Rozdział 1. Droga
Rozdział 1
Droga
JOHNNY WSTAŁ PRZED SIÓDMĄ. Ubrał się i złapał plecak, jeszcze raz
popatrzył na Agnieszkę i dzieciaki, a potem zbiegł z trzeciego piętra,
otworzył z rozmachem drzwi od bloku i wypadł pod błękit zalany ogniem
słońca. Jak kamień wylądował na ławce obok parkingu. Rozwalił się i omiatał leniwym spojrzeniem wieżowce sopockiego blokowiska Brodwino.
Swój kwadrat. Po kilku minutach na końcu ulicy pojawił się czarny
Mitsubishi Lancer. Zahamował obok i przez otwarte okna zagrzmiało AC/DC.
Brunet za kierownicą miał czarny T-Shirt i Ray-Bany Aviatory z brązowymi
szkłami.
-?Jedziesz? -?zapytał, jakby miał wątpliwości.
-?Nie. Zostaję w domu -?odpowiedział ze śmiechem Johnny. Wrzucił plecak
na tylną kanapę i spoczął po prawicy kierowcy, swojego najlepszego
kumpla -?Cygana.
Ruszyli z krótkim piskiem opon. Aleja Grunwaldzka łączącą Sopot z Gdańskiem, jest prosta jak matematyka w zerówce. Bez trudu mogłoby nią
przejechać dziecko bez karty rowerowej. Dalej była siódemka, która dziś
jakby sama wjeżdżała im pod koła. Cygan wolał ją od autostrady, bo
krócej i za darmo. Znów więc patrzyli na te same korale mieścin
dyndające na poskręcanych sznurach kilometrów. Na krajobrazy
prześlizgujące się po szybach. Po AC/DC Johnny puścił Hurtownię. I nagle
jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki muzyczny wehikuł czasu
przeniósł go na melanż do Redy. Zagrzybiony wszedł znów do przedwojennej
willi. Od ścian odbijały się mocne, surowe dźwięki. Tocząca się jak
motocyklowe koło perkusja, transowy bas i zajebisty gitarowy riff. Do
tego nieprawdopodobny wokal. Ten głos był czystą objawioną prawdą!
Psychodeliczny strumień lawy wlał mu się do mózgu i dotarł do duszy.
Czuł, że ta muzyka przypłynęła do niego wprost ze Wszechświata.
Zamurowało go z wrażenia. Przy otwartych tarasowych drzwiach stali na
fajku perkusista Hurtowni Bronek Danat i Nikodem, czyli jej gitarzysta i wokalista. Patrzyli rozbawieni. Grzyby przerobiły ich trochę na żyrafy.
-?Siema Johnny. Co się chłopaku tak przejąłeś? -?zapytał Nikodem -?Cześć
chłopaki. Co to za kapela?
-?Stooges. Pierwsza kapela Iggy Popa. Fajnie grają, nie?
I to był ten moment, w którym Johnny spotkał Boga. Był potem oczywiście
na pierwszym koncercie Boga w Polsce. To było na warszawskim Torwarze.
Tam też znów spotkał Nikodema. Ale spokojnie, po kolei. To był kosmiczny
koncert, także dla Boga, któremu niezapomnianych wrażeń dostarczyli
krajowi fachowcy od nagłośnienia. Otóż chłopaki tak podłączyli kable z prądem, że gdy Iggy Pop w ferworze akcji złapał za barierkę oddzielającą
od publiczności, to w jego ciało wlał się strumień prądu. Bezwzględna
siła elektryczności zakleszczyła go tak, że nie mógł się oderwać i wił
się i trzepotał. Z ratunkiem pospieszył gitarzysta, który skumał, że
szef tym razem nie świruje, a walczy o życie. Iggy wyznał potem, że
wszystkie jego sławne przeloty, kaleczenie się szkłem na scenie i seks z publicznością, to był pryszcz w porównaniu z tym, co mu zafundowano w Warszawie. Po sztuce był tak wykończony, że zjechał szybciutko do
hotelu. Także Iggiego już nie było, ale chłopcy z jego bandu chcieli
bawić się dalej. Byli ciekawi co im pokaże noc na "Dzikim Wschodzie".
W tym momencie do akcji wkracza jeszcze jedna postać. Paweł Latynowski.
Choć odgrywa tylko epizod, ale jest bardzo ważny. Latynoś to dobry
kumpel Nikodema. No i to właśnie Latynoś rzucił pomysł wyjazdu na
imprezę urodzinową do jednego znajomka. Nikodem znał trochę tego gościa
i powiedział od razu: jo, jo, jo! Wspólnie zaproponowali to Amerykanom,
a ci na to, że OK, jedziemy! Zebrała się całkiem spora ekipa i jakieś
dziesięć aut ruszyło do Radości na ulicę Pomologiczną. Bo tak nazywa się
ta ulica. Ten ich znajomy handlował mięsem i drutem. I oto widzimy jak
na stole w ogrodzie piętrzą się góry wędlin i migoczą bezdenne jeziora
wódki. Drutu nigdzie nie widać, ale jest za to siatka, a za nią warczą
bojowo psy. Są oczywiście panie: mama, ciotka, żona i koleżanki.
