Rozdział 2
Sędzia Sackviłle spojrzał z góry na ławę poniżej.
- Panie Pearson, proszę przedstawić sprawę.
Niski, pulchny mężczyzna powoli wstał. Radca królewski Arnold Pearson otworzył grubą teczkę, która leżała przed nim na pulpicie. Dotknął ręką sfatygowanej peruki, niemal jakby chciał się upewnić, czy nie zapomniał jej nałożyć, a potem pociągnął za wyłogi togi; ten rytuał nie zmienił się od trzydziestu lat.
- Za pańskim pozwoleniem, milordzie - zaczął w powolnym, namaszczonym stylu - występuję w tej sprawie jako oskarżyciel z ramienia Korony, natomiast mój uczony kolega - rzucił okiem na nazwisko na kartce - pan Alex Redmayne, jest obrońcą. To sprawa o morderstwo. Popełnione z zimną krwią i z premedytacją morderstwo Bernarda Henry'ego Wilsona.
Rodzice ofiary siedzieli na skraju tylnego rzędu w galerii dla publiczności. Pan Wilson spojrzał w dół na Danny'ego; w jego oczach malował się nieskrywany zawód. Pani Wilson patrzyła przed siebie pustym wzrokiem, była blada niczym żałobnica na pogrzebie. Wprawdzie tragiczne okoliczności śmierci Berniego Wilsona nieodwołalnie zmieniły życie dwu rodzin z East Endu, które przyjaźniły się od kilku pokoleń, ale nie wywołały oddźwięku poza kilkunastoma ulicami wokół Bacon Road w Bow.
- W trakcie procesu dowiecie się, jak oskarżony - ciągnął Pearson, machnąwszy ręką w stronę ławy oskarżonych, nie racząc nawet spojrzeć na Danny'ego - zwabił pana Wilsona do pubu w londyńskiej dzielnicy Chelsea w sobotni wieczór osiemnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, gdzie dokonał brutalnego, rozmyślnego morderstwa. Wcześniej zabrał siostrę pana Wilsona - Pearson znów zajrzał do teczki - Elizabeth, do restauracji Lucia na Fulham Road. Sąd się dowie, że Cartwright zaproponował pannie Wilson małżeństwo, kiedy mu wyjawiła, że jest w ciąży. Potem z telefonu komórkowego zadzwonił do jej brata pana Bernarda Wilsona i zaprosił go do pubu Pod Herbem Dunlopów na tyłach Hambledon Terrace w Chelsea, żeby wspólnie uczcić tę okazję.
Panna Wilson złożyła pisemne oświadczenie, że nigdy przedtem nie była w tym pubie, chociaż Cartwright bez wątpienia dobrze go znał, co zdaniem oskarżenia dowodzi, iż wybrał go w jednym jedynym celu: tylne drzwi pubu wychodzą na cichą uliczkę, wprost idealne miejsce dla kogoś, kto się nosi z zamiarem morderstwa; morderstwa, o które Cartwright obwini potem człowieka całkiem obcego, który przypadkowo był tego wieczoru klientem pubu.
Danny wbił wzrok w Pearsona. Jak mógł wiedzieć, co się wydarzyło tego wieczoru, skoro go tam nie było? Ale Danny niespecjalnie się przejmował. W końcu Redmayne go zapewnił, że w trakcie procesu zostanie też przedstawiona jego wersja wydarzeń, więc nie powinien się za bardzo niepokoić, jeżeli w mowie oskarżyciela wszystko będzie wyglądać ponuro. Mimo powtarzanych zapewnień adwokata dwie sprawy martwiły Danny'ego: Alex Redmayne był jeszcze młodszy od niego, poza tym uprzedził go, że jako adwokat główny występuje dopiero w drugiej sprawie.
- Jednak pechowo dla Cartwrighta - ciągnął Pearson - inni czterej klienci, obecni tego wieczoru w tym pubie, mówią całkiem co innego niż on, a nie dość, że ich relacja jest spójna, to jeszcze potwierdza ją barman, który wtedy usługiwał. Oskarżenie powoła tych pięciu na świadków, oni zaś wam powiedzą, że słyszeli sprzeczkę dwóch mężczyzn, którzy potem, kiedy Cartwright rzekł: "To może wyjdziemy i załatwimy sprawę", opuścili bar tylnymi drzwiami. Pięciu mężczyzn widziało, jak Cartwright wyszedł z baru, a za nim Bernard Wilson i jego wyraźnie wzburzona siostra Elizabeth. Kilka chwil później usłyszano krzyk. Pan Spencer Craig, jeden z klientów pubu, zostawił kolegów i wybiegł na uliczkę, gdzie zobaczył, jak Cartwright, chwyciwszy pana Wilsona za gardło, uderza go kilkakrotnie nożem w pierś.
