Więzień Oswobodzony. Tom I. Miecze i słowa - Przemysław Duda


Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2019
? Copyright by Przemysław Duda, 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż
Korekta: Dominika Ładycka, Małgorzata Wieczorek
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad
Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-8159-988-7
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Wiał wschodni, chłodny wiatr. Wysokie źdźbła tataraku szeleściły na jego podmuchach do wtóru szumiącej rzeki płynącej wartko pomiędzy niewielkimi pagórkami. Ich porośnięte wrzosem zbocza skrywał cień wysokiej góry o dwóch szczytach wznoszącej się na wschodzie.
– To chyba ona – powiedział starzec.
Było ich dwóch. Wędrowali wzdłuż rzeki już któryś dzień, a góra rosła w ich oczach z każdym krokiem.
– Jak ją nazywali?
– Wygnaniec.
– Tak. Jakże to do nas pasuje.
Przystanęli na niskim wzgórzu i utkwili spojrzenia w budzącej niepokój górze.
Byli sędziwymi starcami o zmęczonych oczach i długich, zmierzwionych wiatrem brodach sięgających piersi. Poły ich niebieskich płaszczy wydymała bryza, a w trudach podróży wspierały ich długie, misternie rzeźbione kostury.
– Nie jesteśmy wygnańcami, Alatarze – powiedział półgębkiem jeden z nich, przygryzając w ustach źdźbło trawy. – Jesteśmy opiekunami.
– Wysłanymi w najdalszą dal.
– Widać i tu potrzebna będzie nasza pomoc.
– I twój optymizm, Pallando – rzucił Alatar. – W tym miasteczku, w którym byliśmy... Widziałeś, żeby ktoś tam się uśmiechnął?
– Starsi mówili, że to przez górę. Ponoć jej cień napawa strachem.
– Czyli twierdzisz, że to jest nasze miejsce?
– To dobre miejsce, żeby zacząć – przytaknął Pallando. – Wody i trawy dla bydła jest pod dostatkiem. Wiatr znad morza niesie wilgotne powietrze. Pokażmy im, że nie ma potrzeby bać się góry.
– Morze na zachodzie pachnie inaczej... – stwierdził tęsknie Alatar, zaciągając się powietrzem.
– Wiem. Kiedyś wrócimy do domu. – Pallando położył dłoń na ramieniu towarzysza i ruszył dalej w dół rzeki.
Szedł tak przez kilka chwil, lecz kiedy zorientował się, że u jego boku nie podąża jego przyjaciel, przystanął i obrócił się.
– Alatarze? – zapytał. Ten stał w miejscu i wpatrywał się w rzekę. Pallando podszedł do niego zmartwiony. – Wszystko w porządku?
– Tak... – odpowiedział mu. – Przebiegł mnie dreszcz i poczułem smutek... ale już minął.
– To pewnie wspomnienie domu.
– Możliwe.
Wymienili się spojrzeniami. Alatar uśmiechnął się, jednak Pallando w jego oczach nie zobaczył nic.
– Była noc. I to wyjątkowo mroźna. Oddech się skraplał, a wargi pierzchły. Najgorsza noc tej zimy. Jak na złość, noc zimowego przesilenia.
– Noc kuglarstwa.
– Noc przepowiedni, Winraelu. Wezwał nas mistrz Merydar. Zebraliśmy się na szczycie wschodniej wieży w komnacie oświetlonej jedynie blaskiem ognia i wąskim promieniem światła księżyca wpadającym przez otwarte okno.
– Pewnie przemarzliście do szpiku.
– Nie kpij. Merydar to mistrz z Ilirei, traktuj go poważnie. Przyjechał nawet gubernator Faldur, a to sceptyk równy tobie.
– Milknę, bracie, wybacz.
– Merydar stał przed podwyższeniem, a u stóp miał niewielką czarkę. Kiedy światło księżyca padło prosto na postument, podniósł naczynie i ustawił tak, jakby chciał w nim zebrać wszystkie jego blade promienie. Z fałdów szaty wyciągnął mały, kryształowy flakonik wypełniony przezroczystą cieczą, którą powoli wylał do czary. Potem wydobył zza pazuchy niewielki sztylet. Podwinął rękaw prawej ręki i szybkim, zamaszystym ruchem przeciął sobie nadgarstek. Umieścił ranę nad naczyniem z płynem i pozwolił, by wpadło do niego parę kropel krwi. Po kilku sekundach odrzucił sztylet i przeciągnął palcami zdrowej ręki po skaleczeniu, a ono znikło. Ot, czary. Potem w milczeniu wpatrywał się w ciecz we wnętrzu naczynia.
***
– Co widzisz, Merydarze? – Król Peleos przerwał trwającą od ponad pół godziny ciszę.
– Niewiele, mój panie... Jest ciemno, szaleje burza. Rozrasta się, nie widzę nawet widnokręgu... Całe Hildórien spowija mrok – odpowiedział kapłan, wciąż wpatrując się w płyn. – Płonące domy, zalane pola, drzewa wyrwane z korzeniami, to widzę. Słyszę krzyki i płacz... Narastający lament...! Teraz grzmot... Błyskawica rozświetliła niebo. I druga... a teraz trzecia. W jej blasku widzę zamek... Stoi w płomieniach! Nie poznaję tego miejsca... Jest... dziwne... Widzę wieże Terinst... tuż nad dokami Trogan... a wokół białe mury Adragov... Wszystko trawi ogień. Muszę stąd uciec... wszędzie wokół tlą się ciała... Zaraz... Zaraz! Ktoś tu zmierza! Nie widzę dokładnie. Tuż przed nim skrzy się grot włóczni. Stąpa pewnie przed siebie... płomienie rozstępują się przed nim, kiedy wchodzi na niewielkie wzgórze. Już jest na szczycie. Unosi głowę i patrzy na niebo... a niebo spojrzało na niego! Zza gęstych kłębów chmur wyjrzała samotna gwiazda... On stoi w jej świetle... poprawia uścisk na drzewcach... Bierze zamach...! Rzuca...! Cisnął włócznią w niebo...! Już jej nie dostrzegam... Jest... – zamilkł na moment. – Gwiazda... Ona krwawi... Jej śnieżnobiały blask... znikł... Wszystko spowił krwisty szkarłat. On dalej stoi w jej purpurowej poświecie. Teraz dostrzegam... Na jego piersi jest oko. A burza... Burza nie osłabła. Wichura wezbrała, a pioruny biją w ziemię. Jest ich więcej! Wokół niego zbiera się tłum ludzi... on im przewodzi. Zbijają się ciasno wokół niego, a on... O nie... Dobył miecza! On ich wyżyna! Znowu te krzyki...! Zobaczył mnie! Idzie do mnie! Unosi miecz...!
