Więzień z trzeciej celi - Gene Edwards

Kup ebooka

26.90 zł
22.33 zł (20,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

- Dowódco, przybył nowy więzień!

- Czy te pogłoski są prawdziwe? - spytał Proteusz.

Żołnierz wręczył mu bez słowa zwój papirusu.

"Herod postradał rozum. Gotów jeszcze okazać się takim samym szaleńcem jak jego ojciec".

- Uwięzienie tego człowieka - ciągnął dalej - może spowodować wybuch rewolucji. Prosty lud jest wzburzony.

- Panie, wybacz, ale muszę coś powiedzieć. Nie podoba mi się to wszystko - wtrącił drżącym z emocji głosem jeden ze strażników.

- Nie chcę go tutaj. Nie chcę jego krwi na moich rękach. Boję się tego człowieka, słyszałem go kiedyś na pustyni. Boję się tego, co Bóg może nam uczynić, jeśli go uwięzimy.

- Wykonuj swe obowiązki, żołnierzu. Przygotuj celę.

- Tylko jedna jest pusta, panie.

- A więc ją przygotuj.

- Nie ma tam nic do przygotowywania. To trzecia cela.

- Ta dziura? Do niej wtrącimy świętego męża Bożego?

- Panie, jest coś, co bardzo mi się w tym wszystkim nie podoba.

- Co takiego, żołnierzu?

- Obawiam się tego, czego będziemy musieli wysłuchać od dwóch pozostałych więźniów, gdy odkryją, kto zajmuje trzecią celę.

- Nie powiem, żebym się z tobą nie zgadzał - przytaknął Proteusz.

W tej samej chwili drzwi u szczytu schodów otwarły się na oścież. W świetle można było zobaczyć sylwetki dwóch żołnierzy i jakiegoś więźnia.

Ciekawe, jak długo Herod pozwoli mu żyć - pomyślał sobie dowódca.

Rozdział 1

Elżbieta otworzyła drzwi, aby powitać młodego krewnego przybywającego z Betlejem.

- Mam dla was pilną przesyłkę od Józefa i Marii.

- Wejdź - odparła.

W tej samej chwili do izby wszedł Zachariasz z małym, trzyletnim chłopcem w ramionach.

- Mam list i paczuszkę od Józefa i Marii.

- Przeczytaj, proszę - powiedziała Elżbieta. - Moje oczy od dawna już nie są w stanie odczytać tak drobnych liter.

Młodzieniec złamał woskową pieczęć na małym zwoju, odchrząknął i zaczął czytać:

"Dziwne rzeczy ostatnio wydarzyły się w naszym życiu, równie niezwykłe jak te, które doprowadziły do narodzin naszego syna i waszego. Wczoraj odwiedziło nas trzech babilońskich astrologów. Potem, ostatniej nocy, Józef miał sen, bardzo niepokojący. W tym śnie naszemu synowi groziło poważne niebezpieczeństwo ze strony tego potwora, Heroda. Jeszcze dziś opuszczamy Betlejem. Wybieramy się do Egiptu i pozostaniemy tam, dopóki to straszliwe niebezpieczeństwo - cokolwiek by to było - nie minie.

Jednak nie tylko nasz syn jest w niebezpieczeństwie. Obawiamy się także o Jana. Być może zagrożone są wszystkie pierworodne dzieci w Judei. Elżbieto, błagamy ciebie i Zachariasza, opuśćcie natychmiast Judeę. Udajcie się, dokąd chcecie, ale najbliższą bezpieczną kryjówkę znajdziecie na pustyni. Wraz z listem przesyłamy wam paczuszkę. Jeśli tego nie wyjaśnię, będziecie się zawsze zastanawiać, skąd biedny cieśla i jego żona mają złoto. Babilońscy astrologowie ofiarowali nam kilka darów. Wśród nich była skrzynka złotych monet. Dzielimy się nimi z wami. Proszę, w imię Boga, opuśćcie Judeę jeszcze dziś. Jutro może być za późno. Spróbujemy was znaleźć, gdy - mam nadzieję - w lepszym czasie wrócimy z Egiptu".

List był podpisany przez Józefa i Marię.

