I.
Włos mój osiwiał - lecz nie wiek zgrzybiały; Ni ten grom nagłéj trwogi, przerażenia, Co przez noc jednę ludzi w starców zmienia, Taką mu białość nadały. Schylony - lecz nie prace, znoje, Podła to gnuśność zgięła postać moję, Strasznym był los mój - dźwigałem kajdany, Zostałem z ziemi, powietrza wygnany, W czarną wtrącony otchłanią! Lecz, że to było w wiary méj obronie, Chętniem do więzów moje podał dłonie, Byłbym nawet umarł za nią. Ojciec za wiary téj cnotliwy opór Poddał swą głowę pod katowski topór, A jak wspólników téj tak świętéj winy, Wszystkie do więzień powtrącano syny. Z siedmiu nas - jeden zostałem na świecie, Ojciec był w leciech, bracia w wieku kwiecie; Wszyscy tém w zgonie, czém i w życiu byli, Wrogów się swoich wściekłością chlubili. Jeden w płomieniach - dwóch na polu sławy Krew swą przelało dla téj świętéj sprawy, Mężnie jak ojciec za Boga umarli, Którego nasi kaci się wyparli, Trzech nas wrzucono w loch czarny, straszliwy, Z których sam jeden pozostałem żywy.
II.
Straszne są głębie Czyllonu więzienia, Siedm kolumn czarne wspiera ich sklepienia; Gockich tych słupów grube, śniade mury Smutnie oświeca jakiś brzask ponury; Ciągle tam bowiem przez szczelinę ściany Wsuwa się słońca promyk zabłąkany, Promyk ten jakieś zmarłe światło ciska Na owe masy jaskini sromotnéj, I jakby drżący meteor bagniska Snuje się, czołga po ziemi wilgotnéj. W każdą tam z kolumn jest pierścień wpuszczony, W każdym pierścieniu łańcuch zawieszony; Żrący ten kruszec, jakby rak się wtacza, I takie ślady na ciele wytłacza, Że póty na niém zostaną niezmienne, Póki mi świecić będzie światło dzienne, Tak nowe dla mnie, a tak przykre oku, Już odwykłemu od słońca widoku, Ileżkroć weszło przez te długie lata? Nie wiem - gdyż odtąd już liczyć przestałem, Odtąd - gdym stracił ostatniego brata, I sam nad trupem jego żywy stałem
III.
Do trzech nas słupów przykuto sromotnie, Byliśmy razem - a każdy samotnie. Żaden z nas nie mógł naprzód ruszyć krokiem, Ni bratnich twarzy cieszyć się widokiem, Martwy blask bowiem, co je opromieniał, W jakieś je dziwne, obce twarze zmieniał; Tak będąc razem - przecież rozłączeni W oddzielnych więzach, lecz męką spojeni, Tęśmy przynajmniéj jeszcze ulgę mieli, Żeśmy się wzajem mówiących słyszeli, I choć w tym słońca i powietrza głodzie Jeszcześmy mogli ku wspólnéj osłodzie Jakąś nadziei nowéj roić marę, Jakieś legendy opowiadać stare,
Lub o rycerzach dawnych śpiewać sobie, Lecz i to w krótkiéj obmierzło nam dobie. Głos się nasz zmienił w jakiś ton grobowy, Głuchy i ciężki jak echo więzienia; Zgasła już była z dźwięku naszéj mowy Pełność i wolność dawniejszego brzmienia; Zmiana ta może urojeniem była, Przecież srogością prawdy mię dręczyła.
IV.
Najstarszym będąc między braćmi memi, W każdéj smutniejszéj cieszyłem ich chwili; Z tkliwą ja troską czuwałem nad niemi, Ale i oni toż samo czynili. Ostatni - oczu błękitnych młodzieniec I stąd najdroższy ojca ulubieniec, Że wdziękiem wzroku podobny był matce; On to najbardziéj serce mi rozdzierał, Bo któżby nie był z żałości umierał, Taką ptaszynę w takiéj widząc klatce! Pięknym był jak dzień w całym swym uroku, Gdy dzień tak piękny memu bywał oku, Jak orlikowi, który w niebo wzlata: Pięknym był jak dzień polarnego lata, Tam gdzie ta pora w całym swym przebiegu Nie zna wieczoru - pora ciągło dzienna, Tak świetno-długa, słoneczna - bezsenna, Dzieci światłości strojne szatą śniegu! Tak miłym, czystym jaśniał on promieniem, Nigdy wesołéj myśli nie zamraczał, Nad cudzém tylko płakał on cierpieniem, I wówczas całe zdroje łez wytaczał, Zwłaszcza gdy nie mógł dary wesprzéć swemi Tak mu nieznośnych tylu nędz téj ziemi.
V.
Drugi był równie czuły i szlachetny, Lecz bardziéj męskich - wojennych przymiotów, A taką siłą i odwagą świetny, Że z całym światem byłby walczyć gotów.
Byłby on chętnie zginął z mieczem w ręku, Lecz téj powolnéj nie mógł znieść katuszy, Więdniał na odgłos kajdan swoich szczęku, I coraz bardziéj upadał na duszy. Nie mniéj i moja słabła już wytrwałość, Zawszem go przecież w nową zbroił stałość, By z tylu drogich, rodzinnych pamiątek Ocalić jeszcze ten tak święty szczątek. Szczęściem dlań niegdyś były w górach łowy, Życiem, rozkoszą - gonić wilka, łanią, Czyllon dla niego był piekieł otchłanią, A z wszystkich nieszczęść najsroższém - okowy.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.