Panowie? To głównie ukraińscy komandosi. Przyjechali przypilnować spraw
swojego szefa, gospodina, właściciela fabryki drutu na Ukrainie. Noszą
grube karki, łyse glace i ciężkie, złote łańcuchy. Na widok takich cudów
Amerykanie miękną. No bo raczej nie o taką noc im chodziło. Sytuację
ratuje zespół Villusion, który supportował Iggiego na Torwarze. Chłopaki
przyjechali na Pomologiczną furgonetką pełną sprzętu. Wyciągają migiem
perkusję, piecyki i gitary. Rozbrzmiewa huczne "Sto lat!". I jest już
lepiej. Ale to dopiero początek! Bo zaraz ktoś zdejmuje z zawiasów drzwi
od garażu, które następnie lądują pod gruszą. Ktoś, nieważne kto, sypie
na nich grube i długie ścieżki koksu. Nie takiego syfu co teraz. W tamtych czasach samara koki kosztowała w Warszawie 150 PLN i nigdy potem
nie było już w stolicy tak czystego i taniego towaru. Wszyscy rzucają
się do drzwi i po chwili zaczyna się mega impreza. Wacek, gitarzysta
solowy Hurtowni, tańczył na stole, przy którym siedzieli Ukraińcy. A oni
z niewzruszonym spokojem obserwowali jego wyczyny.
Urodziny druciarzo-masarza skończyły się nad ranem. Jakiś czas potem,
gdy Iggy znów był w Polsce, ktoś zapytał go na konferencji prasowej czy
słyszał o tej imprezie. -?Żałuję, że mnie tam nie było! -?odpowiedział z żalem. Po tej imprezie Johnny poszedł spać dopiero następnego dnia
wieczorem. Ale wtedy był młody i mógł się tak bawić. Teraz też jest
dobrze, ale inaczej.
Ma dzieci i żonę. Musi zarabiać na życie i ma odpowiedzialną robotę:
pracuje na dźwigu w stoczni. Poza tym jest po staremu, czyli w weekendy
gra koncerty z Morlokiem, metalową kapelą z Trójmiasta, w której jest
wokalistą i liderem. A teraz patrzy na to, co świat opowiada mu za oknem
i słucha tego jak Hurtownia kończy płytę. Powoli wraca do
teraźniejszości. Jest dobrze. Jadą z Cyganem na upragniony wyjazd w góry! Ale nagle, co to?... Dlaczego auto zaczyna ryczeć jak traktor?
-?Ożesz ty! Tłumik się urwał -?mówi Cygan, zaglądając na poboczu pod
brzuch samochodu. Wloką się dalej z hukiem jak czołg, do pierwszego
lepszego mechanika. Jest we wsi i mają jakieś dziesięć kilometrów. Gość
ma akurat pilną robotę na kanale i dopiero za godzinę spawa im tłumik.
Gdy kończy robi się czternasta. Cygan daje gazu i lecą do Warszawy. A co
do Warszawy, to krótko mówiąc, Johnny nigdy nie przepadał za stolicą. Bo
niby dlaczego miałby przepadać? Miejscowe życie jest za drogie, za
szybkie i zbyt nerwowe dla gościa, który wychował się przy plaży, a nie
na asfaltowej łące wielkiego miasta. Najdłużej to spędził w Warszawie
trzy miesiące. Zadekował się u laski na Grochowie. Była wysoka, zgrabna
i miała fajne czarne włosy.
Poza tym słabość do koksu. Siedzieli wieczorami, albo kręcili się po
mieście. Karmiła go i było im nawet dobrze, ale pewnego dnia poczuł, że
musi natychmiast wracać do kreski horyzontu, dotyku wiatru i szumu fal.
Do tej romantyki. Potem już nigdy nie ruszył się nigdzie na dłużej.
-?Pojedziemy przez centrum -?wypalił nagle Cygan.
-?Ale po co? -?zdziwił się Johnny.
-?Zobaczysz.
-?Ale tak będzie dłużej, men!
-?Mam ochotę na ten kebab przy Marszałkowskiej.
-?No co ty? Jaja sobie robisz? Chcesz jechać przez zatłoczone miasto po
to, żeby zjeść kebab? Pogięło cię?
-?Naprawdę mam ochotę.
-?No dobra, jak sobie chcesz -?machnął ręką Johny.
O w pół do piątej zatrzymali się przy skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. To właśnie tutaj jest kebab, który Cygan pamiętał z dawnych lat. Czyli kwestia sentymentu, bo niekoniecznie smaku. Zamówili
dwa XL-e z kurczaka, w cienkim cieście i na ostro. Cygan zabrał się za
swojego przy stole, a Johnny jedząc wyruszył na rekonesans najbliższej
okolicy. No i od razu wszedł na słup ogłoszeniowy. A to co na nim
zobaczył sprawiło, że przestał jeść i zamarł z papką w ustach. Przed
nosem miał bowiem plakat z napisem:
Anthrax
Kochał te szczęść liter. I patrzył teraz, nie dowierzając własnym oczom.
To nie była fatamorgana, to była rzeczywistość. Ale jakim cudem nie
dowiedział się, że Anthrax i DeviliveD grają pierwszego sierpnia w Stodole? Był w szoku. Tym bardziej, że DeviliveD to byli przecież starzy
kumple Morloka. Najlepszy metalowy skład w stolicy. Jazda bez picu,
bajeru i lukru. Szatany. Johnny zaszokowany wrócił do Cygana, który
nadal siedział na ogrodowym krześle z OBI, które robiło za fotel w krainie kebabu.
-?Cygan, ty weź proszę cię, ale zobacz ten plakat. No chodź...
-?Czemu? -?Cygan dojadał XL-a i już zastanawiał się nad powtórką.
-?Chcesz zobaczyć Anthrax?
-?Wolałbym Metallikę.
Zawsze to samo. Niekończące się dyskusje, co jest lepsze. Guns and
Rosses czy Van Halen, Sex Pistols czy The Clash, Xenna czy Dezerter.