Wraz z nim młody człowiek wręczył Zachariaszowi niewielką skórzaną sakiewkę, którą ten pospiesznie otworzył. W sakiewce było kilka złotych monet. Przez chwilę nikt nie wypowiedział ani słowa.

Wreszcie Elżbieta, nie zwracając uwagi na podarunek, przerwała milczenie:

- Nie jestem zaskoczona wieściami o Herodzie. Ten wróg Boga zdolny jest to uczynić. Musimy natychmiast wyjechać.

Zachariasz ponownie zwrócił się do młodego posłańca: - Idź i nie mów o tym nikomu.

Po tych prostych słowach młodzieniec skinął z szacunkiem głową i wyszedł.

- Masz rację, Elżbieto. Musimy natychmiast udać się na pustynię.

- Jak zdołamy tam przeżyć? Jeśli chcemy być całkowicie bezpieczni, musimy iść daleko w głąb pustyni. Czy ktoś jest w stanie tam wytrzymać?

- Elżbieto, będzie to dla nas wszystkich trudne, najoględniej mówiąc. A jednak esseńczycy jakoś tam żyją. Mają rodziny, dzieci, a nawet domy. Nasz syn przeżyje. - Zachariasz zaśmiał się cicho. - A może i my jakoś przetrwamy, choćby przez krótki czas.

Rozdział 2

Huczał straszliwy wiatr. Panował większy upał, niż Zachariasz i Elżbieta mogli sobie kiedykolwiek wyobrażać. Ściany wąwozu były rozpalone jak piec. Nawet lotny piasek parzył twarz, jak gdyby usiłował zniszczyć wszystko, co śmiało wedrzeć się do wnętrza tego żywego pieca. Wody było mało, żywności nie mieli w ogóle. Zachariasz kilkakrotnie zasłabł w morderczym upale.

Wreszcie, po tygodniu wędrówki przez to gorejące piekło, troje wędrowców dotarło do jednej z esseńskich wiosek. Po kilku dniach odpoczynku zagłębili się jeszcze bardziej w piec zbudowany ze skał i piasku. W końcu doszli do największego osiedla esseńczyków.

Zostali przyjęci z miłosierną powściągliwością przez statecznych mieszkańców. Po kilku tygodniach starsze małżeństwo i ich mały synek stali się częścią tej dziwnej społeczności religijnych stoików.

Zachariasz prawie natychmiast się rozchorował. Nigdzie w tym piekle nie mógł znaleźć kryjówki przed przenikającym gorącem. Starzec wiedział, że jego śmierć jest kwestią najbliższych dni. Ostatnie chwile spędzał otoczony opieką kobiet z wioski, które miłosiernie owijały jego ciało mokrymi szmatami. Wreszcie, późną nocą, w porze najlżejszego upału, Zachariasz oddał swe życie Bogu, zostawiając wdowę z małym dzieckiem.

W miarę upływu lat młody Jan zajął swe miejsce wśród esseńczyków, stając się w końcu jednym z nich. Od samego początku chłopiec wykazywał naturalne predyspozycje do wspólnego życia na tym pustkowiu.

Żar pustyni wywarł w końcu wpływ także na Elżbietę, ponieważ starsi ludzie nie żyli długo w wypalonym świecie. Właśnie gdy siły Elżbiety zaczęły słabnąć, a krok stał się powolniejszy, nadeszła wiadomość, że Herod nie żyje. Natychmiast postanowiła wrócić do domu, na chłodne wzgórza Judei. Wytężając ostatek sił, przy pomocy kilku esseńczyków powróciła wraz z synem bezpiecznie do swego domu. Wkrótce jednak po jego dwunastych urodzinach Elżbieta dołączyła do Zachariasza. Jan był teraz sierotą. Najbliżsi krewni Elżbiety pogrzebali ją nieopodal miejsca, w którym kiedyś nawiedził ją anioł, aby powiedzieć jej, że urodzi jedno z najbardziej niezwykłych dzieci, jakie kiedykolwiek przyszły na ten świat.

Gdzie teraz miał zamieszkać mały Jan, gdy oboje jego rodzice nie żyli? Kto miał wprowadzić chłopca w wiek męski? Były to pytania, które zaprzątały umysły wszystkich, gdy Jan wraz z krewnymi powrócił do domu.