Pan Craig natychmiast zadzwonił z telefonu komórkowego na numer dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Godzinę i rozmowę, która nastąpiła, zarejestrowano na posterunku policji w Belgravii. Kilka minut później na miejsce przybyło dwóch policjantów. Zastali Cartwrighta klęczącego nad ciałem pana Wilsona z nożem w ręku, nożem, który został zapewne zabrany z baru, bo na jego rękojeści był napis "Pod Herbem Dunlopów".
Alex Redmayne zapisał słowa Pearsona.
- Sędziowie przysięgli - mówił dalej Pearson, znów chwytając za wyłogi togi - każde morderstwo musi mieć motyw, a w tym przypadku nie trzeba sięgać dalej niż do pierwszego odnotowanego zabójstwa, dokonanego na Ablu przez Kaina, żeby ustalić ów motyw: złożyły się nań tak niecne elementy, jak zawiść, chciwość i ambicja, i to one sprowokowały Cartwrighta do usunięcia rywala, który stanął mu na drodze.
Sędziowie przysięgli, zarówno Cartwright, jak i pan Wilson pracowali w warsztacie Wilsonów na Mile End Road. Warsztat prowadzi jego właściciel pan George Wilson, ojciec zmarłego, który planował przejść na emeryturę pod koniec roku, kiedy to chciał przekazać firmę jedynemu synowi Bernardowi. Pan George Wilson złożył w tej sprawie oświadczenie na piśmie zaakceptowane przez obronę, zatem nie będziemy powoływać go na świadka.
Sędziowie przysięgli, w trakcie tego procesu dowiecie się, że między tymi dwoma młodymi ludźmi już od czasów szkolnych wybuchały niesnaski i trwała rywalizacja. Cartwright postanowił pozbyć się Bernarda Wilsona, a potem poślubić córkę szefa i samemu objąć dobrze prosperujący interes.
Lecz nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem Cartwrighta, a kiedy go zaaresztowano, próbował zrzucić winę na niewinnego świadka, człowieka, który wybiegł, żeby zobaczyć, dlaczego krzyczy panna Wilson. Na swoje nieszczęście Cartwright nie przewidział, że świadkami całego zdarzenia będą cztery inne osoby. - Pearson uśmiechnął się do przysięgłych. - Sędziowie przysięgli, gdy wysłuchacie ich zeznań, nie będziecie mieć wątpliwości, że Daniel Cartwright jest winny potwornej zbrodni morderstwa. - Pearson zwrócił się do sędziego: - Milordzie, to jest to, co miałem na początek do powiedzenia w imieniu Korony. Jeśli pan pozwoli, wezwę mojego pierwszego świadka. - Sędzia Sackviłle skinął głową i Pearson powiedział mocnym głosem: - Wzywam pana Spencera Craiga.
Danny Cartwright spojrzał w prawo i patrzył, jak woźny sądowy otwiera drzwi w głębi sali, wychodzi na korytarz i woła:
- Pan Spencer Craig!
Po chwili niewiele starszy od Danny'ego wysoki mężczyzna w niebieskim garniturze w prążki, białej koszuli i fioletoworóżowym krawacie wkroczył do sali rozpraw. Wyglądał całkiem inaczej niż wtedy, gdy spotkali się pierwszy raz.
Danny nie widział Spencera Craiga podczas ostatnich sześciu miesięcy, ale nie było dnia, żeby jego twarz nie stawała mu przed oczyma. Teraz wbił w niego wyzywający wzrok, ale Craig nawet nie spojrzał w jego kierunku - jakby go tu wcale nie było.
Craig przemaszerował przez salę sądową jak człowiek, który dobrze wie, dokąd zmierza. Znalazłszy się na miejscu dla świadka, od razu wziął do ręki Biblię i wyrecytował tekst przysięgi, ani razu nie spoglądając na kartę, którą trzymał przed nim woźny. Pearson uśmiechnął się do swego głównego świadka, po czym rzucił okiem na pytania, które przygotowywał przez ostatni miesiąc.
- Czy pan się nazywa Spencer Craig?
- Tak, proszę pana - brzmiała odpowiedź.
- Mieszka pan przy Humbledon Terrace numer czterdzieści trzy w Londynie?
