Rozdział 3
Tate
Podaj jeden powód dla którego mam nie oderwać ci karku?
- Nie mam go.
Złapałem go za szaty i przycisnąłem do ściany.
- Dlaczego? Dlaczego naraziłeś ją...
- Musiałem Tate - wyznał. - Ona musiała to zobaczyć.
- Co zobaczyć?
- Ty byś tego nie dostrzegł - powiedział od razu. - Ale ona to pojmie.
- O czym ty...
- Tate! Co ty wyprawiasz?!
Warknąłem i puściłam Riska, który spokojnie poprawił szatę i spojrzał na Nike.
- Dobrze się czujesz kochanie?
"Kochanie"?
- Tak - odparła spokojnie i znów na mnie nakrzyczała: - Masz zbyt duży popęd na to, by wszystkich przyciskać do ściany - zganiła mnie. - Pan Risk nic nie zrobił.
Spojrzałam na nią i mój wzrok powędrował do Finna, który trzymał ją na rękach.
Chłopak był mądry i zapatrzony w nią jak w matkę (choć nie wiem, czy to, że uważa ją za seksowną tego nie neguje, ale dobra). Przełknął ślinę i podszedł do nas.
- Finn, co ty... - zaczęła, lecz on spojrzał na nią i powiedział:
- Przepraszam, ale to Tate, powinien cię trzymać.
Zakręciła oczami i skrzyżowała ręce na piersi, kiedy zabierałem ją od niego.
- Kazałabym wam obu spadać, ale nie mam siły - warknęła.
- Czyli, że nie jest okej - powiedziałem.
- Nic mi nie jest - powiedziała. - Trochę bolała mnie głowa, ale przestała.
- Sarana się tobą zajęła?
- Tak - rzekła.
- Naprawdę przyjemnie się na was patrzy - odezwał się Risk.
Zmierzyłem go wzrokiem, jednak słowa Nike mnie zaskoczyły:
- O co tu chodziło?
Spojrzałem na nią.
- Twoja odpowiedź znajduje się w tamtej chwili - wyznał. - Kiedy ją rozwiążesz, wszystko stanie się jasne.
- A jeśli nie? - w jej oczach było tyle bólu...
Przytuliłem ją mocniej.
- Uwierz w siebie - poprosił, a Nike przytuliła mnie mocno.
Po raz pierwszy od tygodni czułem w jej uścisku tak wiele bólu.
Rozdział 4
Nike
Tate, naprawdę jest okej - powiedziałam wieczorem, leżąc w łóżku opatulona kołdrą, podczas gdy Tate łaził po całym pomieszczeniu łapiąc na mnie jak wielki, zły wilk.
Westchnęłam.
- Nie wciskaj mi kitu - powiedział w końcu. - Od tygodni nie czułem do ciebie tyle smutku.
Czasami zapominałam, że ten piękny, cudowny facet, ma tak bardzo wyczulone zmysły.
- Tak, jestem smutna - wyznałam. Nie było co tego negować. - Jednak to ani przez ciebie, ani przez Riska... To ze mną jest problem.
- Jaki znowu problem? - warknął.
Zakręciłam oczami.
- Czasem brzmisz tak słodko i tak romantycznie... normalnie słodziak z ciebie.
- Teraz tym bardziej wiem, że coś jest nie tak - powiedział. - Twój sarkazm włącza się zawsze, gdy chcesz się bronić.
- Poważnie?
- Nike!
Mimo, że mnie zganił zadrżałam. Nie kontrolowałam swojego ciała, gdy wymawiał moje imię.
- Bujaj się - powiedziałam i obróciłam sie do niego tyłem.
- Czego mi nie mówisz? - wyszeptał w końcu i wyczułam w jego głosie ból.
Zakryłam oczy, jednak on i tak wyczuł po chwili moje łzy.
- Nike... - usiadł na łóżko i uniósł mnie by przytulić do siebie mocno. - Nike, co się dzieje?
Przez chwilę, milczała, zalewając mu koszulkę łzami.
W końcu jednak poruszyłam temat, którego tak bardzo się bałam.