Rozdział 3

- Janie, bolejemy nad śmiercią twojej matki. - Głos należał do Hannela, jednego z najpobożniejszych ludzi w Izraelu.  - Mimo to trzeba coś postanowić. Jutro wszyscy rozejdziemy się do domów. Musisz zadecydować, z którym z nas zamieszkasz. Chociaż nie jestem twoim bliskim krewnym, to jednak przyszedłem tutaj, ponieważ znam twoje oddanie religii hebrajskiej i często rozmawiałem z twoją matką o tym, że zaadoptowałbym cię, gdyby Boża opatrzność sprawiła taką potrzebę.

Janie, jestem w pełni świadom tego, co myślisz o swojej przyszłości i że zamierzasz kiedyś poświęcić się służbie Bogu. Według mojej oceny najlepszą drogą, jaką możesz obrać, będzie pozostanie ze mną. Bóg był bardzo dobry dla mnie, Janie. Nasz dom odznacza się wielką pobożnością. Mają tam miejsce modlitwa i post. Cała moja rodzina jest oddana Bogu. Posiadam nawet kilka zwojów Pisma Świętego. Niewiele domów spotkał ten zaszczyt. Ślubuję ci teraz, w obecności twoich krewnych, że będzie cię uczył najlepszy z rabinów. Obiecuję ci najlepsze z możliwych wykształcenie religijne. Mamy wielki dom. Jest naprawdę wygodny. Będziesz mógł spędzać na modlitwie tyle czasu, ile tylko zapragniesz. Możesz przyjść i rozpocząć swoją religijną edukację, jeśli tylko chcesz. Gdy ukończysz dwudziesty pierwszy rok życia, będziesz mógł, o ile tego zapragniesz, udać się do świątyni w Jerozolimie i studiować pod kierunkiem faryzeuszy albo kształcić się na kapłana w świątyni. Chociaż pochodzisz z pokolenia Judy, a nie Lewiego, będziesz mógł spełniać wszelkie funkcje religijne, ponieważ złożyłeś przysięgę nazireatu.

Hannel przerwał. Jan nie odrzekł ani słowa, nie zdradzał również żadnych uczuć. Jako następny przemówił Parnach, kuzyn Zachariasza, człowiek wpływowy, o dużej władzy i bardzo bogaty.

- Janie, to prawda, że być może zechcesz trwać nadal w ślubach nazireatu. Może jednak nadejść dzień, gdy postanowisz nadać swemu życiu inny kierunek. Jeślibyś zamieszkał ze mną, obiecuję ci najlepsze wykształcenie, jakie można zdobyć w Izraelu. Nie muszę ci mówić o miejscu, jakie zajmuję we władzach. Jestem u samych szczytów. Będziesz dorastał wśród najbardziej wpływowych ludzi w naszym kraju, ponieważ do moich przyjaciół zaliczam nawet najmożniejszych. Mam pewną pozycję, prestiż i dostęp do władzy. Niezależnie od tego, jaki cel wybierzesz w życiu, jako osoba pochodząca z mojego domu będziesz przyjacielem tych, którzy dzięki swym wpływom będą mogli pomóc ci w jego osiągnięciu. Namawiam cię gorąco, abyś zamieszkał ze mną i stał się członkiem mojej rodziny.

I tym razem Jan nie powiedział ani słowa. Teraz przyszła kolej na Józefa i Marię.

- Janie - powiedziała Maria - niewiele możemy ci zaproponować. Przede wszystkim towarzystwo twoich kuzynów. Mamy dużą rodzinę. Ty i mój najstarszy syn zawsze lubiliście przebywać razem. Jeśli jednak pójdziesz z nami, będziesz pracował w warsztacie cieśli. Sądzę, że w świetle propozycji, które złożyli ci tamci mężowie, uczynisz mądrze, gdy odejdziesz z jednym z nich. Czuję się wręcz zakłopotana, zapraszając cię do naszego domu. Tak jak powiedziałam: jesteśmy biedni, ale będziesz kochany.

- Wiem - odpowiedział w końcu Jan. - Gdybym musiał wybierać między Hannelem, Parnachem i twoją rodziną, wybrałbym tę ostatnią.

