Petchili odbywał swoją drogę w wybornych
warunkach; po zwykłych przystankach na wyspie Malcie, w Port-Said i
w Dżibuti, nasi podróżni wylądowali na wyspie Cejlon, w głównem
mieście Kolombo. Stamtąd udali się do Karnaku, gdzie się znajduje
sławna świątynia i klasztor Kelambrum.
Podczas podróży, Robert zawarł bliższą znajomość z
Ardaveną i spostrzegł wkrótce, że człowiek ten posiadał
zdumiewającą wiedzę i to w różnych kierunkach. Oprócz sanskrytu i
innych narzeczy indostańskich, mówił z zadziwiająco czystym
akcentem po angielsku, francusku i włosku. Znał również dobrze
języki: arabski, perski, chiński, i w każdym z nich czytywał dzieła
sławnych autorów w oryginale.
Ku wielkiemu zdziwieniu Roberta, był on także
doskonale obeznanym z najważniejszemi odkryciami nowoczesnemi we
wszelkich gałęziach nauk. Lecz najbardziej zdumiewającą była
lotność jego umysłu, która mu pozwalała z drobnego nieraz szczegółu
wysnuwać natychmiast wnioski uzasadnione i niezbite, rozwiązywać z
niezwykłą jasnością najzawilsze zagadnienia.
Robert, pomimo swoich dyplomów i wynalazków, czuł
się bardzo małym wobec tego szczególnego starca, który zdawał się
być chodzącą encyklopedją ludzkiej wiedzy. Był jednak bardzo
zadowolonym ze swej wyprawy, która, oprócz swej niezwykłości,
zabezpieczyła go i pod względem materialnym, gdyż w dniu wyjazdu z
Londynu, Ardavena doręczył mu tytułem zadatku, paczkę banknotów
wartości około 2,000 funtów szterlingów.
Jedna rzecz go tylko martwiła: oto, że nie
zawiadomił swego przyjaciela Ralfa ani o wyjeździe, ani o swem
powodzeniu.
Nieraz już zabierał się do napisania do niego -
lecz bramin, odgadując myśl jego, odradzał mu to stanowczo.
- Dla naszych przyszłych planów koniecznem jest,
aby nikt nie wiedział, gdzie jesteś - mówił - i aby się Tobą wcale
nie zajmowano. Każde przedsięwzięcie, o którem ludzie wiedzą, jest
już przez pół chybionem! Później dostarczę Ci środków do
porozumiewania się z przyjacielem - tymczasem, bądź o niego
najzupełniej spokojnym: dobrze mu się dzieje!
Robert nie śmiał być nieposłusznym swemu
szczególnemu współpracownikowi, ale przykrą mu była myśl, że Ralf
może go mieć za obojętnego niewdzięcznika, lub opłakiwać może zgon
jego.
W końcu podróży Ardavena namówił go, aby zamienił
suknie europejskie na lekki ubiór indyjski, składający się z
kawałka delikatnej tkaniny, długiego na 20 do 30 metrów, który się
owija dokoła ciała - oraz lekkiego białego turbanu.
Gdy jeszcze ogolił zarost i głowę, wyglądał jak
prawdziwy indus.
Odpocząwszy parę dni po żegludze, podróżni nasi
odbywali dalszą drogę na grzbiecie słoni. Urocza to była podróż!
Przebywali lasy kwieciste i zacienione, pełne odurzającego zapachu
cudnych kwiatów; były w tych puszczach jeziora, okolone świątyniami
z różowego marmuru, pełne śnieżystych lotosów, - to znów droga
wiodła przez pustynie kamieniste, spalone słońcem, bez śladu
roślinności.
Robert w licznych swych podróżach widywał wiele
pięknych okolic; nie mogły się one jednak porównać z temi, które
obecnie podziwiał. Czuł się pośród tej wspaniałej, bajecznie bujnej
przyrody, odmłodzonym i rzeźkim, i ze swawolą chłopięcą zbijał
kamieniami z wyniosłych drzew kokosowe orzechy, których łupinami
celował potem w małpy, bujające się na ogonach owiniętych wkoło
gałęzi i wrzeszczące niemiłosiernie.
Zadziwiała go też podróż, szybka a tak wygodna,
jakby oddawna już urządzono i przygotowano wszystko. Gdy przybyli z
Kolombo do Karikal, tragarze odnieśli ich w lektyce do pałacu
bogatego radży, gdzie znaleźli wszystko przygotowane na swoje
przyjęcie. Uczta dla nich była przygotowana w ustronnej sali, lecz
oprócz licznej służby, bacznej na każde skinienie, nie widzieli
nikogo. To samo powtarzało się przez cały czas dalszej podróży,
którą wygody, spokój, przygotowane zawczasu przyjęcia, czyniły
jakąś baśnią czarowną.