Kiedy powiedziałam mu wszystko, kiedy wyraziłam cały swój strach, on objął mnie mocno i zaczął głaskać, próbując uspokoić.
- Także o tym myślałem - wyznał w końcu cicho. - Jednak nie boje się tak jak ty.
Spojrzałam na niego.
- Jesteś moja - powiedział. - I zrobię wszystko byś była ze mną do końca świata. Znajdziemy sposób... na pewno znajdziemy. Będziemy ze sobą żyć tak długo, że będziesz mnie miała dość.
Objęłam go mocno.
- Obiecujesz? - wychlipałam.
- Tak - powiedział. - Zrobię wszystko, Nike. I nie zawiodę cię. Jest to obietnica dana ci przez Alfę, dla Alfy.
Dobrze wiedziałam, co znaczy.
Poruszy cały świat, by spełnić przyrzeczenie, jednocześnie obiecując, że jeśli go nie spełni, podzieli mój los.
Jeśli ja umrę... On uczyni to samo.
Rozdział 1
Nike
Nie miałam pojęcia, jak to się stało. Jednak sytuacja nie była dla mnie komfortowa, co więcej...
- Jak tam Luno? Ocknęłaś się w końcu?
Szarpnięto moją głowę do góry i ujrzałam ciemne, niemal czarne oczy.
- Łzy? - przyjrzał się moim oczom z wrednym uśmiechem. - I tyle gniewu. Chyba nie panujesz nad sobą zbyt dobrze.
- Gdzie moi... - spoliczkował mnie i padłam jak długa na podłogę.
Nigdy nikt mnie nie uderzył, a szczególnie tak mocno prosto w twarz.
- Nie jesteś w sytuacji, by o cokolwiek pytać - oznajmił. - Twoje bydło cię nie znajdzie, a ty nim nadejdzie zmrok oddasz mi swoje moce.
Wyszedł a pokoju i zamknął za sobą drzwi.
Wybuchłam płaczem, modląc się, by mój szloch nie przedostał się przez drzwi.
Dlaczego do tego doszło? Jak?
Szykowałam ze wszystkimi salę na rodziny Tate'a. Dosłownie dzień przed tym rozmawiałam z nim o jego długowieczności i moim krótkim życiu śmiertelnika.
Kiedy wyszłam od nich poszukać jakichś dodatków z sieci, nagle nastał wybuch, który walnął mną o ścianę.
Pamiętałam krzyki, pamiętałam, jak jakieś osoby wpadły do środka przez dziurę i moich ludzi, walczących z nimi.
Nikt sie nie spodziewał, że ktokolwiek zaatakuje nas bezpośrednio w naszym domu.
A jednak. Kiedy zjawił się ten facet wszyscy jakby odbijali się od niego -zgarnął mnie na ręce i zabrał jak gdyby nigdy nic.
Ostatnim co słyszałam to krzyk Tate'a i straciłam przytomność.
Teraz ją odzyskałam, ale co z tego?
Obolała usiadłam, ciężko opierając się o ścianę. Kiedy wytarłam usta ręką była cała we krwi.
Byłam przerażona, ale jeszcze bardziej bałam się, czy wszyscy są cali.
Nagle drzwi znów się otworzyły.
Ostatkiem sił wstałam, opierając o ścianę za sobą.
- Widać nie jesteś takim słabeuszem, na jakiego wyglądasz - usłyszałam i drzwi zamknęły się. Delikatne światło opływało stojącego przede mną mężczyznę.
- Kim jesteś? - zapytałam. - Czego wy...
Zaskoczona ujrzałam jak przytyka palec do ust.
Podszedł do mnie - oparł sie tak, jakby chciał nade mną górować i pokazać mi swoją siłę, lecz wyraz jego oczu...
Słyszałam, jak mówi ustami groźby pod moim adresem, lecz w głowie słyszałam coś całkiem innego.
- Twoi ludzie podążają za nami. Pomogę ci, jednak chcę byś dała mi słowo, że zabierzesz mnie i kilkoro moich od niego.