- A więc zamieszkasz z nami?

- Nie - odparł, spoglądając łagodnie w oczy Marii.

Maria mimowolnie zakryła ręką usta.

- Myślisz o esseńczykach, czy tak? - Urwała, a jej twarz wskazywała na to, że pragnie wyraźnej odpowiedzi.

- Tak. Należę do nich.

Przez chwilę panowała cisza.

- Janie - podjęła dalej Maria - być może o tym nie wiesz, ale kilka rodzin esseńskich przeprowadziło się do Nazaretu. Czy pamiętasz dwóch małych chłopców, z którymi się bawiłeś... I o, właśnie... tę małą zielonooką...

- Mario - przerwał jej stanowczo, niemal surowo, w sposób zupełnie niezwykły jak na hebrajskiego chłopca. - Wiem, co mam robić. Pan pokazał mi to bardzo wyraźnie. Mam wrócić na pustynię i tam żyć.

Teraz zwrócił się do Hannela i Parnacha:

- Chciałbym podziękować wam obu za wasze miłe propozycje. Wszyscy okazaliście mi miłosierdzie i troskę. Dziękuję wam za zainteresowanie moją przyszłością. Mimo to wiem, gdzie jest moje miejsce. Wracam na pustynię.

Jeszcze raz zwrócił się do Marii:

- Byłaś najbliższą przyjaciółką mojej matki. Bardzo cię kochała. Często o tobie mówiła. Mimo to muszę stąd odejść natychmiast, sam. Pan zabrał mojego ojca i matkę. Nie mam absolutnie żadnych zobowiązań. Nie mam braci ani sióstr, ani dziadków - urwał. - Nie musicie się o mnie martwić i chociaż może się wam wszystkim wydawać, że zniknąłem, będę miał się dobrze. Bóg zatroszczy się o mnie. Nic nie jest dla mnie pewne, z wyjątkiem jednego: muszę żyć na pustyni, dopóki Bóg nie nakaże mi czegoś innego. I jeszcze jedno: będąc wśród esseńczyków, odkryłem, czego Bóg ode mnie oczekuje. Pustynia da mi kolejne odpowiedzi. Będę się przygotowywał do pełnienia Bożej woli nie w mieście czy wiosce, ale na pustyni.

Następnego ranka niespełna trzynastoletni chłopiec pożegnał się z Parnachem, Hannelem, Józefem i Marią oraz ze swym o rok młodszym kuzynem, który nosił imię Jezus.

Rozdział 4

Jan ponownie zamieszkał wśród esseńczyków, nie pozwolił jednak, by któryś z nich go adoptował. Pracą własnych rąk starał się zdobyć środki na zaspokojenie swych skromnych potrzeb: wyżywienie, wodę i odzienie.

Ani razu w ciągu tych lat nie zdarzyło się, by skosztował wina. Jego włosy rosły, nieścinane od urodzenia. Ponieważ jednak mogły stać się dla niego jedynym możliwym powodem do dumy, poświęcał im minimum uwagi, aby przyćmić ich obfitość i piękno.

Większość czasu spędzał na modlitwie i poście - działo się to tak często, że palce czasami mu siniały, i bywał tak słaby, że nogi nie były w stanie unieść ciała. Częstokroć spędzał całe dnie i noce na nieprzerwanej modlitwie, nie usiłując chronić swego ciała przed przykrymi warunkami, jakie panowały na pustyni.

Żył bardzo skromnie. Surowość stała się jego zasadą.

Wraz z upływem lat Jan zaczął spędzać czas na wędrówkach po pustyni. Ostre słońce spaliło mu twarz i pokryło ją zmarszczkami. Jeszcze zanim osiągnął wiek męski, syn Zachariasza i Elżbiety wyglądał na dużo, dużo starszego, niż był w istocie. Cena, którą płacił, wydawała mu się niewielka, ponieważ owe długie wędrówki po pustyni były dla niego najbardziej utęsknionymi chwilami. Mógł wtedy bez przeszkód przebywać godzinami sam na sam z Bogiem. Wyjący wiatr, piekący żar pustyni, palące słońce i gryzący piasek stały się jego najbliższymi towarzyszami.

