Więzień oswobodzony. Tom II. Pięć pustych tronów - Przemysław Duda

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Zdawało mu się, że śni. Śni wyjątkowo dziwny sen, nad którym nie miał władzy. Ból w klatce piersiowej znikł, jakby go w ogóle nie było, a śmiertelna rana, jaką otrzymał na szczycie Ilirei, wydawała się ledwie zadrapaniem, niewartym większej uwagi skaleczeniem.

Nie mógł się poruszyć. Jego członki zwisały swobodnie, a on sam dryfował w przestworzach. Wzniósł się ponad świat. Nad nim po nieboskłonie leniwie płynęły gwiazdy, a na dole majaczyła różnobarwna ziemia, raz po raz zmieniająca swe krajobrazy, poprzecinane gdzieniegdzie srebrnymi wstęgami rzek.

Stracił poczucie czasu. Nie wiedział, kiedy zamiast lądu pod nim pojawił się wielki błękitny ocean, rozlany wzdłuż całego widnokręgu. Przemieszczał się nad nim minuty, godziny i lata, gdy na zachodzie zza horyzontu wyłonił się górski mur. Mur zbudowany z wysokich, stromych i gładkich szczytów nie do zdobycia. Zrozumiał, że jest na Prostej Drodze.

Lecąc, trwał w nieprzemijającym zachwycie. Dostrzegł ostrą zatokę wbijającą się klinem w łańcuch górski i wyspę otoczoną jej wodami. Nie to było najwspanialsze. Tym, od czego nie mógł oderwać wzroku, była potężna samotna góra wystrzeliwująca ponad wszystko dokoła. Jej ogrom był niewyobrażalny. Samotny kolos, którego rozmiarów nie mógł omieść jednym tylko spojrzeniem, twór, jakiego nie dosięgała ludzka wyobraźnia. Jej szczyt niknął na wysokościach za gęstą zasłoną chmur.

Merydar nie zmierzał ku niej. Niesiony przez wiatr skierował się na zachód, gdzie zaczął zbliżać się do owego łańcucha, u którego podstaw, na niewielkim skrawku wybrzeża tuż nad brzegiem wielkiego morza jaśniało białym światłem cudowne portowe miasto. Nawet z tej wysokości był w stanie dostrzec srebrnomaszte statki i okręty przycumowane do lśniących doków.

Przemknął nad miastem, wzniósł się ponad szczyty i jego oczom ukazała się rozległa równina, której granice wyznaczały góry otaczające ją kamiennym pierścieniem.

Mknął dalej. Zaczął opadać w chwili, gdy u podnóża zataczającego krąg łańcucha zobaczył ogromny wspaniały pałac. Wielopiętrowy dwór o strzelistych basztach i wysokich oknach. Cud świata, który nie wyszedł spod ręki żadnego z Dzieci Ilúvatara. Jego spadzisty dach, kryty glinianą dachówką, zdawał się wnikać w gładką powierzchnię skał, a niezliczona liczba pokoi i sal ciągnęła się dalej w podziemiach.

Po chwili lotu znalazł się przed wielką wspaniałą bramą, której dwa szeroko rozpostarte skrzydła zapraszały do środka. Unosząc się zaledwie parę cali nad powierzchnią gruntu, minął próg pięknego pałacu. Pochłonął go półmrok i owiał chłód, którego się nie spodziewał. Mimo zdobionych witrażami okien do ogromnego pomieszczenia nie docierał ani jeden promyk słońca. Było nieprzyjemnie, a on, posuwając się w swej wędrówce dalej, nie dostrzegał dokoła siebie niczego prócz nagich ścian kontrastujących ze wspaniałymi zewnętrznymi zdobieniami.

Bezgłośnie otworzyły się przed nim kolejne drzwi, jedne z wielu, i stanąwszy na własnych nogach, odzyskał władzę nad swoim ciałem. Nie widział powodu, by sprzeciwiać się woli, która go tu przyniosła. Posłusznie postąpił kilka kroków naprzód, a drzwi zamknęły się za nim.

Komnata nie umywała się rozmiarem do tej poprzedniej, lecz w przeciwieństwie do niej tu panowała światłość. W metalowych uchwytach przykutych do ścian płonęły w eleganckich, rzeźbionych pochodniach niebieskie ogniki, których blask nadawał pomieszczeniu wyraźne kształty.

Przebiegł oczami po komnacie. Prowadziło do niej czworo drzwi, a w jednym z jej kątów dostrzegł siedzącego na krześle ze skrzyżowanymi na piersi rękoma starca o długiej, niezadbanej brodzie i krzaczastych brwiach. Ubrany był w podarte, wyświechtane łachmany. Siedział w zadumie i świdrował spojrzeniem jeden z niebieskich płomieni, który raz po raz przyjmował różne kształty, niekiedy machającego skrzydłami motyla, innym znów razem ćwiczącego fechtunek rycerza.

Merydar spojrzał na inną żagiew. Jej błękitny ogień płonął nieniepokojony niczyją wolą. Zrozumiał, kto dzielił z nim salę w pałacu.

Klnę się na Nieskończone Schody, że ogień i światło słuchały posłusznie tylko jednego z nas – powiedział, powoli zbliżając się do postaci. – Witaj, Olórinie.

Mężczyzna siedzący na krześle drgnął na dźwięk imienia, odwrócił wzrok od pochodni, a ogień wrócił do normalnej postaci. Bardzo powoli, jakby sprawiało mu to ból, podniósł głowę i spojrzał na Merydara.

Zrządzenie losu... bo właśnie Nieskończone Schody mnie tu przywiodły – rzekł, targając palcami koniuszek brody. – Olórin... Tego imienia nie słyszałem od dwóch tysięcy lat. Mithrandir... Tharkun... Inkanus... Gandalf... ale Olórin... Widzę twą twarz, lecz nic mi ona nie mówi, a gdybym cię kiedyś spotkał, zapamiętałbym. Jesteś wszak człowiekiem, czemu nie znasz mnie pod imieniem Gandalfa? Gandalf Szary, tak mnie przecież zwaliście, czyż nie? Ach... Nawet po własnej śmierci zbyt dużo gadam. Krótko zatem, kim jesteś?

Ależ, Olórinie... – Wzrok Merydara padł na gładko oszlifowaną ścianę ponad głową Gandalfa, w której odbijało się jego oblicze, oblicze prężnego młodzieńca. – Przepraszam cię, przyjacielu – powiedział po chwili.

Jeszcze nie masz za co – odparł Gandalf. – No chyba że nie masz zamiaru odpowiedzieć na moje pytanie i przedstawić się. Wtedy przeprosiny będą na miejscu.

Nie gorączkuj się. Daj mi kilka sekund, formuła zaklęcia jest długa.

Merydar stanął na środku komnaty, zamknął oczy, rozpostarł ręce i zacisnął pięści. Pochylił głowę, a przez opadające włosy można było dostrzec, jak bezgłośnie porusza ustami. Pozostał tak przez moment, a kiedy Gandalf zaczynał się niecierpliwić, nagle opuścił ręce.

Ha! – krzyknął Galdalf.

Błękitna szata Merydara zwisała luźniej na chudszym, bardziej kościstym ciele. Gładka skóra pokryła się zmarszczkami, a na twarzy prześwitywały spod niej kości policzkowe. Krótkie, jasne włosy posiwiały i zrzedły, podobnie jak brwi. Pod nosem wyrosły długie i siwe wąsy, a broda opadła aż do pasa. Jedynie oczy się nie zmieniły. Kapłan w ciągu kilku sekund stał się wyjątkowo podobny do Gandalfa, który poruszył się zdumiały w swej szarej szacie i powstał jak rażony piorunem.

Ależ ze mnie stary dureń! – Olórin zaśmiał się. – Od dziś rzucam fajkowe ziele, tłamsi moje zmysły. To wszystko wina tych niziołków...! Pallando, mój stary druhu! – Rozkładając ramiona, obdarzył przyjaciela serdecznym uściskiem.

Byłbym to uczynił wcześniej – powiedział uśmiechnięty kapłan, odwzajemniając serdeczność. – Ale byłem przekonany, że tutaj, w Domu Umarłych, przybrałem swój właściwy kształt. Mój własny.

Duch ma taką postać, w jakiej opuścił ciało – wyjaśnił Gandalf. – Ale... Skoro spotykam cię tutaj, to oznacza, że...

Nie żyję – dokończył za niego Merydar, nazywany Pallandem, dotykając dłonią miejsca, w które został rażony. – Jestem martwy, przynajmniej w mniemaniu Ardy. Tak jak i ty. Co się stało?

Walczyłem. – Olórin spochmurniał. – U kresu Nieskończonych Schodów, na szczycie Celebdila. Strąciłem wroga, a sam poległem z wycieńczenia.

Kogo?

To długa historia, ale jak się domyślam, dane ci będzie ją usłyszeć. Nie bez powodu trzymają nas poza Salami Oczekiwań.

Jakby na polecenie Gandalfa jedne z licznych wrót rozwarły się, wpuszczając do środka majestatyczną postać. Wysoki mężczyzna, odziany w czarny płaszcz utkany z bezgwiezdnej nocy, trzymając dłonie w rękawach szaty, kroczył dumnie przed siebie ze spuszczoną głową. Jego twarz była niewidoczna. Spod ciasno naciągniętego kaptura patrzyła na nich pustka i próżnia kosmosu.

Pallando wraz z Olórinem odwrócili się w jego stronę i pokłonili.

Witaj, wielki Námo Mandosie – rzekł Merydar Pallando.

Cześć ci, bracie Fëanturi. – Olórin Gandalf powoli podniósł oczy na przybyłego mężczyznę.

Námo Mandos nic nie odpowiedział. Skinął lekko głową na powitanie i choć żaden z nich nie widział jego oczu, byli pewni, że Valar bacznie ich obserwuje. Wysunął dłoń z rękawa szaty i wyciągnął ją w kierunku Olórina. Trzymał w niej małe zawiniątko. Gandalf posłusznie rozłożył podarunek, uśmiechnął się na widok wysokiego kapelusza o szerokim rondzie i z zadowoleniem nałożył go na głowę.

Dziękuję.

Manwë Sulimo oczekuje was – rzekł po chwili i gestem nakazał, by poszli za nim.

Poprowadził ich jednym z niezliczonych korytarzy swojego pałacu, który po kilku minutach marszu spędzonego w ciszy zaczął podnosić się i piąć ku górze. Mijali ogromną liczbę drzwi i wrót prowadzących do sal lub kolejnych korytarzy.

Mandos obierał kierunek bez zastanowienia. Znał swój dwór jak własną kieszeń, sprawował nad nim pieczę od samego początku, kiedy Sale Oczekiwania ograniczały się do widocznego z zewnątrz pałacu. W miarę upływu czasu, kiedy kolejne Dzieci Ilúvatara zasiedlały świat, Sale rozrastały się i zajmowały wydrążone w górach komory i nisze, które ciągle pogłębiane szykowano na przyjęcie kolejnych pokoleń mieszkańców Ardy.

W szeregu drzwi, jakie bezustannie przesuwały się po obydwu ich stronach, Pallando odnalazł wzrokiem kilka, których skrzydła były otwarte lub uchylone. Mimowolnie odwracał się w ich stronę i zaglądał.

Pierwsze, do których się zbliżył, stały otwarte na oścież. Przechodząc obok, Merydar Pallando dostrzegł za nimi grupkę spokojnych krasnoludów, którzy, jakby nie zauważywszy tego, że umarli, oddawali się ziemskim uciechom. Palili fajki, gawędzili i śpiewali ciche pieśni w swoim ojczystym języku, pełnym niskich, gardłowych tonów.

Kapłan podążał dalej za Olórinem, prowadzonym pewnie przez gospodarza tego miejsca, Valara Námo, kiedy znalazł się przy drugich szeroko rozwartych wrotach, prowadzących do obszernej sali wypełnionej elfami. Ci, w przeciwieństwie do swych brodatych sąsiadów, siedzieli w skupieniu i zadumie wpatrzeni mętnym wzrokiem w posadzkę. Nic nie mówili i nic nie robili, czekając cierpliwie na swoją kolej, by opuścić komnatę.

Tuż za wrotami do elfickiej sali stały wyszczerbione, niezadbane drzwi, zza których dobiegały odgłosy lamentu i płaczu, przerywane przekleństwami własnej doli. Zajrzawszy tam, Pallando ujrzał garstkę orków, którzy klęcząc, zasłaniali w rozpaczy twarze dłońmi, zza których płynęły łzy. Przeklinali swój los, obiecując poprawę i naprawę własnych błędów. Jęki i wrzaski odbijały się echem od pustych ścian.

Korytarz, jakim podążali, zakręcił niespodziewanie i zza ściany ukazały się kolejne otwarte drzwi pomiędzy szeregiem szczelnie zamkniętych. Kapłan zamierzał zerknąć i tam, lecz gdy odwracał głowę, wrota zatrzasnęły się nagle z hukiem, wielokrotnie spotęgowanym przez wszechobecne echo.

Tej tajemnicy nie dane ci odkryć – rzucił Námo Mandos, nie spoglądając nawet na speszonego Pallanda.

Nawet po śmierci wszędzie wtykasz nos? – szepnął Olórin, karcąc go wzrokiem.

Za życia nie dane mi tu zajrzeć.

Korytarz zakończył się wysoko sklepioną potężną bramą. Mandos stanął przed nią i otworzył ją, nie wykonując najmniejszego nawet ruchu. Wyprowadziła ich na obszerny taras zawieszony na zboczu góry. Było chłodno, a słońce świeciło prosto w twarz. Rozciągał się stamtąd widok na piękną równinę Valinoru, od nieosiągalnej wzrokiem w całości góry Oiolossë po ciemniejące na południu Lasy Oromëgo.

Głęboki cień padł na twarze przybyłych i Olórin wraz z Pallandem odruchowo zwrócili spojrzenia na zasłonięte słońce. To, co je zasłoniło, zbliżało się do nich z każdą sekundą. Po chwili trzy potężne orły, balansując skrzydłami, spowiły cały skraj góry w półmroku, wylądowawszy na balustradzie tarasu.

Czas nam ruszać – odezwał się jeden z nich, obdarzywszy Námo pełnym gracji skinieniem łba. – Manwë Sulimo nakazał nie zwlekać.

Mandos gestem wskazał na orły, które odwróciwszy się bokiem, nadstawiły rozpostarte skrzydła. Zebrani wsparli się na nich i dosiedli. Merydar złapał w dłonie pęk orlich piór.

Spróbuj wyrwać chociaż jedno – odgrażał się jego orzeł. – Sam Manwë cię nie uratuje.

Pofolguj, Hortariarze – skarcił go ten, na którym zasiadał Námo Mandos. – Trzymać się mocno, bo jak który spadnie, to nie ma co zbierać.

Przecież nie umrzemy drugi raz – szepnął Olórin.

Orły podkuliły skrzydła i pochylając się niebezpiecznie nad balustradą tarasu, skoczyły, pikując wzdłuż wyrastającej niemal pionowo z powierzchni ziemi ściany góry. Gwałtowny podmuch powietrza o mało nie zdmuchnął pasażerów wielkich ptaków, kiedy rozpostarłszy skrzydła, wysłańcy Manwëgo wzbili się w powietrze.

Pallando ze swoją umiejętnością dosiadania gryfa nigdy dotąd nie mknął z taką prędkością. Wiatr mierzwił im włosy, lecz chociaż kaptur Mandosa poddawał się podmuchom, nie odsłonił jego twarzy. Lecieli tak prędko, że skupienie wzroku na czymkolwiek poniżej zdawało się niemożliwe, gdyż znikało szybko w dali za nimi. Ogromna góra, którą Pallando mijał, lecąc tutaj, Taniquetil, przybliżała się równie szybko jak złote miasto pośrodku równiny na zachód od niej. Strzeliste wieże, wysmukłe iglice i złocisty mur zbliżały się z każdą sekundą. Kiedy dostrzegli równe baszty na wbudowanych do nich Złotych Wrotach, klin orłów zaczął zwalniać i, szybując, kołować nad niewielkim pagórkiem na południe od miasta.

Orły wylądowały przed wzgórzem pomiędzy dwoma innymi wzniesieniami okolonymi płytkimi, wyschniętymi jeziorkami. Pallando i Olórinowi miejsce to było dobrze znane, miejsce największej krzywdy, jaka kiedykolwiek spotkała Valinor. Na wzgórzu stały uschnięte pnie po dwóch Drzewach Valinoru, Telperionie i Laurelinie, które przebite włócznią Morgotha i skażone jadem Ungolianty straciły blask i umarły. Nie płynęła w nich ani jedna kropla życiodajnej wody tak samo jak w wyschniętych jeziorkach, Studniach Vardy, które pajęczyca Ungolianta wypiła łapczywie.

Mandos wraz z towarzyszami zręcznie zeskoczyli z orłów, po czym odprawiwszy ptaki skinieniem głowy, ruszyli ścieżką u podnóża Wzgórza Dwóch Drzew, kierując się w stronę miejsca, na którym znajdowały się trony czternastu władców Ardy, Valarów, ustawione w Máhanaxar, Krąg Przeznaczenia.

Gdy znajdowali się parę kroków od marmurowych schodków prowadzących do nich, ziemia skrzypnęła i zatrzęsła się, a grudki błota, mchu i spróchniałych gałązek uderzyły ich w twarze. Z ziemi strzeliły ku górze zielone pędy, które rosnąc, poszerzyły się i okryły korą, by na koniec pokryć się szmaragdowymi liśćmi na kształt płaczącej wierzby. Na moment wszystko zamarło, po czym listowie zadrgało i wyłoniły się z niego drobne ręce. Odgarnęły na bok długie witki, niczym włosy, ukazując uśmiechniętą twarz. Ta wysunęła się z okalającego ją pnia drzewa, które pod wpływem jej dotyku zakwitło, i ukazała się jako drobna, niska i szczupła kobieta o krótkich, brązowych włosach spiętych na karku, spomiędzy których wyrastały ulistnione łodyżki. Znad brwi wznosiły się nad jej głowę grube gałązki. Nosiła krótką, seledynową suknię sięgającą kolan, a na ziemi, po której stąpała, pojawiały się bujne kwiaty. W dłoni dzierżyła wysoki kostur z konara uschłego drzewa.

Witaj, Mandosie – przemówiła barwnym głosem. – Cześć wam, mości Majarowie Heren Istarion, Olórinie i Pallando.

Siwobrodzi towarzysze Námo skłonili się wytwornie przed napotkaną Valierą Yavanną.

Witaj, Yavanno Kementári – przywitali ją.

Zmierzacie do Kręgu? – zagadnęła.

Yavanno – przerwał jej Námo, dotykając palcem dopiero co wyrosłego drzewka, a to uschło, zmalało i znikło. – Manwë czeka. – Omijając ją, wszedł na schody i stanął na krawędzi Kręgu Przeznaczenia.

Zaraz potem na skraju Kręgu stanęli Pallando i Olórin. Krąg Przeznaczenia był płaską powierzchnią pokrytą kamienną posadzką. Na obrzeżach placu stało czternaście potężnych, rzeźbionych w litej skale inkrustowanych tronów, pomiędzy którymi pięły się w górę wysokie kolumny, spięte u szczytu marmurowym okręgiem. Na powierzchni kamiennej posadzki widniał fresk przedstawiający całą Ardę.

Kiedy znaleźli się wewnątrz Kręgu, ziemia zadrżała, a na horyzoncie pojawiły się dwie jasne plamy, przemierzające równiny Valinoru z ogromną prędkością. Zbliżały się tak szybko, że po kilku sekundach z linii widnokręgu przeniosły się pod sam Krąg, okazując się dwójką mężczyzn. Pierwszy był przyodzianym w zwierzęce futra myśliwym o zielonych oczach. Nad jego głową pięły się przytroczone do hełmu potężne łosie rogi, a u pasa wisiał róg. Zasiadał na wspaniałym śnieżnobiałym koniu, z łukiem przytroczonym do siodła. Drugi był prężnym atletą, wojownikiem odzianym jedynie w skórzane spodnie. Z jego ciała promieniała czerwona aura, a twarz otaczał słoneczny blask. Biegł na własnych nogach za koniem towarzysza.

Znowu cię przegoniłem. – Biegacz uśmiechnął się, podpierając się ręką o bok wierzchowca.

Żartujesz – oburzył się jeździec. – Wyciągnąłem z Nahara siódme poty i tym razem byłem szybszy o głowę. – Wskazał na konia i zeskoczył na ziemię. – Biedak zgubił podkowy.

Pogódź się z tym, przyjacielu. Nie dasz mi rady nawet w dwa konie. A podkowy... Aulë wykuje ci nowe.

Piąty raz w tym miesiącu. – Spod ziemi urósł przed nimi trzeci mężczyzna, w prostej przepasce na biodrach i z młotem zaczepionym o kółko u pasa. Jego skóra opalizowała stalą i węglem na napiętych mięśniach, a głowa, w miejscu twarzy, otwierała się jak krater kipiącego wulkanu. Po chwili pustka jego oblicza wypełniła się, zastygła i zamknęła w pociągłą twarz o oczach błyszczących jak diamenty.

O wilku mowa. – Jeździec przystąpił do niego.

Nigdy mnie nie doceniałeś. Oromë, Tulkasie, witajcie – powitał kolejno jeźdźca i wojownika. – Wstąpmy do Kręgu.

Zgodnie ruszyli przez kolumny, zbliżając się do swych tronów. W drodze spostrzegli resztę zebranych w Máhanaxarze postaci i uśmiechnąwszy się, podeszli, by się przywitać.

Námo, Yavanno. – Oromë skinął w ich kierunku, nie nadwerężając karku głębokim pokłonem. Po chwili jego wzrok padł na siwobrodych towarzyszy Valarów. – Olórin? Pallando? Wróciliście ze Śródziemia?

Przypuszczam, że to przez nas zbiera się Rada. – Olórin westchnął.

To nie wróży niczego dobrego...

Spokojnie, przyjacielu – upomniał go Aulë, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Skoro zostali wezwani na naszą Radę, to zapewne mają nam sporo do powiedzenia. Lecz wszystko w swoim czasie. Cierpliwości.

Cierpliwości... – prychnął Oromë. – Manwëgo nie ma. Skorzystajmy i zasięgnijmy języka. Są na ziemi jeszcze te lasy, w których polowałem wespół z elfami na jelenie?

Nie słyszałeś, co powiedziałem? – Aulë mocniej zacisnął dłoń na ramieniu Oromëgo i obrócił go ku sobie. – Poczekamy na Manwëgo. On przewodzi i to on ma rozstrzygający głos, będąc namiestnikiem samego Eru. Wszystko, co powiedzą, powinni powiedzieć w jego obecności.

Przestań mnie moralizować. – Myśliwy gwałtownym ruchem strzepnął dłoń Aulëgo i nadstawił rogi swojego hełmu. – Z nas wszystkich to ja znam Śródziemie najlepiej. Ja powinienem decydować w tej sprawie.

Ale nie będziesz.

Powagi, bracia. – Tulkas stanął pomiędzy kłócącymi się i rozkładając swe szerokie ramiona, skutecznie rozdzielił rozgniewanych Valarów. – Dziwicie się, że ludzkie narody mordują się wzajemnie, a sami nie potraficie dojść do porozumienia.

Trafna uwaga. – Cień przemknął nad głowami zebranych, w uszach zatrzepotał wicher, a przed nimi wylądował Manwë Sulimo. – Dziękuje ci, Tulkasie.

Do usług, panie. – Tulkas zgiął się w pokłonie i wycofał parę kroków.

Manwë Sulimo, władca wszystkich kręgów świata, lądując, machnął kilkakrotnie ogromnymi orlimi skrzydłami, rozwiewając szaty i włosy zebranych. W jego czarnej zbroi odbijało się najsłabsze światło, a u pasa wisiał wspaniały miecz. Mleczne pióra jego skrzydeł zdawały się płonąć, a głowę okalał nimb czystego światła. Jego twarz ginęła w blasku. Stanął prosto i zakładając ręce za sobą, obdarzył Oromëgo karcącym spojrzeniem.

Nie chodzi nawet o hierarchię – powiedział spokojnie. Ostatni raz machnął skrzydłami, a te rozpłynęły się na wietrze, podobnie jak jego zbroja i miecz. Blask bijący z jego twarzy zgasł i ukazał szlachetne rysy oblicza z pozoru podobnego do elfiego. Jego sięgająca kostek prosta szata falowała w podmuchach wiatru. – Spójrz na to z praktycznego punktu widzenia. Raz opowiedzieliby wszystko tobie, a potem to samo mnie. Mimo iż nie jesteśmy już w obrębie Ardy, to czas płynie tu tak samo jak tam, byłoby to więc czyste marnotrawstwo. A sprawa jest nagląca. – Odwrócił się i spoczął na swym tronie, największym ze wszystkich. – Usiądźcie, przyjaciele. Varda posłała po pozostałych. A wy, czcigodni mędrcy. – Spojrzał na Pallanda i Olórina. – Nie będziecie długo czekać.

Gdy wszyscy zebrani zajęli miejsca, Krąg wypełniła lepka, gęsta mgła, z której niespodziewanie, znikąd, wyłoniły się trzy postacie, mężczyzna i dwie kobiety po jego bokach. Trzymali się za ręce. Mężczyzna odziany był w zwiewny szary płaszcz, a spod okazałego diademu na rozwianych długich, czarnych włosach patrzyły martwe, mleczne oczy. Był to Irmo, zwany Lorienem, młodszy brat Námo Mandosa, po którego prawicy usiadł. Towarzyszące mu panie, Estë i Nienna, jego żona i siostra, roztaczały blask. Estë zdawała się stworzona z płynnego światła, którego krople przelewały się z miejsca na miejsce. Nienna zaś, przyodziana czarną tuniką i włosami spływającymi na piersi, roztaczała ciepłą aurę, a jej gorejące żółcią oblicze wlewało pociechę do serc. One także zajęły swoje siedziska i mgła, z której się wyłoniły, zaczęła powoli znikać. Kiedy na środku Máhanaxaru została niewielka pojedyncza chmurka, pojawił się w niej cień i wyszła z niej machająca energicznie rękoma kobieta. Mgła całkiem znikła. Vairë, małżonka Námo Mandosa, której powłóczysta suknia o wielu wcięciach i niezliczonej liczbie wstążek i koronek była równie czarna co jej męża. Jednak spod niej promieniało światło. Ona także zasiadła obok Námo.

Do Kręgu wkroczyły pozostałe Valiery, Varda, Vána i Nessa, które skąpane w blasku bijącym z błękitnej sukni Vardy, matki gwiazd, kroczyły w pełni majestatu. Przodowała im Varda, spod której delikatnego kaptura zionął bezmiar kosmosu, dalej szła Nessa w brązowej kapocie i o gorejącej twarzy, a na końcu ze spuszczoną głową nieśmiało kroczyła świetlista Vána o pustym obliczu.

Manwë, wyprostowawszy się na swoim tronie, zmierzył Krąg władczym spojrzeniem i posmutniał.

Gdzie jest Ulmo? – zapytał, na co zebrani rozejrzeli się po wzgórzu. – Powiadomiliście Ulma? – skierował pytanie do wszystkich.

Ja to zrobiłem. – Irmo poruszył się. – Odnalazłem go we śnie i przekazałem wszystko, jak kazałeś, Manwë.

Czy Ulmo przybędzie, Mandosie? – Manwë obrócił się ku Námo, który splótłszy palce pod brodą, zdawał się wpatrzony w nicość.

Widzę nas wszystkich – odpowiedział.

Musimy zaczekać – wtrąciła Nessa. – Jak zwykle.

Nie możemy! – Nienna powstała. – Tylko wielkie ciemności mogły przywieść tu z powrotem tych szlachetnych mędrców. A teraz są one tam, w Śródziemiu, i nie ma kto ich powstrzymać. Musimy działać.

Przez chwilę panowała cisza, później głos zabrał Manwë, przewodniczący zebraniu.

Nienna ma rację. Ja znam pokrótce waszą opowieść, czcigodni, gdyż wraz z Vardą obserwowałem was ze szczytu Taniquetilu, lecz proszę was, byście szczegółowo opowiedzieli nam wszystkim, co się wydarzyło.

Kiedy Olórin miał wyrzec pierwsze słowo, niebo przecięła samotna błyskawica, a z ciemnej chmury, która pojawiła się na nieboskłonie, spadła jedna kropla deszczu. Spadając dokładnie na środek Kręgu, chlupnęła cicho o kamienną mapę na posadzce w miejscu Wielkiego Morza. Chmura na niebie rozproszyła się, a po kilku sekundach fresk przedstawiający wodę zaczął rytmicznie pulsować i zmienił się w najprawdziwsze morze. Pallando i Olórin wyskoczyli poza obręb oceanu, w którym stali przed Valarami, i usytuowali się na równinach Ardy, a woda, bulgocząc, spieniła się i zaczęła gromadzić na środku mapy, gdzie piętrząc się, wystrzeliła wysoko i uformowała w postać rosłego, muskularnego mężczyzny w wojennym hełmie i łuskowej zbroi, dzierżącego w prawicy złotą włócznię. U jego pasa wisiała wysadzana perłami trąba, a całą postać spowijała granatowa peleryna. Na jego surowej twarzy zagościł gniew. Woda znikła, a ocean na mapie skamieniał.

Poczekać to już nie łaska? – burknął i zasiadł na tronie.

Ulmo – rzucił Manwë. – Spóźniłeś się.

Spóźniłem – odwarknął władca mórz. – Proszę, teraz możecie zaczynać.

Tak. – W tonie Manwëgo zagościł smutek. – Słuchamy, co was tu sprowadza, mędrcy.

Władca Pierścieni – odparł Olórin.

Więzień Oswobodzony – powiedział Pallando.

Wiemy – wtrącił Námo Mandos.

Kontynuujcie. – Manwë wykonał czytelny gest dłonią.

Wszystko zaczęło się dość dawno. – Olórin zaczął po skinieniu Pallanda. – Zgoła siedemdziesiąt lat temu, kiedy to niziołek Bilbo Baggins, mój druh, znalazł tajemniczy pierścień w jaskiniach Gór Mglistych, gdy towarzyszyliśmy garstce krasnoludów pod przewodem Thorina Dębowej Tarczy w wyprawie pod Samotną Górę. Lecz nie ten fakt jest istotny, ale ów pierścień.

Wiemy – znów wtrącił Mandos.

Był to bowiem Jedyny Pierścień, ten, który Sauron wykuł wewnątrz Orodruiny, tuż po powstaniu Trzech Wielkich Pierścieni, czego dowiedziałem się po latach badań i poszukiwań, które miotały mną w najróżniejsze zakątki Śródziemia. Ale do rzeczy. Gdy tylko poznałem prawdę, postanowiłem niezwłocznie zacząć działać. Pierścień należało na jakiś czas ukryć, gdyż szukało go już Dziewięciu, którzy wychynęli z ciemności swych grobowców, a docelowo unicestwić, a wraz z nim samego Saurona, gdyż ten znów zaczął działać i wysuwał swoje macki ze swej twierdzy Barad-d?r, w Mordorze, bowiem wraz z ocaleniem Pierścienia ocalał i sam Sauron. Nie mógł uczynić tego Bilbo, gdyż postarzał się, a Pierścień zdążył naznaczyć go już swoim piętnem. Podążając za moją radą, Bilbo zrzekł się Pierścienia i przekazał go swojemu krewnemu Frodowi. Dokładnego stopnia pokrewieństwa nie jestem w stanie przytoczyć... Bilbo pewnie by mi nagadał.

Był to syn wnuka brata jego dziadka. – Mandos przerwał po raz trzeci. – I tak, nagadałby. Wiemy.

Być może – ciągnął Olórin. – Pomińmy to. Poleciłem za pośrednictwem mojego przyjaciela Aragorna, syna Arathorna, Dúnedaina, następcy tronu Gondoru, kraju spuścizny Númenoru, aby ten skierował się do Rivendell i tam zaczerpnął mądrości Elronda Półelfa. Ja byłem wtenczas więziony przez Curuma, zwanego Sarumanem, gdyż ten, wiedziony chytrością, zdradził nas już dawno temu i zapragnął posiąść Pierścień tylko dla siebie. Nie dostrzegłem tego zawczasu. Z oków uwolnił mnie Gwaihir, twój wierny sługa, potężny Manwë, i wkrótce także znalazłem się w Rivendell, gdzie stworzono Drużynę Pierścienia, która miała pomóc powiernikowi, Frodowi, donieść Pierścień bezpiecznie do samej Góry Przeznaczenia, gdzie miano go zniszczyć. Jednak nasza podróż już na początku okazała się trudna i niebezpieczna. Musieliśmy jakoś przedostać się przez Góry Mgliste, a przez Wrota Rohanu droga była zamknięta, gdyż wiodła za blisko Isengardu, miejsca przebywania Curuma Sarumana, a przełęczy Caradhrasu strzegł on we własnej osobie. Postanowiliśmy więc przejść pod górami, kopalniami Morii. Lecz i tam zastał nas wróg, a chroniąc pozostałych przed najgroźniejszym z nich, Balrogiem, ostatnim ognistym demonem Morgotha, poległem z trudów stoczonej bitwy, pokonując bestię na szczycie Zirak-zigil, zwanej Celebdilem.

Przedostatnim. – Mandos znów przerwał. – Wiemy.

Teraz twoja opowieść, Pallando Błękitny. – Manwë wskazał na Merydara.

Cóż. – Merydar Pallando westchnął. – Moja opowieść nie jest ani tak długa, ani treściwa, lecz jest równie poważna. Los chce, że zawsze gdy staję przed waszym obliczem, towarzyszy mi wielkie zło. Powiem krótko. Uciekł wam więzień.

Przez Krąg przebiegł dreszcz poruszenia i szepty Valarów. Wszyscy patrzyli po sobie, lecz w końcu spojrzenia skupiły się na osobie Manwëgo, który wyprostowawszy się na tronie, wbił wzrok w Pallanda.

O kim mówisz? – spytał niepewnie.

O twym bracie, panie – odrzekł prędko. – O Melkorze Przeklętym, o Morgocie.

Powietrze zadrgało.

Czy jesteś pewny tego, co mówisz?

Jak widać. – Pallando rozpostarł ręce. – Poświęciłem za to życie.

Jak się dowiedziałeś? – dopytywał Manwë.

Sam mi powiedział. Przybywam z pogrążonego w wojnie Hildórien.

Wiemy – powtórzył się Námo Mandos.

Wraz z Alatarem, zwanym tam Makadosem, od jakiegoś czasu podejrzewaliśmy, że za wojną stoi ktoś z naszego bractwa, odkąd do Ilirei przybyli nieznajomi wędrowcy z zachodu, a w świetle tego, co mówił Olórin, podejrzewam, że z samego Mordoru. Sauron dał znać mistrzowi, że pora działać. Szukałem wraz z Alatarem Makadosem zdrajcy w naszych szeregach, lecz nadaremnie. Miałem też inne obowiązki. Służąc królowi Sauty, zobowiązałem się do dowodzenia jego oddziałami w bitwie w zatoce. Sam król dowodził na innym froncie. Podczas bitwy miałem widzenie, w którym król ginął, więc pragnąc go ocalić, poleciałem ku jego wojskom i wydarłem go śmiertelnie rannego spod katowskiego miecza orków. Orkowie to kolejny dowód. Przybyli na wezwanie swojego pana.

Wiemy – wytrwale wtrącał Mandos.

Rannego króla przewiozłem do Ilirei, gdzie zamierzałem mu pomóc, lecz miasto zastałem w zgliszczach. Ze wspomnień przyjaciela wiem, że Ilirea padła pod atakiem orków pod dowództwem Morgotha, tytułującego się Więźniem Oswobodzonym. Odnalazłem go, chcąc bronić Alatara, który zapewne ciągle przebywał w mieście, lecz obezwładniono mnie i postawiono przed Jego obliczem. Potem powiedział mi, kim jest.

Może kłamał? – zauważył Tulkas.

Mówił o faktach, które znam tylko ja i on.

Jakich? – dopytywała Varda.

O mojej służbie u niego u zarania dziejów.

Jest tylko jeden sposób, by się przekonać, czy przyszedł czas Dagor Dagorath. – Manwë powstał i szeroko rozpostarł ręce. Przestrzeń za granicą Kręgu zawirowała i znikła, ustępując napierającej zewsząd pustce i ciemności.

Pallandowi i Olórinowi zdawało się, że trwają zawieszeni w próżni, kiedy wysoko nad ich głowami pojawił się zarys czegoś, co zbliżało się do nich lub też oni zbliżali się ku temu. Gdy byli dostatecznie blisko, spostrzegli, iż kształt to zawieszone w przestrzeni drzwi, oprawione w kamienną framugę. Drzwi powoli znalazły się wewnątrz Kręgu i delikatnie opadły na kamienną posadzkę w pionie, gotowe do użycia. Drzwi niczym szczególnym się nie wyróżniały, nie miały skomplikowanego zamka, brakowało dziurki od klucza, a nad miejscem, w którym powinna się znajdować, widniała najzwyklejsza żeliwna klamka o topornym kształcie.

Manwë wstał i powoli, jakby coś go przed tym powstrzymywało, zbliżył się ku wrotom, które w swej surowości i prostocie zdawały się przerażające. Podszedł ku nim i stanowczo nacisnął klamkę.

Jeśli zdjął was lęk i boicie się towarzyszyć mi w tej podróży, zrozumiem – zwrócił się ku starcom, otwierając drzwi i gestem ręki zapraszając do środka.

Ani Pallando, ani Olórin nie zawahali się przy podejmowaniu decyzji. Równocześnie postąpili naprzód i z jasności pochodni Kręgu zanurzyli się w nieprzeniknionych ciemnościach panujących po drugiej stronie wrót. Zaraz po nich przez drzwi przestąpił Manwë, a te zatrzasnęły się same, pozbawiając ich jedynego źródła jasności, które biło od strony Máhanaxaru.

Przez chwilę znajdowali się w kompletnych ciemnościach, lecz po kilku sekundach rozległ się trzask i za ich plecami zapłonęły dwa ogienki. Odwróciwszy się, spostrzegli, iż płomienie, leciutko buchające w kamiennych misach, umiejscowione były na wysokości, wyniesione w górę na dwóch sękatych postumentach po obu stronach drzwi, które mimo iż z tamtej strony zawieszone w przestrzeni, tutaj wmurowane były w niknący w cieniu długi skalny mur. Ponad nimi górowało bezgwiezdne, czarne niebo lub to, co było nad nim. Przybyli stali na wąskim pasmie ziemi, o które rytmicznie uderzały fale oceanu, gdzie, w jego głębinach, świeciły i błyskały najróżniejsze gwiazdy zebrane w konstelacje, a daleko przed nimi jaśniał w odmętach malejący po pełni księżyc. Nieopodal nich czekała przycumowana do brzegu niewielka łódka.

Chodźmy. – Manwë zręcznie przeskoczył ponad burtą i zasiadł na dziobie. – Nie traćmy czasu.

Jego siwobrodzi towarzysze pośpiesznie uczynili to samo, sadowiąc się na przeciągniętych w poprzek pokładu ławkach, gdzie zazwyczaj siadali wioślarze. W tej łodzi wiosła były zbędne. Lina cumująca sama bezszelestnie opadła z dziobu, a statek odbił od brzegu, leniwie sunąc po bezmiarze niebomorza.

Brzeg znikł im z oczu. Nikt nic nie mówił, a w Merydarze Pallando wzbierała ciekawość, podobnie jak w pałacu Mandosa. Ostrożnie opuścił dłoń za burtę i zanurzył ją w tym, po czym płynęli. Ku jego zdumieniu substancja nie była chłodna, jak się spodziewał, nie była nawet mokra. Najbardziej przypominała mu delikatny letni wiatr przyjemnie uderzający o ciało.

Wiecie, gdzie jesteśmy? – zagadnął Manwë, widząc zaciekawienie na twarzy Pallanda.

W najdalszej dali – odparł Olórin. – Na granicy nicości i tworu.

Tak. – Valar uśmiechnął się. – To ostatnia sfera Ardy. Dalej nie ma już nic. Eä się kończy. A to – wskazał na przestrzeń pod nimi – to jest niebo.

Jak to możliwe? – Pallando zdawał się nie dowierzać.

Ciekawość już raz nieomal cię zgubiła, Pallando. Ale skoro nie możesz uwierzyć, to doświadcz tego. – Manwë wstał i powoli przysunął się do Merydara.

Panie...? – Merydar Pallando cofnął się na siedzisku, kiedy Manwë wyciągnął ku niemu ręce. – Co chcesz zrobić...?

Sprawić, byś uwierzył. – Chwycił kapłana za poły szaty i z wielką siłą cisnął nim za burtę.

Do ich uszu doleciał wrzask przerażenia spadającego Pallanda, a Olórin, krzyknąwszy krótko, rzucił się ku burcie i wyjrzał zza niej, śledząc wzrokiem niknącą pod nimi postać. Gdy dostrzegł jasny punkt mozolnie zbliżający się ku nim, przerażenie na jego twarzy ustąpiło miejsca szczeremu uśmiechowi.

Gil-Estel? – spytał, spoglądając na Manwëgo. Ten skinął głową.

Merydar spadał tak długo, że po pewnym czasie przestał krzyczeć. Odgarnął z oczu długą brodę, którą nawiał mu na twarz pęd powietrza, i rozejrzał się wkoło. Wszędzie wokół niego oddalone o wielkie odległości migotały srebrzyste gwiazdy. Nigdzie nie mógł dostrzec najmniejszego choćby skrawka stałego lądu. Nie potrafił wyobrazić sobie, jak wysoko musiał się znajdować.

Monotonny i niezmienny krajobraz wypełnił nagle silny błysk, który uderzył Merydara w twarz. Był na tyle jaskrawy, że nawet gdy mędrzec zamknął oczy i zasłonił je dłońmi, ciągle prześwitywał przez zaciśnięte powieki. Usłyszał łopotanie, po czym wylądował na czymś miękkim i gładkim, ześlizgując się i uderzając plecami o twardą powierzchnię. Z wciąż zamkniętymi oczami usiadł i zaczął rozmasowywać sobie bolący bark, kiedy do jego uszu doleciał odgłos zbliżających się kroków.

Witamy na pokładzie statku rejsowego Vingilótë! – odezwał się męski głos. – Prosimy rozgościć się na pokładzie i podziwiając rozpościerające się zewsząd gwiazdozbiory, oczekiwać na podanie napojów. Życzymy miłego rejsu... albo lotu... Sam już nie wiem.

Wolne żarty. – Merydar rozpoznał głos, stanął na równe nogi i uśmiechnął się. – Warunki są karygodne. Którą ja klasą płynę?

Ha! Jedyną w swoim rodzaju!

Blask zmalał i zamienił się w ledwie dostrzegalny promyk światła, dzięki czemu Merydar mógł otworzyć oczy i spojrzeć na swego rozmówcę. Był to wysoki mężczyzna w żeglarskim odzieniu pod szerokim płaszczem koloru morskiego. Twarz miał przyjazną, krótką brodę przystrzyżoną, a ciemne, krótkie włosy przepasane skórzaną opaską, na której środku, dokładnie pośrodku czoła, widniał wspaniały przezroczysty brylant, z którego bił niewyobrażalny blask, teraz lekko przyćmiony.

Nieczęsto miewam gości na swoim statku. Ciebie też się nie spodziewałem, ale witam z całego serca, Pallando.

Eärendil! – Merydar uścisnął przyjaciela. – Może ty mnie nie, ale ja często śledziłem twój okręt na niebie. Twa gwiazda napawa otuchą strudzone serce.

Ja także często kierowałem spojrzenie na Śródziemie – odparł Eärendil. – Wiem, co sprowadza was tutaj, mości czarodzieju, ciebie i Olórina. Wasza łódka zaraz powinna dobić do brzegu. Pozwolisz się podwieźć?

Z wielką przyjemnością.

Eärendil odwrócił się i skierował ku rufie swego statku, ku sterowi, a Merydar żwawo podążył za nim.

Okręt Eärendila zwanego Półelfem, Vingilótë, był jedną z niewielu wspaniałości świata, która przetrwała z przedwieków. Ongiś statek żeglarza, teraz piękna osrebrzona jednostka dowodzona przez kapitana, który chociaż zrodzony człowiekiem, władał teraz jej sterem jako elf z Berenowym Silmarilem na czole. Razem przemierzali nieboskłon jako gwiazda, zwana przez ludzi Gil-Estel.

Sam Vingilótë zadziwiał budową. Wyniesiony dawno temu na szczyt niebios przez Valarów, został przez swojego kapitana przysposobiony do nowej funkcji. Był to trójmasztowy okręt o szerokim, ale i płytkim pokładzie, pod którym znajdowały się niewielkie ładownie. Kotwice wykonane ze szczerego złota przymocowano na stałe po obu stronach dziobu jako ozdobę. Mimo iż trójmasztowy, to nad pokładem wznosiły się dwa maszty. Trzeci, leżący dokładnie w tej samej linii co pierwszy, znajdował się pod statkiem, a ich osie, maszty fokmasztu pokładowego i podpokładowego, zdawały się przebijać okręt niczym olbrzymia włócznia. Miały symetryczne omasztowanie i ożaglowanie, fok rozpięty między bomem a gaflem i rejowy fokbramsel u krańców drzewca masztu, które wraz z podwójnymi latawcami, bomkliwrami, kliwrami i sztafokami rozpiętymi między fokmasztami a długim bukszprytem wyglądały jak wysoka piętrowa chmura. Rzeźbiony bukszpryt przedstawiał łabędzia w locie, a za obiema burtami szczerym złotem mieniły się wiosła.

Merydar podziwiał statek, zmierzając za Eärendilem na podest steru. Schyliwszy głowę przed bomem grota, zaczął ostrożnie stąpać po impregnowanym drewnie stopni mostka. Żeglarz już tam był. Stał dumny i wyprostowany, dzierżąc pręty koła steru i nadając okrętowi kierunek.

Podziwiaj wspaniałość mojego szkunera! – krzyknął ku niemu i podniósł głowę w stronę gafla grotu. – Zrzucić żagle na fokmaszcie górnym! Żagle staw na dolnym! Luzować grota! Wynurzamy się!

Coś zatrzeszczało i statek zaczął spełniać polecenia swego kapitana, opuszczając reje i gafel fokmasztu górnego, a drzewce żagla grotmasztu zakołysały się lekko na wietrze. Materiał foka i fokbramsla na maszcie dolnym wydął się mocno, a okręt uniósł dziób do góry i zaczął wynurzać się z morza powietrza.

Wbrew pozorom nie spadłeś zbyt głęboko – zagadnął Eärendil. – Za moment powinniśmy być na powierzchni.

Jak to niezbyt głęboko? – Merydar zdziwił się. – Przecież leciałem dobre kilka minut.

Ogromna jest sfera, która oddziela Ardę od Pustki – odparł żeglarz. – Żeby zbliżyć się do ziemi, musiałbyś spadać przez kilka tygodni, a nie minut. Rozejrzyj się. Nie ma tu żadnych ptaków. Nawet orły Manwëgo nie latają tak wysoko. Jestem tu tylko ja. Ja i gwiazdy. Moja samotnia.

Vingilótë przebił ostatnie warstwy powietrza i opadł na wzburzone wody tafli nieba pośrodku wszechogarniającej ciemności. W mroku Silmaril na czole Eärendila rozbłysnął silniejszym blaskiem, oświetlając niewielką łódkę opodal.

Manwë Sulimo. Olórinie. – Żeglarz wytwornie skłonił się nadpływającym postaciom. – Zgubiliście kogoś. – Wskazał na kapłana.

Teraz wierzysz? – spytał Manwë.

O tak. – Pallando speszył się. – Na przyszłość będę wierzył na słowo.

Dobrze więc. – Valar odwrócił od niego spojrzenie i skierował je ku nicości za dziobem swej łódki. – Jesteśmy na miejscu.

Z początku w ciemności pojawiły się tańczące ogniki, które w miarę jak odległość do nich malała, okazały się wetkniętymi w suchą ziemię pochodniami na małej samotnej wysepce. Ogni było czternaście, okalały kolejne drzwi, jakie wystrzeliwały z powierzchni spękanego gruntu. Te drzwi nie przypominały tych, przez które wędrowcy już przechodzili. Były zbite z grubo ciosanych nieheblowanych desek, oprawionych żelaznymi wstęgami, a wokół zardzewiałej gałki widniało czternaście starych, dużych dziurek od kluczy. Całość okalał ciężki łańcuch, zbity z grubych ogniw.

Kiedy statki podpłynęły wystarczająco blisko, by ich pasażerowie mogli zejść na ląd, coś poruszyło się nagle u szczytu drzwi i sprawiło, że owijający je łańcuch zabrzęczał. Zaskoczeni odruchowo spojrzeli w tym kierunku. Na drzwiach siedział dziwny pokraczny stwór, mniejszy od człowieka, pazurami stóp wbity we framugę, a rękoma przytrzymujący fragment łańcucha, wystającego mu z zaopatrzonej w pokaźne zębiska paszczy. Na głowie sterczała mu korona rogów, z barków wyrastały dwie pary błoniastych, nietoperzych skrzydeł, a długi ogon rytmicznie podskakiwał we wszystkich kierunkach. Na ich widok znieruchomiał na moment, po czym wrzasnął przeciągle i wypluwając żelastwo z gęby, sfrunął w panice z drzwi i zniknął w ciemnościach.

Co to takiego? – Olórin niepewnie spoglądał na Manwëgo, podczas gdy Eärendil, podbiegłszy do luźno zwisającego kawałka łańcucha, zaczął lustrować go wprawnym wzrokiem.

Prawie przegryziony – powiedział, pokazując pozostałym uszkodzone ogniwo.

W ogromnej Pustce, która nas otacza, wciąż kryją się liczni zwolennicy i poplecznicy mojego brata, którzy zbiegli tu po jego ostatecznym obaleniu. – Manwë wciąż wpatrywał się w miejsce, w którym znikła kreatura. – To musiał być jeden z nich.

I co z tym teraz zrobimy? – zapytał Merydar Pallando.

Teraz to nieistotne. – Manwë podszedł ku drzwiom. – Jeżeli w środku nie ma nikogo, to mamy poważniejszy problem niż pilnowanie pustego więzienia. – Silnym pociągnięciem zerwał resztki łańcucha z drzwi. W mroku zalśniły jego skrzydła, on wyprostował prawe i chwyciwszy je dłońmi, wyrwał z niego jedno długie, śnieżnobiałe pióro. Machnął skrzydłami, a one znikły.

Złapawszy wyrwane pióro za dutkę, wyciągnął drugą dłoń i objął palcami zardzewiałą gałkę. Zbliżył pióro do zamka, jakby zamierzał użyć go zamiast klucza. Nie wsunął go w żadną z czternastu dziurek dokoła, tylko przejechawszy kciukiem po czubku trzymanej gałki, odsłonił kolejną, piętnastą, skrywaną za metalową klapką dziurkę. Pchnął w nią pióro i po chwili cała stosina zanurzyła się w mechanizmie. Przekręcił w lewo trzymaną w palcach dutkę, a zamek zaskrzypiał, zatrzeszczał i ustąpił. Manwë pchnął gałkę, a drzwi otworzyły się do wewnątrz.

Musisz tu poczekać – rzucił do Eärendila i przepuścił w przejściu nadchodzących Olórina i Pallanda, po czym sam zniknął po drugiej stronie wrót i zatrzasnął je za sobą.

Z początku panowały tam nieprzebyte ciemności, rozproszone po chwili samorozniecającymi się na żagwiach płomieniami. Rozglądnąwszy się dokoła, zobaczyli nie za dużą okrągłą komnatę, w której ścianach wmurowane były kolejne pary zamkniętych drzwi. Czternaściorga drzwi, jak zdołał zliczyć Merydar, nie wliczając w to tych, którymi przybyli. Oprócz drzwi sala była kompletnie pusta.

Nikogo tu nie ma – stwierdził Gandalf Olórin.

Nie trać nadziei. – Podczas gdy towarzyszący Manwëmu mędrcy rozpierzchli się po komnacie w poszukiwaniach więzionej tu osoby, Valar nie zrobił ani kroku, wciąż trzymając w dłoni gałkę zatrzaśniętych za sobą drzwi. – To dopiero przedsionek. Teraz trzeba wybrać odpowiednie wrota, by znaleźć tego, którego nie wolno szukać.

Ale tu jest ich aż czternaścioro. – Kapłanowi opadły ręce. – A nas jest tylko trzech.

Czternaścioro? – Manwë zdziwił się. – Na pewno?

Merydar jeszcze raz przebiegł oczami po ścianie i przeliczył znajdujące się tu drzwi.

Jakkolwiek bym liczył, wychodzi czternaście.

Nie liczysz wszystkich. – Olórin podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu. – Wraz z tymi, którymi tu przyszliśmy, jest ich piętnaścioro. To właśnie w te piętnaste powinniśmy teraz wejść, prawda?

Żeby wrócić tam, skąd przybywamy? – Pallando obstawał przy swoim.

Czasem nie wszystko jest tym, na co wygląda. – Manwë ponownie otworzył drzwi, te same, którymi tu przyszli, i do komnaty wlało się zielonkawe światło. – I nie zawsze działa tak, jak nam się wydaje.

Rozwarłszy drzwi na oścież, prędko znalazł się po ich drugiej stronie i cierpliwie zaczekał, aż Olórin i Pallando, wymieniwszy znacząco spojrzenia, dołączą do niego. Tym razem wrota zamknęły się za nimi same.

Co jest za resztą tamtych drzwi? – spytał kapłan.

Niekończąca się sieć labiryntów – odparł Valar. – Tunele, kanały i korytarze, które wijąc się i rozgałęziając, nie prowadzą nigdzie, przecinając się same ze sobą w nieskończonej liczbie miejsc najeżonych pułapkami. Ten, kto by tam wszedł, nie wydostałby się stamtąd ani żywy, ani umarły.

To skąd wiadomo, co jest w środku? – dociekał Merydar Pallando, lecz zaraz poczuł szturchnięcie, jakim obdarzył go Olórin Gandalf, uznając to widocznie za zbytnią ironię.

Manwë, przeszedłszy kilkanaście kroków, uniósł lekko ręce i zatrzymał swych towarzyszy.

To tutaj.

Korytarz, którym zmierzali, rozszerzył się i przeszedł w okrągłą salę, na której środku spoczywał potężny kamienny sarkofag, oświetlony łuną zielonego światła wpadającego przez kratkę w suficie.

Olórin jako pierwszy odważył się zrobić krok i obszedłszy grobowiec dokoła, spochmurniał.

Nie ma ani jednej ryski – powiedział. – Nawet najmniejszej szparki znaczącej wieko. To lita skała, obsydian. Jak sprawdzimy, czy ktoś jest w środku?

Nie sprawdzimy – odparł Manwë. – Nawet ja nie mam takiej mocy, by rozłupać ten kamień w pojedynkę.

Więc jak zamierzasz...

Powiedziałem, że nie rozłupię głazu. – Valar przerwał mu. – Lecz znam drogę do kolejnej celi.

Ta cela jest fałszywa? – wnioskował Merydar. – Jak tamte czternaścioro drzwi? Musimy znaleźć piętnastą celę, mam rację?

Nie. – Manwë przerwał wywód mędrca. – Cel jest czternaście, ale Morgoth nie jest zamknięty tylko w jednej z nich.

Jak to?

Jest zamknięty we wszystkich czternastu.

Kawałek po kawałku? – Pallando nie dowierzał.

Nie dosłownie, oczywiście – wyjaśniał Manwë. – Jego zewnętrzna powłoka, coś na kształt ciała, rozpadła się, kiedy przywlekliśmy go do Valinoru na sąd. Pozostał jako duch, podświadome wyobrażenie samego siebie, psychika pozbawiona cielesnej osnowy. To właśnie ten duch, stanowiąc całość jego wnętrza, jest jednocześnie podzielony na czternaście kawałków, jak to nazwałeś. I żadna z tych części nie może istnieć bez pozostałych, chociaż każda z nich uosabia w sobie każdą inną. Więc nawet jeśli komuś udałoby się dotrzeć do jednej z cel, i tak nie uwolni więzionego tu ducha.

To gdzie są te pozostałe cele? – zapytał zniecierpliwiony Olórin.

Tutaj. – Manwë wskazał dłonią na komnatę z sarkofagiem, tę, w której się znajdowali.

Nie rozumiem.

Bardzo trudno rozerwać duszę, nawet jak się jest Przedwiecznym Duchem. – Valar kontynuował. – Podzielić ją na kawałki to co innego, ale odseparować je od siebie, niemalże niemożliwe. Więc podzieliwszy ducha Morgotha na czternaście części, każdą z nich zamknęliśmy w innej celi, ale że jego dusza dalej pozostała nierozczłonkowana, to komnaty, w których złożono owe części, także zaczęły się przenikać i w końcu nałożyły się na siebie. Oto jedna z nich. – Omiótł spojrzeniem pomieszczenie.

To jak przejdziemy do kolejnej? – dopytywał Merydar Pallando.

Nicość nie może istnieć bez materii. – Valar spoważniał. – Tak samo jak nie ma dobra bez zła. Dusza pragnie ciała.

Co to znaczy?

Że musimy jej je dać. – Manwë włożył rękę za skraj szaty na piersi i wyciągnął krótkie, zdobione ostrze. Chwycił klingę gołą dłonią i pociągnąwszy nożem, pozostawił na niej obficie krwawiący ślad, głęboką ranę. Następnie, podszedłszy pośpiesznie do kamiennego sarkofagu, przyłożył krwawiącą dłoń do zimnego głazu.

Ciężkie powietrze zadrżało wewnątrz celi, a kontury ścian, grobowca i wszystkiego, co było w komnacie, zamazały się lekko i zaczęły znikać. Jedynie Manwë, Olórin i Pallando pozostali wyraźnymi kształtami wewnątrz nieładu.

Na miejscu poprzedniej celi pojawiła się nowa, o identycznych kształtach, lecz innym wnętrzu. Zamiast kamiennego grobowca w posadzce ziała wypełniona wrzącą magmą fosa przeciągnięta w poprzek komnaty, od której biła krwistoczerwona łuna gorącego powietrza. Za fosą, skąpany w palących oparach, wisiał rozciągnięty pomiędzy dwoma marmurowymi kolumnami wijący się człowiek. Wrak człowieka. Pozbawiony odzienia, które zapewne się spaliło, podobnie jak włosy, przeraźliwie wychudzony i wynędzniały człowiek, spod którego poparzonej i doszczętnie spalonej w wielu miejscach szarej skóry prześwitywała każda najmniejsza kość. Jego powieki zapadły się na oczodołach i zrosły, wypełniając miejsce po wydłubanych oczach, a z bezzębnych ust wydobywał się wrzask niewyobrażalnego bólu. Stopy miał ucięte, a na twarzy widniały rzucające się w oczy trzy podłużne blizny, biegnące od kącika czoła do czubka brody. Widok napawający odrazą i obrzydzeniem. Merydar zatkał usta dłonią.

Wszystko w porządku, przyjacielu? – spytał Manwë, widząc reakcję Pallanda.

Wypuść mnie stąd! – zażądał kapłan, nie odsuwając dłoni od ust.

Oczywiście. – Upewniwszy się, że krew bijąca od jego świeżej rany nie zdążyła jeszcze skrzepnąć, Manwë energicznie ukląkł i uderzył płaską dłonią w spopieloną posadzkę.

Sceny powtórzyły się, najpierw wszystko się zamazało, a potem z ciemności wyłoniła się zupełnie nowa, dalej okrągła cela.

Przeszył ich chłód. Wrząca lawa znikła, podłoga znów stała się jednolicie płaska, a pośrodku, zamiast kamiennego sarkofagu, wznosiła się lodowa góra, wewnątrz której w powykręcanej pozycji widniał także nagi mężczyzna, teraz już wyglądający normalnie.

Lepiej ci? – Manwë objął trzymającego się za brzuch Merydara. – Każda z tych cel została zaprojektowana przez innego Valara. Ta pierwsza to dzieło Aulego. Ta, którą teraz opuściliśmy, to twór Tulkasa, najwyraźniej on nie miał skrupułów. Natomiast ta to wymysł Ulma, niezbyt oryginalna, ale praktyczna. Pozwólcie, że pokaże wam tę, którą wykonałem ja.

Manwë ponownie schylił się i dotknął otwartą dłonią posadzki. Otoczenie zawirowało, lecz tym razem z chaosu wyłonił się mało spodziewany widok. Wszędzie były książki, całe mnóstwo ksiąg. Zbudowane z nich były ściany, posadzka, sufit oraz podtrzymujące go kolumny. Gdziekolwiek by spojrzeć, tam wznosiły się stosy i usypiska z przeczytanych już lektur. Pod tylną ścianą ustawiony był stolik, a na krześle za nim siedział ze wzrokiem utkwionym w literach mężczyzna. Kiedy spostrzegł, że ma gości, podniósł głowę i uśmiechnął się. Był przystojny, gładko ogolony, z zadbanymi, długimi, czarnymi włosami opadającymi na piersi i niebieskimi oczami. Szpeciły go tylko trzy podłużne blizny w poprzek twarzy, a Olórin zauważył, że wnętrze dłoni miał czarne, poparzone.

Spóźniliście się – powiedział, świdrując ich wzrokiem. – Spodziewałem się was wcześniej, ale cóż. Lepiej późno niż nigdy, prawda? Wybaczcie, że nie zaparzyłem herbaty, ale czajnika z książki nie udało mi się skonstruować... Czemu nic nie mówicie? Co u ciebie słychać, braciszku, opowiadaj, wszak nie widzieliśmy się od dobrych paru tysięcy lat. A może powinienem powiedzieć od paru milionów książek, co? Ach, ta twoja łaskawość. Inni mnie torturują, podpalają, zamykają w kamieniu, a ty pozwalasz mi czytać. Nie potrafię tego pojąć, czyżbyś miał wyrzuty sumienia? No proszę... Jest i Pallando. Witaj, stary druhu. I przyprowadziłeś kolegów. – Skinął w stronę Olórina. – Powiedz, przyjacielu, doniosłeś już mojemu braciszkowi o tym, co stało się w Hildórien? Na pewno doniosłeś. Przecież teraz jesteś na każde ich skinienie, pałasz żądzą poprawy, parobku. I co teraz zrobicie, hm? Macie problem.

Jego pytanie uleciało w eter, nikt nie śmiał się odezwać, a w oczy spoglądał mu tylko Manwë.

Więzień jest na miejscu – powiedział po chwili. – Możemy wracać.

Odwróciwszy się na pięcie, zaczął z powrotem zmierzać w kierunku drzwi. Za nim podążyli posłusznie Olórin i Pallando.

Zżera cię ciekawość, prawda? – rzucił po kilku sekundach, kiedy przybysze dotarli do wąskiego korytarza, który przyprowadził ich do celi. Manwë zatrzymał się nagle, lecz nie odwrócił. – Wiem, czuję to. W twojej głowie kłębi się mnóstwo pytań, a to, które dręczy cię najbardziej, brzmi: "Jak on to zrobił? Jak zdołał się wydostać?". Hm...? Cóż, prawda jest taka, że nie musiał. Odpowiedzi na twoje pytania są bliżej, niż myślisz.

Manwë nie słuchał go. Ponownie ruszył przed siebie i znalazłszy się przy drzwiach, chwycił za gałkę.

Powiedz coś! – wrzasnął Morgoth. Uderzył pięściami o drewniany stolik, przy którym siedział, a ten przełamał się na pół pod siłą uderzenia. Jak poparzony zerwał się z krzesła i chwyciwszy resztki stołu w ręce, roztrzaskał je, rzucając nimi o ściany. Stał chwilę na nogach, a kiedy spróbował ruszyć w ich kierunku z wyciągniętą dłonią, zwalił się na kolana niezdolny do ruchu. Nie miał stóp. – Powiedz coś! Powiedz, że się boisz! Że nie wiesz, co teraz zrobić! Że jesteś bezradny! Powiedz cokolwiek! Ukorz się przede mną! Przyznaj moją wyższość!

Zaczął pełznąć w ich stronę, kiedy Manwë przepuszczał w przejściu swych towarzyszy. Wtedy Morgoth zerwał się, skoczył do przodu i lecąc z rękoma wyciągniętymi przed siebie, prawie dopadł Manwëgo, kiedy ten błyskawicznie opuścił celę i zatrzasnął za sobą drzwi. W sekundę potem coś uderzyło o zamknięte wrota, te zatrzęsły się w zawiasach, a w powietrze uniósł się ogromny tuman kurzu.

Więzień jest na miejscu – powtórzył Valar. – Możemy wracać.

Ponownie otworzył drzwi, a tym razem, zamiast do celi, wyprowadziły ich na otwartą przestrzeń, na małą wysepkę, na której czekał Eärendil.

I co? – dopytywał zniecierpliwiony żeglarz. – Jest tam?

Tak – odparł Olórin. – Po wiekach spędzonych w samotności i cierpieniu nic a nic się nie zmienił.

Chwała Jedynemu. – Eärendil odetchnął. – Co teraz?

Zostaniesz tutaj – polecił mu Manwë. – Będziesz patrolował tę wysepkę na pokładzie Vingilótë. Nikogo do niej nie dopuszczaj. Ostrożności nigdy za wiele. Oczekuj mojego herolda z dalszymi rozkazami. Żegnaj.

Eärendil skłonił się wytwornie, a po chwili wszyscy siedzieli na pokładach okrętów, Eärendil na swym szkunerze, a Manwë wraz z mędrcami na swojej malutkiej łódeczce.

Drogę powrotną przebyli w milczeniu i nim się spostrzegli, dobijali do wąskiego pasma wybrzeża u stóp kamiennego muru. Pośpiesznie opuścili swój środek transportu i dotarłszy do drzwi, wkrótce stali z powrotem na środku Kręgu, czując na karkach spojrzenia pozostałych Valarów.

Więzień jest na miejscu – oznajmił po raz trzeci Manwë, kiedy zasiadł na swym tronie.

Wiemy. – Mandos powrócił do swego rytuału.

To skoro tak wszystko wiemy, to może mi powiesz, jak może być jednocześnie w naszym więzieniu i w Śródziemiu? – Ulmo sfrustrował się.

Tego nie wiemy.

A jak się go pozbędziemy ze Śródziemia? – ciągnął Valar.

Tego też nie wiemy.

To może zdejmij te szmatę z oczu, to cię olśni, czarnowidzu! – krzyknął ze swojego tronu Ulmo, uderzając włócznią o posadzkę.

Nie dane mu widzieć wszystko! – Irmo oburzył się, waląc pięścią o podłokietnik.

To zacznijmy działać w oparciu o to, co wiemy, a nie o to, co widzimy czy nie widzimy – rzucił Ulmo.

Racja! – krzyknął Tulkas. – A wiemy wystarczająco dużo, by zacząć działać. Pokonaliśmy go raz, pokonamy i drugi!

Nie wolno nam osobiście działać na terenie Ardy. – Manwë upomniał go. – Już nie.

Więc co proponujesz? – odezwała się Varda.

Morgoth nie uciekł z więzienia – odparł po chwili. – Nie czas więc na Dagor Dagorath. A zatem nie wolno nam działać. Ale wam owszem. – Spojrzał na Olórina i Pallanda.

Nie! – zakrzyknęli jednocześnie, cofając się o krok.

Dlaczegóż to?

Nie chciałem udać się do Śródziemia już dwa tysiące lat temu, kiedy wysyłaliście tam naszą piątkę – mówił Olórin. – Mówiłem wam, że jestem za słaby. A teraz jestem tu. Czyż nie miałem racji? Nie dam rady przeciwstawić się Sauronowi!

Cóż ja mam powiedzieć? – zaczął Pallando. – Nie czuję się na siłach, by stawić czoła Sauronowi, a co dopiero samemu Morgothowi. Boję się go. Poza tym byłbym chyba niebezpiecznym kandydatem do tej misji, uwzględniając moją przeszłość. Tam potrzeba kogoś, kto dorówna mu potęgą, tam potrzeba Valara!

Wiemy. – Mandos powstał.

To po co to wszystko? – Merydar Pallando obruszył się. – Po co nas tu wzywaliście, po co kazaliście to wszystko mówić, po co dopytujecie się, dlaczego nie chcemy wrócić do Śródziemia, skoro to wszystko wiecie!

Bo ważne jest, czy wy sami to wiecie. – Mandos wstał i zbliżył się do nich. – Bowiem kto nie wie, czego chce, kończy zazwyczaj tam, gdzie nie chciał, a żaden wiatr nie wieje we właściwym kierunku dla statku, który nie ma portu przeznaczenia. Mówisz, Olórinie, że jesteś za słaby, a jednak wierzysz w to, że ktoś może pokonać Saurona. Każdy ma dość siły, by urzeczywistnić to, o czym jest przekonany. Musisz pamiętać, że największym złem, na które cierpi ten świat, nie jest siła tych złych, lecz słabość tych dobrych. Ty zostałeś pokonany w walce, poległeś, jesteś zwyciężony, lecz jeśli nie ugniesz się i nie ulegniesz, to mimo to zwyciężysz. Dalej obwiniasz się za to, że powierzyłeś Pierścień temu niziołkowi, a przecież to nie ty uczyniłeś go powiernikiem. On sam to zrobił. Skoro ty nie znajdujesz siły w sobie, pomóż jemu ją odnaleźć. Mówisz, Pallando, że obawiasz się swego dawnego pana, a jednak my ci ufamy. Nie ma takiej chwili w naszym życiu, w której nie moglibyśmy rozpocząć nowej drogi, a aby stać się lepszym, nie musisz czekać na lepszy świat. Ten, który zamierza czynić dobro, nie może oczekiwać, iż ludzie będą usuwać mu kamienie z drogi, ale musi być przygotowany na to, że mu je będą rzucać pod nogi. Umiejętność żeglowania polega na tym, że żeglarz potrafi płynąć również pod wiatr. A od wiatru uchronić się nie można, ale przecież można budować wiatraki. Dlatego wy będziecie tą siłą, o którą rozbije się potęga zła bez względu na jej postać. Z woli Rady Valarów zostajecie odesłani do Śródziemia, aby dokończyć swoje zadanie. Olórin, zwany Gandalfem Szarym, uda się na zachód, by przeciwstawić się Sauronowi, natomiast Pallando, zwany Merydarem Błękitnym, powędruje na wschód, by uchronić te ziemie przed złem Morgotha. Taka jest nasza wola. – Mandos, skończywszy przemowę, z powrotem zasiadł na tronie.

Przez moment nikt nie ośmielił się mącić ciszy, jaka zapanowała po mowie Námo Mandosa, lecz po chwili Pallando wraz z Olórinem skłonili się wytwornie przed Valarami.

Skoro taka jest wasza wola, nie nam się jej sprzeciwiać – powiedział Olórin.

Dziękujemy. – Manwë zgiął kark. – Ale nie myślcie, że zostawimy was bez pomocy. Oto wasze nowe różdżki. – Machnął ręką, a z podłogi po prawicach mędrców wyrosły wysokie rzeźbione kostury, które czarodzieje chwycili pewnie w dłonie. – Od dziś jesteście Białymi Czarodziejami zakonu Heren Istarion. Niech wasza nowa moc okaże się wam pomocna. Zawierzajcie przyjaciołom, bowiem oni są waszą ostatnią nadzieją.

Jak wrócimy na ziemię? – spytał nieśmiało Pallando.

Musicie wyruszyć natychmiast – odparł Manwë. – W świetle faktów, o których mówiliście, uznaliśmy, że sprawa Pallanda jest pilniejsza i bardziej niecierpiąca zwłoki od twojej, Olórinie.

To oczywiste – rzekł Olórin.

Dlatego ty, Pallando, wrócisz na Ardę wraz z Tilionem, Kierującym Księżycem, który dostarczy cię do Hildórien w miarę szybko. Natomiast ty, Olórinie, normalnie byłbyś przewożony przez Eärendila, lecz w zaistniałej sytuacji jest to niestety niemożliwe, dlatego będziesz zmuszony do długiej wyprawy po Prostej Drodze. Dostaniesz przewodnika, lecz nie dotrzesz do Śródziemia prędko. Musisz to zrozumieć.

Rozumiem, panie. – Olórin skłonił się. – Nie żywię urazy.

Dziękuję. Nie obawiajcie się, poruszymy niebo, byle tylko jakoś wam pomóc. Morgoth nie uciekł z więzienia. Wydaje mi się, że przebywa w Hildórien tylko duchem, opętawszy jakiegoś człowieka. Dlatego też walka z nim nie będzie aż tak trudna, lecz mimo to nie lekceważcie go. Ze swym ciałem czy bez niego jest śmiertelnie niebezpieczny. Idźcie już. Wasze łodzie już czekają. I nie traćcie nadziei, bowiem po każdej, najmroczniejszej nawet, nocy zawsze nastaje nowy dzień. Powodzenia.

***

Nad ziemią zapadał zmierzch. Po kilkudniowym biegu bez minuty wytchnienia zbiedzy z Aren-Din rozbili obóz na skraju mrocznego lasu. Tuż obok zatrzeszczały gałęzie zniesione przez Treyona na ognisko. Merydar ocknął się ze snu.