Nie wiem, skąd wiedziałam, jak to zrobić, lecz błagając ustami o litość, przekazałam mu w głowie własne słowa:
- Dlaczego chcecie mi pomóc?
- Bo chcemy odzyskać wolność. Jeśli zostaniemy z nim dłużej, zginiemy tak samo jak ty.
Przyjrzałam mu się.
- Jesteś taki jak ja. Jak on.
- Ale nie jestem z nim z własnej woli.
Gwałtownie wbił rękę w ścianę obok mnie, grożąc:
- Jeśli kwikniesz choć raz, będziesz żałować, że mój Pan nie zabił cię od razu.
Po czym wyszedł, a ja osunęłam się na podłogę.
Udając choć nie do końca całkowite załamanie, skuliłam sie w kłębek chowając twarz i oczy.
Jednak modliłam się w środku, by zdążyli.
Wiedziałam, że nie mam wiele czasu.
Rozdział 2
Tate
Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę czuł tak wielkie przerażenie.
Tymczasem teraz ledwo nad nim panowałem.
- Tate - zganiła mnie w pewnej chwili Beth, która zamiast mnie koordynowała ludzi w statku. - Jeśli się nie ogarniesz ludzie zaczną panikować. Wszyscy ją kochamy, zrobimy wszystko by ją odzyskać.
Spojrzałem po otaczających mnie ludziach, wziąłem głęboki oddech i kiwnąłem głową.
- Wiem. Dziękuję wam.
Wrócili do swoich zajęć, kiedy nagle usłyszałem słowa Astrena:
- Tate, mam sygnał.
- Co takiego? - podszedłem do monitora.
Ktoś chciał się z nami skontaktować.
Ujrzałem faceta, jednak nie tego, który zabrał Nike.
- Mam tylko chwilę - powiedział patrząc na nas, lecz nie poruszając ustami.
Wyglądał, jakby po prostu zaglądał przez okno.
- Nikt nie wie, że z wami rozmawiam. Widziałem się z waszą panią - jest w kiepskim stanie psychicznym, ale jeszcze daje radę. Musicie się pospieszyć. Dahak zabrał ją, by odebrać jej moce - jeśli to zrobi, stanie się jeszcze silniejszy.
- Gdzie jesteście? - zapytałem.
- Zbliżamy się do Kallisto.
Obraz znikł.
- To podejrzane - powiedział od razu Astren, lecz ja miałem przed sobą wyraz oczu mężczyzny.
Cierpienie ukryte za obojętnością.
- Bierzemy kurs na Jowisza - rzekłem tylko.
Kallisto było jednym z jego księżyców. Ludzkość Ziemi nie miała pojęcia, że życie może powstać wszędzie - nawet tam, gdzie sądzili, że jest to niemożliwe.
- Tate, sprawdziłam tego Dahaka. Nie mam dobrych wieści.
Spojrzałem na nią - jej wzrok był pełen napięcia.
- To imię Boga. Ma kilka innych nazw, lecz wszystkie prowadzą do jednego. Znaczy "Zły Duch" lub "Duch Zniszczenia". Jest perskim odpowiednikiem Szatana.
Rozdział 3
Nike
Kiedy poczułam, że statek wylądował, byłam w rozsypce.
Traciłam nadzieję.
Do pokoju weszła dwójka ludzi - bez słowa unieśli mnie pod ręce i wyprowadzili z niego.
I ujrzałam widok, który wstrząsnął mną do głębi.
Klatki. Wszędzie były klatki, a obok cele, wypełnione płaczącymi i błagającymi ludźmi. Od razu zauważyłam, że niektórzy różnili się od siebie. Musieli pochodzić z różnych planet.
- Lady! - nagle ktoś dobił do krat. - Lady Luna!
Te oczy... miał tu zmiennych.
- Rusz się - pogonił jeden z trzymających mnie ludzi, kiedy zwolniłam, patrząc na uwiezionego zmiennego.
- Lady! - panikował, widząc moją minę. - Lady nie poddawaj się!
Zaparłam się nogami, walcząc z trzymającymi mnie strażnikami.
