Wieża koronna. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 1 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

48.90 zł
41.57 zł (48,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Od autora

Oto "Kro­niki Riy­rii".

Jeśli jesteś nowy w świe­cie Elanu, to pew­nie zechcesz zaj­rzeć naj­pierw do wstępu, żeby zde­cy­do­wać, od czego zacząć lek­turę. Moż­liwe bowiem, że zde­cy­du­jesz, by nie zaczy­nać od tej książki. Nawet wete­rani "Odkryć Riy­rii" mogą chcieć prze­czy­tać ten wstęp, żeby dowie­dzieć się nieco na temat tego, jak ta seria powstała i czego mogą się spo­dzie­wać.

"Kro­niki Riy­rii" poprze­dzają wyda­rze­nia z mojego debiu­tanc­kiego cyklu "Odkry­cia Riy­rii" (wyda­nego przez wydaw­nic­two Orbit poczy­na­jąc od "Kró­lew­skiej krwi" w listo­pa­dzie 2011 roku, koń­cząc na "Pra­daw­nej sto­licy" w stycz­niu 2012). Jeśli woli­cie pozna­wać histo­rię w chro­no­lo­gicz­nym porządku, zacznij­cie od tej książki, ponie­waż bar­dzo się sta­ra­łem, żeby "Kro­niki" nie zdra­dziły niczego z "Odkryć". Ponadto lek­tura nie wymaga zna­jo­mo­ści wyda­rzeń z "Odkryć". Chcia­łem uwzględ­nić inte­resy czy­tel­ni­ków z obu obo­zów (tych czy­ta­ją­cych w porządku chro­no­lo­gicz­nym i tych trzy­ma­ją­cych się porządku wydaw­ni­czego). To powie­dziaw­szy, dodam, że "Kro­niki" zostały pomy­ślane tak, by czy­tać je po "Odkry­ciach Riy­rii", i fani cyklu natra­fią na ukryte nie­spo­dzianki, które można doce­nić, zna­jąc całość histo­rii. To nie są żadne klu­czowe zwroty w akcji, ale drobne dodatki dla zorien­to­wa­nych. Pod­su­mo­wu­jąc, lek­turę można zacząć zarówno od "Wieży Koron­nej", jak i "Kró­lew­skiej krwi".

Chciał­bym poświę­cić chwilę róż­ni­com w struk­tu­rze obu cyklów. Dla nie­zo­rien­to­wa­nych przy­po­mnę, że napi­sa­łem wszyst­kie sześć powie­ści "Odkryć Riy­rii", zanim któ­rą­kol­wiek opu­bli­ko­wa­łem. To było abso­lut­nie nie­zbędne w przy­padku tego cyklu. Cho­ciaż każda zawiera osobny kon­flikt i roz­wią­za­nie, ist­niało wiele wąt­ków, które poja­wiały się w cało­ści. Suge­ro­wano pewne tajem­nice, boha­te­ro­wie byli wpusz­czani w maliny, a wszystko to miało dopro­wa­dzić do wiel­kiego finału, w któ­rym wszyst­kie sekrety były... cóż... ujaw­nia­nie. Ponie­waż to była pierw­sza moja praca, mogłem sobie pozwo­lić na taki luk­sus. W końcu nikt nie cze­kał na następną część.

Zupeł­nie ina­czej pod­sze­dłem do "Kro­nik Riy­rii". Nie mam poję­cia, ile czę­ści powsta­nie, więc obmy­śli­łem ten cykl jako otwartą histo­rię, a nie poje­dyn­czą opo­wieść podzie­loną na odcinki. Każdy tom to raczej osobna powieść, mniej powią­zana z następ­nymi. Dzięki temu będę mógł prze­rwać pisa­nie o Riy­rii w dowol­nym momen­cie, nie zosta­wia­jąc pytań bez odpo­wie­dzi i nie­roz­wią­za­nych kon­flik­tów. Ist­nieje kilka powo­dów takiego podej­ścia. Przede wszyst­kim bar­dzo chcę chro­nić Riy­rię. Jestem naprawdę dumny z tego doko­na­nia, a wszy­scy widzie­li­śmy serie, które kie­dyś były świetne, a potem cią­gnęły się dłu­żej, niż powinny. Po dru­gie, nie mam poję­cia, czy ludzie na­dal chcą kolej­nych histo­rii z tymi boha­te­rami. Dla­tego napi­sa­łem i opu­bli­ko­wa­łem osiem powie­ści i moż­liwe, że tyle wystar­czy.

Zatem czym dokład­nie są "Kro­niki Riy­rii"? Dla­czego zde­cy­do­wa­łem się pisać o wyda­rze­niach poprze­dza­ją­cych "Odkry­cia Riy­rii" zamiast nastę­pu­ją­cych póź­niej? Cóż, wielu ludzi już wie, że "Riy­ria" to elfic­kie okre­śle­nie "dwóch". To także imię, jakie przy­brali Hadrian Blac­kwa­ter i Royce Mel­born jako zło­dzieje do wyna­ję­cia. Nic dziw­nego więc, że w "Kro­ni­kach Riy­rii" będą wystę­po­wali przede wszyst­kim ci dwaj. Jako pre­cy­zyj­nie prze­my­ślany cykl "Odkry­cia Riy­rii" zamy­kają się wraz z koń­cem ery i ogrom­nie podoba mi się spo­sób, w jaki wyda­rza­nia znaj­dują swój finał. Ciężko pra­co­wa­łem nad ide­al­nym zakoń­cze­niem i oba­wia­łem się, że wszelka kon­ty­nu­acja wyda się doło­żona na siłę i może znisz­czyć wszystko, co było mi dro­gie. Zatem oczy­wi­stym pomy­słem było zba­da­nie dru­giego końca.

"Kro­niki" to zasad­ni­czo początki Riy­rii. W pierw­szych sce­nach "Odkryć" Royce i Hadrian są już naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Prze­pra­co­wali wspól­nie dwa­na­ście lat i połą­czyła ich więź, dzięki któ­rej zjed­nali sobie wielu czy­tel­ni­ków. Dla mnie jako pisa­rza naj­cie­kaw­sze było zgłę­bie­nie, w jaki spo­sób ci dwaj tak różni męż­czyźni wpły­wali na sie­bie i jak roz­wi­nęli tak nie­za­chwiane wza­jemne zaufa­nie, jakim się darzą. Dotarło do mnie, że przy pierw­szym spo­tka­niu by­naj­mniej nie polu­bi­liby się, a naj­pew­niej ser­decz­nie by się znie­na­wi­dzili. Wyzwa­niem dla mnie było reali­styczne uka­za­nie, jak ukształ­to­wał się ich zwią­zek, a niczego tak nie lubię przy pisa­niu jak praw­dziwe wyzwa­nia.

Nie­któ­rzy suge­ro­wali, że "Kro­nik Riy­rii" powstały, ponie­waż wydawca nale­gał, bym powró­cił do towaru, który już wyro­bił sobie markę. To nie­prawda. Każdy, kto mnie zna, wie, że za żadne pie­nią­dze nie skło­niłby mnie do napi­sa­nia cze­goś, co mnie nie cie­kawi. Zatem jeśli nie Orbit odpo­wiada za powsta­nie "Kro­nik Riy­rii", to kto? W więk­szo­ści czy­tel­nicy, któ­rzy obsta­wali w sze­ściu­set osiem­dzie­się­ciu pię­ciu tysią­cach słów, że "Odkry­cia Riy­rii" to za mało. To dzięki waszemu wspar­ciu moja rodzina ma dach nad głową i nie przy­miera gło­dem. Pod wie­loma wzglę­dami czuję się jak rene­san­sowy arty­sta, a wy jeste­ście moim mece­na­sem. Jest jed­nak jesz­cze jedna osoba, zapewne jedyna, która może mnie do cze­go­kol­wiek prze­ko­nać. To dzięki tej oso­bie powstały "Kro­niki Riy­rii". Dałem się zwieść temu pod­stęp­nemu geniu­szowi, a chy­tre mani­pu­la­cje, do jakich się uciekł, sta­no­wią opo­wieść samą w sobie.

To kla­syczna opo­wieść o mężu, któ­rego żona zako­chuje się w innym, bar­dziej olśnie­wa­ją­cym i cza­ru­ją­cym dżen­tel­me­nie. To brzmi tra­gicz­nie, ale ta opo­wieść jest nieco inna, ponie­waż romans doty­czy praw­dzi­wej kobiety i fik­cyj­nego męż­czy­zny. Moja żona -?nazwijmy ją Robin (ponie­waż tak brzmi jej praw­dziwe imię) -?zadu­rzyła się w Hadria­nie Blac­kwa­te­rze. Nie jestem pewien, co czuję, umoż­li­wia­jąc wła­snej żonie zwią­zek z innym męż­czy­zną, ale wiem przy­naj­mniej, że ten gość jest godny zaufa­nia. Po skoń­cze­niu cyklu "Odkryć Riy­rii" Robin popa­dła w depre­sję, bo musiała się poże­gnać z Ela­nem, a w szcze­gól­no­ści z Hadria­nem... Dopóki nie zdała sobie sprawy, że mogę przy­wo­łać ponow­nie jego i Royce'a, opo­wia­da­jąc o zda­rze­niach poprze­dza­ją­cych cykl. Kiedy to zro­zu­miała, roz­po­częła reali­za­cję dia­bo­licz­nego planu mają­cego na celu wskrze­sze­nie pary boha­te­rów.

Zaczęło się, kiedy prze­ko­nała mnie, żebym napi­sał opo­wia­da­nie. Dzięki temu miał­bym coś dla czy­tel­ni­ków w cza­sie prze­sta­wia­nia się z samo­dziel­nego publi­ko­wa­nia na tra­dy­cyjną dzia­łal­ność wydaw­ni­czą. Zamó­wione wcze­śniej strony do wydań "Odkryć Riy­rii" w Orbit już wysła­łem (ale książki jesz­cze się nie uka­zały), a moje wcze­śniejsze pomy­sły zostały zepchnięte na bok. Po raz pierw­szy od lat nie mia­łem niczego w zana­drzu, a ponie­waż kon­trakt pozwa­lał mi na pisa­nie tek­stów krót­szych niż powieść, a opo­wia­da­nia są, cóż, krót­kie, Robin popro­siła mnie, żebym stwo­rzył histo­rię o począt­kach Royce'a i Hadriana.

Rzecz w tym, że nie jestem dobry w pisa­niu opo­wia­dań. Posta­no­wi­łem podejść więc do tego tak, jakby to był roz­dział -?pierw­szy roz­dział powie­ści. Cof­ną­łem się w cza­sie i napi­sa­łem pro­stą opo­wieść o spo­tka­niu Royce'a i Hadriana z wiceh­ra­bią Alber­tem Win­slo­wem. To się stało jakiś rok po tym, jak duet się poznał. Opu­bli­ko­wa­łem to opo­wia­da­nie dar­mowo pod tytu­łem "The Visco­unt and the Witch" i czy­tel­ni­kom naj­wy­raź­niej się spodo­bało. Kiedy już napi­sa­łem ten tekst, ziarno zostało posiane, a gdy zają­łem się innymi pro­jek­tami, ono powoli kieł­ko­wało. Gdy stało się oczy­wi­ste, że "Odkry­cia Riy­rii" uzy­skały wła­ściwy roz­pęd, zaczą­łem pracę nad tym, co miało stać się "Różą i Cier­niem".

Tuż przy końcu powie­ści zda­łem sobie sprawę, że mam pro­blem. Jak mógł­bym opu­bli­ko­wać powieść o dru­gim roku współ­pracy Royce'a i Hadriana. Co ja sobie myśla­łem? Cofa­nie się w cza­sie pociąga za sobą pyta­nie, jak to się wszystko zaczęło. Na co zda się legenda bez począt­ków? Im wię­cej o tym myśla­łem, tym bar­dziej docie­rało do mnie, że muszę napi­sać naj­pierw, jak Royce i Hadrian się poznali. Kiedy powie­dzia­łem o tym żonie, udała, że mnie tylko wspiera, mówiąc: "Jak uwa­żasz, kocha­nie". Kiedy wysze­dłem z pokoju, usły­sza­łem stłu­mione "Udało się!" i wyobra­zi­łem sobie, jak trium­fal­nie potrząsa pię­ścią, jakby wła­śnie zdo­była decy­du­jący punkt w roz­grywce. I tak naro­dziła się "Wieża Koronna".