Merydar zachwiał się i padł na wznak. Nie mówił nic. Dyszał ciężko. Zebrani trwali przy nim jeszcze kilka chwil, po czym rozeszli się przygnębieni do swoich siedzib. Sam kapłan wstał i wrócił niepewnie do postumentu. Ponownie skupił wzrok na czerwonawym płynie wewnątrz naczynia.
***
Świtało. Przez zdobione, duże okna zaczęły wlewać się pierwsze promyki dnia, które, manewrując między leniwie spadającymi płatkami śniegu, oświetliły wspaniałą, wielką salę. Wewnątrz niej stały dwa rzędy ogromnych, marmurowych kolumn wspierających sklepienie. Każda z nich rzucała na ścianę szerokie pasmo cienia. W jednym z nich, wpatrzone w okno, stały dwie milczące postacie. Obserwowały, jak za murami zamku ludzie budzą się i przystępują do codziennych zajęć.
– Co o tym wszystkim sądzisz, Winraelu? – spytał mężczyzna w grubej, podszytej futrem szacie, obracający w dłoniach skromną, żelazną koronę w kształcie orła oplatającego skrzydłami monarsze skronie.
– Jak by to ująć, wasza wysokość – odparł Winrael, niski, dobrze zbudowany mężczyzna o brązowych włosach. – Wiesz, jaki mam stosunek do tego całego profetyzmu, zwłaszcza gdy obrządek taki odprawia tak młody i niedoświadczony kapłan jak Merydar.
– Ty i ten twój sceptycyzm. – Król Peleos uśmiechnął się. – Mam to puścić mimo uszu?
– Masz mieć uszy i oczy otwarte, jak zawsze – podsumował. – A Merydar sieje defetyzm. Znajdzie posłuch w tych czasach. Twój mu niepotrzebny.
– Mądrze. Ale zdaje się, że nie zwlokłeś mnie z łóżka bladym świtem, żeby prawić mi mądrości życiowe, prawda? Nawet zbroi nie ściągnąłeś...
– Nie zdążyłem, wasza wysokość. – Winrael wypiął pierś.
– I przestań mnie tytułować. Nie lubię tego słyszeć z twoich ust – rzekł król, szturchając Winraela w bark.
– Wiem, Peleosie, wybacz – poprawił się rycerz. – Przesiąkłem etykietą. Jeszcze trochę i stanę się biurokratą.
– Wszystko, tylko nie to, bracie... No nic, generale – Król spoważniał. – Jakie nowiny przywiozłeś zza zachodniej granicy?
– Jest dokładnie tak, jak mówili posłańcy. Po tym, jak schedę po zmarłym władcy Wirty objął jego syn, Worthang, ludność kraju podzieliła się. Ci, którzy uważają, że zajął on tron niezgodnie z prawem, opowiedzieli się za jego starszą siostrą, Catalpią, zasłaniając się faktem, iż w przeszłości Wirta miała już królową. Aby nie dopuścić do wojny domowej, postanowiono, że Wirtę podzieli się na dwa oddzielne państwa wzdłuż umownej granicy, biegnącej w poprzek starego kraju. Państwo z Worthangiem na tronie pozostanie Wirtą, natomiast królestwo królowej Catalpii przyjmie jej imię.
– Z tego, co wiem, to ostatnią wolą ojca Worthanga, króla Wortha, było to, aby to on zasiadł po nim na tronie Wysokiego Klifu i ta decyzja nie podlega dyskusji – zdziwił się król.
– Ciekawostka – wtrącił Winrael. – Testamentu Wortha nie odnaleziono, chociaż jego osobista służba zarzeka się, że widzieli, jak go sporządzał.
– Pewnie ktoś się nim zaopiekował. Ktoś życzliwy jednemu z dzieci Wortha. Nie sądzisz chyba, że Catalpia wystąpiła przeciwko bratu tylko po to, aby zadośćuczynić tradycji rodowej. Prędzej czy później przeciwstawi mu się zbrojnie, by zagarnąć całą ojcowiznę.
– Tego się właśnie obawiamy, ja i inni delegaci, po tym, jak Catalpia kazała ci przekazać propozycję sojuszu i prośbę wsparcia militarnego w celu ustabilizowania się pozycji jej nowego państwa, jak to subtelnie ujęła.
– Odważnie. – Król zamyślił się, szczelniej otulając się sobolowym płaszczem. – Chce wsparcia mych wojsk w ataku na Worthanga.
– A w tym jej pomóc nie możemy, gdyż Worthang poprosił o pomoc Fitriona – oświadczył generał.
– Sprytne posunięcie. To przesądza sprawę – powiedział sennie król Peleos. – Nigdy nie zaryzykowałbym naszej szorstkiej przyjaźni z cesarzem Fitrionem, a szczególnie teraz, kiedy trwa wojna z księciem Treyonem. Poza tym...
Łup. Wrota komnaty rozwarły się z hukiem, wpuszczając do środka wytwornie odzianego mężczyznę o długich, zadbanych, opalizujących czarnych włosach. Jego smagła twarz była dokładnie ogolona, a elegancki, czarny jak węgiel płaszcz był na tyle długi, że zamiatał za nim podłogę. Palce oplatały gałkę prostej laski.
– Mój królu...! W końcu znalazłem waszą wysokość... – urwał wyraźnie zaskoczony widokiem Winraela.
– Witaj, Symeonie. – Rycerz powitał go chłodno.
– Generale. – Symeon od niechcenia zgiął kark. – Twoja obecność wiele tłumaczy. Wasza wysokość, przybył cesarz Fitrion. Jak mniemam, prosto z Wirty. Zapewne zechce przekazać ci swoją wersję tego, co usłyszałeś już z ust generała.
Król Peleos i Winrael wymienili znaczące spojrzenia.
– Dziękuję, Symeonie – powiedział król. – Przyjmę ich w Sali Tronowej. Niech się stawią wszyscy moi doradcy. Winraelu, ciebie też się to tyczy. Symeonie, poślij po kapłana Merydara – rozkazał, zakładając na głowę koronę. – A, i obudź, proszę, małżonkę.
