy­kle śmie­je­my się przez całą go­dzi­nę z jego na­rze­kań na sy­nów. Moja młod­sza sio­stra Ruby miesz­ka na Za­chod­nim Wy­brze­żu i ją wi­du­ję raz w roku. Ale pi­sze do mnie co ty­dzień i bar­dzo ce­nię so­bie jej li­sty. Mam też da­le­kie­go ku­zy­na, któ­ry od­sie­dział sie­dem lat za na­pad z bro­nią w ręku (by­łem jego obroń­cą), i on od­wie­dza mnie dwa razy do roku - głów­nie dla­te­go, że ja od­wie­dza­łem jego, kie­dy sie­dział.

Po trzech la­tach po­by­tu we Fro­st­bur­gu czę­sto mi­ja­ją całe mie­sią­ce bez od­wie­dzin, je­śli nie li­czyć wi­zyt ojca. Za­rząd Wię­zien­nic­twa sta­ra się umiesz­czać ska­za­nych nie da­lej niż osiem­set ki­lo­me­trów od domu. Mam szczę­ście, że Win­che­ster jest tak bli­sko, ale rów­nie do­brze mógł­by być dwa ty­sią­ce ki­lo­me­trów da­lej. Mam paru przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa, któ­rzy nig­dy nie zdo­by­li się na od­wie­dzi­ny, i kil­ku zna­jo­mych, któ­rzy od dwóch lat nie dali zna­ku ży­cia. Więk­szość mo­ich daw­nych ko­le­gów praw­ni­ków jest zbyt za­ję­ta. Naj­bliż­szy ko­le­ga ze stu­diów praw­ni­czych pi­sze do mnie co dwa mie­sią­ce, ale nie uda­je mu się wy­rwać i mnie od­wie­dzić. Miesz­ka w Wa­szyng­to­nie, dwie­ście czter­dzie­ści ki­lo­me­trów na wschód, i po­dob­no pra­cu­je sie­dem dni w ty­go­dniu w wiel­kiej kan­ce­la­rii praw­ni­czej. Mój naj­lep­szy kum­pel z ma­ri­nes miesz­ka w Pit­ts­bur­ghu, dwie go­dzi­ny dro­gi stąd, i jak do­tąd od­wie­dził mnie do­słow­nie raz.

Pew­nie po­wi­nie­nem być wdzięcz­ny ojcu, że jemu wciąż się chce.

Jak za­wsze sie­dzi sam w ma­łej sali wi­dzeń, na sto­li­ku przed nim leży brą­zo­wa pa­pie­ro­wa tor­ba. Na pew­no cia­stecz­ka, kru­che albo cze­ko­la­do­we z orze­cha­mi, upie­czo­ne przez ciot­kę Ra­ci­ne, sio­strę ojca. Po­da­je­my so­bie ręce, ale się nie obej­mu­je­my - Hen­ry Ban­ni­ster nig­dy w ży­ciu nie ob­jął żad­ne­go męż­czy­zny. Przy­glą­da mi się, czy nie uty­łem, i jak zwy­kle wy­py­tu­je o moje co­dzien­ne za­ję­cia. On sam przez czter­dzie­ści lat nie przy­tył ani o ki­lo­gram i nadal mie­ści się w sta­ry mun­dur ma­ri­ne. Jest prze­ko­na­ny, że jeść mniej zna­czy żyć dłu­żej, a Hen­ry boi się umrzeć mło­do. Jego oj­ciec i dzia­dek zmar­li przed sześć­dzie­siąt­ką. Cho­dzi po dzie­sięć ki­lo­me­trów dzien­nie i uwa­ża, że ja też po­wi­nie­nem. Już po­go­dzi­łem się z tym, że nig­dy nie prze­sta­nie mnie po­uczać, jak mam żyć, czy to na wol­no­ści, czy to w wię­zie­niu.

- To od Ra­ci­ne - mówi, po­trzą­sa­jąc pa­pie­ro­wą tor­bą.

- Po­dzię­kuj jej ode mnie - od­po­wia­dam. Sko­ro tak się mar­twi o mój brzuch, dla­cze­go za każ­dym ra­zem przy­no­si mi tor­bę na­są­czo­nych tłusz­czem cia­stek? Zjem dwa albo trzy i resz­tę roz­dam.

- Roz­ma­wia­łeś ostat­nio z Mar­cu­sem? - pyta.

- W ostat­nim mie­sią­cu nie. A co?

- Ma kło­po­ty. Del­mon zro­bił dziec­ko ja­kiejś dziew­czy­nie. On ma pięt­na­ście lat, a ona czter­na­ście. - Krę­ci gło­wą i marsz­czy twarz. Jako dzie­się­cio­la­tek Del­mon już był na ba­kier z pra­wem i ro­dzi­na oba­wia­ła się, że w przy­szło­ści zo­sta­nie kry­mi­na­li­stą.

- Bę­dziesz miał pierw­sze­go pra­wnu­ka - pró­bu­ję żar­to­wać.

- Też mi po­wód do dumy. Bia­ła czter­na­sto­lat­ka w cią­ży z pięt­na­sto­let­nim kre­ty­nem, któ­ry przy­pad­kiem na­zy­wa się Ban­ni­ster.

Przez chwi­lę o tym du­ma­my. Tre­ścią na­szych spo­tkań jest czę­sto nie to, co mó­wi­my, ale to, co prze­mil­cza­my. Mój oj­ciec ma sześć­dzie­siąt dzie­więć lat i za­miast roz­ko­szo­wać się je­sie­nią ży­cia, więk­szość cza­su po­świę­ca li­za­niu ran i uża­la­niu się nad sobą. Nie wi­nię go za to. Jego uko­cha­na po czter­dzie­stu dwóch la­tach mał­żeń­stwa ode­szła w mgnie­niu oka. Wciąż roz­pa­czał po jej stra­cie, gdy oka­za­ło się, że FBI się mną in­te­re­su­je i spra­wa gwał­tow­nie na­bie­ra roz­pę­du. Mój pro­ces trwał trzy ty­go­dnie i oj­ciec był co­dzien­nym go­ściem na sali roz­praw. Pa­trze­nie, jak sto­ję przed sę­dzią ska­zu­ją­cym mnie na dzie­sięć lat wię­zie­nia, mu­sia­ło być dla nie­go strasz­ne. Po­tem obu nam za­bra­no Bo, a te­raz dzie­ci Mar­cu­sa są na tyle duże, by bo­le­śnie ra­nić ro­dzi­ców i dal­szą ro­dzi­nę.

Na­szej ro­dzi­nie z pew­no­ścią na­le­ży się tro­chę szczę­ścia, ale na ra­zie się na to nie za­no­si.

- Roz­ma­wia­łem wczo­raj z Ruby - zmie­nia te­mat oj­ciec. - Mówi, że u niej wszyst­ko w po­rząd­ku. Po­zdra­wia cię. Po­wie­dzia­ła, że twój ostat­ni list był cał­kiem za­baw­ny.

- Po­wiedz Ruby, że jej li­sty dużo dla mnie zna­czą. Od pię­ciu lat nie prze­ga­pi­ła ani jed­ne­go ty­go­dnia. - Ruby jest ja­snym punk­tem w na­szej roz­sy­pu­ją­cej się ro­dzi­nie. Pra­cu­je w po­rad­ni mał­żeń­skiej, jej mąż jest pe­dia­trą. Mają trój­kę wspa­nia­łych dzie­cia­ków i trzy­ma­ją je z da­le­ka od nie­sław­ne­go wuj­ka Mala.

Po dłuż­szej chwi­li mil­cze­nia mó­wię:

- Jak za­wsze dzię­ku­ję za czek.

- Cie­szę się, że mogę ci po­móc - od­po­wia­da oj­ciec, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

Co mie­siąc przy­sy­ła mi sto do­la­rów, któ­re bar­dzo się przy­da­ją. Pie­nią­dze tra­fia­ją na moje kon­to i po­zwa­la­ją na kup­no nie­zbęd­nych rze­czy: dłu­go­pi­sów, blo­ków do pi­sa­nia, ksią­żek i lep­sze­go je­dze­nia. Pra­wie wszy­scy w moim Bia­łym Gan­gu do­sta­ją z domu cze­ki, a nikt z Czar­ne­go Gan­gu nie do­sta­je gro­sza. W wię­zie­niu za­wsze wia­do­mo, kto do­sta­je pie­nią­dze.

- Masz już pra­wie po­ło­wę za sobą - mówi oj­ciec.

- Do pię­ciu lat bra­ku­je dwóch ty­go­dni - uści­ślam.

- Czas szyb­ko leci.

- Może na ze­wnątrz. Za­pew­niam cię, że po tej stro­nie muru ze­ga­ry cho­dzą dużo wol­niej.

- I tak trud­no uwie­rzyć, że mi­nę­ło już pięć lat.

Rze­czy­wi­ście, trud­no. Jak moż­na wy­trzy­mać lata za krat­ka­mi? Nie my­śląc o la­tach, mie­sią­cach ani na­wet ty­go­dniach. My­śli się o upły­wa­ją­cym dniu. O tym, jak do­trwać do wie­czo­ra, jak go prze­żyć. I kie­dy bu­dzisz się na­stęp­ne­go ran­ka, masz za sobą ko­lej­ny dzień. Dni ukła­da­ją się w ty­go­dnie, mie­sią­ce za­mie­nia­ją się w lata. Uzmy­sła­wiasz so­bie, jaki z cie­bie twar­dziel, jak po­tra­fisz funk­cjo­no­wać i trzy­mać się przy ży­ciu, bo nie masz wy­bo­ru.

- Masz ja­kiś po­mysł, co bę­dziesz ro­bił? - pyta.

Za­da­je mi to py­ta­nie co mie­siąc, zu­peł­nie jak­bym za chwi­lę miał wyjść na wol­ność. Za­cho­waj cier­pli­wość, na­po­mi­nam sie­bie. Pa­mię­taj, że to twój oj­ciec. I jest tu­taj! A to bar­dzo się li­czy.

- Jesz­cze nie. Mam jesz­cze dużo cza­su.

- Na two­im miej­scu już bym za­czy­nał o tym my­śleć - mówi to­nem świad­czą­cym o tym, że na moim miej­scu miał­by już wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śla­ne.

- Wła­śnie skoń­czy­łem trze­ci po­ziom hisz­pań­skie­go - od­po­wia­dam z lek­ką dumą w gło­sie. W Brą­zo­wym Gan­gu mam kum­pla Mar­co, któ­ry jest świet­nym na­uczy­cie­lem ję­zy­ka. Sie­dzi za nar­ko­ty­ki.

- Wy­glą­da na to, że nie­dłu­go wszy­scy bę­dzie­my mó­wić po hisz­pań­sku. - Oj­ciec pry­cha.

Hen­ry nie lubi imi­gran­tów. W ogó­le ni­ko­go, kto mówi z ob­cym ak­cen­tem, tak­że lu­dzi z No­we­go Jor­ku czy New Jer­sey; lu­dzi na za­sił­kach i bez­ro­bot­nych. Jego zda­niem wszyst­kich bez­dom­nych na­le­ża­ło­by wy­ła­pać i za­mknąć w obo­zach typu Gu­an­ta­na­mo, tyl­ko gor­szych.

Kil­ka lat temu ścię­li­śmy się w tej spra­wie i oj­ciec za­gro­ził, że prze­sta­nie mnie od­wie­dzać. Wy­kłó­ca­nie się z nim to stra­ta cza­su. Wiem, że go nie zmie­nię. Przy­jeż­dża do mnie, więc po­wi­nie­nem być dla nie­go miły. W koń­cu to ja je­stem ska­zań­cem, nie on. On jest zwy­cięz­cą, ja prze­gra­nym. Wy­da­je się, że dla Hen­ry'ego to waż­ne, choć nie bar­dzo wiem dla­cze­go. Może dla­te­go, że mam za sobą col­le­ge i stu­dia praw­ni­cze, coś, o czym on nie mógł na­wet ma­rzyć.

- Chy­ba wy­ja­dę z kra­ju - mó­wię. - Po­ja­dę gdzieś, gdzie mó­wią po hisz­pań­sku. Do Pa­na­my albo Ko­sta­ry­ki.

Cie­pło, pla­ża, lu­dzie o śnia­dej skó­rze. Im jest obo­jęt­ne, czy je­steś no­to­wa­ny albo sie­dzia­łeś w wię­zie­niu.

- Tam gdzie tra­wa za­wsze zie­leń­sza, co?

- Tak, tato. Jak się sie­dzi w wię­zie­niu, to tra­wa wszę­dzie jest zie­leń­sza. Co miał­bym tu ro­bić? Wró­cić do domu, zo­stać praw­ni­kiem bez li­cen­cji i wy­ko­ny­wać zle­ce­nia dla ja­kiejś fi­rem­ki, któ­rej na mnie nie stać? Za­jąć się kau­cja­mi do wa­run­ko­wych zwol­nień? A może zo­stać pry­wat­nym de­tek­ty­wem? Mam nie­wie­le moż­li­wo­ści.

Słu­cha mnie, ki­wa­jąc gło­wą. Roz­ma­wia­li­śmy o tym już kil­ka­na­ście razy.

- A ty w do­dat­ku nie­na­wi­dzisz wła­dzy - mówi ze smut­kiem.

- O tak, nie­na­wi­dzę władz fe­de­ral­nych. FBI, pro­ku­ra­tu­ry, sę­dziów fe­de­ral­nych, dur­ni rzą­dzą­cych wię­zie­nia­mi. Nie­na­wi­dzę w nich tak wie­lu rze­czy. Od­sia­du­ję dzie­sięć lat tyl­ko dla­te­go, że pie­przo­ny pro­ku­ra­tor chciał po­pra­wić so­bie sta­ty­sty­kę. A wła­dze fe­de­ral­ne są go­to­we mnie tu trzy­mać przez dzie­sięć lat bez cie­nia do­wo­du. Wy­obraź so­bie te wszyst­kie moż­li­wo­ści, ja­kie sto­ją przed kimś, kto ma na czo­le wy­pi­sa­ne "kry­mi­na­li­sta". Wy­no­szę się stąd, tato, naj­szyb­ciej jak się da.

Pa­trzy na mnie z uśmie­chem i kiwa gło­wą. Ja­sne, Mal.