Gdy Jan dobiegł trzydziestki - kiedy to, zgodnie z tradycją, święty mąż kończył swe ćwiczenie i poświęcał się służbie - był jedynym, który potrafił usłyszeć głos Boga wśród pustynnego wiatru, zobaczyć w słońcu Bożą twarz i poczuć Jego obecność w przenoszonym wiatrem piasku. Dla esseńczyków stał się postacią owianą tajemnicą i legendą. Wiedzieli oni, że niewielu ludzi żyło kiedykolwiek tak w pełni przed Bogiem, jak on. Niewielu było takich, którzy porzucili wszelką ludzką wygodę, aby bez żadnych przeszkód dążyć do poznania Boga. W pojęciu esseńczyków, a nawet wśród niektórych plemion koczowniczych nie było wątpliwości, że spośród nich wzbudzony został prorok. Pustynia zrodziła Bożego męża.

Świat rzadko oglądał takich ludzi jak Jan. Jego oddanie Bogu było absolutne, jego życie wolne od wszystkiego, z wyjątkiem powołania do tego, by mówić w imieniu Boga. Nie znał życia rodzinnego, żył bez rozrywek, bez przyjaciół, bez towarzystwa. Myśl o żonie, domu, dzieciach nigdy nie zaprzątała jego umysłu. Wszystko w Janie było dla Boga. Pobożność Abrahama, Mojżesza, Eliasza, Elizeusza czy Amosa bladła w obliczu tego człowieka, ożywionego jedną myślą, żyjącego w samotności, którego jedynym przyjacielem i towarzyszem był jego Pan.

Nigdy dotąd świat nie oglądał kogoś takiego jak Jan i nigdy już nie miał zobaczyć.

Pewnego wieczoru, gdy stał na piaszczystym urwisku, z którego roztaczał się widok na Morze Martwe, i obserwował słońce zachodzące czerwono za postrzępionymi wzgórzami, usłyszał głos z nieba:

"Janie, wypełnił się czas. To, dla czego żyłeś przez te wszystkie lata, znajduje się w zasięgu ręki. Idź. Ogłoś Dzień Pański. Zrównajcie pagórki, wypełnijcie doliny, przygotujcie drogę dla Mesjasza. Idź teraz, Janie. Nie patrz w prawo ani w lewo. Niech w twoim życiu nie będzie miejsca na nic innego. Nikt nigdy nie nosił tak wielkiej odpowiedzialności, jak ty dzisiaj.

Głoś nadejście Pana!"

Rozdział 5

Karawany koczowników pierwsze zetknęły się twarzą w twarz z pustynnym prorokiem. Ich oczy z niedowierzaniem spoglądały na tę wychudzoną istotę. Pierwsza myśl była całkiem prosta: To jakiś szaleniec, który błąka się po pustyni. Lub nieco miłosierniejsza: Upał doprowadził jednego z esseńczyków do szaleństwa.

Ten bezimienny człowiek był wyraźnie Żydem, ale nosił strój sporządzony z sierści nieczystego zwierzęcia - z wielbłąda. Wkrótce rozniosła się pogłoska, że żywi się szarańczą - pożywieniem, które jadał tylko najbiedniejszy lud.

Jego wygląd zewnętrzny określał go jako heretyka, jego słowa wskazywały na proroka. Zmierzwione włosy sięgały prawie do kolan. Twarz była twarzą starca, ale głos dźwięczał całą energią młodości. Oczy płonęły ogniem pustyni.

Ludzie nie mogli nic na to poradzić, że zatrzymywali się, patrzyli... i słuchali. Głos brzmiał wyraźnie. Słowa były śmiałe i pełne majestatu, prawie poetyckie. Emanowały z niego godność i prawość, które niemal przekraczały ludzką zdolność pojmowania.

Karawany zwalniały tempo i otaczały kręgiem tego męża. Każdy wytężał słuch, aby dowiedzieć się, co ten człowiek ma do powiedzenia.

To, co usłyszeli pustynni wędrowcy, poruszyło ich najgłębsze uczucia. W jednej chwili jego słowa ich przekonały. Wszystko, co mówił, odbierało odwagę. To, co przepowiadał, było niemożliwe, ale to, czego żądał, było jeszcze niewiarygodniejsze. Żądał od swych słuchaczy nie tylko radykalnej zmiany życia, ale tego, by dokonała się ona tu i teraz.