Napi­saw­szy przy­pad­kiem książki, któ­rych akcja toczy się w odstę­pie roku w świe­cie Elanu, wyobra­zi­łem sobie teraz moż­li­wość dwu­na­sto­czę­ścio­wego cyklu, po jed­nym tomie na rok poprze­dza­jący wyda­rze­nia w "Odkry­ciach Riy­rii". Czy te histo­rie powstaną? Nie spo­sób powie­dzieć, dopóki nie prze­ko­nam się, jak pój­dzie mi z tymi dwiema. Jed­nak jak w przy­padku wszyst­kiego, co wiąże się z pisar­stwem, zosta­wiam otwarte drzwi i niech pomy­sły przy­cho­dzą. Jak na razie zbie­ram je jak ładne muszelki, pra­cu­jąc nad innymi rze­czami.

Zatem tak to było. Szczę­śliwy wypa­dek, który naro­dził się dzięki miło­ści prze­bie­głej żony do fik­cyj­nego boha­tera i legio­nowi czy­tel­ni­ków, któ­rzy chcieli prze­czy­tać coś wię­cej. Jeśli zna­cie "Odkry­cia Riy­rii", mam nadzieję, że będzie­cie bawili się przy "Kro­ni­kach Riy­rii" rów­nie dobrze, jak przy poprzed­nich powie­ściach. Jeśli dopiero pozna­je­cie moje pisar­stwo, moż­liwe, że za chwilę zdobędzie­cie nowych przy­ja­ciół, i jeżeli tak się sta­nie, czeka na was jesz­cze sześć innych tomów.

Na koniec roz­waż­cie po lek­tu­rze, czy nie napi­sać do mnie kilku słów na adres michael.sul­li­van.dc.@gmail.com i podzie­lić się wra­że­niami. To wła­śnie dzięki takim infor­ma­cjom zwrot­nym "Kro­niki Riy­rii" w ogóle powstały. Jeśli więc cze­ka­cie na wię­cej, powiedz­cie mi -?to naj­lep­szy spo­sób, żeby do tego dopro­wa­dzić.

Porzą­dek chro­no­lo­giczny -?Porzą­dek wydaw­ni­czy

Wieża Koronna -?Kró­lew­ska krew. Wieża elfów

Róża i Cierń -?Nowe impe­rium. Szma­rag­dowy sztorm

Kró­lew­ska krew. Wieża elfów -?Zdra­dziecki plan

Nowe impe­rium. -?Pra­dawna sto­lica Szma­rag­dowy sztorm

Zdra­dziecki plan -?Wieża Koronna

Pra­dawna sto­lica -?Róża i Cierń

Rozdział 1. Korniszon

Roz­dział 1

Kor­ni­szon

Hadrian Blac­kwa­ter prze­szedł nie wię­cej niż pięć kro­ków po zej­ściu na ląd, kiedy go okra­dziono.

Torbę, jego jedyną torbę, wyrwano mu z ręki. Nawet nie zauwa­żył zło­dzieja. Hadrian w ogóle nie­wiele widział w oświe­tlo­nym latar­niami cha­osie, jaki ota­czał nabrzeże, jedy­nie mul­tum twa­rzy, ludzi prze­py­cha­ją­cych się, żeby odsu­nąć się od trapu albo podejść do statku. Przy­zwy­cza­jony do rytmu roz­ko­ły­sa­nego pokładu z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wagę na nie­ru­cho­mej przy­stani wśród prze­py­cha­nek i sza­mo­ta­niny. Nowo przy­byli poru­szali się z waha­niem, powo­du­jąc zatory. Wielu miej­sco­wych szu­kało przy­ja­ciół i krew­nych, wrzesz­cząc, pod­ska­ku­jąc i wyma­chu­jąc rękami, żeby zwró­cić ich uwagę. Inni zacho­wy­wali się bar­dziej jak zawo­dowcy -?trzy­mali pochod­nie i wykrzy­ki­wali oferty zakwa­te­ro­wa­nia lub pracy. Pewien łysy męż­czy­zna o gło­sie jak trąbka sygna­łowa stał na skrzynce i zapew­niał, że tawerna "Czarny Kot" ofe­ruje naj­moc­niej­sze piwo za naj­niż­szą cenę. Dwa­dzie­ścia stóp dalej jego kon­ku­ren­cja balan­so­wała na chwie­ją­cej się beczce i gło­siła, że łysy kła­mie, upo­rczy­wie powta­rza­jąc, że "Far­towny Kape­lusz" to jedyna miej­scowa tawerna, która nie ser­wuje psiego ścierwa pod nazwą bara­niny. Hadrian miał to wszystko w nosie. Chciał wydo­stać się z tłumu i zna­leźć zło­dzieja, który ukradł mu torbę. Już po paru minu­tach zdał sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Sku­pił się więc na pil­no­wa­niu sakiewki i uznał, że miał szczę­ście. Przy­naj­mniej nie stra­cił niczego cen­nego, tylko ubra­nia. Jed­nak bio­rąc pod uwagę, jak zimno było w Avry­nie jesie­nią, utrata gar­de­roby mogła sta­no­wić pewien pro­blem.

Hadrian ruszył razem z poto­kiem ciał -?zresztą i tak nie miał dużego wyboru. Porwany przez silny prąd uno­sił się z głową tuż nad powierzch­nią. Pirs trzesz­czał i jęczał pod cię­ża­rem ucie­ka­ją­cych pasa­że­rów, któ­rzy pośpiesz­nie odda­lali się od tego, co było ich cia­snym domem przez ponad mie­siąc. Gry­zące zapa­chy ryb, dymu i smoły zastą­piły teraz tygo­dnie oddy­cha­nia czy­stym sło­nym powie­trzem. Uno­szące się daleko ponad słabo oświe­tlo­nym nabrze­żem świa­tła mia­sta sta­no­wiły jaśniej­sze punkty wśród roz­gwież­dżo­nego wie­czoru.

Hadrian szedł za czte­rema ciem­no­skó­rymi cali­skimi męż­czy­znami cią­gną­cymi skrzy­nie wypeł­nione barw­nymi pta­kami, które skrze­czały i trze­po­tały skrzy­dłami w swo­ich klat­kach. Za nim szli ubogo ubrani męż­czy­zna i kobieta. Męż­czy­zna niósł dwie torby, jedną prze­rzu­coną przez ramię, a drugą wci­śniętą pod pachę. Naj­wy­raź­niej ich rze­czami nikt nie był zain­te­re­so­wany. Hadrian zdał sobie sprawę, że powi­nien był ina­czej się ubrać. Jego wschodni strój nie dość, że był nie­prak­tycz­nie cienki, to jesz­cze w kra­inie skóry i wełny dża­la­bija z bie­lo­nego płótna i obszyta zło­tem pele­ryna aż biły w oczy bogac­twem.

-?Tu! Tutaj! -?Led­wie sły­szalny głos był jesz­cze jed­nym dźwię­kiem w zgiełku krzy­ków, skrzy­pie­nia kół wozów, dzwon­ków i gwiz­dów. -?Tędy. Tak, pan, pro­szę podejść. Pro­szę podejść!

Dotarł­szy na koniec rampy i nie­mal wyrwaw­szy się tłumu, Hadrian dostrzegł wyrostka. Ubrany w obszar­pane ubra­nia cze­kał pod pło­mien­nym bla­skiem koły­szą­cej się latarni. Żyla­sty mło­dzie­niec trzy­mał torbę Hadriana. Roz­pro­mie­nił się w nad­zwy­czaj sze­ro­kim uśmie­chu.

-?Tak, tak, pan wła­śnie. Pro­szę podejść. O, tutaj! -?wołał, wyma­chu­jąc wolną ręką.

-?To moja torba! -?krzyk­nął Hadrian, prze­py­cha­jąc się do chło­paka i nie mogąc do niego dotrzeć z powodu tłumu, który na­dal tara­so­wał wąski pirs.

-?Tak! Tak! -?Chło­pak uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Oczy błysz­czały mu entu­zja­stycz­nie. -?Ma pan ogromne szczę­ście, że ją panu zabra­łem, bo z pew­no­ścią ktoś by ją panu ukradł.

-?Ty ją ukra­dłeś!

-?Nie, nie! Skądże znowu! Ofiar­nie chro­ni­łem pań­ską naj­cen­niej­szą wła­sność. -?Mło­dzie­niec wypro­sto­wał chude plecy tak, że Hadrian spo­dzie­wał się, że zaraz zasa­lu­tuje. -?Ktoś taki jak pan nie powi­nien sam nosić torby.

Hadrian prze­ci­snął się obok trzech kobiet, które przy­sta­nęły, żeby uko­ły­sać pła­czące dziecko, ale zaraz zatrzy­mał go star­szy męż­czy­zna cią­gnący nie­wia­ry­god­nie wielki kufer. Chudy jak widmo sta­ru­szek, o wło­sach bia­łych jak mleko, zata­ra­so­wał wąski prze­smyk już zawa­lony górą toreb zrzu­ca­nych lek­ko­myśl­nie ze statku na pirs.

-?Co masz na myśli, mówiąc "ktoś taki jak ja"?! -?krzyk­nął Hadrian ponad kufrem, pod­czas gdy sta­rzec przed nim siło­wał się z cię­ża­rem.

-?Jest pan wiel­kim ryce­rzem, prawda?

-?Nie, nie jestem.

Chło­pak wska­zał go pal­cem.

-?Musi pan być. Pro­szę samemu spoj­rzeć: jest pan wielki i nosi pan mie­cze... Trzy mie­cze! A ten prze­wie­szony przez plecy jest naprawdę ogromny. Tylko rycerz nosi takie rze­czy.

Hadrian wes­tchnął, kiedy kufer starca zakli­no­wał się w szcze­li­nie mię­dzy ode­sko­wa­niem pomo­stu a pochyl­nią. Pochy­lił się i uniósł kufer, za co usły­szał kilka przy­siąg dozgon­nej wdzięcz­no­ści w nie­zna­nym języku.

-?Sam pan widzi -?powie­dział chło­piec -?tylko rycerz pomógłby nie­zna­jo­memu w potrze­bie.

Kolejne torby wylą­do­wały z hukiem na sto­sie obok Hadriana. Jedna stur­lała się i z plu­skiem wpa­dła do ciem­nych wód portu. Hadrian parł przed sie­bie, żeby nie zostać tra­fio­nym zrzu­caną torbą i odzy­skać skra­dzioną wła­sność.

-?Nie jestem ryce­rzem. A teraz oddaj mi torbę.

-?Poniosę ją dla pana. Nazy­wam się Kor­ni­szon... Ale musimy już iść. Szybko. -?Chło­piec przy­tu­lił torbę Hadriana i odbiegł.

-?Ejże!

-?Szybko, szybko! Lepiej się nie ocią­gać.

-?Skąd ten pośpiech? Co ty wyga­du­jesz? I wra­caj tu z moją torbą!

-?Ma pan wiel­kie szczę­ście, że pan na mnie tra­fił. Jestem dosko­na­łym prze­wod­ni­kiem. Nie­ważne, czego pan zechce, ja wiem, gdzie tego szu­kać. Przy mnie dosta­nie pan tylko to co naj­lep­sze i za naj­niż­szą cenę.

Hadrian wresz­cie dogo­nił chło­paka i zła­pał swoją torbę. Pocią­gnął i razem z nią uniósł urwisa, który na­dal zaci­skał ręce wokół płótna.

-?Ha! Widzi pan? -?Chło­pak wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. -?Nikt nie wyrwie torby z moich rąk!

-?Słu­chaj... -?Hadrian potrze­bo­wał chwili, żeby zła­pać oddech. -?Nie potrze­buję prze­wod­nika. Nie zatrzy­mam się w tym mie­ście.

-?A dokąd się pan wybiera?

-?Na pół­noc. Daleko na pół­noc. Do miej­sca zwa­nego She­ri­dan.

-?Ach! Na uni­wer­sy­tet.

To zasko­czyło Hadriana. Kor­ni­szon nie robił wra­że­nia świa­towca. Dzie­ciak przy­po­mi­nał porzu­co­nego psa. Takiego, co to kie­dyś mógł nosić obrożę, ale teraz miał tylko pchły, odsta­jące żebra i nad­mier­nie roz­wi­nięty instynkt samo­za­cho­waw­czy.