Symeon posłusznie skłonił się przed królem i wyszedł z komnaty, zostawiając go samego z Winraelem.
– O wilku mowa – rzucił krótko generał.
– Nie kazał na siebie długo czekać. Widać Wirta jest bardziej palącym problemem, niż się wydaje.
– Co masz na myśli?
– Jeszcze nie wiem. Ale wiem, że jeżeli coś popycha Fitriona do działania, to nie jest to wspaniałomyślność.
***
– Panie, przyjmij nasze najszczersze przeprosiny i wybacz zwłokę – mówił Symeon, kłaniając się w pas przed mężczyzną w pięknej, pozłacanej kolczudze i diamentowym diademie na czole. – Wasza cesarska mość pojawił się dość niespodziewanie.
– Właśnie tak miało być, przyjacielu – oznajmił władca, kładąc dłoń na ramieniu Symeona. – Widać tak miało być... – poprawił się.
Drzwi uchyliły się powoli i stanął w nich żołnierz w pełnej zbroi.
– Jego wysokość, król Peleos, oczekuje – rzekł uroczyście, otwierając dwuskrzydłowe wrota na oścież.
– Za mną, panie – rzucił Symeon i wprowadził cesarza wraz z towarzyszami do Sali Tronowej.
Sala Tronowa była obszerną, doskonale oświetloną komnatą ze strażami stojącymi po obu stronach wrót i wzdłuż kamiennych ław przylegających do ścian bocznych. Na drugim końcu pomieszczenia, na misternie rzeźbionych krzesłach, zasiadali generał Winrael, Merydar, młody kapłan odziany w błękit, wspierający się na długiej, pofalowanej lasce, oraz król z małżonką, królową Seraphią, siedzący na największym tronie. Jedno krzesło było puste.
– Cześć jego cesarskiej mości, dwudziestemu pierwszemu władcy Cesarstwa Filiana, Fitrionowi Pierwszemu! – zaanonsował Symeon, przechodząc szybkim krokiem przez komnatę i sadowiąc się na uboczu. Za nim wszedł z eskortą dwudziestu doborowych żołnierzy sam cesarz. Był on osobą niedużego wzrostu i szczupłej postury, otoczoną aurą majestatu.
Peleos uśmiechnął się, wstał ze swojego miejsca i podszedł do niego. Gdy oddział przybocznej straży cesarza rozstąpił się, uścisnęli sobie dłonie.
– Fitrionie, przyjacielu.
– Witaj, Peleosie. Życzliwość twego dworu rośnie z dnia na dzień – rzekł życzliwie cesarz. – Mimo mej niezapowiedzianej wizyty ty przyjmujesz mnie bez chwili zwłoki. A już myślałem, że zastanę cię w podomce.
– Nie zwykłem chodzić w podomce, Fitrionie – sparował Peleos. – A na przyjęcie tak znamienitych gości nasze mury są zawsze gotowe.
– Wasze mury nie nacieszą się zatem naszą znamienitością, Peleosie. Niech koniuszy napoi konie, nie zabawię tu długo. Jedziemy prosto z Wirty. Acz widzę, że twój generał musiał tu na skrzydłach przylecieć, skoro przegonił moje najszybsze konie. – Spojrzał na Winraela, na co ten skinął cesarzowi głową. – Co sprawozdałeś swojemu królowi?
– Wszystko to, czego i wasza cesarskość był świadkiem – odparł krótko generał.
– Znakomicie. Zatem bez zbędnych wstępów. Nie zgodzę się na warunki króla Worthanga. Nie wyślę oddziałów do Wirty.
– Senat ci nie pozwoli? – przerwał mu Peleos.
– Przeceniasz możliwości Senatu, przyjacielu. Bądźmy szczerzy, robię to ze względu na Sautę. Mój wywiad w Keldalonie donosi, że stan zdrowia króla Throngla raczej się nie polepszy w najbliższym czasie, o ile w ogóle. Podejrzewam, że zacietrzewienie księcia Treyona każe mu podtruwać ojca, aby w końcu skupić w ręku pełnię władzy. Zważywszy na wojnę... Cóż, wiesz, jak to się skończy.
– W Keldalonie nie ostanie się skoszarowany żołnierz – dokończył Peleos.
– Mniej więcej. Dlatego uważam, że powinieneś wesprzeć Catalpię. To szczęśliwy traf, przyznaję, ale zyskałbyś w ten sposób sprzymierzeńca.
Na dźwięk propozycji Fitriona nastąpiło ciche poruszenie. Ukradkowe spojrzenia zebranych były pełne wątpliwości, a utkwiony w Winraelu wzrok królowej Seraphii zdawał się przepełniony pytaniami. Generał wzruszył jedynie ramionami.
– Przypuszczam, że nikt z nas nie wątpi we wspaniałomyślność waszej cesarskiej mości – zaczął Winrael. – Ale od kiedy to Cesarstwo tak mocno angażuje się w politykę zagraniczną innych królestw?
– Odkąd to te inne królestwa zadecydowały o podziale Wirty – odpowiedział Fitrion. – Oraz odkąd od polityki zagranicznej Sauty zaczęło zależeć bezpieczeństwo Cesarstwa. Keldalon w osobie Treyona przestał być przewidywalny. A mnie, po buncie Haradrimów na zachodniej flance, zaczęło zależeć na stabilności regionu.
– Regionowi nie przybędzie stabilności, jeżeli uszczuplę linię frontu, wysyłając oddział do Catalpii – zauważył Peleos.
– A nasza obecna rezerwa jest dość szczupła – dodał generał.
– Krótkowzroczność nie służy strategii – wtrącił cicho Symeon, skupiając na sobie uwagę pozostałych. – Wici z Catalpii i Wirty dotarły i do Keldalonu. Na wezwanie Worthanga Treyon nie odpowie, ale jeśli będziesz zwlekał z odpowiedzią Catalpii, tej sposobności raczej nie przepuści. Zdobyłby przyczółek, który nie dość, że ma dostęp do zatoki, to bezpośrednio graniczy z Sautą.
– Skąd pewność, że wici poszły i za zatokę? – spytał cesarz.
– Nie tylko ty masz oczy i uszy tu i ówdzie, Fitrionie – skwitował Peleos.