- Pani prosimy - usłyszałam od jednego z nich i poczułam, jak pchają mnie do jakiegoś pomieszczenia.
Obróciłam się by spojrzeć na nich - zanim drzwi się zasunęły ujrzałam tylko ich oczy.
Oczy błagające o pomoc.
Stałam chwilę w mroku dysząc ze świadomości tego, co widziałam. Nagle ciemność wokół mnie... zawirowała jak w czasie mojego snu. Jednak gdy się obróciłam ujrzałam nie polanę i księżyc, lecz tego sukinsyna, stojącego z szalonym uśmiechem koło oświetlonego koła. Dopiero po chwili zorientowałam się, że otaczają nas przeróżni ludzie, skuci, zakneblowani.
Jedynie ich oczy mówiły, że są świadomi.
- Podoba ci się to? - zapytał i spojrzałam na niego.
- O, a cóż to - zaczął. - Trochę zmienił ci się wzrok. Wolałem tamten.
Wyciągnął rękę i coś uderzyło we mnie, aż padłam na drzwi, czując ten cios w całym ciele.
Upadłam na podłogę, lecz od razu - z całą siłą woli - próbowałam wstać.
- Hm, ciekawe. Inni w tym momencie już skamleli.
Nagle uniósł mnie za włosy.
- Jak to jest mieć świadomość, że za chwilę się umrze? - zapytał i rzucił mną o podłogę.
- Dlaczego? - zdołałam zapytać, próbując robić cokolwiek, tylko nie leżeć.
- Mogę ci powiedzieć, trochę mnie zaintrygowałaś - wyznał nagle. - Po moc, a po co innego? Jesteś jeszcze młodziutkim Bogiem, nie masz pojęcia, jak wiele potrafisz. Źle dla ciebie, dobrze dla mnie.
Zaczął iść w moją stronę co zmobilizowało mnie i zdołałam się podnieść.
- Trochę to dziwne mówiąc szczerze. Poprzednie kobiety Bogów błagały mnie, bym je zabił. Jedna nawet zaoferowała swoje ciało, bym jej nie zabijał.
- I tak to zrobiłeś.
- Tak, a dlaczego nie? Tacy pośledni Bogowie jak wy, nie mają pojęcia, jak wielkie mają szczęście rodząc sie z mocą. A skoro tego nie wiecie, to po co wam ona?
Złapał mnie mocno za szyję.
- Nadal nie podoba mi się twój wzrok - powiedział nagle, a z jego głosu znikły resztki rozbawienia.
Dobrze wiedziałam, o co mu chodziło - płakałam z bólu, lecz nie rozpaczałam.
- Pośledni... - Ścisnął mocniej. - Co chcesz przez to...
- Sądzisz, że jestem taki jak Ty? - zaśmiał sie głośno. - Ja jestem ponad was. Nie jestem jakimś pośrednim Bóstwem.
Puścił mnie i padłam na mocno na kolana, kaszląc.
- Ja jestem Dahaka, Bóg Ciemności.
Z ledwością uniosłam na niego wzrok - szyja bolała mnie potwornie.
- Jestem reinkarnacją Szatana.
Rozdział 4
Tate
Kiedy wylądowaliśmy na Kallisto od razu zostaliśmy otoczeni.
Jednak kiedy wypadliśmy ze statku, część wojowników wyrwała się na nas, a pozostali zaatakowali tych, co się ruszyli.
Padli w dosłownie kilka sekund, a ja ujrzałem tamtego faceta.
- Pospieszcie się - powiedział i pognaliśmy za nimi.
Zrównałem się z nim.
- Dlaczego?
- Nie ma czasu - powiedział. - Dahaka już całkowicie oszalał. Zaraz ją zabije.
- Po moim trupie - powiedziałem i nagle złapał mnie za ramię, zatrzymując.
Patrzył na moją szyję.
- Ty jesteś... - zacisnął dłoń na moim ramieniu. - Chodź ze mną.
- Idźcie za nimi! - zawołałem bez zastanowienia i pobiegłem za tym facetem. - Gdzie mnie prowadzisz?
- Do miejsca, gdzie wszystko się wyjaśni.
Wpadliśmy do korytarza, a tam stanęli przed nami jacyś ludzie - mężczyzna przeciął ich mieczem bez żadnego słowa.
- Są za słabi - wyjaśnił, widząc moje spojrzenie. - Ułaskawieniem jest ich zabić.
- Nie rozumiem.
- Dahaka panuje nad każdym na księżycu. Dosłownie - nikt tu nie jest z własnej woli.
- Lecz wy walczycie.
- Tylko dzięki twojej Pani - wyznał i otworzył drzwi. - Dahaka tego nie poczuł, lecz gdy zaczęliśmy się zbliżać, jego władza zaczęła nad większością z nas słabnąć.
- Bo ona jest panią księżyca - domyśliłem się.
- Tak.
Weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia i te rozjaśniło się.
Ujrzałem na środku sali koło, podobne do globusa.
- Dotknij to.
Nie wiedziałem, czemu mu ufałem, ale tak było.
Zrobiłem to i te zajaśniało otaczając się chmurą czarnej mgły.
- A więc mam rację. Chodźmy.
Trochę zbaraniały podbiegłem za nim.
- Co się dzieje?
- Jesteś jednym z nich.
- Co takiego?
Dobiliśmy do miejsca, gdzie toczyła się teraz jatka.
- Tamte drzwi - powiedział. - Jest za nimi.
Walnęliśmy w nie równocześnie.
- Jeszcze raz - powiedziałem.
Walnęliśmy z całej siły, lecz te ani drgnęły.
Po chwili usłyszałem dwa zwierzęce ryki i w drzwi walnęła Beth pod postacią tygrysa i Finn pod postacią niedźwiedzia.
W czwórkę rozpieprzyliśmy drzwi.
Lecz to co ujrzałem zalało moje serce lodem, zabierając całe ciepło, jakie czułem przez ostatnie tygodnie.
Rozdział 6
Tate
Rafaelu, co to ma znaczyć?! - huknął tamten facet, ale ja nie mogłem oderwać oczu od Nike.
Moje ciało, moje serce zalały lód i pustka.
- Nie masz już nade mną władzy, nikt już cię nie posłucha.
- Ty zdrajco - rzucił czymś w nas i Rafael padł na ziemię, lecz zaraz znów się uniósł.
Nagle Beth wydarła do przodu rycząc z bólu i wściekłości, a za nią pognał Finn.
- Pieprzone zwierzęta.
Czułem jak oboje walczą z nim, czułem zapach ich krwi.
Lecz ja widziałem tylko Ją.
Ruszyłem wpatrzony w jej zalane krwią ciało, posiniaczone nawet na twarzy i padłem przy niej na kolana.
Jak w zwolnionym tempie, najostrożniej jak tylko umiałem uniosłem ją i przytuliłem do siebie - czułem, że jej ciało jest połamane, oddech ledwo przedostaje się przez płuca.
Serce ledwo bije.
- Przywódco zmiennych, otrząśnij się! - usłyszałem głos Rafaela, który po chwili walnął obok nas o ziemię. - Otrząśnij się - błagał. - Jeśli on wygra wszyscy podzielą jej los!
- T... Ta...
Usłyszeliśmy cichutkie i spojrzeliśmy na nią. Jej oczy były niewidome, lecz i tak patrzyły na mnie.
- Nike - zapłakałem. - Nike... Nike...
- Ratuj ich - usłyszałem. - Ko... Kocham cię...
- Niech mi pan ją da - poprosił Rafael. - Zrobię co będę mógł, tylko proszę...
- Tate - usłyszałem nagle w głowie i spojrzałem na nią. - Jestem taka zmęczona.
- Trzymaj się - błagałem. - Proszę cię.
- Ratuj ich - prosiła. - Oni wszyscy... wszyscy cierpią. Nie chcę... by cierpieli.
- Wystarczy tego - usłyszałem i Rafael skoczył, zasłaniając nas własnym ciałem.
- Umrzecie wszyscy - powiedział ten psychol. - Dowiecie się co to piekło z ręki wcielenia Szatana.
- Dahaka przestań - Rafel próbował. - Ty nie jesteś Szatanem!
- Milcz.
Poczułem podmuch i wszyscy runęliśmy na ziemię. Pilnowałem jednak, by Nike nic więcej się nie stało.
- On jest taki jak Ty! - zawołał znów Rafael, a tamten wrzasnął oszalały:
- Nikt nie jest taki jak ja! To ja jestem wybrańcem.
- Tate - znów usłyszałem i spojrzałem na nią. - Widzę Śmierć.
Przeraziłem się jeszcze bardziej.
- Ni...
- Ty... - przerwała mi i nagle jej oczy zaczęły się zmieniać. - Teraz rozumiem.
- Nike...
- Szukałeś mnie - szeptała. - Poprzez śmierć. Przez wieki... - jej zakrwawiona dłoń uniosła się drżąc do mojego mokrego policzka. - I znalazłeś mnie... Tanatosie.
Moje serce stanęło, a wspomnienia zalały mnie jak morze zalewa brzegi.
Rozdział 7
Rafael nie miał już sił, jednak bronił stojącej za nim dwójki całą swoją mocą, modląc się, by miał rację.
Kiedy poczuł za sobą mocne zawirowanie magii nie tylko on, ale i Dahaka wręcz zamarli.
- Rafaelu - usłyszał warkotliwy głos. - Zaopiekuj się nią.
Rafael bez słów, wykorzystując to, że Dahaka jest wstrząśnięty, kucnął przed Luną i jej partnerem, biorąc delikatnie od niego kobietę.
- Nie pozwolę jej umrzeć - obiecał.
Spojrzenie, które ujrzał, u Dahaki przeraziłoby go, lecz ten mężczyzna nie był taki jak Dahaka. Co więcej...
To spojrzenie miało zupełnie inne podłoże.
Mężczyzna wstał, a otaczające go wstęgi czerni tylko dodały grozy temu czarnemu, pełnemu zimnej nienawiści spojrzeniu.
Po chwili mężczyźni zaczęli walczyć, a Rafael skupił resztkę swoich mocy na uratowanie Luny.
- Cholera - powiedział widząc, że jego moc leczenia jest zbyt osłabiona, a jej ciało zbyt wyniszczone, by wszystko współgrało tak, jakby chciał.
- Nike - nagle koło niego padła na kolana dość mocno zakrwawiona kobieta o długich czarnych włosach. - Boże, Nike. Czy ona żyje?
Spojrzała mu w oczy, a on poznał po tych błękitnych oczach tygrysicę, która pomogła im wejść i jako pierwsza rzuciła się na Dahakę.
- Żyje, ale jest cała połamana. Próbuję, ale mam za mało mocy.
- Co mam zrobić? - zapytała.
Spojrzał na nią ponownie.
- Mogłabyś coś zrobić tylko mając z nią więź.
- Więź? - zaczęła nagle podwijać rękaw bluzki. - Chodzi o to?
Ujrzał zaskoczony na jej nadgarstku tatuaż.
Spojrzał na nią ponownie.
- Daj jej krew. Jednak w ten sposób zwiążesz się z nią na wieczność.
Zobaczył, jak zębami rozgryza sobie bez wahania rękę.
- Moje życie i tak do niej należy.
Nie wiedział czemu, ale powstrzymał ją, nim przyłożyła kobiecie nadgarstek do ust.
- Umrzesz kiedy ona. Będziesz do niej należeć.
- Możesz tego nie zrozumieć. Jednak Nike jest dla nas najważniejsza. Nie dlatego, że jest Luną. Tylko dlatego, że to Nike.
Puścił jej dłoń.
Spojrzał na ledwo żyjącą kobietę w jego ramionach i powiedział, podejmując decyzję:
- Zaczynajmy.
Rozdział 8
Nike
Czułam się, jakbym płynęła w wodzie, która zabierała cały mój ból. Wszystko ogarniało ciepło - każda rana po prostu znikała.
W końcu zaczęłam czuć. Potem poczułam zapachy, moje uszy zaczęły wypełniać dźwięki.
Zdołałam otworzyć oczy.
- Nike! - Beth przytuliła mnie mocno.
- Beth - powiedziałam tuląc ją mocno. - Beth, jakim cudem ja... - spojrzałam na siebie, lecz mimo krwi na ciele i ubraniu byłam cała. - Jak? - zapytałam, a ona wyjaśniła:
- To dzięki niemu.
Spojrzałam w bok i zobaczyłam...
- To ty.
Mężczyzna uśmiechnął się słabo i nagle oparł się rękoma o podłogę.
- Jezu, dobrze się czujesz? - złapałam go za ramię, a on spojrzał na mnie wykończony.
- Jestem osłabiony. Ale to nie ważne - i spojrzał w bok.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, co się dzieje.
- Twój partner się przebudził - rzekł, a ja chciałam wstać, jednak mnie złapał. - Nie podchodź teraz. To jest walka między nimi.
- Ale...
- Dahaka wierzył, że jest wcieleniem Szatana. Całkowicie oszalał, a teraz już nie ma w nim nic z człowieka. Kiedy twój partner się przebudził zrozumiał w końcu, że nie jest tym kim myślał. Wiesz dlaczego?
Spojrzałam znów na dwa czarne cienie walczące ze sobą. Jeden miał w ręku ogromny miecz, drugi...
Zamarłam.
- Nawet nie wiemy, który jest który - wyznała Beth. - Wszyscy nasi czekają na koniec walki, ale go nie widać. Nawet nie wiemy jak pomóc.
- Dlaczego nie wiecie? - zapytałam. - Przecież zapach...
- Jego zapach znikł - wyznała Beth. - Jakby stał się kimś innym.
Mimo ich sprzeciwów wstałam.
- Czy uwolniliście wszystkich? - zapytałam.
- Tak, ci, których nie można było ocalić nie żyją - powiedziała Beth.
- A lochy?
Poczułam, jak Rafael próbuje wstać i zaskoczona dojrzałam, że Beth pomaga mu się podnieść - zaraz jednak wróciłam spojrzeniem do walki.
- Uwolniliśmy ich - powiedział. - Wszyscy czekamy.
Nie mogłam oderwać od nich oczu. To była walka cienia przeciw cieniu - jedynie ich bronie jaśniały srebrem pośród światła gwiazd.
- Są niesamowici - powiedział Rafael. - Nigdy nie sądziłem, że ujrzę kogoś, kto jest w stanie walczyć przeciw Dahace na tym samym poziomie. Jednak jeśli wasz przywódca polegnie...
- Nie polegnie - rzekłam.
- Musisz wiedzieć, że przebudzenie w ten sposób bardzo wielu zgubiło. Twój partner jest wcieleniem Śmierci. Nawet jeśli wygra, będzie potrzebował chwili, by wrócić - będziemy musieli go złapać, żeby nikogo nie uśmiercił.
Wtedy nagle tamci zwarli się w powietrzu i nagle walnęli o ziemię.
Ostrze tego, co był na górze opadło, odrąbując głowę drugiemu - tamten zamienił się w mgłę, która po chwili zniknęła.
- Na trzy - usłyszałam głos Rafaela, lecz ja rozkazałam:
- Nie ruszać się.
Poszłam w stronę cienia.
- To może być Dahaka! - zawołał Rafael.
- Nike, stój! - zawtórowała Beth.
W tamtej chwili żyjące wcielenie Śmierci stanęło prosto, ustawiając się jak w moim śnie.
Szłam dalej.
Nagle ten jednym ruchem wycelował we mnie swoją srebrną kosą.
Czułam, że wszyscy chcą się rzucić ku mnie, lecz po raz pierwszy sięgnęłam w głąb siebie do swoich mocy, by ich wszystkich unieruchomić.
Rozległy się krzyki, błagania bym nie szła, lecz ja szłam nadal, aż do chwili, gdy stanęłam naprzeciw kosy i trzymającego ją mężczyzny.
Spojrzałam na nią i po chwili spojrzałam na jej właściciela, w miejscu, gdzie powinna być twarz.
Dobrze wiedziałam, co wyrażają moje oczy i wiedziałam, co wszyscy myślą naokoło.
Czy ona zwariowała?
Podeszłam bliżej, napierając na górną część ogromnej broni.
- Dalej - powiedziałam z wyzwaniem nie tylko w oczach, ale i głosie. - Zrób to.
Uniósł ostrze, a ja dalej nęciłam:
- Dalej. Zrób to. Nie chybisz.
Nagle dłoń trzymająca kosę zadrżała, a ja rzuciłam się na postać z całym impetem.
Rozdział 10
Tate
Nie potrafiłem się nacieszyć. Nie potrafiłem nacieszyć się tym, że znów trzymałem swoją ukochaną Nike w ramionach.
- Tak się bałem - wyznałem cicho, zalewając sie łzami. - Tak się bałem, że umrzesz.
- Ja także - wyznała płacząc i zaczęła całować mnie po twarzy. - Ale żyję, oboje żyjemy.
- Tak - przytuliłem ją mocniej. - Boli cię coś?
Pokręciła głową.
- Jak?
- To dzięki Rafaelowi - wyznała i spojrzeliśmy na siebie. - Nie wiem jak, ale uleczył mnie.
Spojrzałem obok niej, a ona podążyła za moim wzrokiem.
Ujrzeliśmy Rafaela i resztę jego ludzi, płaczących i patrzących na nas jak na zbawicieli.
- Dziękujemy - powiedział, wycierając łzy. - Uwolniliście nas. Co więcej, uratowaliście następnych przed tym samym losem.
Nike pociągła nosem i zaczęła macać się po kieszeniach.
Wyjęła chusteczkę, ale ta byłą cała we krwi.
- Przepraszam - rzekła do Rafaela. - Nie mam czystej chusteczki.
Wszyscy zaczęli się śmiać.
Lecz nie Rafael.
Wyglądał, jakby miał zamiar płakać jeszcze więcej.
- Dziękuję - powiedział jednak.
Złapałem delikatnie Nike i wstałem.
- Jedno pytanie - rzekł wtedy Finn, walcząc z cieknącym od płaczu nosem. - Tate, czym ty w końcu jesteś? Wilkiem? Czy Bogiem?
Nie wiedziałem co powiedzieć, lecz wyręczyła mnie Nike.
- Obojgiem - wyznała, obejmując mnie za szyję i wszyscy na nią spojrzeliśmy. - Podejrzewałam już dawno, że coś tu jest nie tak - pogłaskała mnie po policzku. - Aluzje kapłanów. Mój sen. Tamten rysunek.
- Rysunek? - zapytał Rafael.
Kiwnęła głową.
- Jeden z Obserwatorów pokazał mi bardzo stary rysunek. A gdy go zobaczyła mój mózg od razu pokazał mi mój sen. Sen, w którym widziałam Śmierć. Śmierć ze srebrną kosą.
Spojrzałem na nią bez słowa, przyglądając badawczo.
- Nie mogłaś być pewna, że to będę ja - powiedziałem w końcu.
- Nie - przyznała. - Pod tamta postacią byliście identyczni, nawet wzrostem. Jednak miałam pewne wskazówki. W moim śnie widziałam śmierć trzymająca kosę, a w tle słyszałam wycie wilka. Poza tym... w ogóle się jej nie bałam - wyznała, a wszystkich aż zatkało. - Rysunek dopełnił całości. Przedstawiał rudego wilka, otoczonego przez opary gęstej, czarnej mgły przy łapach, wyjącego do księżyca.
Objęła mój policzek i spojrzała głęboko w oczy, aż nie mogłem oderwać od niej spojrzenia.
- I ostatnia wskazówka. Była już dawno, na samym początku tego, gdy się poznaliśmy.
- Jaka? - zapytałem.
- "Tanatos Terum" - zacytowała, a mnie zamurowało. - Dlaczego się tak podpisałeś w tamtej widomości pożegnalnej?