-?Stu­diuje pan, by zostać uczo­nym? Powi­nie­nem był się domy­ślić. Pro­szę wyba­czyć, jeśli pana obra­zi­łem. Jest pan nad­zwy­czaj bystry, więc to oczy­wi­ste, że będzie pan wiel­kim uczo­nym. Pro­szę nie dawać mi napiwku za popeł­nie­nie takiej gafy. Ale to jesz­cze lepiej. Dosko­nale wiem, dokąd powin­ni­śmy się udać. W górę rzeki Ber­num można popły­nąć barką. Tak, barka to dosko­nałe roz­wią­za­nie, a jedna rusza aku­rat tego wie­czoru. Nie będzie następ­nej przez kilka dni, a pan nie chciałby zosta­wać w takim okrop­nym mie­ście jak to. W oka­mgnie­niu znaj­dziemy się w She­ri­da­nie.

-?My? -?Hadrian uśmiech­nął się zna­cząco.

-?Chyba zechce pan zabrać mnie ze sobą, prawda? Znam nie tylko Ver­nes. Jestem znawcą całego Avrynu. Odby­łem dale­kie podróże. Mogę panu pomóc, będę pachoł­kiem, który zadba o wszel­kie pana potrzeby i będzie pil­no­wał pań­skiej wła­sno­ści, by uchro­nić ją przed zło­dzie­jami, gdy pan będzie stu­dio­wał. To robota, w któ­rej jestem naj­lep­szy.

-?Nie stu­diuję i nie zamie­rzam zaczy­nać. Po pro­stu odwie­dzam kogoś i nie potrze­buję pachołka.

-?Oczy­wi­ście, że nie potrze­buje pan pachołka, skoro nie zamie­rza pan zostać uczo­nym, ale jako szla­chet­nie uro­dzony syn lorda, który dopiero co wró­cił ze wschodu, bez wąt­pie­nia potrze­buje pan famu­lusa, a ze mnie będzie dosko­nały famu­lus. Dopil­nuję, żeby pań­ski noc­nik był zawsze pusty, ogień porząd­nie roz­pa­lony zimą, a latem będę pana wachlo­wać, żeby odpę­dzić muchy.

-?Kor­ni­szo­nie -?oznaj­mił sta­now­czo Hadrian -?nie jestem synem lorda i nie potrze­buję słu­żą­cego. Ja tylko... -?Urwał, widząc, że coś odcią­gnęło uwagę chłopca. Na jego rado­snym obli­czu nagle poja­wił się strach. -?Co się stało?

-?Mówi­łem, że trzeba się pośpie­szyć. Musimy natych­miast wynieść się z portu!

Hadrian odwró­cił się i zoba­czył męż­czyzn z pał­kami masze­ru­ją­cych przy­sta­nią. Pod ich cięż­kimi sto­pami deski aż pod­ska­ki­wały.

-?Przy­mu­sowe mustro­wa­nie -?powie­dział Kor­ni­szon. -?Ci goście zawsze są w pobliżu, kiedy przy­pływa sta­tek. Nowo przy­byli tacy jak pan mogą dać się zła­pać, a potem budzą się w trze­wiach statku, który już wyszedł w morze. O, nie! -?Kor­ni­szon zdu­sił okrzyk, kiedy zauwa­żył ich jeden z opry­chów.

Po krót­kim gwizd­nię­ciu i popu­ka­niu w ramię czte­rech męż­czyzn ruszyło w ich kie­runku. Kor­ni­szon się wzdry­gnął. Napiął mię­śnie nóg, prze­niósł cię­żar ciała, jakby zamie­rzał czmych­nąć, ale spoj­rzał na Hadriana, zagryzł usta i nie drgnął.

Męż­czyźni z pał­kami nad­bie­gli, ale pod koniec zwol­nili i wresz­cie przy­sta­nęli na widok mie­czy Hadriana. Cała czwórka mogłaby być braćmi. Wszyst­kim dopiero co syp­nęła się broda, mieli prze­tłusz­czone włosy, spie­czoną słoń­cem skórę i wście­kłe twa­rze. Taka mina musiała cie­szyć się u nich popu­lar­no­ścią, bo zosta­wiła im trwałe zmarszczki na czo­łach.

Przez chwilę przy­glą­dali się zain­try­go­wani Hadria­nowi. Potem sto­jący na prze­dzie oprych w popla­mio­nej tunice z jed­nym ode­rwa­nym ręka­wem zapy­tał:

-?Jesteś ryce­rzem?

-?Nie, nie jestem ryce­rzem. -?Hadrian prze­wró­cił oczami.

Drugi roze­śmiał się i szturch­nął bru­tal­nie tego z obe­rwa­nym ręka­wem.

-?Durny jeło­pie, nie jest dużo star­szy od tego chło­paka obok niego.

-?Do dia­bła, nie sztur­chaj mnie na tym ośli­zgłym pomo­ście, tępy sukin­synu. -?Męż­czy­zna znowu spoj­rzał na Hadriana. -?Nie jest aż tak młody.

-?Wszystko moż­liwe -?wtrą­cił się jeden z pozo­sta­łych. -?Kró­lo­wie robią różne głu­poty. Sły­sza­łem, że jeden kie­dyś paso­wał na ryce­rza psa. Nazy­wali go sir Cia­pek.

Czwórka par­sk­nęła śmie­chem. Hadriana kusiło, żeby zaśmiać się razem z nimi, ale otrzeź­wił go wyraz prze­ra­że­nia na twa­rzy Kor­ni­szona.

Ten z obe­rwa­nym ręka­wem pod­szedł bli­żej.

-?Musi być przy­naj­mniej gierm­kiem. Na miłość Mari­bora, popa­trz­cie na to żela­stwo. Gdzie twój pan, dzie­ciaku? Jest gdzieś w pobliżu?

-?Gierm­kiem też nie jestem -?odpo­wie­dział Hadrian.

-?Nie? To po co ci to żela­stwo?

-?Nie twój inte­res.

Męż­czyźni się roze­śmiali.

-?O, taki z cie­bie twar­dziel, co?

Roz­pro­szyli się, moc­niej zaci­ska­jąc dło­nie na pał­kach. Jeden miał skó­rzany pasek prze­wle­czony przez uchwyt i owi­nięty wokół nad­garstka. Pew­nie uznał to za dobry pomysł, pomy­ślał Hadrian.

-?Lepiej zostaw­cie nas w spo­koju -?ode­zwał się drżą­cym gło­sem Kor­ni­szon. -?Nie wie­cie, kto to jest? -?Wska­zał Hadriana. -?To słynny wojow­nik. Uro­dzony mor­derca.

Śmiech.

-?Czyżby? -?zakpił naj­bli­żej sto­jący oprych i splu­nął przez pożół­kłe zęby.

-?Wła­śnie, że tak! -?upie­rał się Kor­ni­szon. -?Jest bez­względny! Wcie­lone zwie­rzę! I jest bar­dzo draż­liwy. I bar­dzo nie­bez­pieczny.

-?Taki mło­dzik jak on, hę? -?Męż­czy­zna spoj­rzał na Hadriana i wydął wargi w zamy­śle­niu. -?Duży jest, to fakt, ale mnie się widzi, że ma jesz­cze mleko pod nosem. -?Sku­pił się na Kor­ni­szo­nie. -?A ty nie jesteś bez­względ­nym zabójcą, co, mały? Jesteś brud­nym ulicz­ni­kiem, któ­rego wczo­raj widzia­łem pod piwiar­nią, jak pró­bo­wał zgar­nąć jakieś okru­chy. Cie­bie, chłop­ta­siu, czeka nowa kariera, na morzu. To dla cie­bie naj­lep­sze roz­wią­za­nie, jak pra­gnę zdro­wia. Dosta­niesz jedze­nie i nauczysz się pra­co­wać, pra­co­wać naprawdę ciężko. To zrobi z cie­bie męż­czy­znę.

Kor­ni­szon pró­bo­wał usko­czyć, ale oprych zła­pał go za włosy.

-?Puść go -?powie­dział Hadrian.

-?Jak­żeś to rzekł? -?Drab trzy­ma­jący Kor­ni­szona zare­cho­tał. -?"Nie twój inte­res"?

-?To mój gier­mek -?oznaj­mił Hadrian.

Męż­czyźni znowu się roze­śmiali.

-?Powie­dzia­łeś, że nie jesteś ryce­rzem, zapo­mnia­łeś?

-?Pra­cuje dla mnie, to wystar­czy.

-?Nie wystar­czy, bo ten pędrak pra­cuje teraz w żeglu­dze mor­skiej.

Objął Kor­ni­szona za szyję umię­śnio­nym ramie­niem i zgiął go wpół, a drugi drab pod­szedł z kawał­kiem sznura, który nosił wcze­śniej prze­wią­zany w pasie.

-?Powie­dzia­łem: puść go -?powtó­rzył pod­nie­sio­nym gło­sem Hadrian.

-?Ej! -?wark­nął męż­czy­zna z obe­rwa­nym ręka­wem. -?Nie roz­ka­zuj nam, chłop­ta­siu. Nie bie­rzemy cie­bie, bo do kogoś nale­żysz. Kogoś, kto kazał ci dźwi­gać trzy mie­cze, kogoś, kto może zauwa­żyć twoje znik­nię­cie. Takich kło­po­tów nie potrze­bu­jemy, jasne? Ale nie zadzie­raj z nami. Zadrzyj, a poła­miemy ci kości. Zadrzyj bar­dziej, a mimo wszystko wrzu­cimy cię na sta­tek. Zadrzyj jesz­cze bar­dziej, a nie trafi ci się nawet sta­tek.

-?Naprawdę nie cier­pię takich ludzi jak wy -?powie­dział Hadrian. - Dopiero co tu przy­by­łem. Spę­dzi­łem na morzu mie­siąc. Mie­siąc! Tak daleko podró­żo­wa­łem, żeby uciec wła­śnie od takich rze­czy. -?Pokrę­cił głową z nie­sma­kiem. -?A tu pro­szę, spo­ty­kam was... I jesz­cze cie­bie. -?Hadrian wska­zał Kor­ni­szona, któ­remu wią­zano wła­śnie nad­garstki za ple­cami. -?Nie pro­si­łem cię o pomoc. Nie pro­si­łem o prze­wod­nika, pachołka czy słu­żą­cego. Sam sobie dobrze radzi­łem. Ale nie, ty musia­łeś zabrać mi torbę i obno­sić się z tą swoją pogodą ducha. A naj­gor­sze ze wszyst­kiego jest to, że nie ucie­kłeś. Może jesteś głupi, nie wiem. Jed­nak nie mogę opę­dzić się od myśli, że zosta­łeś, żeby mi pomóc.

-?Prze­pra­szam, że się nie wyka­za­łem. -?Kor­ni­szon posłał mu smutne spoj­rze­nie.

Hadrian wes­tchnął.

-?Psia­kość, a ty znowu swoje.

Spoj­rzał na opry­chów, już wie­dząc, jak to się skoń­czy, jak to się zawsze koń­czyło. Musiał jed­nak spró­bo­wać.

-?Słu­chaj­cie, nie jestem ryce­rzem, nie jestem też gierm­kiem, ale te mie­cze należą do mnie i cho­ciaż Kor­ni­szon myślał, że ble­fuje, rze­czy­wi­ście...

-?Stul już pysk!

Drab bez rękawa zro­bił krok i zamach­nął się pałką, żeby ode­pchnąć Hadriana. Na śli­skim pomo­ście nie­wiele trzeba było, żeby Hadrian pozba­wił go rów­no­wagi. Zła­pał go za rękę, wykrę­cił mu nad­gar­stek i łokieć. Kość pękła. Roz­legł się trzask, jakby ktoś roz­bił sko­rupkę orze­cha. Hadrian ode­pchnął wrzesz­czą­cego opry­cha i roz­legł się plusk, kiedy męż­czy­zna wpadł do wody.

Hadrian mógł wtedy wycią­gnąć mie­cze, i omal nie zro­bił tego odru­chowo, ale obie­cał sobie, że odtąd będzie ina­czej. Poza tym zabrał prze­ciw­ni­kowi pałkę, zanim go zrzu­cił z pomo­stu -?solidny kawał hikory, mający jakiś cal śred­nicy i nieco dłuż­szy niż stopa. Uchwyt był ide­al­nie wypo­le­ro­wany przez lata uży­wa­nia, a drugi koniec popla­miony na brą­zowo krwią, którą drewno nasią­kło.

Pozo­stali męż­czyźni prze­stali pró­bo­wać zwią­zać Kor­ni­szona. Jeden na­dal go przy­du­szał chwy­tem za szyję, a dwaj rzu­cili się na Hadriana. Przyj­rzał się pracy ich stóp, oce­nił cię­żar i roz­pęd. Uchy­lił się przed zama­chem pierw­szego prze­ciw­nika, dru­giego zaś pod­ciął i ude­rzył w poty­licę, kiedy tam­ten padał. Pałka ude­rzyła w czaszkę z głu­chym łosko­tem, jakby wal­nął w dynię. Męż­czy­zna padł na pomost i już się nie pod­niósł. Drugi znowu się zamach­nął. Hadrian zablo­ko­wał cios pałką z hikory, ude­rza­jąc prze­ciw­nika w palce. Opry­szek wrza­snął i wypu­ścił broń, pałka zawi­sła mu na rze­mie­niu przy nad­garstku. Hadrian zła­pał ją, obró­cił, solid­nie zaci­ska­jąc skó­rzany pasek, wygiął rękę męż­czy­zny do tyłu i mocno pocią­gnął. Kość nie pękła, ale ramię wysko­czyło ze stawu. Dygo­cące nogi opryszka sygna­li­zo­wały, że opu­ściła go wola walki, więc Hadrian zepchnął go z pomo­stu w ślad za jego przy­ja­cie­lem.

Kiedy odwró­cił się do ostat­niego z czwórki, Kor­ni­szon stał już sam i maso­wał szyję. Jego nie­do­szły pory­wacz uciekł w siną dal.

-?Jak myślisz, wróci z kum­plami? -?zapy­tał Hadrian.

Kor­ni­szon nie ode­zwał się sło­wem. Patrzył tylko na Hadriana z roz­dzia­wio­nymi ustami.

-?Chyba nie ma sensu zosta­wać tu dłu­żej, żeby się prze­ko­nać - odpo­wie­dział sobie Hadrian. -?To gdzie jest ta barka, o któ­rej mówi­łeś?

* * *

Z dala od nabrzeża powie­trze w mie­ście Ver­nes na­dal było duszne i dła­wiące. Wąskie ceglane uliczki two­rzyły labi­rynt zacie­niony przez bal­kony, które nie­mal się sty­kały. Latar­nie i księ­ży­cowe świa­tło były rów­nie skąpe, a nie­któ­rych samot­nych dró­żek w ogóle nie oświe­tlono. Hadrian cie­szył się, że ma Kor­ni­szona. Kiedy już otrzą­snął się z prze­ra­że­nia, ten "szczur z zaułka" zacho­wy­wał się bar­dziej jak pies myśliw­ski. Pędził kory­ta­rzami mia­sta, prze­ska­ku­jąc z wielką wprawą nad kału­żami, które cuch­nęły jak nie­czy­sto­ści, i uchy­la­jąc się przed sznu­rami z pra­niem i rusz­to­wa­niami.

-?To kwa­tery więk­szo­ści cie­śli okrę­to­wych, a tam dormi­to­rium dla doke­rów. -?Kor­ni­szon wska­zał ponury dwu­pię­trowy budy­nek bli­sko kei z jed­nymi drzwiami i paroma oknami. -?Więk­szość męż­czyzn z tej oko­licy mieszka tu albo w sio­strza­nym budynku przy połu­dnio­wym krańcu. Tyle rze­czy kręci się tu wokół żeglugi. A tam, w górze, wysoko na wzgó­rzu, widzi pan? To jest cyta­dela.

Hadrian uniósł głowę i dostrzegł ciemny zarys twier­dzy oświe­tlo­nej pochod­niami.

-?To nie tyle zamek, ile rachuba dla han­dla­rzy i kup­ców. Mury muszą być wyso­kie i grube, bo upy­chają tam całe złoto. Tam wędrują pie­nią­dze z morza. Wszystko inne spływa w dół, ale złoto pły­nie w górę.

Kor­ni­szon omi­nął prze­wró­cone wia­dro i wystra­szył dwa szczury roz­mia­rów kota, który czmych­nęły w głęb­sze cie­nie. Kiedy w poło­wie minął drzwi, Hadrian zdał sobie sprawę, że stos rzu­co­nych szmat to tak naprawdę sie­dzący na ganku męż­czy­zna, który wyglą­dał na starca przez wystrzę­pioną siwą brodę i głę­boko pobruż­dżoną twarz. Sie­dzący nawet nie drgnął, nie mru­gnął powieką. Hadrian zauwa­żył go tylko dla­tego, że główka fajki, którą sta­rzec palił, roz­ja­rzyła się poma­rań­czowo.

-?To brudne mia­sto! -?zawo­łał do niego Kor­ni­szon. -?Cie­szę się, że wyjeż­dżamy. Za dużo tu cudzo­ziem­ców, przy­by­szy ze wschodu. Pew­nie wielu przy­pły­nęło z panem. Dziwni ludzie, ci przy­by­sze z Calisu. Ich kobiety rzu­cają czary i prze­po­wia­dają przy­szłość, ale moim zda­niem naj­le­piej nie wie­dzieć za dużo o wła­snej przy­szło­ści. Nie będziemy musieli mar­twić się takimi rze­czami na pół­nocy. W War­ric palą cza­row­nice zimą, żeby się ogrzać. A przy­naj­mniej tak sły­sza­łem. -?Kor­ni­szon przy­sta­nął gwał­tow­nie i obró­cił się. -?Jak się pan nazywa?

-?Wresz­cie posta­no­wi­łeś zapy­tać, co? -?Hadrian się zaśmiał.

-?Muszę wie­dzieć, jeśli mam nam zare­zer­wo­wać prze­wóz.

-?Sam mogę się tym zająć. Zakła­da­jąc, rzecz jasna, że rze­czy­wi­ście pro­wa­dzisz mnie na barkę, a nie w jakiś ciemny zaułek, gdzie gruch­niesz mnie w łeb i grun­tow­nie okrad­niesz.

Kor­ni­szon spra­wiał wra­że­nie ura­żo­nego.

-?Nie zro­bił­bym cze­goś takiego. Uważa mnie pan za głupca? Po pierw­sze, widzia­łem, co pan robi z ludźmi, któ­rzy pró­bują pana gruch­nąć w łeb. Po dru­gie, już minę­li­śmy kil­ka­na­ście dosko­na­łych ciem­nych zauł­ków.

Twarz Kor­ni­szona roz­pro­mie­nił sze­roki uśmiech, który według Hadriana w jed­nej czę­ści skła­dał się z szel­mo­stwa, w jed­nej z dumy i w dwóch z czy­stej rado­ści w rodzaju "po pro­stu cie­szę się, że żyję". Nie mógł ode­przeć takiej argu­men­ta­cji. I nie pamię­tał też, kiedy ostat­nim razem czuł się tak, jak Kor­ni­szon wyglą­dał.

Przy­wódca opry­chów miał rację. Kor­ni­szon był nie wię­cej niż cztery, może pięć lat młod­szy od Hadriana. Pięć, uznał. Jest pięć lat młod­szy ode mnie. Jest mną, zanim odsze­dłem z domu. Czy wtedy też się uśmie­cha­łem tak jak on? Zasta­na­wiał się, od jak dawna Kor­ni­szon sam radzi sobie w świe­cie i czy za pięć lat na­dal będzie się tak uśmie­chał.

-?Hadrian. Hadrian Blac­kwa­ter. -?Wycią­gnął dłoń.

Chło­piec ski­nął głową.

-?Dobre imię. Bar­dzo dobre. Lep­sze niż Kor­ni­szon. Cho­ciaż z dru­giej strony każde imię jest lep­sze od mojego.

-?Matka cię tak nazwała?

-?Och, z całą pew­no­ścią. Wieść gminna nie­sie, że zosta­łem poczęty i wydany na świat na tej samej skrzynce z kor­ni­szo­nami. Jak można odrzu­cić taką legendę? Nawet jeśli nie jest praw­dziwa, to moim zda­niem powinna być.

Wynu­rzyli się z labi­ryntu i zna­leźli się na szer­szej alei. Wspięli się już nieco i Hadrian dostrzegł w dole nabrzeże i maszty statku, któ­rym przy­pły­nął. Na­dal kłę­bił się tam spory tłum -?ludzie szu­kali miej­sca na noc­leg albo swo­ich rze­czy. Hadrian przy­po­mniał sobie torbę, która stur­lała się do wody. Ilu ludzi wylą­duje w nowym mie­ście, pra­wie nic nie mając?

Szcze­ka­nie psa spra­wiło, że Hadrian się odwró­cił. Spoj­rzał w wąską uliczkę i wydało mu się, że dostrzegł jakiś ruch, ale nie miał pew­no­ści. W krę­tym zaułku była rap­tem jedna latar­nia. Resztę oświe­tlał księ­życ, rzu­ca­jąc nie­bie­sko-szare łaty świa­tła. Tu kwa­dra­tową, tam pro­sto­kątną, za mało, żeby coś w tym świe­tle dostrzec, i led­wie dość, by oce­nić odle­głość. Czyżby następny szczur? To coś wydało mu się więk­sze. Pocze­kał, wytę­ża­jąc wzrok. Nic się nie poru­szyło.

Kiedy się obej­rzał, Kor­ni­szon prze­szedł już pra­wie na drugą stronę placu, gdzie ku swo­jej ucie­sze Hadrian ujrzał kolejne nabrzeże. To znaj­do­wało się u ujścia potęż­nej rzeki Ber­num, która w nocy wyglą­dała jak sze­roki prze­stwór ciem­no­ści. Zer­k­nął raz jesz­cze za sie­bie w wąskie uliczki. Na­dal nic się nie poru­szyło. Duchy. Tak wła­śnie -?prze­śla­do­wała go jego wła­sna prze­szłość.

Hadrian cuch­nął śmier­cią. To nie była woń, jaką inni mogli wyczuć albo którą mogła zmyć woda, a jed­nak przy­warła do niego jak prze­ni­kliwy smród potu po dłu­giej nocy pijań­stwa. Tyle że ten odór nie brał się z alko­holu. On się brał z krwi. Nie z powodu jej picia, cho­ciaż Hadrian znał takich, co pili krew. Cuch­nął, bo się w niej pła­wił. Jed­nak teraz to już się skoń­czyło, a przy­naj­mniej tak sobie powta­rzał z prze­ko­na­niem pijaka, który dopiero co wytrzeź­wiał. Tamto to był inny Hadrian, młod­sza wer­sja, którą zosta­wił na dru­gim końcu świata i od któ­rej na­dal ucie­kał.

* * *

Przy­po­mniał sobie, że Kor­ni­szon na­dal ma jego torbę, więc za nim pobiegł. Nim go dogo­nił, Kor­ni­szon znów miał kło­poty.

-?To jego! -?krzy­czał, wska­zu­jąc Hadriana. -?Poma­ga­łem mu dotrzeć na barkę.

Chłopca oto­czyło sze­ściu żoł­nie­rzy. Więk­szość nosiła kol­czugi i trzy­mała kwa­dra­towe tar­cze. Sto­jący pośrodku męż­czy­zna z fan­ta­zyj­nym pió­ro­pu­szem na heł­mie nosił na piersi i ramio­nach zbroję fol­gową oraz skó­rzany, nabi­jany ćwie­kami far­tuch. To do niego mówił Kor­ni­szon, któ­rego przy­trzy­my­wało dwóch innych żoł­nie­rzy. Wszy­scy spoj­rzeli na nad­cho­dzą­cego Hadriana.

-?To twoja torba? -?zapy­tał ofi­cer.

-?Tak. I chło­pak mówi prawdę. Odpro­wa­dzał mnie do tam­tej barki.

-?Tak ci śpieszno opu­ścić nasze piękne mia­sto, co? -?zapy­tał podejrz­li­wym tonem ofi­cer, przy­glą­da­jąc się bacz­nie Hadria­nowi.

-?Bez urazy, ale ow­szem. Mam sprawę na pół­nocy.

Ofi­cer zro­bił krok w jego stronę.

-?Jak się nazy­wasz?

-?Hadrian Blac­kwa­ter.

-?Skąd jesteś?

-?Zasad­ni­czo z Hin­tin­daru.

-?Zasad­ni­czo? -?Powąt­pie­wa­niu w gło­sie towa­rzy­szyło unie­sie­nie brwi.

Hadrian ski­nął głową.

-?Kilka lat spę­dzi­łem w Cali­sie. Wła­śnie wró­ci­łem z Daga­stanu na tam­tym statku.

Ofi­cer zer­k­nął w stronę portu, a potem na się­ga­jącą za kolana dża­la­biję Hadriana, luźne baweł­niane spodnie i kufiję na gło­wie. Pochy­lił się, pocią­gnął nosem i skrzy­wił się.

-?Bez wąt­pie­nia byłeś na statku, a twój strój z pew­no­ścią jest cali­ski. -?Wes­tchnął, a potem sku­pił się na Kor­ni­szo­nie. -?Ale ten nie był na statku. Mówi, że wybiera się z tobą. Zga­dza się?

Hadrian zer­k­nął na Kor­ni­szona i zoba­czył nadzieję w oczach chło­paka.

-?Aha, wyna­ją­łem go jako mojego... ehm... mojego... słu­żą­cego.

-?Czyj to był pomysł? Jego czy twój?

-?Jego, ale oka­zał się bar­dzo pomocny. Bez niego nie zna­la­zł­bym tej barki.

-?Dopiero co wysia­dłeś ze statku -?powie­dział ofi­cer. -?To dziwne, że tak pilno ci do tego, żeby wsiąść na następny.

-?Tak naprawdę, to wcale się do tego nie palę, ale Kor­ni­szon mówi, że barka zaraz rusza i nie będzie następ­nej przez kilka dni. To prawda?

-?Tak -?potwier­dził ofi­cer -?a przy oka­zji to nie­zwy­kle wygodne.

-?Mogę spy­tać, w czym pro­blem? Czy jakieś prawo zabra­nia wynaj­mo­wa­nia prze­wod­nika i pła­ce­niu mu za jego usługi w cza­sie podróży?

-?Nie, ale wyda­rzyła się tu w mie­ście paskudna rzecz, naprawdę paskudna rzecz, więc to natu­ralne, że inte­re­su­jemy się każ­dym, kto śpie­szy się, żeby stąd wyje­chać, a przy­naj­mniej każ­dym, kto spę­dził tu parę ostat­nich dni. -?Spoj­rzał Kor­ni­szo­nowi pro­sto w oczy.

-?Nic nie zro­bi­łem -?zapro­te­sto­wał chło­pak.

-?Tak twier­dzisz i nawet jeśli to prawda, to możesz wie­dzieć coś na temat tej sprawy. W obu wypad­kach mógł­byś odczu­wać silną potrzebę ulot­nie­nia się, a ucze­pie­nie się kogoś, kto znaj­duje się poza wszel­kim podej­rze­niem, to dobry spo­sób, żeby wyplą­tać się z kło­po­tów, nie­praw­daż?

-?Ale ja nic nie wiem na temat mor­derstw.

Ofi­cer odwró­cił się do Hadriana.

-?Możesz ruszać w drogę i lepiej się pośpiesz. Już wzy­wają pasa­że­rów.

-?A co Kor­ni­szo­nem?

Żoł­nierz pokrę­cił głową.

-?Nie mogę go puścić razem z tobą. Wąt­pliwe, żeby odpo­wia­dał za mor­der­stwa, ale może wie­dzieć, kim jest sprawca. Sie­roty z ulic dużo widzą i nie lubią o tym mówić, jeśli myślą, że uda im się tego unik­nąć.

-?Prze­cież mówię wam, że nic nie wiem. Nawet nie byłem na wzgó­rzu.

-?Zatem nie masz się czego oba­wiać.

-?Ale... -?Kor­ni­szon wyglą­dał, jakby miał się roz­pła­kać. -?On miał mnie stąd zabrać. Wybie­ra­li­śmy się na pół­noc. Wybie­ra­li­śmy się na uni­wer­sy­tet.

-?Uwaga! Uwaga! Ostat­nie wezwa­nie dla pasa­że­rów! Barka do Col­nory! Ostat­nie wezwa­nie! -?roz­legł się potężny ryk.

-?Słu­chaj... -?Hadrian otwo­rzył sakiewkę -?...wyświad­czy­łeś mi przy­sługę i za to zasłu­ży­łeś na zapłatę. Gdy już skoń­czą cię prze­słu­chi­wać, jeśli na­dal będziesz chciał dla mnie pra­co­wać, to za te pie­nią­dze możesz dotrzeć do She­ri­danu i tam się ze mną spo­tkać. Wsiądź na następną barkę albo do dyli­żansu jadą­cego na pół­noc, jak wolisz. Spę­dzę tam mie­siąc, a przy­naj­mniej dwa tygo­dnie. -?Hadrian wci­snął monetę w dłoń chłopca. - Jeśli przy­je­dziesz, pytaj o pro­fe­sora Arca­diusa. To z nim mam się spo­tkać, więc będzie się orien­to­wał, gdzie mnie szu­kać. Dobrze?

Kor­ni­szon ski­nął głową i wyglą­dał nieco mniej nie­szczę­śli­wie. Kiedy zer­k­nął na monetę, wytrzesz­czył oczy i powró­cił jego dawny, olbrzymi uśmiech.

-?Tak, pro­szę pana! Natych­miast przy­będę. Z całą pew­no­ścią może pan na mnie liczyć. A teraz niech pan bie­gnie, zanim barka odpły­nie.

Hadrian ski­nął do niego głową, pod­niósł torbę i pobiegł na nabrzeże, gdzie obok trapu pro­wa­dzą­cego na długą pła­sko­denną łódź cze­kał męż­czy­zna.

Rozdział 2. Gwen

Roz­dział 2

Gwen

Gwen wie­działa, że zjawi się za późno, kiedy tylko usły­szała krzyki na pierw­szym pię­trze. Sufit się trząsł, aż tynk posy­pał się do kie­lisz­ków gro­mady sku­pio­nej przy barze. Z góry dobie­gało dud­nie­nie, jakby okła­dał Avon pałką po gło­wie.

Nie, nie pałką. Ude­rza jej głową o pod­łogę, pomy­ślała Gwen.

-?Avon! -?wrza­snęła i rzu­ciła się ku scho­dom.

Nie chciała zwol­nić na zakrę­cie, przez co ude­rzyła ramie­niem w ścianę u szczytu scho­dów i zrzu­ciła z niej małe lusterko, które się stłu­kło. Popę­dziła kory­ta­rzem. Krzyki brzmiały nie­ludzko, jakby dobie­gały z rzeźni -?daremne wrza­ski ska­za­nego na śmierć stwo­rze­nia.

Stane ją mor­duje.

Gwen szarp­nęła zasuwkę i pchnęła drzwi, ale drzwi zary­glo­wano od środka. Nawet nie drgnęły. Ude­rzyła w nie całym cia­łem, ale drewno zigno­ro­wało jej drobną wagę. Dobie­ga­jące ze środka wale­nie przy­ci­chło, jakby teraz ktoś ude­rzał w paćkę. Już nie brzmiało jak stłu­miony głu­chy łomot, ale jak pla­ska­nie o coś mokrego. Krzyki osła­bły do cichych jęków.

Gwen z impe­tem otwo­rzyła drzwi do pokoju po dru­giej stro­nie kory­ta­rza, gdzie Mae zaba­wiała rudzielca ze Wschod­niej Mar­chii. Mae krzyk­nęła ze stra­chu. Czym­kol­wiek zaj­mo­wali się do tej pory, prze­stali, kiedy roz­le­gły się krzyki Avon. Gwen kop­nęła w luźny słu­pek przy nogach łóżka. Sto­larz zbu­do­wał ramę łóżka z solid­nych kawa­łów klonu, ale nie spi­sał się przy łącze­niu ich w całość. Po dwóch kolej­nych kop­nia­kach słu­pek odpadł, a mate­rac wraz z Mae i rudziel­cem wylą­do­wał na pod­ło­dze.

Pędząc jak rycerz wal­czący na kopie, Gwen ude­rzyła słup­kiem w drzwi pokoju Avon. Siła ude­rze­nia spra­wiła, że taran wypadł jej z rąk, ale w powierzchni drzwi poja­wiło się solidne zagłę­bie­nie, a drewno futryny lekko się roz­sz­cze­piło. Gwen rzu­ciła się po taran i chwy­ciła go znowu, w tej samej chwili, kiedy Ray­nor Grue poja­wił się u szczytu scho­dów.

-?Psia­krew, ty durna suko! Prze­stań!

Zbie­ra­jąc w sobie wszyst­kie siły, Gwen ude­rzyła znowu w drzwi, celu­jąc w to samo miej­sce, co poprzed­nio, i mniej wię­cej tam tra­fia­jąc. Fra­muga roz­trza­skała się i drzwi otwo­rzyły się z impe­tem. Gwen z roz­pędu wle­ciała do pokoju i wylą­do­wała na pod­ło­dze w kałuży krwi.

-?Na brodę wiel­kiego Mari­bora! -?zaklął Grue, sta­jąc w progu.

Stane sie­dział okra­kiem na Avon, na­dal zaci­ska­jąc ręce na jej szyi.

-?Nie prze­sta­wała krzy­czeć.

Oczy Avon były sze­roko otwarte, włosy w kolo­rze blond miała spla­mione szkar­ła­tem.

-?Wynoś się stąd! -?powie­dział Grue, łapiąc Gwen i wycią­ga­jąc ją na kory­tarz. -?Zmia­taj na dół! Jesteś mi winna nowe drzwi i łóżko.

-?Nie żyje? -?spy­tał Stane, na­dal sie­dząc okra­kiem na Avon.

Nogi miał nagie, skórę śli­ską od potu, pierś zbry­zganą krwią.

Grue szturch­nął głowę Avon butem.

-?Aha, zabi­łeś ją.

-?Ty sukin­synu! -?Gwen rzu­ciła się na Stane'a.

Grue zła­pał ją i pchnął do tyłu, przez co potknęła się i prze­wró­ciła.

-?Stul dziób! -?wrza­snął.

-?Prze­pra­szam, Grue -?wydu­kał Stane.

Grue skrzy­wił się i pokrę­cił głową, lustru­jąc krew roz­le­wa­jącą się po drew­nia­nej pod­ło­dze. Gwen zorien­to­wała się po spo­so­bie, w jaki stał i wykrzy­wiał usta, że nie widzi w Avon pięk­nej mło­dej dziew­czyny, która umarła przed­wcze­śnie, ale jedy­nie bała­gan do posprzą­ta­nia.

Wes­tchnął.

-?Nie chcę two­ich prze­pro­sin, Stane. Będziesz musiał za to zapła­cić. Avon była popu­larna.

-?Ile?

Grue zasta­na­wiał się chwilę w typowy dla sie­bie spo­sób -?zagry­za­jąc wyka­łaczkę i zasy­sa­jąc powie­trze przez zęby.

-?Osiem­dzie­siąt pięć srebr­nych tenen­tów.

-?Srebr­nych? Osiem­dzie­siąt pięć? Kosz­to­wała tylko sześć mie­dzia­ków!

-?A tyś ją zabił, tępy sukin­synu! Stra­ci­łem wszystko, co zaro­bi­łaby w przy­szło­ści. Powi­nie­nem zażą­dać zapłaty w zło­cie!

-?Nie mam aż tyle.

-?Będziesz musiał zdo­być pie­nią­dze.

Stane ski­nął głową.

-?Zdo­będę.

-?Jesz­cze dziś wie­czo­rem.

Stane zawa­hał się, ale zaraz się zgo­dził.

-?Dobrze, dziś wie­czo­rem.

-?Gwen, idź po wia­dro i posprzą­taj to. Ty też, Mae. Rudy, na dzi­siaj skoń­czy­łeś. Zmia­taj stąd. Jak będziesz wycho­dził, przy­ślij na górę Wil­larda. Będę potrze­bo­wał pomocy przy zno­sze­niu ciała.

-?Nie możesz pozwo­lić, żeby mu się upie­kło -?powie­działa przez zaci­śnięte zęby Gwen, kiedy już wstała.

Łzy jesz­cze jej nie popły­nęły i zasta­na­wiała się dla­czego. Może na­dal była zbyt wście­kła. Wyła­ma­nie drzwi wzbu­rzyło w niej krew i na­dal się nie uspo­ko­iła.

-?Zapłaci za szkody. Tak samo jak ty.

-?W takim razie jesz­cze nie skoń­czy­łam robić szkód.

Gwen pod­nio­sła słu­pek i rzu­ciła się, żeby przy­ło­żyć Stane'owi w głowę. Może by to zro­biła, gdyby Grue nie zła­pał jej za rękę. Obró­cił ją i spo­licz­ko­wał z całej siły. Znowu się prze­wró­ciła. Słu­pek ude­rzył w znisz­czoną fra­mugę i wytur­lał się na kory­tarz.

-?Zbie­raj tyłek i zmia­taj na dół! Mae, chodź tu z tym wia­drem! I gdzie jest Wil­lard? Wil­lard!

Gwen sie­działa oszo­ło­miona. Gdyby ude­rzył ją pię­ścią, a nie otwartą dło­nią, nie­prędko by się pod­nio­sła, może nawet wyplu­łaby kilka zębów. Grue wie­dział jed­nak, jak obcho­dzić się ze swo­imi dziew­czy­nami, i w miarę moż­li­wo­ści sta­rał się ich nie oszpe­cać. Z pło­ną­cym policz­kiem i szczęką rwącą z bólu tak, że czuła to w całej twa­rzy, wstała i zbie­gła po scho­dach. Wszy­scy w barze scho­dzili jej z drogi, a ona pognała ku fron­to­wym drzwiom Karczmy z Wyszyn­kiem "Pod Ohyd­nym Łbem", kie­ru­jąc się pro­sto do biura sze­ryfa.

Noc była zimna z powodu jesien­nego wia­tru, ale ona pra­wie tego nie zauwa­żała, kiedy bie­gła po pokry­tych spę­ka­nym bło­tem uli­cach Med­fordu. Nikogo nie napo­tkała -?wszy­scy porządni ludzie już spali.

Nie zapu­kała, tylko od razu pchnęła drzwi.

Ethan spał w krze­śle, z głową opartą na rękach leżą­cych na stole. Gwen kop­nęła w nogę stołu, a on pode­rwał się jak spło­szona prze­piórka.

-?Co, u... -?Spra­wiał wra­że­nie roz­łosz­czo­nego.

I dobrze.

Chciała, żeby był wście­kły. Chciała, żeby goto­wał się ze zło­ści.

-?Stane wła­śnie zamor­do­wał Avon w "Ohyd­nym Łbie!" -?wrza­snęła, a Ethan aż się wzdry­gnął. -?Ten łaj­dak walił jej głową w pod­łogę, aż roz­trza­skał jej czaszkę. Mówi­łam Grue, że on to zrobi. Powie­dzia­łam mu, żeby wię­cej go nie wpusz­czał, ale on nie słu­chał. A teraz rusz się tam!

-?Dobrze, już dobrze. -?Ethan zerwał z krze­sła pas z mie­czem i zapiął go na bio­drach, wycho­dząc za Gwen.

-?Rap­tem trzy dni temu pod­bił oko Jol­lin -?mówiła mu, kiedy szli ulicą Prze­korną.

Ethan nie szedł dosta­tecz­nie szybko jak na jej gust. Oczy­wi­ście czas już nie miał zna­cze­nia. Avon nie poczuje się lepiej, a Stane nie zmą­drzeje. Mimo to chciała, żeby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość i żeby stało się to szybko. Stane nie zasłu­gi­wał, żeby żyć choćby chwilę dłu­żej niż Avon, a każdy jego oddech był zbrod­nią w oczach Gwen.

-?I zła­mał rękę Abby nieco ponad mie­siąc temu. Grue zacho­wał się jak dureń, zmu­sza­jąc Avon, żeby z nim poszła. Wie­działa i bała się, ale Stane lubi, kiedy się boimy. Strach go pod­nieca, a im bar­dziej się pod­nieci, tym więk­sze robi szkody. A Avon, niech Mari­bor się nad nią uli­tuje, była śmier­tel­nie prze­ra­żona. Grue powi­nien mieć swój rozum.

Drzwi do karczmy na­dal były otwarte, rzu­ca­jąc długi skos świa­tła na ganek i pożło­bioną kole­inami ulicę. Może te też znisz­czyła. Miała taką nadzieję. Pijacy znik­nęli, pew­nie ich wygo­niono. Grue i Wil­lard zno­sili Avon na dół zawi­niętą w koc z łóżka. Z jed­nego końca kapała krew, zna­cząc ciemną linię na scho­dach.

-?Co tu robisz, Ethan?

Z wysiłku żyły wystą­piły Grue na szyi. Nie wrzesz­czał, był tylko wście­kły, czyli znowu był sobą.

-?Co masz na myśli? Dziew­czyna po mnie przy­szła.

-?Nie posła­łem jej.

-?Cóż, obu­dziła mnie z kamien­nego snu, więc jestem. Co się dzieje?

-?Nic -?odpo­wie­dział Grue.

-?To mi nie wygląda na zwy­kłe nic. To Avon jest w tym kocu?

-?A co ci do tego?

-?Moim zada­niem jest pil­no­wać, żeby spra­wie­dli­wo­ści zawsze stało się zadość. Stane jest na górze?

-?Aha.

-?No to każ mu zejść.

Grue zmarsz­czył brwi, zawa­hał się, a potem odło­żył swój koniec brze­mie­nia.

-?Wil­lard, idź po niego.

Cho­ciaż Gwen była wście­kła na Stane'a i Grue, nie mogła pozbyć się myśli, że sama też ponosi winę. Jak nikt inny wie­działa, co się sta­nie. Powinna była coś zro­bić, wydo­stać z tego miej­sca Avon, tyle że sama nie mogła stąd uciec. Mimo wszystko może mogła coś zro­bić, cokol­wiek. Nic nie zro­biła. I teraz Avon nie żyła.

Gwen patrzyła na małą kałużę roz­le­wa­jącą się przy końcu koca i zasta­na­wiała się, jakim cudem na­dal stoi. Poczu­cie winy szar­pało jej wnętrz­no­ści, roz­ry­wało ją od środka. Jakim cudem mogę na­dal stać, cho­ciaż wła­śnie mnie wypa­tro­szono?

Stane zszedł po scho­dach, zapi­na­jąc spodnie. Miał krwawe smugi od pal­ców na wybla­kłej od słońca koszuli. Wię­cej śla­dów miał na twa­rzy, po tym jak otarł nos.

-?Zabi­łeś tę dziew­czynę? -?zapy­tał Ethan.

Stane się nie ode­zwał. Ski­nął tylko głową i pocią­gnął nosem.

-?To poważne prze­stęp­stwo. Rozu­miesz to, prawda?

-?Tak, pro­szę pana.

Gwen zauwa­żyła, że Grue pio­ru­nuje ją wzro­kiem. Przyj­dzie jej zapła­cić za to póź­niej, ale warto znieść bicie, byle zoba­czyć, jak Stane otrzy­muje taką samą karę, jaką wymie­rzono Avon. Oczy­wi­ście to nie będzie naprawdę taka sama kara. Ethan nie będzie bez końca walił jego głową o pod­łogę. Po pro­stu go powie­szą. Kara jed­nak zosta­nie wymie­rzona publicz­nie. Stane zosta­nie upo­ko­rzony przed śmier­cią. Cho­ciaż tyle dobrego.

Ethan odgar­nął włosy z twa­rzy i poma­so­wał kark. Zagryzł dolną wargę, patrząc na owi­nięte w koc ciało. Wresz­cie nabrał powie­trza i zwró­cił się do Stane'a.

-?Wyma­gana będzie resty­tu­cja.

-?A co to takiego? -?zapy­tał ner­wowo Stane.

-?Musisz zre­kom­pen­so­wać Grue jego straty. Zapła­cić za wyrzą­dzone szkody.

-?Już to uzgod­ni­li­śmy -?wtrą­cił się Grue. -?Zapłaci mi osiem­dzie­siąt pięć tenen­tów.

-?Srebr­nych, zga­dza się? -?zapy­tał Ethan, kiwa­jąc głową. -?Uczciwa cena. Jakieś inne szkody?

-?Znisz­czone drzwi, lustro i łóżko, ale to jej robota. -?Grue wska­zał Gwen. -?Ona mi za to zapłaci.

-?Wyła­mała drzwi, pró­bu­jąc rato­wać tę tutaj? -?Ethan wska­zał koc.

-?Chyba tak.

-?Moim zda­niem nie musia­łaby tego robić, gdyby Stane nie bił Avon, więc to on pokryje i te straty. Jasne?

-?Tak, pro­szę pana.

Sze­ryf ski­nął głową.

-?W takim razie wszystko zała­twione.

Ethan zro­bił krok w tył i Gwen widziała, że zamie­rza się odwró­cić.

-?To wszystko? To nie w porządku. On musi zapła­cić.

-?I zapłaci. Osiem­dzie­siąt pięć i...

-?Kobieta nie żyje! Zabił ją i musi za to umrzeć.

-?Dziwka -?popra­wił ją Grue.

Gwen spio­ru­no­wała go wzro­kiem.

-?Dziwka nie żyje, a to nie to samo. Nikt nie skaże na śmierć pra­cu­ją­cego męż­czy­zny, bo go tro­chę ponio­sło.

-?Ona nie żyje!

-?I to ja jestem z tego tytułu poszko­do­wany. Jeśli mówię, że taka rekom­pen­sata mi odpo­wiada, to sprawa jest zamknięta. To ni­gdy nie było twoje zmar­twie­nie. A teraz zamknij się.

-?Nie możesz tego zro­bić -?powie­działa do Ethana Gwen.

-?Miała jakąś rodzinę? -?spy­tał.

Gwen pokrę­ciła głową.

-?Gdyby któ­raś z nas miała rodzinę, to myślisz, że były­by­śmy tutaj?

-?Zatem to on za nią odpo­wiada. Jest zado­wo­lony, więc nie ma sprawy. - Odwró­cił się do Grue. -?Dopil­nuj, żeby ciało opu­ściło mury miej­skie przed połu­dniem, bo ina­czej kon­stabl dobie­rze mi się do tyłka, a wtedy ja dobiorę się do two­jego. Jasne?

Grue poki­wał głową i Ethan wyszedł.

Męż­czyźni znowu dźwi­gnęli ciało i ruszyli do fron­to­wych drzwi. Kiedy mijali Gwen, Grue powie­dział:

-?Zgad­nij, kto dosta­nie lanie, gdy wrócę!

Grue i Wil­lard wyszli, zosta­wia­jąc Gwen patrzącą przez salę na Mae i Jol­lin. Mię­dzy nimi stał Stane.

Uśmiech­nął się do niej i mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo.

-?Z przy­jem­no­ścią zajmę się tobą. -?A zni­ża­jąc głos, dodał: -?Kiedy tylko odłożę następne osiem­dzie­siąt pięć tenen­tów.

Zro­bił krok w jej stronę.

-?On ni­gdy wię­cej cię tu nie wpu­ści.

-?Grue? -?Zaśmiał się. -?Avon nie jest pierw­sza. Była inna dziew­czyna w Roe. Jeśli będę mógł zapła­cić, da mi cie­bie z poca­ło­wa­niem ręki. - Spoj­rzał na Mae, a potem na Jol­lin. -?Nie mar­tw­cie się. O was dwóch też nie zapo­mnę.

Zaśmiał się znowu, a Gwen zaci­snął się żołą­dek. Stane pod­szedł do drzwi, ale zamiast wyjść, wyj­rzał, zer­k­nął w obie strony, po czym je zamknął. Kiedy się obró­cił, szcze­rzył zęby w uśmie­chu, nie spusz­cza­jąc oczu z Gwen.

-?Ucie­kaj! -?krzyk­nęła Jol­lin.

Kiedy Gwen pobie­gła ku tyl­nemu wyj­ściu, usły­szała, jak Stane prze­klina. Upadł z hukiem, pew­nie pośli­zgnął się na kałuży krwi Avon. Sądząc po odgło­sach, prze­wró­ciło się też krze­sło albo stół, ale potem Gwen bie­gła już przez ciem­ność z pod­ka­saną sukienką. Popę­dziła zauł­kiem obok warsz­tatu gar­ba­rza w stronę "mostów", dwóch wąskich desek prze­rzu­co­nych przez rzekę ście­ków, które pły­nęły za budyn­kami. Była zbyt prze­stra­szona, bie­gła za szybko. Noga jej zje­chała ze śli­skich, chwiej­nych desek i Gwen wpa­dła pro­sto w gnój. Ręce zanu­rzyła po łok­cie, ale ura­to­wała twarz.

Spo­dzie­wała się, że Stane zaraz ją dopad­nie, zaci­śnie krwawe ręce na gar­dle, wepchnie twarz w obrzy­dliwą paćkę, która cuch­nęła moczem i gno­jem. Obró­ciła się gwał­tow­nie, ale jego nie było. Ni­gdzie go nie było. Gwen była sama.

Wycią­gnęła ręce, otarła o czy­ste skrawki sukienki, jakie zna­la­zła. Nie­wiele ich było. W końcu popła­kała się z fru­stra­cji. Sie­dząc obok rowu z nie­czy­sto­ściami, szlo­chała tak mocno, że roz­bo­lał ją brzuch. Z każdy wde­chem wcią­gała powie­trze gęste od smrodu.

-?Nie wiem, co robić! -?krzyk­nęła na głos. -?Powiedz mi, co mam robić! - Nabrała garść błota i gnoju i cisnęła naj­moc­niej, jak potra­fiła. Odchy­liła głowę i wrza­snęła, patrząc na niebo. -?Sły­szysz mnie?! Nie mam dość siły. Jestem jak moja matka i w końcu się zała­mię. -?Wzięła roz­dy­go­tany wdech. -?A jeśli nie zała­mię się naj­pierw, to on mnie zabije. Mnie, Jol­lin, Mae i całą resztę. Nie mogę... Nie mogę już dłu­żej cze­kać. Sły­szysz mnie? To już pięć lat! Nie mogę już dłu­żej na niego cze­kać.

Dygo­tała, dysząc i nasłu­chu­jąc odpo­wie­dzi, ale usły­szała tylko wycie wia­tru.

Rozdział 3. Barka na Bernum

Roz­dział 3

Barka na Ber­num

Hadrian sie­dział w kucki na pokła­dzie rzecz­nej barki, kiedy dwa potężne konie pocią­gowe holo­wały łódź w górę rzeki Ber­num. Uniósł głowę i zer­k­nął przez poranną mgłę, pró­bu­jąc wypa­trzyć coś zna­jo­mego. Widział zie­mię uprawną wtu­loną mię­dzy wzgó­rza ponad brze­giem i słaby zarys mia­ste­czek. Wszystko wyda­wało się obce. To była obca kra­ina wypeł­niona dziw­nymi ludźmi, zwy­cza­jami, akcen­tami. Czuł się nie­swojo i nie na miej­scu. Ni­gdy nie miał pew­no­ści, jak należy zacho­wać się albo co powie­dzieć. Wyobra­żał sobie, że wszy­scy widzą w nim obcego, któ­rym rze­czy­wi­ście jest, cho­ciaż w tej chwili, jak zga­dy­wał, znaj­do­wał się jakieś pół dnia pie­chotą od domu.

Pulchny męż­czy­zna wyszedł z kajuty, ude­rza­jąc się w pierś i bio­rąc głę­bo­kie wde­chy.

-?Rześki pora­nek, co? -?powie­dział, zer­ka­jąc na niebo.

Mógł zwra­cać się do boga Mari­bora, ale mimo to Hadrian odpo­wie­dział:

-?Chłodno. Nie nawy­kłem do zimna.

Wybrał sobie to miej­sce, żeby mieć osłonę przed wia­trem. Miał na sobie wszystko, co posia­dał, w tym dwie pary spodni luź­nych jak piżama, podróżną i wyj­ściową dża­la­biję, sze­roką szarfę w pasie, pele­rynę i zawój na gło­wie. Mimo to marzł. Zamie­rzał kupić coś z wełny, kiedy dotrą do Col­nory, coś cięż­kiego, co waży jak zbroja. Czuł się nagi bez dodat­ko­wego cię­żaru.

-?Przy­pły­ną­łeś pro­sto z Daga­stanu, zga­dza się? Tam to pew­nie jest cie­pło, prawda?

Hadrian owi­nął się cia­śniej dża­la­biją.

-?Kiedy wyjeż­dża­łem, była pogoda w sam raz na lekki strój.

-?Zazdrosz­czę.

Męż­czy­zna owi­nął się cia­śniej szatą. Rozej­rzał się po barce i skrzy­wił się roz­cza­ro­wany, jakby spo­dzie­wał się, że przez noc zaj­dzie w niej jakaś cudowna prze­miana. Wzru­szył ramio­nami i za przy­kła­dem Hadriana usa­do­wił się na pokła­dzie. Zna­leźli się teraz twa­rzą w twarz.

-?Jestem Seba­stian z Iberu.

Męż­czy­zna wycią­gnął rękę.

-?Hadrian -?odpo­wie­dział, ści­ska­jąc podaną dłoń. -?Podró­żu­jesz z tam­tymi dwoma?

Hadrian widział ich poprzed­niej nocy, Seba­stiana i jego dwóch towa­rzy­szy; wszy­scy byli ubrani w podobne, wytwor­nie skro­jone szaty. Mimo całego pośpie­chu osta­tecz­nie wypły­nię­cie barki opóź­niło się z powodu doke­rów, któ­rzy z tru­dem wtasz­czyli na pokład liczne kufry. Cała trójka wykrzy­ki­wała roz­kazy i repry­mendy za każ­dym razem, gdy któ­ryś kufer ude­rzył o coś albo został potrą­cony przez pra­cow­ni­ków.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

-?Samuel i Eugene. Pra­cu­jemy w tej samej branży.

-?Kupcy?

Seba­stian się uśmiech­nął.

-?Coś w tym guście. -?Jego spoj­rze­nie padło na mie­cze u pasa Hadriana. - A ty? Żoł­nierz?

Hadrian odpo­wie­dział sze­ro­kim uśmie­chem.

-?Coś w tym guście.

Seba­stian zare­cho­tał.

-?Dobrze powie­dziane. A tak cał­kiem poważ­nie: nie masz powodu nosić tu broni. My nie nosimy stali, więc nie rozu­miem, czemu zawra­casz sobie głowę... Och, jasne. Rozu­miem!

Hadrian przyj­rzał się męż­czyź­nie. Z doświad­cze­nia wie­dział, że ist­nieją dwa rodzaje ludzi: tacy, któ­rym można zaufać i ci dru­giego rodzaju. W ciągu pię­ciu lat nauczył się pole­gać na męż­czy­znach, któ­rzy noszą metal, mają bli­zny i gwiż­dżą przez dziury po wybi­tych zębach. Seba­stian nosił grube ubra­nie, luk­su­sowe i dro­gie, a także złote pier­ście­nie na obu dło­niach. Hadrian zetknął się i z tym typem. Cokol­wiek Seba­stian zamie­rzał powie­dzieć, Hadrian zga­dy­wał, że to mu się nie spodoba.

-?Co rozu­miesz?

Seba­stian zni­żył głos:

-?Sły­sza­łeś o mor­der­stwach. Straże miej­skie wszę­dzie się krę­ciły i zada­wały pyta­nia, nawet kiedy wyru­sza­li­śmy.

-?Mówisz o mor­der­stwach w Ver­ne­sie?

-?Tak, w rze­czy samej. Trzy w ciągu trzech nocy.

-?I podej­rze­wasz mnie? -?spy­tał Hadrian.

Seba­stian się zaśmiał.

-?W żad­nym razie! Ty jesteś jed­nym z tych, co to wła­śnie zeszli ze Wschod­niej Gwiazdy pły­ną­cej z Calisu. Twoje ubra­nie cię zdra­dza. Wię­cej sensu mia­łoby podej­rze­wa­nie mnie. Ja przy­naj­mniej mia­łem spo­sob­ność. Cie­bie nawet nie było w mie­ście.

-?Mówisz więc, że powi­nie­nem podej­rze­wać cie­bie?

-?Skądże znowu. Moi współ­pra­cow­nicy mogą poświad­czyć, gdzie prze­by­wa­łem, a ster­nik powie ci, że zare­zer­wo­wa­li­śmy ten prze­jazd z wie­lo­ty­go­dnio­wym wyprze­dze­niem. Poza tym, czy ja wyglą­dam na zabójcę?

Hadrian ni­gdy nie widział zabójcy, ale Seba­stian nie wyglą­dał na sto­sow­nego kan­dy­data. Krą­gły i miękki, o pulch­nych pal­cach i zaraź­li­wym uśmie­chu wyglą­dał raczej na kogoś, kto zle­ciłby mor­der­stwo w nie­pod­pi­sa­nym liście.

-?Powiem ci jed­nak, kto wygląda na zabójcę. -?Spoj­rze­nie Seba­stiana powę­dro­wało ku przo­dowi łodzi, gdzie w pobliżu dziobu stała spo­wita w opoń­czę postać. Stała do nich tyłem i zamiast szu­kać cie­pła słońca, trzy­mała się cie­nia rzu­ca­nego przez stos skrzy­nek. -?On to dopiero wygląda na zabójcę.

-?Podej­rze­wasz go, bo nosi kap­tur?

-?Nie, cho­dzi o jego oczy. Widzia­łeś je? Zimne, tyle ci powiem. Mar­twe oczy. Takie, co nawy­kły do oglą­da­nia i zada­wa­nia śmierci.

Hadrian uśmiech­nął się kpiąco.

-?Potra­fisz to wszystko wyczy­tać z samych oczu czło­wieka, co?

-?Jak naj­bar­dziej. Czło­wiek nawy­kły do zabi­ja­nia wygląda jak wilk: pusta dusza i głód krwi. -?Seba­stian pochy­lił się, ale nie spusz­czał wzroku z postaci na dzio­bie. -?Tak jak pozna­nie pew­nych prawd okrada nas z nie­win­no­ści, tak zada­nie śmierci okrada czło­wieka z duszy. Każde zabój­stwo zabiera cząstkę czło­wie­czeń­stwa, aż mor­derca nie jest niczym innym jak zwie­rzę­ciem. Głód zastę­puje ducha. Żądza tego, co zostało stra­cone. Jed­nak nie­win­no­ści duszy nie da się odzy­skać. Radość, miłość i spo­kój ucie­kają z takiego naczy­nia, a zamiast nich roz­kwita żądza krwi i śmierci.

Seba­stian mówił poważ­nym tonem, jak czło­wiek, który zna się na takich rze­czach. Jego pew­ność sie­bie i swo­boda ema­no­wały świa­to­wo­ścią, która suge­ro­wała mądrość pły­nącą z doświad­cze­nia. Gdyby jed­nak słowa Seba­stiana gło­siły prawdę, Hadrian wąt­pił, czy pulchny kupiec z Ver­nesu zde­cy­do­wałby się sia­dać tak bli­sko niego, ujrzaw­szy wcze­śniej jego oczy.

-?Powiem ci coś jesz­cze. Wszedł na barkę w ostat­niej chwili bez choćby jed­nej torby czy kufra.

-?A skąd to wiesz?

-?Byłem na pokła­dzie, kiedy opła­cał prze­jazd. Dla­czego zja­wił się tak późno? Kto wska­kuje na łódź pły­nącą tak daleko na pół­noc pod wpły­wem nagłego kaprysu? I dla­czego bez bagażu? Ludzie nie ruszają w długą wyprawę, jakby to była popo­łu­dniowa wycieczka łódką dla przy­jem­no­ści, prawda? Może wymknął się stra­żom i uznał barkę za dobry spo­sób ucieczki.

-?Ja też dotar­łem późno.

-?Ale ty przy­naj­mniej mia­łeś torbę.

-?Tu jesteś, Seba­stia­nie!

Jego dwóch wspól­ni­ków wyszło z kajuty.

Samuel był star­szy. Wysoki i chudy spra­wiał wra­że­nie roz­cią­gnię­tego jak kawał suro­wego cia­sta. Jego szata wisiała luźno, rękawy były tak dłu­gie, że cał­ko­wi­cie skry­wały mu ręce, odsła­nia­jąc tylko czubki pal­ców. Drugi, który nazy­wał się Eugene, był znacz­nie młod­szy, bli­żej wieku Hadriana, a jego ciało jesz­cze nie zde­cy­do­wało, czy chce upodob­nić się do syl­wetki Samu­ela, czy raczej do krą­głego i pulch­nego Seba­stiana. On też nosił wspa­niałą szatę w kolo­rze ciem­nego bordo, spiętą na ramie­niu pokaźną złotą klamrą.

Obaj wyglą­dali na wyczer­pa­nych, jakby ciężko pra­co­wali całą noc, a nie dopiero co wstali z łóżka. Samuel zauwa­żył zakap­tu­rzo­nego podróż­nego na dzio­bie i szturch­nął Eugene'a.

-?Tam­ten w ogóle nie śpi?

-?Tak działa udrę­czone sumie­nie -?odpo­wie­dział Eugene.

-?Taki czło­wiek nie ma sumie­nia -?zawy­ro­ko­wał Seba­stian, o ile można coś zawy­ro­ko­wać szep­tem.

Nad ich gło­wami nie­zgrabny klucz gęsi prze­ciął z klan­go­rem nie­bie­skie niebo. Wszy­scy pod­nie­śli głowy, żeby popa­trzeć na nie, a potem popra­wili pele­ryny i szaty, jakby gęsi ostrze­gły ich, że nad­cho­dzi zima. Eugene i Samuel przy­sie­dli się do Seba­stiana. Cała trójka stło­czyła się, żeby się wza­jem­nie ogrzać.

Seba­stian ski­nął głową w stronę Hadriana.

-?To jest Hadrian... ehm, Hadrian...

Pstryk­nął pal­cami i spoj­rzał pyta­jąco.

-?Blac­kwa­ter.

Hadrian wycią­gnął rękę i uści­snął pozo­sta­łym dwóm dło­nie.

-?A skąd pocho­dzisz, Hadria­nie? -?spy­tał Eugene.

-?Wła­ści­wie zni­kąd.

-?Czło­wiek bez domu? -?Głos Samu­ela był nosowy i nieco podejrz­liwy w tonie.

Hadrian uznał, że to ten typ czło­wieka, który odli­cza pie­nią­dze wrę­czone mu nawet przez kapłana.

-?O co ci cho­dzi? -?zapy­tał Eugene. -?Zsiadł ze statku pły­ną­cego z Calisu. Roz­ma­wia­li­śmy o tym zeszłej nocy.

-?Nie bądź głup­cem, Eugene -?odparł Seba­stian. -?Myślisz, że miesz­kańcy Calisu mają włosy jasne jak pia­sek i nie­bie­skie oczy? To śniade draby, cwane ponad miarę. Niech żaden z was ni­gdy im nie ufa.

-?Co w takim razie robi­łeś w Cali­sie? -?Ton Eugene'a był zło­śliwy i ponad miarę docie­kliwy, jakby to Hadrian nazwał go głup­cem.

-?Pra­co­wa­łem.

-?Pew­nie zdo­by­wał for­tunę -?odparł Seba­stian, wska­zu­jąc Hadriana. -?Ten czło­wiek nosi ciężką sakiewkę. Powi­nie­neś doro­bić się choćby połowy tego, co on.

-?Założę się, że to same cali­skie mie­dziaki. -?Eugene na­dal mówił z gory­czą. -?Bo w prze­ciw­nym razie nosiłby wspa­niałą weł­nianą szatę jak my.

-?Nosi miecz z dosko­na­łej stali, a wła­ści­wie dwa. Lepiej więc ostroż­niej dobie­raj słowa -?prze­strzegł go Seba­stian.

-?Trzy -?spro­sto­wał Samuel. -?Jesz­cze jeden trzyma w kaju­cie. Naprawdę wielki.

-?Sam widzisz, Eugene. Ten czło­wiek wydaje wszystko na stal. Ale pro­szę bar­dzo, obra­żaj go dalej. Na pewno świet­nie pora­dzimy sobie z Samu­elem bez cie­bie.

Eugene skrzy­żo­wał ręce na piersi i patrzył na mijane wzgó­rza.

-?Czym się zaj­mu­jesz? -?zapy­tał Samuel, sku­pia­jąc wzrok na sakiewce Hadriana.

-?Byłem żoł­nie­rzem.

-?Żoł­nie­rzem? Ni­gdy nie sły­sza­łem o boga­tym żoł­nie­rzu. W któ­rej armii?

We wszyst­kich, omal nie odpo­wie­dział Hadrian, ale ugryzł się w język. Cho­ciaż w pierw­szej chwili wyda­wało mu się to zabawne, zaraz potem fakty go przy­gnę­biły. Hadrian nie miał ochoty tłu­ma­czyć się z prze­szło­ści; prze­był ocean, żeby zosta­wić ją za sobą.

-?Dużo podró­żo­wa­łem.

Pro­sty unik, łatwy manewr. W walce taka tak­tyka o niczym nie decy­do­wała, cho­ciaż dosta­tecz­nie czę­sto powta­rzana mogła zmę­czyć albo sfru­stro­wać prze­ciw­nika, który w końcu się pod­da­wał. Samuel spra­wiał wra­że­nie upar­tego typa, ale w tej samej chwili drzwi kajuty ponow­nie się otwo­rzyły. Tym razem wyszła kobieta.

Nazy­wała się Vivian i kupcy poświę­cili jej całą swoją uwagę minio­nej nocy. Jej poja­wie­nie się rzu­ciło na nich teraz ten sam czar i wszy­scy trzej zerwali się na równe nogi, kiedy tylko wyszła na pokład. W prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych Vivian nie opa­tu­liła się weł­nia­nymi sza­tami ani pele­ry­nami. Nosiła pro­stą szarą suk­nię, jaką mogłaby wybrać młoda żona wzię­tego rze­mieśl­nika. Zresztą nie miało zna­cze­nia, co nosiła. Hadrian uznał, że nawet w worku juto­wym wyglą­da­łaby olśnie­wa­jąco. Vivian była piękna, a to wiele mówiło, zwa­żyw­szy, że Hadrian dopiero co wró­cił z Calisu, a tam­tej­sze kobiety, w szcze­gól­no­ści ten­kiń­skie, były chyba naj­pięk­niej­szymi nie­wia­stami na świe­cie. Vivian w niczym ich nie przy­po­mi­nała i Hadrian domy­ślał się, że po czę­ści na tym pole­gał jej urok. Jasno­włosa, blada, deli­katna wyglą­dała wśród męż­czyzn jak por­ce­la­nowa figurka. To była pierw­sza kobieta z zachodu, z jaką Hadrian miał do czy­nie­nia w ciągu ostat­nich dwóch lat.

Samuel dys­kret­nie pomógł jej usa­do­wić się mię­dzy nim samym a Seba­stia­nem, przez co Eugene musiał usiąść obok Hadriana.

-?Dobrze pani spała? -?zapy­tał Eugene, pochy­la­jąc się do niej bar­dziej, niż to było konieczne.

-?Skądże znowu. Mia­łam kosz­mary, potworne kosz­mary spo­wo­do­wane wyda­rze­niami ostat­niej nocy.

-?Kosz­mary? -?Seba­stian się skrzy­wił. -?Nie ma powodu się zamar­twiać, moja droga pani. Ver­nes i te haniebne zbrod­nie zostały daleko za nami. Poza tym wszy­scy wie­dzą, że ten łaj­dak zabi­jał tylko męż­czyzn.

-?To bar­dzo nikła pocie­cha, a ten czło­wiek -?wska­zała samotną postać na prze­dzie barki -?prze­raża mnie.

-?Pro­szę się nie bać, droga pani. Tylko głu­piec dopu­ściłby się jakiejś pod­ło­ści na małej łodzi -?ode­zwał się Samuel. -?Nie ma tu odro­biny pry­wat­no­ści, żeby popeł­nić zbrod­nię, a potem nie można prze­paść jak kamień w wodę.

-?Jak kamień w wodę! Dow­cip­nie to ują­łeś, Samu­elu -?powie­działa Vivian, ale kupiec nie rozu­miał dwu­znacz­no­ści wła­snych słów w zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach.

-?Ach, i pro­szę spoj­rzeć tutaj! -?Seba­stian wska­zał Hadriana. -?Mamy mło­dego żoł­nie­rza na pokła­dzie. Dopiero co powró­cił z dzi­kich ostę­pów Daga­stanu. Obro­nił­byś panią przed każ­dym poten­cjal­nym dra­bem, prawda?

-?Oczy­wi­ście -?odpo­wie­dział Hadrian i mówił szcze­rze, cho­ciaż miał nadzieję, że los nie podda go pró­bie.

Zaczął żało­wać, że nosi mie­cze. W Cali­sie były rów­nie pospo­lite, jak jego płó­cienna dża­la­bija albo kufija, i prawdę mówiąc, uznano by za dziwne, gdyby męż­czy­zna nie nosił na widoku przy­naj­mniej jed­nego. Zapo­mniał, że broń to rzad­kość w Avry­nie, ale gdyby teraz zaczął zosta­wiać ją w kaju­cie, wypa­dłoby to nie­zręcz­nie. W ciągu pię­ciu latach mie­cze stały się w rów­nej mie­rze czę­ścią jego ciała jak palce i ich brak roz­pra­szałby go niczym utrata zęba. Cho­ciaż był prze­ko­nany, że wcze­śniej­sze wnio­ski Seba­stiana opie­rały się bar­dziej na zasły­sza­nych histo­riach niż na wła­snych doświad­cze­niach, to wie­dział, że kupiec miał rację w jed­nej kwe­stii: zabi­ja­nie ma swoją cenę.

-?Sama pani widzi. -?Seba­stian kla­snął w dło­nie, jakby wła­śnie wyko­nał magiczną sztuczkę. -?Jest pani bez­pieczna.

Vivian posłała mu blady uśmiech, ale znowu zer­k­nęła w stronę dziobu i na męż­czy­znę w kap­tu­rze.

-?Może ktoś z nas powi­nien z nim poroz­ma­wiać? -?zasu­ge­ro­wał Eugene. - Jeśli poznamy jego histo­rię, może okaże się, że nie ma czego się bać.

-?Nasz młody uczeń ma rację -?powie­dział Seba­stian z dosta­tecz­nie dużym zdzi­wie­niem w gło­sie, żeby mło­dzie­niec się skrzy­wił. -?To nie­po­ko­jące, gdy w pobliżu jest tygrys, a czło­wiek nie wie, czy jest głodny. Idź, poroz­ma­wiaj z nim, Eugene.

-?Nie, dzię­kuję. Wystar­czy, że wpa­dłem na pomysł.

-?Ja z całą pew­no­ścią nie mogę -?odparł Seba­stian. -?Jestem zde­cy­do­wa­nie zbyt roz­mowny. To cecha, która czę­sto pro­wa­dziła do kło­po­tów. Nie chcemy nie­po­trzeb­nie pro­wo­ko­wać tego czło­wieka. A może ty, Samu­elu?

-?Osza­la­łeś? Nie wysyła się jagniątka, żeby wypy­ty­wało tygrysa. Powi­nien pójść żoł­nierz. On nie ma czego się bać. Nawet mor­derca dwa razy się zasta­nowi, nim rzuci wyzwa­nie męż­czyź­nie z dwoma mie­czami.

Wszy­scy spoj­rzeli na Hadriana.

-?Czego mam się dowie­dzieć?

-?Jak się nazywa -?zasu­ge­ro­wał Seba­stian. -?Skąd pocho­dzi. Czym się zaj...

-?Czy jest mor­dercą... -?weszła mu w słowo Vivian.

-?Nie jestem pewien, czy należy od tego zaczy­nać -?powie­dział Samuel.

-?Ale czy nie tego wła­śnie wszy­scy chcemy się dowie­dzieć?

-?Ow­szem, ale kto się przy­zna do cze­goś takiego? Lepiej zdo­być dość infor­ma­cji, żeby samemu stwo­rzyć obraz i wywnio­sko­wać z niego, jaka jest prawda.

-?Jeżeli jed­nak zapy­tasz wprost, będzie to ostrze­że­nie, że przej­rze­li­śmy go i mamy się na bacz­no­ści. To może pokrzy­żo­wać mu plany i zmu­sić go do ich porzu­ce­nia.

-?Może po pro­stu zoba­czę, jak roz­mowa się poto­czy -?uznał Hadrian i wstał.

Zaprzęg koni szedł ścieżką holow­ni­czą, cią­gnąc gładko barkę w górę rzeki. Mimo to Hadrian sta­wiał ostroż­nie stopy, kiedy wcho­dził po krót­kich scho­dach na for­dek i okrą­żał skrzy­nie przy­kryte nie­prze­ma­kal­nym płót­nem i umo­co­wane sie­ciami. Z tego nowego miej­sca widział roz­le­gły prze­stwór Ber­num. Wiatr ude­rzył go z całą siłą w twarz, przy­no­sząc wraz z zim­nem zapach sosen. Wełna, obie­cał sobie. Gruba koszula i ciężki płaszcz.

-?Prze­pra­szam -?powie­dział, a męż­czy­zna obró­cił się nieco, ale nie dość, żeby poka­zać twarz, czy choćby nos. Po uwa­gach Seba­stiana Hadriana cie­ka­wiły oczy nie­zna­jo­mego. -?Nazy­wam się Hadrian Blac­kwa­ter.

-?Moje gra­tu­la­cje. -?Odpo­wiedź była rów­nie zimna jak wiatr, który ją poniósł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki