ROZDZIAŁ 3
- Cholera, ale wieje! - usłyszała głos w korytarzu. - Jakbyśmy byli na maszcie w trakcie sztormu. Nawet winda skrzypi.
Znała ten głos. I mimo nie najmilszych w końcu okoliczności ucieszyła się, że go słyszy.
- Cześć, Rajmund - powiedziała, gdy zobaczyła zbliżającego się mężczyznę.
Zareagował udawanym przestrachem.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! Pani prokurator! Gdy ostatnim razem prowadziliśmy razem śledztwo, o mało nie zginąłem. Mam już zacząć się bać?
Przywitali się uściśnięciem dłoni.
- Zawsze możesz poprosić o przeniesienie do drogówki - odparła.
Podkomisarz Rajmund Nowaczyk z Komendy Rejonowej Policji Warszawa I na Wilczej był jej dobrym znajomym. Na tyle dobrym, że o mało go kiedyś nie zabiła. Może nie własnymi rękami, ale na pewno można by ją było oskarżyć o narażenie go na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
- Zrobię to, jeśli mi obiecasz, że już nigdy nie będziesz jeździć samochodem - odgryzł się z uśmiechem.
Podszedł do leżącego na podłodze ciała.
- Wygląda to jak obraz - powiedział. - Jakaś ikona czy coś w tym stylu. Albo instalacja artystyczna.
Nie zwróciła na to wcześniej uwagi. Blada twarz na środku nieregularnej, ciemnoczerwonej plamy. Faktycznie było w tym widoku coś malarskiego. Jakiś paradoksalny estetyzm, żeby nie powiedzieć piękno. Choć jej bardziej skojarzyło się to z czołówką któregoś Bonda.
- No to mamy ofiarę - stwierdził. - A co ze sprawcą?
- Póki co nie wiemy nawet, czy ktoś taki w ogóle istnieje - odpowiedziała. - Przynajmniej jeśli chodzi o te zwłoki.
Wyszła zza wyspy kuchennej, by odsłonić mu widok na otwartą szafkę. Spojrzał w tę stronę. Skrzywił się.
- Podwójne trafienie - skomentował. - Mamy dzisiaj szczęście.
Wyciągnął szyję, by lepiej się przyjrzeć.
- Wiesz, kto tu mieszka? - spytała.
- Tak - odpowiedział. - Małżeństwo, oboje przed czterdziestką. Agnieszka Bejtner, prawniczka, i Krystian Zapała, malarz.
- Bejtner? - spytała. - Prawniczka? Z tych Bejtnerów?
Kiwnął głową.
- Właśnie z tych. Córka Salomei Bejtner. Pracuje w jej kancelarii adwokackiej.
Prokurator Seredyńska miała ochotę zagwizdać. Bejtnerowie to była jedna z najstarszych dynastii adwokackich w stolicy. Salomea Bejtner była aktualną głową rodu i właścicielką kancelarii obsługującej celebrytów, polityków oraz największe firmy polskie i zagraniczne. Jej myśl o tym, że na takie mieszkanie stać by było adwokata, okazała się więc strzałem w dziesiątkę.
- Próbowałeś się z nimi skontaktować? - spytała.
- Tak, na razie bezskutecznie.
- A ich telefony?
- Mąż nie odbiera, ona ma wyłączoną komórkę - odparł. - Dzwoniłem też do mecenas Bejtner. Jest w Krakowie. Ma przyjechać jak najszybciej.
- Kto was zawiadomił?
- Jeden z pracowników firmy sprzątającej budynek - wyjaśnił. - Zauważył, że drzwi są otwarte. Gdy po jakimś czasie nadal ich nikt nie zamknął, zapukał, a potem wszedł.
Przyjrzała się jeszcze raz obydwu ciałom. Bejtnerowie nie lubili rozgłosu. W odróżnieniu od niektórych innych znanych członków warszawskiej palestry nie brylowali w mediach i nie starali się być celebrytami. Woleli ciszę i swoją ugruntowaną przez dziesięciolecia reputację. Nie potrzebowali kont na Instagramie i artykułów w gazetach. Nie wiedziała nawet, jak wygląda Salomea Bejtner, a co dopiero jej córka. Nie mówiąc już o jej mężu. To ciekawe zresztą, że wyszła za malarza. Prawnicy, zwłaszcza ci ze starych rodów, wiązali się raczej między sobą, jak niegdyś arystokracja. Albo psy z rodowodem, dodała w myślach nie bez pewnej złośliwości.