- Tak.
- Jaki jest pański zawód? - spytał Pearson, jakby tego nie wiedział.
- Jestem adwokatem
- A pańska dziedzina?
- Prawo karne.
- Zatem zbrodnia morderstwa jest panu dobrze znana?
- Niestety, tak.
- Chciałbym teraz, żeby się pan cofnął do wieczoru osiemnastego września zeszłego roku, kiedy razem z grupą przyjaciół spędzał pan miło czas w pubie Pod Herbem Dunlopów na Hambledon Terrace. Czy zechciałby pan przedstawić nam wydarzenia tego wieczoru?
- Razem z przyjaciółmi świętowaliśmy trzydzieste urodziny Geralda.
- Geralda? - przerwał mu Pearson.
- Geralda Payne'a - wyjaśnił Craig. - To stary przyjaciel z czasu studiów w Cambridge. Spędzaliśmy razem nostalgiczny wieczór przy butelce wina.
Alex Redmayne coś zanotował - chciał wiedzieć, ile było tych butelek.
Danny chciałby zapytać, co znaczy słowo nostalgiczny.
- Ale niestety, nie zakończył się w miłym nastroju - podsunął Pearson.
- Niestety nie - zgodził się Craig, nadal nie spoglądając w stronę Danny'ego.
- Proszę powiedzieć, co się stało później - rzekł Pearson, zajrzawszy do notatek.
Craig pierwszy raz obrócił się w stronę przysięgłych.
- Jak powiedziałem, świętowaliśmy urodziny Geralda przy kieliszku wina, gdy usłyszałem podniesione głosy. Obejrzałem się i przy stoliku w głębi sali zobaczyłem mężczyznę z młodą kobietą.
- Czy widzi pan tego człowieka teraz na sali sądowej? - zapytał Pearson.
- Tak - odparł Craig i wskazał Danny'ego.
- Co było potem?
- Poderwał się - ciągnął Craig - i zaczął krzyczeć i dźgać palcem w pierś drugiego mężczyzny, który siedział. Usłyszałem, jak jeden z nich mówi: "Tylko se nie myśl, że będę ci mówił panie kierowniku, jak zajmiesz miejsce mojego staruszka". Młoda kobieta usiłowała go uspokoić. Zamierzałem się odwrócić do moich przyjaciół - w końcu ta kłótnia mnie nie dotyczyła - kiedy oskarżony wrzasnął: "To może wyjdziemy i załatwimy sprawę?" Sądziłem, że oni żartują, ale potem ten mężczyzna, który to powiedział, porwał nóż z blatu baru...
- Pozwoli pan, że przerwę w tym miejscu. Pan widział, jak oskarżony chwyta nóż?
- Tak, widziałem.
- A co się stało potem?
- On pomaszerował do tylnych drzwi, co mnie zaskoczyło.
- Dlaczego?
- Bo bywam tam często, a nigdy wcześniej nie widziałem tego mężczyzny.
- Nie jestem pewien, czy dobrze pana rozumiem - rzekł Pearson, który rozumiał każde słowo Craiga.
- Tylne wyjście jest niewidoczne, jeśli się siedzi w tamtym kącie sali, a odnosiło się wrażenie, że ten człowiek dobrze wie, dokąd idzie.
- Aa, rozumiem - rzucił Pearson. - Proszę mówić dalej.
- Po chwili podniósł się drugi mężczyzna i wybiegł za oskarżonym. Tuż za nim podążała młoda kobieta. Nie zajmowałbym się dłużej tą sprawą, gdyby nie to, że zaraz potem wszyscy usłyszeliśmy krzyk.
- Krzyk? - powtórzył Pearson. - Jaki krzyk?
- Wysoki kobiecy krzyk - wyjaśnił Craig.
- I co pan wtedy zrobił?
- Natychmiast zostawiłem moich przyjaciół i wybiegłem na uliczkę, na wypadek gdyby kobiecie groziło jakieś niebezpieczeństwo.
- I co? Groziło?
- Nie, proszę pana. Ona krzyczała na oskarżonego, błagając go, żeby przestał.
- Przestał?
- Atakować tego drugiego.
- Oni się bili?
- Tak, proszę pana. Ten facet, który wcześniej dźgał palcem i wrzeszczał na drugiego, teraz przyparł go do muru, dociskając mu przedramieniem gardło. - Craig odwrócił się ku sędziom przysięgłym i uniósł lewą rękę, żeby to zademonstrować.
- Czy pan Wilson próbował się bronić? - pytał Pearson.