Nikt - byli tego pewni - nie mógł brać tego człowieka poważnie.

Karawany ruszyły dalej, ale nadeszły inne. One także zatrzymywały się i słuchały.

I każda karawana, gdy w końcu opuściła pustynię, niosła ze sobą relację o szaleńcu lub proroku żyjącym na pustyni, który głosi wszystkim mającym śmiałość go słuchać.

Dlaczego nie przyjdzie do wiosek, aby zwiastować swe poselstwo? Czy nie wie, że wszyscy ważni prorocy głosili na rynkach, gdzie ludzie mogli ich usłyszeć? Czy ten głupiec sądzi, że ludzie pójdą do tego piekła, by go słuchać? Kto o zdrowym umyśle uda się na pustynne bezdroża i stanie w palącym słońcu, aby słuchać człowieka stawiającego żądania, którym nikt nie sprosta? Jest szalony, to wszystko.

A jednak tak się stało. Niektóre karawany w drodze powrotnej odszukiwały pustynnego proroka. Prosty lud z wiosek na skraju pustyni przychodził go słuchać. Spragnione serca, puste dusze, głodne duchy - rozpaczliwie pragnące czegoś, o czym wiedzieli, że tego nie mają - ośmielały się przywieść swój pusty żywot na te niezbadane tereny, aby odnaleźć proroka.

Początkowo słuchali go nieliczni, którzy jednak powracali do domów, aby opowiedzieć swym przyjaciołom o tym, czego doświadczyli. Pogłoska o dzikusie rozprzestrzeniała się w całej Judei i Galilei.

Słuchacze przychodzili najpierw pojedynczo, po dwóch, potem dziesiątkami i setkami, wreszcie przyszły tysiące. Szli pieszo po płonącym piasku. Ich liczba rosła z każdym dniem. Niektórzy przedsiębiorczy ludzie zaczęli organizować całe karawany na pustynię dla tych, którzy pragnęli usłyszeć tego człowieka.

Wszyscy słuchali. Niektórzy płakali. Inni padali na kolana. Wielu wołało głośno o przebaczenie, na które nie zasłużyli. Inni wiwatowali. Nikt nie drwił. Nie padło ani jedno krytyczne słowo, przynajmniej nie z ust prostego ludu.

A jednak ci, którzy go nigdy nie słyszeli, którzy żyli w położonym daleko mieście, w Jerozolimie... ci osądzili go, zbadali i skazali... nie widząc go i nie słysząc nigdy wcześniej. Wyrok był prosty. I znany. Wydawano go na każdego nonkonformistę wszech czasów. "Ma demona".

Kilku ludzi przyszło i usiadło u jego stóp. Cel, który im przyświecał, był jasny: chcieli zostać uczniami Jana. I tak się stało.

Ta garstka uczniów przejęła styl życia swego mistrza: stali się oni jego nieodłącznymi towarzyszami. Podobnie jak on byli surowi, poważni, pozbawieni poczucia humoru. Również nosili w swych sercach ciężar grzechów Izraela. Przyłączyli się do Jana w jego gigantycznym zadaniu przygotowania drogi dla przychodzącego od Boga Mesjasza.

Słuchać Jana znaczyło usłyszeć coś nieoczekiwanego, ponieważ każdy dzień był inny. Każdego dnia przemawiał i za każdym razem, gdy mówił, zwracał się do tłumu z czymś, czego nikt dotąd jeszcze nie mówił. Jego odwaga, śmiałość w podejmowaniu każdego tematu przerażała rzesze i jego uczniów.

Pewnego wyjątkowo gorącego dnia, gdy wydawało się, że tłumy sięgają horyzontu, Jan zawołał:

- W dzień po następnym sabacie przyjdę nad Jordan. I tam w wodach Jordanu zanurzę każdego, kto pokutował ze swego życia. Zanurzę wszystkich, którzy przygotowali swe życie na przyjście Pana.

To właśnie tego dnia Jan otrzymał nowe imię, imię, które wkrótce znalazło się na wargach całego Izraela. Od tego dnia stał się znany jako Jan Chrzciciel.