- Co tu mogło się stać? - spytała bardziej siebie niż jego.
- Tajemnicza sprawa - odpowiedział. - Dwa trupy plus prywatne mieszkanie. Zazwyczaj w takiej sytuacji chodzi o jakiś konflikt rodzinny. Widziałem sporo takich przypadków. Może tylko mieszkania były nieco mniej okazałe. Ale tu zbyt wiele elementów do tego nie pasuje. Żadnych śladów walki ani awantury. Jakby ktoś ich najpierw zabił, a potem ładnie poukładał.
- Na tamtym ciele nie ma oznak przemocy - zauważyła.
- Nie każda przemoc zostawia obrażenia widoczne na pierwszy rzut oka - odparł. - Poczekajmy na pełny raport z sekcji.
- Poczekajmy - zgodziła się.
Ona też podświadomie czuła, że coś tu nie do końca jest w porządku. Obraz miejsca zdarzenia nie pasował do żadnego znanego jej typu zbrodni. Zazwyczaj zabójstwa dokonywane są pod wpływem emocji; tu ich jakby brakowało. Bardziej wyglądało to na miejsce egzekucji dokonanej przez grupę przestępczą lub skutek jakiegoś dziwnego rytuału.
- A te drugie zwłoki? - spytał, wskazując otwarte drzwiczki szafki. - Wiadomo, jaka była przyczyna śmierci?
- Dopiero je znalazłam - odpowiedziała. - Technicy ich jeszcze nie widzieli.
- A tak na pierwszy rzut oka?
- Głowa jest wciśnięta za armaturę - wyjaśniła. - Niewiele widać.
Kiwnął głową.
- Sprawdzałaś pozostałe pomieszczenia? - spytał.
- Tak, ale możemy jeszcze zrobić rundkę - odpowiedziała. - Gliniarze widzą więcej.
Uśmiechnął się.
- Czy mi się wydaje, czy złagodniałaś? - spytał z ironią.
- Jest za wcześnie - usprawiedliwiła się. - Poza tym głowa mnie boli. Pewnie przez tę pogodę.
Wiatr za oknem nawet jakby się wzmógł. Cholerny listopad, pomyślała. Jesień była w tym roku wyjątkowo długo słoneczna i ciepła, ale gdy ta passa się skończyła, to zrobiło się brzydko na całego.
Przeszli do drugiego pokoju. Nawet przy tych wielkich oknach było tu ciemno. Włączyła światło.
Nie mogła się oprzeć i tu również podeszła do szyby. Widziała w dole plac Grzybowski i kościół Wszystkich Świętych. Ogromna świątynia z tej wysokości wyglądała jak eksponat z parku miniatur. Patrzyła na jej dach i dziwiła się, jak ładnie był wykończony. Budowniczowie nie mogli przecież wiedzieć, że ktoś kiedyś będzie patrzył na niego z góry. Może więc był to widok przeznaczony specjalnie dla Boga?
Zbliżyła twarz jeszcze bardziej do okna. I wtedy coś zobaczyła. Nie w dole, ale tuż przed sobą. Ślad na szkle. Taki, jaki zostawia ciało, dłoń albo czoło, gdy oprzemy je o szybę.
Odsunęła się w bok, by spojrzeć na niego pod kątem. Był bardzo duży, zaczynał się powyżej jej głowy i ciągnął aż do podłogi. Nie był też jednolity, nie powstał w wyniku jednorazowego przytknięcia. Wyglądało to raczej, jakby ktoś wielokrotnie przywierał do szyby, bo ślady były rozmazane, nakładające się na siebie, ekspresyjne.
Obejrzała pozostałą powierzchnię okna. Tam było czysto, poza pojedynczymi dotknięciami palców czy dłoni. Ten wielki tłusty ślad nie wziął się więc z zapuszczenia, z tego, że ktoś dawno nie mył okien w tym mieszkaniu. Musiał powstać w miarę niedawno.
- Coś zobaczyłaś? - usłyszała głos Nowaczyka.