– Lądowy transport wojsk z Keldalonu do Catalpii zająłby dużo czasu, a Treyon do najcierpliwszych władców nie należy – zauważył Winrael. – Przerzucaliby je pewnie wodami zatoki. Można im to skutecznie uniemożliwić blokadą.
– Tak czy owak musielibyście rozproszyć główne siły – zauważył Fitrion. – A łatwiej zorganizować oddział niż obsadzić blokadę morską.
– Nie rozpraszalibyśmy wojsk, tylko przenieśli je z wybrzeża na wody zatoki.
– I starli się w bitwie morskiej na otwartych wodach? – nie ustępował cesarz. – Solidny grunt wybrzeża pod stopami i wasze umocnienia są lepszą pozycją.
– Jeżeli wyślemy oddział do Catalpii, to niezależnie od tego, gdzie będziemy walczyć, będzie nas o oddział mniej – mówił generał. – Pomoc Catalpii to zbyt niepewna inwestycja, wasza wysokość, aby tak ryzykować. No chyba żeby zarządzić pobór i wysłać im go całego, ale nie wiem, czy to im bardziej pomoże, czy zaszkodzi. Choć i tak wolałbym i rekrutów mieć na wybrzeżu.
– Nie lekceważ przepowiedni, panie – odezwał się Merydar.
Cesarz obdarzył kapłana karcącym spojrzeniem, ten jednak niewzruszenie wpatrywał się w kamienną posadzkę. Wzrok Fitriona przeskoczył na Winraela, który przyglądał mu się badawczo, by ostatecznie spocząć na królowej Seraphii.
– Fitrionie – zaczęła po chwili. – Znamy się na tyle długo, aby dobrze wiedzieć, że wszystko, co robisz, robisz we własnym głęboko rozumianym interesie. Wszystko to piękne, co mówisz, ale w czym tak naprawdę tkwi twój cel?
– Moja pani. – Cesarz zgiął lekko kark. – Czemuż to tak piękna istota gardzi przyświecającym mi pięknem idei? – Uśmiechnął się.
– Bo ceni sobie piękno prostoty. Poza tym w polityce brak miejsca dla estetów, a i idealiści to raczej nie materiał na czas wojen.
– W punkt. – Fitrion skłonił się. – Kwestia jest banalnie prosta. Bezpieczna Sauta to bezpieczeństwo mojej północnej granicy. Treyon to niedoświadczony gołowąs. Jego posunięcia są chaotyczne. Gdyby, uchowaj losie, przyszło mi dzielić z nim granicę, nie mógłbym patrzeć już ze spokojem na północ.
– Pomóż zatem nam to bezpieczeństwo sobie zapewnić – stwierdziła królowa.
– Naturalnie. Po to właśnie przybyłem. Jeżeli zdecydujesz się wysłać wsparcie Catalpii, Peleosie – cesarz zwrócił się do króla – przyślę na ich miejsce oddział mojej straży granicznej do twojej dyspozycji.
– Uniemożliwienie Treyonowi zdobycia bazy wypadowej wydaje się wystarczającym powodem do wysłania oddziału do Catalpii – podsumował król. – Niemniej – tu jego wzrok padł na Winraela – linia obrony na wybrzeżu nie może zostać uszczuplona. Stąd naszym działaniem powinno być zarządzenie poboru. Zabezpieczy nas to do czasu przybycia oddziałów Cesarstwa.
– Zatem to postanowione – odparł Fitrion. Na jego twarzy widać było zadowolenie. Gestem przywołał do siebie jednego ze swoich ludzi. – Szykuj konie. Czas nas nagli. Odprowadzisz mnie, Peleosie? Uzgodnimy szczegóły.
– Naturalnie – zgodził się król. – Rozejść się. Winraelu – zniżył głos, podszedłszy do generała – zaczekaj, aż wrócę.
***
Gdy wszyscy opuścili Salę Tronową, Winrael wstał i podszedł do okna. Podparł się o parapet i stał tam, aż orszak dwudziestu jeden zbrojnych jeźdźców nie zniknął za zamkowymi murami, pozostawiając za sobą głębokie bruzdy w sypkim śniegu, który napadał przez noc. Spuścił głowę i delikatnie stuknął czołem o zimną szybę.
– Czyżbyś po raz pierwszy czuł się jak poddany własnego króla? – spytał głos dochodzący zza pleców generała.
Winrael odwrócił się gwałtownie zaskoczony czyjąś obecnością, odruchowo wyciągając miecz.
– A... To ty – odparł wymownie generał, patrząc w oczy Merydara. – Wybacz. Myślałem, że jestem sam.
– Bo byłeś. Odpowiesz na moje pytanie? – nalegał kapłan, zezując na ostrze przed swym nosem. – I może... Schowaj miecz.
Rycerz posłusznie, acz nieco ospale, zabrał miecz sprzed twarzy Merydara i schował go do pochwy.
– Zawsze tak zachodzisz innych mężczyzn od tyłu? – żachnął się generał.
– Wybacz, ale to moja prywatna sprawa – odgryzł się kapłan. – To jak będzie, odpowiesz mi?
– Nie widzę powodów, dla których miałbym ci się zwierzać – odpowiedział arogancko Winrael.
– Ależ jest powód – upomniał go Merydar. – Obaj nie zgadzamy się z decyzją króla.
– Bynajmniej. – Generał zaśmiał się ironicznie. – Ty nie rozumiesz jego decyzji. Byłem przy jego tronie, zanim ty się tu zjawiłeś. Byłem przy nim jeszcze za Pelegostosa. Wiem, czym on się kieruje. Darzy go zbyt wielkim zaufaniem.
– Cesarza?
– Tak. Nie ufam mu. Podejrzewam, że musi mieć w tym jakiś większy interes – powiedział Winrael, odwracając się od kapłana.
– Rozmiar interesu jest nieistotny. Już sam fakt jego posiadania może być niebezpieczny – skomentował Merydar. – Będę musiał wyjechać. Zaczerpnę rady u mojego mistrza, Makadosa. Upewnię się, czy moje... czy nasze podejrzenia są słuszne.
– Dziwne. Zawsze liczył się z moim zdaniem, a tym razem odtrącił je – zmienił temat Winrael. – Chociaż tyle dobrego, że tą głową kręci rozważny kark.