Nakoniec pewnego popołudnia przybyli do klasztoru
w Kelambrum. Potężne jego kopuły wznosiły się ponad otaczające go
palmy i magnolje a smukłe wieżyce minaretów odcinały się ostro na
czystym lazurze nieba. Przebywszy galerję podziemną, Robert stanął
olśniony. Dookoła wielkiego stawu, pokrytego wodnemi kwiatami,
stały świątynie i pałace z białego marmuru i czarno-różowego
granitu, a niektóre z nich mogły śmiało współzawodniczyć ze
sławnemi pomnikami Egiptu. Były tam aleje z dwóch szeregów słoni
kamiennych, dźwigających na grzbiecie różne bóstwa, całe lasy
kolumn pięknych i delikatnie rzeźbionych.
Darvel zachwycał się temi cudami, a bramin, który
mu służył za przewodnika, wprowadził go na olbrzymi dziedziniec,
pośrodku którego bił pyszny wodotrysk. Wtem Robert wydał okrzyk
zgrozy: na brzegu świętego stawu, w którym bramini myją się kilka
razy dziennie, oraz obmywają posągi bożków, około setki ludzi stało
lub siedziało w najdziwaczniejszych powykrzywianych postawach.
Robert doznał dziwnego ściśnienia serca; sam ten widok był
męczarnią dla niego, zdawało mu się, iż jest przeniesiony do
piekieł.
- Co to jest? - szepnął - gdzie ja jestem?
- Jestto miejsce, gdzie przebywają fakirzy,
skazujący się dobrowolnie na różne próby i męki, aby się
przypodobać bóstwu.
Patrz: ten, aby pozostać wiernym ślubowi
milczenia, zeszył brzegi warg, pozostawiając tylko mały otwór,
którym wciąga przez rurkę nieco polewki z rozgotowanego ryżu. Ten
drugi, przed dawnemi laty kazał się przybić za uszy do drzewa. Od
tego czasu pień zgrubiał, rozciągając uszy, które wyglądają teraz
jak skrzydła nietoperza. Tamten trzymał tak długo ręce złożone w
pięści i związane sznurem, aż paznokcie, wciąż rosnąc, przebiły
ciało i wyszły wierzchnią stroną ręki. Teraz czołga się na
czworakach, jak zwierzę, do swojej miseczki z ryżem!
Robert milczał. Zdawało mu się to wszystko
złudzeniem, jakąś straszną zmorą. Na wierzchu nizkiej kolumny
siedział nieruchomo fakir, przerażającej chudości. Zdawał się być
zupełnie pozbawionym życia; siwa broda spadała mu aż do pasa, a we
włosach, skłębionych i splątanych, ptaki uwiły sobie gniazdo. Małe
złociste jaszczurki przebiegały po jego udach, prześlizgując się
między palcami nóg, wyschłemi jak u mumji.
Było tam jeszcze wielu innych pokaleczonych
dobrowolnie i zadających sobie tak wymyślne męki, że Robert uczuł
zawrót głowy.
- Wyjdźmy stąd, - szepnął - niepodobna patrzeć na
to! Jakże możecie zezwalać na podobne okropności?
- Nie mogę temu przeszkodzić - odrzekł bramin. -
Utraciłbym wszelką władzę nad tymi, którzy powinni być mi
posłuszni, gdybym się sprzeciwił torturom, zadawanym sobie samym
przez tych nieszczęśników. Przekonasz się, że i tak zrobiłem już
wiele w tym względzie.
- Ależ to jest wprost oburzające!
- Pomówimy o tem później; teraz pokażę ci widok
przyjemniejszy od tamtego.
Robert nic nie odpowiedział. Zaczynał trochę
żałować, iż zbyt pośpiesznie przyjął propozycję bramina, wskutek
czego był zdanym na jego łaskę i niełaskę.
- Kto wie? - mówił do siebie, przypominając sobie
różne stare legiendy o zaprzedawaniu duszy djabłu - czy ten
szczególny a błyskawicznie szybki sposób, w jaki on mię oponował,
nie ma w sobie czegoś nadprzyrodzonego?
I na tę myśl uczuwał dreszcz przestrachu. Przyczem
dręczyło go to, że nie był już panem swoich myśli: wiedział o tem,
że ten starzec z jasnym, mądrym wzrokiem, czytał w nich jak w
otwartej księdze.
To przykre uczucie jednak rozproszyło się wkrótce
i Robert powiedział sobie:
- Bezwątpienia Ardavena mówi prawdę, gdyż odczuwam
jego niezmierną silę moralną. Otóż muszę uczyć się od niego walczyć
w swojej obronie i starać się wynaleźć przyczyny otaczających mię
dziwów, na pozór niewytłomaczonych.
Przybyli do ogrodów, otaczających mieszkanie
przełożonego braminów. Pałac, któregoby pozazdrościł niejeden
miljonowy radża, był okolony ogrodami, pełnemi kwiatów, wody i
ciszy. Niezliczone posągi bóstw ożywiały jednostajność zieleni a
Robert zauważył z przyjemnością, iż wieża, wyznaczona mu na
mieszkanie, była zupełnie odosobniona od reszty budowli; płot z
kolczastych kaktusów i akacji odgradzał tę część ogrodu.
- Tu będę zupełnie swobodnym - pomyślał.
Ardavena jednak sprawił mu jeszcze większą radość:
po stopniach, wykutych wewnątrz skały, wprowadził go do wysokiej,
sklepionej sali z górnem światłem. Było to prawdziwe laboratorjum
uczonego, urządzone z nowoczesnym komfortem. Nie brakło tam ani
bibljoteki, ani szaf, zapełnionych chemikaljami; stosy elektryczne
były całkiem gotowe, a przyległy pokój był urządzony dla
dokonywania sekcji i wyłożony całkowicie białym marmurem.
- Tu będziesz mógł pracować, będąc zaopatrzonym we
wszystko - rzekł bramin. - Jeśliby zaś czego brakło, to zażądaj
tylko, a dostarczę wszystkiego w najkrótszym czasie.
- Czy tu nikt nie mieszkał? - spytał Robert.
- Nie, jesteś pierwszym mieszkańcem tego ustronia.
Wszystkie narzędzia są prosto ze składu, żadna butelka lub słój nie
był odkorkowany, a książki mają kartki nierozcięte.
Robert cieszył się, jak dziecko, tem urządzeniem
bogatem a wykwintnie czystem, zaś radość jego dosięgła szczytu, gdy
znalazł cały ładunek książek i fotografji, odnoszących się do
Marsa.
- Widzisz, że myślałem o twoich upodobaniach -
rzekł Ardavena, - możesz się zajmować czem tylko sam zechcesz i
prowadzić swoje doświadczenia w sposób, jaki sam uznasz za
najstosowniejszy. Co więcej, nie potrzebujesz się w pracach swoich
liczyć ani z czasem, ani z wydatkami. Niewielu uczonych znajduje
się w tych warunkach!
Robert odzyskał swój dawny zapał do pracy i marzyć
zaczął o wynalazkach, mających zmienić postać świata. Pogrążył się
teraz w czytaniu dzieł naukowych, tak bardzo, iż podczas wielu dni
następnych niewidywał wcale bramina.
Jak gdyby dla zdobycia jego zaufania ten ostatni
zostawiał mu zupełną swobodę. Pozwolił mu wydalać się po za obręb
klasztoru, a pyszny słoń wraz z kornakiem był zawsze w pogotowiu do
wycieczek w lasy sąsiednie.
Darvel urządził sobie życie nader przyjemnie: miał
na swoje rozkazy dwóch służących, Malajczyk, który służył
poprzednio w aptece w Singapore, pomagał mu w laboratorjum.
Każdego rana wychodził na przechadzkę po ogrodach,
pełnych woni i śpiewu ptaków, a gdy upał się wzmagał, wracał do
laboratorjum, skąd wychodził dopiero nad wieczorem, na obiad. Dzień
kończył zwykle marzeniami przy świetle księżyca, przeświecającego
przez aleje olbrzymich baobabów i tamarynd.
Ardavenę odwiedzał bardzo rzadko, zastając go
zwykle przy pisaniu, lub czytaniu w izdebce małej, chłodnej, w
której nie było nic więcej oprócz siennika i dzbanka wody. Tam też
odnalazł tygrysa Mowdi, z którym był teraz w najlepszej zgodzie.
Gdy tylko zwierz ujrzał Roberta, podchodził ku niemu, mrucząc
przyjaźnie, a Darvel głaskał jego puszyste, czarno-żółte futro.
Inżynier czuł się tak dobrze w tem spokojnem
ustroniu, iż nie żałował wcale świata, którego się wyrzekł dla
samotni indyjskiej. Trzeba dodać, iż bramin nie myślał wcale
gościowi swemu narzucać praktykowanych przez siebie i swoje
otoczenie umartwień. Pożywienie było delikatne i wytworne, łącząc w
sobie wykwint europejskiej i miejscowej kuchni.
Brakło mu tylko wiadomości o Ralfie, którego, nie
mając bliższej rodziny, pokochał jak brata, - aby się czuć całkiem
szczęśliwym. Użalał się na to przed braminem, przechadzając się z
nim pewnego dnia w olbrzymiej galerji podziemnej, oświetlonej
pochodniami, - a ten zapytał:
- Czy tak wiele ci zależy na tym, aby dowiedzieć
się czegoś o Ralfie? Aby mu przesłać wiadomości o sobie?
- O tak! Bardzobym tego pragnął!
Ardavena pomyślał przez chwilę, potem rzekł:
- A więc dobrze! Zaspokoję to pragnienie: nietylko
uspokoimy twojego przyjaciela, lecz zobaczysz go własnemi oczami.
Niewolno ci jednak odezwać się do niego ani słowem!
Robert bardzo wzruszony, choć trochę
niedowierzający, szedł za braminem aż do wysokiej, sklepionej
krypty, wspartej na grubych kolumnach. Zdawało mu się, że jest w
nawie jakiejś gotyckiej kaplicy; lecz w miejscu ołtarza było tam
tylko ogromne zwierciadło.
Dwaj fakirzy zapalili przed niem pochodnie z
wonnego wosku i oddalili się cicho.
- Ujrzysz, co widzieć pragniesz - rzekł wówczas
bramin - lecz cokolwiekbądź zobaczysz, musisz zachować najgłębsze
milczenie, pod karą natychmiastowej i strasznej śmierci; gdyż
wprowadzam tu w ruch siły potężne, któremi trudniej kierować,
aniżeli parą lub elektrycznością.
Robert zobowiązał się milczeć. Ardavena zaś,
ustawiwszy w trójkąt trzy złote trójnogi, napełnione żarzącemi
węglami, brał z małej puszki, którą nosił u pasa, szczypty kadzidła
i rzucał na węgle. Wkrótce dym gęsty zaciemnił wnętrze krypty.
Płomienne pochodnie przybladły, zwierciadło
przysłoniło się mgłą, z której zwolna zaczęły się uwydatniać
wyraźniejsze zarysy. Stopniowo zjawisko zrobiło się coraz
jaśniejszem i wyrazistszem, podczas kiedy reszta krypty pogrążoną
była w ciemności.
Robert zaledwie powstrzymał okrzyk zdumienia. O
kilka kroków przed sobą ujrzał Ralfa, robiącego sekcję zwłok
jakiegoś ptaka, przy świetle lampy, przepuszczonem przez szklaną
banię, pełną wody.
Widział każdy ruch swego przyjaciela, słyszał go
mówiącego do siebie, jak miał w zwyczaju.
Po jakiejś chwili do pokoju naturalisty weszła
jego matka i przypomniała mu, że już czas na spoczynek. Ralf
usłuchał wezwania z kwaśną miną, podniósł się powoli i zaczął się
przygotowywać do spania; wreszcie położył się na łóżku i usnął.
Ardavena dotknął ręką czoła Roberta, a młody
człowiek, poddając się tajemniczej woli, której nie próbował nawet
oprzeć się, znalazł się w mieszkaniu Ralfa, którego rozkład znał
dobrze.
Bezwiednie, posłuszny kierującej nim sile wyższej,
wszedł do pracowni, znalazł pióro i atrament, i nakreśliwszy kilka
wierszy na kawałku papieru, położył go na stoliczku, przy łóżku
Ralfa. Chciał coś powiedzieć, lecz Ardavena ruchem ręki nakazał mu
milczenie i znów rzucił na węgle nieco kadzidła. Zwierciadło
przysłonił, jak za pierwszym razem, dym wonny i gęsty, a gdy się
rozwiał, Robert ujrzał piękne i szlachetne rysy Alberty de
Teramond, swej dawnej narzeczonej.
Zanim zdołał się opamiętać, uczuł na czole
dotknięcie ręki bramina, a za chwilę ujrzał się przed tem samem
zwierciadłem. Teraz jednak odbijało ono tylko blade światła
pochodni i kolumny sklepienia...