Roz­dział 1

Jes­tem praw­ni­kiem i sie­dzę w wię­zie­niu. To skom­pli­ko­wa­na hi­sto­ria.

Mam czter­dzie­ści trzy lata i je­stem w po­ło­wie dzie­się­cio­let­nie­go wy­ro­ku, któ­ry wy­mie­rzył mi świę­tosz­ko­wa­ty sę­dzia fe­de­ral­ny w Wa­szyng­to­nie. Wszyst­kie moje ape­la­cje speł­zły na ni­czym. W moim opu­sto­sza­łym ar­se­na­le nie zo­sta­ła już ani jed­na pro­ce­du­ra, me­cha­nizm, sztucz­ka, kru­czek praw­ny czy choć­by zdro­waś­ka. Nie mam już nic. Po­nie­waż znam pra­wo, mógł­bym po­stą­pić jak wie­lu ska­za­nych i za­sy­pać sąd la­wi­ną bez­u­ży­tecz­nych wnio­sków, po­zwów i in­nych świst­ków, ale wiem, że to na nic. W mo­jej spra­wie już nic nie da się zro­bić. Praw­da jest taka, że nie mam szans na opusz­cze­nie tych mu­rów przez na­stęp­ne pięć lat, je­śli nie li­czyć kil­ku ża­ło­snych ty­go­dni, któ­re da­ru­ją mi za do­bre za­cho­wa­nie. A za­cho­wu­ję się przy­kład­nie.

Nie po­wi­nie­nem na­zy­wać sie­bie praw­ni­kiem, bo wła­ści­wie już nim nie je­stem. Wkrót­ce po wy­ro­ku Rada Ad­wo­kac­ka Sta­nu Wir­gi­nia po­zba­wi­ła mnie upraw­nień. Uza­sad­nie­nie było pro­ste: wy­rok za cięż­kie prze­stęp­stwo ozna­cza skre­śle­nie z li­sty osób upraw­nio­nych do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du praw­ni­ka. Cof­nię­to mi li­cen­cję, a mój przy­pa­dek opi­sa­no w fa­cho­wym cza­so­pi­śmie "Vir­gi­nia La­wy­er Re­gi­ster". Tam­te­go mie­sią­ca trzech z nas stra­ci­ło li­cen­cje - to prze­cięt­ny wy­nik.

Nie­mniej w moim ma­łym świat­ku je­stem zna­ny jako wię­zien­ny praw­nik i co dzień spę­dzam kil­ka go­dzin, po­ma­ga­jąc współ­więź­niom w ich po­tycz­kach z wy­mia­rem spra­wie­dli­wo­ści. Ba­dam ich od­wo­ła­nia i skła­dam za nich wnio­ski. Spo­rzą­dzam uprosz­czo­ne te­sta­men­ty i cza­sa­mi ce­sje nie­ru­cho­mo­ści. Ana­li­zu­ję kon­trak­ty bia­łych koł­nie­rzy­ków. Pi­sa­łem na­wet po­zwy prze­ciw­ko wła­dzom, ale tyl­ko z roz­sąd­nych po­wo­dów, bo nie wda­ję się w pie­niac­two. No i tra­fia do mnie wie­le spraw roz­wo­do­wych.

Osiem mie­się­cy i sześć dni po roz­po­czę­ciu od­siad­ki otrzy­ma­łem gru­bą ko­per­tę. Więź­nio­wie uwiel­bia­ją prze­sył­ki, ale bez tej mógł­bym się obejść. Przy­szła z kan­ce­la­rii praw­ni­czej w Fa­ir­fax w Wir­gi­nii, re­pre­zen­tu­ją­cej moją żonę, któ­ra - cóż za nie­spo­dzian­ka - po­sta­no­wi­ła wy­stą­pić o roz­wód. W cią­gu paru ty­go­dni Dion­ne zmie­ni­ła się ze wspie­ra­ją­cej żony, go­to­wej trwać przy moim boku, w znę­ka­ną ofia­rę, któ­ra pra­gnie tyl­ko uciec jak naj­da­lej. Nie mo­głem w to uwie­rzyć. Wstrzą­śnię­ty czy­ta­łem po­zew, ko­la­na się pode mną ugię­ły, oczy na­peł­ni­ły łza­mi. Wy­stra­szy­łem się, że wy­buch­nę pła­czem, i po­pę­dzi­łem do celi, żeby nikt mnie nie wi­dział. W wię­zie­niu pły­nie dużo łez, ale za­wsze w ukry­ciu.

Gdy opusz­cza­łem dom, Bo miał sześć lat. Był na­szym je­dy­na­kiem, ale pla­no­wa­li­śmy wię­cej dzie­ci. Rów­na­nie jest pro­ste, wy­ko­na­łem je z mi­lion razy. Gdy wyj­dę, bę­dzie miał szes­na­ście lat i bę­dzie w peł­ni ukształ­to­wa­nym na­sto­lat­kiem, a mnie omi­nie dzie­sięć naj­cen­niej­szych lat, ja­kie oj­ciec może spę­dzić z sy­nem. Mniej wię­cej do dwu­na­ste­go roku ży­cia chłop­cy uwiel­bia­ją swo­ich oj­ców i nie wie­rzą, żeby mo­gli oni uczy­nić coś złe­go. Uczy­łem Bo gry w T-ball1 i pił­kę noż­ną dla dzie­ci, a on to­wa­rzy­szył mi jak wier­ny psiak. Cho­dzi­li­śmy na ryby i bi­wa­ko­wa­li­śmy, a w nie­któ­re so­bot­nie po­ran­ki po mę­skim śnia­da­niu we dwóch za­bie­ra­łem go do biu­ra. Był moim świa­tem i pró­ba wy­ja­śnie­nia, że nie bę­dzie mnie przez dłu­gi czas, zła­ma­ła ser­ca nam obu. Od kie­dy tra­fi­łem za krat­ki, nie go­dzi­łem się na jego od­wie­dzi­ny. Tak bar­dzo chcia­łem go przy­tu­lić, ale nie mo­głem po­go­dzić się z my­ślą, że ten chło­piec zo­ba­czy swo­je­go ojca w wię­zie­niu.

Kie­dy sie­dzisz w kry­mi­na­le bez per­spek­ty­wy ry­chłe­go wyj­ścia na wol­ność, pró­ba ra­to­wa­nia mał­żeń­stwa jest wła­ści­wie bez szans. Nasz ma­ją­tek - i tak nie­zbyt duży - po­szedł na osiem­na­sto­mie­sięcz­ną wal­kę z wła­dza­mi fe­de­ral­ny­mi. Stra­ci­li­śmy wszyst­ko poza dziec­kiem i na­szym związ­kiem. Dziec­ko było jak ska­ła, ale zwią­zek za­czy­nał się kru­szyć. Dion­ne wy­gło­si­ła parę fra­ze­sów o wy­trwa­niu i ra­dze­niu so­bie, ale gdy tyl­ko mnie za­bra­kło, wkro­czy­ła rze­czy­wi­stość. Dion­ne w na­szym ma­łym mia­stecz­ku po­czu­ła się sa­mot­na i opusz­czo­na przez wszyst­kich. "Lu­dzie na mój wi­dok za­czy­na­ją szep­tać", na­pi­sa­ła w jed­nym z pierw­szych li­stów. "Czu­ję się taka sa­mot­na", ża­li­ła się w in­nym. Wkrót­ce li­sty zro­bi­ły się wy­raź­nie krót­sze i rzad­sze. Rzad­sze sta­ły się też od­wie­dzi­ny.

Dion­ne do­ra­sta­ła w Fi­la­del­fii i wła­ści­wie nig­dy nie po­lu­bi­ła pro­win­cji. Któ­ryś z wuj­ków za­pro­po­no­wał jej pra­cę, a ona skwa­pli­wie ją przy­ję­ła i wró­ci­ła do ro­dzin­ne­go mia­sta. Dwa lata temu po­now­nie wy­szła za mąż, a Bo - te­raz już je­de­na­sto­let­ni - ma in­ne­go ta­tu­sia do tre­nin­gów. Moje ostat­nie dwa­dzie­ścia li­stów do syna po­zo­sta­ło bez od­po­wie­dzi. Je­stem pew­ny, że na­wet do nie­go nie tra­fi­ły.

Czę­sto się za­sta­na­wiam, czy w ogó­le go jesz­cze zo­ba­czę. My­ślę, że po­dej­mę pró­bę, ale nie je­stem pew­ny. Bo jak sta­nąć twa­rzą w twarz z dziec­kiem, któ­re tak bar­dzo ko­chasz, a któ­re cię nie po­zna? Już nig­dy nie bę­dzie­my żyć ra­zem jak zwy­kły oj­ciec i syn. Więc czy to uczci­we wo­bec Bo, żeby w jego ży­ciu po­ja­wił się daw­no utra­co­ny oj­ciec i pró­bo­wał znów stać się jego czę­ścią?

Mam aż za dużo cza­su, żeby się nad tym za­sta­no­wić.

Je­stem więź­niem nu­mer 44861-127 w Fe­de­ral­nym Obo­zie Kar­nym we Fro­st­bur­gu, w sta­nie Ma­ry­land. "Obóz" w na­zwie ozna­cza za­kład kar­ny o zła­go­dzo­nym ry­go­rze dla więź­niów, któ­rych uzna­je się za nie­agre­syw­nych, od­sia­du­ją­cych do dzie­się­ciu lat. Z po­wo­dów, któ­rych nig­dy do koń­ca nie zro­zu­mia­łem, pierw­sze dwa­dzie­ścia dwa mie­sią­ce spę­dzi­łem w za­kła­dzie o śred­nim ry­go­rze pod Lo­uisvil­le w Ken­tuc­ky. Na dłu­giej li­ście żar­go­no­wych skró­tów sto­so­wa­nych przez Za­rząd Wię­zien­nic­twa za­kład ten wy­stę­pu­je jako FZK - Fe­de­ral­ny Za­kład Kar­ny - i róż­ni się od mo­je­go "obo­zu" pod Fro­st­bur­giem. FZK jest prze­zna­czo­ny dla agre­syw­nych więź­niów z wy­ro­ka­mi od dzie­się­ciu lat w górę. Wa­run­ki są tam dużo cięż­sze, choć mnie aku­rat uda­ło się unik­nąć fi­zycz­nych na­pa­ści. Bar­dzo mi w tym po­mo­gła prze­szłość w kor­pu­sie ma­ri­nes.

W po­rów­na­niu z ty­po­wy­mi wię­zie­nia­mi nasz za­kład to ist­ny ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy. Nie ma tu mu­rów, że­la­znych ogro­dzeń, zwo­jów ży­let­ko­we­go dru­tu ani wież straż­ni­czych, a uzbro­jo­nych straż­ni­ków jest tyl­ko paru. Wię­zie­nie pod Fro­st­bur­giem zo­sta­ło zbu­do­wa­ne sto­sun­ko­wo nie­daw­no i jest le­piej wy­po­sa­żo­ne niż wie­le pu­blicz­nych szkół śred­nich. I trud­no się temu dzi­wić, sko­ro w Sta­nach na jed­ne­go więź­nia wy­da­je się czter­dzie­ści ty­się­cy do­la­rów rocz­nie, a na jed­ne­go ucznia w szko­le pod­sta­wo­wej za­le­d­wie osiem ty­się­cy. Mamy tu do­rad­ców, le­ade­rów, pra­cow­ni­ków so­cjal­nych, pie­lę­gniar­ki, se­kre­tar­ki, roz­ma­itych asy­sten­tów i dzie­siąt­ki pra­cow­ni­ków ad­mi­ni­stra­cji, któ­rzy mie­li­by trud­no­ści z od­po­wie­dzią na py­ta­nie, czym każ­de­go dnia wy­peł­nia­ją swo­je osiem go­dzin. W koń­cu to in­sty­tu­cja pod­le­gła wła­dzom fe­de­ral­nym. Pra­cow­ni­czy par­king pe­łen jest dro­gich li­mu­zyn i SUV-ów.

We Fro­st­bur­gu prze­by­wa sze­ściu­set osa­dzo­nych i z nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi wszy­scy za­cho­wu­je­my się nie­na­gan­nie. Ci, któ­rzy w prze­szło­ści skłon­ni byli do prze­mo­cy, do­sta­li na­ucz­kę i te­raz do­ce­nia­ją cy­wi­li­zo­wa­ne wa­run­ki. Ci, któ­rych ży­cie upły­wa­ło w wię­zie­niach, w koń­cu zna­leź­li wy­ma­rzo­ny dom. Wie­lu z tu­tej­szych re­cy­dy­wi­stów wca­le nie ma­rzy o wyj­ściu na wol­ność. Są już cał­ko­wi­cie prze­siąk­nię­ci ży­ciem za kra­ta­mi i nie po­tra­fią funk­cjo­no­wać po dru­giej stro­nie. Tu mają cie­płe łóż­ko, trzy po­sił­ki dzien­nie i opie­kę zdro­wot­ną. Nie ma szans, by ży­jąc na uli­cy, mo­gli mieć to samo.

Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że to miłe miej­sce. Nie jest miłe. Jest tu wie­lu ta­kich, któ­rym, po­dob­nie jak mnie, na­wet się nie śni­ło, że upad­ną tak ni­sko. Fa­chow­ców, któ­rzy zro­bi­li ka­rie­ry i mie­li wła­sne fir­my. Lu­dzi z pie­niędz­mi, ro­dzi­na­mi i kar­ta­mi człon­kow­ski­mi co­un­try clu­bu. W moim Bia­łym Gan­gu jest na przy­kład Carl, le­karz opto­me­tryk, któ­ry za­nad­to kom­bi­no­wał z ra­chun­ka­mi dla Me­di­ca­re; i jest Ker­mit, han­dlarz nie­ru­cho­mo­ści, któ­ry wpadł na wie­lo­krot­nym za­sta­wia­niu tej sa­mej nie­ru­cho­mo­ści w róż­nych ban­kach; i jest We­sley, były se­na­tor z Pen­syl­wa­nii, któ­ry dał się prze­ku­pić; i Mark, ma­ło­mia­stecz­ko­wy ma­cher od kre­dy­tów hi­po­tecz­nych, któ­ry po­szedł na skró­ty.