– Seraphia... Tak, królowa rzeczywiście okazała rozwagę. Ale powinieneś się z tym pogodzić – pocieszył go kapłan. – Brat czy nie, w końcu to twój król, musisz robić to, co ci każe. A tymczasem zostawię cię już. I, proszę, nie rób niczego pochopnie – rzekł Merydar i uderzył laską w posadzkę.
– Co chcesz przez to... – zaczął Winrael, lecz odwróciwszy się, kapłana już nie ujrzał.
Z korytarza dobiegły odgłosy kroków, a po chwili w drzwiach stanął król Peleos.
– Ochłonąłeś?
– Słucham? – spytał zbity z tropu Winrael.
– Daj spokój. Przecież widzę, że to wszystko ci się nie podoba.
– Nie mam prawa krytykować twoich postanowień, panie – odparł ponuro generał. – Po prostu obawiam się, że Fitrion wykorzysta nas do ugrania czegoś więcej.
– Doradcy są od tego, by krytykować decyzje króla. I co ma znaczyć ten ton? Poza tym uważam, że podjąłem słuszną decyzję. Na wybrzeżu jesteśmy doskonale ufortyfikowani, trebusze, balisty. Odeprzemy każdą inwazję. Pozatapiamy ich okręty, zanim dobiją do brzegu. Tak jak do tej pory.
– Tak jak do tej pory – powtórzył generał. – Nie musisz mi się tłumaczyć, Peleosie, po prostu uważam, że to nierozsądne. Ale skoro ma nas wesprzeć Fitrion... Zobaczymy, w jakiej sile wyśle oddziały.
– No właśnie, Fitrion. Chcę, abyś wysłał paru jeźdźców do patrolowania południowej granicy. Niech doniosą, jeśli oddziały Cesarstwa wejdą na nasze ziemie. Dopiero wtedy wyruszę do Catalpii.
– Tak jest – odparł generał.
– Aczkolwiek zacznij już przygotowania do naszej kampanii na zachód, osprzęt, aprowizacja, konie... Sam doskonale wiesz.
– Rozumiem.
– A co do poboru do wojska – zaczął król. – Masz rację. To konieczne. Zacznij szkolić rekrutów.
– Dziękuję, Peleosie. – Uśmiechnęli się do siebie i opuścili komnatę.
– Stój, kto idzie?! – Włócznia wartownika opadła groźnie, kiedy ten dostrzegł cień zmierzający ku bramie.
– Bez obaw, żołnierzu, to swój – odpowiedziała spokojnie zakapturzona postać, prowadząc konia za uzdę.
– Swój, czyli kto?! – spytał nieufnie strażnik.
Postać odrzuciła kaptur i weszła w krąg światła, rzucanego przez pochodnię przyczepioną do muru.
– Aaa, to pan... Proszę o wybaczenie, ale sam na służbie jestem i żem się zląkł, jak taki cień w zaułku spostrzegłem.
– Nie szkodzi, żołnierzu, musisz być czujny.
– Jeśli wolno, panie Merydarze, to dokąd to jedziecie?
Kapłan zarzucił na konia juki, po czym sprawnie go dosiadł.
– Po pomoc – odrzekł, spiął wierzchowca i wyrwał przez otwartą bramę.
– Ano słusznie. Przyda się – odparł żołnierz i zamknął wrota.
***
– Zatem pobór, powiadasz?
Ciemną kwaterę kapitana Valdwiga oświetlała tylko jedna na wpół wypalona świeca. W powietrzu unosił się dym z pykanej przez niego fajki. Siedzący opodal Winrael pociągnął łyk piwa.
– Zatem pobór – potwierdził.
– Może to i dobrze – stwierdził Valdwig. W jego łysej czaszce odbijał się blask płomienia świecy. – Na wybrzeżu każda para rąk się przyda. A córka Wortha nie musi chyba wiedzieć, kogo jej posyłamy, prawda? – Puścił generałowi oko.
Winrael uśmiechnął się cierpko, tępo wpatrując się w przestrzeń.
– To nie będzie trwały sojusz.
– To akurat nasze najmniejsze zmartwienie. – Kapitan odgryzł spory kawałek cebuli. – A jak głosowała rada?
– Ja byłem przeciw – rzucił Winrael. – No i Merydar. Ale wyjechał, więc zostałem z tym sam.
– Wyjechał?
– Pewnie do Ilirei. To dziwak, ale jak raz roztropny. Musiał mieć swoje powody.
– Intelektualiści... – parsknął Valdwig. – A naczelny szpicel?
– Symeon? Zasugerował, że listy poszły i do Treyona, ale nie trzeba być szpiegiem, żeby móc się tego domyślić. Poza tym... Król nie chce mnie słuchać w jego sprawie. Ktoś, kto odebrał naukę w Keldalonie, nie powinien w sprawie Keldalonu doradzać.
– To szpieg, generale – zauważył łysy kapitan. – Dopóki mu płacimy, możemy być chyba spokojni.
– Dopóki ktoś nie zapłaci więcej. – Winrael opróżnił kufel. – Wojna musi się skończyć, przyjacielu. Spichlerze świecą pustkami, pola stoją ugorem. Chłopi przenieśli się w pobliże warowni, porzucając ziemie. Ewakuacja królewskiego dworu z Saulos do Terinst też pochłonęła koszty. Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli kupować zboże z zewnątrz. A popraw mnie, jeśli się mylę, ale kampania do Catalpii raczej nie przybliża perspektywy pokoju.
– Perspektywa pokoju nigdy nie była wyjątkowo bliska – westchnął Valdwig. – Musimy ufać osądowi Peleosa.
***
Po przebyciu paru pierwszych staj Merydar minął ostatnie zamieszkane gospodarstwo. Bez chwili zastanowienia skierował konia w lewo, na południe, w kierunku rzeki Atary, by później skręcić na zachód ku miejscu, gdzie Atara odłącza się od Etery za Rogatą Górą. Tam, na stokach góry, spoczywała niewielka osada, wydrążona w skale ostoja mądrości, Ilirea.
– Szybciej, szybciej! Przecież znasz drogę – poganiał konia Merydar, nie dając mu chwili wytchnienia.
O brzasku kapłan wstrzymał wierzchowca i zaczął wpatrywać się w niezwykle szeroką w tym miejscu Atarę, jedną z wielkich, niezamarzających w zimie rzek Hildórien, płynącą na wschód, gdzie wpadała do morza. Przez śnieg leżący na jej brzegu prześwitywały suche kępki trawy, a liczne krzewy i karłowate drzewa, będące schronieniem dla ptaków, straszyły długimi, powykręcanymi gałęziami.