-?Ale dziś jest Anthrax.
-?Przecież przed północą mamy być w Zakopanem.
-?No to będziemy jutro. Jest luz, czy nie?
Na razie Cygan nie odpowiedział, tylko ruszał szczękami. Dwa dni temu
zadzwonił do Domu Turysty w Zakopanem i zarezerwował dla nich spanie.
Jutro mieli ruszyć przez Roztokę do Pięciu Stawów. To był właśnie ten
super plan, który wymyślili kilka miesięcy temu. A koncert? Cygan,
owszem, lubił rocka. Od dziecka słuchali razem AC/DC i Black Sabbath.
Ale prawdę powiedziawszy, to od jakiegoś czasu leciał u niego głównie
rap. Muza, na którą Johnny miał wylane i mówił, że hip hopowa bejera -
czyli dupeczki, drineczki i historie z osiedli -?to fikcja twórczość dla
małolatów. Co innego rock. Rock to jest prawdziwa muzyka!
-?Przed Anthraxem grają moi znajomi. Wejdziemy za darmo -?kusił Cygana.
No, to był jakiś argument, fakt, bo góry -?fajna sprawa, wiadomo, ale
rozrywka to rozrywka. A ten koncert faktycznie zapowiadał się ciekawie.
Cygan wciąż jednak się wahał.
-?No to może rzucimy monetą? -?zaproponował szybko Johnny.
-?Dobra. Orzeł Anthrax, reszka Zakopane.
Johnny podrzucił dwuzłotówkę. Przyklepał i poczekał kilka sekund, żeby
podkręcić napięcie.
-?Anthrax! -?obwieścił triumfalnie. Sprawa była więc jasna. Cygan ruszył
po następny kebab, a Johnny zadzwonił do Różyka. Numer do wokalisty
DeviliveD miał od lat w komórce.
-?No siemano Johnny! Jak jest? -?uradował się król warszawskiego metalu.
Było słychać, że Różyk jest już w klubie, bo w tle grzmiał ciężki i srogi riff.
-?Stoję przy Marszałkowskiej, patrzę na plakat i widzę, że gracie dziś
przed Anthraxem.
-?Dokładnie człowieku, gramy przed Antraxem.
-?Zazdroszczę! Chciałbym przynajmniej to zobaczyć.
-?No to wpadaj, men!
-?Zaproszenie jest ważne dla dwóch osób?
-?Damy radę! Przyjedź zaraz do klubu i zadzwoń. Git?
-?Git!
Johnny rozłączył się i odwrócił do Cygana.
-?Mamy wjazd.
-?No to będziemy w Zakopanem jutro po południu.
-?Spokojnie. Tatry nam nie uciekną.
Teraz przyszedł czas na to, aby wyjawić pewien sekret. Otóż Cygan
przyjechał w to miejsce z pewnego powodu. Pamiętał o czymś, o czym
Johnny najwyraźniej zapomniał. Wsiedli w furę o 16.55 i zawrócili przy
Królewskiej, a potem Marszałkowską potoczyli się w stronę Ronda
Dmowskiego. Tam drogę zagrodził im tłum.
-?Oż ty! Dziś jest rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego! -
przypomniał sobie Johnny.
-?I właśnie dlatego tu jesteśmy -?Cygan pokiwał głową. Nagle jak na
komendę wybuchła godzina "W". Zawyły syreny, do ich zawodzenia
przyłączyła się pospiesznie kakofonia klaksonów. Silniki umilkły. Ludzie
wyszli z aut i stanęli na baczność. Zrobiło się szalenie uroczyście.
Cygan i Johnny oczywiście stanęli tak samo. Zgromadzenie na Rondzie
Dmowskiego odpaliło czerwone race i zrobiło się jak w barszczu. Świat
zasnuł intensywnie patriotyczny dym. Powietrze zrobiło się ciężkie od
emocji i uczuć, a lepkie i gorzkie od wspomnień. Ta mieszanka mocno
uderzała do głowy.
-?Jest konkret, nie? -?powiedział Cygan.
-?No jo. Mega konkret.
Po długim unisono syreny miękko zeszły z tonu i rozpłynęły się w powietrzu. Zmęczone trąbieniem klaksony ucichły z ulgą. Opadła cisza.
Przez moment można było wyobrazić sobie świat przyszłości, w którym
wszystkie fury będą miały napęd na prąd. Ale rzeczywistość wróciła
hałaśliwie pod skrzydła naftowych korporacji. Ulica stała dalej, bo na
rondzie nadal płonęły race i łopotały flagi, młodzi mężczyźni krzyczeli,
że są gotowi umrzeć za Polskę. Kiedy skończyli wszystko ruszyło. Cygan i Johnny pojechali w stronę Stodoły. Johnny grał tu kilka razy i wywiózł
dobre wspomnienia. Ucieszył się więc na widok długiego budynku
prezentującego się jak pomarańczowe pudełko tanich czekoladek. Na
frontonie wisiał rząd afiszy ze zdjęciami i nazwami zespołów, które
miały zagrać. Był klimat. Zaparkowali auto i Johnny zadzwonił do Różyka,
który odebrał po kilku sygnałach. Wyszedł po chwili. Miał długie czarne
włosy, czarny garnitur i czarną koszulę. Na nosie czarne, rogowe
okulary. Pierścienie, bransoletki, kolczyki, wszystko co trzeba. Znali
się z Johnnym dwadzieścia lat i Johnny był pewien, że ten gość
przetrwałby wszystko. Powstanie Warszawskie też, grzejąc przy okazji
speeda. Padli sobie w ramiona.