- Tak jak mógł, ale oskarżony raz za razem wbijał mu nóż w pierś.
- Co pan potem zrobił? - spytał cicho oskarżyciel.
- Zatelefonowałem do służb ratowniczych i dostałem zapewnienie, że bezzwłocznie poinformują policję i wyślą karetkę.
- Czy coś jeszcze panu powiedzieli? - Pearson spojrzał do notatek.
- Tak - odparł Craig. - Polecili mi, żebym w żadnym wypadku nie zbliżał się do mężczyzny z nożem, tylko wrócił do baru i czekał na przybycie policji. - Umilkł na chwilę. - Zastosowałem się ściśle do tego polecenia.
- Jak zareagowali pańscy przyjaciele, kiedy pan wrócił do baru i opowiedział o tym, co pan widział?
- Chcieli wyjść na zewnątrz i przekonać się, czy nie mogliby pomóc, ale przekazałem im radę policji i powiedziałem, że w tych okolicznościach byłoby rozsądnie, gdyby poszli do domu.
- W tych okolicznościach?
- Byłem jedyną osobą, która widziała ten incydent, i nie chciałem, żeby narazili się na niebezpieczeństwo, gdyby mężczyzna z nożem wrócił do baru.
- To godne pochwały - rzekł Pearson.
Sędzia skarcił oskarżyciela wzrokiem. Alex Redmayne nadal notował.
- Jak długo musiał pan czekać na przyjazd policji?
- Już po kilku chwilach usłyszałem syrenę, a niewiele minut później do baru od tyłu wszedł oficer policji w cywilu. Okazał odznakę i przedstawił się jako sierżant Fuller. Podziękował mi za pomoc, a potem mnie poinformował, że ofiara została przewieziona do najbliższego szpitala.
- Co się wydarzyło potem?
- Złożyłem wyczerpujące zeznanie, po czym sierżant Fuller oznajmił, że mogę pójść do domu.
- I poszedł pan?
- Tak, wróciłem do domu, który się znajduje w odległości około stu jardów od pubu Pod Herbem Dunlopów, i położyłem się do łóżka, ale nie mogłem zasnąć.
Alex Redmayne zapisał słowa: "około stu jardów".
- To zrozumiałe - rzekł Pearson.
Sędzia ponownie upomniał go wzrokiem.
- Więc wstałem, udałem się do gabinetu i zapisałem wszystko, co się stało tego wieczoru.
- Dlaczego pan to zrobił, skoro już pan złożył zeznanie policjantowi?
- Moje doświadczenie z tego miejsca, na którym stoi pan obecnie, panie Pearson, mówi mi, że zeznania świadków w sądzie często bywają wyrywkowe, nawet nieścisłe po upływie kilku miesięcy od popełnienia zbrodni, gdy dochodzi do procesu.
- To prawda - rzekł Pearson, przewracając kolejną kartkę w teczce. - Kiedy się pan dowiedział, że Daniela Cartwrighta oskarżono o zamordowanie Bernarda Wilsona?
- Przeczytałem o tym w następny poniedziałek w "Evening Standard". Podano tam, że pan Wilson zmarł w drodze do szpitala i że Cartwright został oskarżony o morderstwo.
- Czy uznał to pan za zakończenie sprawy, gdy chodzi o pański w niej udział?
- Tak, choć wiedziałem, że zostanę wezwany na świadka w przyszłym procesie, jeżeli Cartwright zdecyduje nie przyznać się do winy.
- Jednakże sprawy przybrały niespodziewany obrót, jakiego nawet pan, z całym swoim doświadczeniem z zatwardziałymi kryminalistami, nie mógł przewidzieć.
- Istotnie - potwierdził Craig. - Następnego dnia po południu odwiedziło mnie w kancelarii dwóch policjantów, żeby mnie ponownie przesłuchać.
- Przecież pan złożył już ustne i pisemne zeznanie sierżantowi Fullerowi. Czemu przesłuchiwano pana drugi raz?
- Ponieważ teraz Cartwright oskarżał mnie o zabicie pana Wilsona i nawet twierdził, że to ja musiałem wziąć z baru nóż.
- Czy przed tym wieczorem zetknął się pan kiedyś z panem Cartwrightem lub panem Wilsonem?
- Nie, proszę pana - zgodnie z prawdą odpowiedział Craig.
- Dziękuję panu, panie Craig.
Obaj mężczyźni uśmiechnęli się do siebie, po czym Pearson rzekł:
- Nie mam więcej pytań, milordzie.