- Zawołaj któregoś z techników - poleciła.
Podkomisarz wyszedł i wrócił po chwili w towarzystwie kobiety w białym kombinezonie. Tej samej zdaje się, z którą wcześniej rozmawiała.
- Ma pani coś, żebym to mogła wyraźniej zobaczyć? - spytała, wskazując jej odcisk na szklanej tafli.
- Tak na szybko? Mogę zrobić zdjęcie i spróbować je przefiltrować.
- Proszę to zrobić.
Policjantka przyniosła aparat i dużą, techniczną lampę na stelażu. Oświetliła szybę, wybierając odpowiedni kąt, i nacisnęła przycisk aparatu.
- Prześlę to teraz do komputera i postaram się obrobić - powiedziała.
- Długo to potrwa? - spytała Seredyńska.
- Nie powinno.
Kobieta przyniosła laptop i otworzyła klapę. Ekran się rozjaśnił. Po kilku kliknięciach pojawiło się na nim zdjęcie. Na razie nic konkretnego nie było na nim widać. Policjantka zaczęła szybko otwierać kolejne okna, coś wystukiwać na klawiaturze i jeździć kursorem po powierzchni zdjęcia.
Po chwili obraz na ekranie wyostrzył się. Seredyńska nachyliła się nad jej ramieniem, by lepiej mu się przyjrzeć.
Plastikowe okulary ochronne, które miała na nosie, nieco parowały, co utrudniało widzenie, lecz mimo to zdołała to dostrzec. Na szybie dość wyraźnie odbita była sylwetka człowieka. Ale nie była to jedna twarz i para rąk, było ich wiele, bardzo wiele, nakładających się na siebie. Odciski rąk tworzyły wokół tułowia wzór podobny do tego, jaki powstaje, gdy dzieci robią orła na śniegu. Przypominało to trochę jakieś wielogłowe i wielorękie hinduskie bóstwo.
- Te ciemniejsze miejsca - powiedziała policjantka, wskazując palcem w rękawiczce na ekran w okolicach, gdzie odbita była głowa - to pewnie krew. Najprawdopodobniej z nosa.
Człowiek, który zostawił ten ślad, musiał rzucać się na szybę. I to na tyle gwałtownie, że rozbił sobie nos. Robił to wielokrotnie, raz za razem, jakby chciał wyskoczyć przez okno. Nie udało mu się to, bo szyby w takich budynkach są bardzo wytrzymałe.
Nigdy w życiu nie widziała czegoś podobnego.
- Proszę zabezpieczyć te ślady - powiedziała. - Trzeba ustalić, do kogo należą.
Nagle coś dotarło do jej mózgu. Coś, co od pewnego czasu, raczej niezbyt długiego, dobijało się do jej świadomości. Jakiś dźwięk. Wyprostowała się. Odchyliła kaptur białego kombinezonu, żeby odsłonić ucho.
- Słyszycie to? - spytała. - Co to jest?
Cichy monotonny szum. Brzmiało to jak elektryczny odkurzacz.
- Kurwa mać! - dobiegło z sąsiedniego pomieszczenia. - Ja pierdolę...
Rzucili się w tamtym kierunku. To, co zobaczyli w salonie, przechodziło wszelkie pojęcie. Teraz dopiero mogła powiedzieć, że nigdy w życiu nie widziała czegoś podobnego.
Automatyczny, okrągły odkurzacz musiał mieć nastawiony czas sprzątania dokładnie na tę godzinę. Ruszył ze stacji dokującej i rozpoczął pracę. Nikt tego nie zauważył, bo akurat wszyscy technicy byli w innych pomieszczeniach. Zanim ktokolwiek się zorientował, wjechał w czerwoną plamę na środku pokoju. Rozmazał ją i rozjechał, tworząc na drewnianej podłodze długie, krwawe mazaje, przesuwając głowę trupa nienaturalnie w lewą stronę. Jakby tego było mało, wirujące szczotki rozchlapały nie do końca zakrzepłą krew po całym pomieszczeniu. Ściany, meble i szyby pokryły się małymi czerwonymi plamkami. Kilka z nich wylądowało nawet na plastikowych okularach prokurator Seredyńskiej.
- Jezus Maria - powiedziała. - Niech ktoś to wyłączy...