-?Jak jest? -?zapytał Różyk.
-?Git -?Johnny uśmiechnął się.
-?Git? -?upewnił się Różyk.
-?Git.
Dwie gwiazdy rocka. Z tym, że Różyk był jednak tą większą.
-?Czyli dasz radę wprowadzić Cygana? -?Johnny skinął brodą na
przyjaciela. Cygan z Różykiem znali się też nie od wczoraj. Z tym, że
była to znajomość dość luźna, imprezowa można powiedzieć. Przybili więc
tylko piątki.
-?No pewnie. Ty Johnny wejdziesz teraz, a Cygan przed samym koncertem
wjedzie przez tylne wejście. Czyli bądź tu Cyganie za dwie godziny, OK?
-?zwrócił się do Różyka.
-?Jo. Za dwie godziny.
Tak oto Cygan miał dwie godziny na solową przelotkę. Wiedział dobrze jak
wykorzysta ten czas. Skierował się z powrotem do Centrum i po niedługim
czasie zaparkował przed Między Nami. Knajpie, którą odwiedzał
obowiązkowo, gdy tylko pojawiał się w Warszawie. Miał sentyment do tego
miejsca. Wpadał tu w czasach, gdy stolica była klubową pustynią, a Między Nami oazą, w której krzyżowały się ścieżki ludzi z klimatów
muzycznych, filmowych i marketingowych. Teraz gdy on, pragnąc odświeżyć
wspomnienia, dobijał do Między, Johnny i Różyk buszowali już w najlepsze
po Stodole i właśnie wchodzili do niewielkiej sali, w której na co dzień
ćwiczyli tancerze. Takiej z gładkim parkietem i dużymi lustrami na
ścianach. Dziś była tu garderoba DeviliveD i widać było sporo znajomych
twarzy. Ogólnie rockmeni, gdy zbiorą się razem, to lubią pogadać o kapelkach, gitarkach, koncercikach, imprezkach, laseczkach, motorkach i kasiorce. Są też rockmenki. Laski w skórzanych spodniach z włosami do
tyłka. One mają swoje sprawy. Wejście Johnnego zostało natychmiast
zauważone. Zobaczył błyski spojrzeń. Nie robiło to nami specjalnego
wrażenia. Był przyzwyczajony. Stanął i czekał aż ktoś podejdzie i zaczną
się rozmowy. Ale nagle ktoś przeszedł, ktoś się poruszył i Johnny
dostrzegł, że po drugiej stronie salki stoi nieznana mu laska. Taka, że
aż się zdziwił. Naprawdę pełen konkret. Żadna tam kolejna atrakcyjna
panna, jakie mija się idąc miastem w słoneczny dzień. To była zadra,
która wchodzi w mózg i zostaje tam na dłużej. Ona też się spojrzała i tak po raz pierwszy się zobaczyli. A raczej zderzyli źrenicami, rzęsami
i mózgami. Poczuli to mocno. Była wysoką blondynką, szatańsko zgrabną i ubraną w czerń. W jeansy rurki, Conversy i T-Shirt Black Sabbath.
Poczuł, że świata zaczyna drżeć i robi się jakoś dziwnie. I nagle jak
królik z cylindra wyskoczył Różyk. Podał puszkę Heinekena i puścił
oczko.
-?To Agnieszka -?powiedział cicho.
-?Tak jak moja żona.
-?No widzisz. Przyszła z dziewczyną naszego basisty. Chodź do niej.
-?Po co? -?zapytał z dziwnym drżeniem głosu.
-?Po nic. Po to, co zwykle. No chodź.
Podeszli. Spojrzała na Johnnego z zaciekawieniem. Z bliska wyglądała
jeszcze ostrzej.
-?Moja droga. To mój friend -?zaczął dwornie Różyk. -?Absolutnie
wyjątkowy cat, Johnny. Wokalista Morloka, najlepszego metalowego bandu z Trójmiasta. Zostawiam was samych.
Zrobił paradny ukłon i się ulotnił. Jak kamfora albo pieniądze. Patrzyli
na siebie i aż huczało od tych iskier, co to nigdy ich nie widać, ale
walą tak, że oczy bolą. Bez wątpienia nie była to laska dla
romantycznego poety, raczej dla fana myśli Nietzschego. W jej oczach
grała Nirvana, a na ustach Sex Pistols.
-?Co tam? -?zapytał w końcu.
-?Nic.
-?Kompletnie nic?
-?Mniej niż zero.
-?Jak ja kocham ten numer.
-?Lubisz Lady Pank? -?spojrzała z niedowierzaniem.
Rozłożył przepraszająco ręce.
-?Jestem prostym człowiekiem. Pracuję w stoczni. Na dźwigu robię.
-?Naprawdę? -?zaśmiała się.
-?Jo.
-?Fajny jesteś, wiesz? -?zmrużyła oczy.
A potem uśmiechnęła się tym uśmiechem, który potrafi zniszczyć człowieka
tak jak krążek hokejowy nos lub oko. Nic potem już nie jest takie samo.
-?Lubisz to? -?rzuciła.
-?Dzięki mojej pracy mam codziennie super widok na horyzont. Chyba, że
są chmury. Lubisz morze?
-?A kto nie lubi?
-?Niektórzy wolą góry.
-?Pierdolić góry.
-?A my właśnie jedziemy teraz z kumplem w góry. Chcemy się przejść po
Orlej Perci. Wiesz co to?
-?Nie wiem. A powinnam?