Do jednego z nich Merydar przywiązał konia i pozwolił odpocząć po męczącym biegu. Sam wyjął z juków podróżnych piętkę czerstwego chleba i usiadł na kamieniu nad brzegiem rzeki. Ugryzł kawałek i przeżuwając go, wsłuchiwał się w odgłosy ptaków, wróbli, gilów i sikorek, kiedy na głazie po jego prawej ręce usiadł kruk. Ptak obserwował go uważnie, śledząc każdy z jego nielicznych ruchów.
Merydar ułamał kawałek chleba i rzucił nim w stronę ptaka. Ten spojrzał na kapłana wymownym wzrokiem, jakby chciał powiedzieć, że jadał już lepsze kąski, po czym odleciał.
– Żegnaj – rzekł Merydar. – I na mnie już czas – dodał po chwili, wsadzając do ust ostatni kęs.
Wstał, obmył ręce i twarz w lodowatej rzece i podszedł do konia. Odwiązał go od pnia i dosiadł.
– Wieź mnie do domu, przyjacielu – powiedział.
***
– ...będzie musiał udać się na północ. Tam to się wszystko rozstrzygnie. Ostatnia bitwa. Na polach Aren – Arii. A kiedy miasto upadnie, cały wschód skąpie się w cieniu mojego sztandaru.
– Skąd masz pewność, że miasto padnie, mistrzu?
– Kruk o to zadba.
– A arcygraf? Dlaczego akurat on?
– Ku pokrzepieniu serc. – Mistrz uśmiechnął się. – Człowiek króla, skrzywdzony przez wojnę, zawsze wierny i oddany obowiązkowi. Etos bohatera. Ludzie za nim pójdą.
– Pójdą na śmierć. Co z nim zrobisz, kiedy zdobędziemy Aren – Arię?
– Kiedy zdobędę Aren – Arię... zdobędę i jego.
– Zdobędziemy, mistrzu. Jestem współtwórcą tego planu, nie jego narzędziem. Pamiętaj, że pomagam ci tylko dlatego, że coś z tego mam.
– Bo masz. Dług – poprawił go mistrz. – I wypadałoby ci go spłacić. Nie po to wychowywałem cię i nauczałem przez piętnaście lat, żebyś teraz domagał się nagrody za swoją pomoc.
– Obiecałeś, że dasz mi moją historię...
– Tak. Dam. Ale owa wiedza nie jest nagrodą, tylko przywilejem, mój uczniu. Musisz nań zasłużyć.
W ciemnej komnacie rozległo się pukanie do drzwi.
– Wejść.
– Mój mistrzu. – U progu komnaty stanęła kobieta odziana w czarny, długi płaszcz i skłoniła się wytwornie. – Strażnicy z wieży donoszą, że Kruk do nas wraca.
– Tak szybko? Dziwne. Miał trwać na posterunku – powiedział mistrz. – Dziękuję ci, Neyi, możesz odejść.
Kobieta posłusznie opuściła pokój, zostawiając w nim tylko dwóch wcześniej rozmawiających mężczyzn.
– Otwórz okno, Aarnanie. Widzę już nadlatującego Kruka.
Na szarofiołkowym niebie pojawił się ciemny, ruchomy kształt przybliżający się do nich z każdą sekundą. Po niespełna minucie duży, czarny ptak wtargnął do komnaty przez rozwarte okiennice, a w momencie lądowania zaczął się zmieniać. Skrzydła, gotowe do kolejnego potężnego uderzenia w powietrze, wydłużyły się, pióra znikły, a na ich miejscu pojawiły się ludzkie ręce, odziane w czarny, ciężki płaszcz. Tułów i nogi nagle urosły i również przybrały ludzką postać w powłóczystej szacie, a krótki ogon całkiem znikł. Zakrzywiony dziób zamienił się w nos, po bokach głowy pojawiły się uszy, a pióra na głowie stały się ciasno naciągniętym kapturem.
Lądując na podłodze, już jako człowiek, wzbił z niej tumany kurzu, zamiatając ją długimi rękawami swej szaty. Przez krótką chwilę klęczał, ciężko łapiąc powietrze, lecz później wstał i elegancko ukłonił się przed mistrzem. Jego twarz skrywał cień kaptura.
– Bądź pozdrowiony, Więźniu Oswobodzony, mój panie – powiedział Kruk ochrypłym głosem przypominającym jeszcze ptasie krakanie.
– Witaj w domu, Kruku – odpowiedział mistrz.
Kruk skłonił się w stronę Aarnana.
– Co cię sprowadza? – spytał.
– Ach tak, wasza wysokość – wysapał wciąż jeszcze zmęczony lotem Kruk. – Mam istotne wiadomości. Po pierwsze, król Peleos zrobił tak, jak obiecywał. Zarządził pobór do wojska. Zyska na tym, ja wiem, może trzy, cztery tysiące niewprawionych w boju młokosów. Tym akurat radzę się nie przejmować. Po drugie, poselstwo Fitriona powracające z Terinst lada dzień dotrze do Adragov i rozpocznie przygotowywanie wojsk do wymarszu do Sauty.
– Do wymarszu do Sauty? Tak szybko? Mieliśmy z tym poczekać do ataku Treyona – zdziwił się mistrz, patrząc wymownie na Aarnana.
– Fitrion nie miał wyjścia, mistrzu – tłumaczył Kruk. – Został sprowokowany przez małżonkę Peleosa. Musiał się zgodzić.
– Zaprawdę? – spytał mistrz.
– Kruk ma rację – odpowiedział pokornie Aarnan po chwili ciszy. – Fitrion nie miał wyboru. Musiał odpowiedzieć na wezwanie sojusznika. W przeciwnym razie wzbudziłoby to niepotrzebne podejrzenia.
– Spójrz na to z drugiej strony, mistrzu – wtrącił Kruk. – Mając oddziały Fitriona w Saucie już teraz, będziemy mogli zaatakować z zaskoczenia, nie wzbudzając niczyich podejrzeń nową kampanią.
Przez chwilę w komnacie panowała kompletna cisza, przerywana jedynie miarowymi oddechami przebywających tam postaci. Po momencie namysłu odezwał się mistrz.
– Zatem machina ruszyła. Może naprawdę na tym zyskamy. Dziwnym trafem los uśmiechnął się do nas, a to do niego niepodobne...
– Ten traf nie pozostał niezauważony – stwierdził Kruk. – Będziemy mieli niezapowiedzianego gościa. Młody kapłan Merydar jest w drodze do Ilirei – oznajmił Kruk.
– Merydar... – Mistrz się zadufał. – Światło w ciemności. Zapewne zmierza do Wielkiego Mistrza. Widać służalczość odjęła mu siły, ale nie czujności.
– Mogę od razu wdrożyć twój plan w życie, panie – powiedział Aarnan, gwałtownym ruchem wyciągając miecz, który błysnął w ciemnościach bladym światłem.
– Nie! – Głos mistrza zadudnił, a miecz wyleciał z ręki jego ucznia i z impetem uderzył o ścianę na drugim końcu komnaty. – Nic na pośpiech! Merydar sam zadecyduje o swoim losie. Nie pozwolę, by plan snuty mileniami przepadł przez twoją porywczość!
– Wybacz, mistrzu... – Aarnan spokorniał.
– Masz opuścić miasto. Będzie lepiej, jeśli się nie spotkacie.
– Niedługo odejdę – odparł. – Muszę jeszcze kogoś odwiedzić.
– Byłeś u niego ostatnim razem. Odnawiasz rytuał nazbyt często. Co, jeśli nie przeżyje? – upomniał ucznia mistrz. – Zaklęcie przestanie działać. I co się wtedy stanie z cesarzem Fitrionem?
– Bez obaw, mistrzu. Wiem, jak to działa – odpowiedział Aarnan, skłonił się i wyszedł.
– Mistrzu? – zaczął Kruk.
– Ciebie też ma tu nie być – zwrócił się do niego mistrz. – Chciałeś mi coś jeszcze powiedzieć?
– Nie, mistrzu – rzekł Kruk.
– Więc wracaj na posterunek.
Kruk posłusznie wszedł na parapet wciąż otwartego okna, odwrócił się jeszcze do mistrza, skłonił i skoczył.
Podszedłszy do okna, mistrz widział spadającego człowieka, a zaraz potem wznoszącego się ptaka odlatującego na wschód.
***
– Rogata Góra jest jedyną przeszkodą, na którą w swym nurcie natrafiła rzeka Aetra, mająca swe źródło w ogromnym jeziorze Lemak, leżącym pośrodku gór. Dawniej zwana Wygnańcem, nie bez powodu, gdyż od najbliższego łańcucha górskiego dzielą ją dziesiątki staj, zawsze była miejscem utożsamianym przez tutejsze ludy z nadprzyrodzonymi siłami. Możecie spytać okolicznych chłopów. Dalej obawiają się wypasać zwierzęta w jej cieniu! Nie dziwi więc fakt, że góra ta stała się siedzibą bractwa mędrców, założoną wiele setek lat temu przez dwójkę wędrowców, przybyłych zza gór. Nie wiemy skąd ani po co przybyli, ale z czasem zaczęli gromadzić wokół siebie ludzi zdolnych i niezwykłych, aby darzyć ich swą radą i uczyć, jak wykorzystywać swą mądrość. W miarę jak ich szeregi poszerzały się, a ich sławetne czyny rozbrzmiewały echem we wszystkich ówczesnych krainach, które potem uległy zatraceniu, władcy tamtejszych krajów zapragnęli mieć ich niezwykłe usługi na wyłączność. Jednak mędrcy chcieli, aby ich mądrość i rady były równo rozdzielone pomiędzy wszystkich. Postanowiwszy być niezależnym od nikogo, zbudowali na stokach tej góry miasto, Ilireę, rozciągnięte na dwóch szczytach góry, gdzie mieszkają prości ludzie, rzemieślnicy, rolnicy, żołnierze i my, członkowie bractwa, a także sam Wielki Mistrz. To właśnie Mistrz włada miastem, wybierany zawsze po śmierci swego poprzednika, odkąd zmarli Ojcowie Założyciele. Ilirea jest domem dla wszystkich i przetrwała niejedną wojnę. Od wieków każdy mógł tu przyjść i prosić o pomoc w każdej dziedzinie... Tak jak mistrz Merydar, który od pół godziny cierpliwie czeka, aż skończę nudzić wszystkich tą opowieścią.
Troje młodzików stojących przed mistrzem Orotusem odwróciło się prędko i skłoniło przed Merydarem, który z rękoma skrzyżowanymi na piersi opierał się o otwarte skrzydło wrót biblioteki. Uśmiechnął się szczerze, podszedł i uściskał Orotusa, starego mędrca o sięgających piersi cieniutkich, siwych wąsach i równie długim warkoczyku włosów.
– Lubię tę historię – stwierdził Merydar. – Nie chciałem przerywać.
– Mogłem coś przekręcić. – Starzec się zaśmiał. – Pamięć już nie ta.
– Dlatego za każdym razem słucham z zapartym tchem. – Kapłan odwzajemnił uśmiech.
Orotus odprawił nowicjuszy i spojrzał badawczo na Merydara. Nic nie mówiąc, wskazał tylko głową, by ten ruszył za nim w labirynt bibliotecznych półek.
– Coś cię trapi, mój drogi – rzucił krótko.
– Miałem widzenie...
– Opowiedz mi.
Kapłan streścił najdokładniej, jak pamiętał, treść swojej przepowiedni, a Orotus słuchał uważnie, nie przerywając ani razu. Czoło przeszyła mu zmarszczka, kiedy Merydar zaczął mówić o naradzie u Peleosa w trakcie wizyty Fitriona. Kiedy skończył, starzec milczał przez chwilę.
– Dlaczego najpierw przyszedłeś z tym do mnie? – spytał. – Wielki Mistrz bardziej by ci pomógł.
– Bo znasz te ziemie i tych ludzi dużo lepiej od nas – odparł Merydar. – Byłeś tu na długo przede mną i Makadosem, Strażniku Bramy Poranka.
– A po odmienieniu świata przestałem być potrzebny.
– Nie widziałem interwencji Jedynego. Siedziałem wtedy w celi. Poza tym, co umknęło Makadosowi, oprócz nas tylko ty wiesz, że nasze grobowce są puste. Ufam ci w pełni.
– Przeszłość to przeszłość. Teraz jesteś tu i tu jest twoje zadanie. Trudna to rzecz czytanie przyszłości. – Orotus zamyślił się. – Pełna krętych dróg, ślepych uliczek i fałszywych tropów. Trzeba zachować ogromną ostrożność w analizie swoich wizji. Jesteś pewien, że to było oko?
Merydar przystanął.
– Raczej tak – stwierdził. – Widziałem je wyraźnie.
– Jestem prostym duchem, mój drogi. Uważam, że jeżeli sam Irmo, Władca Snów, zsyła na nas obrazy z przyszłości, to nie po to, byśmy głowili się nad ich metaforycznymi znaczeniami. Wielce możliwe, że to wcale nie było oko. Pomyśl jeszcze nad tym.
– No a gwiazda...?
– To wcale nie musi być Fitrion ani Cesarstwo – przerwał mu Orotus. – Wizja była zbyt ogólna. Wizyta cesarza mogła być jedynie zrządzeniem losu... Lub też konsekwencją aktualnych wydarzeń politycznych. Czasem jedno nie wyklucza drugiego. Niemniej doskonale rozumiem twoje obawy, Merydarze. Musisz zaczerpnąć mądrości Wielkiego Mistrza. Makados na pewno ci doradzi.
– Kto tam?
– Przybywamy w imieniu króla!
W drzwiach wiejskiej chałupy zaskrzypiał zdejmowany rygiel i zza framugi wyjrzała przestraszona kobieta.
– Tak? Czy coś się stało? – spytała.
– Zgodnie z królewskim rozkazem każdy mężczyzna zdolny do dzierżenia oręża musi iść do królewskiego wojska – odpowiedział jeden z żołnierzy, podsuwając wieśniaczce królewski rękopis.
– Nie – powiedziała, odsuwając go. – I tak nie umiem czytać. Ale przecież mój mąż zginął niedawno na wybrzeżu, wciąż noszę po nim żałobę. Mieszkam tu tylko ja i mój mały synek.
– Pani mąż zapewne wielce się zasłużył dla naszej ojczyzny, ale... Yurgos – rzekł rycerz, spoglądając na spis ludności w rękach drugiego posłańca. – Pani syn, tak?
– Tak, ale...
– W tym roku wchodzi w wiek męski, tak?
– Tak, ale...
– Więc niech się pakuje.
– Co?! Ale wy nie możecie! Proszę! – zaczęła protestować wieśniaczka. – Zabraliście mi już męża, a teraz chcecie zabrać syna!
– Daj spokój, mamo. – Rozległ się głos dobiegający z głębi izby. – Wiesz, że i tak chciałem się zaciągnąć.
W pasmo porannego światła wpadającego przez otwarte drzwi wkroczył wysoki i przystojny młodzieniec o sięgających uszu, rozmierzwionych brązowych włosach. Był odziany w wyświechtane wiejskie ubrania i dziurawy płaszcz podróżny, a na plecy miał zarzucony worek.
– Ale co ty wyprawiasz?! – spytała zapłakana kobieta, patrząc na swojego syna. – Nie chcę, abyś zginął tak jak twój ojciec! – mówiąc to, przytuliła go.
– Mamo, ludzie patrzą... – szepnął, wyrywając się z uścisku matki. – Chcę pomścić ojca, a tu i tak nic mnie nie trzyma. Kiedy zbiorę pełny żołd, wrócę, pomogę ci prowadzić gospodarstwo i spłacę nasze długi. Proszę, zaufaj mi.
Wieśniaczka ze łzami w oczach uścisnęła ponownie syna, ucałowała go i przepuściła na zewnątrz.
– Sauta ci tego nie zapomni – oznajmił uroczyście rycerz.
– Niech mi Sauta zapłaci, a będziemy kwita... – rzucił półgębkiem.
– Idź i bądź ostrożny, synku, kocham cię – pożegnała go matka.
– Nie martw się, mamo. Niebawem wrócę. – Pomachał jej i ruszył za rycerzami.
***
Opuściwszy gospodarstwo, Yurgos wraz z rycerzami udali się na zatłoczoną, wiejską ulicę. Ku jego zaskoczeniu czekała tam już setka mężczyzn. Większość z nich była młodzieniaszkami, choć znalazłoby się wśród nich paru dorosłych, ustatkowanych mężów, którzy z rozkazu króla zostawiali swoje rodziny. Młody rolnik rozpoznał w paru z nich swych przyjaciół lub sąsiadów. Wokół grupy przyszłych gwardzistów króla krążyło kilku innych żołnierzy, uspokajając ich i odpowiadając na liczne pytania.
Kiedy spostrzegli zbliżających się posłańców, jeden z nich podszedł do nich z wyraźną ulgą na twarzy.
– Z tego okręgu to już wszyscy – powiedział. – I chwała bogom, bo wieśniacy zaczęli zadawać niewygodne pytania. Ty – zwrócił się do Yurgosa. – Jeździsz konno?
– Ojciec miał konia. Nauczył mnie.
– Doprawdy...? – Żołnierz uniósł brwi. – Widać Przymurze pełne jest ukrytych talentów. Dołącz do tamtej grupy. – Wskazał palcem i odwrócił się.
Yurgos posłusznie spełnił rozkaz rycerza i stanął w tłumie obok swych przyjaciół.
– Ludu Terinst! – zawołał rycerz, jeden z tych, którzy przyprowadzili tu Yurgosa. W ogólnym rozgardiaszu nikt nie zauważył sfrustrowanego mówcy, próbującego przekrzyczeć tłum. – Terinstianie! – krzyknął z całych sił. Zgromadzenie po chwili uciszyło się. – Nareszcie...! Gęby zarośnięte, a trajkoczecie jak przekupy! Jutro wszyscy mają być gładko ogoleni, coby dowódców w błąd nie wprowadzać. – W tłumie zebranych dał się słyszeć cichy śmiech. – Cisza! Nie wiem, czy zauważyliście, ale jesteście teraz w gwardii królewskiej! Więc nie wolno wam się odzywać bez rozkazu. Niesubordynacja będzie karana! – Zniżył głos. – Nie potrafię wam powiedzieć, gdzie zostaniecie przydzieleni. Teraz udamy się na zamek do zbrojowni. Już dziś dostaniecie kompletny rynsztunek i wierzchowce, a od jutra zaczniecie przyśpieszony trening, który normalnie trwa parę miesięcy. – Jeden z jego ludzi przyprowadził mu konia. – Tak że zakasać kiecki i w drogę. I ani słowa! – rozkazał, dosiadając wierzchowca.