Carl, Ker­mit, We­sley i Mark. Wszy­scy bia­li, wszy­scy oko­ło pięć­dzie­siąt­ki, wszy­scy przy­zna­ją się do winy.

No i je­stem ja. Mal­colm Ban­ni­ster, czar­ny, lat czter­dzie­ści trzy, ska­za­ny za coś, o czym na­wet nie mia­łem po­ję­cia.

W tej chwi­li je­stem je­dy­nym czar­no­skó­rym we Fro­st­bur­gu, któ­ry od­by­wa karę za prze­stęp­stwo ty­po­we dla bia­łych koł­nie­rzy­ków. Nie­złe wy­róż­nie­nie.

W moim Czar­nym Gan­gu spra­wy nie są tak ja­sno okre­ślo­ne. Więk­szość chło­pa­ków po­cho­dzi z Wa­szyng­to­nu i Bal­ti­mo­re, sie­dzą za nar­ko­ty­ki. Gdy stąd wyj­dą, wró­cą na uli­ce swo­ich miast, a ich szan­sa na unik­nię­cie po­now­nej wpad­ki wy­nie­sie dwa­dzie­ścia pro­cent. Nie mają wy­kształ­ce­nia, nie mają za­wo­du i są już no­to­wa­ni. Jak może im się po­wieść w nor­mal­nym ży­ciu?

Tak na­praw­dę nie ma u nas gan­gów ani prze­mo­cy. Je­śli wdasz się w bój­kę albo bę­dziesz ko­muś gro­ził, po pro­stu cię stąd za­bio­rą i umiesz­czą w znacz­nie gor­szym za­kła­dzie. Wy­bu­cha mnó­stwo kłót­ni, głów­nie przy oglą­da­niu te­le­wi­zji, ale jesz­cze nie wi­dzia­łem, żeby ktoś ko­goś ude­rzył. Wie­lu tu­tej­szych więź­niów ma za sobą wy­ro­ki w wię­zie­niach sta­no­wych i ich opo­wie­ści by­wa­ją prze­ra­ża­ją­ce. Nikt nie chciał­by zmie­niać miej­sca po­by­tu.

Dla­te­go za­cho­wu­je­my się przy­zwo­icie i li­czy­my dni. Dla bia­łych koł­nie­rzy­ków po­byt w wię­zie­niu to upo­ko­rze­nie i utra­ta po­zy­cji, sty­lu ży­cia, sta­tu­su. Dla czar­nych jest tu bez­piecz­niej niż tam, skąd się wy­wo­dzą i do­kąd wró­cą. Od­siad­ka to tyl­ko ko­lej­ny punkt od­ha­czo­ny na kar­cie prze­stęp­cy. A tak­że ko­lej­ny krok na dro­dze do ka­rie­ry kry­mi­na­li­sty.

I dla­te­go czu­ję się tu bar­dziej bia­ły niż czar­ny.

Poza mną karę we Fro­st­bur­gu od­sia­du­je jesz­cze dwóch by­łych praw­ni­ków. Ron Na­po­li był od lat czo­ło­wym spe­cja­li­stą od pra­wa kar­ne­go w Fi­la­del­fii, ale znisz­czy­ła go ko­ka­ina. Spe­cja­li­zo­wał się w pra­wie nar­ko­ty­ko­wym i re­pre­zen­to­wał przed są­dem wie­lu du­żych de­ale­rów i bos­sów nar­ko­ty­ko­wych ze środ­ko­wej czę­ści Wschod­nie­go Wy­brze­ża, od New Jer­sey po obie Ka­ro­li­ny. Wo­lał ho­no­ra­ria pła­co­ne w go­tów­ce i w ko­ka­inie, aż w koń­cu stra­cił wszyst­ko. Urząd skar­bo­wy do­padł go za uni­ka­nie po­dat­ków i te­raz Ron jest mniej wię­cej w po­ło­wie dzie­wię­cio­let­nie­go wy­ro­ku. Nie wie­dzie mu się tu naj­le­piej. Znaj­du­je się w sta­nie cią­głej de­pre­sji, ab­so­lut­nie nie chce ćwi­czyć i na­wet nie pró­bu­je o sie­bie dbać. Robi się co­raz grub­szy, co­raz po­wol­niej­szy, co­raz bar­dziej hu­mo­rza­sty i co­raz bar­dziej cho­ry. Kie­dyś ra­czył nas fa­scy­nu­ją­cy­mi opo­wie­ścia­mi o swo­ich klien­tach i ich przy­go­dach w nar­ko­biz­ne­sie, te­raz tyl­ko sie­dzi na dzie­dziń­cu, chru­pie ko­lej­ną tor­bę chip­sów Fri­to i wy­glą­da na co­raz bar­dziej za­gu­bio­ne­go. Ktoś przy­sy­ła mu pie­nią­dze, a on je wy­da­je głów­nie na śmie­cio­we żar­cie.

Trze­cim by­łym praw­ni­kiem jest wa­szyng­toń­ski re­kin Amos Kapp, któ­ry la­ta­mi pły­wał w tam­tej­szych męt­nych wo­dach i uczest­ni­czył w nie­mal wszyst­kich więk­szych afe­rach po­li­tycz­nych sto­li­cy. Kapp i ja by­li­śmy są­dze­ni w jed­nym pro­ce­sie i obaj do­sta­li­śmy po dzie­sięć lat od tego sa­me­go sę­dzie­go. W pro­ce­sie wy­stę­po­wa­ło ośmiu oskar­żo­nych - sied­miu z Wa­szyng­to­nu i ja. Kap­pa za­wsze moż­na było o coś oskar­żyć i tym ra­zem przy­się­gli tak­że bez tru­du uwie­rzy­li w jego winę. Do­brze wie­dział, że nie mam nic wspól­ne­go z całą afe­rą, ale był zbyt wiel­kim tchó­rzem i sza­chra­jem, by coś po­wie­dzieć. Prze­moc jest we Fro­st­bur­gu ści­śle za­bro­nio­na, ale daj­cie mi pięć mi­nut sam na sam z Amo­sem Kap­pem, a wyj­dzie z tego ze skrę­co­nym kar­kiem. On to zresz­tą wie i są­dzę, że już daw­no zwie­rzył się straż­ni­ko­wi ze swo­ich obaw. Trzy­ma­ją go w za­chod­nim skrzy­dle, moż­li­wie naj­da­lej ode mnie.

Spo­śród trzech by­łych praw­ni­ków tyl­ko ja je­stem go­tów po­ma­gać in­nym w ich praw­ni­czych pro­ble­mach. Na­wet to lu­bię. Sta­wia to przede mną wy­zwa­nia i za­po­mi­nam o nu­dzie. Przy oka­zji ćwi­czę swój praw­ni­czy umysł. Choć wąt­pię, bym mógł jesz­cze kie­dyś wró­cić do za­wo­du. Po wyj­ściu z wię­zie­nia mogę wy­stą­pić do rady ad­wo­kac­kiej o przy­wró­ce­nie upraw­nień, ale to dłu­ga i uciąż­li­wa pro­ce­du­ra. A praw­da jest taka, że w tym za­wo­dzie zu­peł­nie się nie do­ro­bi­łem. Pra­co­wa­łem w ma­łym mia­stecz­ku, a do tego by­łem czar­ny, nie­wie­lu spo­śród mo­ich klien­tów mo­gło mi przy­zwo­icie za­pła­cić za pra­cę. A na Brad­dock Stre­et urzę­do­wa­ło jesz­cze kil­ku­na­stu praw­ni­ków, któ­rzy po­lo­wa­li na tych sa­mych klien­tów, i kon­ku­ren­cja była ostra. Jesz­cze nie wiem, co będę ro­bił po wyj­ściu, ale mam po­waż­ne wąt­pli­wo­ści co do wzno­wie­nia ka­rie­ry praw­ni­czej.

Będę czter­dzie­sto­ośmio­let­nim sin­glem, mam na­dzie­ję, w do­brym zdro­wiu.

Pięć lat to wiecz­ność. Co­dzien­nie od­by­wam dłu­gi sa­mot­ny spa­cer po pa­sie zie­mi do jog­gin­gu, któ­ry oka­la wię­zie­nie, wy­zna­cza jego gra­ni­cę i jest na­zy­wa­ny "kre­chą". Gdy tyl­ko prze­kro­czysz kre­chę, uzna­ją cię za ucie­ki­nie­ra. Cho­ciaż to wię­zie­nie, oko­li­ca jest pięk­na, a wi­do­ki im­po­nu­ją­ce. Cho­dząc po bież­ni i pa­trząc na da­le­ki łań­cuch wzgórz, czę­sto mam ocho­tę prze­kro­czyć kre­chę i iść da­lej przed sie­bie. Nie ma ogro­dze­nia, któ­re mo­gło­by mi prze­szko­dzić, nie ma straż­ni­ka, któ­ry by za mną krzyk­nął. Mógł­bym się ukryć w le­śnym gąsz­czu i znik­nąć na za­wsze.

Wła­ści­wie wo­lał­bym, żeby ogra­ni­czał mnie trzy­me­tro­wy mur z so­lid­nych ce­gieł, ze zwo­jem po­ły­sku­ją­ce­go w słoń­cu ży­let­ko­we­go dru­tu. Nie po­zwa­lał­by mi pa­trzeć na da­le­kie wzgó­rza i ma­rzyć o wol­no­ści. Do dia­bła, to w koń­cu wię­zie­nie! Nie wol­no nam go opu­ścić, więc po­staw­cie mur i prze­stań­cie nas ku­sić.

Ale po­ku­sa mnie nie opusz­cza i cho­ciaż z nią wal­czę, czu­ję, że z każ­dym dniem sta­je się sil­niej­sza.

Roz­dział 5

We Fro­st­bur­gu każ­dy spraw­ny fi­zycz­nie wię­zień musi wy­ko­ny­wać ja­kąś pra­cę, a wy­so­kość wy­na­gro­dze­nia usta­la Za­rząd Wię­zien­nic­twa. Ja od dwóch lat pra­cu­ję jako bi­blio­te­karz i do­sta­ję trzy­dzie­ści cen­tów za go­dzi­nę. Mniej wię­cej po­ło­wa za­ro­bio­nych pie­nię­dzy i cze­ki od ojca wę­dru­ją na kon­to Pro­gra­mu Od­po­wie­dzial­no­ści Osa­dzo­nych, z któ­re­go Za­rząd Wię­zien­nic­twa czer­pie środ­ki na po­kry­cie szkód, grzy­wien i od­szko­do­wań. Mnie poza dzie­się­cio­let­nim wy­ro­kiem za­są­dzo­no pra­wie sto dwa­dzie­ścia ty­się­cy do­la­rów kosz­tów i grzyw­ny. Przy staw­ce trzy­dzie­stu cen­tów za go­dzi­nę będę to spła­cał do koń­ca stu­le­cia i jesz­cze tro­chę.

Pra­co­wać moż­na jako ku­charz, po­my­wacz, sprzą­tacz sto­łów, czy­ści­ciel pod­łóg, hy­drau­lik, elek­tryk, sto­larz, biu­ra­li­sta, po­słu­gacz, pracz, ma­larz, ogrod­nik albo na­uczy­ciel. Uwa­żam się za szczę­ścia­rza. Moja pra­ca jest jed­ną z naj­lep­szych, bo nie wy­ma­ga sprzą­ta­nia po in­nych. Cza­sem pro­wa­dzę dla więź­niów za­ję­cia z hi­sto­rii, któ­re po­kry­wa­ją się z pro­gra­mem na­ucza­nia w li­ceum. Za pra­cę na­uczy­cie­la pła­cą mi trzy­dzie­ści pięć cen­tów za go­dzi­nę, ale nie ro­bię tego z uwa­gi na wyż­sze staw­ki. Ra­czej dla­te­go, że przy­gnę­bia mnie po­ziom wie­dzy wśród osa­dzo­nych - czar­nych, bia­łych i śnia­dych, bez róż­ni­cy. Wie­lu z nich le­d­wo umie czy­tać i pi­sać. Czło­wiek, gdy na nich pa­trzy, za­czy­na się za­sta­na­wiać, co robi nasz sys­tem oświa­ty.

Ale nie je­stem tu od na­pra­wia­nia sys­te­mu oświa­to­we­go ani sys­te­mu praw­ne­go, ani sys­te­mu wię­zien­nic­twa. Moim za­da­niem jest po­myśl­ne do­trwa­nie do koń­ca dnia z za­cho­wa­niem god­no­ści i sza­cun­ku dla sie­bie. Bo je­ste­śmy tu ni­czym. Je­ste­śmy śmie­cia­mi, kry­mi­na­li­sta­mi, któ­rych na­le­ża­ło od­se­pa­ro­wać od spo­łe­czeń­stwa, a nasi straż­ni­cy pil­nu­ją, by­śmy ani na chwi­lę o tym nie za­po­mi­na­li. Straż­nik na­zy­wa­ny jest tu funk­cjo­na­riu­szem wię­zien­nym3, w skró­cie FW, i nie wol­no na­zwać go straż­ni­kiem. W żad­nym ra­zie. FW to ktoś znacz­nie waż­niej­szy, to bar­dziej ty­tuł niż za­ję­cie. Więk­szość FW to daw­ni po­li­cjan­ci albo woj­sko­wi, któ­rzy nie od­nie­śli suk­ce­su i za­trud­ni­li się w służ­bie wię­zien­nej. Jest wśród nich paru przy­zwo­itych go­ści, ale więk­szość to ży­cio­wi nie­udacz­ni­cy. Tyl­ko kim my je­ste­śmy, by im o tym mó­wić? Choć­by byli kre­ty­na­mi, są od nas nie­po­rów­na­nie waż­niej­si i z sa­tys­fak­cją nam o tym przy­po­mi­na­ją.

Wśród FW obo­wią­zu­je ro­ta­cja, któ­ra ma za­po­bie­gać spo­ufa­la­niu się z osa­dzo­ny­mi. Być może to się zda­rza, ale kar­dy­nal­na za­sa­da prze­trwa­nia w wię­zie­niu za­ka­zu­je bliż­szych kon­tak­tów z FW. Od­noś się do nie­go z sza­cun­kiem, wy­ko­nuj jego po­le­ce­nia, nie stwa­rzaj mu pro­ble­mów, ale nade wszyst­ko go uni­kaj.

Mój obec­ny FW nie za­li­cza się do tych naj­lep­szych. Na­zy­wa się Dar­rel Ma­rvin i jest zwa­li­stym, brzu­cha­tym bia­łym pro­sta­kiem oko­ło trzy­dziest­ki, któ­ry pró­bu­je cho­dzić dum­nym, sprę­ży­stym kro­kiem, ale jest na to o wie­le za gru­by. Jest też za­wzię­tym ra­si­stą i nie lubi mnie, bo je­stem czar­ny i mam dwa dy­plo­my wyż­szych uczel­ni, czy­li o dwa wię­cej niż on. Ile razy mam z nim ja­kąś stycz­ność, mię­dzy nami aż iskrzy. Ale zwy­kle nie mam wyj­ścia. Cza­sem jest mi po pro­stu po­trzeb­ny, wła­śnie tak jak te­raz.

- Dzień do­bry, pa­nie funk­cjo­na­riu­szu - mó­wię z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem, za­trzy­mu­jąc się obok nie­go koło sto­łów­ki.

- Co jest, Ban­ni­ster? - pry­cha.

Wrę­czam mu ofi­cjal­ny dru­czek proś­by osa­dzo­ne­go. Ma­rvin bie­rze go ode mnie i uda­je, że czy­ta. Kor­ci mnie, żeby mu po­móc przy czy­ta­niu dłuż­szych słów, ale gry­zę się w ję­zyk.

- Mu­szę się wi­dzieć z pa­nem na­czel­ni­kiem - do­da­ję.

- Cze­go chcesz od na­czel­ni­ka? - pyta, nadal zma­ga­jąc się z od­czy­ta­niem mo­je­go pro­ste­go po­da­nia.

Oczy­wi­ście FW ani nikt inny nie ma pra­wa py­tać o po­wód wi­dze­nia z na­czel­ni­kiem, ale przy­po­mi­na­nie o tym Dar­re­lo­wi to jak szu­ka­nie guza.

- Moja bab­cia jest umie­ra­ją­ca i chciał­bym udać się na jej po­grzeb. To tyl­ko dzie­sięć ki­lo­me­trów stąd.

- Kie­dy, we­dług cie­bie, ma umrzeć? - pyta, bo wy­da­je mu się to sza­le­nie spryt­ne.

- Nie­dłu­go. Pro­szę, pa­nie funk­cjo­na­riu­szu. Od lat jej nie wi­dzia­łem.

- Na­czel­ni­ka nie na­bie­rzesz na ta­kie gów­na, Ban­ni­ster. Po­win­neś to wie­dzieć.

- Wiem, ale pan na­czel­nik ma wo­bec mnie dług wdzięcz­no­ści. Parę mie­się­cy temu udzie­li­łem mu po­ra­dy praw­nej. Pro­szę tyl­ko, żeby pan mu to prze­ka­zał.

Skła­da kart­kę i cho­wa do kie­sze­ni.

- Do­bra, prze­ka­żę. Ale tra­cisz czas.

- Dzię­ku­ję.

Obie moje bab­cie nie żyją od wie­lu lat.

***

W wię­zie­niu ni­cze­go nie robi się z my­ślą o więź­niu. Przy­ję­cie lub od­rzu­ce­nie pro­ste­go po­da­nia nie po­win­no trwać dłu­żej niż parę go­dzin, ale to by było za pro­ste. Do­pie­ro czte­ry dni póź­niej Dar­rel mnie in­for­mu­je, że mam się sta­wić w ga­bi­ne­cie na­czel­ni­ka ju­tro, osiem­na­ste­go lu­te­go, o dzie­sią­tej rano.

- Dzię­ki - mó­wię z ko­lej­nym fał­szy­wym uśmie­chem. Na­czel­nik jest wład­cą tego nie­wiel­kie­go im­pe­rium i w swo­im mnie­ma­niu rzą­dzi wszyst­kim i wszyst­ki­mi przez wy­da­wa­nie edyk­tów. Tacy jak on przy­cho­dzą i od­cho­dzą, aż trud­no po­jąć sens ich wiecz­nych trans­fe­rów. Ale tak jak mó­wi­łem, nie je­stem tu po to, by re­for­mo­wać sys­tem wię­zien­nic­twa, więc to, co się dzie­je w bu­dyn­ku ad­mi­ni­stra­cji, spe­cjal­nie mnie nie ob­cho­dzi.

Obec­nie na­czel­ni­kiem jest nie­ja­ki Ro­bert Earl Wade, za­wo­do­wy funk­cjo­na­riusz wię­zien­ny, któ­ry bar­dzo se­rio trak­tu­je swo­ją mi­sję. Jest świe­żo po dru­gim roz­wo­dzie i rze­czy­wi­ście kie­dyś udzie­li­łem mu po­ra­dy w spra­wie obo­wiąz­ku ali­men­ta­cyj­ne­go w sta­nie Ma­ry­land. Wcho­dzę do jego ga­bi­ne­tu, a on nie wsta­je ani nie wy­cią­ga ręki. Nie wda­je się w żad­ne uprzej­mo­ści czy oka­zy­wa­nie sza­cun­ku.

- Cześć, Ban­ni­ster - mówi i ma­cha ręką w stro­nę pu­ste­go krze­sła.

- Wi­tam, pa­nie na­czel­ni­ku. Co u pana? - Sia­dam na krze­śle.

- Je­stem już wol­nym czło­wie­kiem, Ban­ni­ster. Mój nu­mer dwa prze­szedł do hi­sto­rii, a ja już nig­dy się nie oże­nię.

- Miło to sły­szeć. Cie­szę się, że mo­głem panu po­móc.

Cie­plej­szy ton szyb­ko zni­ka z jego gło­su. Na­czel­nik prze­su­wa no­tat­nik i mówi:

- Nie mogę was wy­pusz­czać na każ­dy po­grzeb, Ban­ni­ster. Mu­sisz to zro­zu­mieć.

- Nie cho­dzi o po­grzeb - od­po­wia­dam. - Moje obie bab­cie od daw­na nie żyją.

- To co, u dia­bła?

- Sły­szał pan o śledz­twie w spra­wie mor­der­stwa sę­dzie­go Faw­cet­ta w Ro­ano­ke?

Marsz­czy czo­ło i od­rzu­ca gło­wę do tyłu, jak­bym go ob­ra­ził. Wy­stą­pi­łem o roz­mo­wę pod fał­szy­wym pre­tek­stem, a nie­wąt­pli­wie w któ­rejś z licz­nych in­struk­cji dla funk­cjo­na­riu­szy fe­de­ral­nej służ­by wię­zien­nej opi­sa­no to jako wy­kro­cze­nie. Sta­ra się od­na­leźć w gło­wie od­po­wied­nią re­ak­cję i po­trzą­sa gło­wą, ale po­wta­rza tyl­ko:

- Co, u dia­bła?

- Mam na my­śli mor­der­stwo sę­dzie­go fe­de­ral­ne­go. Pi­szą o tym w ga­ze­tach. - Trud­no so­bie wy­obra­zić, żeby to prze­oczył, ale wszyst­ko jest moż­li­we. Nie każ­dy czy­ta po kil­ka ga­zet dzien­nie tak jak ja.

- Sę­dzie­go fe­de­ral­ne­go?

- Wła­śnie. Zna­leź­li go z ko­chan­ką w cha­cie nad je­zio­rem w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej Wir­gi­nii. Obo­je za­strze­le­ni...

- Ja­sne, ja­sne, czy­ta­łem. Ale co to ma wspól­ne­go z tobą? - Jest wku­rzo­ny, że go okła­ma­łem, i ob­my­śla od­po­wied­nią dla mnie karę. Tak wszech­wład­ny i po­tęż­ny pan jak on nie może so­bie po­zwo­lić, żeby ja­kiś wię­zień nim ma­ni­pu­lo­wał. Roz­bie­ga­nym wzro­kiem roz­glą­da się po ga­bi­ne­cie, pró­bu­jąc zde­cy­do­wać, jak po­wi­nien za­re­ago­wać na moją bez­czel­ność.

Dla­te­go mu­szę przy­brać naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ny ton, bo gdy Wade usły­szy moją od­po­wiedź, za­pew­ne par­sk­nie śmie­chem. Osa­dze­ni mają o wie­le za dużo wol­ne­go cza­su, któ­ry po­zwa­la im wy­my­ślać nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie na do­wód nie­win­no­ści albo ob­my­ślać teo­rie spi­sko­we na te­mat nie­roz­wią­za­nych prze­stępstw, albo też gro­ma­dzić se­kret­ną wie­dzę, za któ­rą chcą ku­pić przed­ter­mi­no­we zwol­nie­nie. Krót­ko mó­wiąc, osa­dze­ni wiecz­nie kom­bi­nu­ją, jak się stąd wy­rwać, i je­stem pew­ny, że Ro­bert Earl ma to wszyst­ko w ma­łym pal­cu.

- Wiem, kto za­bił sę­dzie­go - oznaj­miam naj­bar­dziej uro­czy­stym to­nem, na jaki mnie stać.

Z ulgą stwier­dzam, że nie wy­bu­cha śmie­chem. Od­chy­la się do tyłu, roz­ma­so­wu­je so­bie pod­bró­dek i za­czy­na ki­wać gło­wą.

- I skąd masz taką in­for­ma­cję? - pyta.

- Bo po­zna­łem za­bój­cę.

- Tu czy na wol­no­ści?

- Tego nie mogę po­wie­dzieć, pa­nie na­czel­ni­ku. Ale pro­szę mi wie­rzyć, że nic nie zmy­ślam. Z tego, co czy­tam w ga­ze­tach, wy­ni­ka, że śledz­two FBI stoi w miej­scu. I bę­dzie sta­ło.

Moja kar­ta uwag jest czy­sta jak łza. Nie zda­rzy­ło się, że­bym choć raz na­py­sko­wał ko­muś ze służ­by wię­zien­nej. Nig­dy nie za­wra­cam gło­wy skar­ga­mi. W mo­jej celi nie ma nic nie­le­gal­ne­go, na­wet jed­nej to­re­becz­ki cu­kru ze sto­łów­ki. Nie upra­wiam ha­zar­du i od ni­ko­go nie po­ży­czam pie­nię­dzy. Bez­in­te­re­sow­nie po­mo­głem kil­ku­dzie­się­ciu osa­dzo­nym i paru in­nym oso­bom - w tym na­czel­ni­ko­wi - w ich kło­po­tach z pra­wem. W bi­blio­te­ce pa­nu­je wzo­ro­wy po­rzą­dek. Krót­ko mó­wiąc, jak na więź­nia, je­stem dość wia­ry­god­ny.

Pod­pie­ra się łok­cia­mi, po­chy­la do przo­du i szcze­rzy po­żół­kłe zęby. Oczy ma pod­krą­żo­ne i jak zwy­kle za­łza­wio­ne. Ty­po­we oczy ochla­pu­sa.

- Niech zgad­nę, Ban­ni­ster - mówi. - Chciał­byś po­dzie­lić się tą in­for­ma­cją z FBI, za­wrzeć z nimi układ i wyjść z wię­zie­nia. Tak?

- Ab­so­lut­nie tak, pa­nie na­czel­ni­ku. Wła­śnie taki mam plan.

Wresz­cie par­ska śmie­chem. Wy­so­kim, pi­skli­wym chi­cho­tem, któ­ry sam daje po­wód do śmie­chu. Po chwi­li prze­sta­je się śmiać i pyta:

- Kie­dy koń­czy ci się wy­rok?

- Za pięć lat.

- A, czy­li to ma być taki wię­cej za­je­bi­sty układ, tak? Da­jesz im na­zwi­sko i wy­cho­dzisz pięć lat przed ter­mi­nem.

- W naj­więk­szym uprosz­cze­niu.

- I cze­go ode mnie ocze­ku­jesz, Ban­ni­ster? - bur­czy. Śmiech na­le­ży już do od­le­głej prze­szło­ści. - Chcesz, że­bym za­dzwo­nił do FBI i po­wie­dział, że mam tu go­ścia, któ­ry zna za­bój­cę i chce za­wrzeć układ? Ta­kich te­le­fo­nów mają co­dzien­nie na pęcz­ki, głów­nie od róż­nych świ­rów, któ­rzy tyl­ko kom­bi­nu­ją, jak do­brać się do na­gro­dy. Dla­cze­go mam ry­zy­ko­wać swo­je do­bre imię?

- Po­nie­waż znam praw­dę, a pan wie, że nie je­stem świ­rem ani żad­nym na­cią­ga­czem.

- To sam do nich na­pisz. Mnie w to nie mie­szaj.

- Na­pi­szę, je­śli pan so­bie ży­czy. Ale w koń­cu i tak zo­sta­nie pan w to włą­czo­ny, bo przy­się­gam, że ich prze­ko­nam. Za­wrę z FBI umo­wę i się stąd wy­nio­sę, a pan bę­dzie mu­siał za­jąć się re­ali­za­cją.

Opa­da ple­ca­mi na opar­cie fo­te­la, jak­by przy­tło­czo­ny wagą swo­jej funk­cji, i dłu­bie kciu­kiem w no­sie.

- Wiesz, co ci po­wiem, Ban­ni­ster? Mam we Fro­st­bur­gu sze­ściu­set dwóch osa­dzo­nych, a ty je­steś ostat­nim, któ­re­go bym po­dej­rze­wał, że wśli­zgnie się do mo­je­go ga­bi­ne­tu z taką kre­tyń­ską opo­wie­ścią. Ab­so­lut­nie ostat­nim.

- Dzię­ku­ję, pa­nie na­czel­ni­ku.

- Nie ma za co.

Po­chy­lam się do przo­du i wpa­tru­ję się w jego oczy.

- Niech pan po­słu­cha, na­czel­ni­ku. Wiem, co mó­wię. Wiem, że nie moż­na ufać osa­dzo­ne­mu, ale niech mnie pan wy­słu­cha. Mam in­for­ma­cje nie­zwy­kłej wagi i FBI bar­dzo bę­dzie chcia­ło je po­siąść. Pro­szę ich o tym po­wia­do­mić.

- No, nie wiem, Ban­ni­ster. Mo­że­my obaj się wy­głu­pić.

- Pro­szę.

- Za­sta­no­wię się. A te­raz zmy­kaj i po­wiedz panu Ma­rvi­no­wi, że nie wy­ra­zi­łem zgo­dy na wyj­ście na po­grzeb.

- Tak jest, pa­nie na­czel­ni­ku. Dzię­ku­ję.

Czu­ję, że na­czel­nik nie oprze się ta­kiej oka­zji. Pro­wa­dze­nie wię­zie­nia ze zła­go­dzo­nym ry­go­rem dla nie­na­gan­nie za­cho­wu­ją­cych się więź­niów musi być cho­ler­nie nud­ne. Więc cze­mu tro­chę nie na­mie­szać w gło­śnym na cały kraj śledz­twie w spra­wie mor­der­stwa?

***

Wy­cho­dzę z bu­dyn­ku ad­mi­ni­stra­cji i idę przez cen­tral­ny dzie­dzi­niec. Po za­chod­niej stro­nie sto­ją dwa blo­ki wię­zien­ne, w każ­dym miesz­ka po stu pięć­dzie­się­ciu lu­dzi. Iden­tycz­ne dwa sto­ją na­prze­ciw­ko. Skrzy­dło za­chod­nie i wschod­nie, zu­peł­nie jak na bez­tro­skim kam­pu­sie uczel­nia­nym.

FW mają po­kój so­cjal­ny w po­bli­żu sto­łów­ki i tam od­naj­du­ję funk­cjo­na­riu­sza Ma­rvi­na. Je­śli po­sta­wię sto­pę w po­ko­ju so­cjal­nym, pew­nie od razu mnie roz­strze­la­ją lub po­wie­szą. Ale sta­lo­we drzwi do po­ko­ju są otwar­te, więc za­glą­dam do środ­ka. Ma­rvin sie­dzi roz­par­ty na skła­da­nym krze­śle, trzy­ma­jąc ku­bek kawy w jed­nej ręce i wiel­ką droż­dżów­kę w dru­giej. Roz­ma­wia z dwo­ma in­ny­mi FW i wszy­scy trzej co chwi­la par­ska­ją śmie­chem. Gdy­by ich na­dziać na hak i po­wie­sić na wa­dze ma­sar­ni­czej, wska­zów­ka ła­two do­szła­by do czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu kilo.

- Cze­go, Ban­ni­ster? - bur­czy Dar­rel na mój wi­dok.

- Chcia­łem tyl­ko po­dzię­ko­wać, pa­nie funk­cjo­na­riu­szu. Na­czel­nik mi od­mó­wił, ale i tak dzię­ku­ję.

- Nie ma spra­wy, Ban­ni­ster. Przy­kro mi z po­wo­du bab­ci.

Po tych sło­wach je­den ze straż­ni­ków ko­pie w drzwi, któ­re z hu­kiem za­trza­sku­ją się tuż przed moim no­sem. Przez chwi­lę bla­cha zgrzy­ta i wi­bru­je, a mnie ten dźwięk prze­szy­wa do szpi­ku ko­ści. Już kie­dyś go sły­sza­łem.

***

Moje aresz­to­wa­nie. Człon­ko­wie Miej­skie­go Klu­bu Oby­wa­tel­skie­go spo­ty­ka­li się na lun­chu w każ­dą śro­dę w re­stau­ra­cji hi­sto­rycz­ne­go ho­te­lu Geo­r­ge Wa­shing­ton, pięć mi­nut spa­ce­rem od mo­je­go biu­ra. Klub li­czył sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu człon­ków i poza trze­ma wszy­scy byli bia­li. Tak się zło­ży­ło, że tam­te­go dnia by­łem je­dy­nym czar­no­skó­rym uczest­ni­kiem spo­tka­nia, choć aku­rat nie mia­ło to żad­ne­go zna­cze­nia. Sie­dzia­łem przy dłu­gim sto­le, zma­ga­jąc się ze zwy­cza­jo­wo gu­mo­wa­tym ka­wał­kiem kur­cza­ka i por­cją wy­sty­głe­go grosz­ku, ga­wę­dząc z bur­mi­strzem z jed­nej stro­ny i agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym Sta­te Farm z dru­giej. Roz­ma­wia­li­śmy jak zwy­kle o po­go­dzie i fut­bo­lu, do­tknę­li­śmy też po­li­ty­ki, ale z za­cho­wa­niem zwy­kłej ostroż­no­ści. Ot, ty­po­we spo­tka­nie klu­bo­we - pół go­dzi­ny na je­dze­nie i pół­go­dzin­ne prze­mó­wie­nie wy­zna­czo­ne­go mów­cy, pew­nie jak zwy­kle nie­zbyt cie­ka­we. Tyle że tym ra­zem na­wet do nie­go nie do­trwa­łem.

Przy wej­ściu zro­bi­ło się za­mie­sza­nie, po czym do sali ban­kie­to­wej wpa­ro­wa­ła bry­ga­da an­ty­ter­ro­ry­stycz­na uzbro­jo­na po zęby. Zro­bi­li to z ta­kim im­pe­tem, jak­by chcie­li nas wszyst­kich roz­strze­lać. Funk­cjo­na­riu­sze SWAT byli w peł­nym rynsz­tun­ku wo­jow­ni­ków nin­ja: czar­ne kom­bi­ne­zo­ny, ku­lo­od­por­ne ka­mi­zel­ki, groź­nie wy­glą­da­ją­ca broń i heł­my zna­ne z fo­to­gra­fii hi­tle­row­skich od­dzia­łów. Je­den z nich wrza­snął na całą salę: "Mal­colm Ban­ni­ster!", a ja in­stynk­tow­nie ze­rwa­łem się na nogi i wy­mam­ro­ta­łem: "Co, u dia­bła?". Co naj­mniej pię­ciu wy­ce­lo­wa­ło we mnie au­to­ma­ty. "Ręce do góry!", ryk­nął ich nie­ustra­szo­ny do­wód­ca, a ja bez wa­ha­nia po­słu­cha­łem. W cią­gu se­kun­dy moje ręce zo­sta­ły ścią­gnię­te w dół i sku­te na ple­cach kaj­dan­ka­mi, ja zaś po raz pierw­szy w ży­ciu po­czu­łem to nie­po­rów­ny­wal­ne z ni­czym szczy­pa­nie sta­lo­wych bran­so­le­tek na nad­garst­kach. To strasz­ne uczu­cie, któ­re­go się nie za­po­mi­na. Po­pchnię­to mnie wą­skim przej­ściem mię­dzy sto­li­ka­mi i wy­pro­wa­dzo­no z sali. Ostat­nim dźwię­kiem, jaki usły­sza­łem, był krzyk bur­mi­strza: "To nie­do­pusz­czal­ne!".

Nie mu­szę do­da­wać, że dra­ma­tycz­na in­ter­wen­cja od­dzia­łu SWAT moc­no ze­psu­ła hu­mo­ry po­zo­sta­łych uczest­ni­ków spo­tka­nia Klu­bu Oby­wa­tel­skie­go.

W oto­cze­niu tych dra­bów prze­ma­sze­ro­wa­łem przez hol i wy­sze­dłem na ze­wnątrz. Ktoś uprzej­mie dał znać miej­sco­wej te­le­wi­zji i eki­pa z ka­me­rą już cze­ka­ła. Na­gry­wa­li mnie, jak wy­cho­dzi­łem z ho­te­lu i zo­sta­łem we­pchnię­ty na tyl­ne sie­dze­nie czar­ne­go che­vro­le­ta ta­hoe. Po mo­ich bo­kach usia­dły dwa dra­by i ru­szy­li­śmy w stro­nę miej­skie­go aresz­tu.

- Czy to wszyst­ko jest na­praw­dę ko­niecz­ne? - spy­ta­łem.

- Le­piej się przy­mknij - od­wark­nął sie­dzą­cy z przo­du do­wód­ca ze strzel­bą w rę­kach. Na­wet nie od­wró­cił przy tym gło­wy.

- Wca­le nie mu­szę. Mo­że­cie mnie aresz­to­wać, ale nie mo­że­cie mnie zmu­sić do mil­cze­nia. Zda­je­cie so­bie z tego spra­wę?

- Le­piej się przy­mknij.

Drab sie­dzą­cy po pra­wej oparł lufę au­to­ma­tu na moim ko­la­nie.

- Pro­szę za­brać tę broń - po­wie­dzia­łem, ale lufa na­wet nie drgnę­ła.

Przez chwi­lę je­cha­li­śmy w mil­cze­niu.

- To was krę­ci, chło­pa­ki? - ode­zwa­łem się. - To chy­ba wiel­ka fraj­da uda­wać twar­dzie­li i wy­ży­wać się na pra­wo­rząd­nych oby­wa­te­lach, co? Coś jak ge­sta­po.

- Ka­za­łem ci się przy­mknąć.

- A ja po­wie­dzia­łem, że nie mu­szę. Ma­cie na­kaz aresz­to­wa­nia?

- Mamy.

- Chciał­bym go zo­ba­czyć.

- Po­ka­żę ci w aresz­cie. A te­raz się przy­mknij.

- To może ty się przy­mknij, co?

Wi­dać było po­czer­wie­nia­ły ze zło­ści kark pod jego nie­miec­kim heł­mem. Głę­bo­ko za­czerp­ną­łem po­wie­trza i zmu­si­łem się do za­cho­wa­nia spo­ko­ju.

Hełm. Taki sam no­si­łem przez czte­ry lata służ­by w ma­ri­nes. Zna­la­złem się wte­dy w ogniu praw­dzi­wej wal­ki pod­czas pierw­szej woj­ny w Za­to­ce. Dru­gi Pułk, Ósmy Ba­ta­lion, Dru­ga Dy­wi­zja Ame­ry­kań­skie­go Kor­pu­su Ma­ri­nes. By­li­śmy for­pocz­tą od­dzia­łów ame­ry­kań­skich, któ­re pod­ję­ły wal­kę z Ira­kij­czy­ka­mi na te­re­nie Ku­wej­tu. Wal­ka nie była zbyt za­żar­ta, ale i tak wi­dzia­łem wy­star­cza­ją­co dużo tru­pów i ran­nych po obu stro­nach.

A te­raz ota­czał mnie od­dział oło­wia­nych żoł­nie­rzy­ków, któ­rzy w ży­ciu nie sły­sze­li wy­strza­łu w praw­dzi­wej wal­ce i któ­rzy pa­dli­by z wy­czer­pa­nia po prze­bie­gnię­ciu ki­lo­me­tra. Ale te­raz to oni byli tymi do­bry­mi.

W aresz­cie już cze­kał fo­to­re­por­ter z miej­sco­wej ga­ze­ty. Moi stró­że z na­masz­cze­niem wpro­wa­dzi­li mnie do środ­ka, że­bym zdą­żył zo­stać do­kład­nie ob­fo­to­gra­fo­wa­ny. Tak so­bie wy­obra­ża­li eskor­to­wa­nie prze­stęp­cy.

Wkrót­ce mia­łem się do­wie­dzieć, że w cza­sie gdy sie­dzia­łem przy lun­chu z ko­le­ga­mi z Klu­bu Oby­wa­tel­skie­go, inna gru­pa fe­de­ral­nych ban­dzio­rów na­pa­dła na biu­ro fir­my Co­pe­land, Reed & Ban­ni­ster. Wy­ka­zu­jąc im­po­nu­ją­cą zdol­ność prze­wi­dy­wa­nia i pla­no­wa­nia, bry­ga­da wstrzy­ma­ła się z ak­cją do po­łu­dnia, gdy w biu­rze zo­sta­ła tyl­ko bied­na pani Hen­der­son. Opo­wie­dzia­ła mi po­tem, jak wdar­li się do środ­ka, nie­mal wy­ła­mu­jąc nie­za­mknię­te drzwi, i z bro­nią go­to­wą do strza­łu za­czę­li wrzesz­czeć, rzu­cać prze­kleń­stwa­mi i stra­szyć. Rzu­ci­li jej na biur­ko na­kaz re­wi­zji, po­sa­dzi­li na krze­śle pod oknem, ostrze­gli, że jak tyl­ko pi­śnie, to ją aresz­tu­ją, po czym dziar­sko za­bra­li się do ob­ra­ca­nia na­sze­go skrom­ne­go biu­ra w perzy­nę. Wy­nie­śli wszyst­kie kom­pu­te­ry, dru­kar­ki i kil­ka kar­to­nów te­czek z do­ku­men­ta­mi. W koń­cu pan Co­pe­land wró­cił z lun­chu, ale gdy tyl­ko spró­bo­wał za­pro­te­sto­wać, wy­ce­lo­wa­li w nie­go broń i ka­za­li usiąść obok po­chli­pu­ją­cej pani Hen­der­son.

Moje aresz­to­wa­nie wszyst­kich za­sko­czy­ło. Już od roku uże­ra­łem się z FBI, wy­na­ją­łem na­wet ad­wo­ka­ta i obaj ro­bi­li­śmy wszyst­ko, by z nimi w peł­ni współ­pra­co­wać. Po­myśl­nie za­li­czy­łem dwa te­sty na po­li­gra­fie, któ­ry ob­słu­gi­wa­li ich spe­cja­li­ści. Udo­stęp­ni­li­śmy im wszyst­kie do­ku­men­ty, ja­kie mo­głem ujaw­nić bez ła­ma­nia za­sad ety­ki ad­wo­kac­kiej. Nie mó­wi­łem wszyst­kie­go Dion­ne, ale i tak wie­dzia­ła, że za­mar­twiam się na śmierć. Cier­pia­łem na bez­sen­ność. Wal­czy­łem z sobą, żeby coś prze­łknąć, mimo cał­ko­wi­te­go bra­ku ape­ty­tu. Wresz­cie, po dwu­na­stu mie­sią­cach ży­cia w stra­chu przed na­głym pu­ka­niem do drzwi, FBI po­in­for­mo­wa­ło mo­je­go ad­wo­ka­ta, że wła­dze fe­de­ral­ne prze­sta­ły się mną in­te­re­so­wać.

Wła­dze fe­de­ral­ne skła­ma­ły, i to nie pierw­szy raz.

W aresz­cie, któ­ry w cią­gu mi­nio­nych mie­się­cy od­wie­dza­łem co naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu, cze­ka­ła na mnie ko­lej­na gru­pa agen­tów. Ci ubra­ni byli w gra­na­to­we kurt­ki z wiel­ki­mi żół­ty­mi li­te­ra­mi "FBI" na ple­cach. Wszy­scy uwi­ja­li się jak w ukro­pie, choć nie mo­głem się zo­rien­to­wać, czym tak na­praw­dę się zaj­mu­ją. Miej­sco­wi gli­nia­rze, z któ­rych wie­lu zna­łem oso­bi­ście, sta­li zmie­sza­ni pod ścia­na­mi, przy­glą­da­jąc mi się w mil­cze­niu ze współ­czu­ją­cy­mi mi­na­mi.

Czy aresz­to­wa­nie mnie i skon­fi­sko­wa­nie te­czek z do­ku­men­ta­mi wy­ma­ga­ło udzia­łu po­nad dwu­dzie­stu agen­tów fe­de­ral­nych? Wy­sze­dłem tyl­ko z biu­ra i po­wę­dro­wa­łem do ho­te­lu. Pierw­szy lep­szy gli­niarz mógł mnie aresz­to­wać, nie­mal nie prze­ry­wa­jąc so­bie je­dze­nia, ale to ode­bra­ło­by tym bo­ha­te­rom ra­dość ży­cia.

Za­pro­wa­dzi­li mnie do cia­sne­go po­miesz­cze­nia, po­sa­dzi­li przy sto­le, zdję­li kaj­dan­ki i ka­za­li cze­kać. Kil­ka mi­nut póź­niej drzwi się otwo­rzy­ły i wszedł męż­czy­zna w ciem­nym gar­ni­tu­rze.

- Agent spe­cjal­ny FBI, Don Con­nor - przed­sta­wił się.

- Bar­dzo mi miło - od­rze­kłem.

Po­ło­żył przede mną kil­ka kar­tek.

- To na­kaz aresz­to­wa­nia - po­wie­dział, po czym obok po­ło­żył gru­by plik kar­tek spię­tych zszyw­ka­mi i do­dał: - A to pań­ski akt oskar­że­nia. Dam panu parę mi­nut na lek­tu­rę.

Od­wró­cił się na pię­cie i wy­szedł, z hu­kiem za­trza­sku­jąc drzwi. Były ma­syw­ne i me­ta­lo­we, pod wpły­wem ude­rze­nia za­zgrzy­ta­ły i za­wi­bro­wa­ły.

To wła­śnie ten dźwięk, któ­re­go nig­dy nie za­po­mnę.

Roz­dział 4

Ponie­waż we Fro­st­bur­gu nie pa­nu­je ostry ry­gor, mamy lep­szy kon­takt ze świa­tem ze­wnętrz­nym niż zwy­kli więź­nio­wie. Na­sza ko­re­spon­den­cja może być otwie­ra­na i czy­ta­na, ale w rze­czy­wi­sto­ści rzad­ko tak bywa. Mamy ogra­ni­czo­ny do­stęp do pocz­ty elek­tro­nicz­nej, ale nie do in­ter­ne­tu. Jest tu kil­ka­dzie­siąt te­le­fo­nów i co naj­mniej tyle samo re­guł do­ty­czą­cych ko­rzy­sta­nia z nich, ale w za­sa­dzie wol­no nam dzwo­nić na koszt abo­nen­ta, ile razy chce­my. Te­le­fo­ny ko­mór­ko­we są su­ro­wo za­bro­nio­ne. Wol­no nam pre­nu­me­ro­wać cza­so­pi­sma z li­sty do­zwo­lo­nych. Kil­ka ga­zet co rano tra­fia na stół w ką­cie sali ja­dal­nej, zwa­nym ka­wiar­nią.

To wła­śnie tam któ­re­goś ran­ka wi­dzę na­głó­wek w "Wa­shing­ton Post".

MOR­DER­STWO SĘ­DZIE­GO FE­DE­RAL­NE­GO

POD RO­ANO­KE

Nie po­tra­fię ukryć uśmie­chu. Wła­śnie na to cze­ka­łem.

Od trzech lat mia­łem ob­se­sję na punk­cie sę­dzie­go Ray­mon­da Faw­cet­ta. Nig­dy w ży­ciu go nie spo­tka­łem, nig­dy nie sta­wa­łem przed nim w są­dzie, nig­dy nie skła­da­łem po­zwu w pod­le­głym mu sek­to­rze po­łu­dnio­wym Wir­gi­nii. Nie­mal wszyst­kie moje spra­wy to­czy­ły się w są­dzie sta­no­wym i bar­dzo rzad­ko mie­wa­łem do czy­nie­nia z są­dem fe­de­ral­nym, a je­śli już, to za­wsze w sek­to­rze pół­noc­nym Wir­gi­nii, obej­mu­ją­cym te­re­ny na pół­noc od Rich­mond. Sek­tor po­łu­dnio­wy obej­mu­je Ro­ano­ke, Lynch­burg i ogrom­ny ob­szar me­tro­po­li­tal­ny od Vir­gi­nia Be­ach po Nor­folk. Do chwi­li śmier­ci Faw­cet­ta w sek­to­rze po­łu­dnio­wym pra­co­wa­ło dwu­na­stu sę­dziów fe­de­ral­nych, w pół­noc­nym - trzy­na­stu.

We Fro­st­bur­gu po­zna­łem kil­ku od­sia­du­ją­cych wy­ro­ki wy­da­ne przez sę­dzie­go Faw­cet­ta. Sta­ra­łem się nie oka­zy­wać nad­mier­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia, ale tro­chę ich po­py­ta­łem. Uda­wa­łem, że znam go oso­bi­ście i wy­stę­po­wa­łem przed nim jako ad­wo­kat. Wszy­scy strasz­nie na nie­go plu­li, uwa­ża­li, że wy­da­wał zbyt su­ro­we wy­ro­ki. Wy­glą­da­ło na to, że szcze­gól­nie lu­bił się wy­ży­wać na bia­łych koł­nie­rzy­kach, któ­rych naj­pierw ra­czył umo­ral­nia­ją­cy­mi ty­ra­da­mi, a po­tem ska­zy­wał na wie­lo­let­nie wię­zie­nie. Ta­kie pro­ce­sy zwy­kle bu­dzi­ły żywe za­in­te­re­so­wa­nie pra­sy, a sę­dzia Faw­cett miał wy­jąt­ko­wo roz­dę­te ego.

Sam skoń­czył naj­pierw Duke'a, po­tem wy­dział pra­wa na Co­lum­bii i przez kil­ka lat pra­co­wał w fir­mie praw­ni­czej przy Wall Stre­et. Po­nie­waż jego żona i jej ma­ją­tek po­cho­dzi­ły z Ro­ano­ke, prze­pro­wa­dzi­li się tam, gdy był już po trzy­dzie­st­ce. Pod­jął pra­cę w naj­więk­szej kan­ce­la­rii praw­ni­czej w mie­ście i szyb­ko wspiął się na sam szczyt dra­bi­ny. Jego teść od lat zna­czą­co wspie­rał de­mo­kra­tów i w re­zul­ta­cie w 1993 roku pre­zy­dent Clin­ton mia­no­wał Faw­cet­ta do­ży­wot­nim sę­dzią fe­de­ral­ne­go sądu re­jo­no­we­go w sek­to­rze po­łu­dnio­wym Wir­gi­nii.

W ame­ry­kań­skim sys­te­mie są­dow­ni­czym taka no­mi­na­cja to ogrom­ny pre­stiż, ale nie nie­sie z sobą wiel­kich pie­nię­dzy. Faw­cett na no­wym sta­no­wi­sku po­cząt­ko­wo za­ra­biał sto dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy do­la­rów rocz­nie, a więc bli­sko trzy­sta ty­się­cy mniej niż jako wspól­nik w do­brze pro­spe­ru­ją­cej fir­mie praw­ni­czej. W wie­ku czter­dzie­stu ośmiu lat stał się jed­nym z naj­młod­szych sę­dziów fe­de­ral­nych w kra­ju, a jako oj­ciec pię­cior­ga dzie­ci tak­że jed­nym z naj­uboż­szych. Wkrót­ce jed­nak teść za­czął po­ma­gać mu fi­nan­so­wo i do­mo­wy bu­dżet się po­pra­wił.

Kie­dyś roz­ga­dał się o po­cząt­kach swo­jej ka­rie­ry sę­dzie­go w wy­wia­dzie dla jed­ne­go z praw­ni­czych pe­rio­dy­ków, któ­rych pra­wie nikt nie czy­ta. Na­tkną­łem się na nie­go przy­pad­kiem w wię­zien­nej bi­blio­te­ce, w ster­cie cza­so­pism do wy­rzu­ce­nia. Nie­wie­le ksią­żek czy cza­so­pism umy­ka mo­jej uwa­dze i czę­sto się zda­rza, że czy­tam po pięć czy sześć go­dzin dzien­nie. Tu­tej­sze kom­pu­te­ry to zwy­kłe pe­ce­ty sprzed kil­ku lat, pra­cu­ją non stop i nie­źle do­sta­ją w kość. Po­nie­waż peł­nię funk­cję bi­blio­te­ka­rza i kom­pu­te­ry po­zo­sta­ją w mo­jej ge­stii, mam do nich nie­mal nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp. Mamy abo­na­ment do dwóch in­ter­ne­to­wych wi­tryn praw­ni­czych i dzię­ki nim prze­czy­ta­łem wszyst­kie ar­ty­ku­ły au­tor­stwa świę­tej pa­mię­ci sę­dzie­go Faw­cet­ta.

Coś się z nim sta­ło pod ko­niec wie­ku, oko­ło roku 2000. Pod­czas pierw­szych sied­miu lat pra­cy ja­wił się jako le­wi­cu­ją­cy obroń­ca praw jed­nost­ki i nie­jed­no­krot­nie oka­zy­wał współ­czu­cie bied­nym i po­krzyw­dzo­nym, da­wał po ła­pach or­ga­nom ści­ga­nia, oka­zy­wał nie­chęć wo­bec wiel­kie­go biz­ne­su i kar­cił nie­sfor­nych pod­sąd­nych ostry­mi wy­ro­ka­mi. Jed­nak w roku 2000 coś za­czę­ło się zmie­niać. Jego orze­cze­nia sta­ły się krót­sze, dużo sła­biej uza­sad­nio­ne i cza­sa­mi wręcz na­pa­stli­we, a on sam zde­cy­do­wa­nie prze­su­nął się na pra­wo.

W roku 2000 pre­zy­dent Clin­ton mia­no­wał go na wa­ku­ją­ce sta­no­wi­sko sę­dzie­go w są­dzie ape­la­cyj­nym czwar­te­go okrę­gu w Rich­mond. Taka no­mi­na­cja to spo­dzie­wa­ny awans sę­dzie­go sądu re­jo­no­we­go, któ­ry jest uta­len­to­wa­ny lub od­po­wied­nio usto­sun­ko­wa­ny. W czwar­tym okrę­gu miał być jed­nym z pięt­na­stu sę­dziów, do któ­rych tra­fia­ją wy­łącz­nie od­wo­ła­nia, a wy­żej było już tyl­ko sta­no­wi­sko sę­dzie­go Sądu Naj­wyż­sze­go. Trud­no po­wie­dzieć, czy Faw­cett miał tego ro­dza­ju am­bi­cje, choć więk­szość sę­dziów fe­de­ral­nych prę­dzej czy póź­niej je ma. Tym­cza­sem Bill Clin­ton od­cho­dził ze sta­no­wi­ska w na­pię­tej at­mos­fe­rze i jego no­mi­na­cje utknę­ły w se­na­cie. Po wy­bo­rze Geo­r­ge'a W. Bu­sha spra­wa ro­ze­szła się po ko­ściach i Faw­cett po­zo­stał w Ro­ano­ke.

Miał pięć­dzie­siąt pięć lat, dzie­ci były już do­ro­słe lub wła­śnie opusz­cza­ły dom. Może pod­dał się cze­muś w ro­dza­ju kry­zy­su wie­ku śred­nie­go. A może po pro­stu jego mał­żeń­stwo za­czę­ło się roz­pa­dać. Teść zmarł, nie uwzględ­niw­szy go w te­sta­men­cie. Jego daw­ni wspól­ni­cy zbi­ja­li ma­jąt­ki, a on żył ze sto­sun­ko­wo ni­skiej pen­sji czło­wie­ka pra­cy. Nie­za­leż­nie od przy­czy­ny, sę­dzia Faw­cett ra­dy­kal­nie się zmie­nił. W spra­wach kar­nych jego wy­ro­ki sta­ły się cha­otycz­ne i mniej wy­ro­zu­mia­łe. W spra­wach cy­wil­nych ule­cia­ło gdzieś współ­czu­cie dla zwy­kłe­go czło­wie­ka, a wy­da­wa­ne przez nie­go wy­ro­ki za­czę­ły fa­wo­ry­zo­wać moż­nych tego świa­ta. Sę­dzio­wie czę­sto zmie­nia­ją się z wie­kiem, ale rzad­ko tak bar­dzo jak Ray­mond Faw­cett.

Naj­gło­śniej­szym pro­ce­sem w jego ka­rie­rze sta­ła się woj­na o ko­pal­nie ura­nu, któ­ra wy­bu­chła w 2003 roku. Pra­co­wa­łem jesz­cze wte­dy w kan­ce­la­rii i dość do­brze zna­łem przed­miot spo­ru. Zresz­tą trud­no go było nie znać. W ga­ze­tach nie­mal co­dzien­nie uka­zy­wa­ły się sąż­ni­ste ar­ty­ku­ły.

Przez środ­ko­wą i po­łu­dnio­wą część Wir­gi­nii bie­gnie bo­ga­ta żyła rudy ura­nu. Po­nie­waż ko­pal­nia ura­nu to kosz­mar eko­lo­gicz­ny, wła­dze sta­no­we wy­da­ły za­kaz eks­plo­ata­cji zło­ża. Oczy­wi­ście wła­ści­cie­le i na­jem­cy te­re­nu, a tak­że fir­my wy­do­byw­cze od daw­na ma­rzy­ły o roz­po­czę­ciu wy­do­by­cia i wy­da­wa­ły mi­lio­ny na lob­bing, by prze­ko­nać de­cy­den­tów do znie­sie­nia za­ka­zu. Ale Zgro­ma­dze­nie Ogól­ne sta­nu Wir­gi­nia było nie­ugię­te. W 2003 roku ka­na­dyj­ska fir­ma wy­do­byw­cza Ar­man­na Mi­nes zło­ży­ła po­zew w są­dzie re­jo­no­wym sek­to­ra po­łu­dnio­we­go sta­nu Wir­gi­nia, za­skar­ża­jąc obo­wią­zu­ją­cy za­kaz jako nie­kon­sty­tu­cyj­ny. Pod­ję­ła zma­so­wa­ny, po­zba­wio­ny wszel­kich skru­pu­łów atak, prze­zna­cza­jąc nań ogrom­ne fun­du­sze i za­pew­nia­jąc so­bie po­moc naj­tęż­szych umy­słów praw­ni­czych.

Jak się wkrót­ce oka­za­ło, pod na­zwą Ar­man­na Mi­nes kry­ło się kon­sor­cjum firm wy­do­byw­czych ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Au­stra­lii, Ro­sji i Ka­na­dy. War­tość złóż w Wir­gi­nii oce­nia­no wstęp­nie na pięt­na­ście do dwu­dzie­stu mi­liar­dów do­la­rów.

Na za­sa­dzie obo­wią­zu­ją­ce­go wów­czas lo­so­we­go przy­dzia­łu spraw ta tra­fi­ła do sę­dzie­go McKaya z Lynch­bur­ga, któ­ry miał wte­dy osiem­dzie­siąt czte­ry lata i cier­piał na star­czą de­men­cję. Po­wo­ław­szy się na wzglę­dy zdro­wot­ne, sę­dzia zre­zy­gno­wał i spra­wa tra­fi­ła do na­stęp­ne­go w ko­lej­ce, któ­rym oka­zał się Ray­mond Faw­cett. Ten nie miał na co się po­wo­łać i mu­siał ją przy­jąć. Po­zwa­ną była Wspól­no­ta Wir­gi­nii, ale do li­sty wkrót­ce do­łą­czy­ło wie­le in­nych pod­mio­tów: wła­dze miast, mia­ste­czek i po­wia­tów le­żą­cych na te­re­nach złóż, a tak­że ci wła­ści­cie­le grun­tów, któ­rzy sprze­ci­wia­li się de­wa­sta­cji te­re­nu. Pro­ces na­brał gi­gan­tycz­nych roz­mia­rów i sama tyl­ko licz­ba praw­ni­ków uczest­ni­czą­cych w po­stę­po­wa­niu prze­kro­czy­ła set­kę. Sę­dzia Faw­cett od­rzu­cił wnio­sek o od­da­le­nie po­wódz­twa i za­rzą­dził zbie­ra­nie ma­te­ria­łów do­wo­do­wych. Wkrót­ce spra­wa za­czę­ła po­chła­niać dzie­więć­dzie­siąt pro­cent jego cza­su.

W 2004 roku w moim ży­ciu po­ja­wi­ło się FBI i oczy­wi­ście prze­sta­łem in­te­re­so­wać się wy­do­by­ciem rudy ura­nu. Na­gle mia­łem znacz­nie pil­niej­sze spra­wy. Mój pro­ces przed są­dem w Wa­szyng­to­nie ru­szył w paź­dzier­ni­ku 2005 roku. W tam­tym cza­sie pro­ces Ar­man­na Mi­nes już od mie­sią­ca to­czył się w wy­peł­nio­nej po brze­gi sali są­do­wej w Ro­ano­ke. Tyle że losy złóż rudy ura­nu prze­sta­ły mnie wte­dy ob­cho­dzić.

Po trwa­ją­cym trzy ty­go­dnie pro­ce­sie zo­sta­łem uzna­ny za win­ne­go i do­sta­łem wy­rok dzie­się­ciu lat wię­zie­nia. Po dzie­się­cio­ty­go­dnio­wym pro­ce­sie sę­dzia Faw­cett wy­dał wy­rok po my­śli Ar­man­na Mi­nes. Obu tych spraw nic z sobą nie łą­czy­ło, a w każ­dym ra­zie z ta­kim prze­świad­cze­niem roz­po­czą­łem od­sia­dy­wa­nie wy­ro­ku.

Nie­dłu­go po­tem ze­tkną­łem się z czło­wie­kiem, któ­ry po­sta­no­wił za­bić sę­dzie­go Faw­cet­ta. Dla­te­go wiem, kto jest mor­der­cą, i znam jego mo­ty­wy.

***

Naj­więk­sze wąt­pli­wo­ści wśród śled­czych FBI bu­dzi mo­tyw. Po paru ty­go­dniach od mor­der­stwa gru­pa śled­cza sku­pia się na spra­wie Ar­man­na Mi­nes i za­czy­na prze­słu­chi­wać dzie­siąt­ki zwią­za­nych z nią osób. Pod­czas pro­ce­su ujaw­ni­ły się dwie gru­py ra­dy­kal­nych obroń­ców śro­do­wi­ska i obie sta­ły się ce­lem ści­słe­go mo­ni­to­rin­gu FBI. Faw­cet­to­wi kil­ka­krot­nie gro­żo­no śmier­cią i na czas pro­ce­su przy­dzie­lo­no na­wet oso­bi­stą ochro­nę. Groź­by do­kład­nie spraw­dzo­no i uzna­no za nie­wia­ry­god­ne, ale ochro­nia­rze przez cały czas pro­ce­su nie od­stę­po­wa­li go na krok.

Pró­ba za­stra­sze­nia jest mało praw­do­po­dob­nym mo­ty­wem. Faw­cett wy­dał wy­rok i choć jego na­zwi­sko zo­sta­ło wy­klę­te przez obroń­ców śro­do­wi­ska, szko­da już się sta­ła. Zresz­tą w roku 2009 jego de­cy­zję pod­trzy­mał sąd czwar­te­go okrę­gu i ape­la­cja cze­ka już tyl­ko na roz­pa­trze­nie przez Sąd Naj­wyż­szy. Do cza­su upra­wo­moc­nie­nia wy­ro­ku zło­ża rudy ura­nu po­zo­sta­ją nie­tknię­te.

Mo­ty­wem może być też ze­msta, ale FBI o tym nie wspo­mi­na. Re­por­te­rzy prze­bą­ku­ją wpraw­dzie o "mor­der­stwie na zle­ce­nie", ale poza pro­fe­sjo­na­li­zmem za­bój­cy nic na to nie wska­zu­je.

Z uwa­gi na miej­sce zbrod­ni i opróż­nio­ny sejf za naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ny mo­tyw uzna­je się więc ra­bu­nek.

Mam plan, któ­ry od daw­na ukła­dam so­bie w gło­wie. To dla mnie je­dy­na szan­sa.

Roz­dział 3

Jeśli wziąć po uwa­gę kon­se­kwen­cje po­dej­mo­wa­nych de­cy­zji, to­wa­rzy­szą­ce im emo­cje i skłon­ność do prze­mo­cy u tych, któ­rych do­ty­czą, aż dziw, że w hi­sto­rii tego kra­ju za­mor­do­wa­no tyl­ko czte­rech czyn­nych sę­dziów fe­de­ral­nych.

Sza­cow­ny Ray­mond Faw­cett wła­śnie stał się ofia­rą nu­mer pięć.

Jego cia­ło zna­le­zio­no w su­te­re­nie cha­ty nad je­zio­rem, któ­rą sam zbu­do­wał i w któ­rej czę­sto spę­dzał week­en­dy. Gdy w po­nie­dzia­łek rano nie po­ja­wił się w są­dzie, jego lu­dzie wpa­dli w pa­ni­kę i za­wia­do­mi­li FBI, a agen­ci szyb­ko usta­li­li miej­sce zbrod­ni. Cha­ta sta­ła w gę­sto za­le­sio­nej po­łu­dnio­wo-za­chod­niej czę­ści Wir­gi­nii, na zbo­czu góry nad brze­giem czy­ste­go je­zior­ka, zwa­ne­go przez miej­sco­wych Lake Hig­gins. Jest tak małe, że nie ma go na więk­szo­ści map dro­go­wych.

Na miej­scu nie było śla­dów wła­ma­nia, awan­tu­ry ani wal­ki o ży­cie. Ot, po pro­stu dwa mar­twe cia­ła w su­te­re­nie, oba z dziu­ra­mi od kul w gło­wach, a obok pu­sty me­ta­lo­wy sejf. Sę­dzie­mu Faw­cet­to­wi dwu­krot­nie strze­lo­no w gło­wę, jak­by to była eg­ze­ku­cja. Cia­ło le­ża­ło w du­żej ka­łu­ży za­krze­płej krwi. Agent, któ­ry je zna­lazł, oce­nił, że sę­dzia nie żył od co naj­mniej dwóch dni. Je­den z urzęd­ni­ków ze­znał, że sę­dzia opu­ścił biu­ro w pią­tek oko­ło pięt­na­stej i za­mie­rzał udać się do cha­ty i spę­dzić w niej week­end na wy­tę­żo­nej pra­cy.

Dru­gie zwło­ki na­le­ża­ły do Na­omi Cla­ry, trzy­dzie­stocz­te­ro­let­niej roz­wód­ki z dwoj­giem dzie­ci, któ­rą Faw­cett nie­daw­no za­trud­nił na sta­no­wi­sku se­kre­tar­ki. Sę­dzia miał sześć­dzie­siąt sześć lat, pię­cio­ro do­ro­słych dzie­ci i nie był roz­wie­dzio­ny. Pań­stwo Faw­cet­to­wie od lat żyli osob­no, ale przy szcze­gól­nych oka­zjach wciąż po­ka­zy­wa­li się ra­zem. Wszy­scy w Ro­ano­ke wie­dzie­li, że są w se­pa­ra­cji, ale po­nie­waż sę­dzia był w oko­li­cy pro­mi­nent­ną po­sta­cią, ich ży­cie nadal sta­no­wi­ło przed­miot plo­tek i do­my­słów. Dzie­ciom i przy­ja­cio­łom wy­zna­li, że nie po­tra­fią zdo­być się na roz­wód. Pani Faw­cett mia­ła pie­nią­dze, sę­dzia Faw­cett po­zy­cję. Wy­glą­da­ło na to, że ten układ oboj­gu od­po­wia­da i obo­je zo­bo­wią­za­li się nie an­ga­żo­wać w inne związ­ki. Za­war­li nie­pi­sa­ną umo­wę, że roz­wio­dą się tyl­ko wte­dy, gdy jed­no z nich bę­dzie chcia­ło się zwią­zać z kimś na sta­łe.

Naj­wy­raź­niej on ko­goś so­bie zna­lazł, bo za­raz po za­trud­nie­niu pani Cla­ry w gma­chu sądu ro­ze­szły się plot­ki, że sę­dzia znów fi­glu­je. Kil­ku pra­cow­ni­ków do­brze wie­dzia­ło, że trud­no mu trzy­mać roz­po­rek za­pię­ty.

Cia­ło Na­omi zna­le­zio­no na so­fie, w po­bli­żu miej­sca, w któ­rym za­mor­do­wa­no sę­dzie­go. Było na­gie. Nogi w kost­kach okle­jo­no jej srebr­ną ta­śmą uszczel­nia­ją­cą. Le­ża­ła na wznak z rę­ka­mi wy­krę­co­ny­mi do tyłu i skrę­po­wa­ny­mi w nad­garst­kach taką samą ta­śmą. Do­sta­ła dwie kule w czo­ło, na jej skó­rze były śla­dy przy­pa­leń. Po kil­ku­go­dzin­nej dys­ku­sji i ana­li­zie śled­czy do­szli do wnio­sku, że tor­tu­ro­wa­no ją, by wy­mu­sić na sę­dzim otwar­cie sej­fu. Jak wi­dać - po­skut­ko­wa­ło. Drzwicz­ki sej­fu otwar­to, w środ­ku było pu­sto. Na­past­nik go opróż­nił, po czym do­ko­nał eg­ze­ku­cji ofiar.

Oj­ciec Faw­cet­ta był bu­dow­lań­cem i sę­dzia od dziec­ka maj­ster­ko­wał, ani na chwi­lę nie roz­sta­jąc się z młot­kiem. Wciąż coś bu­do­wał i po­pra­wiał - a to nowy ga­nek z tyłu cha­ty, a to al­ta­nę czy szo­pę na na­rzę­dzia. Gdy dzie­ci były małe, a mał­żeń­stwo kwi­tło, cał­ko­wi­cie wy­pa­tro­szył i od­no­wił sta­rą ro­dzin­ną re­zy­den­cję w cen­trum Ro­ano­ke, bio­rąc na sie­bie obo­wiąz­ki głów­ne­go wy­ko­naw­cy i spę­dza­jąc każ­dy week­end na dra­bi­nie. Po la­tach wy­re­mon­to­wał loft, któ­ry naj­pierw stał się jego mi­ło­snym gniazd­kiem, a po­tem do­mem. Dla nie­go przy­bi­ja­nie, pi­ło­wa­nie i wy­ci­ska­nie z sie­bie siód­mych po­tów było te­ra­pią umy­sło­wą i uciecz­ką od stre­su­ją­cej co­dzien­no­ści. Sam za­pro­jek­to­wał cha­tę w kształ­cie li­te­ry A i w cią­gu czte­rech lat nie­mal w ca­ło­ści wła­sno­ręcz­nie ją zbu­do­wał. Jed­na ścia­na w su­te­re­nie była za­bu­do­wa­na ele­ganc­kim re­ga­łem z drew­na ce­dro­we­go, na któ­re­go pół­kach sta­ły opa­słe księ­gi praw­ni­cze. Frag­ment re­ga­łu otwie­rał się, da­jąc do­stęp do spryt­nie ukry­te­go we wnę­ce sej­fu. Te­raz ten frag­ment zna­le­zio­no otwar­ty, sejf był od­cią­gnię­ty metr od ścia­ny i opróż­nio­ny.

Sta­lo­wo-oło­wia­na szaf­ka na czte­rech dwu­na­sto­cen­ty­me­tro­wych kół­kach zo­sta­ła wy­pro­du­ko­wa­na przez fir­mę Vul­can Safe Com­pa­ny w Ke­no­sha w Wi­scon­sin i sprze­da­na przez in­ter­net sę­dzie­mu Faw­cet­to­wi. Zgod­nie ze spe­cy­fi­ka­cją pro­du­cen­ta sejf miał sto sie­dem­na­ście cen­ty­me­trów wy­so­ko­ści, dzie­więć­dzie­siąt je­den cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści i sto je­den cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści, co da­wa­ło użyt­ko­wą po­jem­ność nie­co po­nad ćwierć me­tra sze­ścien­ne­go. Sejf wa­żył dwie­ście trzy­dzie­ści ki­lo­gra­mów, kosz­to­wał dwa ty­sią­ce sto do­la­rów i po od­po­wied­nim uszczel­nie­niu był ognio­od­por­ny, wo­do­od­por­ny oraz - przy­najm­niej teo­re­tycz­nie - od­por­ny na wła­ma­nia. Żeby otwo­rzyć drzwicz­ki, na­le­ża­ło wpro­wa­dzić sze­ścio­cy­fro­wy kod na szy­fra­to­rze.

Agen­tów FBI na­tych­miast za­sta­no­wi­ło, po co sę­dzie­mu fe­de­ral­ne­mu za­ra­bia­ją­ce­mu sto sie­dem­dzie­siąt czte­ry ty­sią­ce do­la­rów rocz­nie po­trzeb­ny był tak za­awan­so­wa­ny tech­nicz­nie i prze­myśl­nie ukry­ty sejf. W chwi­li śmier­ci miał pięt­na­ście ty­się­cy do­la­rów na oso­bi­stym kon­cie ban­ko­wym, sześć­dzie­siąt ty­się­cy na jed­no­pro­cen­to­wej lo­ka­cie ban­ko­wej, pięt­na­ście ty­się­cy do­la­rów w ob­li­ga­cjach i czter­dzie­ści sie­dem ty­się­cy w fun­du­szu in­we­sty­cyj­nym, któ­ry od bli­sko dzie­się­ciu lat nie przy­no­sił żad­nych zy­sków. Do tego do­cho­dził fun­dusz eme­ry­tal­ny i do­dat­ko­we pro­fi­ty, ja­kie przy­słu­gu­ją wy­so­kim urzęd­ni­kom fe­de­ral­nym. Nie miał pra­wie żad­nych dłu­gów, więc jego sy­tu­ację fi­nan­so­wą moż­na było uznać za do­brą. Ale głów­nym za­bez­pie­cze­niem Faw­cet­ta było sta­no­wi­sko. Kon­sty­tu­cja po­zwa­la­ła mu pia­sto­wać je do koń­ca ży­cia, więc pen­sja mia­ła cha­rak­ter do­ży­wot­ni.

Ro­dzi­na żony po­sia­da­ła całe fury ak­cji ban­ków, ale sę­dzia od po­cząt­ku nie mógł się na­wet do nich zbli­żyć, a se­pa­ra­cja jesz­cze bar­dziej go od nich od­da­li­ła. W su­mie moż­na go było uznać za do­brze sy­tu­owa­ne­go i za­bez­pie­czo­ne­go na sta­rość, ale na pew­no nie za kre­zu­sa. I dla­te­go nie na­le­żał do lu­dzi po­trze­bu­ją­cych prze­myśl­nie ukry­te­go sej­fu, by trzy­mać w nim swo­je skar­by.

Więc co sę­dzia trzy­mał w sej­fie? Albo in­a­czej mó­wiąc - cze­mu zgi­nął? Póź­niej­sze prze­słu­cha­nia człon­ków ro­dzi­ny i przy­ja­ciół wy­ka­za­ły, że nie miał kosz­tow­nych hob­by, nie ko­lek­cjo­no­wał zło­tych mo­net ani rzad­kich bry­lan­tów - ni­cze­go, co wy­ma­ga­ło­by ta­kich za­bez­pie­czeń. Poza im­po­nu­ją­cą ko­lek­cją kart z ba­se­bal­li­sta­mi, zgro­ma­dzo­ną w mło­do­ści, nic nie wska­zy­wa­ło na to, by sę­dzia w ogó­le miał skłon­ność do zbie­rac­twa.

Cha­ta była tak głę­bo­ko ukry­ta po­śród wzgórz, że przy­pad­ko­we na­tknię­cie się na nią było nie­mal wy­klu­czo­ne. Ota­czał ją ga­nek, a wo­kół wi­dać było tyl­ko zie­leń i wodę: żad­nych lu­dzi, żad­nych po­jaz­dów, żad­nych do­mów, chat czy szop, żad­nych ło­dzi. Zu­peł­ne od­lu­dzie. Sę­dzia trzy­mał pod gan­kiem ka­jak i łódź wio­sło­wą. Po­dob­no całe go­dzi­ny spę­dzał na je­zio­rze, ło­wiąc ryby, du­ma­jąc i pa­ląc cy­ga­ra.

Nie był sa­mot­ni­kiem ani od­lud­kiem, lecz czło­wie­kiem po­waż­nym i skłon­nym do roz­my­ślań.

Dla agen­tów FBI było ja­sne, że nie mogą li­czyć na żad­nych świad­ków, bo w pro­mie­niu wie­lu ki­lo­me­trów nie było ży­wej du­szy. Cha­ta wy­da­wa­ła się wy­ma­rzo­nym miej­scem dla ko­goś, kto chce do­ko­nać zbrod­ni i znik­nąć, na dłu­go za­nim zo­sta­nie ona od­kry­ta. Od pierw­szej chwi­li po przy­by­ciu na miej­sce śled­czy wie­dzie­li, że już stra­ci­li mnó­stwo cen­ne­go cza­su. A cze­ka­ły ich ko­lej­ne złe no­wi­ny. Nie zna­leź­li ani jed­ne­go od­ci­sku pal­ca, śla­du sto­py albo opo­ny, wło­ska czy włó­kien­ka, któ­re po­słu­ży­ły­by za punkt za­cze­pie­nia. W cha­cie nie było in­sta­la­cji alar­mo­wej ani tym bar­dziej ka­mer. Bo i po co? Do naj­bliż­sze­go po­ste­run­ku po­li­cji było pół go­dzi­ny dro­gi. Na­wet gdy­by po­li­cjant tu tra­fił, co mógł­by zro­bić? Choć­by naj­głup­szy wła­my­wacz już daw­no zdą­żył­by znik­nąć.

Przez trzy dni śled­czy prze­szu­ki­wa­li cha­tę cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, a tak­że szes­na­ście ty­się­cy me­trów kwa­dra­to­wych wo­kół niej, ale ni­cze­go nie zna­leź­li. Mor­der­ca mu­siał być do­kład­ny i ostroż­ny, a to ni­ko­mu nie po­pra­wia­ło hu­mo­ru. Mie­li do czy­nie­nia z kimś zna­ją­cym się na rze­czy - spryt­nym za­bój­cą, któ­ry nie zo­sta­wia śla­dów. Nie było od cze­go za­cząć.

Z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wo­ści w Wa­szyng­to­nie za­czę­ły pły­nąć pierw­sze na­ci­ski i dy­rek­tor FBI po­wo­łał spe­cjal­ną gru­pę śled­czą, któ­ra mia­ła zja­wić się w Ro­ano­ke i pil­nie roz­wi­kłać spra­wę mor­der­stwa sę­dzie­go.

***

Jak było do prze­wi­dze­nia, bru­tal­ne za­mor­do­wa­nie roz­wią­złe­go sę­dzie­go i jego mło­dej przy­ja­ciół­ki sta­ło się wy­ma­rzo­nym te­ma­tem dla me­diów elek­tro­nicz­nych i ta­blo­idów. Gdy trzy dni po zna­le­zie­niu ciał od­był się po­grzeb Na­omi Cla­ry, po­li­cja w Ro­ano­ke mu­sia­ła usta­wić ba­rier­ki, by utrzy­mać tłum re­por­te­rów w przy­zwo­itej od­le­gło­ści od cmen­ta­rza. Pod­czas uro­czy­sto­ści ża­łob­nych Ray­mon­da Faw­cet­ta, któ­re od­by­ły się na­stęp­ne­go dnia w ko­ście­le epi­sko­pal­nym, nad bu­dyn­kiem ko­ścio­ła za­wisł he­li­kop­ter, za­głu­sza­ją­cy mu­zy­kę. W koń­cu szef miej­sco­wej po­li­cji i przy­ja­ciel sę­dzie­go mu­siał wy­słać wła­sny he­li­kop­ter, żeby prze­pę­dził in­tru­za. Pani Faw­cett wraz z dzieć­mi i wnu­ka­mi za­sia­dła w pierw­szym rzę­dzie, ale nie uro­ni­ła ani jed­nej łzy i ani razu nie spoj­rza­ła w stro­nę trum­ny. Na te­mat sę­dzie­go wy­po­wie­dzia­no wie­le cie­płych słów, ale nie­któ­rzy - szcze­gól­nie męż­czyź­ni - za­sta­na­wia­li się, ja­kim cu­dem taki sta­ruch zdo­był taką mło­dą du­pecz­kę.

Kie­dy obo­je już po­cho­wa­no, uwa­gę wszyst­kich znów przy­ku­ło śledz­two. FBI od­ma­wia­ło pu­blicz­nych wy­po­wie­dzi - głów­nie dla­te­go, że nie mie­li nic do po­wie­dze­nia. Ty­dzień po zna­le­zie­niu ciał je­dy­ną po­szla­ką w śledz­twie był ra­port ba­li­stycz­ny, z któ­re­go wy­ni­ka­ło, że do ofiar wy­strze­lo­no czte­ry po­ci­ski z wy­drą­żo­ny­mi czub­ka­mi. Uży­to bro­ni ręcz­nej ka­li­ber.38, jed­nej z mi­lio­nów, któ­ra te­raz pew­nie leży na dnie du­że­go je­zio­ra gdzieś w gó­rach Wir­gi­nii Za­chod­niej.

Prze­ana­li­zo­wa­no też inne mo­ty­wy. W 1979 roku sę­dzie­go Joh­na Wo­oda za­strze­lo­no przed jego wła­snym do­mem w San An­to­nio. Spraw­cą oka­zał się za­wo­do­wy ki­ler wy­na­ję­ty przez po­tęż­ne­go han­dla­rza nar­ko­ty­ków, któ­re­go Wood wła­śnie są­dził i miał wkrót­ce wy­dać wy­rok. Nie­na­wiść sę­dzie­go do ca­łe­go prze­my­słu nar­ko­ty­ko­we­go była po­wszech­nie zna­na, a jego pseu­do­nim John Mak­si­mum mó­wił sam za sie­bie. Śled­czy FBI w Ro­ano­ke prze­wer­to­wa­li do­ku­men­ta­cję wszyst­kich spraw kar­nych i cy­wil­nych z wo­kand sę­dzie­go Faw­cet­ta i spo­rzą­dzi­li krót­ką li­stę po­ten­cjal­nie po­dej­rza­nych, z któ­rych nie­mal wszy­scy byli za­mie­sza­ni w han­del nar­ko­ty­ka­mi.

W 1988 sę­dzia Ri­chard Da­ron­co zo­stał śmier­tel­nie po­strze­lo­ny na po­dwó­rzu swo­je­go domu w Pel­ham, w sta­nie Nowy Jork. Za­bój­cą oka­zał się roz­wście­czo­ny oj­ciec ko­bie­ty, któ­rą sę­dzia Da­ron­co krót­ko przed­tem ska­zał. Męż­czy­zna za­strze­lił sę­dzie­go, po czym po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Śled­czy w Ro­ano­ke przej­rze­li pod tym ką­tem do­ku­men­ta­cję sę­dzie­go Faw­cet­ta i prze­py­ta­li jego urzęd­ni­ków. W są­dach za­wsze tra­fia­ją się sza­leń­cy, któ­rzy wy­stę­pu­ją z nie­do­rzecz­ny­mi rosz­cze­nia­mi. Spo­rzą­dzo­no li­stę ta­kich spraw. Zna­la­zło się na niej kil­ka na­zwisk, ale nikt na­praw­dę po­dej­rza­ny.

W 1989 sę­dzia Ro­bert Smith Van­ce zgi­nął we wła­snym domu w Mo­un­ta­in Bro­ok w Ala­ba­mie, kie­dy otwo­rzył prze­sył­kę z bom­bą. Jego za­bój­ca zo­stał wy­kry­ty i tra­fił do celi śmier­ci, ale nig­dy do koń­ca nie wy­ja­śnio­no mo­ty­wu. Pro­ku­ra­to­rzy uwa­ża­li, że cho­dzi­ło o ze­mstę za nie­daw­ny wy­rok. Gru­pa śled­cza w Ro­ano­ke prze­słu­cha­ła set­ki ad­wo­ka­tów wy­stę­pu­ją­cych w spra­wach, któ­re tra­fi­ły na wo­kan­dę sę­dzie­go Faw­cet­ta, ak­tu­al­nie lub w nie­da­le­kiej prze­szło­ści. Każ­dy ad­wo­kat mie­wa stuk­nię­tych klien­tów lub za­wzię­tych na tyle, by się mścić, i paru ta­kich prze­wi­nę­ło się przez salę sę­dzie­go Faw­cet­ta. Wszyst­kich po ko­lei od­na­le­zio­no, prze­słu­cha­no i skre­ślo­no z li­sty po­dej­rza­nych.

W stycz­niu 2011, mie­siąc przed śmier­cią Faw­cet­ta, sę­dzia John Roll zgi­nął w strze­la­ni­nie w po­bli­żu Tuc­son - tej sa­mej, w któ­rej zra­nio­no człon­ki­nię Kon­gre­su, Ga­briel­le Gif­fords. Sę­dzia Roll zna­lazł się w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wej po­rze, ale nie był ce­lem ata­ku. Oko­licz­no­ści jego śmier­ci w ni­czym nie po­mo­gły śled­czym w Ro­ano­ke.

Z każ­dym mi­ja­ją­cym dniem trop co­raz bar­dziej stygł. Bra­ko­wa­ło na­ocz­nych świad­ków, śla­dów na miej­scu zbrod­ni i po­tknięć mor­der­cy. FBI mia­ło tyl­ko garst­kę bez­u­ży­tecz­nych po­szlak i po­ten­cjal­nych po­dej­rza­nych z wo­kand sę­dzie­go, więc śledz­two co rusz uty­ka­ło w śle­pym za­uł­ku.

Ogło­szo­no na­gro­dę stu ty­się­cy do­la­rów za po­moc w uję­ciu spraw­cy, ale te­le­fo­ny FBI ja­koś się nie roz­dzwo­ni­ły.