Bez powodu musnęła go koniuszkiem palca po ramieniu, a on poczuł się jak
Zorro, pod którym koń stanął dęba. Jak węgorz wyjęty z pułapki.
-?Mam dziwne uczucie -?powiedział jakby do siebie.
-?To feromony -?oblizała wargi. I już było pozamiatane. Libido ruszyło
jak zwariowana karuzela. Mózg zaczął żyć swoim życiem. Tak jak umysł
ćpuna, któremu ktoś przed nosem zamachał towarem.
A teraz wróćmy do Cygana. Wszedł właśnie do klubowego ogródka przed
Między Nami i usiadł przy wolnym stole. Gdy podszedł kelner, zamówił sok
pomarańczowy. Popijał z przyjemnością małymi łyczkami, przyglądając się
dyskretnie klientom.
Obok, honorowe miejsca zajmowało trzech weteranów. Nosili dostojne
twarze wypłukane hektolitrami gorzały, uwędzone milionami milionów fajek
i zasypane taśmociągami wydmuchanego proszku. Kilka stolików dalej
czatowała pięćdziesięcioletnia kobieta w typie artystki, która coś tam
maluje, coś rzeźbi i dorabia sobie Tarotem. Ciotka rewolucji, krótko
mówiąc. Kiedyś Cygan poznał malarkę, która po dwóch szybkich wódkach
wyznała, że przestała układać Tarota po tym, jak na jej plechach rano
pojawiały się krwawe ślady. Wyglądały tak, jakby coś we śnie rozorało
jej skórę pazurami. Sama przecież tego nie zrobiła. Cygan ogólnie nie
lubił wróżb. Wróżyły mu wyłącznie Cyganki, i to tylko, gdy był mały, bo
potem już nigdy nie chciał.
Dokończył sok i ruszył Chmielną do Nowego Światu. Z daleka zobaczył
mężczyznę, który zbliżał się drobnymi krokami. Niczym kot. Cały na
czarno. Był ubrany w mespadryle, rurki, koszulę, rękawiczki i kapelusz.
Zatrzymał się przed Cyganem, który wiedział dobrze z kim ma do
czynienia. To był Czarny Roman. Legenda warszawskiej ulicy. Kiedyś,
dawno temu Cygan zobaczył go na Muranowie. Dreptał w czarnych
skarpetkach i był jak wampir otulony przed słońcem w płaszcz nocy.
Mamrotał swoje zaklęcia i wbijał w rzeczywistość oczami szpilki. Cygan
dowiedział się potem, że Roman tak naprawdę nazywa się Jan Polkowski i przed laty był dobrze prosperującym cinkciarzem. Obracał walutą i ubierał się elegancko. Miał w tamtych czasach na ulicy szacun, bo ludzie
najzwyczajniej w świecie bali się, widząc, że jest "jakiś inny".
Najpierw uciekła od niego żona. Zniknęła z całą kasą. A potem dostał
straszny łomot. I to był koniec. Odpuścił sobie prozę życia i przeniósł
się do poezji mroku.
-?Dzień dobry panie Romanie -?przywitał się grzecznie Cygan.
-?Powróżyć ci? Powiem ci, kiedy umrzesz. -?Roman spojrzał mu prosto w oczy, aż Cygana troszkę obleciał strach.
-?E nie. Nie chcę tego wiedzieć. Nie lubię wróżb.
-?Nie bój się, nie umrzesz jutro.
-?Skąd pan to wie?
-?Arcy Kurwa Morderca jeszcze cię nie widzi.
-?Całe szczęście.
-?Uciekaj stąd. -?Roman pochylił się tak, że Cygan poczuł na twarzy jego
gorzki oddech.
-?Dlaczego?
-?Leci skała na Warszawę. Ma zamordować milion dwieście tysięcy ludzi.
-?Jaka skała?
-?Niebo zostało zajęte przez Arcy Kurwę Mordercę. W niebie został
wywołany przez niego kataklizm.
-?A o tym skąd pan wie?
-?Jestem świadomością nieśmiertelności mordu. Świadomość ta jest
najmocniejszą prawdą nieba.
-?Czy jest jakiś ratunek?
-?Trzeba rozkodować Arcy Kurwę Mordercę.
-?Jak?
-?Należy natychmiast doprowadzić śledczą Młynarską. To najmocniejsza
śledcza z pokoju trzeciego piętra komendy Warszawa Wilcza 21. Sekcja
przeciwko życiu. Dopiero rozkodowanie uświadomi wam, kto to jest Arcy
Kurwa Morderca. Uratuje milion dwieście tysięcy ludzi -?syczał Roman.
Cygan wypuścił głośno powietrze. Trochę go to wszystko przytłoczyło.
-?Uważaj na siebie -?pożegnał go człowiek-nietoperz i pofrunął w Chmielną.
Cygan doszedł powoli do Nowego Światu. Zjadł jeszcze loda i zawrócił.
Koncert zaczynał się za niecałą godzinę. Wsiadł w auto i niespiesznie
pojechał w stronę Mokotowa. Przed Stodołą stali nadal fani metalowego
grania. Jeszcze jadąc, zadzwonił do Johnnego.
-?Podejdź pod drzwi z tyłu budynku -?usłyszał głos przyjaciela.
Tak stanął przed masywną, agresywną płytą, która otworzyła się tak jakby
czekała na jego przyjście. Zobaczył Różyka i Johnnego.
-?W porządku, loco? -?spytał Różyk.
-?Na maksa! -?Cygan zrobił krok i energia koncertu wessała go do środka.
Rozdział 2. Na scenie
Rozdział 2
Na scenie
POSZLI PROSTO NA GÓRĘ. DeviliveD szykował się do akcji. Jak żołnierze z rockowych sił specjalnych. Przeciwnik został przybity do ziemi
huraganowym ogniem dział, które od dziesięciu minut strzelały Slayerem.
I teraz wszyscy szykowali się na krwawą łaźnię. Nikt nie miał złudzeń.
Nadchodziła metalowa maszynka do mięsa!
Trzeba zaznaczyć, że DeviliveD był składem z mocną historią. Z pierwszego line-up'u przeżyli tylko Różyk i perkusista Borsuk. Basista i gitarzysta od dawna grali pod ziemią. Albo "po tamtej stronie", jak to
piszą na Facebooku ludzie, którzy wierzą, że jest świat duchów, w którym
spotkają się ze wszystkimi, na których im zależy. Basista wyparował.
Grzał zawodowo herę i snuł się po Dworcu Centralnym, podpierając swym
udręczonym życiem szare ściany. Kiedyś, gdy był na straszliwym skręcie,
rzucił się do taryfy, żeby wyrwać radio. Taksówkarze pobili go tak, że
coś mu trzasło. Z czasem od ćpania zmalał o kilka centymetrów i Johnny
był w szoku, gdy spotkali się po kilku latach na jakimś pogrzebie.
Papież polskiej gitary basowej, bo tak go nazywali, sam produkował w tamtym czasach kompot. Miał melinę na Szmulkach, a w niej dwa duże
kotły. Na nadgarstkach pielęgniarka zainstalowała mu wenflony, w które
co kilka godzin wpuszczał świeży towar. Wpadł w końcu, jak prawie każdy
w tym biznesie i poszedł siedzieć. Wyszedł odkarmiony i wypoczęty, a potem znów zaczął produkcję. Tym razem w malutkim domku na
przedmieściach. Przerobili mu go na fortecę, a towar podawał wyłącznie
dilerom -?przez mały otwór w ścianie. Ponieważ był tam praktycznie
zamurowany, policja musiała użyć dźwigu do zerwania dachu. Kiedy go
wyjmowali ze środka, z domku buchał ogień, bo chcąc zatrzeć ślady,
wzniecił pożar. Znów posiedział i wyszedł. A potem się rozpłynął.
Pewnego dnia na podłodze mieszkania, w którym był widziany po raz
ostatni, znaleziono dziwną śmierdzącą galaretę i resztki ciuchów.
Wyglądało to tak, jakby ktoś rozpuścił go w kwasie. Tyle o basiście.
Pierwszy gitarzysta DeviliveD robił jedne z najlepszych riffów w Polsce.
Umarł, gdy zapakowany amfą wypił złą wódkę od Ruskich. Odszedł z pianą
na ustach.
Johnny kochał tamten skład. Potem też było dobrze, bo DeviliveD nagrał
pięć równych albumów, po mistrzowsku zszywając death metal i hard rocka.
Różyk na płytach śpiewał po angielsku, a na koncertach w kraju po
polsku. Kariera zażarła im tak, że jeździli na trasy do Stanów i Japonii. Dziś grali, jakby jutro miało się wszystko skończyć. Jakby cały
kosmos miał spłynąć z kupą w kiblu. Byli tak zakolegowani, że Johnny
znał teksty wielu ich numerów.
Różyk, który wiedział o tym doskonale, nagle krzyknął do mikrofonu:
-?Hej ludzie, jest tu Johnny z Morloka. Chcecie, żeby Johnny, zaśpiewał
z nami?
Johnny stał po prostu z boku sceny i patrzył jak grają. Nagle wszyscy
zaczęli się na niego patrzeć. Podrapał się po głowie.
-?Go, Johnny Go! -?krzyknął Różyk. Był rozebrany do pasa i ociekał
potem. U jego stóp drgały rozpalone do białości ciała. Pływały w metalu,
który bezlitośnie spuścili ze sceny. Johnny poczuł mrowienie w mózgu.
Przez ciało przeleciał mu dreszcz. Podszedł do drugiego mikrofonu, tego
przez który gitarzysta śpiewał chórki. Spojrzał przed siebie. Sala była
jak plac szczelnie wybrukowany głowami.
-?Cześć ludzie, jestem Johnny. Znacie mnie?
Głowy odpowiedziały krzykiem.
-?A ty znasz "Niebo"? -?zapytał Różyk.
-?No pewnie. Kto nie zna? -?wzruszył ramionami Johnny.
-?No to "Nieboooo"! -?krzyknął Różyk.
Publiczność odpowiedziała histerycznie. To była ballada, ogólnopolski
wręcz hit letnich metalowych plenerów. Historia o tym, jak chłopak
zakochał się w dziewczynie, zaczęli ze sobą być i on nauczył ją jeździć
motocyklem. Potem się odkochał i odszedł, a ona zginęła na skrzyżowaniu
pod ciężarówką. Historia oparta na faktach. Tak zginęła koleżanka
Różyka. Johnny wiedział o tym doskonale. Objął dłońmi mikrofon. To był
jego klucz do królestwa piekła i nieba. To, co przeżywał, można było
porównać tylko z uczuciem, które pojawia się na moment przed
nieoczekiwanym, zajebistym seksem. Albo gdy jesteś gwiazdą futbolu i za
chwilę strzelisz karnego. Ale tak poza tym, to było tak jak zwykle,
czyli od ludzi jebało totalnie potem. Ruszyli. Różyk zaśpiewał kilka
pierwszych linijek, a on dołączył w połowie zwrotki. Ich głosy spotykały
się i sklejały. Śpiewali mistrzowsko. W zaskakujących niekiedy
interwałach. Znów poczuł dreszcz biegnący po skórze.
Miłość tak mocna jak śmierć
Fałszywy podarunek losu
Przeklęta przez bogów
Bez szans na nowe rozdanie
Nad grobem czarna ceremonia
Odtrącone przeprosiny
Została wieczność i tajemnica
Bezsilny płacz i wypalone znicze
Umarłe kwiaty wskażą ci drogę.
Numer zszedł jak lawina. Gdy wybrzmiał, wykonali niedźwiedzia. Gruchnęły
brawa. Johnny ukłonił się nisko i zszedł na bok. Prosto na Agnieszkę.
Wyglądała jak aktualna Miss mokrych nocy szesnastolatka. Złapała go za
ręce.
-?To było zajebiste! Nagrałam! Wrzucić na YouTuba?
-?Wrzucaj!
Był totalnie naładowany adrenaliną, a na jej widok wystrzeliły mu
guziki. Zamienił się w ptaka, który uciekł z klatki i jak szalony
rozbija się po mieszkaniu. Oszołomiony lotem zapomina o najbliższych
centymetrach. Byle dalej!
Tymczasem DeviliveD łoił kolejny numer. Stanęli więc razem i patrzyli
jak Różyk posyła publikę na deski. Cygan też patrzył, ale nie na kapelę,
a na Johnnego i Agnieszkę. Od zawsze mu tego zazdrościł. Tych lasek na
plaży, które leciały, gdy tylko zaśpiewał i zagrał na gitarze. Zawsze
pojawiała się chętna. Zawsze! Co najmniej jedna. A on, żeby coś wyrwać,
musiał świrować i tańczyć. No ale nie każdy rodzi się artystą.
Różyk skończył swój show i zaczęła się przerwa. Techniczni zainstalowali
graty Anthraxa. A DeviliveD w garderobie czynił honory. Każdy chciał się
załapać na blask gwiazd rocka.
-?Zobacz, już jest ponad sto odsłon! -?Agnieszka pokazała ekran
smartfona. To była kropka nad "i". Weszła mu ostro heroina Internetu.
Przypadkowy rzut monetą utorował drogę do szczęścia. Do przygody, od
której mózg zakipiał dopaminą.
I wtedy zaczął grać Anthrax. Ruszył metalowy walec. Prosto z Nowego
Jorku. Tak jakby chcieli przewrócić świat. Spadły najcięższe riffy. A Johnny od tego wszystkiego kompletnie odleciał, wbiegł na scenę i rzucił
się w morze głów i rąk. To był stagediving! Od dawna tego nie wykonał.
Kiedyś, dawno temu skoczył tak na swoim koncercie, ale ludzie się
rozstąpili i potłukł się koszmarnie. Dziś tłum go złapał i zaczął płynąć
nad głowami. Unosił się na plecach, to była magia. Po chwili łagodnie
wylądował gdzieś z boku.
I nagle obok wylądowała Agnieszka, bo też skoczyła za nim ze sceny!
Zaczęła tańczyć. Wariowali tak, jakby chcieli rozwalić sobie odcinek
szyjny kręgosłupa. Czyli zrobić whiplash.
Anthrax na bis zagrał ultra ciężkie "Keep it in the Family" i melodyjne
"Only". Gdy rockowy pociąg stanął, pojawił się Różyk, a w sekundę po nim
Cygan.
-?Jest impreza u Latynosia, jedziecie z nami? -?zapytał Różyk.
Johnny spojrzał na Cygana. A ten kiwnął głową. Było już za późno na rajd
przez Polskę. Teoretycznie mogli wsiąść w furę i powalczyć tak, żeby o czwartej nad ranem być w Zakopanem. Ale po co? Przecież są dziewczyny.
Przecież jest impreza. Obaj znali Latynosia i wiedzieli, że będzie
bardzo dobrze.
Agnieszka pojechała z nimi. Gdy wjeżdżali w niewielką uliczkę na Sadybie
w zimnym brzasku gazowych latarni Johnny przeczytał na niebieskiej
tabliczce -?Sosnowa. Auta zaparkowały ciasno przed niewielkim, starym
bliźniakiem. To była chata Latynosia.
Rozdział 3. Spacer po towar
Rozdział 3
Spacer po towar
KOMU WINA, KOMU DYMA? -?krzyknął Różyk, gdy wszyscy byli już w środku.
Polała się whisky, popłynęło czerwone wino. W powietrzu zawisł słodki
zapach gandzi i zaczęły się tańce. Cygan szybko wyhaczył młodą, zgrabną
brunetkę, a Johnny wirował z Agnieszką. Popijali z gwinta wino i ani się
obejrzeli, a byli już elegancko zrobieni.
-?Wyprostujemy się? -?zapytała.
-?A mamy czym?
-?Chłopaki ciągną w piwnicy.
Skinął ochoczo głową i zeszli po wąskich schodkach. Za stołem siedział
Heniek, czołowy warszawski diler gandzi. Wysoki, wyluzowany, długowłosy
gość. Miał z pięć dyszek, a dilował pewnie ze dwie. Zaczął kręcić ten
biznes zaraz po upadku komuny. W czasach, w których załoga bawiła się
tylko w jednym lilipucim barze na tyłach kina Moskwa. Johnny był tam
kilka razy. Nazywało się to A&P, ale wszyscy mówili Pub Moskwa.
W środku było jak w amsterdamskim coffee shopie, w którym ktoś rozlał
kanister z LSD. Bar po kilku latach się rozleciał, bo jazda była za
ostra. Nawet jak na wariacki początek lat dziewięćdziesiątych.
Johnny poznał Heńka przy okazji swoich pobytów w stolicy i kilka razy
nawet kupił od niego zioło. Kiedyś na przykład zadzwonił i umówili się
na Rakowieckiej. Heniek podjechał z rykiem na Harleyu, wyjął z bagażnika
butelkę wina i pociągnął słusznie z gwinta. Sprzedał mu dobrą trawę i odjechał. Z rykiem.
-?Kopę lat! -?ucieszył się Heniek.
-?Cześć, men! -?przywitał go Johnny.
Jeden z obecnych przy stole powrócił do opowieści, którą przerwało
pojawienie się Agnieszki i Johnnego.
-?Miałem czterdzieste urodziny, byłem w Ełku, no i były akurat Dni
Miasta. Chłopaki dali mi w samochodzie wielką kreskę. Gdy ją wciągnąłem,
wzięli mnie pod pachy i zaprowadzili prosto do balonu, bo był tam akurat
balon. Wsadzili mnie do kosza, facet dał w palnik i odlecieliśmy. Jak
byliśmy już jakieś dwieście metrów nad ziemią, usłyszałem, że przez
mikrofon na scenie nawija akurat mój kolega. "Proszę państwa, a teraz
składamy życzenia urodzinowe naszemu koledze Tomaszowi. Jest w balonie
nad nami. Wszystkiego najlepszego Tomku!!! Sto lat, sto lat...!". I patrzę, a cały tłum mi śpiewa! Ha, ha, ha!
Wszyscy zachichotali.
-?Panowie, a poczęstujecie nas? -?zapytała Agnieszka.
-?Jasne. Kto by takiej odmówił!
Heniek sięgnął po talerz, na którym były rozsypane gotowe kreski. Podał
Agnieszce zwinięty w rulonik banknot stuzłotowy i zaśpiewał pod nosem:
Przyjechali na Żurawią pasterze
Rozsypali dzieciąteczku na lustrze
Chwała na wysokości, chwała na wysokości
A towar do nosa.
Wybuchł rechot. Wszyscy tu kumali czaczę i wiedzieli, o czym jest ta
piosenka. W starych, dobrych czasach przy Żurawiej była pizzeria Da
Angelio. Urzędował tam pan Śliwka. Oficjalnie ochroniarz, a w rzeczywistości pierwszoligowy diler koksu. Sprzedawał znajomym, ludziom
z półświatka i z polecenia. Jego koks był zajebiście czysty. Było
minęło. Od dawna nie ma już ani tej pizzerii, ani Śliwki. Teraz towar
jest mocno przyżeniony, ale gdy ktoś ma kontakt, to nadal może kupić
proszek, który jest kokainą nie tylko z nazwy. Tak jak ten materiał na
talerzyku.
Agnieszka jednym sniffem wciągnęła grubą jak dżdżownica kreskę.
-?Oż ty! Profesjonalistka! -?Heniek aż cmoknął z zachwytu.
Johnny uśmiechnął się pod nosem. Lubił te załoganckie powiedzonka: "Oż
ty żilgas!", "Kunglans!", "Szlusdrax!". Wziął rulonik i włożył całe
serce i płuca w to, żeby wypaść nie gorzej. Dał radę. Ścisnął palcami
dziurki w nosie i wciągnął powietrze, żeby towar wszedł głębiej.
Owszem. Lubił koks. I miał z nim różne historie. Osiem lat temu zagrali
z Morlokiem na miejskiej imprezie w Gdańsku. Gwiazdą wieczoru był
ściągnięty z Lublina Bajm. Beata Kozidrak wyła tak, jakby chciała
udowodnić, że ma emisję nie gorszą od Bruce'a Dickinsona z Iron Maiden.
Co oczywiście nie wchodzi w grę. Morlok zagrał swój set wcześniej. Dali
czadu a potem Johnny kręcił się i gadał z ludźmi. Wypił kilka piw,
spalił z kimś jointa i w końcu spotkał znajomka z Gdyni. Konkretnie
Budzisza, czyli takiego jednego koleżkę, który balangował z muzykami.
Był obrotnym cwaniaczkiem, który wiedział, jak i gdzie podczepić się pod
hajs. Gość nie miał frikowego wyglądu i na luzie można go było wziąć za
typa z jakiejś poważnej firmy. Przynajmniej do momentu, gdy okazywało
się, że Budzisz jest koksiarzem wyczynowcem. Należy dodać, że historia,
o której mowa, rozgrywała się w czasach, gdy proszku nie dmuchali
jeszcze dyrektorzy i aktorzy, politycy i prezesi rad nadzorczych. Koks
był towarem gangsterów i ludzi z branży muzycznej.
Budzisz zaproponował Johnnemu nosa, a ten zgodził się z radością. Nie
miał dzieci, nie pracował w stoczni na dźwigu i chętnie wciągał kreski
wysypywane na talerzykach, pudełkach od kompaktów czy na stole. Warto
dodać, że sam kupił koks ledwie kilka razy, bo jako gwiazda był
częstowany, co było jednym z plusów tej roboty. Tym razem trafił na
speedway. Budzisz miał dużą torbę i sypał co chwila. Siedzieli na
przednich fotelach jego fury i ściągali z pudełka kompaktu pierwszej
Nirvany. Towar był mocny jak cholera. W niewiele ponad godzinę wykonali
osiem kresek i tak się zapakowali, że włosy prawie stanęły im dęba.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki